"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bóstwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bóstwa. Pokaż wszystkie posty
Slewfoot. Opowieść o wiedźmie Gerald Brom

Slewfoot. Opowieść o wiedźmie Gerald Brom

 "Jam jest pasterzem i jam jest pogromcą. Jam jest życiem i jam jest śmiercią."

Ileż samozaparcia kosztowała mnie ta powieść. Powalone durne czasy ciemnoty i pariarchatu. Wielebni, wierni, światbliwości... a tak naprawdę wiecej syfu i brudu we łbach, niż w szambie.

I ta hipokryzja...

"Anioły po częstokroć muszą się dopuszczać w imię Pańskie złych uczynków."

Pomijając ten patologiczny watek, cała powieść jest mrocznie baśniowa, z bardzo innowacyjnym wątkiem bóstwa, które wzbudza nie tylko strach/haha/, ale także empatię.

"Wszak może być leśnym bóstwem, dawno zaginionym kuzynem wróżek, elfem albo też goblinem, a może niepokorną duszą, która się zagubiła pomiędzy światami."

Jest śmierć.
Jest tajemnica. 
Jest przetrwanie.
Jest samotna kobieta, która zostaje zmuszona do działania, na które nie miała ochoty. 

Wcześniej.

"Skoro pragną wiedźmy /.../ to wiedźmę dostaną."

I jest piękna zemsta - apokalipsa czarownicy i diabła.
Tak, jak "ludzie" chcieli.

Jest pięknie, jest krwawo, jest sprawiedliwie. A ja lubię, kiedy opowieści współgrają z moim poczuciem sprawiedliwości.

Raczej chyba nie bedzie drugiej części... a mogłoby być super.


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

„Slewfoot” to opowieść o magii i mrocznych siłach, o zwycięstwie i grozie, jaką potrafi snuć tylko Brom — mistrz gotyckiej fantastyki.

Jego imię to szept. Jego obecność — klątwa.
Kolonialna Nowa Anglia, rok 1666. W głębi mrocznych lasów Connecticut budzi się pradawny duch — dla dzikich mieszkańców znany jako Ojciec, dla osadników zaś jedynie jako Slewfoot — demon, diabeł.

Abitha, młoda wdowa wykluczona z pobożnej purytańskiej społeczności, stoi samotna na krawędzi świata, którego nie rozumie. Jego dzika moc staje się dla niej jedyną nadzieją na przetrwanie.

Rozpoczyna się nieuchronna walka między pogaństwem a puritanizmem — konflikt, który może zmieść całą wioskę, pozostawiając po sobie jedynie popiół i krew.

Nie bój się diabła, którego znasz. Bój się tego, który zna ciebie.

Pełnokolorowe ilustracje autora sprawią, że każdy cień w Nowej Anglii stanie przed twoimi oczami.




Wyrocznia Thomas Olde Heuvelt

Wyrocznia Thomas Olde Heuvelt

"Tylko ofiara uchroni nas od zguby, lecz by tak się stało, wielu będzie musiało się poświęcić. Idźcie i ofiarujcie; idźcie i ofiarujcie hojnie."

Ten autor ma szczególną umiejętność /tak jak King/ rozpoczynania powieści od takiego zdania, że człowiek wpada głęboko pod wodę i nie zdąży nabrać powietrza, a już tonie w treści.

Tak było z powieścią tego autora Echo i tak było z pierwszym akapitem tej powieści, która potem jednak przeradza się bardziej w fantastyczną sensację, choć swym pomysłem bardzo się wybija.

To takie troszkę morskie Stranger Things.

Są momenty naprawdę straszne, są momenty naprawdę fantastyczne, są momenty dramatyczne - ta powieść to taki kogelmogel wszystkiego. Ja oczywiście życzyłabym sobie tu więcej horroru, przez wzgląda na tematykę /choć pewne powroty rodzinne były naprawdę creepy/. Za dużo troszkę sensacji, za dużo agentury, za mało strasznej grozy i czystego horroru. Szkoda, bo autor ma duży talent, jeśli chodzi o opisywanie i wymyślanie naprawdę creepy scenek. Zabrakło troszkę klimatu bardziej mrocznej grozy, oddającej podium pradawnej fantasy, w zestawieniu z ciemną stroną człowieczeństwa i brutalnością.

Nie, to jest bajeczka. 

I choć czytało się to fantazyjnie przyjemnie do samego końca, to jednak na podium nadal pozostaje przerewelacyjne Echo!

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU


***

Międzynarodowa intryga. Młodzieńcza miłość. Starożytne tajemnice. Wizja zagłady.


I czysta, mrożąca krew w żyłach groza.


W mglisty zimowy poranek, na pustym o tej porze roku polu tulipanów na obrzeżach rodzinnego miasta, trzynastoletni Luca Wolf i jego koleżanka Emma Reich odkrywają XVIII-wieczny żaglowiec. Na pierwszy rzut oka widać, że okręt, na którego burcie widnieje nazwa Wyrocznia, jest mocno sfatygowany, jakby fale wyrzuciły go na brzeg po setkach lat dryfowania. Znalezisko wydaje się nierzeczywiste, właz do ładowni jest jednak otwarty i Emma nie może się oprzeć pokusie wejścia na pokład i zbadania statku.


Gdy bije pokładowy dzwon, Emma znika w jego wnętrzu na zawsze. To samo dzieje się z kilkorgiem ich przyjaciół, ojcem Luki oraz policjantami, którzy wyruszają z ekspedycją poszukiwawczą w głąb okrętu. Kiedy bez wieści przepada jedenaście osób, śledztwo rozpoczyna tajna agencja rządowa. Wygląda na to, że międzynarodowe służby specjalne stanęły właśnie w obliczu najbardziej złowieszczej sprawy swoich czasów.


Na miejsce zostaje sprowadzony Robert Grim, emerytowany specjalista od okultyzmu, który ustala ponad wszelką wątpliwość, że Wyrocznia jest zwiastunem wieszczonej od dawien dawna zagłady – mrocznej siły uśpionej dotąd w głębinach morza. Już wkrótce Luca odkrywa, że jest łącznikiem w starciu między starożytnymi siłami…


Autor bestsellerowych powieści grozy „Echo” i „Hex” Thomas Olde Heuvelt powraca z nowym horrorem, w którym z mroków przeszłości wyłaniają się starożytne siły zdolne na zawsze odmienić nasz świat.

Nasza część nocy Mariana Enríquez

Nasza część nocy Mariana Enríquez

"Chciałbym wnętrzności twoje zacałować, zamieszkać w tobie wszystkimi zmysłami.

Jestem ropuchą czarną ze skrzydłami."


Rewelacyjny, powolny, introwertyczny horror, z politycznym tłem, na które ja osobiście niekoniecznie zwracałam uwagę; bardziej interesowała mnie historia rodzinna zięcia i wnuka potężnej rodziny właścicieli ziemskich, depozytariuszy tajemniczego świata, wiernego bóstwu- Ciemności.

Skrócik?

Ojciec Juan i syn przemierzają Argentynę drogą z Buenos Aires do wodospadu Iguazú, na północnej granicy z Brazylią. To są lata junty wojskowej, panuje kontrola uzbrojonych żołnierzy i panuje też napięcie. Syn nazywa się Gaspar, a ojciec stara się uchronić go przed mrocznym przeznaczeniem. Matka, Rosario, zginęła w podejrzanych okolicznościach, w wypadku pod kołami autobusu.

To takie proste?

Gdzie tu horror?

Ano jest!

Ponieważ to nie jest taki sobie zwykły ojciec, a tym bardziej, nie jest to taki sobie zwykły syn.

Ojciec jest medium. Jako jedyny ma zdolność przywoływania Ciemności, która dotarła z serca Afryki do Anglii, a stamtąd do Argentyny.

"Ja wierzę w Ciemność, ale wiara nie oznacza posłuszeństwa. Jak mam nie wierzyć, skoro dzieje się w moim ciele. Dzieje się mojemu ciału [...] Ciemność jest obłąkana, to bóg dziki, bóg szalony."

Należy, niestety nie z własnej woli, ale ze względu właśnie na ten przeklęty dar do Bractwa, Zakonu, Kultu Cienia, fanatyków, którzy nawiązują kontakt z Ciemnością w poszukiwaniu wiecznego życia, a robią to poprzez okrutne rytuały i śmiertelne ofiary, najlepiej z dzieci. 

"Ciemność była głodna i nigdy nie odrzucała tego, co jej podsuwano. Ci, których złożono w ofierze Ciemności, zostali pożarci w mgnieniu oka."

Dla nich bardzo ważne jest posiadanie nośnika, przekaźnika i jest nim właśnie Juan.

"Ciemność pokazuje nam, jak zwyciężyć śmierć. Pokazuje, jak skontaktować się ze starymi bogami [...] Musisz przywoływać dla nas."

I Juan nie ma wyjścia.

"...spojrzał na swoje dłonie: już nie należały do niego. Już były czarne, jakby zanurzył je w błotnistym stawie. Całkiem czarne, aż po nadgarstki. Ich kształt też się zmieniał. Powoli i bezboleśnie rosły mu palce, z początku wyglądały, jakby zaatakował je nagle reumatyzm, i jednocześnie paznokcie robiły się długie i mocne, zakrzywione, złote sztylety. To był jego znak medium, fizyczna przemiana, która go wyróżniała i była jego klątwą. Bóg o złotych paznokciach."

Już samo to by wystarczyło, ale... niedaleko pada jabłko od jabłoni.


I na tym zakończę skrócik.


Znajdziemy w tej historii bóstwa, demony, potwory, rytuały i ich ofiary, liturgie seksualne, dramaty rodzinne, dzieci obciążone przerażającym dziedzctwem. 

Nadprzyrodzony terror i horror. Transcendencja, teozofia i klimaty gotyckich powieści i sekt. Tajemnice przechowywane w starych londyńskich teczkach i archiwach. Okrucieństwo, sadyzm, egoizm, ale też miłość i oddanie.

Klimat jest powolny, sączy się jak smoła, ale jest mistrzowski, przesycony grozą, ale nie tak od razu, a co fajne: groza na początku jest tu traktowana jak coś zwykłego i naturalnego, co jest efektem wręcz odwrotnym do zamierzonego - nie zwracać na nią uwagi?

Jasne.

Świetne opisy, które przedstawione są w stonowany sposób i przez to jeszcze bardziej przerażające, przez tą właśnie beznamiętność. Niespieszne tempo akcji. 

Tematyka troszkę kojarzyła mi się z przerewelacyjną dla mnie powieścią Dana Simmonsa  Trupia otucha oraz przerewelacyjny Dom z liści Danielewskiego

I przepraszam, ale cała ta opowieść aż błaga o lepszą okładkę!!!

MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Uzbrojeni po zęby żołnierze, strzeżone drogi i unoszące się w powietrzu napięcie – to Argentyna pod rządami wojskowej junty. Ojciec z synem zamierzają przedostać się z Buenos Aires do północnej granicy kraju z Brazylią. Matka Gaspara, bo tak ma na imię chłopiec, zginęła w tajemniczych okolicznościach.

Ojciec jest zdeterminowany, by uratować chłopca przed jego przeznaczeniem. Gaspar ma bowiem zostać medium na usługach Zakonu – tajnego stowarzyszenia, które przy pomocy zakazanych i niebezpiecznych rytuałów kontaktuje się z Ciemnością. By zyskać nieśmiertelność, członkowie Zakonu, rządzonego przez krewnych matki Gaspara, nie cofną się przed niczym. Ich starania sięgają setki lat wstecz, odkąd wieść o Ciemności przewędrowała z Afryki, przez Anglię, do Argentyny.

Enríquez czerpie garściami z historii swojego kraju i dawno zapomnianych wierzeń, tworząc niepokojącą, lecz olśniewającą powieść. "Nasza część nocy" to kolejny dowód na to, że autorka jest jednym z najważniejszych głosów w literaturze latynoamerykańskiej.

 





AUTOR


Wiedźma. Droga do siebie Amanda Yates Garcia

Wiedźma. Droga do siebie Amanda Yates Garcia

"Wiedźmom nie jest obcy demon patriarchatu. Podąża za nami wszędzie, nawet na pustkowie, gdzie nie pozwala nam zostać sam na sam z naszymi rytuałami."

Bardzo dziwna to książka. Ni to poradnik, ni to pamiętnik. Troszkę założeniem przypominająca Rosyjską czarną magię, ale to bardziej osobista opowieść, mniej podręcznikowa.

Magiczny klimat. Wspomnienia. Dramaty. Bóstwa. Czary. 

Ale.

Nie jest to łatwa lektura.

To taki pamiętnik z pogranicza realizmu magicznego, może jeśli tak do tego podejść, to wtedy ta nierówna całość wyda się... bardziej przystępna.

Jest to historia dziewczyny, która od urodzenia była skazana na magię, jej matka praktykowała czary. Historia pełna traum, nie tylko rodzinnych, bardzo osobista, napisana narracją nie do końca przystępną dla ogółu, ale świadomą, chwilami czarującą. Realia łączą się tu z mitologią, opowieść jest chwilami chaotyczna, nieuporządkowana i myląca.

Piękna okładka.

Czy polecam? 

Bardziej ostrzegam przed trudną lekturą. Ja spodziewałam się czegoś innego.

MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Porywająca, alchemiczna mieszanina pamiętnika i manifestu czarownicy, która opisuje swoją drogę do
świata magii.

Amanda Yates Garcia, amerykańska czarownica i uzdrowicielka, praktykująca jako Wyrocznia Los Angeles,
opisuje swoją życiową podróż, w której pokonywała kolejne stopnie wtajemniczenia i która rozbudziła w niej
powołanie do czarownictwa.

Początek tej drogi sięga pierwszych chwil życia Amandy – gen magiczny odziedziczyła po swoich przodkiniach. Uwielbienie dla Bogini było nieodłączną częścią jej dzieciństwa i wczesnej młodości. Otrzymała imię Amanda, które oznacza godna miłości. Aby zostać czarownicą musiała odwiedzić podziemia, zaznać upokorzenia, poznać granice swojej mocy.

Jej świat podziemny był labiryntem seksu, mocy i patriarchatu. Przeszła doświadczenie choroby, molestowania, gwałtu, narkotyków. Pracowała w seksbiznesie i przemyśle narkotykowym, zarabiała na życie jako striptizerka, hostessa, barmanka. Odkrywała siebie w relacjach rodzinnych, przyjaźniach, związkach, aż wreszcie w tańcu.

Rozpoczęła życie w świecie cywilizacji, do którego wpuściła magię. Swoją niesamowitą moc czerpie ze zdolności splecenia rozumu i nauk Bogini oraz zaufania do inteligencji natury. Uwielbia astrologię i czary, wie, że czarownictwo jest wieczne. Swoje życie oparła na magii, bo zasadza się ona na wspólnocie i współpracy, na połączeniu, a więc na miłości.

Wiedźma. Droga do siebie to niezwykła podróż po świecie magii. Autorka opowiada jej feministyczną wersję
i pokazuje, jak rozbudzić i wykorzystać w sobie moc czarownicy.



AUTOR


Gdzie noc skrzy się lodem Lisa Lueddecke

Gdzie noc skrzy się lodem Lisa Lueddecke

"...postanowiłam zrobić coś więcej niż przytulanie burzy - chciałam się nią stać."

Chyba gorsza cześć od poprzedniej, zarówno, jeśli chodzi o tempo akcji i narrację. Bo sam pomysł mroźny i rewelacyjny.
Ale dość nużąco przedstawiony - dłużyzny, bardzo mało dialogów, non stop opisy różnego rodzaju.
Historia bardzo oryginalna.

MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!




***

Śnieg, mnóstwo lodu, mitologiczne wierzenia, magia i zbliżające się olbrzymie niebezpieczeństwo mrożące krew w żyłach.

Krwawoczerwone niebo pojawiło się nad śnieżną wyspą Skane, powodując, że na wioskę spada lawina strachu i…

W desperackiej próbie powstrzymania zbliżającej się zarazy starsi mieszkańcy wioski postanawiają zabarykadować jej granice, aby nikt zarażony nie zdołał się przez nie przedrzeć.

Nastolatka o imieniu Janna postanawia nie odwracać się od ludzi szukających schronienia. Zostaje jednak wygnana na kłujący mróz poza granice wioski.

Czy uda jej się przetrwać zbliżającą się zamieć śnieżną?





AUTOR
↓



Gdzie niebo mieni się czerwienią Lisa Lueddecke

Gdzie niebo mieni się czerwienią Lisa Lueddecke

"Zielenią rozbłysły światła nad głowami,Królowa łaskawa cieszy się wraz z nami. Błękitnoniebieska poświata faluje,W pobliżu potężna burza się szykuje.Czerwienią zaczyna się mienić niebo,Nadciąga niepokój, idzie mnóstwo złego."

Ociekająca klimatem młodzieżówka fantasy.
Wyspa, Bogini, zagrożenie i pradawne, zapomniane wierzenia i rytuały.

Jedna dziewczyna ma ocalić wszystkich. Czy jej się uda?
Bardzo dobra narracja - czyta się samo.

Polecam - wciąga w świat, naznaczony Czerwoną Klątwą w 5 sekund:)

MOJA OCENA: 7/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!



Rozdział 1




Skane zbudowano na przesądach. Zawsze przekraczaj próg domu prawą nogą. Kiedy kichasz, ktoś, kto źle ci życzy, właśnie wypowiedział twoje imię. Nie gwiżdż, spoglądając na słońce, bo spadnie deszcz.

Przede wszystkim jednak przesądy tyczyły się świateł. Jaskrawych, kolorowych świateł, które tańczyły dla nas na czystym nocnym niebie.
Zieleń była typowa. Znaczyła, że Bogini jest szczęśliwa i wszystko jest tak, jak być powinno.
Niebieski oznaczał śnieg, mnóstwo śniegu. Najlepiej spędzić owce i przynieść drewno na opał, zanim zaczną latać pierwsze tumany.
I była jeszcze czerwień. Czerwień była inna, rzadsza.
Czerwień była ostrzeżeniem.
Światła tańczyły. Większość nazywała je lós, słowem przekazanym nam przez starych tłumaczy runów, którzy przełożyli je z symboli i obrazków wyrytych na ścianach jaskiń. Lós falowały, zmieniały się i marszczyły, jakby niebo było jeziorem, do którego ktoś wrzucił kamyk.
– Co to jest? – pytałam ojca codziennie, kiedy byłam mała.
Każdego wieczoru odpowiadał co innego. „To resztki zachodu słońca tańczącego dla księżyca”, „to światła gwiazd odbijających się od morza”, „one po prostu... są”. W końcu zrozumiałam, że nie wie. Nikt nie wiedział. Bogini mogła zmieniać ich barwę – to był jedyny pewnik. Czym były, dlaczego się pojawiały, to wciąż stanowiło dla nas tajemnicę. I być może zawsze tak będzie.
Między tymi spośród nas, którzy im się przyglądali, powietrze zamierało, naładowane, jakbyśmy byli na szczycie góry i akurat przestało wiać.
Dołączałam do innych mieszkańców wioski, siedzących na dużych skałach, za którymi w dole było morze. W te noce, gdy blask był tak intensywny, że malował śnieg jaskrawą zielenią i błękitem, zbieraliśmy się w grupkach, żeby przyglądać się światłom. Kiedy niebo wymagało naszej uwagi, byliśmy posłuszni.
– Zmieniają się – powiedział siedzący obok mnie Ivar, ale jego słowa były ginącym echem, odległym i głuchym.
Nie mogłam oderwać wzroku od nieba, śledziłam subtelne zmiany tu i tam. Jaskrawy błękit przechodził w głęboki róż i purpurę, niczym podczas zachodu słońca.
Przeszły mnie ciarki, włoski mi się zjeżyły, ale nie z zimna. Kolor był niepokojąco podobny do innego, zbliżał się do barwy, której nikt w Skane nie chciał znów zobaczyć.
To się stało siedemnaście lat temu. Niebo zabarwiło się szkarłatem zaledwie parę dni przed pojawieniem się gorączki, która zdziesiątkowała nasze wsie. Kiedy choroba się rozprzestrzeniła, w ciągu paru dni umarło dwustu mieszkańców. Ja się urodziłam i przeżyłam. Moja matka urodziła mnie i umarła. Podobno byłam szczęściarą. Czwartą część wszystkich zgonów stanowiły dzieci.
Szczęściara. Nigdy jej nie poznałam. Szczęściara. Musiałam być przekazywana innym matkom, które niedawno urodziły – matkom, których dzieci je znały, wiedziały, jak wyglądają. Jak brzmią. Mogły pielęgnować wspomnienia. Mną zajmowali się obcy, którym zawdzięczałam powrót do zdrowia.
Szczęściara.
Siedemnaście lat to długo, ale nikt nie zapomniał. Zawsze kiedy barwa świateł na niebie odbiegała od zieleni, nawet na parę sekund, miejscowi wstrzymywali oddech.
– Ivarze – wyszeptałam, ale jego imię dziwnie mi się ułożyło na języku. Wydało mi się pozbawione sensu, obce i poczułam ściskanie w gardle. Ivar zazwyczaj był dla mnie ostoją, moim przewodnikiem i pocieszeniem, kiedy życie mnie przytłaczało, ale dziś tego nie czułam. Mogłam być równie dobrze sama na łodzi na środku morza.
Zrobił długi wdech, dłonią w rękawicy z jednym palcem musnął moją dłoń.
Kosmyki świateł na skraju się zmieniały. Przeobrażały. Pogłębiały. Jeden szczególny zawijas wysoko nad naszymi głowami, falujący jak kawałek płótna na wietrze, był prawie cały szkarłatny. Wyglądał, jakby krwawił, zarażając pobliskie gałęzie swoją czerwoną jak posoka chorobą. Przeszył mnie chłód, jakby barwę skradziono z moich żył. Mgła płynąca z roztrzaskujących się fal szczypała mnie w oczy, ale nie mogłam ich zamknąć. Rozpaczliwie szukałam wzrokiem świateł, które się nie zmieniły, które były ciągle nieskażone, jakbym mogła powstrzymać rozwój szkarłatu.
Kilka minut później już całe niebo było plamą czerwieni. Napierało na nas jak zapowiedź, rozpaczliwe, nieme ostrzeżenie, którego nie mieliśmy jak przetłumaczyć. „Nadciąga – krzyczało. – Nadciąga zaraza”. Zaraza zawsze była mordercza, gnębiła nas co kilka dziesięcioleci, od kiedy zasiedliliśmy Skane. Ale dlaczego nadchodziła, było taką samą niewiadomą jak liczba płatków śniegu, które złożą się na najbliższą zamieć, albo liczba kropel deszczu w morzu.
Chwyciłam się lodowatej skały palcami od dawna odrętwiałymi z zimna pomimo rękawicy. Nagle uświadomiłam sobie skalę lós i moją kruchość na ich tle. Jakie ma znaczenie jedna, maleńka, nieistotna postać na świecie, kiedy dzieje się coś tak mrocznego? Ilu z nieszczęśników wokół mnie umrze w ciągu najbliższych dni? Tygodni? Poczułam mdłości, przestałam odróżniać niebo od ziemi. Skuliłam się, w głowie wirowało mi, jakbym spadała przez mroczne przestrzenie między gwiazdami. Zamknęłam oczy i zmusiłam się, żeby zaczerpnąć do płuc chłodne, rześkie powietrze.
Wdech. Wydech.
Powoli odzyskałam równowagę, chwyciłam się skały i spojrzałam na gwiazdy, którym udało się przebić przez przeklętą czerwoną łunę. Spodziewałam się, że moje serce i umysł zmrozi lęk, paraliżując mnie po tych wszystkich historiach, które słyszałam o krwawoczerwonym niebie, ale to nie strach mnie opanował. To gniew ożywił się jak wiosenna rzeka, wypełniając moje zmrożone żyły. Gniew, bo nie wiedziałam, dlaczego to się dzieje. Gniew, bo miałam świadomość, że niebo nie zapowiadało utonięcia garstki rybaków na morzu ani zaginięcia w lesie dziecka, które ktoś odnajdzie wiele dni później pod śniegiem. Gniew, bo kiedy światła lśniły czerwienią, to oznaczało, że groźba zawisła nad wszystkimi moimi znajomymi i bliskimi, a ja miałam większą szansę rozmrozić jezioro Hornstrásk w środku zimy, niż temu zapobiec.
Gniew, bo kiedy świeciły czerwone lós, to oznaczało, że gdzieś na Skane znów wzbiera zaraza, żądna ciał.

Gdzieś nieopodal, ale na tyle daleko, że wiatr zdołał zniekształcić dźwięk, ktoś zaczął śpiewać słowa. Słyszałam je już wcześniej wiele razy. Znałam na pamięć każdą linijkę i każdy ton, perfekcyjnie. Nie odrywając wzroku od nieba, pozwoliłam, żeby mój głos dołączył do pozostałych (...)


***

Na lodowatej wyspie Skane niebo przemawia do jej mieszkańców. W bezchmurne noce pojawia się na nim piękna zorza. Jej kolor ma znaczenie. Zielony mówi, że na wyspie panuje harmonia i Bogini jest szczęśliwa. Niebieski oznacza, że zbliża się zamieć. Jest jeszcze czerwony… Czerwony pojawia się rzadko. Czerwony to ostrzeżenie.

Siedemnaście lat temu, gdy narodziła się Ósa, niebo rozbłysło czerwienią, a na wyspie rozszalała się plaga, która odebrała życie setkom jej mieszkańców, włączając w to matkę dziewczyny. Tym razem, gdy niebo znów mieni się czerwienią, Ósa musi odnaleźć sposób, by zatrzymać rzeź. Czy uda jej się uchronić mieszkańców wyspy przed niechybną śmiercią?

Przepełniona magią i niezwykłą mitologią klimatyczna powieść fantasy, która przeniesie Cię do chłodnego świata pełnego nadprzyrodzonych mocy i tajemnic! Poznaj lodową wyspę Skane oraz jej mieszkańców, których historia przyspiesza bicie serca. Zaskakujący debiut Lisy Lueddecke zmrozi cię do szpiku kości!







Ona Henry Rider Haggard

Ona Henry Rider Haggard

"A teraz kochajmy się, bierzmy, co nam dano, i bądźmy szczęśliwi, w grobie bowiem nie będzie miłości ani czułości, ani dotyku ust. Nie pozostanie nic - może tylko gorzka pamięć tego, co być mogło, a nie było. Dzisiejsza noc należy do nas, któż wie do kogo należeć będzie jutrzejszy dzień?"

Rewelacyjny klimat prawdziwej tropikalnej przygody, wisienką na torcie są zdjęcia - jedna z lepszych powieści, jakie ostatnio czytałam, a już najlepsza z tego rodzaju! 


Polecam!


Młody profesor Uniwersytetu Cambridge, Horace Holly, odwiedza kolegę, Vincey'a, który zdradza, że ​​wkrótce umrze. Vincey przekazuje Holly'emu fantastyczną opowieść o swoim rodzinnym dziedzictwie. Poleca Holly'emu  zadanie wychowania swojego małego syna, Leo (którego nigdy nie widział) i daje mu także zamkniętą żelazną skrzynkę z instrukcjami, że nie wolno jej otwierać, dopóki Leo nie skończy 25 lat. 
Holly zgadza się.
Następnego dnia Vincey zostaje znaleziony martwy. 
Zgodnie z obietnicą, na 25 urodziny chłopca, tajemnicza skrzynka zostaje otwarta.
Holly, Leo i ich sługa, Hiob, postępując zgodnie z instrukcjami zawartymi w skrzyni, decydują się na podróż do wschodniej Afryki, na poszukiwanie przerażającej białej królowej, która jest czczona jako Hiya lub "Ona, która musi być posłuszna". 
Prawdopodobnie mieszka ona w pobliżu ruin zaginionego miasta Kôr, niegdyś potężnej cywilizacji, starszej niż Egipcjanie. 

I tak zaczyna się ta mega klimatyczna, duszna i tajemnicza przygoda!

MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Przedmowa

Przekazując światu kronikę zdarzeń, które nawet gdyby na nie spojrzeć po prostu jako na przygodę, skłonny byłbym zaliczyć do najbardziej niezwykłych i zagadkowych przeżyć, jakie kiedykolwiek stały się udziałem śmiertelnika, mam powinność wyjaśnić dokładnie, co mnie z tą sprawą łączy. Powiem więc od razu, iż jestem tylko wydawcą, a nie narratorem tej niezwykłej historii, a następnie wyjawię, w jaki sposób dotarła ona do moich rąk.

Otóż kilka lat temu bawiłem z wizytą (ja, wydawca) u mego przyjaciela - vir doctissimus et amicus meus - w pewnym uniwersyteckim mieście, które w naszej opowieści występować będzie pod nazwą Cambridge, i pewnego dnia uwagę moją przykuł widok dwóch postaci idących ramię w ramię ulicą. Jeden z tych dżentelmenów był bez wątpienia najprzystojniejszym młodzieńcem, jakiego zdarzyło mi się w życiu widzieć. Był bardzo wysoki i bardzo barczysty, a cała jego sylwetka tchnęła wrodzoną gracją i siłą rączego jelenia. Miał przy tym niemal nieskazitelne rysy twarzy - nie tylko regularne, ale i piękne - a gdy uchylił kapelusza, co akurat uczynił kłaniając się przechodzącej damie, zobaczyłem, że jego głowę okalają drobne, krótko przystrzyżone złociste loki.
- Czy widzisz tego człowieka? - zwróciłem się do idącego ze mną przyjaciela - ależ to istny żywy posąg Apollina. Cóż za wspaniały mężczyzna!
- W rzeczy samej - odparł - jest nie tylko najprzystojniejszym, ale na dodatek jednym z najsympatyczniejszych ludzi z całego uniwersytetu. Nazywają go Greckim Bogiem. Ale przypatrz się temu drugiemu, to opiekun Vinceya (takie bowiem nazwisko nosi Grecki Bóg). Przezwano go Charonem, nie wiem, czy dla odpychającej powierzchowności, czy też dlatego, że przeprawił swego wychowanka przez głębiny dyplomowych egzaminów.
Kiedy lepiej mu się przyjrzałem, starszy mężczyzna wydał mi się na swój sposób równie interesujący, jak idący u jego boku świetny okaz ludzkiego rodzaju. Miał na oko ze czterdzieści lat i powiem, iż jego brzydota dorównywała urodzie towarzysza. Był, po pierwsze, niskiego wzrostu, o nieco kabłąkowatych nogach, bardzo wypukłej klatce piersiowej i niezwykle długich rakach. Miał ciemne włosy i małe oczy, nisko zarośnięte czoło, a bokobrody zrastały się nieomal z włosami, skutkiem czego niezmiernie nikła część jego oblicza była widoczna. W sumie nieodparcie przypominał mi goryla, a jednak miał w oczach coś niezmiernie pociągającego i ujmującego. Rzekłem, jak pamiętam, że chętnie bym go poznał.
- Dobrze - odparł mój przyjaciel - nic prostszego. Znam Vinceya, przedstawię was sobie - co też uczynił i przez parą minut staliśmy gawędząc o Zulusach, jak mi się zdaje, było to bowiem świeżo po moim powrocie z przylądka.
Jednakże niebawem nadeszła chodnikiem otyła dama, której nazwisko wyleciało mi z pamięci, w towarzystwie ładnej jasnowłosej panienki, na co pan Vincey, będący najwidoczniej ich dobrym znajomym, przyłączył się nie zwlekając do obu pań i oddalił wraz z nimi. Pamiętam swoje lekkie ubawienie na widok zmiany, jakiej uległa twarz starszego dżentelmena - noszącego, jak się dowiedziałem, nazwisko Holly - gdy spostrzegł zbliżające się kobiety. Przerwał rozmowę w pół zdania, spojrzał z wyrzutem na swego towarzysza, skinął mi szybko głową, odwrócił się i samotnie przemaszerował na drugą stronę ulicy. Później dowiedziałem się, iż podejrzewano go powszechnie, że boi się kobiet jak wściekłego psa, czym należało tłumaczyć jego pośpieszną ucieczkę. Nie mogę natomiast powiedzieć, żeby młody Vincey zdradził w tym wypadku jakąś wyraźną niechęć do damskiego towarzystwa. Pamiętam nawet, jak śmiejąc się zwróciłem wówczas memu przyjacielowi uwagę, iż byłoby rzeczą nieroztropną przedstawiać takiego mężczyznę kobiecie, którą zamierza się poślubić, gdyż wedle wszelkiego prawdopodobieństwa doprowadziłoby to do zmiany obiektu jej uczuć. Był stanowczo zbyt urodziwy, a na dodatek całkowicie pozbawiony afektacji i zarozumialstwa, które to cechy aż nazbyt często stają się udziałem przystojnych mężczyzn, zyskując im zrozumiałą niechęć otoczenia.
Moja wizyta dobiegła końca tego samego dnia wieczorem i Charon oraz Grecki Bóg na długo zniknęli z mego życia. Zresztą nie spotkałem ich nigdy więcej od tamtej pory i najprawdopodobniej nigdy już nie spotkam. Ale miesiąc temu otrzymałem list oraz dwie paczki - jedna z nich zawierała rękopisy - a po otwarciu koperty ujrzałem podpis „Horacjusz Holly”, które to nazwisko wydało mi się w pierwszej chwili nieznajome. List brzmiał następująco:

Kolegium... Cambridge, dnia 1 maja 18... roku


Wielce Szanowny Panie!

Zdziwi Pana zapewne mój list, zważywszy, iż łączy nas zaledwie przelotna znajomość. Zresztą powinienem chyba zacząć od przypomnienia Panu naszego spotkania sprzed kilku laty na ulicy Cambridge, w trakcie którego ja i mój wychowanek, Leon Vincey, zostaliśmy Panu przedstawieni. A teraz przejdę bez dalszych wstępów do mojej sprawy. Z dużym zainteresowaniem przeczytałem niedawno Pańską książkę o przygodzie w Afryce Środkowej. Książka ta, jeśli się nie mylę, częściowo opiera się na faktach, częściowo zaś jest dziełem wyobraźni. Tak czy inaczej, podsunęła mi ona pewną myśl. Otóż tak się składa - a jak do tego doszło, dowie się Pan z załączonego rękopisu (który wraz ze skarabeuszem opatrzonym inskrypcją „Królewski Syn Słońca” i zabytkową skorupą amfory przesyłam Panu przez umyślnego) - że ja i mój wychowanek, a raczej adoptowany syn, Leon Vincey, przeżyliśmy niedawno temu w Afryce prawdziwą przygodę, która swą niezwykłością tak dalece przewyższa Pańską opowieść, iż muszę się przyznać, że przedstawiam ją Panu nieomal ze wstydem, obawiając się, czy da mi Pan wiarę. Jak się Pan przekona czytając załączony rękopis, byłem, a raczej byliśmy, zdecydowani nie podawać tej historii do druku za naszego życia. 1 nie zmienilibyśmy tej decyzji, gdyby ostatnimi czasy nie powstała pewna nowa okoliczność. Powody, które po zapoznaniu się z rękopisem zdoła Pan zapewne odgadnąć, skłoniły nas do podjęcia nowej podróży, tym razem do Azji Środkowej - jedynego, jeśli takowe w ogóle istnieje, miejsca na ziemi, gdzie można odnaleźć prawdę, i zapewne zamieszkamy tam na czas dłuższy. Być może nigdy nie wrócimy. W tej nowej sytuacji zrodziło się pytanie, czy słusznie czynimy ukrywając przed światem historię niezrównanie, naszym zdaniem, interesującego zjawiska, tylko dlatego że jesteśmy w nią osobiście uwikłani albo obawiamy się ośmieszenia i podania w wątpliwość naszej prawdomówności. Ja mam na ten temat swoje zdanie, Leon uważa inaczej, ostatecznie jednak doszło między nami po długich rozważaniach do kompromisu, postanowiliśmy mianowicie przekazać Panu naszą opowieść, zgadzając się na jej opublikowanie, jeśli uzna Pan za stosowne to uczynić, z tym jednym zastrzeżeniem, aby zataił Pan łaskawie nasze prawdziwe nazwiska oraz wszystko - w tej mierze, w jakiej będzie to możliwe, nie umniejszając wiarogodności przedstawianych faktów - co się tyczy naszej osobistej tożsamości.

Cóż jeszcze wypada mi powiedzieć? Doprawdy nie wiem, chyba jedynie powtórzyć raz jeszcze, że wszystko zostało opisane w załączonym rękopisie dokładnie tak, jak było. Co się tyczy Jej, nie mam nic do dodania. Każdy dzień dostarcza nam nowych powodów do czynienia sobie wyrzutów, iż nie wykorzystaliśmy lepiej sposobności uzyskania od tej niezwykłej kobiety obszerniejszych informacji. Kim była? Jak dotarła po raz pierwszy do jaskini Kôr? Jaka była jej prawdziwa religia? Nigdyśmy tego nie ustalili i, niestety, nigdy już nie ustalimy, przynajmniej na razie. Te i wiele innych pytań ciśnie mi się do głowy, ale na cóż się zda stawiać je dzisiaj?

Czy podejmie się Pan zadania? Dajemy Panu wolną rękę mając przekonanie, iż w nagrodę przypadnie Panu zasługa ukazania światu nie fantazji, lecz prawdziwej, potwierdzonej załączonymi dokumentami, absolutnie niezwykłej historii. Niech Pan przeczyta rękopis (który starannie dla Pana przepisałem) i da mi znać.

Pozostaję z najgłębszym szacunkiem
L. Horacjusz Holly *


PS. Jeśli sprzedaż dzieła przyniesie dochód - w wypadku gdyby zdecydował Pan podać je do druku - może Pan, oczywiście, dysponować pieniędzmi wedle własnej woli; gdyby jednak poniósł Pan straty, ich koszty zostaną Panu zwrócone za pośrednictwem moich adwokatów, panów Geoffreya i Jordana, którym zostawię w tym względzie odpowiednie instrukcje. Skorupę amfory, skarabeusza oraz papirusy powierzamy Pana opiece do czasu, kiedy poprosimy o ich zwrot. L.H.H.

List ten, jak łatwo można sobie wyobrazić, bardzo mnie zdumiał; wszelako po zapoznaniu się z rękopisem, co z powodu natłoku innych zajęć uczyniłem dopiero po upływie dwóch tygodni, byłem - co zapewne odczuje również Czytelnik - jeszcze bardziej zdumiony, postanowiłem więc niezwłocznie wziąć się do rzeczy. Napisałem do pana Holly stosowny list, który jednak wrócił do mnie po tygodniu razem z listem od adwokatów tego dżentelmena donoszącym, że ich klient oraz pan Leon Vincey wyjechali już do Tybetu nie podając na razie swego adresu.

No cóż, to wszystko, co mam do powiedzenia. Opowieść pozostawiam ocenie Czytelnika. Z wyjątkiem bardzo nielicznych zmian, dokonanych z myślą o zatajeniu przed światem tożsamości uczestniczących w niej osób, przedstawiam ją Czytelnikowi dokładnie w takiej samej postaci, w jakiej dotarła do mnie. Osobiście postanowiłem powstrzymać się od komentarzy.

Historię kobiety otoczonej majestatem niemal bezkresnego żywota - na której niby czarne skrzydło nocy spoczął cień samej Wieczności - skłonny byłem początkowo uważać za jakąś wielką alegorię, której sensu nie potrafiłem odczytać. Później przyszło mi do głowy, iż może to być śmiała próba ukazania praktycznych skutków nieśmiertelności tchniętej w śmiertelną powłokę istoty, która swe siły nadal czerpała z ziemi, i w której ludzkim sercu nadal wybuchały, to znów cichły gwałtowne namiętności, tak jak w otaczającym ją, wiecznotrwałym świecie nieustannie wybuchają i cichną gwałtowne wichry i przypływy. Ale i tę myśl porzuciłem pod wpływem dalszej lektury. Historia jest w moim odczuciu naznaczona piętnem autentyzmu. Jej wyjaśnienie muszę pozostawić innym. Po tym krótkim, niezbędnym ze zrozumiałych względów wstępie pozostaje mi jedynie przedstawić światu Aiszę i jaskinię Kôr.

Wydawca pamiętnika.

PS. Po namyśle zdecydowałem się poruszyć sprawę, która po ponownym przeczytaniu opowieści tak dalece mnie zastanowiła, iż czuję się zmuszony zwrócić na nią uwagę Czytelnika. Każdy Czytelnik dojdzie chyba do wniosku, iż pan Leon Vincey - sądząc po tym, czego o nim się dowiadujemy - nie odznaczał się cechami charakteru, które zdaniem Większości ludzi mogłyby podbić osobę obdarzoną tak wspaniałą inteligencją jak Aisza. Skłonny byłbym nawet uważać go za człowieka dość mało interesującego. Prawdę powiedziawszy, mogłoby się wydawać, iż w normalnych warunkach pan Holly powinien mieć znacznie większe szanse zdobycia Jej względów. Czyżby więc przeciwności przeciągały się i właśnie ów nadmiar oraz splendor Jej inteligencji na skutek jakiejś dziwnej reakcji fizycznej skłonił Aiszę do złożenia hołdu na ołtarzu materii? Byłby zatem starożytny reakcji fizycznej skłonił Aiszę do złożenia hołdu na ołtarzu materii? Byłby zatem starożytny Kallikrates li tylko okazałym zwierzęciem uwielbianym dla swej dziedzicznej, greckiej urody? A może należy szukać innego wyjaśnienia, do którego sam się zresztą skłaniam, a mianowicie, że Aisza, której wzrok sięgał dalej niż nasz, dostrzegła w duszy swego kochanka zalążek wielkości - tlącą się, niewidoczną iskrę - i wiedziała, iż z pomocą danego mu przez Nią daru życia, pojona Jej mądrością i opromieniona blaskiem Jej obecności, iskra ta rozkwitnie jak kwiat i zajaśnieje jak gwiazda, napełniając świat blaskiem i wonią?

I na to pytanie nie potrafię udzielić odpowiedzi, niech przeto Czytelnik sam rzecz osądzi na podstawie faktów, które na dalszych stronach przytacza pan Holly.
(...)


***

Ona to opowieść o wykładającym w Cambridge profesorze Hollym i jego podopiecznym Leo Vinceyu i ich podróży do zagubionego gdzieś w afrykańskim interiorze królestwa. Impulsem do wyprawy staje się tajemnicza paczka zostawiona Leo przez ojca z poleceniem, aby otworzono ją dopiero w jego dwudzieste piąte urodziny. W pakunku bohaterowie znajdują resztki starych glinianych skorup oraz dokumenty, które sugerują, iż z rodem Vinceyów wiąże się jakaś pradawna tajemnica. Profesor Holly i Leo po licznych tarapatach docierają do królestwa we wschodniej Afryce, gdzie prymitywnymi krajowcami włada biała królowa Ayesha, która panuje jako wszechwładna Ona, a którą z młodym Leo łączą jakieś zagadkowe więzy…


Wydana w roku 1887 powieść Ona H. Ridera Haggarda, która natychmiast stała się bestsellerem, wiktoriańska podróżnicza powieść grozy, to jedna z najsilniej oddziałujących powieści we współczesnej literaturze. O tym, jak wielki wpływ miała na ich twórczość, zwierzali się tacy autorzy jak Rudyard Kipling, Henry Miller, Graham Greene, J.R.R. Tolkien czy Margaret Atwood. Ze względu na swe bogactwo znaczeniowe powieść cieszyła się wielkim zainteresowaniem psychoanalityków - odwołania do niej znalazły się w koncepcjach Sigmunda Freuda i Carla Junga, dla którego Ona była uosobieniem archetypu Animy. Z kolei wątki fantastyczne stały się inspiracją dla wielu opowieści o zaginionych cywilizacjach – m.in. Edgara Rice Burroughsa i Arthura Conan Doyle’a, czy wymyślania mitów o nieistniejących krainach w rodzaju Shangri-La, ale również wywarły wielki wpływ na klasyczne opowieści fantastyki mistycznej: Władcę Pierścieni Tolkiena i Opowieści z Narnii C.L.Lewisa.


Cykl: Ona/Aisza, She (tom 1)



EKRANIZACJE
/KLIKNIJ ZDJĘCIA/




MUZYCZNA ADAPTACJA W POSTACI
ROCK OPERY PROJEKTU CAAMORA  


















Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger