"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty
Quicksilver Dean Koontz

Quicksilver Dean Koontz

"U celu podróży czekało na mnie życie pełne przygód, skąpane zarówno w ciemności, jak i w świetle, często wstrząsane strachem, ale o promienione też wielką radością, pełne tajemnic i objawień /.../"


Stary nowy Koontz w starym dobrym stylu. Jeśli się pamięta stare dobre powieści autora właśnie, to nie będzie rozczarowania.

Jest lekko, przyjemnie, tajemniczo, kosmicznie, ale w komiksowo-filmowy sposób.

Troszke tak, jakby sie oglądało Gremlinsy, troszkę Inwazji porywaczy ciał, panów w ciemnych garniturach i duuużo szaraków 👽

Obca rasa kontra magnetyzm, kosmiczne moce i strażnicy, którzy stregą świat przed złem, które dopiero nadchodzi.

I "tym razem będzie to zło większe niż kiedykolwiek wcześniej."

Było lekko, przyjemnie, wcale nie strasznie, ale grozowo i nastrojowo, tak z lat 80-tych, czyli czadzik.


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU



***

JEGO POCHODZENIE JEST ZAGADKĄ. JEGO PRZEZNACZENIE – BUDZI GROZĘ. Autor bestsellerów i mistrz suspensu Dean Koontz zabiera czytelników w pełną niespodzianek, ekscytującą podróż w towarzystwie niezwykłego bohatera, który ściga swoją tajemniczą przeszłość. „Gniew zawsze musi być tarczą, nigdy bronią. Miłość jest jedynym drewnianym kołkiem, który trafia prosto w serce zła”.


Samarytanin film 2022

Samarytanin film 2022

Zawsze miło jest pooglądać sobie Sywestra w jakiejkolwiek akcji...

I zdecydowanie miło też było sobie popatrzeć na Cyrusa ;-)

W sumie to bardzo przyjemne familijne soft superhero. 

Ciutkę ciutkę gdzieś tam zapachniało na momencik motywem z Sędziego Dredd'a...

Mnie kupiło, ale nie przekupiło.


MOJA OCENA: 6+/10


ZOBACZ TRAILER

TU

***

Trzynastoletni Sam Cleary (Javon "Wanna" Walton) podejrzewa, że ​​jego tajemniczy i samotny sąsiad, pan Smith (Sylvester Stallone) jest w rzeczywistości legendarnym bohaterem, Samarytaninem, którego śmierć ogłoszono 25 lat wcześniej. Rosnąca przestępczość i powiększający się kryzys skłaniają Sama do wydobycia swojego sąsiada z ukrycia, aby ocalić miasto przed zniszczeniem.



JEŹDŹCY SPRAWIEDLIWOŚCI (Retfærdighedens ryttere) film

JEŹDŹCY SPRAWIEDLIWOŚCI (Retfærdighedens ryttere) film

No że tak napiszę - tego się nie da odzobaczyć i odsłuchać ;-)

Przerewelacyjny film, słodko - gorzki, dramatycznie - zabawny, ciarkowo- lajtowy. 

Wszystko w jednym, z fantastyczną rolą Mikkelsena jako badassa (niektóre sceny są serio z dużym efektem WOW!) , ale jeszcze bardziej fantastyczną kreacją Larsa Brygmann'a (Lennarta)!!!

Świetny temat teorii prawdopodobieństwa, dramatu rodzinnego, przyjaźni (?) oraz komedii pomyłek.

Fanom nieoczywistego humoru i jeszcze mniej oczywistych wrażeń.


MOJA OCENA: 8/10

ZOBACZ TRAILER

TU 

***

Markus wraca z misji wojskowej, by zająć się córką Mathilde, po tym, jak jego żona ginie w katastrofie kolejowej. Wszystko wskazuje na zwykły wypadek, do czasu... kiedy do jego drzwi puka Otto – ocalały z wypadku matematyk.

Dżuma w Nowym Jorku - Cravens Gwyneth, Marr John S

Dżuma w Nowym Jorku - Cravens Gwyneth, Marr John S

"Dżuma była jedną z największych klęsk, jakich ludzkość kiedykolwiek doznała. W historii wielokrotnie zabijała miliony ludzi, niszcząc miasta a nawet niwecząc państwa. Czy dziś, w cywilizowanym świecie, mogłaby się zdarzyć taka "średnio-wieczna" klęska ? A jeśli tak, jak mogłaby ona wyglądać ?Realistycznym odtworzeniem takiego wyimaginowanego kataklizmu jest właśnie powieść Dżuma w Nowym Jorku, napisana przez znaną amerykańską dziennikarkę Gwyneth Cravens oraz Johna S. Marra, lekarza epidemiologa, dyrektora Biura Medycyny Prewencyjnej miasta Nowy Jork.Z medycznego punktu widzenia leczenie dżumy nie przedstawia dziś właściwie żadnych trudności. Natomiast mechanizmy epidemii - czego dowiodła np. historia głośnej gorączki Lassa - wymykają się często kontroli. Na dodatek, jak uchwycić i na czas zneutralizować epidemię w tak gigantycznym skupisku ludzkim jak Nowy Jork, przeżywający dodatkową klęskę w postaci strajku śmieciarzy?"

Powieść o wybuchu epidemii dżumy w Nowym Jorku. 
O jej szybkości rozprzestrzeniania się. 
O jej sile. 
O zagładzie. 
O zwycięstwie. 
O bezsilności.

Bardzo dobrze napisana, z narastającym napięciem i poczuciem zagrożenia. 
Cała akcja powieści rozgrywa się w ciągu jednego tygodnia.

MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

DZIEŃ PIERWSZY

Sobota, 2 września

- Witaj w Nowym Jorku! Czy mogę pani pomóc założyć plecak - szepnął mężczyzna. - Podróż chyba nie była dobra. Potrzebuje pani pomocy, to widać.
Dziewczyna potrząsnęła przecząco głową, próbując wtopić się w tłum, ale był tak gęsty w korytarzu Port Authority Bus Terminal, że blokował ją zewsząd.
- Kochana, ja jestem dobrym psychologiem - ciągnął dalej mężczyzna.
- Zgaduję, że uciekłaś z domu. Me przejmuj się, nikogo nie zawiadomię. Założę się, że jesteś z Minnesoty, no nie? Wyglądasz na milutką dziewczynkę z Minnesoty. - Przysunął swoją długą czarną twarz do jej twarzy. Pachniał wodą kolońską i kosmetykami. Miał mieniące się zielone ubranie i takiż kapelusz z szerokim rondem. - Chcesz, żeby Flash pożyczył ci trochę pieniędzy? Flash może ci pomóc ... Wiesz, pomogłem nie-jednej zagubionej owieczce odnaleźć właściwą drogę...
Dziewczyna, która miała okrągłą, pokrytą piegami, twarz i półdługie brunatne włosy, poprawiła pasy ciężkiego plecaka i przerażona rozejrzała się wkoło. Była blada i spocona. Nagle w jej piersiach wybuchł atak kaszlu, najpierw jeden, potem drugi. Kaszlała bez przerwy. Nie mogła się uspokoić. Mężczyzna odsunął się i otrzepał oplute klapy ubrania.
- Mała żmijo! - zawołał. - Cóż ty próbujesz mi zrobić?
Znalazła jakąś szczerbę w tłumie i biegiem ruszyła po schodach do wyjścia, choć ciężki plecak uwierał ją w ramiona i szyję. Wskoczyła de pustej taksówki i kaszląc, opadła na tylne siedzenie.
- Róg 83 i Piątej Alei! - zawołała ochryple przez szybę oddzielającą kierowcę.
Gdy taksówka opuszczała cień końcowego przystanku, słońce późnego popołudnia rzuciło jej promień, pod którym zadrżała. Cóż za okropny powrót da domu — pomyślała. Odbyła właśnie swoją pierwszą w życiu samodzielną podróż. Chciała wrócić wcześniej, żeby spędzić kilka dni samotnie, oczekując powrotu rodziców z Europy. Jim może już wrócił z Przylądka. Ale na razie miała tylko jedno pragnienie - położyć się do łóżka. Czuła się mała, opuszczona, chora.
Miasto, w którym spędziła większą część życia, wydało jej się dziwne i zgniłe. Góry czarnych plastikowych, niezwiązanych worków ze śmieciami, odpadki wysypujące się z pojemników na rogach ulic napełniały powietrze zapachem rozgrzanej zgnilizny. Chodniki zdawały się zaludnione złowrogimi i podejrzanymi kreaturami, sutenerami, dusicielami, sadystami. Nawet taksówkarz, mógł ją zaatakować; cieszyła się, że rozdziela ich płyta z pleksiglasu.
Gdy wjechali do Central Parku poczuła się trochę lepiej. Wytarła nos, przetarła ręce i oparła policzek o zimną szybę.
Tak, będzie miała katar; pulsowało jej w skroniach, bolały mięśnie szyi, miała podrażnione gardło i odczuwała znajome strzykanie w kościach. Przykra historia, a zdarzyła się w obwili, kiedy po raz pierwszy od trzech miesięcy miała zobaczyć się z Jimem! Czy on już wrócił?
Gdy taksówka zatrzymała się przed jej domem, odczuła bolesne napięcie skóry. Jakaś nieznana postać, ktoś, kogo nie poznawała, pomógł Jej wysiąść z taksówki. Wspomnienie mężczyzny z końcowego przystanku było jeszcze żywe, więc odsunęła się teraz od innego osobnika o ciemnej skórze, który chciał odnieść jej plecak.
Ale ten był życzliwy, mówiąc coś do niej i miał na sobie szary uniform. Jak inni portierzy i dozorcy, których znała. Tłumiąc napad kaszlu, zostawiła plecak i ruszyła za nim do windy.
Mieszkanie było ciemne i duszne. Zrzuciła plecak w przedpokoju i przebiegła długi korytarz prowadzący do jej pokoju. Też był ciemny i niedowietrzony. Po pustym, słonecznym i bielonym pomieszczeniu, jakie zajmowała przez całe lato, pokój wydał jej się mdły i dziecinny. Łóżko z baldachimem, pluszowe zwierzęta, różowe firanki z falbankami, propo-rczyk Brearley zupełnie do siebie nie pasowały. Ozdobi okna roślinami i pomaluje ściany na biało.
Odsłoniła firanki i podniosła story. Do pokoju wpadł lekki powiew. Wychyliła się na zewnątrz. Metropolitan Muzeum wyglądało jak wielki szary transatlantyk, który osiadł wśród zakurzonych i wykrzywionych platanów. Na schodach budynku muzycy w osobliwych - chyba średniowiecznych - kostiumach grali na jakichś dziwnych instrumentach.
Dobrze, że wróciła.
Usiadła na łóżku i sięgnęła po telefon. Wykręciwszy numer dłuższą chwilę czekała. Potem odłożyła słuchawkę i kaszląc przeszła do hallu. Wyciągnęła z plecaka paczkę listów związanych czerwoną wstążką wróciła do pokoju i schowała je pod materac. Zdjęła ubranie i przejrzała się w lustrze wiszącym nad komodą. Opalone nogi były niezłe, ale w talii miała jeszcze zbyt wiele dziecięcej okrągłości, a piersi trochę za małe. Jim wprawdzie powiedział, że na to gwiżdże, ale...
Rzuciła się na łóżko i zapadła w sen, po raz tysięczny marząc o chwili, kiedy straci dziewictwo (...)

***
Dżuma była jedną z największych klęsk, jakich ludzkość kiedykolwiek doznała. W historii wielokrotnie zabijała miliony ludzi, niszcząc miasta a nawet niwecząc państwa. Czy dziś, w cywilizowanym świecie, mogłaby się zdarzyć taka "średniowieczna" klęska ? A jeśli tak, jak mogłaby ona wyglądać ? 





Grillbar Galaktyka Maja Lidia Kossakowska

Grillbar Galaktyka Maja Lidia Kossakowska

Spongebob Kanciastoporty w kosmosie, w wersji Gwiezdne Wojny vs. Obcy. 
A w tym całym kontrolowanym szaleństwie - kuchnia. Jedzenie. Gotowanie. Różnych różności.
Odjechana powieść dla ludzi z wyobraźnią dość pokaźną:)
Ocena byłaby wyższa, gdyby całość utrzymywała się na poziomie części pierwszej, z rewelacyjnie kuriozalnymi postaciami, ale potem (dla mnie, niestety) autorka poszła bardziej w przygodę, niż teksty:)
Dla miłośników Autostopem przez Galaktykę, Dirka Gently'ego i tym podobnych blowmindowych klimacików.


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Hermoso Madrid Iven to międzyukładowej, a być może nawet kosmicznej sławy Mistrz Kuchni. W wyniku przedziwnego splotu wydarzeń zostaje zamieszany w aferę i wystawiony na celownik galaktycznej mafii. Wynajęty killer rusza jego tropem. Jest wesoło, a akcja raz zerwana do galopu zwalnia dopiero w ostatnim zdaniu. Z naszym Mistrzem galaktycznej patelni i rusztu zwiedzamy szereg kompletnie odjechanych światów.

„To nie jest książka o gotowaniu. To nie jest książka o kuchni. To fantastyczna przygoda, szalona podróż przez cały Kosmos, to szok, dowcip, inteligencja i zagadka kryminalna. Koniecznie przeczytajcie, co najlepszy szef kuchni wśród pisarzy i najzdolniejszy gawędziarz pośród szefów robił, kiedy go nie było!”

Saanti Wrtt, magazyn „Galaxia”

„Naprawdę nie chcecie się zdrowo pośmiać? Zobaczyć, w jak absurdalnym, zabawnym i dziwacznym świecie przyszło nam żyć? Nie macie ochoty doskonale się bawić, a jednocześnie zdziwić, zirytować, ocknąć, zrozumieć i zastanowić? Nie chcecie pomyśleć? Jeśli nie, to nawet nie bierzcie do łap tej książki. Bo kiedy już zaczniecie, nie będzie odwrotu. Spojrzycie na Międzygalaktyczną Unię Światów oczami Hermoso Madrid Ivena, najbardziej nieznośnego, niepoprawnego politycznie, ironicznego i inteligentnego szefa kuchni od czasu Wielkiego Wybuchu. Oczami prawdziwego Ziemianina. I niech mnie Czarna Dziura pochłonie, jeśli drań nie ma czasem racji!”
Oleisty Brunatny Odłamek, satyryk, recenzent, felietonista „Stowarzyszonych w imię prawdy i radości”, Zew Uwielbienia planety Tritonia.




AUTOR
↓



Wdowy Lynda La Plante

Wdowy Lynda La Plante

Lekkie pióro, przyjemna sensacja z twistem. 
Więcej nie da się napisać o tej powieści...
Mam nadzieję, że film będzie lepszy - edit: film był beznadziejny.
Sięgnę z pewnością po 2 tom.


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!






***


Przez dwadzieścia lat Harry Rawlins i jego wspólnicy znakomicie prosperowali jako przestępcy. Kolejne zlecenie – porwanie furgonetki wypełnionej pieniędzmi – miało przynieść gigantyczne zyski. Okazało się jednak pechowe. Trzech złodziei zginęło, czwartemu udało się zbiec.

Dolly, wdowa po Harrym, dotąd nieświadoma działalności męża, odkrywa w skrytce bankowej szczegółowe zapiski dotyczące planowanego skoku. Ma do wyboru: przekazać je policji lub nachodzącym ją zbirom z konkurencyjnej szajki. Jest jeszcze trzecie, najbardziej szalone wyjście – przejąć działalność szefa gangu.
Z pomocą pozostałych wdów Lindy i Shirley oraz striptizerki Belli, Dolly postanawia dokonać zuchwałego przestępstwa. Silne, zdeterminowane, sprytne. Takie właśnie są Wdowy!

Cykl: Dolly Rawlings (tom 1)


EKRANIZACJA
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/


TRAILER







Pustkowia Blake Crouch

Pustkowia Blake Crouch

To chyba jedna z wcześniejszych jego powieści. Nie urzekła mnie. Troszkę bzdurna. Tak na logikę. Przez co sztuczna trochę.
Ale klimat jest.
Myślę, że gdyby byłoby inne zakończenie, ta cała "bzdurność" byłaby usprawiedliwiona, ale mega zaskakujące zakończenia i pomysły nachodziły chyba autora troszkę później :)


MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Rozdział 1  
W prześliczny majowy wieczór siedziałem na tarasie, przyglądając się, jak słońce pochyla się nad jeziorem Norman. Jak dotąd był to idealny dzień. Wstałem o piątej rano, jak zawsze, nastawiłem dzbanek mocnej kawy i przygotowałem swoje ulubione śniadanie złożone z jajecznicy i miski świeżego ananasa.  
Przed szóstą już pisałem i nie przerywałem aż do południa. Wtedy usmażyłem dwa białe bassy, które złowiłem poprzedniej nocy, a w chwili, gdy zasiadałem do stołu, żeby zjeść lunch, zadzwoniła moja agentka. Kiedy zbliżam się do zakończenia książki, Cynthia wyręcza mnie w odbieraniu wiadomości i teraz właśnie miała kilka nowych. Jedyna - rzeczywiście ważna - dotyczyła sfinalizowania umowy na sfilmowanie mojej ostatniej powieści Przecież to zbrodnia. Oczywiście, to były dobre wieści, ale na podstawie książek, które napisałem, powstały już dwa inne filmy, zdążyłem się więc z tymi kwestiami oswoić.  
Pracowałem w swoim gabinecie przez resztę popołudnia i skończyłem o osiemnastej trzydzieści. Ostatnie poprawki nowego, jeszcze niezatytułowanego rękopisu zamierzałem nanieść następnego dnia. Byłem zmęczony, ale mój nowy thriller, zatytułowany Spiekota, w ciągu tygodnia powinien trafić na półki księgarni. Delektowałem się wyczerpaniem, jakie następuje po całym dniu pracy.  
Ręce miałem obolałe od pisania, oczy suche i zmęczone. Wyłączyłem komputer i w obrotowym fotelu odsunąłem się od biurka.  
Wyszedłem na zewnątrz i ruszyłem długim podjazdem w kierunku skrzynki na listy. Po raz pierwszy tego dnia znalazłem się na dworze i ostre światło słońca raziło mnie w oczy, przeciskając się przez rzędy sosen porastających obie strony podjazdu. Było tak cicho. Piętnaście mil dalej na południe Charlotte nadal dusiło się w korkach w porze szczytu, byłem więc wdzięczny, że nie jestem cząstką tego obłędu. Gdy maleńkie kamyki chrzęściły mi pod stopami, wyobraziłem sobie mojego najlepszego przyjaciela, Waltera Lancinga, wściekającego się w swoim cadillacu.  
Pewnie przeklinał trąbienie klaksonów i mrowie tylnych świateł, ubrany w garnitur, w ślimaczym tempie sunąc z willowej dzielnicy Charlotte i zostawiając za sobą przyrodniczy kwartalnik „Turysta", by wrócić do domu, do żony i dzieci. „To nie dla mnie", pomyślałem. „Ja jestem samotnikiem".  
Chociaż raz moja skrzynka na listy nie pękała w szwach. Wewnątrz leżały dwie koperty - jedna z rachunkiem, a druga czysta wyłącznie z wydrukowanym na niej moim adresem. „Poczta od fanów".  
W domu zmieszałem sobie whisky Jack Daniel's z cytrusowym napojem i zabrałem na taras pocztę oraz książkę na temat patologii kryminalnej. Sadowiąc się w bujanym fotelu, odstawiłem wszystko prócz drinka na mały szklany stolik i zapatrzyłem się na wodę. Moje podwórze jest wąskie, a drzewa ciągną się na ćwierć mili z obu stron, dzięki czemu dom, w którym mieszkam od dziesięciu lat, jest odizolowany od najbliższych sąsiadów.  
Wiosna tego roku nadeszła dopiero w połowie kwietnia, więc zmieniające się zielone wnętrze otaczającego mnie lasu wciąż jeszcze było upstrzone ostatnimi różowymi i białymi kwiatami dereni. Jasnozielona trawa sięgała aż do wyblakłej szarej przystani na brzegu jeziora, gdzie wiekowa wierzba płacząca zwieszała się nad wodą, a koniuszki gałęzi muskały jej powierzchnię.  
Jezioro ma ponad milę szerokości w miejscu, gdzie styka się z moją posiadłością, przez co domy na przeciwległym brzegu są widoczne jedynie zimą, gdy drzewa stoją odarte z pokrywy liści. Teraz zatem, w samym środku wiosny, kiedy gałęzie obsypały się świeżą zielenią i żółcią, jezioro należało tylko do mnie i miałem poczucie, że prócz mnie w całej okolicy nie ma żywego ducha.  
Odstawiłem na wpół opróżnioną szklaneczkę i otworzyłem pierwszą kopertę. Tak, jak się spodziewałem, znalazłem w niej rachunek za telefon, więc uważnie przejrzałem przydługi wykaz połączeń. Kiedy skończyłem, odłożyłem go i podniosłem lżejszą kopertę. Nie było na niej znaczka, co mnie zdziwiło. Rozciąłem kopertę, wyjąłem z niej pojedynczą kartkę białego papieru i rozłożyłem ją. Pośrodku strony czarnym tuszem wydrukowano jeden akapit: Witam. Na twojej posiadłości znajduje się zakopane ciało, całe we krwi. Nazwisko tej nieszczęsnej młodej damy brzmi Rita Jones. Na pewno widziałeś twarz tej zaginionej nauczycielki w wiadomościach. W kieszeni jej dżinsów znajdziesz kawałek papieru z numerem telefonu. Masz jeden dzień, żeby zadzwonić pod ten numer. Jeżeli nie otrzymam od ciebie wiadomości do jutra (17 maja) do godziny dwudziestej, wydział policji w Charlotte odbierze anonimowy telefon. Powiem im, w którym miejscu na terenie posiadłości Andrew Thomasa nad jeziorem pochowana jest Rita Jones, jak ją zabił oraz gdzie w jego domu można znaleźć narzędzie zbrodni. (Jak sądzę, w kuchni brakuje noża do jarzyn.) Mam nadzieję, że dla twojego własnego dobra nie będę musiał wykonać tego telefonu. Na grobie umieściłem znak. Wystarczy, że pójdziesz wzdłuż brzegu jeziora w kierunku południowej granicy posiadłości, aby go znaleźć. Zdecydowanie odradzam udanie się na policję, ponieważ zawsze mam cię na oku.  
Uśmiech wygiął mi wargi. Nawet zachichotałem sam do siebie. Ponieważ piszę powieści opowiadające o zbrodni i przemocy, moi wielbiciele często miewają pokręcone poczucie humoru.  
Otrzymywałem już śmiertelne pogróżki, drastyczne ilustracje, a nawet zapiski ludzi twierdzących, że popełnili morderstwo w taki sam sposób jak seryjni zabójcy w moich książkach. „Ale ten list sobie zachowam", pomyślałem. Nie przypominałem sobie niczego tak oryginalnego.  
Przeczytałem list raz jeszcze, lecz za drugim razem ukłuło mnie ostrzegawcze przeczucie, zwłaszcza że autor posiadał pewną wiedzę o rozkładzie mojej posiadłości. Nóż do jarzyn zaś rzeczywiście zginął z bloku z nożami. Ostrożnie złożywszy list, wsunąłem go do kieszeni spodni i zszedłem po schodach w kierunku jeziora.  
*** 
Gdy słońce zniżało się na zamglonym niebie, promienie światła sączyły się jak farba rozlana po zachodniej stronie horyzontu.  

Spoglądając na lśniące jezioro, skąpane w intensywnych barwach pomarańczu, purpury i fuksji, przez parę chwil stałem na brzegu i obserwowałem, jak zderzają się dwa zachody słońca. 
Na przekór rozsądkowi ruszyłem wzdłuż brzegu na południe i wkrótce kroczyłem po szeleszczącym materacu z liści.  
Przeszedłem jedną ósmą mili, nim się zatrzymałem. U swoich stóp, pośród pędów wawrzynu obsypanego różowymi kwiatami górskiego, zobaczyłem miniaturową czerwoną chorągiewkę umocowaną do kawałka zardzewiałego metalu wciśniętego w ziemię. Chorągiewka trzepotała targana podmuchem wiatru, który marszczył też wodę. „To na pewno żart", pomyślałem. „A jeśli tak, to cholernie dobry".  
Gdy odgarniałem suche liście wokół znaku, serce zaczęło mi łomotać. Ziemia dookoła chorągiewki była udeptana, a nie sypka jak niewzruszona gleba. Dostrzegłem nawet fragment odcisku buta, kiedy uprzątnąłem wszystkie liście.  
Pobiegłem do domu i wróciłem z łopatą. Ponieważ ziemia została już przekopana, z łatwością zrobiłem dziurę na półtorej stopy dokładnie w miejscu, gdzie umieszczono znak. Na głębokości dwóch stóp krawędź łopaty uderzyła w coś miękkiego. Serce mi zamarło. Odrzuciłem łopatę na bok, osunąłem się na kolana i ryłem w ziemi rękoma. Otoczył mnie fetor zgnilizny, a w miarę pogłębiania otworu woń stawała się coraz ostrzejsza.  
Moje palce dotknęły ciała. Z przerażenia cofnąłem dłoń i niezdarnie odsunąłem się od dołu. Wstając, wpatrywałem się w brązową kostkę nogi o kawowej barwie, ledwie prześwitującą spod ziemi. Odór zgnilizny przytłoczył mnie z taką mocą, że gdy ponownie chwyciłem za łopatę, oddychałem tylko przez usta.  
Kiedy trup został całkowicie odsłonięty i ujrzałem, co miesiąc gnicia może zrobić z ludzką twarzą, zwymiotowałem na liście.  
Zawsze wydawało mi się, że powinienem być uodporniony na takie rzeczy, skoro o nich piszę. Zbierając informacje o makabrycznych wyczynach seryjnych zabójców, obejrzałem wiele okaleczonych zwłok. Ale nigdy dotąd nie wąchałem ludzkiej istoty rozkładającej się w ziemi ani nie widziałem, jak owady roją się w wilgotnych otworach.  
Pozbierałem się jakoś, zasłaniając usta i nos ręką, i ponownie zajrzałem do wykopu. Twarz nie dawała się rozpoznać, ale ciało bez wątpienia należało do niskiej czarnoskórej kobiety o grubych nogach i pulchnym tułowiu. Miała na sobie białą niegdyś koszulę, teraz poplamioną krwią i ziemią, a rozerwana tkanina odsłaniała część piersi, szczególnie w okolicy serca. Dżinsowe szorty zakrywały jej uda. Z powrotem opadłem na kolana, wstrzymałem oddech i sięgnąłem do jednej z kieszeni spodenek. Nogi kobiety były gąbczaste i nabrzmiałe, miałem więc trudności z wciśnięciem dłoni w ciasne dżinsy. Nie znalazłszy niczego w pierwszej kieszeni, przeszedłem na drugą stronę wykopu i spróbowałem z drugą kieszenią. Wepchnąwszy do niej rękę, wyjąłem pasek papieru z ciasteczka z wróżbą i znowu osunąłem się na liście, chwytając czyste powietrze wielkimi haustami. Po jednej stronie zobaczyłem numer telefonu, po drugiej zaś napis: „Jesteś tylko kwiatem medytacji na pustkowiu".  
W ciągu pięciu kolejnych minut na powrót pochowałem ciało wraz z chorągiewką. Przyniosłem niewielki kawałek granitu znad brzegu jeziora i umieściłem go na pokrytym liśćmi grobie.  
Następnie wróciłem do domu. Była za kwadrans dwudziesta, a na niebie nie pozostała już ani odrobina światła.  
*** 
Dwie godziny później, siedząc na sofie w salonie, wykręciłem numer telefonu zapisany na pasku papieru. Wszystkie drzwi prowadzące do domu były zamknięte, większość świateł zapalona, a na moich kolanach spoczywała zimna i gładka nierdzewna stal rewolweru kaliber 357.  
Miałem bardzo dobry powód, żeby nie dzwonić na policję.  
Stwierdzenie, że to moja krew znajdowała się na zwłokach kobiety, to zapewne kłamstwo, ale w kuchni od kilku tygodni brakowało noża do jarzyn. Poza tym, gdy poszukiwania Rity Jones przez policję w Charlotte zajmowały poczesne miejsce w lokalnych wiadomościach, znalezienie jej ciała na moim terenie, zamordowanej moim nożem i możliwe, że z moimi odciskami palców, dostarczyłoby aż nadto materiału dowodowego, by mnie oskarżyć. Przeanalizowałem dostatecznie wiele procesów o morderstwo, żeby to wiedzieć.  
Gdy telefon zadzwonił, wpatrywałem się w sklepiony sufit salonu i błądziłem wzrokiem po czarnym małym fortepianie, na którym nigdy nie nauczyłem się grać, po marmurowym kominku oraz dziwacznych dziełach sztuki zdobiących ściany. Pewna kobieta imieniem Karen, z którą umawiałem się przez blisko dwa lata, przekonała mnie, żebym kupił pół tuzina dzieł niedawno zmarłego minimalisty z Nowego Jorku. Podpisywał swoje prace „Loman". Początkowo Loman mnie nie zachwycił, lecz Karen zapewniała mnie, że w końcu go „poczuję". Teraz, uwolniony od dwudziestu siedmiu tysięcy dolarów i jednej narzeczonej, gapiłem się na ohydę o wymiarach dziesięć na dwanaście stóp, wiszącą nad kominkiem: gówniany brąz na płótnie z żółtym kołem wielkości piłki bejsbolowej w prawym górnym rogu. Oprócz Brązu nr 2 cztery podobne cuda artystycznego geniuszu znaczyły inne ściany mojego domu jak ślady po ospie, ale te mogłem zdzierżyć. Na ścianie u podnóża schodów zainstalowana była Chwila relaksu, kosztująca dwanaście tysięcy dolarów sterta wypchanych zwierzaków w szklanej obudowie i zszytych w orgiastyczny zlepek, który nawet teraz wywoływał u mnie rumieniec.  
Ale uśmiechnąłem się, choć wspomnienie związku - nieaktualnego od zeszłej zimy - przeszyło mi wnętrzności bolesną szpilą.  
Mój wrzód o imieniu Karen. „Wciąż tutaj jesteś. Wciąż mnie ranisz. Przynajmniej to wciąż ty".  
Drugi dzwonek.  
Rzuciłem okiem w górę schodów wspinających się na odsłonięty korytarz na piętrze i gdy zamknąłem oczy. Przypomniałem sobie przyjęcie, jakie wydałem zaledwie tydzień temu - goście śmiali się, rozmawiali o polityce i książkach, wypełniali moje milczenie. Zobaczyłem na górze mężczyznę i kobietę, wspartych łokciami o dębową balustradę, a spoglądających na salon, barek i kuchnię. Trzymając kieliszki z winem, pomachali do mnie.  
Uśmiechali się do swego gospodarza.  
Trzeci dzwonek.  
Mój wzrok padł na fotografię matki - zdjęcie formatu pięć na siedem cali w witrażowej ramce, stojące na obsydianowym fortepianie. Matka była jedyną krewną, z którą utrzymywałem regularny kontakt. Chociaż miałem rodzinę na północnym wybrzeżu Pacyfiku, na Florydzie i trochę w obu Karolinach, to widywałem ich rzadko - podczas rodzinnych zjazdów, ślubów lub pogrzebów, na które matka podstępem wyciągała mnie ze sobą. Ale ponieważ mój ojciec zmarł, a brata nie widziałem od trzynastu lat, rodzina nie znaczyła dla mnie wiele. Wystarczali mi przyjaciele i - w przeciwieństwie do powszechnej na mój temat opinii - nie miałem tak naprawdę natury samotnika. Potrzebowałem ich.  
Na fotografii matka kuca przy grobie ojca, pielęgnując kępkę karminowych pacioreczników w cieniu nagrobka. Ale widzi się tylko jej silną, życzliwą twarz pośród kwiatów, gdy zamierza uporządkować miejsce spoczynku swego męża pod tą samą magnolią, na którą niegdyś uczył mnie wspinać się, a która teraz majaczy za jej plecami rozmytą plamą woskowatych zielonych liści.  
Czwarty dzwonek.  
- Widziałeś ciało?  
Zabrzmiało to tak, jakby mężczyzna mówił przez ręcznik.  
W jego ostrym głosie nie było słychać emocji ani wahania.  
- Tak.  

- Wypatroszyłem ją twoim nożem kuchennym, a nóż ukryłem w twoim domu. Wszędzie są na nim twoje odciski palców.  
- Odchrząknął. - Cztery miesiące temu doktor Xu pobierał ci krew. Zgubili fiolkę. Pamiętasz, że musiałeś wrócić i oddać krew jeszcze raz?  
- Tak.  
- Ukradłem tę fiolkę. Trochę krwi znajduje się na białej koszulce Rity Jones. Reszta jest na innych.  
- Jakich innych?  
- Zadzwonię, a ty spędzisz resztę życia w więzieniu. Możliwe, że w celi śmierci.  
- Ja tylko chcę...  
- Zamknij się. Otrzymasz pocztą bilet na samolot. Poleć tym lotem. Spakuj ubrania, przybory toaletowe, nic więcej. Zeszłe lato spędziłeś na Arubie. Powiedz przyjaciołom, że znowu tam jedziesz.  
- Skąd to wiesz?  
- Wiem wiele rzeczy, Andrew.  
- Właśnie wychodzi moja książka - argumentowałem. - Mam umówione spotkania autorskie. Moja agentka...  
- Okłamują.  
- Ona nie zrozumie, że po prostu tak sobie wyjeżdżam.  
- Chrzanić Cynthię Mathis. Okłamiesz ją dla własnego bezpieczeństwa, ponieważ jeśli będę choćby podejrzewał, że kogoś wtajemniczyłeś albo że ktoś cokolwiek wie, trafisz do więzienia lub umrzesz. Jedno albo drugie masz jak w banku. I mam nadzieję, że nie jesteś na tyle głupi, żeby śledzić ten numer. Zapewniam, że telefon jest kradziony.  
- Skąd mogę wiedzieć, że nie stanie mi się krzywda?  
- Nie możesz. Ale jeżeli się rozłączę, a nie będę przekonany, że polecisz tym samolotem, to jeszcze tej nocy zadzwonię na policję. Mogę złożyć ci wizytę, kiedy będziesz spał. Kiedyś w końcu musisz odłożyć to magnum.  
Podniosłem się i okręciłem, ściskając broń w spoconej dłoni. W domu panowała cisza, chociaż na tarasie pobrzękiwały dzwonki, trącane lekkim wiatrem. Wyjrzałem przez wielkie okna salonu na czarne jezioro. Jego zmarszczona powierzchnia odbijała światła przystani. Niebieskie światło na końcu przystani Waltera kładło się na wodzie, docierając z odległej zatoczki. Jego „światełko Gatsby'ego", jak je nazywaliśmy. Obiegłem spojrzeniem trawę i skraj lasu, ale było o wiele za ciemno, żeby dostrzec cokolwiek wśród drzew.  
- Nie jestem w twoim domu - powiedział. - Siadaj.  
Poczułem, że coś we mnie wzbiera - gniew wywołany strachem, wściekłość z powodu tej niesprawiedliwości.  
- Zmiana planów - odparłem. - Zaraz się rozłączę, wykręcę 911 i zaryzykuję. Możesz sobie...  
- Jeżeli nie kieruje tobą instynkt samozachowawczy, to jest pewna stara kobieta imieniem Jeanette, którą mógłbym...  
- Zabiję cię.  
- Lat sześćdziesiąt pięć, mieszka sama, więc chyba ucieszyłoby ją towarzystwo. Jak myślisz? Czy mam odwiedzić twoją matkę, żeby ci udowodnić, że mówię poważnie? Nad czym się tu zastanawiać? Powiedz mi, że wsiądziesz do tego samolotu, Andrew. Powiedz mi, żebym nie musiał tej nocy składać wizyty twojej matce.  
- Wsiądę do tego samolotu.  
W telefonie rozległ się trzask i mężczyzna się rozłączył.  
Rozdział 2  
W parny poranek 21 maja, gdy krople deszczu rozpryskiwały się na chodniku, zamknąłem drzwi swojego domu nad jeziorem i poniosłem olbrzymi czarny marynarski worek w kierunku białego cadillaca deville. Walter Lancing otworzył bagażnik, nie ruszając się z siedzenia kierowcy, a ja wrzuciłem torbę do środka.  
- Gdzie ty się, u diabła, wybierasz? - zapytał pogodnym tonem, gdy pomału sunęliśmy po podjeździe. Zadzwoniłem do niego trzy godziny wcześniej, mówiąc mu, że potrzebuję podwiezienia na lotnisko oraz żeby zabrał mnie o dziesiątej trzydzieści.  
Odłożyłem słuchawkę, zanim zdążył mnie o cokolwiek wypytać.  
- Wyjeżdżam na jakiś czas - odpowiedziałem.  
- Dokąd? Masz ze sobą spory bagaż. - Uśmiechał się. Słyszałem to w jego głosie, gdy patrzyłem, jak mój dom maleje w bocznym lusterku.  
- Po prostu jadę - stwierdziłem.  
- Celowo jesteś taki niekonkretny? - Na jego nieogolonej twarzy pojawiły się kropelki potu; palcami przeczesał krótkie siwe włosy. Łypnął na mnie, oczekując odpowiedzi. Tymczasem deszcz lał się strumieniami z ołowianego nieba, a po nim pojawił się pomruk gromu. - Andy, co się stało?  
- Nic. Skończyłem książkę. Jestem zmęczony. Potrzebna mi przerwa, wiesz, jak to jest.  
Walter westchnął, a ja patrzyłem przez okno na mknące za nim drzewa i nasłuchiwałem bębnienia deszczu o przednią szybę. Żona Waltera, Beth, jechała ostatnio tym samochodem.  
Wyczuwałem jej żel do kąpieli - słodki, rześki zapach jałowca.  
Różowy pilniczek do paznokci leżał na dywaniku na podłodze obok moich stóp.  
- Wracasz na Arubę? - spytał Walter.  
- Nie. - Nie chciałem okłamywać go w żywe oczy.  
- A więc zgaduję, że Cynthii też nie powiedziałeś.  
Pokręciłem głową.  
- Spiekota właśnie wychodzi, Cynthia dostanie szału.  
- Oto, dlaczego jej nie mówiłem. Jest jak sierżant od musztry. Zadzwoń za mnie do niej do domu dziś wieczorem, dobrze?  
Przekaż jej, że powiedziałem, iż jestem zmęczony pisaniem, że potrzebuję wakacji i żeby się nie martwiła.  
- A gdy mnie zapyta, dokąd pojechałeś?  
- Powiedz jej, że wiesz tylko, iż to jakaś maleńka wysepka na południowym Pacyfiku.  
- Pomyśli, że kłamię.  
- To jej problem. Nie jest twoją agentką.  
- Proszę, powiedz mi, co się dzieje...  
- Nie pytaj, Walterze.  
Deszcz wciąż lał jak z cebra, kiedy skręciliśmy na południe na 1-77. Zamknąłem oczy i ostrożnie nabrałem powietrza; serce tańczyło mi w piersiach, jakbym łyknął dwie porcje espresso.  
Chciałem zawrócić. Trasa związana z premierą książki oraz odpoczynek w luksusie własnego domu, kiedy lato zagości nad jeziorem - oto, jak wyobrażałem sobie nadchodzące miesiące.  
- Zadzwoń do mnie - powiedział Walter. - Albo napisz. Po prostu daj mi znać, że jesteś cały.  
- Jeśli to będzie możliwe, tak zrobię.  
- Czy chcesz, żebym odbierał twoją pocztę i zajął się rachunkami?  

- Aha. Zamierzałem cię o to poprosić.  
- Przerażasz mnie, Andy - oznajmił.  
Ruch wycieraczek na przedniej szybie, kołyszących się tam i z powrotem, oraz ryk silnika stały się ogłuszające. Bezmyślnie manipulowałem przy automatycznie otwieranym oknie, przyciskając malutki guzik środkowym palcem, choć nic się nie działo.  
Zabezpieczenie przed otwarciem było włączone.  
Miniaturowa sylwetka zabudowań Charlotte na tle nieba wyłoniła się z zielonego pogórza; budynki wyglądały, jakby ścięto im głowy, bo ich szczyty były ukryte w niskiej warstwie burzowych chmur. Walter spojrzał na mnie, zmuszając się do uśmiechu.  
- Na pewno nic ci się nie stanie.  
- Naprawdę nie wiem. W tym rzecz.  
O jedenastej podjechaliśmy pod główne wejście Douglas International Airport. Wysiedliśmy z samochodu, dźwignąłem torbę z bagażnika i zarzuciłem ją sobie na ramię.  
- Pojadę z tobą, jeśli chcesz - zaoferował Walter.  
- Nie możesz. - Rozejrzałem się po tłumie podróżnych przechodzących przez automatyczne drzwi. Wydawało się, że nikt nie zwraca na nas uwagi, wyjąłem więc z kieszeni torby szarą kopertę i dyskretnie wrzuciłem do bagażnika.  
- Jeżeli nie wrócę do pierwszego września, możesz ją otworzyć.  
- Września?  
- Walterze, posłuchaj. Nie pokazuj tego nikomu. Jeśli minie termin, a ja nie wrócę, będziesz wiedział, co zrobić z zawartością. Zapisałem instrukcje.  
Walter zatrzasnął bagażnik.  
Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Jego oczy wpatrywały się we mnie badawczo, zdezorientowane, pełne obaw. Przyjrzałem się całej jego postaci, żeby móc zabrać ze sobą jego obraz - stojącego tam w szarym garniturze, bez krawata, w białej płóciennej koszuli z rozpiętymi dwoma guzikami u góry. Mój najlepszy przyjaciel. Walter. „Czy będę wracał myślami do tej chwili, żałując, że nie pozwoliłem mu, by mi pomógł? Mój Boże".  

- No to do zobaczenia - powiedziałem. Potem klepnąłem go w ramię i ruszyłem na lotnisko (...)

***

Życie pisarza Andrew Thomasa płynie dość spokojnie. Do czasu. Dokładniej – do pewnego majowego popołudnia, w którym odnajduje w swej skrzynce list powiadamiający go, że na jego posesji zakopane są zwłoki kobiety. W dodatku jest na nich jego krew, a kobieta zamordowana została za pomocą noża, który zniknął z jego kuchni.

Thomas dostał ultimatum – albo zadzwoni pod numer, który znajdzie w kieszeni zamordowanej kobiety, albo lokalna policja otrzyma anonimową wskazówkę wplątującą go w morderstwo.
Tak rozpoczyna się wędrówka Andrew do jego osobistego piekła – odkrywa, że jego dręczyciel jest kimś z jego przeszłości…

Cykl: Luther Kite (tom 1)






Banda niematerialnych szaleńców Maria Krasowska

Banda niematerialnych szaleńców Maria Krasowska

"Ostatnio zaczęły się dziac dziwne rzeczy. Duchy znikają bez śladu, jeden za drugim. Wasz przyjaciel został uwięziony w lustrze i śmiem podejrzewać, że pozostałych spotkał podobny los. Chcę odnaleźć tego, kto uwięził zaginione duchy, ale przyznam, że przydałaby mi się para materialnych rąk, Co wy na to?"

Bardzo barwne, bardzo urozmaicona historia urban grozy z dzieciakami, detektywami w rolach głównych. 
I duchami. Bardzo pomocnymi.
Brawurowe akcje. Urozmaicone relacje.
I Prawdziwym Przestępcą, groźnym nawet dla otoczenia duchów właśnie...

Polecam, narracja bardzo prosta, ale nie rażąca. 
Świetny pomysł! Okładka REWELACYJNA!

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!



1. ‌Pozbywam się ‌niani numer trzydzieści ‌jeden


Gdzie ta przeklęta ‌szklanka?! Przecież stawiałem ‌ją na ‌parapecie! Pod ziemię ‌się ‌nie zapadła, musi ‌więc ‌być ‌w pobliżu. Nie ‌wiem, ‌gdzie ‌ją wcięło, przecież parę ‌minut ‌wcześniej piłem z niej ‌sok.
– O, jest! – powiedziałem do ‌siebie z satysfakcją, kiedy ‌spostrzegłem naczynie stojące ‌na ‌szafie. Nie pamiętam, ‌żebym je tam ‌stawiał, co ‌nie znaczy, ‌że tego ‌nie zrobiłem. Jestem ‌jedną z tych ‌osób, które potrafią ‌zostawić klucze ‌w lodówce ‌lub telefon w szufladzie z bielizną ‌i potem szukać ‌ich przez cały ‌dzień.
Złapałem ‌szklankę i przyłożyłem ją otworem ‌do ściany dzielącej mój ‌pokój z salonem, a do jej ‌dna ‌przytknąłem ucho, tworząc ‌w ten sposób niezawodny przyrząd ‌do ‌podsłuchu. ‌W sąsiednim ‌pokoju ‌toczyła się rozmowa, której ‌za żadne skarby nie ‌mogłem ‌przegapić. Usłyszałem znienawidzony ‌głos mojej guwernantki:
– …dalej ‌pracować z państwa synem. Jestem ‌zmuszona zrezygnować ‌z posady. Sami państwo wiedzą, ‌że od ‌początku mieliśmy ‌problemy, ‌ale dziś miarka ‌się przebrała! W poniedziałek ‌nie przyjdę do pracy.
– Jest ‌pani pewna?
– Absolutnie.
– No cóż, ‌w takim razie będziemy musieli ‌poszukać nowej opiekunki ‌dla Danny’ego – stwierdziła mama ‌strapionym głosem. Przez ‌ułamek sekundy ‌poczułem ukłucie w brzuchu, które ‌zwykle towarzyszy poczuciu ‌winy. – W porządku, ‌szanujemy ‌pani decyzję. ‌Też nie mamy z nim ‌lekko.
Ryoko, która ‌najwyraźniej nie była już ‌moją guwernantką, spojrzała ‌na ‌zegarek. A przynajmniej tak mi ‌się wydawało – ‌w końcu jedynym zmysłem, na którym mogłem polegać, był słuch. Zamknąłem oczy, żeby lepiej się skoncentrować.
– Och, dochodzi dwudziesta druga! Na mnie już czas.
Usłyszałem zgrzyt krzeseł przesuwanych po panelach – Ryoko musiała wstać od stołu, a razem z nią moi rodzice. Chwilę później głosy stały się mniej wyraźne, uznałem więc, że wszyscy opuścili już pomieszczenie. Podbiegłem do drzwi, zgasiłem światło i wystawiwszy pół głowy za futrynę, obserwowałem jednym okiem hol. W oddali Ryoko wkładała buty.
– Życzę państwu powodzenia z synem… Dobranoc.
– Dobranoc, mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.
Ryoko popatrzyła na mojego tatę wzrokiem pełnym przerażenia. Wiedziałem, że już nigdy więcej się nie zobaczymy, chyba że w sądzie. Po tym, co dzisiaj zrobiłem, na jej miejscu wyjechałbym z miasta.
Kiedy wyszła, tato zamknął drzwi, a następnie przekręcił klucz. Szybko schowałem głowę z powrotem do pokoju, w nadziei, że mnie nie dostrzegł. Wiedziałem, że czeka mnie przesłuchanie, i podejrzewałem, że rodzice nie zachowają bezstronności.
Czas rozpocząć grę…
Jednym susem rzuciłem się na łóżko, niefortunnie uderzając piszczelem w jego krawędź. Zabolało. Zacisnąłem zęby. W ciemności nie widziałem, co robię, ale w tej sytuacji nie mogłem sobie pozwolić na ostrożność. Liczyło się tylko jedno: czas. Musiałem działać szybko. Zdjąłem koszulę i cisnąłem ją na krzesło, którego nie było już widać spod stosu brudnych ciuchów, następnie zawinąłem się w kołdrę jak w kokon, potrząsnąłem głową, aby rozczochrać włosy, ułożyłem się na poduszce, zamknąłem oczy i uspokoiłem oddech.
Trzy, dwa, jeden…
Rodzice delikatnie zapukali do drzwi. Kiedy nie odpowiedziałem, klamka opadła i oboje weszli do środka.
– Kotku, on śpi – szepnęła mama.
– Oczywiście, że nie śpi. Nie znasz naszego oszusta? – zaśmiał się tato.
Dlaczego w takich momentach zawsze nachodzi mnie nieodparta ochota na śmiech?! Danny, nie rób tego, upomniałem się w myślach. Zachowaj pokerową twarz, nie zdradź się.
– Wstawaj, chłopie! – Tato włączył światło, śmiejąc się złowieszczo.
Okej, tato, skoro tak ze mną pogrywasz, czas wejść na kolejny poziom. Nazywa się „wywoływanie poczucia winy”. Z doświadczenia wiem, że nie istnieje lepszy sposób na złagodzenie kary niż sprawienie, aby rodzice poczuli się winni.
Wydałem z siebie kilka jęków i udałem potwornie oślepionego.
– Co znowu? Miałem bardzo męczący dzieeeń… – Tu wstawiłem udawane ziewnięcie, po czym usiadłem na łóżku. – Nie można w tym domu odpocząć, skandal. Jest środek nooocy… – Ziewnięcie numer dwa.
Rodzice wymienili spojrzenia. Wzrok mamy mówił: „Zostawmy go w spokoju, biedaczysko musi się wyspać”, co przynajmniej na chwilę spacyfikowało tatę. Jeden do zera dla mnie. Tato zwiesił głowę, namyślając się. I może dałby mi spokój, gdyby nie to, że podobne sytuacje zdarzały się kilka razy w miesiącu i dobrze znał moje sztuczki. Musiałem działać szybko. Padłem na łóżko i odwróciłem się do rodziców plecami.
– Zlitujcie się i zgaście to przeklęte światło, proszę was bardzo – mruknąłem, udając, że wracam do snu.
Po chwili ciszy odezwał się tato:
– Skoro tak wolisz… No cóż, chciałem załatwić sprawę szybko i bezboleśnie, ale co ma wisieć, nie utonie. Rozmowa o twoim dzisiejszym wyczynie nie ucieknie. Pogadamy jutro. Dobranoc. I powodzenia w zaśnięciu o dwie godziny wcześniej niż zazwyczaj – dodał prowokująco, po czym zgasił światło i zamknął drzwi, zapewne wielce z siebie zadowolony.
A ja, totalnie niezadowolony z rozwoju wydarzeń (no, może trochę – w końcu pozbyłem się tej okropnej guwernantki), zostałem w swoim pokoju i nawet nie potrudziłem się, żeby sięgnąć po telefon, bo wiedziałem, że za sekundę tato odłączy mi internet. Nie mogłem również zapalić światła, ogłosiłem przecież, że idę spać, a zmiana decyzji byłaby niemęska. Jako czternastolatek muszę dbać o swój honor.
Dlatego też honorowo gapiłem się w sufit przez bite dwie godziny, jedząc gorzką czekoladę i obmyślając mowę o złu wyrządzanym światu przez guwernantki, planowałem wygłosić ją rodzicom następnego wieczoru. Mało brakowało, a umarłbym z nudów. Gdybym tylko wiedział, że są to moje ostatnie dni w tym pokoju, może zapaliłbym światło i nacieszył się wolnością (...)


***

Prawdopodobnie jako jedyny na świecie masz szansę dowiedzieć się z pierwszej ręki, jak wygląda życie pozagrobowe! Nie skorzystasz z takiej okazji?

Nazywam się Danny Moon, a moi rodzice są nieprzyzwoicie bogaci.

Trzy rzeczy, które kocham: gorzka czekolada, gra w Monopoly i ciemność. Trzy rzeczy, których nienawidzę: guwernantki, nuda i jeszcze raz guwernantki.

To przez nieposłuszeństwo względem jednej z nich trafiłem do Polski, do wujostwa i pięciu kuzynek. Czułem się jak na zesłaniu… ale tylko na początku.

Któregoś dnia spotkałem tajemniczego brodacza w kapeluszu. Pewnie nie uwierzycie, kiedy wam zdradzę, że był to duch. Wkrótce razem z Anetą, najfajniejszą z moich kuzynek, stanęliśmy przeciwko niebezpiecznemu biznesmenowi, który wykorzystywał duchy do niecnych celów. Włóczyliśmy się nocą po cmentarzu, poznaliśmy agentkę wywiadu Ludwika XVI i włamaliśmy się do… A zresztą przeczytajcie sami.





Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger