"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Ostatnia Kolonia John Scalzi

Ostatnia Kolonia John Scalzi

"Pozwól, że opowiem Ci o światach, które zostawiłem za sobą."


Świetne zwieńczenie, jak na razie, zarąbiastej wznowionej serii z kolejną świetną okładeczką. Nic na to nie poradzę, że uwielbiam tą serię, więc jestem kompletnie nieobiektywna w ocenie. Kolejny raz jest bardzo lekko, obrazowo, zabawnie przede wszystkim: czysta przyjemność czytania i nawet nie drażni to, że to jest kolejna część, bo wiadomo, jak to bywa z częściami...

Nie będę oczywiście opisywała, że chodzi tutaj o imperializm i o to, że ludzie jak zwykle wszystko niszczą i zdobywają, niszcząc. Kosmiczne bitwy, polityczne intrygi, szybka akcja. Ten tom bardziej zagłębia się w galaktyczną politykę, spiski i kosmiczne bitwy. Jest bardzo żywiołowo do tego, a przede wszystkim śmiesznie. Bardzo mi odpowiada zastosowana narracja przez autora.

Mega polecam całą serię i oczywiście czekam na wznowienie kolejnej części, przydałoby się też pomyśleć o minitomach, które też na pewno są warte przeczytania! 

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Pozwól, że opowiem ci o światach, które zostawiłem za sobą.

Ziemię znacie, wszyscy ją znają. To miejsce narodzin ludzkości, choć w tym momencie niewielu uważa ją za naszą - domową planetę - planeta Phoenix pełni tę funkcję od czasu, gdy powstała Unia Kolonialna i stała się siłą przewodnią dla ekspansji i ochrony naszej rasy we wszechświecie. Ale nigdy nie zapomina się, skąd się pochodzi.

Bycie z Ziemi w tym wszechświecie jest jak bycie dzieciakiem z małego miasteczka, który wsiada do autobusu, jedzie do wielkiego miasta i spędza całe popołudnie gapiąc się na wszystkie wysokie budynki. Potem zostaje napadnięty za przestępstwo podziwiania tego dziwnego nowego świata, który ma w sobie takie rzeczy, ponieważ rzeczy w nim nie mają zbyt wiele czasu lub sympatii dla nowego dzieciaka w mieście, i są szczęśliwi mogąc go zabić za to, co ma w walizce. Małomiasteczkowy dzieciak szybko się o tym przekonuje, bo nie może już wrócić do domu.

Spędziłem siedemdziesiąt pięć lat na Ziemi, mieszkając przeważnie w tym samym małym miasteczku w Ohio i dzieląc większość tego życia z tą samą kobietą. Ona umarła i została. Ja żyłem i odszedłem.

Następny świat jest metaforyczny. Siły Obrony Kolonialnej zabrały mnie z Ziemi i zatrzymały te części mnie, które chciały: moją świadomość i niewielką część mojego DNA. Z tego ostatniego zbudowali mi nowe ciało, które było młode, szybkie, silne, piękne i tylko częściowo ludzkie. Wepchnęli do niego moją świadomość i nie dali mi wystarczająco dużo czasu, żebym mógł się chwalić moją drugą młodością. Następnie zabrali to piękne ciało, które było teraz mną i spędzili następne kilka lat aktywnie próbując je zabić, rzucając mnie na każdą wrogą rasę obcych, jaką tylko mogli.

Było ich wiele. Wszechświat jest ogromny, ale liczba światów odpowiednich dla ludzkiego życia jest zaskakująco mała, a tak się składa, że przestrzeń kosmiczna jest wypełniona wieloma innymi inteligentnymi gatunkami, które pragną tych samych światów co my. Wygląda na to, że bardzo niewiele z tych gatunków jest zwolennikami koncepcji dzielenia się, my z pewnością nie jesteśmy. Wszyscy walczymy, a światy, które możemy zamieszkiwać, wymieniają się między sobą, dopóki jeden lub drugi nie obejmie ich tak mocno, że nie da się ich oderwać. W ciągu kilku stuleci nam, ludziom, udała się ta sztuczka na kilkudziesięciu światach i nie udała się na kilkudziesięciu kolejnych. Nie przysporzyło nam to zbyt wielu przyjaciół.

Spędziłem na tym świecie sześć lat. Walczyłem i prawie zginąłem, więcej niż raz. Miałem przyjaciół, z których większość zginęła, ale niektórych uratowałem. Poznałem kobietę, która była boleśnie podobna do tej, z którą dzieliłem życie na Ziemi, ale która mimo to była całkowicie odrębną osobą. Broniłem Unii Kolonialnej i wierzyłem, że w ten sposób utrzymuję ludzkość przy życiu we wszechświecie.

Na koniec Siły Obrony Kolonialnej zabrały część mnie, która zawsze była mną i włożyły ją do trzeciego i ostatniego ciała. To ciało było młode, ale nie tak szybkie i silne. W końcu było tylko człowiekiem. Ale to ciało nie będzie musiało walczyć i umierać. Brakowało mi bycia tak silnym jak superbohater z kreskówek. Nie tęskniłem za tym, że każde obce stworzenie, które spotykałem, bardzo starało się mnie zabić. To była uczciwa wymiana.

Następny świat jest prawdopodobnie dla Ciebie nieznany. Stań ponownie na Ziemi, naszym starym domu, gdzie miliardy ludzi wciąż żyją i marzą o gwiazdach. Spójrz w niebo, na gwiazdozbiór Rysia, mocno zaznaczony przez Ursa Major.

Znajduje się tam gwiazda, żółta jak nasze Słońce, z sześcioma głównymi planetami. Odpowiednio trzecia z nich, jest podróbką Ziemi: 96 procent jej obwodu, ale z nieco większym żelaznym jądrem, więc ma 101 procent jej masy (tego 1 procenta za bardzo nie widać). Dwa księżyce: jeden dwie trzecie wielkości ziemskiego księżyca, ale bliżej niż Luna, więc na niebie zajmuje tyle samo miejsca. Drugi księżyc, przechwycona asteroida, jest znacznie mniejszy i znajduje się bliżej. Znajduje się na niestabilnej orbicie, w końcu przechyli się i wpadnie na planetę poniżej. Według najlepszych szacunków stanie się to za jakieś ćwierć miliona lat. W tej chwili tubylcy nie są zbytnio zaniepokojeni.

Ten świat został znaleziony przez ludzi prawie siedemdziesiąt pięć lat temu, Ealanie mieli tam kolonię, ale Siły Obrony Kolonialnej to skorygowały. Następnie Ealanie, powiedzmy, sprawdzili matematykę tego równania i minęło kolejnych kilka lat, zanim wszystko zostało uporządkowane. Kiedy to się stało, Unia Kolonialna otworzyła świat dla kolonistów z Ziemi, głównie z Indii. Przybywali oni falami, pierwsza po tym, jak planeta została zabezpieczona przed Ealanami, a druga wkrótce po Wojnie Subkontynentalnej na Ziemi, kiedy wspierany przez Okupację rząd próbny zaoferował najbardziej znaczącym zwolennikom reżimu Chowdhury'ego wybór między kolonizacją a więzieniem. Większość z nich udała się na wygnanie, zabierając ze sobą swoje rodziny. Ci ludzie nie tyle marzyli o gwiazdach, co zostali do nich zmuszeni.

Biorąc pod uwagę ludzi, którzy żyją na tej planecie, można by pomyśleć, że będzie ona miała nazwę, która odzwierciedla ich dziedzictwo. Myliłbyś się. Planeta nazywa się Huckleberry, nazwana tak bez wątpienia przez jakiegoś kochającego Twaina aparatczyka Unii Kolonialnej. Duży księżyc Huckleberry to Sawyer, mały to Becky. Jego trzy główne kontynenty to Samuel, Langhorne i Clemens, od Clemensa rozciąga się długi, kręty ciąg wulkanicznych wysp znanych jako Archipelag Livy, osadzony na Oceanie Calaveras. Większość wyróżniających się cech została nazwana w różnych aspektach Twainanią jeszcze przed przybyciem pierwszych osadników, wydaje się, że przyjęli to z wdziękiem.

Stańcie teraz ze mną na tej planecie. Spójrzcie w niebo, w kierunku gwiazdozbioru Lotosu. W nim znajduje się gwiazda, żółta jak ta, którą okrąża ta planeta, wokół której się urodziłem, dwa życia temu. Stąd jest ona tak daleko, że jest niewidoczna dla oka, co często czuję w odniesieniu do życia, które tam przeżyłem.

Nazywam się John Perry. Mam osiemdziesiąt osiem lat. Żyję na tej planecie już od prawie ośmiu lat. Jest to mój dom, który dzielę z moją żoną i adoptowaną córką. Witajcie w Huckleberry. W tej opowieści jest to kolejny świat, który zostawiam za sobą. Ale nie ostatni.

***

John Perry w końcu odnalazł spokój w pełnym przemocy wszechświecie, prowadząc spokojne życie wraz z rodziną w jednej z wielu kolonii ludzkości. To dobre życie, ale czegoś… brakuje. Kiedy John i jego żona Jane otrzymują propozycję poprowadzenia nowej kolonii, on z radością korzysta z okazji, by ponownie odkrywać wszechświat. Wkrótce jednak się orientują, że nic nie jest takie, jak się wydaje, ponieważ ich nowa kolonia jest jedynie pionkiem w międzygwiezdnej grze wojennej i dyplomatycznej rozgrywce między Unią Kolonialną ludzkości a nowym, pozornie niepowstrzymanym sojuszem obcych, którego celem jest położenie kresu wszelkiej kolonizacji przez ludzi. Podczas gdy konflikt ten szaleje nad ich głowami, Perry walczy o przetrwanie swoich przerażonych kolonistów w obliczu zagrożeń zarówno obcych, jak i znanych, na planecie, która wciąż nie ujawniła swoich śmiertelnych tajemnic.

Ostatnia kolonia to trzecia powieść Johna Scalziego osadzona w uniwersum Wojny Starego Człowieka.

Portret wiedźmy K.S. Shay

Portret wiedźmy K.S. Shay

"Jeśli pozbędę się mocy, nie zdoła zmienić mnie w potwora."


Bardziej to było w stylu fantasy niż grozy i mystery. Nie jest to klimat, jaki znajdziemy na przykład w powieściach o Czarownicach z Mayfair. Czuć tutaj bardziej atmosferę Księgi Wszystkich Dusz, chociaż bardziej jest to young adultowe chit-chatowanie, z magią czarownic w tle, która została zdetronizowana przez akcję i gadanie.

Ponownie.

Czyta się to okej, bardzo szybko, bardziej jak przygodowe fantasy, ale są elementy troszkę bardziej nastrojowe, niż tylko akcja i szybkie dialogi, choć w mniejszości.

W generalnym rozrachunku nie uważam tego czasu za aż tak bardzo stracony, chociaż oczywiście moje klimaty i oczekiwania sięgają troszeczkę głębiej, bardziej w stylu kusztownego pióra Anne Rice, ponieważ uważam, że tego rodzaju tematyka zasługuje na głębię, mrok i rasowość, a nie powierzchowność i kolorowanie słowem, a nie atmosferą i akcją.

Jestem już chyba za stara na takie młodzieżowo-romansowe odmiany wiedźmiej magii.

W tym przypadku jest to idealny scenariusz na długi serial na Netflixie.


MOJA OCENA: 5/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Kiedyś magia była dla niej czymś instynktowym. Teraz traci przez nią kontrolę nad własnym umysłem.

Maeve Ryan była najpotężniejszą wiedźmą swojego pokolenia. Przez jedno źle rzucone zaklęcie zrujnowała jednak swoją reputację i została naznaczona dziką magią. Siłą, która powoli odbiera wiedźmom rozum i zamienia je w przerażające zjawy.

Jedyne, czego dziewczyna pragnie, to pozbyć się swojej mocy. Na zawsze.

Próbując dociec, dlaczego nieudane zaklęcie zaczęło wyniszczać Maeve, jej przyjaciółka Ash trafia na ślad nierozwiązanej od dziesięcioleci zagadki kradzieży dzieł sztuki. Gdy znika w pustej ramie skradzionego obrazu, Maeve musi zaryzykować wszystko i podążyć za nią.

Rytuał Adam L.G. Nevill

Rytuał Adam L.G. Nevill

 "Chyba na podstawowym poziomie mamy zaprogramowane, gdzieś w głębi gadziego mózgu, żeby bać się lasu. Ale chodzi o coś więcej. Od chwili, gdy do niego wkroczyliśmy, czuję, że ten strach jest uzasadniony."

"Że coś tu jest nie tak."


Miała moc ta historia!

Jest zdecydowanie lepsza, niż ekranizacja, co nie jest aż tak zaskakujące, ale jeśli czyta się opowieść, którą się zna, nie spodziewa się specjalnych emocj i zaskoczeń.

Tu były one niespodziewane.

Świetne oddanie klimatu dusznego, nieprzejednanego, lasu, który żyje martwotą, ponieważ jest domem dla czegoś, co istnieć nie powinno.

No właśnie.

Co żyło w tym pradawnym, niezdobytym lesie?

Jest poczucie osaczenia, zagubienia, które powoli, przeradza się w przerażenie i niedowierzanie.

Jest bardzo klaustrofobicznie, duszno, krwawo, tajemniczo, mrocznie i... ostatecznie.

Bardzo szybko zatraciłam się w tej historii, ciągle czując, że zagrożenie jest coraz bliżej, co było creepy efektem... Nie rozpatruję tej opowieści pod względem psychologicznym, tylko w kwestiach czystego, pierwotnego, głębokiego lęku.


"... ukrzyżowano go i zwrócono twarzą w kierunku, z którego nadciągnęli potykający się i zdyszani."


MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

W lesie śmierć nie przychodzi łatwo…

To miała być zwykła wyprawa w góry. Luke, Dome, Hutch i Phil wyruszają na trekking na północy Szwecji, aby upamiętnić swojego zmarłego przyjaciela. Ich podróż idzie zgodnie z planem, podążają trasą wytyczoną przez mapy i kompas. Niestety, Phil ulega wypadkowi podczas marszu i ból nogi uniemożliwia mu dalszą podróż. Stojąc przed wyborem – powrót czy wybór innej drogi – przyjaciele decydują się na skrót przez gęsty, mroczny las. Decyzja ta może ich jednak kosztować wszystko…

Każdy krok w głąb lasu przynosi nowe, niepokojące odkrycia – tajemnicze znaki wyryte na korze drzew, tajemnicze dźwięki, a także okaleczone zwierzęta. Dodatkowo mężczyźni nieustannie czują się obserwowani. Gdy znajdują opuszczony dom, postanawiają spędzić w nim noc. Ta decyzja będzie jednak brzemienna w skutkach.

Co czai się w lesie? Jakie ma zamiary wobec mężczyzn? I kto stanie się ofiarą rytuału?

Odkryj mroczną historię o traumie, przetrwaniu, rozpadzie relacji i niebezpieczeństwach ukrytych w ciemności!


Świeca szeptuchy Paulina Ziarko

Świeca szeptuchy Paulina Ziarko

"Zapalenie świecy oznacza zaproszenie. Gdy ona się pojawi, świeca zostaje przez nią zdmuchnięta. Zapada wówczas ciemność nie tylko wokół Ciebie, ale i w Tobie."


Bardzo dobry pomysł, klimat i potencjał opowieści został zaprzepaszczony na rzecz gadaninki. Niestety.

Tematyka Szeptuch zawsze była, jest i będzie fascynująca.

"Cztery siostry, zwane niekiedy Czterema Siostrami Zagłady/.../ Tomira, Łękomira, Niedomira i Czębira."

Kto tu tak naprawdę jest potworem?

Komiksowa narracja, słowa jak kaczuszki puszczane na tafli głębokiego jeziora, której jedyną zaletą jest to, że czyta się to szybko, lekko, flashowo /chociaż nie zawsze to jest zaleta/, ale bez większych emocji, z refleksjami, że niektóre sceny i pomysły, które są całkiem niezłe, nie zostały w pamięci emocjonalnej tak bardzo, jak powinny. 

Jest bardziej obrazowo niż odczuciowo, a szkoda, bo tematyka jak najbardziej zachęca do głębokich emocji strachu i lęku.

Cykl powieści Kroniki Medium tej autorki był o wiele bardziej klimatyczny. W tę opowieść można sobie zerknąć z czystej ciekawości.

"Dopóki szeptuchy żyły, świece były dla nich ochroną przed złem."



MOJA OCENA: 5/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Ucieczka do lasu okaże się ratunkiem czy wyrokiem?

Na Podlasiu są miejsca, w których dawne wierzenia wciąż żyją. To kraina, gdzie legenda o szeptuchach nie jest jedynie opowieścią przekazywaną z pokolenia na pokolenie, lecz częścią codzienności, której lepiej nie lekceważyć.

Gdy główny bohater trafia do niewielkiej miejscowości, jego jedynym celem jest wyjaśnienie serii niewytłumaczalnych wydarzeń. Znikający ludzie, niepokojące szepty mieszkańców i tajemniczy symbol płonącej świecy prowadzą go coraz głębiej w świat rytuałów i dawnych zobowiązań. Szybko okazuje się, że każda świeca ma swoje wyjątkowe znaczenie – czasem może chronić, a czasem sprowadzić ogromne nieszczęście…

Kolejne odkrycia prowadzą do stopniowego zatarcia granicy między prawdą a legendą, winą a poświęceniem, dobrem a złem. Mieszkańcy skrywają wiele sekretów. Czy ich celem jest zanurzenie się w mroku, czy ochrona przed nim?

„Świeca szeptuchy” to nastrojowa opowieść o tajemnicy, poświęceniu oraz sile dawnych wierzeń, które nigdy naprawdę nie gasną. To także kolejna odsłona serii wydawniczej Mroczne Podlasie gwarantującej intensywne emocje, dreszcz niepokoju i wyjątkową historię, która mogła wydarzyć się tylko tutaj! #MrocznePodlasie

Odruch Ashley Audrain

Odruch Ashley Audrain

 "Odruchy. Mówi się o najbardziej naturalnym odruchu na świecie, który pojawia się podczas rodzenia dziecka-o wyrzucie oksytocyny, hormonu macierzyństwa."


Jeśli komuś się podobała historia Musimy porozmawiać o Kevinie, na pewno będzie bardzo zadowolony z tej odsłony. Tutaj jest co prawda wersja żeńskiej odmiany niepokoju, nieoczywistości i dziwnego zachowania, które tak nie do końca jest oczywiste, więc cały czas mamy wybór między depresją matki, a psychopatią córki.

Jak zwykle niczego nieświadomy tatuś. Chociaż może nie tak do końca, jak się potem okazuje.

Co jest lepsze? Zakłamana rzeczywistość czy stawienie czoła strasznym i trochę nieprawdopodobnym faktom?

To jest bardzo osobista opowieść, z punktu widzenia matki, która sama czasami wątpi w to, co intuicyjnie wyczuwa. Narracja jest nieśpieszna, ale wraz z nią narasta dziwna i ciarkowa pewność, przynajmniej u mnie, że jednak miała rację.

Świetna jest też analiza i wspomnienia tego, co było wcześniej: zachowań babki oraz matki głównej bohaterki, co niby miało przekonać czytelnika - i ją samą - do tego, że może faktycznie to z nią jest coś nie tak genetycznie.

Mnie nie przekonało.

Końcóweczka smaczna, pełna domysłów, a właściwie raczej pewności.


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Mistrzowsko skonstruowany thriller psychologiczny, który zostanie w twojej głowie już na zawsze…
Znakomita, wnikliwa i wstrząsająca powieść, której nie sposób porównać z żadną inną.

Zapisaną w naszych genach historię rodziny
przekazujemy z pokolenia na pokolenie.
Z matki na córkę
Dobro i zło.
Przyjmujemy dziedzictwo, nie mając wyboru,
Nie od nas zależy, kim się staniemy…
Czasem aniołami,
A czasem potworami…

Blythe Connor pragnie być dla swojej małej Violet czułą i troskliwą matką, jakiej sama nigdy nie miała.
Ale w tym pierwszym, najbardziej intensywnym i wyczerpującym okresie macierzyństwa Blythe dochodzi do wniosku, że z jej córką jest coś nie tak - dziewczynka nie zachowuje się jak większość dzieci. A może to tylko wyobraźnia? Jej mąż, Fox, uważa, że na pewno przywidzenia. Im bardziej Fox lekceważy jej obawy, tym bardziej Blythe wątpi, czy jest przy zdrowych zmysłach, a my zaczynamy zadawać sobie pytanie, czy jej opowieść o swoim życiu jest prawdziwa.
Dopiero gdy rodzi się Sam, Blythe odkrywa szczęście i bliskość z dzieckiem, o jakich zawsze marzyła. Wydaje się, że nawet Violet kocha młodszego braciszka. Kiedy jednak jedno zdarzenie w mgnieniu oka nieodwracalnie zmienia ich życie, Blythe musi się zmierzyć z okrutną prawdą.

"Odruch" jest majstersztykiem, który czyta się jednym tchem, hipnotyzującą powieścią, która podważa wszystko, co wiemy o macierzyństwie i obowiązkach rodziców wobec dzieci, oraz ukazuje dramat kobiet, którym nikt nie wierzy.

Tutaj się znika Zoe Rankin

Tutaj się znika Zoe Rankin

"Nie ma nic złego w niewinnym kłamstwie pozwalającym przetrwać trudne sprawy." 


Nowozelandzkie dzikie ostępy, dzieciństwo w buszu, które wydaje się normalne, ale normalne nie jest. Było już kilka takich opowieści o porwaniach, o psycholach, o pseudo rodzinach, o sektach rodzinnych i o patologicznych relacjach.

Czytało się tą opowieść bardzo dobrze, twist też jest dość zaskakujący i choć miałam wrażenie, że troszeczkę jest tutaj za dużo tajemnicy w tajemnicy, to jednak jest to dobrze spędzony czas: uczciwa obszerna opowieść o obsesji.

Polecam.


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Dziecko, które uciekło z lasu. Kobieta, która musi do niego wrócić

Dorastająca z młodszym rodzeństwem w nowozelandzkim buszu Effie sądziła, że rodzice odcięli się od cywilizacji powodowani miłością do natury. Po traumatycznym wydarzeniu uciekła z głuszy, by ułożyć sobie życie na drugim końcu świata.

Lecz teraz, gdy w miasteczku na odludziu pojawia się łudząco do niej podobna dziewczynka, Effie postanawia wrócić do miejsca z przeszłości, gdzie sekrety jej dzieciństwa i zadawnione sprawy powoli wychodzą na światło dzienne. Aby ustalić, co się stało z jej rodziną – i pomóc tajemniczemu dziecku – Effie musi ponownie stawić czoło swoim największym lękom.

Bliscy mogą być groźniejsi niż najbardziej zabójcza głusza.


Więzy Sara Antczak

Więzy Sara Antczak

 "... są krzywdy, których nie da się wybaczyć."


Powieści tej autorki są jak powieści Freidy McFadden: wiesz, za co się bierzesz.

I choć raz jest lepiej, raz mniej lepiej, a raz rewelacyjnie, to i tak ten czas spędzony na czytaniu nigdy nie jest stracony, nawet wtedy, kiedy coś jest przewidywalne, ale nie tak do końca😎

Kolejna dobra opowieść, ale i tak CIĄGLE nr. 1 u mnie jest Kara!


MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Karolina i Agata miały wszystko, czego mogły pragnąć. Znały się od lat, mieszkały naprzeciwko siebie, a ich mężowie byli najlepszymi przyjaciółmi. Ten idealny świat runął w gruzach, gdy Dawid i Tomasz zaginęli podczas wyprawy w Tatry.
Przyjaciółki łączą siły, by ich odnaleźć. Z czasem jednak tracą nadzieję, że mężczyźni wrócą żywi. Wszystko zmienia się, gdy niespodziewanie odnajduje się mąż Agaty. Jego wersja wydarzeń przekonuje wszystkich z wyjątkiem Karoliny.
Ona jedna zaczyna podejrzewać, że prawda o wspólnej wyprawie jest znacznie mroczniejsza. I posunie się dalej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać...

Zło nad Jeziorem Iron William Kent Krueger

Zło nad Jeziorem Iron William Kent Krueger

"... czasami, by poznać prawdziwego ducha skały, człowiek musi boleśnie zawodzić o nią palcem."


Mega klimat był w tej powieści.

To była opowieść z tego rodzaju, jakie czytało się kiedyś. Było spokojnie, nieśpiesznie, bardzo BARDZO klimatycznie: można było się wczuć w życie tego małego miasteczka i wsiąknąć bez reszty w jego tajemnice i zwyczaje. Nutka mystery dodawała oczywiście pikanterii, ale i tak bez tego całość poradziłaby sobie doskonale, jeśli chodzi o dobrze i uczciwie napisany thriller, który idelanie jest czytać jesienią, a najlepiej zimą.

Była to przyjemność, jakby się oglądało dobry film z rewelacyjną obsadą aktorów, którzy wiedzieli kiedyś, jak być aktorami i jak zagrać dobrą rolę.

POLECAM. 

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

W miasteczkach, gdzie wszyscy dobrze się znają, każdy może mieć coś do ukrycia.
Spokojne miasteczko Aurora w północnej Minnesocie wydaje się miejscem, gdzie najgorsze rzeczy omijają ludzi szerokim łukiem. A jednak pod taflą skutego lodem Jeziora Iron kryją się sekrety, których nikt nie chce wypowiedzieć na głos. Kiedy dochodzi do tajemniczej śmierci miejscowego sędziego, były szeryf Cork O’Connor zostaje wciągnięty w śledztwo, które otworzy stare rany i podzieli lokalną społeczność.
Granice między winą a niewinnością zaczynają się zacierać, a prawda okazuje się znacznie bardziej niebezpieczna niż kłamstwo.
W mroźnej scenerii północnych lasów rozgrywa się historia o lojalności, zdradzie i cenie, jaką płaci się za dochowanie tajemnic.
Pierwszy tom serii kryminalnej Williama Kenta Kruegera, autora bestsellerowej „Naszej czułej ziemi”.

Cykl: Cork O'Connor (tom 1)

Zapłata dla Flecisty George A. Romero,Daniel Kraus

Zapłata dla Flecisty George A. Romero,Daniel Kraus

"Bo była jeszcze jedna rzecz, o której wiedział każdy dzieciak: flecista zmuszał Cię, żebyś to Ty do niego przyszedł."


Ta historia byłaby idealnym scenariuszem do kolejnego sezonu American Horror Story... I to tego dziwacznego sezonu.

Niby czytało się czarownie, a jednak jakby z bólem zęba.

Narracja, która jest dużym atutem, dzięki swojej oniryczności i baśniowości, jest paradoksalnie swoim największym wrogiem, ponieważ czasami gubi się we własnych ścieżkach opowieści, chaosie i symbolicznych obrazach, a ja gubiłam się razem z nią w lotnych piaskach przekazu i ścieżek myślowych, co jednak rekompensowała mi sceneria, a także atmosfera.

Na bagnach południowej Luizjany, w wymierającym miasteczku Alligator Point, liczącym zaledwie około 140 mieszkańców, które powoli znika z mapy, nękane wykupem gruntów przez nafciarzy, plagą chorób nowotworowych, alkoholizmu i innych nieszczęść, czai się zło. Zło porywa dzieci pod osłoną nocy, pozostawiając jedynie zmasakrowane szczątki, terror i tajemnicę, przesiąkniętą rozkładem i legendą. 

Flecista.

Tylko czy to jest legenda? 

...

Niby nie było tak dobrze w trakcie czytania, drastyczne opisy i makabryczne sceny - nie mój vibe, a jednak było, ale to nie dzięki krwawym jatkom. Dziwne, ale hipnotyzujące. Może właśnie dzięki temu nadprzyrodzonemu bagiennemu potencjałowi, który mógł pokazać się w całym swoim blasku?

Przerost formy nad treścią i lekkie oderwanie od rzeczywistej puenty oraz łączenie różnych wątków, nie mających ze sobą nic wspólnego często bywa zgubny dla samej opowieści, ale coś w tych wilgotnych, dusznych i lepkich rozlewiskach Luizjany oraz postaciach bohaterów, którzy dziwnie kojarzyli mi się ze społecznością Miasteczka Salem, sprawiło, że nie można było tej powieści odłożyć na boczny tor, choć wiem, że nie będzie to przygoda dla wszystkich.

MOJA OCENA: 7/10


                                           PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Jedna legenda. Jedno miasteczko. Niektóre grzechy można spłacić tylko krwią…

Alligator Point w Luizjanie liczy zaledwie 141 mieszkańców. To miejsce odcięte od świata, otoczone zdradliwymi bagnami i duszną atmosferą narastającego lęku. Od pokoleń krąży tu legenda o Fleciście — morderczej istocie porywającej dzieci. Gdy w miasteczku dochodzi do serii brutalnych zbrodni, dawne opowieści przestają być jedynie lokalnym kolorytem przyciągającym turystów...

Młoda Renée Pontiac jako jedna z pierwszych dostrzega, że za kolejnymi zaginięciami kryje się coś znacznie bardziej przerażającego. Aby ocalić Alligator Point, mieszkańcy będą musieli zmierzyć się nie tylko z potworem czającym się pośród bagien, lecz także z niechlubną przeszłością swoich przodków — Pirates Lafitte, osławionych handlarzy niewolników…

„Romero i Kraus zaczynają od zabawnej opowieści o walce z potworami osadzonej na bagnach. Choć zmuszają nas do ciągłego oglądania się przez ramię, kończy się na tym, że spoglądamy w głąb siebie…".„Southern Review of Books”


Jeszcze bliżej Sara Gran

Jeszcze bliżej Sara Gran

"Ale czasami drzwi się otwierają, ukazując szersze perspektywy, i nie tak łatwo powiedzieć: nie. Czasami nie pozostaje ci nic innego, jak powiedzieć: tak i przekonać się, dokąd cię to zaprowadzi."


Kolejna perełka demonologii lub szaleństwa /?/, wyszperana w odmętach internetu.

I kolejna zaskakująco dobra, jak w przypadku Żółtej tapety!

Nieoczywistość.

Najlepsze paliwo dla niepewności i pożywka dla grozy!

Oszczędna w narracji, opartej na raczej bezemocjonalnym sprawozdaniu, jakby bohaterka stała obok.

Bo tak było.

A kto stał z przodu?

NAAMA.

Ale nie stała tam od razu.

"Potrzebuję jedynie sposobu, by dostać się do środka. Nietrudno to uczynić we śnie, lecz wtedy nie wiedzą, nie mają pojęcia, że ich posiadłam."

I ponownie pytanie: demon, czy załamanie nerwowe i depresja?

"Nie da się jednak zaskoczyć kogoś, kto żyje w tobie /.../ Pomóżcie mi, krzyczałam w środku, ocalcie mnie - lecz wszystkim, co dało się słyszeć, było długie: Ehem."

Każdy z pewnością odpowie sobie sam, zgodnie z intuicją, po przeczytaniu całości, ale ja... słucham i obserwuję zwierzęta💀

Bardzo polecam, tego rodzaju opowieści są podskórnymi perełkami, które odbiera się wszystkimi zmysłami, nie tylko wzrokiem.

"Teraz należę już do niej całkowicie, spoglądam na świat jej oczami, choć były kiedyś moje."


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


W styczniu opracowywałam na zlecenie mego szefa, Leona Fieldsa, nowy projekt. Dotyczył renowacji sklepu z ubraniami, mieszczącego się w pasażu handlowym na przedmieściu. Nic wielkiego. Skończyłam w piątek rano i podrzuciłam mu projekt wraz z ofertą na biurko, załączając radosną notkę - „Daj znać, co o tym sądzisz" - kiedy był w sali konferencyjnej na spotkaniu z nowym klientem.

Później tego ranka Leon otworzył gwałtownie drzwi swego gabinetu.

- Amando! - Zawołał. - Pozwól do mnie.

Poderwałam się z krzesła i szybkim krokiem przemierzyłam biuro, kierując się w stronę wydzielonej ściankami działowymi enklawy. Gdy weszłam, Leon chwycił garść leżących przed nim papierów, podniósł je i wbił we mnie spojrzenie. Jego obwisła twarz pobielała z gniewu.

- Co to, do cholery, jest?

- Nie wiem.

Wyglądało jak moja oferta - ten sam nagłówek i format. Dłonie zaczęły mi drżeć. Nie miałam pojęcia, co chodzi. Podał mi papiery. Spojrzałam na pierwszą linijkę i przeczytałam: Leon Fields to pieprzony pedał.

- Co to jest? - Spytałam.

- Ty mi powiedz - odparł, wciąż wpatrując się we mnie. - Podrzuciłaś mi to na biurko.

Poczułam, że kręci mi się w głowie.

- O czym ty mówisz? Położyłam ci na biurku projekt, nie to... Projekt wraz z ofertą.

Zaczęłam przeszukiwać gorączkowo papiery na biurku, szukając projektu, który tam położyłam.

- Co to ma być, żart?

- Amando - powiedział. - Troje ludzi widziało, jak podchodzisz do drukarki, drukujesz to, a potem przynosisz mi do gabinetu.

Czułam się, jakbym utknęła w koszmarze. Nic nie było już logiczne ani rozsądne.

- Zaczekaj - powiedziałam. Pognałam z powrotem do swego biurka, wydrukowałam projekt, sprawdziłam go i zaniosłam do gabinetu Leona. Zdążył się już nieco uspokoić i zasiąść w wielkim, obitym skórą fotelu.

Podałam mu projekt.

- Proszę. Oto co położyłam na twoim biurku dziś rano.

Spojrzał na papiery, a potem na mnie.

- Więc skąd się wzięło t o ? - Zapytał, wskazując wzrokiem rzekomą ofertę.

- Skąd mam wiedzieć? - Odparłam pytaniem na pytanie. - Pozwól mi rzucić jeszcze raz okiem.

Przeczytałam drugą linijkę: Leon Fields je gówno i bardzo to lubi.

- Niesmaczne - zauważyłam. - Może ktoś stroi sobie z ciebie żarty. Komuś wydaje się, że to zabawne.

- A może stroi sobie żarty z c i e b i e - odparował. - Ktoś zastąpił tym twój projekt. - Nagle coś mu zaświtało. - Przepraszam, że pomyślałem... - Zażenowany potoczył spojrzeniem po gabinecie. W ciągu trzech lat, jakie dla niego przepracowałam, nie słyszałam, by Leon kogokolwiek przeprosił. Ani razu.

- W porządku - odparłam. - Niby co miałeś pomyśleć?

Popatrzyliśmy sobie w oczy.

- Przejrzę projekt - powiedział - i dam ci znać.

Wyszłam z gabinetu i wróciłam do swego biurka. Nie napisałam rzekomej oferty, lecz chętnie dowiedziałabym się, kto to zrobił. Ponieważ ten ktoś się nie mylił; Leon Fields był pieprzonym pedałem, jadł gówno i zawsze podejrzewałam, że sprawia mu to nie lada frajdę.

***

Amanda ma wspaniałego męża, piękne mieszkanie i dobrą pracę. Ale skoro wszystko układa się bez zarzutu, to skąd u niej te nagłe wahania nastroju, wulgarne wmyśli czy chęć zadania bólu tym, których kocha? Jak wytłumaczyć dziwne hałasy odzywające się w domu raz po raz tylko w jej obecności? I kim jest kobieta, która nieustannie za nią chodzi? Prawda kryjąca się za tymi osobliwymi wydarzeniami jest przerażająca.

Inwazja porywaczy ciał Jack Finney

Inwazja porywaczy ciał Jack Finney

"Od czasu do czasu niezmienny porządek rzeczy bywa w niewyjaśniony sposób zakłócany."

Urocza narracja, świetna mega oryginalna historia, napisana lekko gładko i z pewną dozą dobrego humoru, co nie znaczy, że nie była creepy.

Była.

"Coś niemożliwie strasznego, a jednak całkowicie realnego zagrażało nam w sposób pozostający poza naszymi zdolnościami pojmowania i działania..."

Chyba nie ma osoby, która nie przeraziłaby się na samą myśl o tym, że może zostać zdopellgangerowany...

"Na półce leżała niewykończona Becky Driscoll. To leżał...wstępny szkic tego, co miało stać się doskonałą w każdym szczególe kopią. Wszystko uwzględnione, rozpoczęte, ale nie zakończone całkowicie."

Klasyka, której nie czyta się jak klasyki, powoli narastająca groza.

Inwazja Obcych, którzy przerażają, nie przerażając. 

Jak to podsumować?

Życie.

"...uniwersalna zdolność przystosowaniasię do wszelkich innych form życia, w każdych warunkach, jakie mogliby napotkać."

Polecam bardzo, u mnie w rankingu mega wysoko ze względu na całokształt!

"...nigdy nie wolno nawet na chwilę przyjąć, że coś, czego nie rozumiemy, nigdy się nie wydarzyło."


MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Ostrzegam cię, że to, co zaczynasz czytać, jest pełne luźnych wątków i pytań bez odpowiedzi. To wszystko nie zostanie na samym końcu zgrabnie rozwiązane i zadowalająco wyjaśnione. W każdym razie nie przeze mnie. Albowiem ja sam nie mogę powiedzieć, że rzeczywiście wiem dokładnie, co się stało i dlaczego, albo przynajmniej jak się zaczęło, skończyło – czy się skończyło – i czy mam rację co do istoty rzeczy. Jeżeli nie lubisz tego rodzaju historii, to jest mi przykro, a dla ciebie będzie najlepiej, jeśli nie będziesz czytał dalej. Wszystko, co mogę zrobić, to opowiedzieć tyle, ile wiem.

Dla mnie zaczęło się to około szóstej wieczorem w czwartek 28 października 1976 roku, kiedy wypuściłem ostatniego pacjenta (zwichnięty kciuk) bocznymi drzwiami mojego gabinetu z uczuciem, że dzień się jeszcze dla mnie nie skończył. Pragnąłem nie być lekarzem – tego rodzaju przeczucia za często mi się sprawdzały. Kiedyś wyjechałem na wakacje pewien, że będę z powrotem za dzień lub dwa – i byłem, z powodu epidemii różyczki. Innym razem położyłem się do łóżka śmiertelnie zmęczony, przeczuwając, że będę na nogach za kilka godzin, jadąc z wizytą domową – i tak było; zdarzało się często i zdarzać będzie. Wciąż jeżdżę z wizytami domowymi, jak to czyni wielu innych.

Przy biurku dopisałem notkę do historii choroby mojego pacjenta. Następnie zabrałem do umywalni spirytus apteczny i przygotowałem sobie drinka – coś, czego prawie nigdy nie robiłem. Ale zrobiłem to tamtego wieczora. Stojąc w oknie za biurkiem i patrząc w dół na ulicę Throckmorton, wysączyłem go do dna. Miałem za sobą usunięcie wyrostka robaczkowego i żadnego lunchu. Byłem rozdrażniony. Ciągle jeszcze nie przywykłem do wolnego stanu i żałowałem, że z nadejściem wieczoru nie czeka na mnie żadna przyjemność, która dawałaby nadzieję odmiany.

Tak więc, gdy usłyszałem lekkie kołatanie do zewnętrznych, zamkniętych już drzwi pokoju przyjęć, chciałem po prostu pozostać bez ruchu, aż intruz, ktokolwiek by to nie był, sobie pójdzie. Można byłoby tak postąpić, uprawiając jakikolwiek inny zawód – ale nie mój. Pielęgniarka już poszła – prawdopodobnie ścigała się z ostatnim pacjentem, kto pierwszy będzie na schodach, gładko wygrywając – a ja z jedną nogą na fotelu przez jakąś chwilę po prostu sączyłem drinka. Patrzyłem na ulicę w dole i gdy delikatne pukanie się powtórzyło, udawałem, że nie mam zamiaru na nie odpowiadać. Nie było jeszcze ciemno – do zmroku pozostało trochę czasu – lecz nie było już tak jasno jak za dnia. Zajarzyły się latarnie, ulica Throckmorton opustoszała – o szóstejprawie wszyscy tutaj wokół jedzą – a ja czułem się samotny i przygnębiony.

Wtedy ponownie rozległo się pukanie. Odstawiłem szklankę, podszedłem do drzwi i, przekręciwszy zamek, otworzyłem je. Zdaje się, że zamrugałem powiekami z głupawo otwartymi ustami, gdyż zobaczyłem Beckey Driscoll.

– Witaj, Miles. – Uśmiechnęła się zadowolona z niespodzianki, jaką mi sprawiła, i z radości, którą zobaczyła na mojej twarzy.

– Becky – wymamrotałem, cofając się, by ją wpuścić. – Miło cię widzieć. Wejdź! – Uśmiechnąłem się szeroko.

Becky poszła za mną poprzez pokój przyjęć do gabinetu.

– A cóż to takiego? – zapytałem, zamykając drzwi. – Wizyta u lekarza?

Poczułem takie odprężenie i zadowolenie, że stałem się podniecony i wylewny.

– W tym tygodniu specjalnością zakładu jest usuwanie wyrostków! – zawołałem wesoło. – Pierwszorzędna oferta!

Uśmiechnęła się. Jej figura, jak zauważyłem, podążając za nią wzrokiem, była wciąż cudowna. Becky ma wspaniały, pięknie umięśniony szkielet; zbyt szeroka w biodrach – słyszałem, jak mówiły to kobiety, ale nigdy mężczyźni.

– Nie. – Becky zatrzymała się przy moim biurku, odpowiadając na pytanie. – To nie jest w gruncie rzeczy wizyta u lekarza.

Wziąłem szklankę i uniosłem do światła.

– Jak wszyscy wiedzą, piję przez cały dzień. Szczególnie w dniach operacji. I każdy pacjent musi wypić ze mną jednego – co ty na to?

Szklanka prawie wyśliznęła mi się z ręki, kiedy Becky załkała – sucho, spazmatycznie łapiąc powietrze. Jej oczy wypełniły nagle lśniące łzy. Szybko się odwróciła; zgarbiona, zakrywając dłońmi twarz.

– Skorzystam – wyszeptała.

Po chwili zaproponowałem jej, żeby usiadła; powiedziałem to bardzo delikatnie. Becky zapadła się w skórzany fotel przed biurkiem. Poszedłem do umywalni, przygotowałem jej drinka, wróciłem i postawiłem go na oszklonym blacie biurka przed nią.

Wróciłem do swojego obrotowego fotela, przyglądając się Becky. Wtedy podniosła oczy. Skinąłem w kierunku jej szklanki, delikatnie ponaglając ją do picia. Sam wypiłem łyk, uśmiechając się do niej znad szklanki, dając jej kilka chwil na zapanowanie nad sobą. Teraz po raz pierwszy naprawdę zobaczyłem jej twarz. Zobaczyłem, że to ta sama miła buzia – kształtne kości pod skórą, te same inteligentne oczy z nieco zaczerwienionymi w tej chwili powiekami. Te same pełne, ładne usta. Jej włosy były inne – chyba jakieś krótsze – ale tak samo bujne, ciemne, prawie czarne, grube i kędzierzawe. Wyglądały jak naturalnie kręcone, choć pamiętałem, że tak nie było. Zmieniła się oczywiście: nie była już osiemnastolatką, ale dobiegała trzydziestki i na tyle też, ni mniej, ni więcej, wyglądała. Jednakże była wciąż tą samą kobietą – dziewczyną – którą znałem z liceum. Będąc w ostatniej klasie, umówiłem się z nią kilkakrotnie.

– Miło cię znowu widzieć, Becky – powiedziałem, podnosząc moją szklankę w jej kierunku i uśmiechając się. Upiłem mały łyk i spuściłem wzrok. Chciałem porozmawiać z nią o czymś niezwiązanym z kłopotem, który ją sprowadził, zanim przejdziemy do sedna.

– Ja też się cieszę, Miles.

Becky odetchnęła głęboko i oparła się wygodnie w fotelu, trzymając szklankę w dłoni. Wiedziała, do czego zmierzam i przystała na to.

– Pamiętasz, jak kiedyś przyszedłeś po mnie? Wybieraliśmy się gdzieś na przyjęcie, a ty miałeś ten napis na czole.

Pamiętałem, ale pytająco uniosłem brwi.

– Miałeś wypisane na czole „M.B. kocha B.D.” – czerwonym atramentem albo szminką czy czymś innym. Powiedziałeś, że będziesz to nosił przez cały wieczór. Musiałam się bardzo upierać, żebyś go starł.

– Taaak, pamiętam – odparłem, uśmiechając się szeroko. Pamiętałem też o czymś innym. – Becky, oczywiście słyszałem o twoim rozwodzie.Współczuję ci.

Skinęła głową.

– Dziękuję, Miles. Ja też słyszałam o twoim. I też ci współczuję.

Wzruszyłem ramionami.

– Zdaje się, że łączy nas życie w wynajętych pokojach.

– Tak. – Zdecydowała się przejść do rzeczy. – Miles, przyszłam z powodu Wilmy. – Wilma była jej kuzynką.

– W czym problem?

– Nie wiem. – Becky wpatrywała się przez chwilę w swoją szklankę, a następnie ponownie podniosła wzrok na mnie. – Ona ma... – Zawahała się. Ludzie nie cierpią nazywania tego rodzaju spraw po imieniu. – Cóż, wydaje mi się, że ty nazwałbyś to obsesją. Znasz jej wuja – wujka Irę?

– Taaak.

– Miles, ona wbiła sobie do głowy, że Ira nie jest jej wujem.

– Co masz na myśli? – Pociągnąłem ze szklanki. – Ze nie są w rzeczywistości spokrewnieni?

– Nie, nie. – Potrząsnęła niecierpliwie głową. – Mam na myśli, że ona uważa, że on jest... – uniosła ramię w geście zakłopotania – oszustem czy kimś w tym rodzaju. Kimś, kto tylko wygląda jak Ira.

Gapiłem się na Becky. Nie pojmowałem tego; Wilma była wychowywana przez ciotkę i wuja.

– Czy ona nie może powiedzieć, na czym polega różnica?

– Nie. Powiada, że on wygląda dokładnie jak wujek Ira, mówi tak samojak on, zachowuje się jak on – wszystko tak samo. Ona po prostu wie, że to nie jest Ira i tyle. Miles, to mnie doprowadza do szaleństwa!

Łzy ponownie napłynęły jej do oczu.

– Popracuj nad tym drinkiem – wymamrotałem, wskazując na jej szklankę, sam zaś wziąłem duży haust ze swojej, odchyliłem się w fotelu i, patrząc w sufit, myślałem o tym, co usłyszałem.

Wilma miała swoje problemy, ale charakteryzował ją silny charakter i była bystra. Miała około trzydziestu pięciu lat, rumiane policzki, była niska i pulchna, całkowicie pozbawiona urody. Źle się stało, że nie wyszła za mąż. Pewien jestem, że tego chciała i że byłaby wspaniałą żoną i matką, ale cóż, tak to właśnie jest. Prowadziła miejscową płatną bibliotekę i kiosk z pocztówkami – i robiła to dobrze. W każdym razie zarabiała w ten sposób na życie, co nie było łatwe w małym mieście. Wilma nie stała się zgorzkniała i skwaszona; miała przenikliwy i skłonny do żartobliwego cynizmu umysł – wiedziała, co jest co i nie oszukiwała się. Nie mogłem sobie wyobrazić Wilmy dopuszczającej do powstania u siebie problemów psychicznych, ale przecież wszystko jest możliwe. Spojrzałem na Becky.

– Co chcesz, żebym zrobił?

– Pójdź tam dziś wieczorem, Miles. – Prosząc mnie, nachyliła się do przodu poprzez biurko. – Natychmiast, jeżeli tylko możesz, zanim się ściemni. Chcę, żebyś zobaczył wujka Irę, porozmawiał z nim, znasz go przecież od lat.

Moja szklanka znajdowała się w połowie drogi do ust, ale odstawiłem ją z powrotem na biurko, przyglądając się Becky.

– Co masz na myśli? O czym ty mówisz, Becky? Czy ty też nie uważasz go za wujka Irę?

– Oczywiście. Oczywiście, że uważam. – Zaczerwieniła się. Nagle zaczęła przygryzać wargi, bezradnie potrząsając głową. – Ja nie wiem, Miles, nie wiem. Z pewnością on jest wujkiem Irą. Na pewno nim jest, ale... chodzi tylko o to, że Wilma jest taka pewna! – W tej chwili załamała ręce; coś o czym się czytuje, ale rzadko widuje. – Miles, ja nie wiem, co tam się dzieje!

Podniosłem się i obszedłem biurko, żeby stanąć przy jej fotelu.

– Chodźmy go zobaczyć – powiedziałem łagodnie. – Bądź rozsądna, Becky – dodałem i uspokajająco położyłem rękę na jej ramieniu. Przez cienką sukienkę czułem, że to ramię jest mocne, krągłe i ciepłe. Zabrałem swoją dłoń. – Cokolwiek się dzieje, nie dzieje się bez powodu, a my go znajdziemy i będzie po sprawie. Chodźmy.

***

Małe kalifornijskie miasteczko Mill Valley w hrabstwie Marin. Pewnego dnia do gabinetu miejscowego lekarza, Milesa Bennella, przychodzi jego dawno niewidziana przyjaciółka, Becky Driscoll. Jest zaniepokojona dziwnym zachowaniem swojej kuzynki, która twierdzi, że jej wujek Ira zmienił się i jest całkiem inną osobą, niczym pozbawioną uczuć i emocji skorupą. Miles decyduje się odwiedzić rodzinę Becky, chcąc zweryfikować jej opowieść, ale niczego nie może potwierdzić – nie widzi żadnych różnic ani w wyglądzie, ani w zachowaniu Iry. Kilka dni później dowiaduje się jednak, że coraz więcej osób w Mill Valley zauważa znaczące zmiany u swoich bliskich...



Żółta tapeta Charlotte Perkins Gilman

Żółta tapeta Charlotte Perkins Gilman

"Tapeta patrzy na mnie, jakby wiedziała, że potrafi człowieka doprowadzić do obłędu."

Panie i Panowie! Tak się pisze nieoczywistą grozę!

Jestem pod wrażeniem także nieoczywistym i nieoczekiwanym!

Wow💪😎💀

Klasyka czasami bywa trudna, ale zawsze udowadnia swoją wartość, pomimo upływu lat, a może właśnie dlatego.

...

Klaustrofobiczna, krótka przerażająca nowelka, z narastającym poczuciem osaczenia i szaleństwa, sączącego się ze ścian pokoju z żółta tapetą...

"Przeczucie mi podpowiada, że ten dom jest trochę dziwny."

Czy aby na pewno źrodłem jest właśnie tapeta?

"... moja bogata wyobraźnia przyzwyczajona do układania opowieści oraz swego rodzaju wyczerpanie nerwowe z pewnością wywołają niepokojące wizje, mam więc posłużyć się siłą woli oraz zdrowym rozsądkiem, aby zapanować nad tą skłonnością. Oczywiście spróbuję."

Jest to rozkminka w stylu BABADOOKA, którą uwielbiam: szaleństwo i obłęd, czy nawiedzenie kobiety przez istoty mieszkające w ścianie?

"Jestem zaniepokojona. Przyszło mi do głowy... Zaczynam uważać..."

Interpretacja dowolna, w zależności od upodobań😎

Ja mam swoją.

"Nie mam już nawet ochoty wyglądać przez okna - tyle jest pełzających kobiet, tak szybko się czołgają. Ciekawe, czy wszystkie one wydostały się zza żółtej tapety niczym ja?"

Świetna lektura, ktora powinna być podręcznikiem, jak pisać grozę bez oczywistości dla dużego grona autorów z aspiracjami.

"Tak miło jest przebywać w tym obszernym pokoju i pełzać do woli!"😯

MEGA POLECAM!


MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

„Żółta tapeta” (org. Yellow Wallpaper) to opowiadanie napisane przez Charlotte Perkins Gilman. Stworzyła ona to małe arcydzieło literackie na podstawie swoich własnych doświadczeń z depresją. Opowiada ona z psychologicznym zacięciem i dramatyczną precyzją historię kobiety chorej na depresję, która odizolowana na odludziu, zmuszona do spania w pokoju dziecięcym z zakratowanymi oknami i chorobliwie żółtą tapetą, w tajemnicy przed wszystkimi pisze pamiętnik. Pragnie intelektualnej stymulacji, aktywności, pełnego miłości zrozumienia. Jednak stopniowo żółta tapeta coraz bardziej wnika w zakamarki jej umysłu, prowadząc do zaskakującego finału.

Kolekcjoner zbrodni MAESTRIA

Kolekcjoner zbrodni MAESTRIA

"Historia przedmiotu to jego dusza /.../, ale nie każda dusza jest czysta."


Co mnie skusiło do sięgnięcia po tę opowieść?

Ano pomysł.

Świetny pomysł o kimś, kto dotykając przedmiotów, czuje przeszłość ich właścicieli, miewa wizje, nie zazwsze przyjemne i potrafi fragmentarycznie odtworzyć przeszłość.

"Są rzeczy /.../, które przechowują więcej, niż powinny."

Super sprawa.

I choć raczej jest to kryminał, gdzie wątków paranormalnych jest dla mnie zdecydowanie za mało, to jednak wykonanie, utrzymanie, czasami utrudnione przez prozaiczność i powtórzenia, klimatu tajemnicy i zamglonej unikalności pozostał do samego końca, którego się spodziewamy, ale celem tu chyba nie było zaskoczenie.

Generalnie, sama narracja też sprawia wrażenie sennej i nie do końca obecnej, dlatego cała historia jest bardzo ładnie opleciona atmosferą realności na granicy, którą łatwo przekroczyć niezauważalnie.

Był to dobrze spędzony czas i ta przygoda dość wyraźnie kojarzyła mi się z cyklem: Kroniki Medium, które także polecam.


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Niektóre przedmioty pamiętają więcej niż ludzie

Nina od lat odnawia stare przedmioty. Wie, że każda rysa, każde pęknięcie i każdy ślad zużycia mają swoje znaczenie. To jednak nie tylko zasługa intuicji. Kiedy dotyka rzeczy, widzi obrazy z przeszłości ich właścicieli – urywki cudzych historii, wspomnienia zapisane w materii.

Gdy w jej pracowni pojawia się tajemniczy klient i oddaje przedmioty oznaczone wizytówką z inicjałami P.G.H., Nina od razu wyczuwa, że coś jest nie w porządku. Rzeczy, które trafiają w jej ręce, noszą ślady cierpienia i śmierci.

Każdy kolejny artefakt prowadzi ją bliżej prawdy o mężczyźnie, który za fasadą elegancji skrywa twarz bezwzględnego mordercy. Wizje stają się coraz bardziej brutalne, a granica między przeszłością a teraźniejszością zaczyna się zacierać. Wkrótce Nina odkrywa, że nie tylko obserwuje cudze koszmary – sama staje się częścią mrocznej gry…


Piekielny dom Richard Matheson

Piekielny dom Richard Matheson

"Tego miejsca nie nazwano piekielnym domem bez powodu. Ono chce nas wszystkich pozabijać/.../"


Z racji wznowienia Vespera tylko i wyłącznie tej mini powieści o nawiedzonym domu, warto obejrzeć sobie klasykę kina: Legenda piekielnego domu (org. The Legend of Hell House) z 1973 roku, ale najpierw oczywiście przeczytać całość, dostępną w pięknym wydaniu Artefaktów: Jestem Legendą i inne utwory.

Fabuła jest taka, jaką uwielbia każdy miłośnik tematyki nawiedzonych, starych domów, czyli klasyki: grupa naukowców i medium udają się do nawiedzonej rezydencji Emerica Belasco, nazywanej „najstraszniejszym domem na świecie”.

Ich zadaniem jest zbadanie zjawisk paranormalnych i udowodnienie istnienia życia po śmierci, na zlecenie starszego, nowego właściciela posesji.

i się dzieje...😎

Czytało się to świetnie!

Jest atmosfera, jest narastający klimat grozy, pomimo debilnych i niczym nie popartych zapewnień pseudo naukowca, że "wszystko da się wytłumaczyć", jest satysfakcja z faktu, że się myli, strach, oczekiwanie i ... niedosyt!

A prawda?

Jak zawsze: sama się /o/broni.

Jest to esencja klasyki, która z powodzeniem może leżeć na tej samej półce, co opowieści Henry'ego Jamesa i Shirley Jackson oraz Daphne du Maurier!

Jeśli ktoś nie był jeszcze w Piekielnym domu, wrota stoją otworem, zarówno dla czytelników, jak i kinomanów!


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Pośród największych gwiazd na firmamencie horroru i fantasy niewiele błyszczy jaśniej niż Richard Matheson. A choć wielu czytelników zna go głównie z powieści takich jak "Jestem legendą", Piekielny „dom” i szesnastu scenariuszy serialu "Strefa mroku", to najwyższe mistrzostwo osiągnął jako autor mrożących krew w żyłach opowiadań, z których wiele znalazło się niniejszej książce. Od czasu debiutu Mathesona w 1950 praktycznie wszyscy ważniejsi autorzy fantastyki i grozy czerpią garściami z jego dokonań - przyznają się do tego Stephen King i Neil Gaiman, Peter Straub i Joe Hill, a także filmowcy, tacy jak Stephen Spielberg i J.J. Abrams.

Matheson zrewolucjonizował horror, przenosząc go z gotyckich zamczysk i otchłani nieznanego kosmosu na dobrze nam znane i bliskie ulice i przedmieścia. Przesycił opowieści o zjawiskach fantastycznych i paranormalnych mroczną znajomością natury ludzkiej, sięgając do pokładów uniwersalnej grozy samotności i zagrożenia w niebezpiecznym świecie.





Nie

CAŁY FILM 

 

Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger