"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paradoks Marionetki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paradoks Marionetki. Pokaż wszystkie posty
Sprawa Marionetkarza Anna Karnicka

Sprawa Marionetkarza Anna Karnicka

Zaczynając czytać kolejny tom serii, od razu rzuca się w oczy ogromny minus: zdecydowanie należy czytać tą historię tom po tomie - od razu.

Długa przerwa i ponowne wbicie się w ten marionetkowo - potterowy świat jest dość trudne i kradnie całą radość i magię tego niesamowitego cyklu.

Sama historia mroczna i bardzo dobra.


I zapowiada się tom kolejny...


Jedne z najlepszych okładek!

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!






***


Canelle wróciła z podróży po Drugiej Stronie, powroty jednak nigdy nie są łatwe. Teraz musi przekazać wszystko, czego dowiedziała się w trakcie swojego śledztwa i odwieść Martina od popełnienia ogromnego błędu.

Jak jednak zatrzymać machinę, która została już wprawiona w ruch? Jak dotrzymać słowa, kiedy w mieście wciąż czają się spiskowcy, a Kolegium usiłuje przemocą utrzymać dominującą pozycję? Jak patrzeć w przyszłość z nadzieją, kiedy Król Demonów czeka tylko na sygnał do ataku? I co właściwie ukrywa Kobold?

Siadajcie i czytajcie. Historia chce być opowiedziana do końca…



Cykl: Paradoks Marionetki (tom 3)



AUTOR



Paradoks marionetki. Sprawa Zegarmistrza Anna Karnicka

Paradoks marionetki. Sprawa Zegarmistrza Anna Karnicka

" Mówi się, że kiedy twórca skaleczy się, wykonując marionetkę, osłabia w ten sposób ich więź (...) Podróżny tłumaczył wam pewnie, że marionetka nie musi słuchać właściciela, jeśli nie ma ochoty, i że jedyną osobą, wobec której odpowiada całkowicie i bezwzględnie, jest jej twórca. Jeśli dojdzie do skaleczenia... Jeśli przy narodzinach posmakuje krwi swojego twórcy, ten nigdy nie będzie miał nad nią całkowitej władzy. Taka marionetka sama sobie jest panem."

Tak samo dobra, jak część 1, tylko bardziej mroczna i bardziej... dorosła.
Nie wiem dlaczego, ale chwilkami kojarzyła mi się z Harrym Potterem:)

Oceny za tą serię byłyby wyższe, gdyby nie pewna doza naiwności, pojawiająca się od czasu do czasu...

Polecam całość i czekam na część 3!

MOJA OCENA: 7/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Pieśń Obrzeży

Kobieta śpiewała. Jej mocny, głęboki głos niósł się po korytarzach stacji Můstek. Stała w przejściu między peronami, całkowicie ignorowana przez tłum zmierzających do wyjścia przechodniów. Nie widzieli jej, Martin jednak dostrzegł ją od razu. Twarz zasłaniała jej biała maska zakończona ptasim dziobem, a długie włosy przyozdobiła wieńcem z czerwonych bluszczowych liści. Przyspieszył kroku, by uciec jak najdalej od tego śpiewu. Od melodii, która zdawała się pochodzić z samego serca Drugiej Strony.
Bezskutecznie. Śpiew ścigał go, wdzierał się do uszu i serca, nadawał rytmkrokom.
Nagle Martin zamarł. Był pewien, że już dawno wyminął śpiewaczkę, kiedy jednak podniósł wzrok, stała tuż przed nim. Nawet jeśli wcześniej miał jakiekolwiek wątpliwości, teraz był już pewien.
Demon.
Istota musiała pochodzić z drugiej strony, jak inaczej mogłaby się przemieścić tak szybko? Zaczęła do niego mówić, dokładnie w momencie gdy przechodził obok. Wcześniej jej słowa były obce, nonsensowne, pozbawione znaczenia. Kiedy jednak spojrzał jej prosto w oczy, zaczął rozumieć. Każde słowo.
– Spójrz na moją piękną koronę z liści i weź mnie za rękę, Podpalaczu Drzew – zaśpiewała, wyciągając do niego dłoń zakończoną długimi szponami. – Chodź ze mną. Zabiorę cię w bezpieczne miejsce, nikt nas już nigdy nie znajdzie. Chodź, możesz jeszcze uciec, możesz teraz odejść wraz ze mną.
– Nie – wyszeptał. Stał w podziemnym korytarzu, patrząc na zjawę. Przechodnie potrącali go, mrucząc coś, żeby się przesunął. – Nie pójdę z tobą. Nie mamowy.
– Pójdziesz prędzej czy później, Podpalaczu Drzew. – W jej pieśni pojawiły się fałszywe nuty. – Przyjdziesz do mnie, gdy już podpalisz cały świat. Przyjdziesz, bo nic innego ci nie zostanie. Nie lepiej już teraz? Po co czekać? To wszystko i tak wkrótce zapłonie… Już to widzę! – Zaśmiała się i nagle zaczęła śpiewać na znajomą Martinowi nutę. Pieśń o ogniu, którą w czasie wakacji usłyszał od Aislinga. – Skradający się niepostrzeżenie, podpalający korony drzew. Widzę ogień w powietrzu, w słońcu odbijającym się w szybach, powietrze jest przesycone dymem. Wszystko tutaj będzie płonąć. Wszystko! Zegary staną, budynki obrócą się w proch. Wszystko zajmie się od jednej iskry – oświadczyła, zniżając głos do szeptu. – Ale to ty będziesz tym, który skrzesze iskrę. To ty rozpoczniesz taniec płomieni, więc może… Może zatańczymy już teraz?
– Z-zamknij się! – wykrztusił Martin. Rozejrzał się wokół, by się upewnić, że nikt inny nie słucha. Jednak najwyraźniej wciąż był jedyną osobą zwracającą uwagę na śpiewaczkę. Dotarło do niego, że znów przestaje ją rozumieć. Słowa traciły sens, były coraz bardziej obce i odległe. No tak, zerwał kontakt wzrokowy. To wystarczyło, by wyrwać się spod jej uroku. Dziwny, pozbawiony słów śpiew towarzyszył mu aż do wyjścia z metra. Umilkł dopiero zagłuszony ulicznym szumem (...)
***

Egzaminy wstępne to dopiero początek.

Martin spełnił swoje marzenie i dostał się do Praskiej Szkoły Lalkarzy. Wraz z księciem Walterem oraz nowymi przyjaciółmi przygotowuje się na wyzwanie, jakim będzie rozpoczynający się rok szkolny.
Co może pójść nie tak? Ostatecznie musi jedynie przetrwać, odkryć sekrety Kolegium Iluzji i Manipulacji, odnaleźć zaginioną Canelle, nie dopuścić do odkrycia spisku oraz ochronić swoich najbliższych przed tym, co kryje mroczna strona Pragi.
I oczywiście nie zapomnieć o uczęszczaniu na wykłady i regularnych ćwiczeniach z marionetką.
Ci, którzy pokochali Harry’ego Pottera, znajdą w „Paradoksie marionetki” coś dla siebie: świat pełen malowniczych zakątków i tajemnic oraz wyrazistych i ciekawych młodych bohaterów. Napotkamy tu magiczne przejścia do innych światów, nastrojowe puby i herbaciarnie, a także uczelnię, która stwarza zagrożenie dla zdrowia i życia studentów. A wszystko to osnute atmosferą Pragi, zanurzone w legendach i wspaniale wykorzystanych aluzjach do tekstów kultury popularnej. Prawdziwa czytelnicza przyjemność!



Cykl: Paradoks Marionetki (tom 2)








Paradoks marionetki: Sprawa Klary B. Anna Karnicka

Paradoks marionetki: Sprawa Klary B. Anna Karnicka

"Druga strona to cienie na ścianie (...) Nagły ruch za plecami, dostrzegany tylko kątem oka. Dreszcz, który przenika nas w ciepły dzień i nie mamy pojęcia, dlaczego (...) "

Jaka zaskakująco dobra opowieść, z pogranicza magii i świata mystery:)
Raczej dla młodzieży, ale zdecydowanie na wyższym poziomie, z rewelacyjnym tajemniczym i mrocznym klimatem, pełnym marionetek, dwuznacznych nieoczywistych szkół, magicznych kotów, niebezpiecznych śledztw, a nawet... śmierci.


Zwykły chłopak, pragnący dostać się do swojej wymarzonej Szkoły Marionetek, w Pradze. Szkoły, która nie jest tym, czym się wydaje.

Kolegium iluzji i Manipulacji.
Kolegium magicznym.
Kolegium tajemnym.
Kolegium wymagającym.
Kolegium bezlitosnym.
Kolegium zabójczym.

Bardzo polecam - miłe zaskoczenie tego roku.

Okładki rewelacyjne, zarówno tej części, jak i następnej:)


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


1. Dwadzieścia przepisów na przetwory z muchomorów


Widok z drzewa na przeciwległą stronę ulicy był idealny. Trudno o lepszy punkt obserwacyjny.
– Ktoś idzie – zauważyła Magpie, na chwilę odsuwając lornetkę od oczu. Jackdaw wyciągnął w jej kierunku odzianą w skórzaną rękawiczkę dłoń.
– Daj popatrzeć.
– Zaraz, próbuję się zorientować, czy nasz, czy tutejszy.
– Daj popatrzeć, mówię – nalegał Jackdaw. – Sam ocenię.
Dziewczyna westchnęła i z rezygnacją podała towarzyszowi lornetkę. Poprawiła osłaniający twarz czarny kaptur i mocniej nasunęła chustkę na nos.
Jackdaw w milczeniu obserwował postać, zbliżającą się do drzwi na wpół zrujnowanego budynku. Jeśli wierzyć szyldowi, za drzwiami znajdował się sklep z antykami.
– Nasz – orzekł wreszcie, nie odsuwając lornetki od twarzy.
– Skąd wiesz? – zainteresowała się Magpie.
Nieznajomy stanął na progu budynku i zaczął majstrować coś przy zamku w drzwiach.
– Maskowanie – ocenił fachowo Jackdaw. Jego czarne, złośliwe oczy były pełne satysfakcji. Podał lornetkę towarzyszce. – Do tego nieudolne. Sama zobacz, gość wygląda jak przebieraniec.
„Przebieraniec” miał na sobie czarną skórzaną kurtkę, czarne spodnie i sięgające kolan skórzane buty. W ciepły czerwcowy wieczór jego strój wyglądał nieco absurdalnie. Włamywacz sprawnie uporał się z zamkiem i zniknął za drzwiami. Okna budynku wciąż pozostały ciemne. Puste.
– Co robimy? – zapytała.
– Nic – padła krótka, zdecydowana odpowiedź. – Mistrz kazał tylko obserwować.
Magpie z rezygnacją pokiwała głową. Nie miała dość odwagi, by sprzeciwiać się rozkazom Mistrza. Nagle zamrugała. Ciemne dotychczas okna sklepu pojaśniały intensywnym, pomarańczowo-czerwonym blaskiem. Pożar. Wściekły, trawiący wszystko na swojej drodze i zupełnie niespodziewany. Żaden z przechodniów nie zwrócił na to uwagi. Nikt nie dostrzegał kłębów dymu i języków płomieni, pełzających po szybie. Nikt poza nimi dwojgiem nie słyszał syku trawionego ogniem drewna i oszalałego wycia ginącej w płomieniach duszy.
Magpie przykucnęła na gałęzi, gotowa zeskoczyć na ziemię.
– Tylko obserwować – powtórzył dobitnie Jackdaw, zaciskając dłoń na jej ramieniu. – Siedź, gdzie siedzisz.
– Ale... ale... – powtarzała z niedowierzaniem. – Cholera, co jest z tym sklepem?
Jej towarzysz tylko wzruszył ramionami.
– Dobry system alarmowy – stwierdził od niechcenia.
– Tyle to sama widzę – odcięła się Magpie. – Ale właściwie dlaczego? Co takiego jest w tym sklepie, że już trzeci albo czwarty frajer tam lezie jak ten głupi i daje się spopielić albo poćwiartować?
Chłopak popatrzył na nią z wyższością.
– Mistrz ci nie powiedział? – zapytał. Czarne oczy znów zalśniły złośliwie. – Nie zdradził ci, czemu obserwujemy ten sklep?
– Tak, wiem, jestem tylko szeregowcem, nie należę do ścisłego kręgu jego zaufanych uczniów. – Dziewczyna wykrzywiła się cierpiętniczo. – Będziesz łaskaw uchylić rąbka tajemnicy?
– Właścicielka tego sklepu niedawno sprowadziła pewną bardzo szczególną lalkę – odparł enigmatycznie Jackdaw. Nastolatka wzniosła oczy ku niebu.
– Mianowicie?
– Mianowicie lalkę, której posiadacz będzie w stanie obalić Pana Pieśni.
– Obalić Pana Pieśni? Niemożliwe. On… on jest przecież tak jakby bogiem, prawda?
– Tak jakby – podkreślił Jackdaw. – Znasz przecież Mistrza, wiesz ile to dla niego znaczy. Jeśli istnieje choćby cień prawdopodobieństwa, że coś może zaszkodzić naszemu panu i władcy, woli trzymać rękę na pulsie.
Magpie popatrzyła na niego z autentyczną zgrozą. W tym samym momencie drzwi do sklepu otworzyły się. Niska dziewczyna w letniej sukience wyszła i wyrzuciła do stojącego przed budynkiem kubła na śmieci pełną szufelkę popiołu.
***
– No, kocie w złocie, chyba czas pożegnać się z nerkami – powiedziała Klara, przyjaźnie klepiąc przyjaciela po ramieniu. Chłopak westchnął i jeszcze raz popatrzył na budynek, przed którym stali. Wąskie, obdrapane drzwi, odpadający tynk, upiorny pajacyk siedzący na parapecie za oknem.
– Myślisz? – spytał bez specjalnej nadziei. Klara ponuro przytaknęła kiwnięciem głowy.
– Zdecydowanie – zawyrokowała. – Ta tabliczka aż krzyczy: „to pułapka, która ma zwabiać młode zagraniczne studentki szukające dorywczej pracy, by wykorzystywać je do lubieżnych celów i następnie sprzedać na organy. Uciekaj!”
– Ale ja nie jestem studentką z zagranicy – zauważył Martin. Dziewczyna przyjrzała mu się, lekko przekrzywiając głowę.
– No, kto wie... jak się tak spojrzy pod odpowiednim kątem, to trochę wyglądasz, jakbyś był.
Z tym stwierdzeniem nie mógł dyskutować. Rzeczywiście, los obdarzył go delikatnymi, niemal dziewczęcymi rysami, dużymi, ciemnoniebieskimi oczami i nieco zbyt długimi rzęsami. Bez względu na to, co robił, wyglądał jak bardzo chuda i całkiem urodziwa nastolatka. Sięgające ramion kasztanowe włosy, związane w koński ogon, wcale nie pomagały. – Ta tabliczka mówi: „Antyki, obrazy, biżuteria” – nie omieszkał zauważyć. Klara popatrzyła na niego z przyganą. Ona sama robiła wszystko, by jej wizerunek odzwierciedlał bogate wnętrze. Wysoka, dobrze zbudowana, z wygoloną połową głowy, nosiła kolczyk w brwi i tunele w uszach. A teraz jeszcze trzymała w pomalowanych czerwoną pomadką ustach bardzo stylowy, czarny papieros. Mimo dość chłodnego dnia ubrana była jedynie w cienką skórzaną kurteczkę i krótką spódniczkę.
– Czytaj między wierszami – poradziła. Sięgnęła do kieszeni po paczkę papierosów. Wyciągnęła jednego i zapaliła. – Przypomnij mi, co my tu właściwie robimy i dlaczego postanowiłeś wejść do tego domu strachów?
– Już tłumaczyłem. Potrzebuję pracy na wakacje, a oni podobno potrzebują asystenta.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
– Zaraz, na co ci właściwie ta praca? Nie miałeś się przygotowywać do jakichś niezwykle trudnych egzaminów wstępnych do szkoły cyrkowej, do której próbujesz się dostać?
– To nie szkoła cyrkowa – odparł, usiłując przybrać srogą minę. Z jego rysami twarzy nie było to łatwe zadanie. – To uczelnia dla lalkarzy. A pracy potrzebuję dlatego, że muszę uzbierać kasę na marionetkę.
– Marionetkę? – padło pełne powątpiewania pytanie. – Czy skoro to jest niby-szkoła lalkarzy, to nie powinieneś dostać tam całego potrzebnego badziewia? No wiesz, tych wszystkich lalek albo rzeczy potrzebnych, by je zrobić?
– Teoretycznie dostanę – odparł. – Ale wymagania są takie, że jedną marionetkę muszę mieć swoją. Podobno na jakieś specjalne zajęcia czy coś. Zamierzam uzbierać kasę przez wakacje i kupić najlepszą, jaką mają na Starym Mieście.
– Super – prychnęła, wypuszczając z ust kłąb dymu. – Szkoła dla dziwolągów, która jeszcze każe ci przywozić własny sprzęt. Przecież cena tych marionetek dochodzi do kilku tysięcy koron, sama widziałam. Za czesne zapłacisz mniej niż za to gówno.
– Nie ma żadnego czesnego. Poza tym już ci tłumaczyłem. – Popatrzył na nią poważnie. – To moje marzenie. I zrobię wszystko, żeby je spełnić.
– Jasne, jasne. No, kocie w złocie. – Lekko pchnęła go w stronę drzwi. – Skoro już jesteś tak zdesperowany, to zrób krok w stronę przeznaczenia. Gapienie się na budynek nie sprawi, że stanie się mniej straszny.
Niestety, Klarka miała rację. Martin musiał – chcąc nie chcąc – wspiąć się po kilku stromych schodkach i nacisnąć klamkę. Bez skutku. Drzwi pozostały zamknięte. Sklep z antykami, który w środku dnia jest zamknięty? Zapukał nieśmiało. Po chwili znowu, bardziej zdecydowanie.
– Chwileczkę! – Dobiegł go z wnętrza budynku dziewczęcy głos. – Proszę zaczekać, już idę!
Martin nie miał zamiaru dłużej się dobijać. Nie spieszyło mu się, by wkraczać w nieznane. Klara, wciąż stojąca przed sklepem, ruchem głowy wskazała na pobliski park, dając do zrozumienia, że będzie tam czekać, aż on skończy rozmowę rekrutacyjną.
Bardzo miło. Bardzo lojalnie. Dzięki, Klarciu.
Aż podskoczył, gdy drzwi otworzyły się z przeciągłym skrzypnięciem.
– Czeeeść – powiedziała stojąca w progu dziewczyna.
– Hej – powiedział dość nieśmiało Martin, odruchowo robiąc krok w tył. Nie miał pojęcia, jak powinien się zachować. To była przecież pierwsza rozmowa kwalifikacyjna w jego życiu. Wyglądało na to, że potencjalna rekruterka wcale nie jest bardziej doświadczona. Bez wątpienia była młodsza od niego. Niewiele, rok, może dwa, ale nie dawał jej więcej niż siedemnaście lat.
– Jestem Martin – powiedział, ściskając wyciągniętą rękę. – Przyszedłem w sprawie...
– Stażysta – uśmiechnęła się szeroko. – Tak, wiem, słyszałam. Ciocia Petra mówiła, że przyjdziesz. A ja jak zwykle się zaczytałam i zapomniałam, że miałam tu trochę posprzątać. Dlatego tak długo zwlekałam z otworzeniem drzwi. Wchodź, napijesz się herbaty.
Była bardzo drobna, raczej niska – zupełne przeciwieństwo Klarki. Sięgające ramion włosy założyła za ucho. Miały dziwną barwę, przywodzącą na myśl cynamon. Podobny kolor miały jej oczy. Wcale nie zdziwiło go, gdy dziewczyna się przedstawiła:
– Canelle. Po francusku „cynamon”.
Nie mógł powstrzymać uśmiechu i posłusznie przekroczył próg. W środku sklep z antykami wydawał się większy niż na zewnątrz. Przestronny, zadbany i, paradoksalnie, jeszcze bardziej przerażający. Ze ścian spoglądały portrety i martwe oczy wypchanych zwierząt. Na bardzo staroświeckiej i drogiej szafce – stojąca na niej tabliczka z ceną pokazywała kilka zer – stał ogromny kubek i otwarta książka, odwrócona okładką do góry. Martin wyciągnął szyję, by bliżej przyjrzeć się tytułowi.
– Dwadzieścia przepisów na przetwory z muchomorów – powiedziała Canelle, stając za nim na jednej nodze i zaglądając mu przez ramię.
– Naprawdę?
– I tak, i nie. To naprawdę tytuł książki, ale nie ma w niej za dużo o przetworach.
– Nie ma przepisów? – zmartwił się. Przygotowywanie przetworów z muchomorów wydało mu się nagle wiedzą nie tylko istotną, ale i całkowicie nieodzowną. – A co jest?
– Nie no, są przepisy – uśmiechnęła się zaczepnie dziewczyna. – Ale nie z muchomorami.
– Przepisy na co?
– Na morderstwo doskonałe.
Miała szeroki, nieco niepokojący uśmiech, sprawiający, że wyglądała na kogoś, kto spokojnie mógłby trzymać za plecami rzeźnicki nóż.
– Nie rób takiej przestraszonej miny – roześmiała się nieco złośliwie Canelle. – To po prostu kryminał. O tym, że otruto kolesia właśnie za pomocą tych przetworów. Jeszcze nie wiadomo, kto jest mordercą, ale obstawiam sąsiadkę. Jest stanowczo zbyt cicha i niepozorna. Takie są najgorsze.
Martin również był tego zdania. Ostrożnie odsunął się szafki i zrobił krok w tył.
Wycofuj się cicho i niepostrzeżenie. Bądź jak cień. Bądź jak wiatr.
I wtedy ją zobaczył.
Wisiała na haku, niedaleko drzwi, i wpatrywała się w niego świdrującym, choć nieruchomym spojrzeniem. Marionetka, bez której nie wyobrażał sobie przestąpienia progu Praskiej Szkoły Lalkarzy. Wydawała się całkiem niepozorna, dość mała, łysa, naga. Idealnie pasowało do niej określenie „marionetka treningowa”.
– Widzę, że spodobał ci się nasz Daimon – dobiegł go inny głos. Mniej piskliwy niż głosik Canelle i znacznie bardziej dystyngowany.
– Nie wiedziałem, że ma imię – powiedział Martin, odwracając wzrok. Był tak zafascynowany marionetką, że nie zauważył, jak dziewczyna zaczytująca się w dziwacznych kryminałach zniknęła, a w jej miejscu pojawiła się wysoka, dostojna kobieta w czarnej sukni z wysokim, koronkowym kołnierzem. Jasnobrązowe włosy związała w ciasny kok. Oczy, tego samego koloru, co oczy Canelle, rzucały wesołe, złociste iskierki. Bez wątpienia ona i jej pracownica były ze sobą spokrewnione.
– Każda z nich ma imię, nadane przez twórcę – odparła swobodnie, poprawiając kok wystudiowanym gestem. – Kiedy już zrobisz swoją pierwszą marionetkę, też ją jakoś nazwiesz. Wraz z imieniem otrzyma własną osobowość.
– Ja... – Spuścił wzrok, zastanawiając się, skąd i jakim sposobem ta kobieta wie o Praskiej Szkole Lalkarzy. Już od pierwszego rzutu oka wyglądał na dziwaka, który wybiera się do „szkoły dla cyrkowców”? – Ile kosztuje? – wypalił.
Kobieta pokręciła głową.
– Nie jest na sprzedaż. Marionetek nie sprzedaje się tak po prostu. Tego też sam się nauczysz, prędzej czy później – westchnęła. – To ty zgłosiłeś się do pomocy w sklepie podczas wakacji? Jestem Petra Althan, właścicielka.
Przez chwilę spoglądał na nią w milczeniu, z rozdziawionymi ustami. To tyle jeśli chodzi o robienie dobrego pierwszego wrażenia na pracodawcy.
– M-Martin Lubovic – powiedział nieśmiało.
– Obserwowałam ciebie i Canelle. Lubisz sprawdzać, jakie ludzie czytają książki, ale łatwo cię wystraszyć – stwierdziła pani Althan, wyraźnie upajając się jego zmieszaniem i przerażeniem. – Interesujące połączenie. Może nie do końca pożądane w tej pracy, ale kto wie, kto wie... Może nas czymś zaskoczysz.
Martin uśmiechnął się pod nosem, zastanawiając się, czy powiedzieć coś w stylu „na pewno” albo „postaram się”, czy lepiej w ogóle nic nie mówić. Kobieta przyglądała mu się z coraz większym zaciekawieniem.
– W swojej aplikacji napisałeś, że interesujesz się teatrem i dramatem – powiedziała, lekko przekrzywiając głowę.
– Tak... trochę – odkaszlnął. – Chodziłem na warsztaty i takie te... różne... no...
– I ubiegasz się o miejsce w Praskiej Szkole Lalkarzy – powiedziała z nutą satysfakcji. – Naturalnie, że się ubiegasz.
– Skąd pani wie? – nie wytrzymał. Wcześniej jakoś walczył z ciekawością, tłumaczył sobie, że kobieta strzela w ciemno. – Nie wspominałem o szkole.
– Nie, ale wydało mi się to całkiem naturalne – odparła, siadając przy solidnym, mahoniowym biurku. – Wiem, jakie są wymogi co do marionetek, bo nie raz ktoś już o nie rozpytywał w moim sklepie, przedstawiając tę całą nudną historię o tym, po co i dlaczego. Wiem, że idąc na tak prestiżową uczelnię chciałbyś mieć najlepszą lalkę. I wiem, że w sklepach na Starym Mieście marionetki – uśmiechnęła się sarkastycznie, wyrażając tym samym opinię o ich wartości – osiągają ceny leżące daleko poza zasięgiem przeciętnego ucznia szkoły średniej. I dlatego potrzebujesz pracy.
– T-tak – powiedział ostrożnie. To wciąż ani trochę nie wyjaśniało, czemu tak łatwo zaklasyfikowała go jako przyszłego ucznia szkoły dla lalkarzy.
– Zawrzyjmy układ – zaproponowała pani Althan, uśmiechając się zawadiacko. – Ja przyjmę cię do pomocy w sklepie i nauczę wszystkiego, co potrzebne do przetrwania w tym całym… interesie. Ty będziesz pracował i wykonywał moje polecenia, a jeśli wytrzymasz do końca stażu, podaruję ci Daimona. Będzie marionetką, którą zabierzesz ze sobą na uczelnię.
– Naprawdę? – spytał. Oczy mu się zaświeciły. – Ale sama pani powiedziała, że...
– Nie jest na sprzedaż, owszem – przyznała niecierpliwie właścicielka. – Ale mogę ją przekazać komuś, kto udowodni, że potrafi odpowiednio pociągać za sznurki.
– Podsumujmy – powiedziała Klarka mniej więcej miesiąc później. Siedzieli w parku, jedząc pizzę. – Pracujesz w sklepie bez wynagrodzenia, w zamian za to, że szefowa na do widzenia da ci marionetkę?
– Ale on naprawdę jest niesamowity. Znaczy marionetka. Ma na imię Daimon. Ostatnio nawet pani Althan pozwoliła mi go zdjąć z haka i trochę z nim poćwiczyć. I obiecała, że zrobimy dokładny przegląd i dokonamy niezbędnych napraw, tak żeby Daimon był w pełni sprawny, kiedy już go dostanę…
– Gratulacje – mruknęła dziewczyna, zdejmując oliwki ze swojego kawałka pizzy. – Naprawdę, interes życia, stary.
– Nie widziałaś tej marionetki – odparł, sięgając po kolejny kawałek.
– Na pewno powaliłaby mnie na kolana.
– Tam naprawdę nie jest tak źle – zapewnił. – Właściwie to nie robię nic strasznie wymagającego. To znaczy okej, czasem muszę przepchnąć jakąś szafę, przenieść coś albo pozdejmować eksponaty z półek i poodkurzać. Głównie siedzę, piję herbatę i rozmawiam z Canelle o tym, kto jest mordercą w książce, którą ona właśnie czyta. Ostatnio stwierdziła, że listonosz, ponieważ przynosił denatowi jakieś podejrzane listy. Canelle w ogóle mieszka w sklepie. Rozumiesz? W sklepie, na dole. To znaczy ona i pani Althan mają mieszkanie na górze, ale Canelle twierdzi, ze zawsze chciała nocować w sklepie ze starociami. A pani Althan jej pozwala. Więc zawsze, kiedy przychodzę, Canelle na przykład je śniadanie przy którymś z tych zajebiście drogich stołów.
– Czytanie kryminałów? Jedzenie śniadania w sklepie? – spytała podejrzliwie Klara. – Wy tam nie macie w ogóle ruchu?
– No, nie za duży – przyznał. – Ale jak już przyjdą klienci, to jest na co popatrzeć. Uwierz, jeden dziwniejszy od drugiego. Zazwyczaj to pani Althan ich obsługuje. Częstuje ich domowymi ciasteczkami i herbatą albo gorącą czekoladą. – Zignorował to, że przyjaciółka wymamrotała coś, co zabrzmiało jak „narkotyki”. – Ona jest naprawdę niesamowita. Ludzie szukają totalnie zakręconych rzeczy: spreparowanych czaszek, medalionów chroniących przed klątwą, obrazów, o których krążą straszne legendy... A ona pomyśli chwilę, coś sprawdzi i nagle oświadcza, że tak, owszem, mamy to na składzie. Pewnie jakby poprosić o rękę mumii, to też by znalazła.
– Jak dla mnie to tylko kolejny powód, żeby jak najszybciej stamtąd znikać – zaopiniowała Klara. Uważnie zbadała swój kawałek pizzy i, upewniwszy się, że nie została tam ani jedna oliwka, ugryzła pierwszy kęs. – Skoro mają nawiedzone obrazy i trupie główki, to nie wiadomo, co jeszcze. Bo że świra, to na pewno. I jeszcze częstują czekoladą zamiast chociaż kawą, jakoś tak bardziej po ludzku...
– Wiem, że to brzmi jak z jakiegoś horroru, ale to tylko pozory. One naprawdę są bardzo miłe. Rozmawiają ze mną, opowiadają różne historie o klientach. Jest taka super domowa atmosfera.
– Tak, tak. Próbują cię oswoić i uśpić twoją czujność. Nawet się nie zorientujesz, kiedy obudzisz się w wannie lodu z karteczką „nie masz nerki, dzwoń po pogotowie”.
Westchnął (...)

***

Dziewiętnastoletni Martin ponad wszystko pragnie pracować w teatrze lalkowym. Zaproszenie na egzamin wstępny do prestiżowej Praskiej Szkoły Lalkarzy wydaje mu się spełnieniem najgorętszych marzeń. Chłopak nie zdaje sobie jednak sprawy, że kiedy tylko osiągnie swój cel, Praga, jego rodzinne miasto, odkryje przed nim swoje mroczne i przerażające oblicze.

Spełnienie marzeń nie zawsze jest tym, czym się wydaje…
Drogi Martinie,
witamy w progach Kolegium Iluzji i Manipulacji! Nigdy o nas nie słyszałeś? Bardzo dobrze! Nie lubimy przyciągać uwagi. Od wieków sprawujemy władzę zarówno nad waszym światem, jak i nad przylegającymi do niego krainami pogranicza.
Dołącz do nas, a nauczymy Cię kontrolować wszystko i wszystkich. Poznaj naszych adeptów – młodych, zdolnych i bezwzględnych. Poznaj wykładowców – podstępnych, pogrążonych w ponurych knowaniach, uczestniczących w trwających do wieków spiskach.
Stań się jednym z nas! Dołącz do prawdziwych władców!
Erika Ekhart
„W książce Anny Karnickiej jest wszystko, co powinno znaleźć się w dobrej powieści. dla młodzieży – przygoda, zagadki, niebanalni bohaterowie. Jednocześnie autorka nie pozwala sobie na popadanie w schematy, a jej historia to nie cukierkowa opowiastka, w której wszyscy żyją długo i szczęśliwie.”
Magdalena Kubasiewicz, autorka „Spalić wiedźmę”


Cykl: Paradoks Marionetki (tom 1)






Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger