"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdążyć przed zmrokiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdążyć przed zmrokiem. Pokaż wszystkie posty
Ostatni intruz Tana French

Ostatni intruz Tana French

Zdecydowanie najgorsza część całej serii...
Pierwsze 150 stron świetne, ale potem... wszystko utrzymuje się na tym samym poziomie. Akcja prawie w 90% toczy się w komisariacie, przez co już w połowie książki miałam duszności i odczuwałam potrzebę wyjścia na świeże powietrze.
Generalnie wszystko dotyczy wewnętrznych rozgrywek biura. Ciągle. Non stop. 
Bardzo dobry poziom narracji utrzymany, ale historia klaustrofobicznie monotonna.

P.S. Główna bohaterka irytująca i wkurzająca.

Jednakże polecam czytać całą serię - w generalnym rozrachunku jest jedną z lepszych cykli kryminalnych, takich z duszą.

MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


PROLOG

Kiedyś mama opowiadała mi o tacie. W pierwszej wersji, którą pamiętam, był egipskim księciem, chciał się z nią ożenić i osiąść w Irlandii, tylko że rodzina zmusiła go do powrotu i ślubu z arabską księżniczką. Mama umiała opowiadać historie. Kiedy tańczyli w blasku migających świateł, na jego długich palcach połyskiwały pierścienie z ametystami, a ona wdychała sosnowo-korzenny zapach jego ciała. Leżałam pod kołdrą z rozrzuconymi rękami i nogami jak rozgwiazda, mokra od potu, jakbym przed chwilą wynurzyła się z wody – była zima, ale w naszym budynku komunalnym włączono ogrzewanie, a na wyższych piętrach nie otwierały się okna; wchłonęłam tę bajkę i schowałam najgłębiej, jak się dało. Byłam jeszcze mała. Dzięki tej historii chodziłam dumna jak paw, dopóki w wieku ośmiu lat nie opowiedziałam jej swojej najlepszej przyjaciółce Lisie, której o mało nie rozerwało ze śmiechu.
Kilka miesięcy później, gdy rana się zabliźniła, pewnego popołudnia weszłam do kuchni, zacisnęłam ręce w pięści, oparłam je na biodrach i zażądałam prawdy. Mama nie stropiła się nawet na moment: wyciskając na gąbkę płyn do mycia naczyń, powiedziała mi, że był studentem medycyny z Arabii Saudyjskiej. Poznała go, bo sama studiowała pielęgniarstwo; usłyszałam mnóstwo szczegółów – o długiej pracy, o śmiechu mimo zmęczenia, o tym, jak razem uratowali życie potrąconemu przez samochód dzieciakowi. Kiedy mama dowiedziała się, że jestem w drodze, on zdążył już wrócić do Arabii Saudyjskiej. Rzuciła college pielęgniarski i urodziła mnie.
Przez jakiś czas karmiłam się tą wersją. Podobała mi się; zaczęłam nawet w sekrecie snuć plany, że jako pierwsza z mojej szkoły zostanę lekarzem, bo przecież mam to we krwi i tak dalej. Trwało to, dopóki kiedyś, gdy miałam dwanaście lat, nie kazano mi za karę zostać po lekcjach i mama mnie ochrzaniła; powiedziała, że nie pozwoli, żebym skończyła tak jak ona, bez matury i bez widoków na coś lepszego niż praca sprzątaczki za minimalną płacę przez resztę życia. Słyszałam to już tysiące razy, ale tamtego dnia olśniło mnie, że aby studiować pielęgniarstwo, trzeba mieć maturę.
W swoje trzynaste urodziny usiadłam naprzeciwko niej po drugiej stronie tortu i oświadczyłam, że tym razem się nie wygłupiam i chcę wiedzieć. Westchnęła, stwierdziła, że jestem już na tyle duża, by poznać prawdę, i wyznała, że był brazylijskim gitarzystą, z którym chodziła przez parę miesięcy, aż któregoś wieczoru w swoim mieszkaniu spuścił jej tęgie lanie. Kiedy zasnął, ukradła mu kluczyki do samochodu i pojechała do domu, pędząc na złamanie karku zalanymi deszczem pustymi ulicami, z podbitym okiem, które pulsowało bólem w rytm pracujących wycieraczek. Gdy zadzwonił i z płaczem ją przepraszał, mogłaby mu nawet przebaczyć i wrócić do niego – miała dwadzieścia lat – tylko że wtedy już wiedziała o mnie. Rzuciła słuchawką.
Właśnie tamtego dnia postanowiłam zostać policjantką. Nie dlatego, że chciałam rozprawić się ze wszystkimi zwyrodnialcami jak jakaś Kobieta-Kot, ale dlatego, że moja mama nie umiała prowadzić samochodu. Wiedziałam, że szkoła policyjna znajduje się gdzieś na prowincji, w głębi kraju. To był najszybszy sposób, na jaki wpadłam, żeby wyrwać się od mamy i nie wpaść w ślepy zaułek kariery sprzątaczki.
Na mojej metryce widnieje informacja „Ojciec nieznany”, ale są na to sposoby. Dawni znajomi, bazy danych DNA. I są sposoby, żebym dalej mogła naciskać mamę, za każdym razem coraz mocniej, dopóki nie uzyskałabym informacji bliskiej prawdy, żeby mieć od czego zacząć.

Już nigdy więcej jej nie zapytałam. Kiedy miałam trzynaście lat, spytałam, ponieważ serdecznie nienawidziłam jej za to, że tak długo dopasowywałam swoje życie do głodnych kawałków, które mi wciskała. Gdy dorosłam i wstąpiłam do szkoły policyjnej, nie pytałam, bo chyba już wiedziałam, dlaczego to robiła, i wiedziałam, że miała rację (...)

***

Nowa powieść królowej irlandzkiego kryminału, uznana przez Gillian Flynn za „hipnotyzującą”, a przez Stephena Kinga za „olśniewającą”.


Detektywi Antoinette Conway oraz Stephen Moran jako najmłodsi w  wydziale zabójstw dostają najnudniejsze sprawy, przy których trudno się wykazać. Ta, którą właśnie mają się zająć, wygląda na banalną kłótnię kochanków, która wymknęła się spod kontroli. Aislinn Murray zostaje znaleziona martwa, w  salonie, tuż obok stołu nakrytego do romantycznej kolacji. 

Antoinette nie może się oprzeć wrażeniu, że już gdzieś widziała ofiarę… Przełożeni naciskają na jak najszybsze rozwiązanie sprawy. Jednak im więcej Stephen i Antoinette dowiadują się o  blond piękności, tym bardziej oczywiste staje się, że wcale nie była taka idealna...


Cykl: Zdążyć przed zmrokiem (tom 6)







ZGARNIJ EBOOKA Z 



Ściana sekretów - Tana French

Ściana sekretów - Tana French

Kolejna słabsza, co nie znaczy, że słaba, część Tany - tym razem środowisko małolaty-exlusive:) Polecam także - Tana naprawdę daje radę w budowaniu klimatu i trzymaniu w napięciu do ostatniej chwili:)

Czytamy całą serię - PO KOLEI!

MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Jest taka piosenka, którą bez przerwy nadają w radiu, ale Holly ciągle wyłapuje tylko jej pojedyncze urywki. Czy pamiętasz, och, pamiętasz, kiedy byliśmy…, śpiewa z przejęciem czysty głos dziewczyny; lekki i szybki rytm każe ci się unieść na palcach i przyspiesza ci tętno, by za nim nadążyło, a po chwili milknie. Holly ciągle wypytuje resztę dziewczyn: „Co to jest?”, zawsze jednak słyszy za mało, żeby wyjaśnić, o jaki utwór jej chodzi. Piosenka brzmi gdzieś w tle, kiedy rozmawiają o czymś ważnym albo muszą biec do autobusu; zanim zapanuje spokój, śpiew znika, zostaje tylko cisza albo łomot Rihanny czy Nicki Minaj.
Tym razem piosenka dobiega z samochodu, kabrioletu, w którym opuszczono dach, by złowić cały słoneczny blask nagłej eksplozji lata, po której jutro może nie być śladu. Sączy się przez żywopłot na plac zabaw w parku, gdzie jedzą topniejące lody, trzymając je z dala od szkolnych zakupów. Holly – siedząca na huśtawce, z odchyloną głową i przymrużonymi oczami, oglądająca przez rzęsy słoneczne wahadło na niebie – prostuje się i nasłuchuje.
– To ta piosenka – mówi. – Co to…
Ale w tym momencie Julia upuszcza gałkę lodów na jej włosy, zrywa się z karuzeli z okrzykiem: „Kurwa!”, bierze od Bekki chusteczkę i pożycza od Seleny butelkę wody, żeby zmyć jej z włosów lepką maź, cały czas zrzędząc (przede wszystkim po to, by Becca się rumieniła, mówi szelmowskie spojrzenie skierowane do Holly), że wygląda, jakbywłaśnie obciągnęła komuś, kto słabo celuje – a tymczasem samochód odjeżdża.
Holly kończy lody i zawisa na łańcuchach huśtawki głową w dół, prawie muskając włosami ziemię i oglądając świat do góry nogami i pod kątem. Julia na wznak wyciąga się na karuzeli, którą powoli obraca, odpychając się stopami; karuzela skrzypi miarowo i kojąco. Obok Julii leży na brzuchu Selena, leniwie grzebie w torbie z zakupami i pozwalaJules kręcić się w kółko. Becca, przepleciona przez drabinki, liże lody koniuszkiem języka, sprawdzając, na jak długo wystarczą. Zza żywopłotu docierają uliczne hałasy i okrzyki chłopaków, które w słońcu i z oddali brzmią łagodniej.– Zostało dwanaście dni – mówi Becca i patrzy, czy reszta się z tego cieszy.Julia unosi w toaście rożek z lodami; Selena trąca go zeszytem do matematyki.
Holly cały czas pamięta o stojącej obok ramy huśtawki dużej papierowej torbie, która sprawia jej przyjemność, nawet gdy o niej nie myśli. Ma ochotę zanurzyć w niej twarz i ręce, opuszkami palców i nosem poczuć tę lśniącą nowość: błyszczący segregator z równiutkimi rogami, komplet ołówków tak ostrych, że można się nimi ukłuć do krwi,zestaw przyborów geometrycznych, w których wszystkie kreseczki podziałek są wyraźne i nietknięte. I inne rzeczy na ten rok: przewiązane wstążkami puszyste żółte ręczniki; zamknięta w gładkiej folii poszewka na kołdrę w szerokie żółte i białe pasy.
Pip-pip-pip-piij, odzywa się głośno jakiś ptaszek. Powietrze jest rozgrzane do białości i wypala wszystko do samego środka. Selena, która unosi głowę, jest tylko burzą włosów i rozchylonymi w uśmiechu ustami.– Torby z siatki! – woła nagle Julia w stronę rozpalonego nieba.– Hm? – zwraca się Selena do rozłożonego w dłoni wachlarza pędzelków.– Na liście wyposażenia. „Dwie torby z siatki do pralni”. Gdzie takie coś się kupuje? I co się z tym robi? Chyba nigdy nawet nie widziałam torby z siatki.– Trzymasz w tym swoje rzeczy do prania – wyjaśnia Becca. Ona i Selena mieszkają w internacie od początku, odkąd skończyły dwanaście lat. – Żeby nie trafiły do ciebie obrzydliwe cudze majtki.– Mama kupiła mi taką torbę w zeszłym tygodniu – mówi Holly, siadając na huśtawce. – Mogę ją zapytać gdzie. – Przy tych słowach czuje zapach prania unoszący się z suszarki w domu, widzi, jak składają razem z mamą prześcieradło, a w tle huczy Vivaldi.
Nie wiadomo, dlaczego przez krótką i straszną chwilę myśl o internacie gniecie ją w środku jak próżnia, która wsysa klatkę piersiową. Holly chce zawołać mamę i tatę, rzucić się im w ramiona i błagać, żeby pozwolili jej na zawsze zostać w domu.– Hol – mówi łagodnie Selena i uśmiecha się, mijając ją na karuzeli. –Będzie super.– No – odpowiada Holly. Becca przygląda się jej, zaciskając palce na szczeblu drabinki, i natychmiast jeży się z niepokoju. – Wiem.
Chwila mija. Zostawia po sobie wyczuwalny ślad, jak drobiny piasku we wciąganym do płuc powietrzu: jeszcze jest czas zmienić zdanie, byle szybko, zanim będzie za późno, uciekać, uciekać do domu i schować głęboko głowę. Pip-pip-piij, odzywa się kpiąco niewidzialny ptaszek.– Zaklepuję łóżko pod oknem – mówi Selena.– M-m… nie – sprzeciwia się Julia. – Nie możesz zaklepać, bo ja i Hol nawet nie wiemy, jak wyglądają pokoje. Trzeba zaczekać, aż będziemy w internacie.Selena śmieje się z niej, a karuzela obraca się wolno w nierównym cieniu rzucanym przez liście.– Przecież wiadomo, jak wygląda okno. Zaklepujesz czy nie?– Zdecyduję się, jak już tam wejdziemy. Masz coś do tego?Becca wciąż przygląda się Holly spod ściągniętych brwi, w roztargnieniu skubiąc rożek z lodami.– Zamawiam łóżko najdalej od Julii – oświadcza Holly. Uczennice trzeciej klasy dostają czteroosobowe pokoje: będą mieszkać razem w czwórkę. – Chrapie jak tonący bawół.– Odwal się, wcale nie. Śpię cichutko jak księżniczka elfów.– Czasem tak – zgadza się Becca i czerwieni się, zaskoczona własną śmiałością. – Kiedy ostatni raz u ciebie nocowałam, czułam, jak cały pokój wibruje.Julia pokazuje jej środkowy palec, a Selena parska śmiechem. Holly uśmiecha się do niej i już się nie może doczekać następnej niedzieli.Pip-pip-piij, mówi jeszcze raz ptaszek, mniej wyraźnie i bardziej sennie. A potem milknie.

***

W parku przy ekskluzywnej szkole dla dziewcząt na przedmieściach Dublina zostają odnalezione zwłoki szesnastoletniego Chrisa Charpera. Pomimo wielotygodniowego śledztwa, nie udaje się ustalić sprawcy zbrodni.
Rok po tragicznej śmierci Chrisa na „ścianie tajemnic” – korkowej tablicy, na której dziewczęta ze szkoły Świętej Kildy anonimowo zwierzają się ze swych sekretów – pojawia się zdjęcie chłopaka, opatrzone podpisem: „Wiem, kto go zabił”.
Sprawa zostaje ponownie otwarta. Trop wiedzie do najbliższych przyjaciółek Holly Mackey oraz grupy dziewcząt uwikłanych we wzajemne relacje i animozje. Która z uczennic skrywa mroczny sekret? A może działają w zmowie? Świat nastolatek okazuje się o wiele bardziej niebezpieczny i złowrogi, niż mogliby przypuszczać doświadczeni detektywi.



Cykl: Zdążyć przed zmrokiem (tom 5)






ZGARNIJ EBOOKA Z


Kolonia - Tana French

Kolonia - Tana French

No i powrót do formy - REWELACYJNA ta części!!!! A nie spodziewałam się tak pasjonującej historii po raczej spokojnym Rewelce! 

Polecam! Całą serię!

MOJA OCENA: 10/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Wyjaśnijmy sobie jedno: nadawałem się do tej sprawy idealnie. Bylibyście zdumieni, gdybyście wiedzieli, ilu chłopaków, mając wybór, dałoby nogę - a ja go miałem, przynajmniej na początku. Paru powiedziało mi wprost: „Dobrze, że nie ja, człowieku”.

Nie martwiło mnie to nawet przez sekundę. Budzili we mnie litość.
Niektórzy nie palą się do wielkich przedstawień, tych z wysoką stawką - za dużo medialnego kitu, jak twierdzą, i skutków ubocznych, jeżeli nie rozwiąże się sprawy. Takie negatywne podejście to nie mój styl. Kto traci energię na myślenie, jak bardzo zaboli go upadek, w zasadzie już spadł. Skupiam się na pozytywach, a jest ich mnóstwo. Można udawać, że się o to nie dba, każdy jednak wie, że duże sprawy przynoszą duże awansy. Dajcie mi to, co trafia na czołówki, a dla siebie zatrzymajcie porachunki na noże między dealerami. Jeżeli nie możesz wytrzymać presji, biegaj w mundurze.
Niektórzy z chłopaków nie potrafią sobie radzić, kiedy zamordowane zostają dzieciaki.
Przepraszam, że spytam: jeśli nie radzisz sobie z paskudnymi morderstwami, to co, do
jasnej cholery, robisz w wydziale zabójstw? Założę się, że Urząd Patentowy z radością
wziąłby do siebie kogoś o tak miękkim tyłku. Zajmowałem się niemowlakami, utonięciami, gwałtami z morderstwem i odstrzeleniem głowy strzelbą, po którym całe ściany były obklejone zaschniętymi kawałkami mózgu, i śpię dobrze, dopóki robota zostaje wykonana. Ktoś musi się tym zajmować. Jeżeli to mam być ja, przynajmniej wszystko będzie zrobione, jak należy.
Jeśli już o tym mowa, ustalmy coś jeszcze: jestem cholernie dobry w tym, co robię.
Nadal tak uważam. Pracowałem w wydziale zabójstw dziesięć lat i przez siedem, odkąd
stanąłem na własnych nogach, miałem najwyższy wskaźnik wykrywalności. W tym roku
zjechałem na drugie miejsce, ale lider dostał serię pewniaków, spraw rodzinnych, w
których podejrzany praktycznie sam zatrzaskiwał sobie kajdanki na nadgarstkach i
serwował się na tacy z sosem jabłkowym. Mnie dostało się to, co trudne, harówa typu
„ćpun-ćpuna i nikt-nic-nie-widział”, mimo to robiłem wyniki. Gdyby naczelnik miał
jakiekolwiek wątpliwości, choć jedną, w każdej chwili mógłby mi odebrać śledztwo. 
Nie zrobił tego.
Oto co próbuję wam powiedzieć: to śledztwo powinno było pójść jak po maśle. Trafić
do podręczników jako świetlisty przykład tego jak należy prowadzić takie sprawy.
Zgodnie z każdą podręcznikową zasadą powinno zostać śledztwem marzeń.
***
Mick Kennedy, detektyw z dublińskiego wydziału zabójstw, dba o każdy szczegół. Właściwy samochód, odpowiednie ciuchy, nawet barwa głosu… Wszystko, by pokazać światu – a co najważniejsze, mordercy – że całkowicie panuje nad sprawą.


Nie panuje jednak nad Broken Harbour. Z tą niegdyś odludną, piękną zatoką wiążą się jego najszczęśliwsze wspomnienia. Ale też najstraszniejsze. Teraz znów Broken Harbour stało się miejscem tragedii. Cztery ofiary – dwoje uduszonych dzieci, ojciec zadźgany nożem w krwawej jatce i matka walcząca w szpitalu o życie.

To sprawa najwyższej wagi i jednocześnie okazja dla detektywa Kennedy’ego, żeby po okresie porażek powrócić na szczyt. Wygląda na to, że świetnie wykorzystuje swoją szansę – w ciągu 48 godzin zabójca trafia do aresztu. Tyle tylko, że ta sprawa nie posuwa się do przodu jak wszystkie inne, lecz „prowadzi go na manowce z siłą potężnego odpływu i ściąga na dno”.



Cykl: Zdążyć przed zmrokiem (tom 4)








ZGARNIJ EBOOKA Z

Bez śladu - Tana French

Bez śladu - Tana French

Jak dla mnie i jak na razie najsłabsza część, ale i tak przyjemnie spędzony czas:) Frank, zarysowany w drugiej części, zupełnie mi się nie zgadzał wizerunkowo w części trzeciej, może dlatego takie wrażenie... Ale i tak..

POLECAM CAŁĄ SERIĘ!

MOJA OCENA: 8/10

W życiu liczy się tylko kilka chwil. Zazwyczaj można im się lepiej przyjrzeć jedynie z perspektywy czasu, długo po tym, jak przeleciały: chwila, gdy postanowiłeś zagadnąć dziewczynę, zwolnić przed niewidocznym zakrętem, jednak poszukać prezerwatywy... Mnie dopisało szczęście, chyba mogę tak powiedzieć. Wziąłem tę chwilę pod lupę i przekonałem się, jak rzeczywiście było. Poczułem opływającą mnie falę życia, gdy pewnej zimowej nocy czekałem w ciemnościach u wylotu Faithful Place.
Miałem dziewiętnaście lat, na tyle dużo, by zmierzyć się ze światem, i na tyle mało, by robić głupstwa. Tamtej nocy, ledwie moi dwaj bracia zaczęli chrapać, z plecakiem na grzbiecie i martensami w ręku wymknąłem się z naszej sypialni. Zatrzeszczała podłoga, w pokoju moich sióstr któraś mruknęła przez sen, ale tamtej nocy miałem czarodziejską moc, płynąłem na fali, nic, nie mogło mnie powstrzymać; rodzice nawet nie przewrócili się na drugi bok, gdy przechodziłem na wyciągnięcie ręki obok ich rozkładanej kanapy w pokoju od ulicy. Czerwony żar dogasającego ognia szemrał na kominku. W plecaku znajdowały się najważniejsze rzeczy: dżinsy, T-shirty, radio z drugiej ręki, sto funciaków i świadectwo urodzenia. Niczego więcej człowiek nie potrzebował, jadąc do Anglii ‒ w tamtych czasach.
Bilety na prom były u Rosie.
Czekałem na nią na końcu ulicy, w mroku, gdzie nie sięgał krąg mętnego żółtego światła latarni. W zimnym jak szkło powietrzu niósł się aromatyczny chmielowo-palony zapach z browaru Guinnessa. Na nogach miałem trzy pary skarpetek i martensy, ręce wetknąłemgłęboko w kieszenie niemieckiej wojskowej kurtki z kapturem i po raz ostatni wsłuchiwałem się w odgłosy życia swojej ulicy, płynące dalej z prądami nocy. Słowa wypowiedziane ze śmiechem przez kobietę: „A kto tu mówi, że możesz”, trzask zamykanego okna. Chrobot szczura biegnącego po ceglanym murze, kaszel mężczyzny, świst kół roweru, który przemknął za rogiem; burkliwy głos Wariata Johnny'ego Malone'a z sutereny pod czternastym, który gadał do siebie przed snem. Słysząc jakąś parkę, zduszone jęki i miarowy łomot, przypomniałem sobie zapach szyi Rosie i z szerokim uśmiechem spojrzałem w niebo. Rozległy się dzwony wybijające północ ‒ z katedry Kościoła Chrystusowego, katedry Świętego Patryka, kościoła Świętego Michana ‒ potężne, pełne tony spływały z nieba, jakby uroczyście witały nasz potajemny Nowy Rok.
Gdy wybiły pierwszą, ogarnął mnie strach. Lekki szelest, głuchy odgłos niosący się z oddali przez ogrody na tyłach domów, i wyprostowałem się pełen gotowości, ale ona nie przeszła przez mur na końcu ulicy; pewnie ktoś wkradał się do domu przez okno, z poczuciem winy, że tak późno. Pod siódemką zaczęło płakać najmłodsze dziecko Sallie Hearne, zawodziło słabym, zrezygnowanym głosem, aż w końcu Sallie ocknęła się i zaczęła mu śpiewać: I know where I'm going... Painted rooms are bonny*. * „Wiem, dokąd zmierzam... Pomalowane pokoje są śliczne...” (z tradycyjnejpiosenki irlandzkiej).
Gdy wybiły drugą, z tych nerwów jakbym dostał kopa w tyłek.
Przerzuciło mnie przez mur na końcu ulicy do ogrodu przy domu pod szesnastym, który był przeznaczony do rozbiórki jeszcze przed moimi narodzinami, ale mimo straszliwych ostrzeżeń okupowaliśmy go całą gromadą, zostawiając tam puszki po piwie, stosy petów i utracone dziewictwo. Wbiegłem zbutwiałymi schodami na górę, przeskakując po cztery stopnie naraz, nie przejmując się, że ktoś może usłyszeć.Byłem taki pewny, już ją widziałem, grzywa miedzianych kędzierzawych włosów i zaciśnięte w pięści ręce na biodrach: „Gdzieś ty się podziewał, do cholery?”.Połamane deski podłogi, dziury wybite w tynku, kupa śmieci, podmuchy zimnego wiatru w ciemnościach ‒ poza tym nikogo.W pokoju frontowym na piętrze znalazłem list, właściwie kartkę z zeszytu. Fruwała po gołej podłodze, w prostokącie bladego światła, które wpadało przez okno, i wyglądała tak, jakby leżała tam od stu lat.Wtedy wyczułem, że zaszła zmiana: opływająca mnie fala życia załamała się i nabrała zabójczej siły, zbyt dużej, by z nią walczyć, i już mi niesprzyjającej.
Nie zabrałem listu. Gdy wychodziłem spod szesnastego, znałem treść na pamięć i została mi reszta życia, żeby uwierzyć w to, co tam było napisane. Położyłem go z powrotem na podłodze i wróciłem na koniec ulicy. Czekałem w mroku, przyglądając się obłokom paryulatującej mi z ust w świetle latarni, a tymczasem dzwony biły na trzecią, potem czwartą i piątą. Noc rzedła, nabierała smętnej szarości, za rogiem stukał po bruku wózek mleczarza w drodze do mleczarni, a ja wciąż czekałem na Rosie Daly u wylotu Faithful Place.


***

W życiu liczy się tylko kilka chwil. W życiu dziewiętnastoletniego Franka Mackeya takim przełomowym momentem okazuje się niedoszłe spotkanie z ukochaną dziewczyną, Rosie Daly. Wspólnie planowali uciec z Dublina i szukać lepszej przyszłości w Anglii. Ale Rosie nie pojawiła się w umówionym miejscu u wylotu uliczki Faithful Place – zostawiła jedynie list, z którego wynikało, że postanowiła uciec sama. Potem wszelki słuch o niej zaginął. Wydarzenie to położyło się cieniem na życiu nastolatka. Frank odszedł z domu terroryzowanego przez despotyczną matkę i ojca alkoholika oraz zerwał wszelkie kontakty z rodziną – poza najmłodszą siostrą. Dwie dekady później Frank, teraz rozwiedziony ojciec dziewięcioletniej Holly, pracuje jako detektyw w wydziale operacji tajnych policji. W przeznaczonym do rozbiórki domu na Faithful Place robotnicy znajdują walizkę należącą do Rosie. Frank nabiera podejrzeń, że być może dziewczyna wcale nie opuściła Irlandii. Z pomocą brata, Kevina, przeszukuje budynek i znajduje potwierdzenie swoich domysłów: w suterenie, ukryte pod betonową płytą, spoczywają rozkładające się zwłoki zaginionej. Dochodzenie prowadzi kolega i rywal Franka ze szkoły policyjnej, detektyw Mick Kennedy z wydziału zabójstw. Mackey dostaje od niego kategoryczny zakaz ingerowania w tok śledztwa. Gdy jednak następnego dnia w niewyjaśnionych okolicznościach ginie sam Kevin, a przy jego zwłokach policja znajduje list Rosie sugerujący, iż wcale nie zamierzała porzucić Franka, mężczyzna bierze urlop i rozpoczyna prywatne śledztwo. Ku jego przerażeniu, prowadzi go ono do własnej córki...
Cykl: Zdążyć przed zmrokiem (tom 3)








Lustrzane odbicie - Tana French

Lustrzane odbicie - Tana French

Nie wiem, czy nie lepsza od części pierwszej, chociaż tu nie ma klimatu rodem z Twin Peaks :) Rewelacyjna kolejna część - nawet chyba zaryzykuję stwierdzenie, że lepsza od Cobena, choć jego też uwielbiam :) Przeczytana jednym tchem, oczy wypłynęły, ale wyobraźnia nakręcona byłą przez kolejny dzień :) 

POLECAM CAŁĄ SERIĘ!


MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Bywają noce, gdy śpię sama, ciągle jeszcze śni mi się Whitethorn House. Zawsze jestwiosna, delikatne chłodne światło z przedwieczorną mgiełką. Wchodzę po wytartychkamiennych schodach, pukam do drzwi wielką mosiężną kołatką, która czernieje z wiekiem, tak ciężką, że człowiek podskakuje zaskoczony i wpuszcza mnie do środka stara kobieta w fartuchu, o wyrazistej, surowej twarzy. Zawiesza sobie wielki, zardzewiały klucz u pasa i odchodzi podjazdem pod opadającymi kwiatami wiśni, a ja zamykam drzwi.Dom zawsze jest pusty. Sypialnie są jasne, bez mebli, moje kroki odbijają się od desekechami, które wzlatują koliście przez rozsłonecznioną przestrzeń i kłęby kurzu ku wysokim sufitom. Czuć zapach dzikich hiacyntów, wpadający przez szeroko otwarte okna, i pasty do podłóg na pszczelim wosku. Z framug okien odpryskują płatki białej farby, nad parapetem faluje wąs bluszczu. Na zewnątrz leniwie pokrzykują turkawki.
Pianino w salonie jest otwarte, drewniany blask drewna orzechowego jarzy się wpasmach słońca zbyt jasno, aby dało się patrzeć, bryza porusza pożółkłe nuty, jakbyprzesuwał je palec. Stół jest zastawiony dla nas pięcioma nakryciami – migoczą tace zangielskiej porcelany i kieliszki do wina na długich nóżkach, z kryształowej misy zwisaświeżo cięte kapryfolium – ale srebra zmatowiały, a grube serwetki z adamaszku zmarszczył kurz. Papierośnica Daniela leży przy jego miejscu u szczytu stołu, otwarta i pusta, zagubiła się w niej tylko spalona zapałka.
Gdzieś z domu, niewyraźne jak dalekie pstryknięcia palcami, dolatują dźwięki –szurnięcie stopą, szept. Niemal staje mi serce. Nie odeszli – to ja wszystko źle zrozumiałam.
Tylko się chowają, ale cały czas tu są... i będą zawsze.
Podążając za odgłosami, mijam kolejne pokoje, zatrzymuję się na każdym stopniu, byposłuchać, ale ciągle się spóźniam: odpływają niczym miraże, zawsze są za drzwiami albo w górze schodów. Dwa takty chichotu, zaraz stłumionego, skrzypnięcie schodów. Zostawiam szeroko otwarte drzwi szary, wbiegam po trzy stopnie naraz, okręcam się wokół słupka balustrady u szczytu i kątem oka dostrzegam ruch: pokryte cętkami stare lustro na końcu korytarza, a w nim odbita moja twarz, roześmiana.
***
To historia Lexie Madison, nie moja. Bardzo bym chciała opowiedzieć jedną, nie wchodząc w drugą, ale tak się nie da. Kiedyś uważałam, że własnoręcznie zszyłam nas na krawędziach i chociaż zaciągnęłam ciasno szwy, mogę je w każdej chwili spruć, teraz jednak sądzę, że od początku wszystko poszło głębiej i dalej, bardziej pod skórę. 
Wyrwała się, gdzie wzrok nie sięga, wymknęła spod mojej kontroli.
Tyle mojego, choć nie: zrobiłam wszystko sama. Frank zwala winę na innych, główniena Daniela, ale, moim zdaniem, Sam w pokrętny i cudaczny sposób sądzi, że to wina Lexie.Kiedy mówię, że nie, uważnie mi się przyglądają kątem oka i zmieniają temat – Frank chyba sądzi, iż dopadł mnie paskudny wariant syndromu sztokholmskiego. Czasami coś takiego zdarza się tajniakom, ale nie tym razem. Nie próbuję nikogo chronić; nie pozostał nikt do ochrony. Lexie i pozostali nigdy się nie dowiedzą, że są obwiniani, a gdyby się dowiedzieli, mieliby to gdzieś. Więcej zaufania, proszę. Rozdać mógł kto inny, ale to ja wzięłam talię ze stołu, rozegrałam każdą kartę po kolei i miałam ku temu powody.

***

Druga książka debiutującej powieścią „W głębi lasu” Tany French Inteligentny, dopracowany w każdym szczególe thriller o nietypowej, zaskakującej fabule.
Po wydarzeniach, które miały miejsce w trakcie Operacji Westalka, umęczona psychicznie Cassie Maddox przeszła z wydziału zabójstw do wydziału przemocy domowej. Przysięgała, że nigdy nie wróci do przeszłości… Ale przeszłość wraca do niej. Sam O’Neill, towarzysz Cassie i detektyw, prosi kobietę, by przyjechała do niewielkiego miasteczka kilkadziesiąt kilometrów od Dublina. W Glenskehy zamordowano kobietę. Na miejscu zbrodni Maddox staje oko w oko z… sobowtórem. Ofiara ma nie tylko twarz policjantki. Wedle dokumentów nazywa się Lexie Maddison – dokładnie tak samo, jak fikcyjne alter ego Cassie, stworzone w przeszłości celem inwigilacji siatki handlarzy narkotyków na Uniwersytecie Dublińskim. Do pytania „kto zabił” dołącza kolejne – „kim była ofiara”. Nie ma poszlak, nie ma śladów ani podejrzanych… Zostaje jeden sposób, by dowiedzieć się prawdy – udawać, ze Lexie Maddison umknęła śmierci. Cassie zna Lexie na wylot, wystarczy chwila, by weszła w dawną rolę… Ale co stanie się wtedy, gdy cudze, obce życie, okaże się bardziej fascynujące niż własne?


Cykl: Zdążyć przed zmrokiem (tom 2)






ZGARNIJ EBOOKA Z

Zdążyć przed zmrokiem - Tana French

Zdążyć przed zmrokiem - Tana French

Rewelacyjna, mroczna, ze strony na stronę coraz bardziej wciągająca, a pod koniec akcja leci już z górki na pazurki - nie ma szans, żeby się oderwać!!! Polecam całą serię!!!! 

MÓJ ABSOLUTNY HICIOR!!!!

MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Wyobraźcie sobie lato prosto z planu filmowego o dojrzewających nastolatkach wmałym miasteczku z lat pięćdziesiątych. Żadną tam irlandzką, subtelną przyprawę, którazostała zmieszana na użytek podniebienia konesera, żadne niuanse akwarelowe ze szczyptą chmur i delikatnego deszczu, to lato pełną gębą, ekstrawaganckie w gorącym, czystym, jedwabistym błękicie. Eksploduje na języku i smakuje przeżutymi źdźbłami trawy, potem, herbatnikami z masłem, które przecieka przez dziurki, i czerwoną oranżadą ze wstrząśniętej butelki, konsumowanymi w domku na drzewie. Smaga twarz wiatrem podczas jazdy rowerem, jest biedronką maszerującą po ramieniu, z każdym oddechem pakuje do ust zapach skoszonej trawy, wydyma bieliznę wiszącą na sznurach, dzwoni i tryska nawoływaniem ptaków, bzyczeniem pszczół, szelestem liści, dźwiękami uderzeń piłki i monotonnym recytowaniem podczas skakania przez skakankę: Raz! Dwa! Trzy! 
To lato nigdy się nie skończy. Każdego dnia zaczyna się od melodyjki samochodu z lodami i pukania najlepszegoprzyjaciela do drzwi, kończy się długo i powoli zapadającym zmierzchem i sylwetką matki, wołającej do domu, gdy nietoperze przenikliwie piszczą wśród czarnych koron drzew. To lato wystrojone i w pełnej krasie.
Wyobraźcie sobie labirynt czyściutkich domków na wzgórzu, zaledwie kilka kilometrów od Dublina. Któregoś dnia, jak zadeklarował rząd, powstaną tu tętniące życiem cuda infrastruktury podmiejskiej, doskonale rozplanowane rozwiązanie, które zaradzi przeludnieniu, wzrastającemu poziomowi biedy i wszelkim bolączkom miejskim, ale teraz to tylko garstka sklonowanych bliźniaków, na tyle jeszcze nowych, że wyglądają olśniewająco i nieporadnie na wzgórzu. Podczas gdy rząd rozpływa się nad McDonaldami i multipleksami, kilka młodych rodzin - w ucieczce przed czynszówkami i toaletami na zewnątrz, o których się nie wspomina w Irlandii lat siedemdziesiątych, albo marząc o wielkich ogrodach za domem i miejscu do zabaw dla dzieci, albo po prostu kupując domy na tyle blisko miasta, na ile pozwalają im pensje nauczycieli i kierowców autobusowych - pakuje foliowe worki na śmieci i wystawia je wzdłuż dwukierunkowej drogi, pośrodku której rośnie trawa i stokrotki, nanowy początek.
To było dziesięć lat temu, a mętny blask jarzeniówek centrów handlowych i domów kultury przywoływany pod nazwą „infrastruktura" jak dotąd jeszcze się nie zmaterializował (mniej ważni politycy od czasu do czasu grzmieli w parlamencie o podejrzanych interesach z ziemią). Rolnicy nadal wypasali krowy po drugiej stronie drogi, a noc zapalała rzadką konstelację świateł na sąsiednich wzgórzach, za osiedlem, gdzie pewnego dnia na planach pojawi się centrum handlowe oraz zadbany skwer; osiedle zajmuje dwa i pół kilometra kwadratowego ziemi, wokół której rozciąga się od wieków las.
Przenieśmy się bliżej, ruszmy za trójką dzieci, które wdrapują się na cienką przegrodęz cegieł i zaprawy, oddzielającej bliźniaki od lasu. Ich ruchy są doskonałe w niewidocznysposób, są sprawni i nieskrępowani, niczym lekkie samoloty. Białe tatuaże - błyskawica,gwiazda - połyskują bielą w miejscu, gdzie jeszcze niedawno był plaster, a teraz skórę opala na brązowo słońce. Wiatr rozwiewa blond włosy: stopień, kolano na murze, do góry, przez mur i znika.
Las to jedno wielkie migotanie i szept, i iluzja. Jego cisza jest puentylistycznym spiskiem miliona głosików - szelestów, podmuchów, bezimiennych zduszonych pisków; jegopustka obfituje w tajemne życie, umykający z tupotem cień dostrzegany kątem oka. 
Uważaj: pszczoły prują do i z gniazd w szczelinach dębu, zatrzymaj się, odwróć pierwszy lepszy kamień, a zobaczysz dziwną larwę, która się wije z irytacją, a tymczasem na nogę wmaszeruje ci sznur pracowitych mrówek. W zrujnowanej wieży, czyjejś porzuconej twierdzy, gdzie między kamieniami są pajęczyny grube jak nadgarstek, o świcie króliki wyprowadzają swoje małe z fundamentów, by bawiły się na prastarych grobach.
Lato należy do trójki dzieci. Znają las jak własną kieszeń, jak mikropejzaże zadrapańna kolanach, wystarczy nałożyć im na oczy opaskę, postawić w zadrzewionej dolinie lub w przesiece, a znajdą drogę do wyjścia, nie myląc ani razu kroku. To ich terytorium i rządzą nim z dzikim i królewskim rozmachem niczym młode zwierzęta, wspinają się po drzewach i bawią w chowanego w dziuplach całymi dniami, i nocami we snach.Biegną prosto w legendę, w historie na dobranoc i koszmary, których rodzice nigdynie usłyszą. Na ledwie widocznych, zagubionych ścieżkach, których nigdy byście sami nie znaleźli, koziołkują wzdłuż zrujnowanych murów, ciągną się za nimi nawoływania i sznurówki niczym ogony komet. A kto czeka na brzegu rzeki z dłońmi w wiklinie, czyjśmiech spływa kaskadami z gałęzi wysoko na drzewie, czyją twarz chwytasz kątem oka,twarz ze światła i cienia liści, która znika w mgnieniu oka?
Te dzieci nie urosną ani tego, ani następnego lata. Ten sierpień nie zachęci ich doznalezienia ukrytych rezerw siły i odwagi, gdy staną twarzą w twarz ze złożonością świata dorosłych i odejdą smutniejsze i mądrzejsze, i naznaczone na całe życie, to lato ma wobec nich inne plany.


WOW! (...)
***
Trójka dwunastoletnich dzieci – Germanie, Adam i Peter – bawi się przy drodze koło miasteczka Knocknaree, a potem wchodzi do przylegającego do niej lasu. Adam zostaje odnaleziony kilka godzin później w stanie bliskim katatonii, w zakrwawionej odzieży. Niczego nie pamięta. Germanie i Peter znikają bez śladu. Dwadzieścia lat później, obecnie Rob Ryan, pracuje w wydziale zabójstw dublińskiej policji. Wraz ze swoją partnerką Cassie Maddox rozpoczyna śledztwo w sprawie zamordowania dwunastoletniej Katy Devlin, której zwłoki odnaleziono na terenie wykopalisk archeologicznych w Knocknaree. Co łączy tę zbrodnię z wydarzeniami z 1984 roku? Obie sprawy są do siebie łudząco podobne. Dla Ryana dochodzenie ma dodatkowo wymiar osobisty – musi nie tylko odnaleźć mordercę, ale zmierzyć się z własnymi traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa, o której do tej pory wolał milczeć. Pojawia się coraz więcej trudnych pytań. Pozornie normalna rodzina ofiary wydaje się skrywać wiele tajemnic...



Cykl: Zdążyć przed zmrokiem (tom 1)









ZGARNIJ EBOOKA Z


Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger