"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą potwór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą potwór. Pokaż wszystkie posty
Zapłata dla Flecisty George A. Romero,Daniel Kraus

Zapłata dla Flecisty George A. Romero,Daniel Kraus

"Bo była jeszcze jedna rzecz, o której wiedział każdy dzieciak: flecista zmuszał Cię, żebyś to Ty do niego przyszedł."


Ta historia byłaby idealnym scenariuszem do kolejnego sezonu American Horror Story... I to tego dziwacznego sezonu.

Niby czytało się czarownie, a jednak jakby z bólem zęba.

Narracja, która jest dużym atutem, dzięki swojej oniryczności i baśniowości, jest paradoksalnie swoim największym wrogiem, ponieważ czasami gubi się we własnych ścieżkach opowieści, chaosie i symbolicznych obrazach, a ja gubiłam się razem z nią w lotnych piaskach przekazu i ścieżek myślowych, co jednak rekompensowała mi sceneria, a także atmosfera.

Na bagnach południowej Luizjany, w wymierającym miasteczku Alligator Point, liczącym zaledwie około 140 mieszkańców, które powoli znika z mapy, nękane wykupem gruntów przez nafciarzy, plagą chorób nowotworowych, alkoholizmu i innych nieszczęść, czai się zło. Zło porywa dzieci pod osłoną nocy, pozostawiając jedynie zmasakrowane szczątki, terror i tajemnicę, przesiąkniętą rozkładem i legendą. 

Flecista.

Tylko czy to jest legenda? 

...

Niby nie było tak dobrze w trakcie czytania, drastyczne opisy i makabryczne sceny - nie mój vibe, a jednak było, ale to nie dzięki krwawym jatkom. Dziwne, ale hipnotyzujące. Może właśnie dzięki temu nadprzyrodzonemu bagiennemu potencjałowi, który mógł pokazać się w całym swoim blasku?

Przerost formy nad treścią i lekkie oderwanie od rzeczywistej puenty oraz łączenie różnych wątków, nie mających ze sobą nic wspólnego często bywa zgubny dla samej opowieści, ale coś w tych wilgotnych, dusznych i lepkich rozlewiskach Luizjany oraz postaciach bohaterów, którzy dziwnie kojarzyli mi się ze społecznością Miasteczka Salem, sprawiło, że nie można było tej powieści odłożyć na boczny tor, choć wiem, że nie będzie to przygoda dla wszystkich.

MOJA OCENA: 7/10


                                           PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Jedna legenda. Jedno miasteczko. Niektóre grzechy można spłacić tylko krwią…

Alligator Point w Luizjanie liczy zaledwie 141 mieszkańców. To miejsce odcięte od świata, otoczone zdradliwymi bagnami i duszną atmosferą narastającego lęku. Od pokoleń krąży tu legenda o Fleciście — morderczej istocie porywającej dzieci. Gdy w miasteczku dochodzi do serii brutalnych zbrodni, dawne opowieści przestają być jedynie lokalnym kolorytem przyciągającym turystów...

Młoda Renée Pontiac jako jedna z pierwszych dostrzega, że za kolejnymi zaginięciami kryje się coś znacznie bardziej przerażającego. Aby ocalić Alligator Point, mieszkańcy będą musieli zmierzyć się nie tylko z potworem czającym się pośród bagien, lecz także z niechlubną przeszłością swoich przodków — Pirates Lafitte, osławionych handlarzy niewolników…

„Romero i Kraus zaczynają od zabawnej opowieści o walce z potworami osadzonej na bagnach. Choć zmuszają nas do ciągłego oglądania się przez ramię, kończy się na tym, że spoglądamy w głąb siebie…".„Southern Review of Books”


Czerwona zima Cameron Sullivan

Czerwona zima Cameron Sullivan

 "Wszyscy znaleźliśmy się tutaj z tego samego powodu: Bestii. Tajemniczy stwór od miesięcy terroryzował okoliczne wzgórza i pastwiska, zabijając wieśniaków na polach i podróżnych na drogach. Co ciekawe, choć było wielu świadków, to nikt nie potrafił go dokładnie opisać. Powszechnie zgadzano się tylko, że zwierz jest ogromny i przerażający."


Nie spodziewałam się tak dobrej powieści. Nie spodziewałam się tak inteligentnej powieści. Ani tak klimatycznej, pełnej mrocznej magii i świetnego poczucia humoru.

Lubię się nie spodziewać.

Chociaż zostałam wrzucona w opowieść z poczuciem, że powinnam coś już o niej wiedzieć, /nawet kilka razy sprawdzałam, czy to nie jest jakaś kontynuacja/ to narracja i duża dojrzałość warsztatu autora była tak czarowna i hipnotyczna, a przede wszytkim obrazowa i nieodkładalna, że nie poczułam się zniechęcona, jak to zazwyczaj bywa z tego rodzaju manewrami literackimi i /w/rzutami na głęboką wodę.

Uwielbiam motyw pasożyta umysłu, który jest bardzo inteligentny, posiada niejednoznaczną moralność i współgra ze swoim gospodarzem, dlatego od razu po i za-uwielbiałam zarówno Sebastiana Gravesa – człowieka wielu talentów i profesji, głównego bohatera tej epickiej opowieści, jak i jego... demona/?/😎

Kim jest Sebastian?

Profesorem i prawnikiem. Lekarzem i hieną cmentarną. Zaklinaczem duchów i Alchemikiem. A przede wszystkim jest "nosicielem" mrocznej istoty, z którą jest niezwykle kompatybilny, pod wieloma względami, /konwersacyjnymi też, ku mojej uciesze, ponieważ dialogi prowadzone we własnej głowie uważam za fascynujące!/, której dał się dobrowolnie opętać, Sarmodela. 

Satysfakcjonująca więź!

Sebastian zostaje wezwany do Gévaudan, by zgładzić krwiożerczą Bestię: potwora, którego, jak sądził, pokonał już dwadzieścia lat wcześniej, a którego dokładnie nikt nie widział. 

Narracja prowadzi nas przez czas teraźniejszy, ale też wraca do tego, co było przedtem, co stopniowo rozszerzało moją wiedzę na temat wydarzeń, które jeszcze nie nadeszły. Poznajemy dzięki tej podróży wiele fantastycznych opowieści, oprócz oczywiście tej głównej: wiedźmy, starożytne byty, klątwy, magiczne pakty, różnorakie, sprytnie połączone ze sobą wątki religijne. 

Jest też spora dawka LGBT, ale w tym przypadku kompletnie mi to nie przeszkadzało, co uważam za sukces autora.

Podsumowując.

Nigdy nie sięgnęłabym po tą powieść, gdybym sugerowałą się okładką, która zapowiadała... zwykłe fantasy.

A tu zwykłość nie ma swojego miejsca. Czułam się trochę tak, jakbym czytała Wiedźmina w mrocznym stylu, na bardzo wysokim, ale innym poziomie, więc szkoda, że nie widać tego na opakowaniu tej uczciwej, epickiej, wytrawnej i inteligentnej opowieści.

Czekam z niecierpliwośćią na kontynuację, która poniekąd się gdzieś tam między wierszami zapowiedziała chyba...


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Tajemnicza, pełna magii, demonów i seksu

Zainspirowana osiemnastowieczną legendą o Bestii z Gévaudan Czerwona Zima to obfitująca w zaskakujące zwroty akcji i zagadki, mroczna, lecz i pełna humoru powieść, doskonała dla wielbicieli sagi o Wiedźminie i książek Susanny Clarke.

W 1785 roku profesor Sebastian Grave otrzymuje wiadomość, że straszliwa Bestia z Gévaudan powróciła i francuska prowincja znów spływa krwią. Grave to pogromca potworów o ogromnym doświadczeniu. Dwadzieścia lat wcześniej był świadkiem jej zbrodni podczas długiej i krwawej zimy. Przeżył też wtedy płomienny romans z synem barona.

Teraz Sebastian znów został wezwany na łowy przez Antoine’a Avenela d’Ocerne, swego dawnego kochanka, który dzieli z nim ponurą historię Bestii i straszliwy sekret. Chcąc skończyć z Bestią raz na zawsze i mając nadzieję na odnowienie relacji z Antoine’em, Sebastian odpowiada na wezwanie.

Niektórych potworów nie da się jednak pogrzebać na zawsze…


Król smutek Joe Hill

Król smutek Joe Hill

"Nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek trafi na dobry horror o potworze." 


Dokładnie. Zgadzam się ze słowami Króla Smutek.

Czy tutaj trafiłam na dobry horror o potworze?

Nie.

Czy był to w ogóle horror?

Nie był.

A zapowiadało się nieźle: 

"Stworzenie przywołane z Długiej Ciemności, coś w rodzaju demona. Nie... to smok. Enoch Crane nazywa go różnie: durnym robalem, przebiegłym wężem, zbrojnym diabłem. Ale myślę, że opisuje zwykłego smoka, kogoś z rodzaju Smauga. Spłodzonego przez Ojca Zniszczenia, najstarszego i najpotężniejszego ze smoków."

Niestety, to była tylko zapowiedź czegoś mrocznego i na tej zapowiedzi szybko się skończyło.

Dla mnie.

...

"There something wrong with this" book...-  jakby to prawie powiedziała pani Stanton z Czerwonej Róży.

...

Wydawało mi się, że coś jest nie tak z tłumaczeniem, ale potem jednak okazało się, że to nie o tłumaczenie chodzi, tylko o całą historię. Niby było wszystko okej, a jednak nie mogłam się do końca wczuć w tą opowieść. Czołgałam się straszliwie do samego końca...

To, co miało potencjał być mroczne, mroczne nie było: bardziej kojarzyło się z fantasy, a ten rodzaj literatury, choćby nie wiem, jak mroczny, nadal pozostaje fantasy. Było parę świetnych motywów, świetnych momentów, super zaczętych wątków, które mogłyby się rozwinąć w zupełnie innym kierunku i byłoby to MEGA, ale...

Król Smutek nie do końca był straszny. Zostało obdarty, moim zdaniem ze swojego potencjału i bardziej przypominał starszego, trochę bardziej złego brata Mushu z Mulan, o ile taki by istniał.

Jedyną postacią, która miała "jaja" i bardzo pasowała do scenariusza, na który się nastawiłam w bardziej mroczną stronę, był Colin:

"Wprowadziliśmy istotę z legend, z innego wymiaru, do naszego prawdziwego świata. Rozbiliśmy rzeczywistość, jakby była szybą, w którą cisnęliśmy kamieniem. Dla mnie noc, kiedy przyzwaliśmy Króla, jest najważniejszym doświadczeniem w życiu. Najbardziej znaczącym."

Taaa, on zdawał sobie z potencjału, na który ja miałam ochotę, a którego nie dostałam: skończył się on w momencie, w którym się zaczął i w którym Król Smutek wypowiedział pierwsze zdanie...

Marudząc dalej: mogłoby być też o połowę krócej. Jasne, opowieść można przegadać, tak jak to na przykład nie raz robił Stephen King, ale tam jakoś nie miałam wrażenia, że to jest zapchajhistoria o niczym i o wszystkim, jak w Gumbo, choć Gumbo jest smaczne, bo wszystkie składniki są proporcjonalnie dobrane i doprawione.

Jak jest tu?

Kwestia smaku.

Mi nie podeszło.

...

Oczywiście w generalnym rozrachunku, pomijając moje oczekiwania, które zamieniły się w rozczarowanie, starając się obiektywnie spojrzeć na całość, choć oczywiście jest to niemożliwe: jest to długa opowieść na dłuuuuuugie jesienne wieczory, w której nie należy nastawiać się na stricte horror oraz na to, że Joe Hill tworzy tak, jak Stephen King.

Bo tak nie jest.

P.S. I nadal czuję nosem, że NOS4A2 napisał sam King, a nie Joe😎, bo jak na razie CIĄGLE jest to "jego" najlepsza powieść, jaka powstała do tej pory.


MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***
Literacki majstersztyk łączący elementy horroru i fantasy.

Pierwsza po „Strażaku” powieść Joego Hilla – napisana po 9 latach przerwy.

Stworzone z epickim rozmachem dzieło, porównywane do kultowego „To” Stephena Kinga.

PRZEDWIECZNE ZŁO
SZEŚCIORO SZKOLNYCH PRZYJACIÓŁ
I DIABELSKI PAKT, KTÓRY ODMIENI ICH ŻYCIE NA ZAWSZE

UWAŻAJ, CZEGO SOBIE ŻYCZYSZ…

Arthur Oakes to zapalony czytelnik, marzyciel i student Rackham College w stanie Maine – fikcyjnej uczelni znanej z imponującej biblioteki i pięknych starych budynków na mroźnym kampusie. Jednak jego sielankowe studenckie życie – i rozkwitający romans z Gwen Underfoot – zostaje brutalnie przerwane, gdy miejscowa dilerka narkotyków wraz ze swoim wspólnikiem zmuszają go do jednego z najgorszych przestępstw, jakie potrafi sobie wyobrazić: kradzieży rzadkich książek z biblioteki uczelni.

Zrozpaczony Arthur zwraca się o pomoc do najbliższych przyjaciół. Wspólnie obmyślają szalony, fantastyczny plan, by uwolnić Arthura z okrutnej pułapki. Bogaty i nieustraszony Colin Wren proponuje wykorzystać niepokojący, oprawiony w ludzką skórę dziennik okultysty Enocha Crane’a, by przyzwać smoka, który spełni ich rozkazy. Pozostali – odważna i piękna Alison Shiner, waleczne bliźnięta Donna i Donovan McBride oraz bystra i pewna siebie Gwen – bez wahania dołączają do Colina, by zaprzeczyć prawom rzeczywistości i sprowadzić do naszego świata istotę, której istnienie wydaje się niemożliwe.

Ale smoki to istoty podstępne i złe, a pakt, który miał uratować Arthura, zmienia się w przerażający, krwawy rytuał: co roku sześcioro przyjaciół musi złożyć nową ofiarę Królowi Smutkowi – w przeciwnym razie sami staną się jego kolejnym posiłkiem.

Fantastyczna powieść grozy, będąca przede wszystkim hołdem dla wyobraźni, przyjaźni i odwagi.

Mrożąca krew w żyłach opowieść o niebezpieczeństwach współczesnego świata, mrocznej stronie życia akademickiego i nieoczekiwanych konsekwencjach zemsty.

Joe Hill udowadnia, że talent do grozy może być dziedziczny. Ale mrok, który kreuje syn Stephena Kinga, ma zupełnie nowe oblicze.

Książka znalazła się na liście 100 najbardziej godnych uwagi książek wydanych w 2025 roku wg redaktorów „The New York Times Book Review”.

Obłędnie dobra!„The New York Times”

Wurdalak Robert Ziębiński

Wurdalak Robert Ziębiński

"...strach jest najstarszym sprzymierzeńcem wszystkiego, co chce rządzić człowiekiem."


Ta powieść sprawiła, że poczułam się jak w domu, jakbym oglądała stary film VHS z rozpoznawalnym głosem profesjonalnego lektora i nie przeszkadzało mi to, że Autor od razu rzuca Czytelnika na głęboką wodę, ponieważ jest to kontynuacja historii Czarnego Stawu, miasteczka, w którym rodzą się potwory.

Najpierw był demon ze Stawu, potem była Wiła, a teraz jest rodzina Gorchów i...?

Wurdalak.

Superpotwór w miasteczku, które udaje normalność.

...

Jak to się kończy?

Ano wcale się nie kończy. 

Ostatnie strony zapowiadają prawdziwy początek pandemonium i bynajmniej nie jest to koniec...

"Daliśmy się oszukać złu.

Wywieźć w pole.

Jak dzieci. Ale na Boga, my byliśmy dziećmi."

Fajowato się bawiłam. Świadoma narracja pełna nostalgii i odniesień, o których miałam pojęcie bardzo szybko, trafiała w punkt mojej percepcji. Czułam klimacik, zanim ujawnił on swoje źródła, cofnęłam się ciutkę w czasie i było mega odprężająco.

Bo strasznie nie było.
Było klimatycznie.

"Noc jest przestrzenią tajemnicy. A człowiek jest istotą, która łaknie tajemnicy nawet wtedy, gdy się jej lęka."


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Po latach ciszy Kamil wraca do pisania – i do przeszłości, którą chciał pogrzebać. Wspomnienie lata 2018 roku, przyjaciół, Czarnego Stawu… i koszmaru, który wtedy powrócił i nigdy nie zasnął

Wurdalak to powieść grozy o strukturze dziennika i pamiętnika – intymna relacja z dorastania na granicy światów: między dniem a nocą, racjonalnością a mitem, dzieciństwem a świadomością śmierci. Autor miesza klimat współczesnego horroru z klasyczną gotycką narracją i elementami słowiańskiego oraz arabskiego folkloru. Zło kiełkuje w szkole, przenika rodzinne domy, wślizguje się w sny – tak jak różowy księżyc Nicka Drake’a, którego melancholijne echo towarzyszy całej książce.

To historia o dojrzewaniu, ale też o tym, że każdy akt odwagi ma swoją cenę.

Wurdalak jest nie tylko powrotem do mitów i upiorów. To także opowieść o świecie, w którym dorośli utracili zdolność widzenia, a tylko dzieci – jeszcze nie do końca uformowane – potrafią dostrzec prawdę.


Hazelthorn C.G. Drews

Hazelthorn C.G. Drews

 "Dawno, dawno temu drzwi zostały otwarte i z wieży z kości słoniowej wyśliznął się potwór. Ogród nie wszedł w niego, ale raczej się z niego wydostał."


Rozwalił mnie już sam początek: posłowie od autorki... Czekaj, cofinj... Nie od autorki: OD OSOBY AUTORSKIEJ...🙈

Niestety/?/, ja napiszę recenzję jako czytelnik/czka, a nie osoba czytelnicza...💩 Dobrze, że w środku powieści nie było osób zdefiniowanych dziwnie, tylko jednak "osoba autorska" posłużyła się tradycyjną formą narracyjną. 

Widzę tu pewną niekonsekwencję...

Ale ja nie o tym.

...

Sama powieść?

Jeśli chodzi o tematykę i o mroczność, to jest lepsza w tych klimatach, niż jej poprzedniczka.

Jeśli chodzi o wykonanie, jest dokładnie taka sama.

Czyli jaka?

Taka: Nie wpuszczaj lasu.

...

Mroczna baśń.

Chłopiec i ogród.

"Chłopak ulepiony z odmienności, zielonych patyków i okrutnego głodu."

Chłopiec Ogród.

Czy jest jakaś różnica?

Będzie to wiedział każdy, kto wejdzie w świat tej powieści.

Jest bardzo dużo mroku, jest na pewno świetny pomysł: ciężki, duszny, osaczający i baśniowy. Akurat właśnie ten rodzaj opowieści nazwałabym eco horrorem bardziej, niż reklamowaną w tej kategorii średnią powieść o burakach, Beta Vulgaris...

Ale i tak znowu jest trochę ZA BARDZO, jeśli chodzi o słowa i o sugestie. Ale to chyba już taki styl tej "osoby autorskiej"...🙈. Jest na pewno bardziej dojrzale, niż w poprzedniej powieści, chociaż tutaj też jest młodzież, ale już sama opowieść może niekoniecznie jest dla młodszej młodzieży.

"Cała posiadłość Hazelthorn ulega rozkładowi. A on wraz z nią gnije w jej wnętrzach."

Tą powieść polecam zdecydowanie bardziej, jeśli ktoś chce popływać sobie w klimacie grozy i nieoczywistości, brudnej, mokrej, czarnej ziemi, bluszczu i kolców ostrokrzewu, będzie bardzo zadowolony.

"Poniekąd zawsze wiedział, że za murami Hazelthorn kryje się potwór, sekret zarośnięty bluszczem, cykutą i ostrymi końcówkami liści ostrokrzewu."


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Coś jest nie tak z ogrodem…

Evander od dziecka żyje jak cień w odosobnionej posiadłości Hazelthorn pod opieką miliardera Byrona Lennox-Halla. Obowiązują go trzy zasady: nie opuszczać rezydencji, nie wchodzić do ogrodu i unikać Lauriego – wnuka Byrona, który siedem lat temu próbował go zabić, a mimo to pozostaje obiektem fascynacji chłopaka.

Po nagłej śmierci opiekuna Evander wprawdzie dziedziczy majątek, lecz… podejrzewa, że Byron został zamordowany. Laurie może być jedyną osobą, która pomoże mu odkryć prawdę, zanim nowy właściciel Hazelthorn stanie się ofiarą kolejnej zbrodni.

Tymczasem tajemnicza, mroczna przyroda zaczyna wdzierać się do wnętrza rezydencji. Wraz z ujawnianiem rodzinnych sekretów narasta groza… Niebawem ogród upomni się, by go nakarmić.

Hungerstone Kat Dunn

Hungerstone Kat Dunn

"Zaspokajasz niewłaściwy głód."


Bardzo satysfakcjonująca była to lektura! Bardzo!

Nie dość, że w magicznych klimatach Daphne du Maurier i Pikniku pod wiszącą skałą, to jeszcze pdkręcona tajemniczą postacią, wzorowaną na Carmilli Sheridana Le Fanu oraz idealnie pasującą tematyką do ostatnio czytanej przeze mnie pod wrażeniem mini powieści Victorian Psycho!

Z tym, że Carmilla była tym razem bardzo pożyteczna!

Carmilla Kernstein.


"Jestem lustrem dla tych, którzy tego potrzebują. Dla tych, którzy są głodni, ale sobie odmawiają."


Główna bohaterka bardzo wyrazista, choć pozornie bez kręgosłupa:


"Biedna, biedna, smutna, martwa dziewczynka."


Okazuje się jednak, że wystarczy iskra, odpowiednia motywacja i prawda, żeby stała się kimś więcej: 


 "Czymże jest potwór, jeśli nie istotą wolną?"


Zniewolenie, życie w okowach, znęcanie się na każdym poziomie, jedna historia w drugiej. Trzeba było czegoś nieziemskiego, żeby uzmysłowić sobie prostą prawdę:


"Umierałam głodu, a wydawało mi się, że uczestniczę w uczcie."


Super się to czytało, z powolnym narastaniem elementów grozy, ale i fajnego klimaciku poczucia sprawiedliwości i uwolnienia, z zakończeniem jak wisienka na torciku.

Piękne przesłanie między wierszami, a czasami nawet dosłowne.

Okładka to też smaczek: kompletnie oderwana od treści, których nie zapowiada, więc tym bardziej jest to świetne zaskoczenie!


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Lenore jest żoną magnata stalowego Henry’ego. Dziesięć lat po ślubie ich relacja jest na skraju rozpadu, nie doczekali się też dziecka, które mogłoby ich do siebie zbliżyć.

Henry postanawia opuścić Londyn i wydać przyjęcie myśliwskie w surowej posiadłości Nethershaw w odległym Peak District. Lenore musi doprowadzić podupadający dom do porządku i przygotować go na przyjazd gości Henry’ego – od tego zależy ich wspólna przyszłość.

Podczas podróży przez ponure odludzia są świadkami wypadku powozu. To wtedy w życiu Lenore pojawia się tajemnicza Carmilla. Carmilla, która w dzień jest słaba i blada, lecz nocą pełna życia. Carmilla, która budzi w Lenore coś pierwotnego. Wkrótce dziewczęta z okolicznych wiosek zaczynają zapadać na dziwną chorobę: trawi je straszliwy głód…

Gdy zbliża się dzień polowania, Lenore kwestionuje rolę, jaką odgrywała przez wszystkie te lata. Rozdarta między pragnieniem odzyskania uczuć męża a żądzami, które obudziła w niej Carmilla, wkrótce odkryje mrok czający się w jej własnym domu – mrok, który narazi ją na straszliwe niebezpieczeństwo…

Dzikie odludzia Peak District, nieokiełznany apetyt rewolucji przemysłowej – to tło


Powódź Michael McDowell

Powódź Michael McDowell

"A tajemnicą Perdido są rzeczne potwory."


Bardzo dobra porcja klasycznej, bagiennej grozy, klimatem bardzo przypominająca powieści McCammona: Słuchacz oraz Zew nocnego ptaka.

Kto nie lubi czytać o potworach, które udają ludzi?

Ja lubię, tym bardziej, kiedy nie chodzi o przenośnię.

Tak tak.

Wszystko zaczyna się podczas wielkiej powodzi w małym miasteczku Perdido, w stanie Alabama. Na plan pierwszy wysuwa się tu klimat, uwodzący tajemnicą, grozą i postacią Elinor Dammert, która pojawia się znikąd i budzi różnego rodzaju emocje: od zachwytu, po nienawiść.

Co tak naprawdę skrywa ta dziwna dama?

Wiemy już od samego początku, ze wstępu, co moim zdaniem zmiata wisienkę na torcie całej powieści, no ale...

Polecam, to jest właściwie nowelka, po lekturze której od razu chce się sięgnąć po część drugą!


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Arcydzieło Horroru.

Rok 1919. W Perdido w Alabamie od lat nic się nie zmienia… Do czasu, gdy płynące przez miasto dwie rzeki wylewają i mieszkańców dotyka największa klęska w ich życiu. Powódź przynosi jednak także coś, co wydaje się dobre – Elinor Dammert. Ta czarująca młoda kobieta wkrótce stanie się częścią społeczności i poślubi Oscara Caskeya, członka najbogatszej rodziny w Perdido. Ale jej piękne ciało skrywa szokujący sekret: w rzece zmienia się w przerażającą istotę, o której w okolicy od pokoleń opowiadano legendy.

Elinor, związana tajemniczą, nadprzyrodzoną więzią z rzeką Blackwater, na kolejne pięćdziesiąt lat rzuci cień na losy rodziny Caskeyów i wszystkich mieszkańców miasteczka.

Saga „Blackwater”, po latach odkryta na nowo, stała się bestsellerem w wielu krajach – w samej Europie sprzedano ponad 2 miliony egzemplarzy.

Klasyka współczesnej powieści grozy i ukoronowanie bogatej i różnorodnej twórczości porównywanego z H.P. Lovecraftem Michaela Mcdowella. Mroczna saga rodzinna, której akcja rozgrywa się na przestrzeni pięćdziesięciu lat w miasteczku Perdido w Stanie Alabama, gdzie w niedzielę wielkanocną 1919 roku podczas wielkiej powodzi pojawia się tajemnicza nieznajoma…

Wyjątkowa niespodzianka dla miłośników literatury grozy w najlepszym, klasycznym stylu. Wspaniałe – wysmakowane estetycznie i edytorsko – ilustrowane wydanie sześciotomowej sagi „Blackwater” Michaela McDowella, cenionego przez Stephena Kinga scenarzysty (autora między innymi scenariuszy do „Soku z żuka” i „Miasteczka Halloween” Tima Burtona, serialu telewizyjnego „Opowieści z krypty” czy filmowej adaptacji powieści „Chudszy” Kinga) oraz powieściopisarza, tworzącego głównie horrory w nurcie amerykańskiego południowego gotyku.

"Fascynująca. Przerażająca. Po prostu wspaniała!" Stephen King

"Bez cienia wątpliwości jeden z absolutnie najlepszych autorów horrorów." Peter Straub

"Jeden z najwybitniejszych i najbardziej niedocenianych pisarzy tego gatunku." Poppy Z. Brite, autorka powieści „Wykwintne zwłoki"


Haar David Sodergren

Haar David Sodergren

"Chciałabym pana przedstawić mojemu mężowi, panie Grant."

Haar 😎

Nie ukrywam, że kuszace byłoby posiadanie takiego zwierzątka pożytecznego w domu... Bardzo kuszące.

Dlaczego?

"Bo na świecie jest wielu złych ludzi."

To właśnie w takiej sytuacji, kiedy pradawna istota pojawia się w Twoim życiu, możesz sobie pozwolić na komfort zapraszania wrogów do swojego domu.

Z szeroko otwartymi ramionami.

MEGA mi się podobał pomysł i wykonanie.

Ocena wysoka, przez wzgląd na sentyment do starych dobrych czasów i starych dobrych powieści grozy, a także dzięki rewelacyjnej atmosferze i tematyce potwora z głębin, która mnie zawsze fascynowała i nigdy nie przestanie.

Czuć pyszny klimacik lat 80-tych, starych pulpowych powieści grozy i horrorów z kaset VHS.

Hermetyczna oceaniczna miejscowość na wymarciu, grupka staruszków, walczących o swoje prawa, jedna wytrwała stasza dama, tęskniąca za swoim mężem oraz czarna strona mocy.

Potwór?

Nie.

Ludzie. Źli ludzie.

I walka, jaką lubię, kiedy to sprawiedliwość jest wymierzana sprawiedliwie, a potwory nie są potworami.

Świetnie się bawiłam, nasiąknęłam krwią, słoną wodą, pierwotną plazmą, miłością, radosnym oczekiwaniem, psychopatycznym zadowoleniem, satysfakcją i sprawiedliwością. Było SUPER!

Polecam nie tylko geriatycznym czytelnikom! Tak się kiedyś pisało prostą, uczciwą grozunię.

MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Muriel Margaret McAuley ma osiemdziesiąt cztery lata. Całe życie spędziła w nadmorskiej wiosce Witchaven. Tu się urodziła, tu mieszkała, tu zamierza umrzeć. W ciszy, spokoju i samotności. Dwanaście lat temu straciła męża. Billy jak zwykle wypłynął w morze swoją rybacką łodzią, ale tym razem nie wrócił. Muriel nie może się doczekać, kiedy do niego dołączy. Codziennie budzi się z nadzieją, że to będzie właśnie dzisiaj. Ale kiedy ten dzień wreszcie nadchodzi, wygląda zupełnie inaczej, niż Muriel sobie wyobrażała. Niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić. Znad morza nadciąga Haar. Tajemnicza, nieprzenikniona, zagadkowa mgła. Spowija wszystko i wszystkich, ale każdemu przynosi coś innego. Lęk. Nadzieję. Śmierć.

Wstrzymaj oddech/Hold Your Breath/film 2024

Wstrzymaj oddech/Hold Your Breath/film 2024

HORROR POWRACA!

Jaka to schiza!!!

Jestem pod MEEEEGA wrażeniem!

Kocham Paulson i nie ukrywam, że łykam z nią wszystko, w czym decyduje się grać, bo jeszcze nigdy się nie rozczarowałam.

W tym przypadku też sobie odpaliłam na pewniaka, ale nie myślałam nawet, że ten film będzie TAKI QUR...A STRASZNY!

Było extra!

Dużo emocji, bo jestem zachwycona. Wszystkim.

Muzą. Klimatem. Ujęciami. Symboliką. Gestami. Jednozdaniowymi kwestiami, które przyprawiły mnie prawie o zawał. Scenami, po których oczy mi wyszły na wierzch i dobrze, że to oglądałam w wannie... Nieoczywistym niepokojem, który kocham w filmach grozy, a nie tą kolorową łopatologię i flaki podane na tacy.

Tak się robi horrory, oparte na emocjach!

Paulson zagrała rewelacyjnie. Dziewczyny zagrały rewelacyjnie! Sąsiadka zagrała rewelacyjnie. Pastor był CREEPY. I ten ciągły lęk i dzwonek w głowie, żę coś tu jest BARDZO NIEHALO, jak w Babadooku.

Ten film byl po prostu straszny oszczędnością wszystkiego tego, co jest absolutnie zbędne do odczuwania prawdziwego podskórnego przerażenia!

MEGA! WOW.

Dostępny na Disney.

MOJA OCENA: 10/10

ZOBACZ TRAILER!

TU

***

Oklahoma, lata trzydzieste XX wieku. Dom rodziny Bellum spoczywa w dolinie brudu, a chmury pyłu zasłaniają słońce. Margaret (Sarah Paulson) i jej dwie córki, Rose (Amiah Miller) i Ollie (Alona Jane Robbins), zajmują się farmą, podczas gdy mąż Margaret wyjechał w poszukiwaniu pracy. Gdy walczą o przetrwanie, w okolicy pojawia się tajemniczy nieznajomy (Ebon Moss-Bachrach), zagrażając wszystkiemu, co znają i kochają. A może zagrożenie czai się jeszcze bliżej?


Gnijące miasteczko Skyla Arndt

Gnijące miasteczko Skyla Arndt

"Bo choć życie nieodłącznie związane jest ze śmiercią, to ofiara jest źródłem wieczności."


Małe miasteczko. Tajemnicza religijna sekta Ogród Adama związana z ponurym i gnijącym lasem Morguewood. Uparta nastolatka, która ciąle próbuje rozwikłać sprawę swojej zaginionej matki. Przyjaźń, która przerodziła się nienawiść. Miłość, która pokonuje potwory. 

Świetny potencjał tej bardzo nierównej opowieści.

Początek bardzo średni, wchodzimy od razu w środek dyskusji, o sensie której nie mamy pojęcia - to są zawsze ryzykowne sposoby przyciągnięcia uwagi czytelnika.
Parę razy już odkładałam tą pozycję, ale całe szczęście, że wytrwale dobrnęłam do rozdziału o Elwoodzie.
Autorka chyba najbardziej pokochała tą postać, ponieważ jego narracja przyciąga całą uwagę. Pozostałe (miałam wrażenie) są jakby pisane przez kogoś innego - kompletnie nie trzymają uwagi, za to postać chłopaka jest wyrazista, a narracja głęboka. 

"Ojciec był wyższy ode mnie, szerszy, a jego osobowość była jak sztylet wbijający się w brzuch.Wykrzywiał swoje rysy w dziwny sposób, sprawiając, że oczy stawały się nazbyt chłodne, a usta nazbyt złowrogie.
Zawsze wyobrażałem sobie, że Bóg ma jego twarz."

Creepy scenki, tóre poruszają wyobraźnię są naprawdę dobre!

Nie dziwię się, że powieść dostała nagrodę, bo pomysł jest innowacyjny, z bardzo dużym potencjałem, szkoda tylko, że spłaszczonym przez pozostałe postaci - ale to moje wrażenie.

Niemniej jednak polecam, bo sama opowieść posiada super klimat chwilkami tylko rozmywany zbędnym pitoleniem, ale to jest do przejścia.


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Mama Wil Greene zaginęła ponad rok temu. Policja jest gotowa uznać sprawę za zamkniętą – twierdzą, że kobieta wyjechała z miasta, i nie można szukać kogoś, kto chciał przepaść bez śladu. Ale Wil wie, że jej mama tak po prostu by nie odeszła… i że rodzina jej byłego najlepszego przyjaciela, Elwooda Clarke’a, ma coś wspólnego z jej zniknięciem.


Elwood z przerażeniem odliczał dni do swoich osiemnastych urodzin. Osiągnięcie pełnoletności było równoznaczne z porzuceniem szkoły i dołączeniem do ojca pastora, który zmusza go, aby poświęcił swoje życie wspólnocie kościoła – Ogrodowi Adama.


Pewnej nocy Elwood odkrywa, że nie jest następcą swojego ojca, lecz jego ofiarą. Okazuje się, że lasy otaczające ich miasteczko, są spragnione krwi.


Elwood ucieka przed rodziną i zwraca się o pomoc do jedynej osoby, która może mu uwierzyć: Wil.


Pomimo przeszłych zranień, zawierają umowę: Wil pomoże mu się ukryć, a Elwood wesprze ją w szukaniu dowodów, że jego rodzina zabiła jej matkę. Ostatecznie odkrywają mroczną działalność sekty, na czele której stoi rodzina Clarke’ów.


Jest pewien powód, dlaczego sekta potrzebuje krwi Elwooda. W jego ciele rośnie coś nieludzkiego. Gdziekolwiek się pojawi, rośliny odżywają, zaś las go nawołuje.


AUTOR


BOOGEYMAN The Boogeyman 2023

BOOGEYMAN The Boogeyman 2023

Duuuużo ciemnych korytarzy, gasnących świateł, pękających żarówek, przedłużanych scen, gwałtownych rozbłysków i... ponownie ciemnych miejsc.

Świetnie zagrana postać Lestera Billingsa, bardzo rokująca na prawdziwy horror i o wiele straszniejsza niż "prawdziwy potwór," ale... krótka i znikoma.

Reszta niestety średnia - nie wystarczy pogasić żarówki, żeby było bardzo interesująco i strasznie, ale tragedii tysznima...

Dostępny na Disney+

MOJA OCENA: 6/10

ZOBACZ TRAILER!


***
The Boogeyman to amerykański horror o zjawiskach nadprzyrodzonych z 2023 roku, wyreżyserowany przez Roba Savage'a na podstawie scenariusza Scotta Becka, Bryana Woodsa i Marka Heymana oraz scenariusza Becka i Woodsa. Opiera się na opowiadaniu Stephena Kinga pod tym samym tytułem z 1973 roku.
Nastolatka i jej mały braciszek próbują odnaleźć się w świecie po śmierci matki, gdy na ich drodze staje nowe zagrożenie – złowroga siła, która wybrała sobie ich na swoje ofiary.



Obcy Alan Dean Foster

Obcy Alan Dean Foster

"Siedmioro ich było. Siedmioro spokojnie śpiących ludzi. Siedmioro ludzi zmierzających w otchłań koszmaru."

Czytało sie to z prawdziwą przyjemnością i narastającym napięciem, pomimo tego, że człowiek już na pamięć zna całą historię! Pierwsze spotkanie Kane'a z Obcym jest obrzydliwe, przerażające i mega działa na wyobraźnię! I choć są różnice pomiędzy przerewelacyjnym filmem a tą powieścią, to jednak uważam, że jedno nie ustępuje drugiemu!

"Nie boję się ciemności, którą znam. Przeraża mnie ciemność, o której nic nie wiem. 

Polecam mega!

Można jeszcze dorwać gdzieś tam stare wydania, ale dla kolekcjonerów Vesper się postarał.

MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Siedmioro śniących.

Musisz zrozumieć, że nie zajmowali się snem zawodowo, nie. Zawodowcy to ludzie dobrze opłacani, szanowani, to talenty bardzo poszukiwane. Jak większość z nas, tych siedmioro śniło swe sny bez żadnego ukierunkowanego wysiłku, bez wewnętrznej dyscypliny. Śnić tak, żeby sen twój można było zarejestrować, a później odtworzyć ku uciesze i rozrywce innych, to o wiele ambitniejsze wyzwanie. Wymaga ono umiejętności regulowania podświadomych impulsów twórczych i kontrolowanego stratyfikowania wyobraźni, co łącznie bardzo trudno osiągnąć. Zawodowiec to artysta maksymalnie zorganizowany i spontaniczny zarazem, to człowiek snujący subtelną nić rozmyślań, a nie facet toporny i prostolinijny jak ty czy ja. Albo jak tych siedmioro śpiących.

Z nich wszystkich namiastkę owego specjalnego, acz ukrytego daru posiadała tylko Ripley. Tylko ona miała wrodzony talent do tworzenia marzeń sennych i górowała nad resztą załogi elastycznością wyobraźni. Ale brakowało jej prawdziwego natchnienia i tej wielkiej dojrzałości myśli, która cechuje zawodowców.

Dawała sobie znakomicie radę z segregowaniem zapasów i rozmieszczaniem ładunku. Wiedziała, że taka to a taka skrzynia musi stać w takim to a takim miejscu i potrafiła wykazać to w odpowiednich wykazach opisujących zawartość magazynów Nostromo. Ale własnego umysłu, zasobów własnych myśli, posegregować już nie umiała - tu jej talent organizacyjny ulegał wypaczeniu. Nadzieje i obawy, spekulacje i nie dokończone twory imaginacji hasały na chybił trafił po wszystkich komórkach jej mózgu.

Tak, Ripley brakowało opanowania, brakowało samokontroli. Rozbuchane, iście rokokowe myśli kłębiły się w jej głowie niczym piwo w beczce i tylko czekały, aż ktoś wybije szpunt. Trochę więcej pracy, trochę więcej wysiłku i sierżant Ripley mogłaby przejść na zawodowstwo. A przynajmniej tak czasami myślała.

Teraz kapitan Dallas. Kapitan Dallas wyglądał na skończonego lenia, był tymczasem człowiekiem najlepiej z nich wszystkich zorganizowanym. Nie brakło mu też wyobraźni, o nie! Dowodem na to była brodą. Jego broda. Nikt nie kładł się do hibernatorów z brodą. Nikt oprócz Dallasa. Kiedy go pytano, dlaczego idzie spać z brodą - a wielu ciekawskich go o to pytało - odpowiadał, że broda jest częścią jego osobowości. I przenigdy nie rozstałby się ze swoim niemodnym, kędzierzawym zarostem, tak jak nie pozwoliłby sobie odciąć ręki czy nogi. Prawdziwy z niego pan i dowódca: dowódca holownika Nostromo, pan własnego ciała. Dbał o całość i jednego, i drugiego, i podczas snu, i na jawie.

Jak widać, Dallas umiał sobą kierować, posiadł umiejętność samoregulacji i tę niezbędną odrobinę wyobraźni. Ale wyobraźni zawodowiec-śniący musi mieć znacznie więcej niż odrobinę. Tak, bo dla zawodowca odrobina wyobraźni to uszczerbek, którego nie da się wyrównać nieproporcjonalnie wielką dawką samokontroli i opanowania. Dlatego, summa summarum, trudno by w nim szukać materiału na zawodowca wyższej klasy niż sierżant Ripley.

Spójrzmy na Kane'a. Kane nie umiał sobą sterować tak jak Dallas, ani swymi myślami, ani poczynaniami, i miał o wiele mniejszą wyobraźnię. Na pierwszego oficera nadawał się znakomicie, ale na kapitana...? Nie, na kapitana się nie nadawał. Kapitan to skumulowana energia, to umiejętność rozkazywania, a dobry Bóg nie obdarzył Kane'a ani jednym, ani drugim. Jego sny były namiastką snów Dallasa. Przezroczyste, bezkształtne, były ich dalekim echem tak, jak dalekim, stłumionym echem Dallasa był Kane. Ale nie znaczy to, że Kane nie dawał się lubić, przeciwnie. Jednak żeby śnić zawodowo, trzeba mieć w sobie pewną specyficzną energię, a Kane'owi starczało jej ledwie na codzienną wegetację.

Przypatrzmy się snom Parkera. Sny Parkera to sny może nie agresywne, ale zdecydowanie mniej sielankowe niż sny Kane'a. Prawie wcale nie grzeszyły wyobraźnią. Były zbyt specjalistyczne i rzadko kiedy dotyczyły ludzi. Trudno spodziewać się czegoś więcej po głównym inżynierze Nostromo.

Bo Parker śnił sny jednoznaczne i czasami ohydne. Kiedy nie spał, plugawe myśli wijące się niczym robactwo wypełzały czasami na wierzch, ale tylko wtedy, gdy inżynier wpadał w gniew lub kiedy był poirytowany. Lecz spychał je szybko w głąb swojej duszy, gdzie niczym w wielkiej kadzi fermentował wszelki brud i szlam pogardy. Nie, załoga tego nie widziała, o nie. Parker zawsze pokazywał kolegom czyste, wydestylowane oblicze i nigdy nie pozwalał im sprawdzić, co kipi, co bulgoce na dnie jego psychicznego kotła.

Lambert. Lambert nie śniła snów, które interesowałyby innych. Była już raczej natchnieniem dla śniących. Podczas tego bardzo, ale to bardzo długiego snu jej niespokojne myśli krążyły nieustannie wokół schematów międzyzespołowych i podzespołowych oraz wokół charakterystyk nośności i obciążalności statku, które ulegały ciągłym korektom ze względu na zużycie paliwa. Od czasu do czasu w jej sny wkraczała prawdziwa wyobraźnia, ale nigdy tak, żeby poruszyć innych.

Parker i Brett często sobie wyobrażali, co by to było, gdyby systemy i zespoły, za które odpowiadali, połączyć z zespołami i systemami leżącymi w gestii Lambert. Problem nośności i obciążalności Nostromo oraz kwestię zestawień przestrzennych rozważali w sposób, który doprowadziłby ją do istnej furii. Ale Lambert nie zdawała sobie sprawy, że Parkera i Bretta brały takie pokusy. Bo ci dwaj nie zdradzali się z niczym, swoje myśli trzymali tylko dla siebie, zakuwając je w solidne kajdany marzeń sennych i marzeń na jawie. Byłoby kiepsko, gdyby Lambert się zdenerwowała. Jako nawigator Nostromo odpowiadała przede wszystkim za ich bezpieczny powrót do domu, a w kosmosie nic tak nie łączy i nie ekscytuje ludzi jak wizja upragnionego, prawdziwego Domu.

Oficjalnie Brett pełnił na statku funkcję inżyniera-technika. To bardzo eleganckie określenie. Oznaczało, że Brett jest równie inteligentny i uczony jak Parker, ale stoi niżej w hierarchii służbowej. Ci dwaj tworzyli dziwaczną parę. Dla postronnego, obserwatora zdawali się być ludźmi o kompletnie różnym statusie i całkowicie różnych charakterach. A jednak Brett i Parker przyjaźnili się z sobą i znakomicie współpracowali. Udawało się to przede wszystkim dzięki Brettowi. Otóż inżynier-technik nigdy nie wkraczał w kompetencje inżyniera-szefa i nigdy nie podważał jego koncepcji. Z wyglądu i z usposobienia inżynier-technik był człowiekiem poważnym i flegmatycznym, podczas gdy inżynier-szef miał charakter bardzo zmienny i lubił sobie kwieciście ponarzekać. Wysiadł jakiś obwód? Parker potracił o tym gadać całymi godzinami, wygłaszać istne tyrady, w których przeklinał wszystkie generacje wadliwej części do ziemskiego krzemu włącznie. A Brett? Brett komentował to cierpliwym: "Racja."

"Racja." Dla Bretta to coś znacznie więcej niż opinia, to afirmacja własnego "ja." Bo milczenie to według Bretta najszlachetniejsza forma porozumienia między ludźmi. W gadatliwości kryje się szaleństwa.

I był jeszcze Ash, badacz i naukowiec. Ale wcale nie dlatego miał zabawne sny. Nie śmieszne. Zabawne, zabawne na sposób bardzo specyficzny. Z całej załogi on właśnie miał najbardziej profesjonalnie zorganizowane sny. I tylko jego sny stanowiły prawie idealne odbicie rozbudzonej osobowości. Bo w snach Asha nie znalazłbyś ani ułudy, ani zafałszowań.

Nie dziwiłbyś się temu, gdybyś znał Asha, gdybyś dobrze go znał. Lecz tak naprawdę to nikt z załogi Nostromo nic o nim nie wiedział. Za to Ash wiedział o sobie wszystko. Jak byś go spytał, może by ci zdradził swoją tajemnicę i wyjaśnił, dlaczego nigdy nie chciał śnić zawodowo. Ale nikogo z członków załogi najwyraźniej to nie interesowało, choć sny, sny profesjonalne, fascynowały Asha niewątpliwie bardziej niż jego towarzyszy z Nostromo.

Aha, i był jeszcze kot, wielki żółty kocur o niepewnym rodowodzie. Wołali na niego Jones. Jones to zwyczajny, najzwyklejszy kot domowy, w tym wypadku raczej okrętowy. Miał silny, nieugięty charakter, przywykł do długich podróży i zdawał się rozumieć nieobliczalne odruchy ludzi, którzy przemierzali kosmos. On też spał. Pogrążony w zimnym śnie, śnił sny proste i niewyszukane, sny o przytulnych, ciemnych zakamarkach, o myszkach pląsających w stanie nieważkości.

Choć trudno by go nazwać niewiniątkiem, z całej załogi śniącej na pokładzie Nostromo tylko Jones był ze wszystkiego zadowolony.

Szkoda, że nikt z nich nie zajmował się snem zawodowo. Szkoda, gdyż w trakcie swej pracy mieli okazję śnić znacznie więcej niż kilkunastu zawodowców razem wziętych. Bo konieczność sprawiła, że sen stał się ich głównym zajęciem, sen i śnienie, i nic to, że hibernacja proces snu wydatnie spowalniała. Spać, spać, spać i śnić - przed osiągnięciem celu podróży załoga statku kosmicznego dalekiego zasięgu nie może robić nic więcej. To prawda, amatorzy z nich, amatorami pozostać mieli do końca, życia, ale już od dawna ocierali się o próg fachowości.

Siedmioro ich było. Siedmioro spokojnie śpiących ludzi. Siedmioro ludzi zmierzających w otchłań koszmaru.

A Nostromo? Nostromo nie śnił, chociaż tak, dysponował swego rodzaju świadomością. Nie śnił, bo tego nie potrzebował, tak jak nie potrzebował zbawiennych efektów hibernacji. Gdyby śnił, jego marzenia senne byłyby zapewne krótkie i ulotne, gdyż Nostromo nigdy nie spał. Nostromo pracował, pracował i utrzymywał ludzi przy życiu, dbając o to, żeby istoty, nad którymi przyszło mu sprawować opiekę, zawsze w swym śnie wyprzedzały o krok wszechobecną śmierć. Bo trop w trop za lodowatym snem szła śmierć, bo śmierć płynęła za nim jak olbrzymi szary rekin za okrętem na morzu.

Dowody potwierdzające nieustanną, mechaniczną czujność Nostromo widoczne były wszędzie, w każdym sektorze uśpionego statku. Cichutki szum, delikatne szmery, przyćmione światełka, - to oznaki, że instrumenty i urządzenia Nostromo bez spoczynku trzymały straż. Macki czujników wnikały w samą tkankę kadłuba, w każde spojenie, w najmniejszy, w najmniej ważny obwód elektroniczny. Sięgały również na zewnątrz, badając tętno kosmosu. Te właśnie zewnętrzne czujniki. wychwyciły jakąś elektromagnetyczną anomalię.

Część mózgu Nostromo specjalizowała się w analizowaniu i rozszyfrowywaniu wszelkich odchyleń od normy. Owa część i tę anomalię dokładnie przeżuła, stwierdziła, że rodzaj impulsu raczej jej nie w smak, przestudiowała wyniki obliczeń i podjęła decyzję. Uśpiona aparatura została obudzona, drzemiącymi dotychczas obwodami znów popłynął kontrolowany strumień elektronów. Jak gdyby dla uczczenia tej doniosłej chwili na pokładach rozbłysły feerie jaskrawych świateł. Elektroniczny mózg Nostromo tchnął w statek nowe życie.

Rozległo się charakterystyczne popiskiwanie elektronicznych sygnałów, chociaż jak na razie słyszeć je mogły i rozpoznawać tylko i wyłącznie uszy sztuczne. Był to dźwięk od dawna na statku nie słyszany i oznaczał, że zdarzyło się coś, co nieczęsto się zdarza.

Delikatny trzask przełączników, rozbłyski budzących się do życia ekranów, światła, szum rozprawiających z sobą urządzeń - to wszystko nie ominęło również pewnej sali wyłożonej białym metalem, sali niezwykłej. W sali tej znajdowało się siedem kokonów z śnieżnobiałej stali i plastyku.

Tu do symfonii dźwięków dołączył dźwięk nowy. W komorze hibernacyjnej rozległ się odgłos jakby gwałtownego wydechu i salę wypełniła świeżo spreparowana, zdatna do oddychania atmosfera. Ludzie nader chętnie powierzali swój los małym, kruchym bóstwom w rodzaju Nostromo ufając, że kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, bóstwa owe ich wyręczą i tchną w ciała nowe życie.

Dlatego teraz czujniki na wpół rozbudzonego już Nostromo przeanalizowały skład dostarczonego przed chwilą powietrza i orzekły, że człowiek, ta drobna, słabowita istota, może nim z powodzeniem oddychać. Zapłonęło jeszcze więcej lamp, zamknęło się jeszcze więcej obwodów. Nie było fanfar, nie było werbli. Skorupy siedmiu poczwarek pękły, z siedmiu kokonów zaczęli wynurzać się ludzie, niczym gąsienice pełznące do światła.

Odarci z marzeń sennych, członkowie załogi Nostromo wyglądali nawet mniej imponująco niż podczas hibernacji. Po pierwsze dlatego, że wszyscy ociekali ochronnym kriohydratem, który przez długi czas wypełniał i otaczał ich ciała. Choć antyseptyczny, wzmacniający, śluz to zawsze śluz i człowiekowi wybitnie w nim nie do twarzy.

Po drugie, wszyscy byli nadzy, a kriohydrat nie daje tak wyszczuplającego efektu jak sztuczna skóra zwana ubraniem.

- Chryste... - mruknęła Lambert, dotykając ze wstrętem swych ramion i boków. - Jak tu zimno!

Wyszła z, trumny chroniącej życie miast śmierci i poszperała w skrytce na rzeczy. Znalazła ręcznik i zaczęła wycierać nogi, śliskie od przezroczystego syropu.

- Szlag by to... - burczała. - Dlaczego Mamuśka nie może ogrzać statku, zanim nas obudzi? - Teraz wycierała stopy, próbując sobie przypomnieć, gdzie zostawiła ubranie.

- Dobrze wiesz dlaczego. - Parker był zbyt zajęty swoim lepkim, umęczonym ciałem, żeby gapić się na nagą Lambert. - Polityka ekonomiczna naszego Towarzystwa, ot co. Oszczędność energii, innymi słowy zwykłe, cholera, sknerstwo. Po co marnować prąd na ogrzewanie komory hibernacyjnej, jeśli można zaczekać do ostatniej chwili? No a poza tym, jak się stąd wyłazi, zawsze człowiekowi zimno. Sama wiesz, do ilu stopni spada wewnętrzna temperatura podczas snu.

- Taa, wiem. Ale i tak zimno tu jak w grobie... - Nie chciała mu przyznać racji, chociaż Parker znał się na rzeczy; nigdy jej specjalnie nie zależało na głównym inżynierze Nostromo.

Do jasnej cholery, Mamuśku! pomyślała widząc, jak na jej przedramieniu robi się gęsia skórka. Daj czadu! Do diabła, ogrzej nas w końcu!

Dallas osuszał ciało z resztek śluzowatego kriohydratu. Starał się nie patrzeć na coś, czego pozostali członkowie załogi nie mogli widzieć. Dzięki inteligencji Nostromo zauważył to już wcześniej, zanim wstał z hibernatora.

- Robota nas szybko rozgrzeje - rzucił.

Lambert mruknęła coś pod nosem.

- Wszyscy na stanowiska - rozkazał Dallas. - Pamiętacie chyba, za co bierzecie forsę. Nie płacą wam za spanie i przesypianie własnych kłopotów.

Nikt - się nie uśmiechnął, nikomu nie chciało się na tę uwagę odpowiadać.

Parker zerknął na Bretta, który wciąż jeszcze siedział w hibernatorze.

- Sie masz - powiedział. - Żyjesz?

- Ano.

- Szczęściarze z nas - rzuciła Ripley. Przeciągnęła się, a zrobiła to estetyczniej niż pozostali. - To miło, że pierwszy krasomówca Nostromo jest gadatliwy jak zwykle.

Brett tylko się uśmiechnął, nie powiedział ani słowa. Był tak rozmowny jak maszyny, które obsługiwał, to jest nie odzywał się prawie wcale. Jego milczkowatość była dyżurnym dowcipem wśród załogi, ale nie, nie naśmiewali się z niego - śmiali się razem z nim.

Dallas zgiął ręce w łokciach, uniósł je na wysokość mostka, równolegle do podłogi, i zaczął wykonywać skręty tułowia; długo nieużywane muskuły zdawały się z lekka poskrzypywać. Jego myśli koncentrowały się wyłącznie na jednym: na pomarańczowożółtym migającym światełku, które zauważył z hibernatora. Takie cyklopowate, iście diabelskie światełka były wymowniejsze niż słowa i znaczyły, że nie dotarli jeszcze do kresu podróży, że Nostromo obudził ich z jakiegoś innego powodu. I Dallas już łamał sobie głowę z jakiego.

Ash usiadł i rozejrzał się wokoło. Twarz miał bez wyrazu i można było sądzić, że wciąż jeszcze śpi.

- Jestem trup... - mruknął i popatrzył na Kane'a.

Pierwszy oficer wciąż zmagał się ze snem i akurat ziewał. Według naukowej opinii Asha tak naprawdę to Kane przepadał za hibernacją - niewykluczone, że cierpiał na senność napadową - i gdyby mu tylko pozwolili, chętnie spędziłby w zimnym kokonie całe życie. Nieświadom podejrzeń badacza, Parker zerknął na Asha i powiedział grzecznie:

- I wyglądasz jak trup, Ash.

Wiedział, że sam nie wygląda lepiej, gdyż hibernacja zmiękczała skórę i osłabiała mięśnie. Spojrzał na lodowatą trumnę Kane'a.

Pierwszy oficer w końcu usiadł.

- Jak to dobrze znów być pośród żywych... - powiedział i zmrużył oczy.

- Naprawdę? Budzisz się tak długo, że trudno w to uwierzyć.

Kane był urażony.

- To potwarz, Parker, cholerna potwarz! Po prostu wolniej się ruszam i tyle.

- No pewnie, no pewnie... - Główny inżynier nie kontynuował tematu i obrócił się w stronę kapitana, którego pochłaniało coś, czego Parker ze swojego miejsca nie widział. - Nim zacumujemy, może byśmy tak pogadali o premii, co? - zaproponował.

- Racja. - Po raz pierwszy od chwili przebudzenia Brett okazał słabe oznaki zainteresowania otoczeniem. Parker zaczął nakładać buty i mówił dalej:

- Uważamy z Brettem, że należy się nam pełna dola. Sto procent premii za udaną misję plus pensja i odsetki od udziałów, co nie, Brett?

Przynajmniej inżynierów szlag mi podczas snu nie trafił, pomyślał ociężale Dallas. Ledwie kilka minut temu odzyskali przytomności, a już narzekają.

- Dostaniecie tyle, na ile opiewa kontrakt. Ani mniej, ani więcej. Jak pozostali.

- Pozostali dostają więcej niż my - powiedział cicho Brett.

Jak na Bretta, to było istne przemówienie. Ale na kapitanie elokwencja inżyniera-technika nie wywarła żadnego wrażenia. Dallas nie miał czasu ani na drobiazgi, ani na rozmowy pół żartem, pół serio. Jego całą uwagę przykuwało owo mrugające światełko. Pochłaniało go do tego stopnia, że nie mógł myśleć o niczym innym.

- Bo na to zasługują - odparł. - Idźcie na skargę do zarządu Towarzystwa, wolna droga. A teraz na stanowiska.

- Na skargę do zarządu Towarzystwa, do Towarzystwa... - mruczał nieszczęśliwie Parker, patrząc jak Brett wychyla się z hibernatora, żeby osuszyć nogi. - To tak, jakby iść na skargę do samego Pana Boga.

- Racja - zgodził się z nim Brett, majstrując przy lampce we wnętrzu hibernatora; dawała słabe światło. Brett należał do tego rodzaju ludzi, którzy mogą przekuśtykać dziesięć kilometrów ze złamaną nogą, ale którzy nie potrafią przejść obojętnie obok zepsutej spłuczki od sedesu.

Dallas ruszył do sali informatycznej.

- Dowcipnisie, niech któreś z was sięgnie do trumny po ten koci zewłok - rzucił przez ramię.

To Ripley wydobyła z hibernatora żółtawe, bezwładne ciałko Jonesa.

- Nie musisz go tak nazywać, kapitanie. - Przybrała urażony wyraz twarzy i czule pogłaskała ociekającego kriohydratem kocura. - Jones to nie jakaś tam maszyna, to członek załogi jak każdy z nas.

- Fakt, i bardziej karny niż inni - odrzekł Dallas patrząc, jak Parker i Brett, już ubrani, idą w kierunku siłowni. - Kiedy wyłażę z hibernatora, Jones nie zawraca mi przynajmniej głowy narzekaniem na pensję i premię.

Ripley zawinęła kota w gruby suchy ręcznik i odeszła. Jones czyścił z godnością swoje futerko i pomrukiwał niezdecydowanie. Nie pierwszy raz spał w hibernatorze i chwilowa tolerował fakt, że go niesiono, co zwykle poczytywał za hańbę.

Dallas skończył osuszanie się i wcisnął guzik u podstawy swej trumny. Zaszemrały niemal beztarciowe łożyska i spod spodu wysunęły się szuflada z ubraniem i osobistymi drobiazgami kapitana.

Ubierając się, Ash podszedł bliżej, stanął o krok od Dallasa i zapiąwszy świeżą koszulę, szepnął:

- Matka chce z tobą gadać kapitanie. - Skinął głową w stronę żółtawego światła migoczącego na podwieszonej konsolecie tuż obok.

- Wiem, zauważyłem natychmiast po przebudzeniu. Dallas nakładał czystą koszulę. - Żółte. Stan podwyższonej gotowości, na szczęście nie alarm. Nie mów innym. Jak to coś poważnego, sami niedługo się dowiedzą. - Narzucił na siebie wymiętą kurtkę, nie zapiął guzików.

- Nie, to nie może być nic groźnego - pocieszał się Ash, wskazując ruchem głowy monotonnie mrugające światło. - Żółte, nie czerwone.

- Na razie żółte. - Dallas nie należał do optymistów. - Wolałbym obudzić się przy zielonym, przy ciepłym, wiosenno-zielonym światełku. - Wyruszył ramionami. - Może to tylko nasz kucharz, co? - zażartował dostosowując się do nastroju Asha. - Chce nam dać jeść i mruga. Żarcie, stary, istne błogosławieństwo!

Spróbował się uśmiechnąć, ale uśmiech zgasł mu na ustach tak szybko, jak się pojawił. Nostromo nie był człowiekiem, nie robił załodze kawałów i nie obudziłby ich ot tak sobie, bez uzasadnionego powodu. A usterki w elektronicznie sterowanej kuchni powodu takiego na pewno nie stanowiły.

A zresztą, co tam! dumał kapitan. Po kilku miesiącach snu nie mam prawa narzekać, że będę musiał trochę popracować...

Główna sala informatyczna Nostromo różniła się nieco od innych pomieszczeń na statku. Wielobarwny kalejdoskop palących się tu świateł, światełek, ekranów i wskaźników sprawił, że wyglądała tak, jakby nawiedził ją gąszcz pijanych choinek bożonarodzeniowych.

Sadowiąc się w prostym ale miękkim fotelu, Dallas zastanawiał się, jakie podjąć działania. Ash usiadł przy konsolecie głównego banku danych i manipulował pokrętłami z taką szybkością i pewnością siebie, jakby wyszedł z hibernatora dziesięć dni, a nie dziesięć minut temu. Fakt, nikt nie radził sobie z komputerami tak jak Ash...

Dallas zazdrościł mu tej umiejętności. Wciąż zamroczony snem, wystukał na terminalu prośbę o dane. Na ekranie śmignęła ulotna mozaika zakłóceń, z której szybko uformowały się pierwsze rozpoznawalne słowa. Dallas sprawdził, czy wydał poprawną komendę. Nie, nie zrobił żadnego błędu.

STAN FUNKCJI KONTROLNEJ DLA INFORMACJI I MENU.

Statek też uznał, że polecenie jest do przyjęcia i Matka dała natychmiastową odpowiedź. STAN REJESTRU ADRESOWEGO. Pod tym lapidarnym nagłówkiem komputer wyświetlił długą listę komend menu.

Dallas przyjrzał się jej, znalazł tę, której szukał i wcisnął odpowiednie klawisze: STAN PODWYŻSZONEJ GOTOWOŚCI.

FUNKCJA KONTROLNA GOTOWA DO ODPOWIEDZI, padło z ekranu. Komputerów nie programowano na konkursy krasomówcze i Matka nie należała do wyjątków.

Z czego Dallas był w sumie zadowolony. Nie miał nastroju do pogaduszek. Wystukał krótkie: CO SIĘ DZIEJE, MAMUŚKU? i czekał...

Nie można powiedzieć, że mostek kapitański Nostromo był pomieszczeniem przestronnym. Może raczej mniej klaustrofobicznym niż inne miejsca na statku, ale różnica nie rzucała się w oczy. Na przybycie ludzi czekało tu pięć foteli. Liczne pulpity sterownicze, ekrany najrozmaitszych rozmiarów i kształtów mrugały cierpliwie dziesiątkami świateł i światełek i też czekały, aż człowiek powie im, co mają robić. Tak, duży mostek kapitański byłby kosztownym pomysłem, gdyż załoga spędzała większość czasu w hibernatorach. Dlatego zaprojektowano go jako miejsce przeznaczone tylko i wyłącznie do pracy. Odpoczynek, rozrywka nie miały tu wstępu. I ludzie, i maszyny doskonale o tym wiedzieli.

Hermetyczne drzwi wsunęły się cicho w ścianę. Do środka wszedł Kane, tuż za nim Ripley, Lambert i Ash. Podeszli do swoich stanowisk i usiedli za pulpitami z taką rutyną i z taką swobodą, jak gdyby witali się ze starymi, dawno nie widzianymi przyjaciółmi.

Na piątym fotelu nie zasiadł nikt i nikt w nim nie miał zasiąść do czasu, aż Dallas wróci ze swego tete-a-tete z Matką, komputerem, który był mózgiem-bazą Nostromo. „Matka." Tak go nazywali, i to wcale nie dla żartu, nie, imię było jak najbardziej odpowiednie. Kiedy mowa o urządzeniu odpowiedzialnym za ludzkie życie, żarty człowiekowi nie w głowie. A komputer zaakceptował przydomek z równą powagą i chyba nawet z dozą swego rodzaju wzruszenia.

Ludzie na mostku byli odprężeni i rozluźnieni. Ubrania - istna parodia mundurów pokładowych - wisiały na nich niedbale i odzwierciedlały osobowość członków załogi Nostromo. Koszule, spodnie - wszystko wygniecione i nadszarpnięte zębem czasu, latami przechowywania. Jak ciała, które się pod ubraniami kryły.

Pierwsze od wielu lat dźwięki wydane przez żywą istotę na mostku stanowiły podsumowanie uczuć wszystkich obecnych, choć dźwięków tych nikt nie zrozumiał. Kiedy Ripley postawiła Jonesa na podłodze, kocur zaczął głośno miauczeć. Później Ripley usiadła w wysokim fotelu, a Jones ocierał się zmysłowo o kostki jej nóg i pomrukiwał donośnie, po kociemu.

- No to podłączcie nas - rzucił Kane.

Sprawdzał swoją konsoletę, pieścił wzrokiem ekrany, wypatrując niebezpiecznych kontrastów i tajemniczych niewiadomych, a Lambert i Ripley pstrykały przełącznikami i wciskały odpowiednie klawisze.

Wielkie poruszenie. Na monitorach i wskaźnikach odczytu zamigotały gorączkowo światła, wykwitły świeże kolory. Zasiadający przy stanowiskach odnieśli nieodparte wrażenie, że komputery się cieszą, że są zadowolone. Oto znów pojawili się ich organiczni towarzysze, oto pierwsza po latach okazja, by zademonstrować ludziom swój elektroniczny talent.

Na ekranach przed Kanem ukazały się nowe słowa i liczby. Pierwszy oficer porównał je z danymi, które dobrze pamiętał, które wypaliły w jego umyśle niezatarte piętno.

- Jak dotąd wszystko w normie... - skonstatował. - Teraz wrzuć na ekran jakiś widoczek.

Palce Lambert wystukały na klawiaturze skomplikowane arpeggio. Na mostku rozjarzyły się monitory, z których większość wisiała pod sufitem, gdyż tam były lepiej widoczne. Lambert wbiła wzrok w dwa ekrany najbliższe miejsca, gdzie siedziała, i natychmiast zmarszczyła brwi. Zobaczyła to, czego się częściowo spodziewała, ale reszta... Z reszty nie rozumiała nic - ten fragment nieba był jej zupełnie obcy. Co najistotniejsze, nie znalazła na ekranie Słońca, a przecież Sol, jak je nazywali, winno teraz wprost rzucać się w oczy. To, że go nie widziała, było szokująco ważne, bowiem mogła tym samym stwierdzić, że sytuacja, w jakiej się znaleźli, jest kompletnie nienormalna.

- Gdzie jest Ziemia?

Kane przyjrzał się uważnie ekranowi swojego monitora, ale dostrzegł na nim tylko czerń kosmosu upstrzoną maleńkimi punkcikami odległych gwiazd. Czyżby wyszli z nadprzestrzeni za wcześnie? Możliwe, ale w takim razie na ekranach powinni zobaczyć przynajmniej Układ Słoneczny. Tymczasem nie widzieli ani oczekiwanej Ziemi, ani też Sol.

- Ty tu jesteś nawigatorem, Lambert, ty nam powiedz.

Tak, jakieś słońce tam świeciło, tam, dokładnie pośród ku ekranu. J a k i e ś, bo to nie było Sol. Nie zgadzała się ani jego barwa, ani wielkość, ilość i kształt okrążających go punkcików; tak wyglądały planety w interpretacji komputera.

- To nie nasz system... - stwierdziła Ripley i słowa uwięzły jej w gardle. Wypowiedziała na głos to, co było oczywiste dla wszystkich.

- A maże to z nami coś nie tak, nie z gwiazdami. Kane sam nie wierzył w to, co mówił. - Może wyszliśmy z nadprzestrzeni rufą naprzód, co? Takie cuda się zdarzają, a wtedy wszystko jest odwrotnie. To coś przed nami może być na przykład Alfą Centauri w maksymalnym powiększeniu, nie? A Sol jest z tyłu, za dziobem. Bez paniki, najpierw trzeba się rozejrzeć. - Zapomniał tylko dodać, że system, który, obserwowali na ekranach monitorów, przypominał Alfę Centauri w takim samym stopniu co i Sol.

Kamery wbudowane w spękany pancerz Nostromo drgnęły i zaczęły lustrować bezkresną próżnię kosmosu w poszukiwaniu ciepłej Ziemi. Wspierały je dodatkowe kamery zainstalowane na monstrualnej wielkości ładunku, jaki statek za sobą holował. Ów ładunek - spiętrzona, zbita masa gigantycznych form i kształtów z metalu - zdziwiłby ludzi żyjących w XX wieku. Była to całkowicie zautomatyzowana, nieustannie pracująca rafineria, która w drodze między gwiazdami przerabiała miliony ton ropy naftowej.

Kiedy Nostromo dotrze na orbitę wokół Ziemi, w przepastnych cysternach spoczywać będą gotowe produkty procesu przetwarzania. Takie metody były niestety konieczne. Cywilizacja wciąż żyła, wciąż kwitła, gdyż człowiek odkrył wspaniałe i wydajne substytuty ropy naftowej, odkrył je już dawno temu. Ale odkryć tych dokonano dopiero wtedy, gdy ludzka zachłanność wycisnęła z ziemi ostatnie krople ropy.

Wszystkie maszyny i urządzenia pracowały w oparciu o energię słoneczną i energię pochodzącą z syntezy jądrowej. Ale ani Słońce, ani atom nie mogły zastąpić produktów wytwarzanych z ropy naftowej. Żaden reaktor, żaden silnik jądrowy nie wyprodukuje plastyku, a tworzyw sztucznych świat potrzebował tak samo jak energii. Stąd mozolnie pracująca rafineria, stąd cuchnąca, czarna ciecz, stąd cały ładunek, ładunek jakże cenny, choć z historycznego punktu widzenia nieco archaiczny.

Jedynym systemem słonecznym, jaki wychwyciły kamery, był system tkwiący teraz dokładnie pośrodku wszystkich ekranów. System ów składał się z wypłowiałej gwiazdy centralnej i pierścienia planet gwiazdę okrążających. Podobnie jak Lambert, Kane wyzbył się już wszelkich wątpliwości. Nostromo skierował ich tutaj celowo. Nostromo zmierzał do tego właśnie systemu, nie gdzie indziej.

Chociaż z drugiej strony... Z drugiej strony istniała jeszcze możliwość, że komputery popełniły błąd w orientacji czasowej, nie przestrzennej. Ziemskie słońce mogło znajdować się na przykład w pewnej odległości na lewo albo na prawo od gwiazdy, którą oglądali na monitorach. Był sposób, żeby to sprawdzić, sposób niezawodny.

Kane zagryzł dolną wargę.

- Spróbuj nawiązać łączność z nadzorem ruchu - polecił. - Jeśli odpowiedzą, jesteśmy w domu. Powinniśmy usłyszeć jakąś stację przekaźnikową z wysuniętego sektora. To znaczy, jeśli Sol gdzieś tutaj jest.

Lambert musnęła palcami odpowiednie klawisze.

- Tu statek handlowy dalekiego zasięgu Nostromo rzuciła w mikrofon. - Tu holownik Nostromo, rejs numer jeden, osiem, zero, dwa, cztery, sześć. Kurs - Ziemia. Holujemy ładunek ropy naftowej i rafinerię. Wzywam Centralny Nadzór Ruchu na Antarktydzie, wzywam Centralny Nadzór Ruchu na Antarktydzie. Czy mnie słyszycie? Odbiór.

Z głośników odpowiedział jej tylko monotonny szum odległych gwiazd. Wtórował mu Jones, mrucząc po kociemu u stóp Ripley.

Lambert spróbowała jeszcze raz.

- Holownik dalekiego zasięgu Nostromo wzywa Centralny Nadzór Ruchu, Nostromo wzywa Centralny Nadzór Ruchu. Mamy kłopoty z nawigacją, powtarzam, mamy kłopoty z określeniem pozycji statku. Sytuacja awaryjna. Odbiór.

I znów nikt nie odpowiedział na wezwanie. Z głośników dobiegały ich nerwowe trzaski zbłąkanych fal radiowych.

Lambert zaniepokoiła się.

- S.O.S, S.O.S. Holownik Nostromo wzywa Centralny Nadzór Ruchu lub jakikolwiek statek znajdujący się w pobliżu. S.O.S, powtarzam, S.O.S. Odbiór.

Niczym nie usprawiedliwiony sygnał S.O.S (Lambert wiedziała, że jak na razie nie grozi im niebezpieczeństwo) przeszedł bez echa, bez żadnego odzewu. Zniechęcona, trzasnęła przełącznikiem radiostacji. Nie wyłączyła jednak odbiornika i wszystkie kanały były na nasłuchu; mógł koło nich przelatywać jakiś statek i chcieli natychmiast odebrać ewentualne sygnały.

- Wiedziałam, że to nie Sol - mruknęła Ripley. Znam nasz sektor. - Ruchem głowy wskazała monitor zawieszony nad jej stanowiskiem. - Diabli wiedzą, gdzie to jest. I gdzie my jesteśmy.

- Próbuj dalej - rozkazał jej Kane i zwrócił się do Lambert: - No to właściwie gdzie my jesteśmy? Masz już te namiary?

- Chwila. To nie takie łatwe. Zagnało nas na jakieś odludzie...

- Próbuj, próbuj.

- A co ja robię?

Kilka minut intensywnych poszukiwań przy współpracy komputera i na twarzy Lambert wykwitł nikły uśmiech samozadowolenia.

- Mam, zlokalizowałam - oświadczyła. - Wiem, gdzie jesteśmy. Zagnało nas w okolice Zety II w gwiazdozbiorze Sieci. Nie dotarliśmy nawet w pobliże zewnętrznego pierścienia Układu Słonecznego, dlatego nikt się nie odzywa. Za daleko, żeby wychwycić wiązkę fal elektromagnetycznych, nie wspominając już o nawiązaniu łączności z Centralnym Nadzorem Ruchu.

- Co my do diabła tutaj robimy? - zastanawiał się głośno Kane. - Skoro statek jest w porządku, skoro domu jeszcze nie widać, to dlaczego Matka nas rozmroziła...?

Jakby w odpowiedzi na pytanie pierwszego oficera - tak naprawdę był to tylko czysty przypadek - w tej właśnie chwili odezwał się alarmowy buczek. Zabrzmiał donośnie i stanowczo...

Koło rufy Nostromo znajdowała się olbrzymia komora wypełniona potężną acz skomplikowaną aparaturą. Tu żyło serce statku, tu pracował zadziwiający system napędowy, który grając na nosie panu Einsteinowi, umiał zakrzywiać przestrzeń, oszukiwać czas, i który jakby mimochodem, od niechcenia, dostarczał energię urządzeniom podtrzymującym kruchą egzystencję istot ludzkich.

W przedniej części tego zwartego, z cicha mruczącego kompleksu widać było przeszkloną kabinę, taki maleńki przezroczysty wyprysk na gigantycznym cielsku atomowego potwora. W kabinie, na fotelach, siedziało dwóch mężczyzn. Dbali o zdrowie i nieustanną sprawność systemu napędowego. Troszczyli się o aparaturę, aparatura troszczyła się o nich - taka sytuacja jak najbardziej im odpowiadała.

Ponieważ Nostromo z reguły sam się o siebie z powodzeniem troszczył, mężczyźni mieli dużo czasu na zajęcia o wiele bardziej kształcące i ekscytujące, jak na przykład picie piwa i opowiadanie pikantnych historyjek. Właśnie przyszła kolej na Parkera. Po raz setny powtarzał opowieść o młodym inżynierze i o burdelu w stanie nieważkości. Opowieść była naprawdę niezła. Należała do tych, które sprawiały, że jak zawsze milczkowaty Brett wydawał z siebie powściągliwy chichot, a sam Parker zanosił się donośnym rechotem.

- No i ten, rozumiesz, wariat - prawił główny inżynier - wpada na mnie. Zły jest jak jasna cholera, a przy tym czegoś zdenerwowany. Wpada na mnie i chce, żebyśmy szli ratować tego nieszczęsnego dupka. Chyba, biedaczyna, nie wiedział, w co łapska pakuje! - rzucił i jak zwykle ryknął śmiechem, ciesząc się z gry słów. - Pamiętasz, jak tam jest, nie? Wszystkie ściany, podłoga i sufit wyłożone lustrami. I nie ma łóżka, bracie, tylko hamak z aksamitu na środku pokoju, żebyś się mógł czymś okryć w trakcie rypanka, i żebyś się przy tym nie poobijał o ściany, bo nieważkość tam pełna. - Pokręcił głową, wspominając nieporadność młodego inżyniera. - To nie miejsce dla amatorów, o nie, brachu! Ten pacan albo się wstydził, albo kumple go w to wrobili. Z tego co inni później opowiadała ta dupcia, ta kurewka - myła się, rozumiesz, i opowiadała - na początku wszystko szło jak należy. Ale potem zaczęli się obracać i młodzian musiał spanikować. Obracali się i obracali, nie mogli przestać. Babka mówi, że próbowała, ale w nieważkości żeby z tego wyjść, trzeba próbować we dwoje, nie? Dookoła lustra, brachu, no i, biedak, kompletnie stracił orientację, nie wiedział gdzie góra, gdzie dół. Do tego te obroty, więc co? Rzygać zaczął, ot co! Rzygał i rzygał. Parker pociągnął kolejny łyk piwa. - Jezu, w życiu nie widziałem, żeby ktoś tak napaskudził jak ten tam. Do dzisiaj chyba czyszczą te lustra.

- Taa... - Brett uśmiechnął się ze zrozumieniem. Parker zastygł w bezruchu, delektując się resztkami umykających wspomnień. Pozostawiały w umyśle przyjemny, lubieżny osad. Machinalnie sięgnął ręką do konsolety i pstryknął jakimś przełącznikiem. Nad pulpitem zapaliło się ciepłe, łagodne światełko. Ani mrugnęło.

- Jak tam u ciebie? - spytał.

- Zielone - odparł Brett, powtórzywszy test na swojej aparaturze.

- U mnie też.

Parker wpatrywał się w lekko musujące piwo. Minęło ledwie parę godzin, odkąd wyszedł z hibernatora, a już doskwierała mu nuda. Siłownia doskonale obywała się bez niego, pracując cicho i wydajnie. Oprócz Bretta nie było do kogo gęby otworzyć, a przecież trudno nawiązać interesującą dyskusję z kimś, kto gada, jakby nie umiał gadać, z facetem, dla którego wypowiedzenie pełnego zdania jest pracą ponad siły.

- Tak sobie myślę, że Dallas celowo ignoruje nasze skargi - rzucił "na rybkę". - Może i nie ma wpływu na to, czy dostaniemy pełną premię czy nie, ale to przecież kapitan, co nie? Gdyby tylko chciał, mógłby szepnąć słówko komu trzeba i się za nami wstawić. To by nam pomogło, i to jak.

Spojrzał na odczyt. Świetlista pionowa linia określająca równowagę stosu przebiegała dokładnie przez "0". Na lewo od niej jarzył się szereg liczb ujemnych, na prawo dodatnich. Stos pracował idealnie.

Parker gadałby bez wątpienia dalej, przeplatając pieprzne historyjki wiecznie tymi samymi narzekaniami. Gadałby, gdyby nie sygnał alarmowy, który nagle zabuczał monotonnie nad ich głowami.

- Chryste, co znowu? Nie zdąży człowiek wygodnie usiąść, a tamtym już coś odbija!

- Racja. - Brett wyciągnął szyję, żeby lepiej słyszeć.

W głośniku ktoś delikatnie odchrząknął, po czym usłyszeli głos sierżant Ripley.

- Zgłoście się do mesy.

- Ani obiad, ani kolacja... - Parker był wyraźnie zbity z tropu. - Albo ogłoszą gotowość do rozładunku, albo... - Zerknął pytająco na swego towarzysza.

- Zaraz się dowiemy - rzekł Brett.

Szli korytarzem "C" w stronę mesy, a Parker spoglądał z niesmakiem na brudne ściany.

- Chciałbym wiedzieć, dlaczego nikt z dowództwa nigdy tutaj nie schodzi. Zobaczyliby, w jakich warunkach tu harujemy.

- Bo nasz czas to ich czas. Tak na to patrzą. Dlatego dostają pełną działkę, a my tylko pół.

- Wiesz co, Brett? Coś mi tu mocno śmierdzi. - Ton, z jakim to wypowiedział, nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że Parkerowi chodzi o coś zupełnie innego niż o zapaszek bijący ze ścian korytarza "C"...

2


Nie można powiedzieć, żeby mesa grzeszyła wygodą, co to, to nie. Ale była na tyle duża, by pomieścić całą załogę. Ponieważ razem jadać mieli rzadko kiedy (automatyczny i jak zawsze doskonały kucharz starał się wyrobić w nich indywidualne upodobania kulinarne), nie zaprojektowano jej tak, by podczas posiłków wszyscy siedzieli jak w drogiej restauracji. Rozpychali się więc przy stole, potrącali, kopali i próbowali przy tym nie drażnić sąsiadów.

Parker i Brett byli w ponurym nastroju i wcale tego nie ukrywali. Pocieszali się tylko tym, że system napędowy Nostromo pracował bez zarzutu i tym, że powód, dla którego wyciągnięto ich z hibernatorów - jakikolwiek by nie był oznaczał kupę roboty dla kogoś innego, nie dla nich; Ripley zdążyła już ich wprowadzić w sytuację, więc wiedzieli, że do Ziemi jeszcze daleko.

Parker przypuszczał, że będą musieli znów włazić do hibernatorów, a ponieważ był to, najdelikatniej mówiąc, proces mało estetyczny i nader skomplikowany, klął pod nosem jak szewc; główny inżynier czuł wstręt do wszystkiego, co oddalało moment, kiedy poczuje w kieszeni upragnioną wypłatę.

- Kapitanie, to nie nasz system, to nie Sol - zaczął Kane, mówiąc w imieniu pozostałych. Pozostali wpatrywali się z wyczekiwaniem w Dallasa. - Jesteśmy daleko od domu, a mimo to komputery wyciągnęły nas z hibernatorów. Pora, byśmy dowiedzieli się dlaczego.

- Fakt, pora - zgodził się natychmiast Dallas. - Jak wiecie, Matka jest zaprogramowana tak, że może przerwać podróż i obudzić załogę, jeśli zaistnieją ku temu określone przyczyny. - Dla większego efektu zawiesił głos, po czym dodał: - Te przyczyny właśnie zaistniały.

- To musi być coś cholernie, ważnego - zauważyła Lambert, obserwując Jonesa, który trącał łapką jeden z mrugających wskaźników. - I dobrze o tym wiesz. Rozmrożenie całej załogi to niełatwi sprawa. W dodatku ryzykowna.

- Jezu, ależ ta baba pieprzy... - mruknął Parker tak cicho, że słyszał go tylko Brett.

- Z pewnością ucieszy was wiadomość - mówił Dallas - że powód, dla którego nas obudzono, nie ma związku z Nostromo. Matka twierdzi, że statek jest w idealnym stanie.

Ktoś wyszeptał z ulgą: "Amen", ktoś inny podziękował z głębi serca Bogu.

- Przyczyna alarmu leży gdzie indziej - kontynuował Dallas. - Chodzi mianowicie o układ słoneczny, w którego rejon trafiliśmy, a konkretnie o jedną z jego planet. - Zerknął na Asha. Ash potwierdził słowa kapitana skinieniem głowy. - Odebraliśmy stamtąd ciąg sygnałów. Sygnały są bardzo zniekształcone i skomplikowane, i komputer miał trudny orzech do zgryzienia. Rozgryzł go wreszcie i doszedł do wniosku, że jest to sygnał S.O.S.

- Bez sensu... - Wyglądało na to, że teraz Lambert ma trudny orzech do zgryzienia. - Ze wszystkich standardowych przekazów radiowych sygnały S.O.S są najmniej skomplikowane i najłatwiejsze do odcyfrowania. I Matka miała z tym kłopoty?

- Matka twierdzi, że sygnał, który odebraliśmy, odbiega od standardu. To po prostu wiązka impulsów akustycznych powtarzających się co dwanaście sekund. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że według komputera sygnału tego... nie nadał człowiek.

Obcy sygnał. Obcy sygnał ! [...]"


***

„W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku”.

Załoga transportowca „Nostromo” odbiera tajemniczy sygnał pochodzący z nieznanej planety. Po wylądowaniu na jej powierzchni odkrywają wrak statku kosmicznego obcej cywilizacji. Jeden z członków załogi zostaje zaatakowany przez nieznaną formę życia. Rozpoczyna się dramatyczna walka o życie.

Powstały w 1979 roku film „Obcy. 8 pasażer »Nostromo«”, w reżyserii Ridleya Scotta z Sigourney Weaver w roli głównej, to jeden kanonicznych tytułów kina science fiction. Przełomowy, wizjonerski, klaustrofobiczny, duszny i mroczy. Znakomicie zrealizowany obraz, arcydzieło gatunku. Po prostu klasyk. „Obcy” nie miał jednak swojego pierwowzoru literackiego, ale po ogromnym sukcesie filmu doczekał się literackiej adaptacji, której podjął się Alan Dean Foster. I mimo że książki z tego podgatunku nie pretendują zazwyczaj do miana arcydzieł, zdarza się, że ich lektura daje czytelnikowi dużą satysfakcję. A „Obcy” w wersji Fostera jest bez wątpienia udaną adaptacją. Autor utrzymał znane z filmu napięcie oraz klimat, wplótł w fabułę również wiele treści, których nie da się przenieść na język filmu – jak choćby refleksje głównych bohaterów. W książce znajdziemy też kilka scen znanych wyłącznie z reżyserskiej wersji filmu, oraz takie, które wypadły z niego podczas montażu lub w ogóle nie zostały zrealizowane, choć ujęte były w oryginalnym scenariuszu Dana O’Bannona.

Niniejsze wydanie „Obcego”, w nowym przekładzie Piotra W. Cholewy, uzupełnione jest o obszerne posłowie autorstwa Piotra Goćka, a także niezwykle klimatyczną oprawę graficzną, za którą odpowiedzialny jest Maciej Kamuda.






Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger