"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychology. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychology. Pokaż wszystkie posty
Traumaland Josh Silver

Traumaland Josh Silver

"Zapomniałem, co uczucia z nami robią. Ciągle się zastanawiam, czy nie było jednak lepiej, kiedy byłem otępiały. Ale teraz mam prawdę. W końcu wszystko jest prawdziwe. Tyle że nie jest takie, jakie miało być. 

Witaj w swoim najgorszym koszmarze."


Napiszę tak - jaka to była nuuuda... Przewidywalna, z naciąganą tajemnicą, przedłużaną i przewidywalną. Nastolatek z pokolenia Z z niby traumą i ADHD, ojej, ojej, jaka go szkoda...

Nuda jakich wiele.

Dopóki nie trafiamy z nim do TraumaLand.

"Mam 17 lat i pokazałem prawo jazdy brata, żeby dostać się do TraumaLand, bo chciałem poczuć, że żyję. Taki był sens i tego chciałem. W zeszłym roku miałem wypadek samochodowy, ale go nie pamiętam. Nie pamiętam dwóch miesięcy ze swojego życia i od tamtej pory mój mózg nie działa prawidłowo. Czułem się otępiały, pusty, aż do dziś."

I tu się zaczyna...

...zarąbiasty pomysł na granicy dziwacznie realistycznego Escape Room, mega podrasowanego. Akcja nagle przestaje być mamrocząca i nudna, chłopak nagle przestaje być przewidywalnie nieszczęśliwy, a wszystko w zawrotnym tempie zbliża się do rozwiązania pozbawionego naiwności i złudzeń.

Na bank trzeba przebrnąć ten bardzo zwykły początek na rzecz bardzo oryginalnego scenariuszu, który potem na nas czeka!

Polecam.

Coś innego.


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

WITAMY W TRAUMALAND! TWOJA HISTORIA ZACZNIE SIĘ ZA 3. . . 2. . . 1. . .

Eli przeżył groźny wypadek, po którym stracił pamięć i nie odczuwa żadnych emocji. Według jego terapeutki cierpi na Przytłaczającą Pustkę.
Zdesperowany, by znów doświadczać uczuć, trafia do TraumaLand — podziemnego klubu, gdzie tłumy emocjonalnie otępiałych imprezowiczów szukają mocnych wrażeń. Dzięki hiperrealistycznym symulacjom VR doświadczają koszmarów, które przydarzyły się innym ludziom. Kiedy Eli zanurza się w historię Jacka, zaczyna podejrzewać, że klub skrywa o wiele mroczniejszą — i bardziej niebezpieczną — prawdę...

TraumaLand to wstrząsająca wyprawa w głąb ludzkich lęków i pragnień — porwie Was jak sen, z którego trudno się wybudzić!


O umysłowym i moralnym niedorozwoju kobiety Paul Julius Möbius, Katinka von Rosen

O umysłowym i moralnym niedorozwoju kobiety Paul Julius Möbius, Katinka von Rosen

"Prezentujemy Państwu wydany w 1900 roku antyfeministyczny i antykobiecy klasyk. Książka bardzo niepoprawna politycznie! Autorzy uważają, że kobiety są wyraźnie głupsze, mniej twórcze i bardziej wredne od mężczyzn, że ich podstawową rolą jest rodzenie i wychowywanie dzieci, a podstawowym zainteresowaniem upiększanie się i plotkowanie. Wszystko to miałoby wynikać z faktu, że mózgi kobiet są mniejsze niż mózgi mężczyzn. Tekst jest arcyciekawym dokumentem epoki – uświadamia nam, jak bardzo na lepsze, zmienił się nasz świat w ciągu zaledwie kilku pokoleń."


ABSOLUTNY HICIOR MÓJ!

Boszszsz... Toż to skarbnica wiedzy jest! XD
Elementarz każdej baby!
Ileż ja się rzeczy dowiedziałam o sobie, o których NIE MIAŁAM ZIELONEGO POJĘCIA! 

Padałam przy kolejnych akapitach!

"Kłótliwość i gadatliwość były każdego czasu zaliczane słusznie do rysów kobiecego charakteru. Obracanie językiem daje kobiecie wiele zadowolenia, jest właściwym kobiecym sportem. Da się może to zrozumieć, obserwując zabawy zwierząt. Kotka goni za piłką i ćwiczy się w ten sposób w łowieniu myszy, kobieta ćwiczy swój język przez całe życie, aby być uzbrojoną w razie kłótni."

Nawet nie wiem, czy starczy miejsca tu na moją recenzję, wystarczą chyba same cytaty!

"...kobieta pod względem budowy ciała tworem pośrednim między dzieckiem a mężczyzną..."

"Bardzo wiele kobiecych właściwości ma swój związek z podobieństwem do zwierzęcia."

"Cały postęp pochodzi od mężczyzn. Dlatego kobieta ciąży mu niejednokrotnie wagą ołowiu; zapobiega ona niekiedy rozruchom i niepotrzebnym nowościom, ale równocześnie hamuje szlachetnego, gdyż nie umie odróżnić dobrego od złego i uzależnia po prostu wszystko od zwyczaju (...)"

"Dzieci i mąż są celem ich życia, poza rodziną nie interesują się niczem. Sprawiedliwość w abstrakcyjnem znaczeniu jest dla nich pustem pojęciem. Uważanie kobiet za niemoralne jest zgoła rzeczą niesłuszną, są one jednak pod względem moralnym jednostronne i upośledzone."

Chyba nawet nie wiedziałabym, co napisać...

Lektura przezabawna!
I przerażająca!

Możemy znaleźć tu szowinizm w czystej postaci, rasizm w czystej postaci, samouwielbienie męskiego gatunku w czystej postaci (choć w tym ostatnim przypadku niewiele się chyba zmieniło... XD).

Ale przede wszystkim znajdujemy tu kobiecy dekalog. Ułozony przez mężczyzn :)

Kobieta ma być:

- matką ("pod względem umysłowym należy kobiecie dostarczyć wszystkiego tego, co ułatwia powołanie matki, a usunąć wszystko to, co je utrudni"; "Gdyby dało się to uskutecznić, aby kobiece właściwości rozwijały się tuż obok męskich, wówczas zmarniałyby organa matki i mielibyśmy przed sobą jakąś wstrętną, nie przynoszącą pożytku istotę dwuplciową.")

- żoną („Z dziewczętami postąpiła natura w sposób, który w znaczeniu dramatycznem nazywa się teatralnością, obdarzając je na niewiele lat nadmiarem piękna, powabu, i pełnią kształtów, kosztem ich całego pozostałego życia, a to w tym celu, aby w owych latach mogły do tego stopnia zawładnąć wyobraźnia mężczyzny, iżby ten czul się zniewolony podjąć się w swej poczciwości troski o nie na cale życie pod jakąkolwiek formą”.),

- kochanką ("Zresztą kobieca przebiegłość zwija żagle, gdy spotka się przypadkowo z męską przebiegłością, która nie jest hamowana przez popęd płciowy. Przebiegłość bywa wspierana przez sztukę udawania. Do tej zaś zmusza kobietę jej rola, jaką odgrywa ona w popędzie płciowym i w jakiej instynktownie się ćwiczy, a udoskonalenie tej sztuki stanowi istotną część kobiecego wykształcenia.")

Koniec obowiązków.

Cudnie, prawda? XD
Dzieło ma trzy rozdziały:


O FIZJOLOGICZNYM NIEDOROZWOJU UMYSŁOWYM KOBIETY, autorstwa lekarza psychiatry, psychologa i neurologa, Dr Paula Juliusa Möbiusa.

O FIZJOLOGICZNYM NIEDOROZWOJU UMYSŁOWYM KOBIETY – ODPOWIEDŹ NA ZARZUTY, autorstwa tegoż samego lekarza.

O MORALNYM NIEDOROZWOJU KOBIETY, autorstwa Katinki von Rosen. "Niewiele o niej wiadomo. Przez pewien czas była wice przewodniczącą Stowarzyszenia Pisarek i Artystek „Ariadna.” Ta część jest swoistą babską odpowiedzią na wszystkie te niedorzeczności, zawarte w rozdziałach poprzednich. 

"Przypatrzmy .się teraz mężczyźnie. Niewykształcony może wskutek nałogu opilstwa stawać się brutalną bestją, żonę i dzieci na śmierć skatować: wykształcony może przez niewierność sprawić swej małżonce niedające się opisać cierpienie, może on być karciarzem, pijakiem, może robić długi, sam skończyć samobójczą śmiercią i rodzinę zostawić w nędzy."

Ale nie tylko :)

"Wiara, że zdolność do kochania jest wrodzona wszystkim kobietom i że one tylko w miłości żyją, jest czystym poetyckim urojeniem. Gdy wglądniemy nieco bliżej w życie duchowe kobiety, to nie trudno nam będzie zauważyć, że dusza ta, jeżeli ona w ogóle istnieje, często drzemie i że serce kobiety to jednak pusty worek mięśniowy, który reguluje czynnością życiową, ale z uczuciem miłości niema nic do czynienia. A to, co w życiu potocznym nazywamy miłością kobiety niewiele jest warte. To jednak do rozstrzygnięcia zostawiam mężczyznom. Co do mnie, to znajduję, że miłość jest często tylko dekoracją, pewnego rodzaju świątecznym strojem, który przywdziewa się z okazji uroczystości, aby pokryć nim swą goliznę. Miłość jest więc właściwością kobiety, wiele z nich nawet wyobraża sobie mylnie, że bez „niej”, mianowicie bez miłości nie potrafiłyby żyć. Zdaje mi się, że przeważnie obchodzą się całkiem dobrze bez miłości – wystarcza im zadowolenie popędu płciowego. Jednak popęd płciowy to nie miłość, jedno może się bez drugiego obejść, a tylko w tym wypadku, gdy oba te czynniki zachodzą razem, powinno się i można zanucić wzniosły hymn miłości!"

Któż to stworzył i w rezultacie jakiej zemsty???!!! XD

"Książka była męską odpowiedzią na ruchy feministyczne, które na przełomie XIX i XX wieku zaczynały odgrywać w Europie coraz większą rolę. Jej autor chciał się sprzeciwić narastającej emancypacji kobiet – ich chęci do kształcenia się na wyższych uczelniach, ich chęci do, generalnie rzecz biorąc, równouprawnienia z mężczyznami."
Króciutkie to to, warto zerknąć. Z różnych powodów. A przede wszystkim dlatego, aby cieszyć się z czasów, w których teraz żyjemy :)
"Ktoś powiedział, że od kobiety nie powinno się więcej wymagać, jak tylko, aby była „zdrowa i głupia”. Jest to trywialnie powiedziane, ale w tym paradoksie leży prawda. Nadmierna czynność mózgu nie tylko kobietę przeinacza, lecz również czyni ją chorą."
Na tym muszę zakończyć, choć z rozkoszą wrzuciłabym tu tą cudną całość!
POLECAM BARDZO czytać wspólnie do snu!


I złota rada autora, ku przestrodze wszystkich facetów:

"... strzeżcie kobietę przed intellektualizmem".

MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ CAŁOŚĆ
/NA WŁASNE RYZYKO:)/



***
Książka bardzo niepoprawna politycznie – do czytania tylko dla odważnych! Wydany w 1900 roku antyfeministyczny i antykobiecy klasyk. Autorzy uważają, że kobiety są wyraźnie głupsze i mniej twórcze niż mężczyźni, że ich podstawową rolą jest rodzenie i wychowywanie dzieci oraz służenie mężowi, a podstawowym zainteresowaniem upiększanie się i plotkowanie. Wszystko to miałoby wynikać z faktu, że mózgi kobiet są mniejsze niż mózgi mężczyzn. Tekst jest arcyciekawym, bogatym w wielorakie smaczki, dokumentem ówczesnej epoki.




AUTOR
↓


↓


Emma i ja Elizabeth Flock

Emma i ja Elizabeth Flock

"Powtarzam sobie, że nic mnie to nie obchodzi. I naprawdę mnie to nie obchodzi. Naprawdę. Nic a nic."

Uwaga! Tu nic nie jest tak oczywiste, jak się wydaje - czyli: ZASKÓRNIACZEK, który ma swoją kontynuację...

Jedna ze starszych propozycji, ale wznawiana niejednokrotnie.
I nie bez powodu.

Skrócik.

Carrie i Emma są siostrami. Trzymają się zawsze razem. Szczególnie teraz. Kiedy ich ojciec został brutalnie zamordowany. Matka popadła w depresję, z której nie ma wyjścia. Siostry polegają na sobie. Dbają o to, co zaniedbane. O dom. O siebie. Starsza Carrie ma większą wyobraźnię. Młodsza Emma jest bardziej odważna.

Jednak po burzy zawsze wychodzi słońce.

Matka wynurza się z odmętów depresji i zaczyna żyć. Ponownie wychodzi za mąż. Nie wie jednak, że weszła z deszczu pod rynnę.
Jej wybranek jest agresywnym alkoholikiem. Na tyle sprytnym, żeby ukryć swoje prawdziwe oblicze do czasu ślubu. Potem maska zostaje zdjęta bez żadnych skrupułów.
Dziewczynki ponownie trafiają do piekła, tym razem innego rodzaju...
Doprowadzone do ostateczności, postanawiają uciec. Jednak nie docierają daleko. Znajduje je wściekły ojczym. Kara jest dotkliwa, tym bardziej, że ze strony matki nie ma żadnej reakcji.
Nie pomaga przeprowadzka do innego, mniejszego miasteczka. Eskalacja zła w końcu wybucha...
Ujawnia się niezwykły talent ośmioletniej Carrie.

Czego możemy się spodziewać w tej opowieści?
Mroku.
Psychologicznego napięcia.
Ponurego i realnego studium postaci, widzianych oczami Carrie.
Cierpienia.
Nieoczywistości.
Zaskakującego twista.

Narracja bez zarzutu. Rewelacyjna atmosfera. Świat widziany oczami ośmioletniego dziecka z niewyobrażalną wyobraźnią i specyficznym talentem.

Polecam - jedna z lepszych, nie reklamowanych powieści!

MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!




***
"Nie da się zapomnieć świata widzianego oczami tej małej dziewczynki... Ośmioletnia Carrie Parker jest podobna do innych dziewczynek w jej wieku. Chodzi do szkoły, lubi się bawić, lubi też sobie pomarzyć o dalekich podróżach. Jednak nawet bogata wyobraźnia nie pozwala jej uciec od bezwzględnych realiów dnia codziennego. Niegdyś w jej domu panowały miłość, radość i spokój to wszystko się zmieniło po tragicznej śmierci ojca. Rządy objął teraz agresywny ojczym, z lubością pastwiący się nad rodziną. Carrie pragnie uchronić przed atakami Richarda młodszą siostrę, złotowłosą, łagodną Emmę. Wie, że na pomoc matki nie ma co liczyć. Dziewczynki łączy wspólny smutny los i nienawiść do ojczyma. Udręczone do granic wytrzymałości, nieświadomie prowokują serię wydarzeń, które prowadzą do nieuchronnej tragedii..."

Cykl: Emma i ja (część 1)







AMATORSKI FILMIK
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/




Dziecko Fiona Barton

Dziecko Fiona Barton

"Wydaje nam się, że wiemy, jak wyglądamy, a tu nagle z lustra patrzy na nas ktoś obcy. To bywa przerażające."

Podchodzę sceptycznie do tego rodzaju thrillerów, szczególnie ostatnio, bo ostatnio właśnie nic nie jest w stanie mnie na maxa zaskoczyć.

W tym przypadku też tak było.

Patrzę: gruba - jest ok, jest co czytać. To na plus.
Patrzę: krótkie rozdziały, co jest mega na plus, bo dzięki takiej konstrukcji powieść czyta się łatwo, lekko i błyskawicznie.
Patrzę: różne narratorki (i jeden narrator), co dla mnie jest na plus, bo bardzo lubię takie rozwiązania w narracji, chronią od nudy.
Czytam i czegoś tam się domyślam w pewnym wątku, ale 100% nie mam, więc to też jest na plus.
A już BARDZO NA PLUS jest fakt, że do samego końca nie bardzo wiedziałam, jaki będzie twist tej historii.
Jest zaskoczenie - jest zabawa!

Co na minus?
Pamiętam, że w trakcie czytania na coś zwróciłam uwagę, ale co to było..._ Już nie pamiętam... :)
Ach, już wiem + czytanie papierzaka, zamiast ebooka!
No i może dość wolno rozkręcająca się akcja, ale czy to minus...

Podczas burzenia starego budynku, robotnik odkrywa maleńki szkielet dziecka - noworodka.
Dla dziennikarki Kate Waters historia ta zasługuje na uwagę. Intryguje ją. Kim było dziecko, którego szkielet odnaleziono na placu budowy?

Kate odkrywa powiązania z przestępstwem, które wstrząsnęło miastem kilka dekad wcześniej: noworodek został skradziony z oddziału położniczego w miejscowym szpitalu i nigdy go nie znaleziono. Jego rodzice przez te wszystkie lata nie rezygnowali z poszukiwań i nadziei o odnalezieniu ciała...


Kate zaczyna bardziej drążyć całą sprawę. Wkrótce staje się strażnikiem nieoczekiwanych tajemnic trzech kobiet, które pomału wychodzą na światło dzienne w życiu trzech kobiet...


Generalnie polecam - opowieść spokojna, intrygująca i zaskakująca. Od razu nasuwa się ekranizacja - przynajmniej mi:)

MOJA OCENA: 7/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!

EMMA


Komputer mruga do mnie porozumiewawczo. Siadam przy biurku i dotykam klawiszy. Na ekranie pojawia się zdjęcie Paula. To z naszej podróży poślubnej do Rzymu, patrzy na mnie wzrokiem pełnym miłości z drugiej strony stolika na Campo de' Fiori. Próbuję odwzajemnić uśmiech, ale kiedy nachylam się w jego stronę, miga mi moje odbicie w monitorze. Zamieram. Nie znoszę widzieć samej siebie bez ostrzeżenia. Czasami nawet się nie rozpoznaję. Wydaje nam się, że wiemy, jak wyglądamy, a tu nagle z lustra patrzy na nas ktoś obcy. To bywa przerażające.
Dziś jednak uważnie przyglądam się twarzy nieznajomej. Brązowe włosy ściągnięte byle jak na czubku głowy w chaotyczny kok do pracy, skóra nietknięta makijażem, cienie i zmarszczki pełznące w stronę oczu niczym szczeliny w ścianach osiadającego budynku.
- Chryste, wyglądasz okropnie - mówię do kobiety odbitej w ekranie.
Ruchy jej warg mnie hipnotyzują, każę jej powiedzieć coś jeszcze. 
- No, Emmo, weź się wreszcie do roboty - mówi.
Uśmiecham się do niej blado, a ona odpowiada mi tym samym.
- Zachowujesz się jak wariatka - oznajmia moim własnym głosem, więc milknę.
"Bogu dzięki, że Paul mnie teraz nie widzi", myślę.

Tego wieczoru Paul wraca do domu zmęczony i trochę marudny po całym dniu z "tępymi" (cytuję) studentami i kolejnej kłótni z dziekanem wydziału o rozkład zajęć.
Może to kwestia wieku, ale ostatnimi czasy Paul bardzo ciężko znosi jakiekolwiek trudności w pracy. Podejrzewam, że zaczyna w siebie wątpić, z każdej strony spodziewa się ataku na swoje stanowisko. Kadra wydziału uniwersyteckiego to w gruncie rzeczy stado lwów. Horda samców stroszy grzywy, kopuluje z kim popadnie i próbuje utrzymać w łapskach resztki dominacji. Mówię dokładnie to, co potrzebuje teraz usłyszeć, i szykuję mu dżin z tonikiem.
Kiedy zdejmuję jego teczkę z kanapy, zauważam, że przyniósł do domu "Evening Standard". Pewnie wziął z metra.
Siadam i czytam gazetę, podczas dy on zmywa pod prysznicem trudy całego dnia. Nagle zauważam krótki tekst o dziecku.
"ZNALEZIONO CIAŁO NIEMOWLĘCIA" - głosi nagłówek. Tylko kilka linijek: na placu budowy w Woolwich wykopano szkielet małego dziecka, policja prowadzi śledztwo. Czytam raz, drugi, trzeci. Treść do mnie nie dociera, jakby artykuł napisano w obcym języku. 
Dobrze jednak wiem, czego dotyczy, i czuję, jak strach owija mnie ciasnym zwojem. Wyciska powietrze z płuc. Utrudnia oddychanie (...)


***

Pasjonujący thriller psychologiczny, który pokazuje, jak szokująca prawda może kryć się za gazetowymi nagłówkami…
Kiedy w wieczornej gazecie ukazuje się krótka informacja o tragedii sprzed lat –odnalezionym na placu budowy szkielecie noworodka, większość czytelników tylko przebiega po niej wzrokiem. Jednak trzy obce sobie kobiety nie mogą zignorować zamieszczonej treści.
Jednej z nich tekst przypomina o najgorszym wydarzeniu z życia.
Inna obawia się, że jej najpilniej skrywana tajemnica może zostać ujawniona.
Dla trzeciej zaś, dziennikarki, to pierwsza wskazówka w śledztwie prowadzącym do ujawnienia prawdy.
Historia dziecka musi zostać opowiedziana…







Po drugiej stronie jaźni Wulf Dorn

Po drugiej stronie jaźni Wulf Dorn

Czasami człowiekowi udaje się tak długo oszukiwać samego siebie, że w końcu zaczyna wierzyć we własne wymysły.

Intrygujący.

Niby thriller, niby horror, tak naprawdę nie wiadomo... na początku:-)

Minusem jest dość słaba narracja, z tych naiwnych, wiem, cały czas się o to czepiam, ale po takich pozycjach widać, jak ciężko napisać dobrą książkę... I choć pomysły są z założenia świetne, to jednak to dopiero początek i to ten łatwiejszy - potem już zazwyczaj jest "z górki na pazurki...

Psycholog kliniczny Ellen Roth zostaje wezwana do ciężko chorej kobiety, do szpitala psychiatrycznego. Kobieta jest przerażona i błaga o ochronę przed "mrocznym mężczyzną", mroczną postacią ze starej niemieckiej bajki. 
Ellen odwiedza ją przez dwa kolejne dni, ale kiedy wchodzi trzeciego dnia do pokoju kobiety, nie może jej nigdzie znaleźć. Na oddziale psychiatrycznym nie ma nikogo, kto wiedziałby o jej istnieniu. Ellen nie może uwierzyć, że kobieta zniknęła i że tylko ona ją widziała. 

To początek przerażającej gry w kotka i myszkę... 


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Prolog

Istnieją legendy na temat miejsc, które przyciągają Zło, miejsc, w których złe rzeczy zdarzają się nieustannie, jakby były one spragnione takich wydarzeń.
Właśnie do takich miejsc należały ruiny starej posiadłości Sallingerów. Hermann Talbach był o tym przekonany, podobnie jak wszyscy mieszkańcy w jego wiosce. Niektórzy twierdzili nawet, że każdy, kto się do nich zbliży, popada w szaleństwo. Jak Sallinger, który pewnej majowej nocy podpalił swój dom. On, jego żona i dwójka dzieci ponieśli śmierć w płomieniach.
Talbach nie był w stanie dotrzeć do ruin zbyt szybko. Idąc leśną drogą ze swoim sąsiadem Paulem, modlił się w myślach, żeby nie zjawił się tam za późno. Tym razem to od niego zależy, czy przeciwstawi się złu.
W niebieskim kombinezonie roboczym, z rękami pobrudzonymi olejem, Talbach minął szybkim krokiem porośnięte mchem pozostałości luku dawnej bramy. Już dawno skończył czterdzieści lat. Kiedyś był mechanikiem samochodowym, ale na skutek wypadku w warsztacie spowodowanego awarią podnośnika zaczął kuleć. Mimo to Paul ledwo mógł za nim nadążyć.
Być może powodem były także pentagramy. Ktoś namalował je kiedyś na stosach kamieni, aby odpędzić Zło. W miarę upływu lat wiele z nich wyblakło, ale mimo to nadal dało się je rozpoznać. Przypominały o ciemnych mocach rządzących tym miejscem. Zachowanie i wygląd Paula wskazywały, że oddziałują one także na kolejne pokolenie. Kiedy Stwórca rozdzielał między ludzi różne cechy, Paula obdarzył pracowitością i ufnością. Niestety, wszystko wskazywało na to, że akurat tego dnia skończyły mu się zapasy innych przymiotów: odwagi i sprytu.
Kiedy Talbach dotarł w końcu do miejsca, które dawniej pełniło funkcję wewnętrznego dziedzińca, obejrzał się na Paula. Ten podbiegł do niego zdyszany i otarł pot z czoła – pozostała na nim plama tłustego oleju.
– To musi być gdzieś tutaj – wysapał Talbach, rozglądając się wokół. – Słyszysz coś?
Paul pokręcił przecząco głową.
Obaj wsłuchiwali się w napięciu w cichy szum lasu. Z daleka dochodził świergot ptaków, pod ciężarem butów Talbacha trzasnął jakiś suchy patyk. Nad gałęziami jarzębiny zahuczał trzmiel, wszędzie brzęczały komary. Talbach prawie nie czuł, jak mali krwiopijcy wbijają swoje żądła w jego szyję i ramiona. Całkowicie skupił się na tym, aby pośród wszystkich tych dźwięków wychwycić jakiś ludzki odgłos, bez względu na to, jak słabo słyszalny.
Niestety, niczego nie usłyszał. Nad tym przeklętym miejscem zalegała przerażająca cisza, jak ciężki, mroczny całun. Mimo żaru lejącego się z nieba Talbach dostał gęsiej skórki.
– Tam! – zawołał Paul. Zrobił to tak nagle, że Talbach zadrżał.
Spojrzał w kierunku, który wskazywał Paul, i zauważył błyski na kawałku cynfolii, na którą padał promień słońca. Obaj mężczyźni podbiegli tam i zobaczyli zdeptaną trawę, odciski ludzkich stóp i kolejny błyszczący kawałek srebrnego papierka, leżący za porośniętym mchem pniem drzewa.
Talbach podniósł jeden ze skrawków. Nadal pachniał czekoladą, która wcześniej była w niego owinięta.
– Były tutaj, ale dokąd…
Talbach nie dokończył zdania, bo całą uwagę skupił na polanie. Miał nadzieję, że znajdzie na niej kolejne ślady. Przecież musiały tam być.
Potem zaczął badać wzrokiem gęstwinę otaczającą zarośnięty dziedziniec. Kiedy podszedł bliżej, ujrzał połamane gałęzie, a tuż za nimi rozrzucony stos kamieni.
– Jest tutaj!
Talbach ruszył w dół na tyle szybko, na ile pozwalały mu zarośnięte mchem i osłonięte listowiem dwa schodki. Paul szedł tuż za nim. Po chwili dotarli do dawnej spiżami. Talbach zobaczył otwarte dębowe drzwi z zardzewiałymi okuciami i wydał okrzyk zdziwienia.
Paul spojrzał na to miejsce w taki sam sposób, jak patrzy myśliwski pies, który zauważył zająca. Jednak Paul nie zobaczył zająca. Widok, który ujrzał, sprawił, że śmiertelnie zbladł.
– Co, do diabła… – zaczął Talbach, ale więcej słów nie był w stanie z siebie wydobyć.
Obaj mężczyźni z przerażeniem spoglądali na plamę na lewej ścianie niewielkiego pomieszczenia.
Krew nie zdążyła jeszcze zaschnąć. W blasku promieni popołudniowego słońca wpadających do piwniczki lśniła na kamieniach jak plama ciemnoczerwonego oleju.

Rozdział 1

Witamy w zakładzie opieki zdrowotnej
Leśna Klinika
Specjalizacja:
psychiatria, psychoterapia, psychosomatyka

Na rozległym terenie wokół kliniki obowiązywało ograniczenie do dwudziestu kilometrów na godzinę. Prędkościomierz w samochodzie doktor Ellen Roth wskazywał szybkość o trzydzieści kilometrów większą.
Ellen jechała w stronę budynku, w którym mieścił się Oddział IX. Po raz setny tego ranka spojrzała na zegarek, jakby miała nadzieję, że drobne cyferki wskażą wcześniejszą godzinę. Niestety, bezlitośnie potwierdzały, że jest już spóźniona o ponad pół godziny.
Znowu zaklęła na wspomnienie rozkopanych remontowanych dróg. Ciągnęły się od lotniska w Stuttgarcie aż po zjazd z autostrady w kierunku miejscowości Fahlenberg. Z powodu robót wszelkie wyliczenia czasu okazały się całkowicie nierealne. Po drodze Ellen co chwilę stała w korku, a kiedy już się z niego wydostała i ruszyła z dużą prędkością, modliła się, aby nie złapał jej jakiś radar.
Gdyby w tej chwili był z nią Chris, na pewno by stwierdził, że złość w niczym jej nie pomoże. „Jeśli ktoś się spóźnia, to i tak jest spóźniony. Kilka minut więcej nic nie zmienia”. Właśnie tak by powiedział.
Chris był jej przyjacielem i kolegą z pracy. W tym momencie znajdował się w samolocie na wysokości dziesięciu tysięcy metrów nad ziemią. Ellen już teraz czuła, że jej go brakuje.
Tego ranka Chris nie był skory do żartów. Przeciwnie: to, co jej powiedział, zabrzmiało niezwykle poważnie. Prawie ją zmusił, żeby dotrzymała obietnicy. Na samą myśl o tym poczuła się nieswojo. Co będzie, jeśli go zawiedzie i rozczaruje? Wolała o tym nie myśleć.
Kiedy zahamowała na parkingu, żwir aż prysnął spod kół. Wyłączyła silnik i głęboko odetchnęła. Serce waliło jej tak mocno, jakby te sześćdziesiąt kilometrów od lotniska pokonała biegiem, a nie samochodem.
– Tylko spokojnie. Spóźniłaś się i nie da się tego zmienić – mruknęła, przeglądając się szybko we wstecznym lusterku.
Przez chwilę zdawało jej się, że ujrzała w nim jakąś znacznie starszą od siebie kobietę. Pod brązowymi oczami zrobiły jej się worki, a ciemne, krótko obcięte włosy, które nadawały jej uroczy wygląd, w półcieniu panującym wewnątrz samochodu wydawały się prawie szare.
Ellen westchnęła.
– Wyrzuć dowód osobisty i rób tak dalej – powiedziała do odbicia w lustrze. – Wtedy już w wieku dwudziestu dziewięciu lat będziesz mogła się starać o rentę.
Musi się mniej stresować i więcej czasu przeznaczać na sen.
Wysiadła z samochodu, trzasnęła drzwiami i nagle uświadomiła sobie, że zostawiła kluczyk w stacyjce. Szybko wróciła do wozu i wyjęła kluczyk. W tym samym momencie odezwał się jej pager. To już drugi raz od chwili, gdy znalazła się w strefie zasięgu.
– Wiem! – powiedziała i wyłączyła go.
Kiedy biegła w stronę Oddziału IX, pager znowu się odezwał. Ellen strasznie znienawidziła w tym momencie ten okropny plastikowy przedmiot. Był niewiele większy od pudełka zapałek i działał jej na nerwy. Na przykład odzywał się w niezwykłych miejscach – podczas przerwy na lunch w stołówce albo „w miejscu, do którego nawet dyrektor kliniki chodzi piechotą”. Tak to określał Chris.
W poniedziałkowe przedpołudnie ten mały potworek przypomniał jej, że pierwszy raz w życiu spóźniła się na dyżur. „His Master’s Voice” – to kolejne określenie z niewyczerpanego repertuaru Chrisa – włączył się po raz trzeci w ciągu ostatnich dwóch minut i wyemitował ten denerwujący dźwięk nie pozwalający jej wątpić, że ktoś z niecierpliwością na nią czeka. Miała nadzieję, że nie zdarzyło się to, czego obawiał się Chris (...)

***

Mroczny thriller psychologiczny, który z hipnotyczną siłą wciąga czytelnika w czeluście ludzkiej psychiki. Autor wie, jak wziąć czytelnika za mokrą od potu dłoń i uprowadzić w otchłań duszy.

Doktor Ellen Roth jest cenionym psychiatrą. Od kilku lat pracuje w znanej Leśnej Klinice. Do szpitala trafia pewnego dnia zaniedbana, brudna kobieta z widocznymi śladami maltretowania. Jest śmiertelnie przerażona i cały czas mówi o Czarnym Ludzie, który ją ponoć prześladuje. Boi się, że oprawca ją w końcu dopadnie i błaga Ellen o pomoc. 
Ich rozmowę przerywa zamieszanie na korytarzu. Jeden z pacjentów próbuje popełnić samobójstwo. Kiedy lekarce udaje się opanować sytuację i wraca, by dokończyć rozmowę z przestraszoną kobietą, okazuje się, że ta zniknęła. Ellen zaczyna jej szukać: rozpytuje personel, sprawdza karty pacjentów. Niestety, nikt nie wie o jej istnieniu, nikt nie zna jej nazwiska, w papierach nie ma o takiej pacjentce wzmianki...







Pod czujnym okiem Chevy Stevens

Pod czujnym okiem Chevy Stevens

Świetna lektura, cały czas odczuwany niepokój, gdzieś z tyłu głowy, narracja taka, jaką lubię, wspomnienia i teraźniejszość, no i psychol najgorszy z najgorszych - nierozpoznawalny... 

Polecam!!

MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Heather Simeon, leżała skulona na łóżku w szpitalnej izolatce, szczelnie przykryta cienkim niebieskim kocem, na którego tle odcinały się białe bandaże na jej nadgarstkach. Twarzy prawie nie było widać pod blond włosami. Mimo to odnosiło się wrażenie, że ma szlachetne rysy, coś przykuwało wzrok w gładkości jej policzków, ledwie widocznych przez woal włosów, w pięknie ukształtowanych brwiach, patrycjuszowskim nosie, lekko zaznaczonych bladych wargach. Raziły tylko jej ręce, poobcierane i zakrwawione knykcie, wyszczerbione, nierówne paznokcie. Nie były poobgryzane, lecz połamane. 

Jak i ona.

Zapoznałam się już z jej kartą chorobową i rozmawiałam z dyżurnym psychiatrą, który przyjmował ją na oddział poprzedniego wieczoru, wreszcie pogadałam z pielęgniarkami, w większości od lat pracującymi na oddziale intensywnej opieki psychiatrycznej i będącymi dla mnie najlepszym źródłem informacji. W czasie porannych obchodów mogłam poświęcić pacjentom kwadrans, najwyżej godzinę, bo przez resztę dnia pracowałam w swoim gabinecie w poradni zdrowia psychicznego, gdzie zajmowałam się pacjentami spoza szpitala. Dlatego na pierwsze spotkanie z chorym lubiłam przychodzić z pielęgniarką, abyśmy obie realizowały ten sam plan opieki. 
Teraz była ze mną Michelle, nadzwyczaj pogodna dziewczyna z szerokim uśmiechem i kręconymi blond włosami.

Kiedy mąż Heather poprzedniego wieczoru wrócił do domu, zastał ją leżącą na podłodze z kuchennym nożem przy dłoni. Po przewiezieniu do szpitala ożywiła się niespodziewanie, zaczęła płakać i stawiać opór pielęgniarkom. Lekarz dyżurny nakazał badanie krwi na obecność narkotyków, lecz analizy niczego nie wykazały, toteż polecił ją umieścić w izolatce i podać lorafen. Obserwowano ją ściśle na monitorze, a siostra dyżurna zaglądała do niej co piętnaście minut.

Kobieta przespała całą noc.

Zapukałam lekko we framugę drzwi. Heather obróciła się, otworzyła oczy i kilka razy zamrugała. Podeszłam bliżej łóżka. Wbiła we mnie wzrok, oblizała wargi, suche i spierzchnięte, z trudem przełknęła ślinę. Rozchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale rozległo się tylko długie, głośne westchnienie. Oczy miała ciemnoniebieskie.
– Dzień dobry, Heather – powiedziałam miękko. – Jestem doktor Lavoie, konsultantka psychiatrii.
Kiedy prowadziłam prywatną praktykę w głębi wyspy, pacjenci zwracali się do mnie po imieniu, Nadine. Ale od przeprowadzki do Victorii i rozpoczęcia pracy w szpitalu zaczęłam się posługiwać swoim tytułem, by zachować większy dystans emocjonalny – co zresztą było jednym z głównych powodów zmiany pracy.
– Podać ci trochę wody?
Wpatrywała się w dal ponad moim ramieniem z tępym wyrazem twarzy, bez cienia smutku czy złości. Fizycznie była obecna, ale emocjonalnie już się wyłączyła.
– Chciałabym z tobą trochę porozmawiać, jeśli nie masz nic przeciwko temu. Tylko zerknęła na mnie i z powrotem przeniosła wzrok na Michelle, po czym szczelniej opatuliła się niebieskim kocem.
– Co... ona tu robi? – zapytała szeptem.
– Michelle? Jest pielęgniarką.

Lekarze z oddziału psychiatrycznego zwykle chodzą w strojach sportowych, więc i pielęgniarki ubierają się swobodniej. Michelle miała skłonności do nietypowych kreacji, tego dnia włożyła krzykliwą pasiastą bluzkę i elastyczne ciemne dżinsy. Gdyby nie plakietka identyfikacyjna zawieszona na szyi, trudno byłoby ją wziąć za pielęgniarkę.
Heather pod każdym względem prezentowała postawę defensywną, leżała pod kocem z kolanami podciągniętymi do brzucha i nerwowo zerkała to na mnie, to na Michelle, niczym zwierzę schwytane w pułapkę. Pielęgniarka cofnęła się do drzwi, ale w niczym nie zmieniło to zachowania pacjentki. Niektórzy tak reagują, jakby w obecności dwóch osób czuli się już osaczeni.
– Poczujesz się lepiej, kiedy zostaniemy tylko we dwie? – zapytałam.
Ledwie zauważalnie skinęła głową, przygryzając skraj bandaża. Po raz kolejny odniosłam wrażenie, że mam przed sobą przerażone dzikie zwierzątko szukające panicznie drogi ucieczki. Spojrzałam na Michelle, dając jej w ten sposób znać, żeby wyszła.
Uśmiechnęła się do Heather.
– Zajrzę do ciebie później, skarbie. Sprawdzę, czy niczego nie potrzebujesz.
Bardzo mi się podobał ten jej ciepły stosunek do pacjentów, na który już wcześniej zwróciłam uwagę. Często siadała przy łóżku i rozmawiała z nimi, nawet jeśli miała przerwę.
Kiedy zamknęła za sobą drzwi, odwróciłam się z powrotem do Heather.
– Możesz mi powiedzieć, ile masz lat?
Rozejrzała się pospiesznie, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę, gdzie się znajduje, po czym wycedziła powoli:
– Trzydzieści pięć.
Popatrzyłam na szpitalną izolatkę jej oczyma i zrobiło mi się smutno. Małe okienko w plastikowej ramie w ciężkich żelaznych drzwiach, a okno zabezpieczone płytą z pleksiglasu, bardzo zniszczoną, jakby ktoś próbował wydrapać sobie przez nią przejście, co zresztą było prawdą.
– A nazywasz się...?
– Heather Duncan. – Szybko pokręciła głową, jakby przyłapała się na kłamstwie, ale ten ruch był wyraźnie spóźniony. – Simeon. Teraz nazywam się Simeon.
Uśmiechnęłam się.
– Czy wyszłaś ostatnio za mąż?
– Tak. – Nie „no” albo „aha”, tylko „tak”. Była dobrze wykształcona, miała nawyk wypowiadania się w sposób kulturalny i klarowny. Wbiła spojrzenie w żelazne drzwi sali. – Daniel... On jest tutaj?
– Jest, ale najpierw chciałabym porozmawiać z tobą na osobności. Od jak dawna jesteście z Danielem małżeństwem?
– Od pół roku.
– W jaki sposób zarabiasz na życie, Heather?
– Na razie nie mam stałego zajęcia, wcześniej pracowałam w sklepie. Zajmujemy się ziemią.
Uderzyło mnie to przejście do czasu teraźniejszego i liczby mnogiej.
– A więc jesteście architektami krajobrazu?
– Naszym zadaniem jest troska i opieka nad ziemią.
Coś zakłuło mnie w dołku na brzmienie tego zdania. Wydawało mi się znajome, zresztą pacjentka wymówiła je tak, jakby recytowała formułkę, którą słyszała wiele razy. Powtarzała ją tylko, nie mówiła od siebie.
– Słyszałam, że miałaś złą noc – rzekłam. – Nie zechciałabyś mi powiedzieć, co się stało?
– Nie chcę tu być.
– Znalazłaś się w szpitalu, ponieważ twoje czyny zostały uznane za sprzeczne z przepisami ustawy o zdrowiu psychicznym. Próbowałaś zrobić sobie krzywdę, a nie chcemy, aby to się powtórzyło, dlatego zamierzamy ci pomóc, abyś poczuła się lepiej.

Uniosła się na łokciu i usiadła. Uderzyło mnie przy tym, jak chude ma ramiona. Kiedy oparła rękę o materac, pod skórą wystąpiły jej żyły, a mięśnie zadygotały, jakby zmusiła je do ekstremalnego wysiłku.
– Chciałam tylko to wszystko powstrzymać. – Łzy napłynęły jej do oczu, pociekły po policzkach, zaczęły skapywać z nosa. Kiedy jedna spadła na jej przedramię, popatrzyła na nią takim wzrokiem, jakby nie miała pojęcia, skąd się tam wzięła.
– Co chciałaś powstrzymać?

***

Zdobywczyni międzynarodowej nagrody dla twórców thrillerów za najlepszy debiut powraca powieścią o kobiecie, która pomaga ludziom uwolnić się od demonów, nie potrafiąc uporać się z własną, mroczną przeszłością.

Doktor Nadine Lavoie, pracująca na zamkniętym oddziale szpitala psychiatrycznego, leczy pacjentów z rozbitych rodzin. Jednak unika analizowania własnej przeszłości. Wystarczy, że musi stawić czoło powracającej klaustrofobii oraz świadomości, że jej córka, Lisa, uciekła z domu i od siedmiu lat żyje na ulicy. Kiedy na oddział trafia niedoszła samobójczyni Heather, pani doktor, słuchając opowieści chorej, zauważa niepokojące zbieżności ze swoim życiem. Co spotkało Nadine? I jaką rolę w jej traumatycznych doświadczeniach odegrał niejaki Aaron Quinn? Nadine niespodziewanie uzmysławia sobie, że niebezpieczeństwo czai się dużo bliżej, niż mogła to sobie wyobrazić.







Szklany klosz Sylvia Plath

Szklany klosz Sylvia Plath

Dla człowieka siedzącego pod szklanym kloszem, znieczulonego na wszystko, zatrzymanego w rozwoju jak embrion w spirytusie, całe życie jest jednym wielkim, złym snem.


Ta powieść tak długo się rozkręcała, że aż mnie znużyła. Nie dostałam tego, czego się spodziewałam: była tylko ciężkawa narracja i nudne wewnętrzne snucia...
Zawód i rozczarowanie...


MOJA OCENA: 4/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Rozdział 1

Upalne to było lato, dziwne lato, w którym stracono Rosenbergów, a ja siedziałam w Nowym Jorku i nie bardzo wiedziałam, po co i dlaczego. Głupio mi się robi na myśl o karze śmierci. Sama wzmianka o tym, że można uśmiercić człowieka za pomocą prądu, przyprawia mnie o mdłości, a w gazetach o niczym innym nie pisali – wielkie nagłówki wybałuszały na mnie oczy z każdego rogu ulicy, ze zjazdów do kolejki podziemnej, ziejących zapachem palonych fistaszków i gazu ziemnego. 
Nie miałam powodu utożsamiać się z Rosenbergami, ale mimo woli wciąż wyobrażałam sobie, jak to jest, kiedy kogoś smaży się żywcem prądem, puszczonym po wszystkich nerwach.
Byłam pewna, że jest to najstraszliwsza tortura, jaką można zadać człowiekowi. 
Sam Nowy Jork był wystarczająco ohydny. 
O dziewiątej rano nie było już śladu po niby to wiejskim powietrzu, co nie wiadomo jakim sposobem wkradało się nocą do miasta. Rozwiewało się, znikało z pamięci niczym słodki sen. Na dnie granitowych kanionów rozpalone ulice dygotały w słonecznym pyle. Dachy samochodów skrzyły się i skwierczały, suchy, piekący kurz zapylał oczy, drażnił krtań.
W biurze i w radiu mówiono nieustannie o sprawie Rosenbergów, tak że nie można się było od nich ani na chwilę odczepić. Czułam się więc tak jak wtedy, kiedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłam ludzkie zwłoki. Później przez wiele tygodni głowa tego truposza – a raczej resztki jego głowy – wyzierała nagle w czasie śniadania spoza jaj na bekonie, wyłaniała się zza sylwetki Buddy'ego Willarda – który był przede wszystkim odpowiedzialny za to, że tego trupa obejrzałam – i po pewnym czasie poczułam się tak, jak gdybym ciągnęła za sobą tę straszną głowę na sznurku, jak czarny, beznosy śmierdzący octem balon na uwięzi.
Tego lata byłam pewna, że dzieje się ze mną coś niedobrego, bo jedyna rzecz, jaka trzymała się mojej mózgownicy, to ci Rosenbergowie i jeszcze to, jaka jestem głupia, że zakupiłam masę kosztownych, niewygodnych sukien, wiszących teraz w szafie jak śnięte ryby, i jeszcze, że wszystkie te moje małe sukcesy w college'u rozprysły się w zetknięciu z zimnym marmurem i szkłem fasad drapaczy na Madison Avenue niczym bąbelki szampana.
A nazywało się, że przeżywam najlepszy okres swojego życia.
Nazywało się, że jestem obiektem zazdrości tysięcy absolwentek college'u jak Ameryka długa i szeroka, bo one tylko marzą o tym, żeby kuśtykać po brukach nowojorskich w czarnych lakierkach na zbyt wysokich obcasach numer trzydzieści siedem, zakupionych u Bloomingdale'a w czasie przerwy obiadowej wraz z paskiem z takiej samej czarnej lakierowanej skóry i czarną lakierowaną torebką, żeby była całość. 
A kiedy, na dodatek, w piśmie, w którym cała nasza dwunastka pracowała tego lata, ukazała się moja fotografia – ja z koktajlem w ręku, wciśnięta w przyciasną bluzkę z imitacji srebrnej lamy, wpuszczoną w namarszczoną spódniczkę z białego tiulu, otoczona grupą wspaniale zbudowanych młodych, anonimowych Amerykanów, specjalnie, rzecz prosta, na okazję tę wynajętych – było dla wszystkich oczywiste, że bawię się na sto dwa.
To może się zdarzyć tylko w naszym kraju, mówiono.
Bo popatrzcie. 
Oto dziewczyna, która dziewiętnaście lat życia spędza na zabitej deskami prowincji, tak biedna, że nie może sobie nawet pozwolić na zaabonowanie magazynu, dostaje stypendium, studiuje w pierwszorzędnym college'u, otrzymuje jedną nagrodę, potem drugą i wreszcie wysyłają ją do Nowego Jorku, gdzie zaczyna sterować tym miastem jak własnym samochodem.
Tylko że ja nie sterowałam ani tym miastem, ani w ogóle niczym, nawet własnym losem. Po prostu telepałam się z hotelu do redakcji, z redakcji na przyjęcie, z przyjęcia do hotelu, z hotelu do pracy jak bezwolny trolejbus. Powinnam się była chyba cieszyć tym wszystkim i przejmować jak inne dziewczyny, ale jakoś nie umiałam wykrzesać z siebie żadnej reakcji. Było mi obojętnie i bardzo pusto – tak musi być w oku cyklonu.
Absolutna cisza w samym środku szalejącego żywiołu (...)

***

Jedna z kultowych i najczęściej cenzurowanych książek XX w., żelazna pozycja literatury feministycznej, niezaprzeczalny evergreen dla kolejnych generacji wchodzących dorosłość. Szklany klosz jest uważany przez czytelników na całym świecie za ostatni akord w tragicznej biografii Sylvii Plath – miesiąc po premierze książki autorka popełniła samobójstwo.

Główna bohaterka, dziewiętnastoletnia Esther Greenwood z Bostonu, zostaje nagrodzona przez poczytny magazyn miesięcznym pobytem w Nowym Jorku. Jej zadaniem jest staż w redakcji, poza tym ma poznawać miasto, brać udział w wydarzeniach kulturalnych i spędzać miło czas. Jednak neurotyczny temperament Esther sprawia, że konfrontacja jej aspiracji i marzeń z rzeczywistością prowadzi do dramatycznego finału.

 







Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger