"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."
CZYTAJ ZA DARMO!
Statystyki
SZUKAŁKA
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wayward Pines. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wayward Pines. Pokaż wszystkie posty
Wisienka na torcie - kto chce połknąć w całość?
Zakończenie/niestety/tej rewelacyjnej i mega zaskakującej przygody...
Poziom cały czas zachowany!
POLECAM CZYTAĆ CAŁĄ SERIĘ W KOLEJNOŚCI!
MOJA OCENA: 10/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!
O OSTATNIM MIEŚCIE
Witajcie w Wayward Pines, ostatnim mieście.
Agent służb specjalnych Ethan Burke przybył do Wayward Pines w stanie Idaho trzy tygodnie temu. W tym mieście ludziom mówi się, kogo mają poślubić, gdzie mieszkać, gdzie pracować. Dzieci uczą się, że twórca miasta David Pilcher jest bogiem. Nikomu nie wolno opuścić tego miejsca, a zadawanie pytań można przypłacić życiem.
Ethan odkrył jednak zdumiewającą tajemnicę o tym, co znajduje się za podłączonym do prądu ogrodzeniem, które otacza Wayward Pines i chroni je przed przerażającym światem. Z powodu tej tajemnicy wszyscy mieszkańcy są we władzy szaleńca i armii jego zwolenników. Teraz groza ma sforsować ogrodzenie i zmieść z powierzchni ziemi kruchą resztkę ludzkości.
***
JESTEŚMY OSTATNIMI PRZEDSTAWICIELAMI NASZEGO GATUNKU, KOLONIĄ LUDZI Z POCZĄTKU XXI WIEKU. MIESZKAMY W GÓRACH DAWNEGO STANU IDAHO, W MIEŚCIE O NAZWIE WAYWARD PINES. NASZE WSPÓŁRZĘDNE GEOGRAFICZNE TO 44 STOPNIE, 13 MINUT SZEROKOŚCI PÓŁNOCNEJ I 114 STOPNI, 56 MINUT, 16 SEKUND DŁUGOŚCI ZACHODNIEJ.
JEST TAM KTO?
Fragment głosowego i nadawanego alfabetem Morse’a komunikatu radiowego, który od jedenastu lat jest w kółko wysyłany z superstruktury Wayward Pines na wszystkich częstotliwościach fal krótkich.
***
DAVID PILCHER
Superstruktura
Wayward Pines
Czternaście lat wcześniej
Otwiera oczy.
Skostniały z zimna.
Drży.
Pulsujący ból głowy.
Nad nim stoi ktoś w masce chirurgicznej, twarz jest nieostra.
Nie wie, gdzie się znajduje, nie wie nawet, kim jest.
Wyraźnie rysująca się maska zbliża się do jego ust.
Głos – kobiecy głos – mówi nagląco:
– Weź długi, głęboki wdech i nie przestawaj oddychać.
Gaz, który wdycha, jest ciepłym tlenem o dużym stężeniu. Tlen spływa tchawicą i eksploduje w płucach upragnionym ciepłem. Pochylona kobieta ma usta zasłonięte maską, ale on widzi w jej oczach, że się do niego uśmiecha.
– Lepiej? – pyta.
On potakuje. Twarz kobiety nabiera ostrości. Jej głos… Jest w nim coś znajomego. Może nie w samym brzmieniu, ale w uczuciach, jakie w nim budzi. Opiekuńczy. Niemal matczyny.
– Boli cię głowa? – pyta kobieta.
Potakuje.
– Ból wkrótce ustąpi. Wiem, że czujesz się zdezorientowany.
Skinienie głową.
– To całkowicie normalne. Wiesz, gdzie się znajdujesz?
Potrząsa głową.
– Wiesz, kim jesteś?
Potrząsa głową.
– To też nie jest powód do obaw. Krew krąży w twoich żyłach dopiero od trzydziestu pięciu minut. Człowiek zazwyczaj orientuje się w sytuacji dopiero po paru godzinach.
Patrzy na światła nad głową: długie jarzeniówki, o wiele za jasne.
Otwiera usta.
– Nie próbuj jeszcze mówić. Mam ci wyjaśnić, co się dzieje?
Skinienie głową.
– Nazywasz się David Pilcher.
Wydaje mu się, że ta informacja brzmi właściwie. Na poziomie, którego nie potrafi w pełni uchwycić, czuje, że to jego nazwisko, a przynajmniej, że jest to gwiazda należąca do jego nieba.
– Nie jesteś w szpitalu. Nie przeżyłeś wypadku samochodowego ani zawału. Nic podobnego.
Chce powiedzieć, że nie może się ruszać. Że jest mu śmiertelnie zimno i czuje lęk.
Kobieta w masce mówi dalej:
– Właśnie wyprowadziliśmy cię ze stanu zawieszenia funkcji życiowych. Wszystkie twoje narządy funkcjonują bez zarzutu. Spałeś tysiąc osiemset lat w jednym z tysiąca modułów zawieszających, które sam stworzyłeś. Wszyscy jesteśmy niezmiernie podnieceni. Twój eksperyment się powiódł. Dziewięćdziesiąt siedem procent ekipy przeżyło stan zawieszenia. To o kilka punktów procentowych więcej, niż zakładałeś. Gratuluję.
Pilcher leży na łóżku na kółkach i mruży oczy w ostrym świetle.
Monitor pracy serca, do którego jest podłączony, zaczyna szybciej pikać, ale przyczyną nie jest lęk ani stres.
Przyczyną jest uniesienie.
W ciągu pięciu sekund wszystko do niego wraca.
Przypomina sobie, kim jest.
Gdzie się znajduje.
Dlaczego istnieje.
Niczym kamera sunąca po twarzach.
Pilcher podnosi rękę – ciężką jak kawał granitu – po czym ściąga z ust maskę. Podnosi wzrok na pielęgniarkę. Po raz pierwszy od blisko dwóch tysiącleci odzywa się, ochryple, ale wyraźnie: – Czy ktoś wyszedł na zewnątrz?
Kobieta zdejmuje maskę. To Pam. Ma dwadzieścia lat i po długim, jakże długim śnie przypomina zjawę.
Mimo to jest bardzo piękna.
Pam się uśmiecha.
– Wiesz, że bym na to nie pozwoliła, Davidzie. Czekaliśmy na ciebie.
*
Sześć godzin później Pilcher idzie chwiejnym krokiem przez korytarz na Poziomie 1. Asystują mu Ted Upshaw, Pam, Arnold Pope oraz niejaki Francis Leven. Ten ostatni nosi oficjalnie tytuł stewarda superstruktury i mówi z szybkością karabinu maszynowego.
– … siedemset osiemdziesiąt trzy lata temu mieliśmy uszkodzenie kadłuba arki, ale czujniki próżniowe to wychwyciły.
– Czyli nasze zapasy… – mówi Pilcher.
– Przeprowadzam cały szereg testów, ale wygląda na to, że wszystko przetrwało w nienaruszonym stanie.
– Ile osób z załogi obudzono?
– Tylko osiem, włącznie z nami.
Dotarli do automatycznych szklanych drzwi, prowadzących do jaskini o powierzchni ponad pięciu tysięcy hektarów, pełniącej funkcję magazynu na zapasy i materiały budowlane. Jaskinia, czule zwana arką, jest jednym ze szczytowych osiągnięć ludzkiej ambicji i talentu inżynieryjnego.
W powietrzu unosi się wilgotny, mineralny zapach.
Z sufitu zwieszają się ogromne kuliste lampy, które ciągną się jak okiem sięgnąć w głąb jaskini.
Podchodzą do humvee’a zaparkowanego przed wlotem do tunelu, Pilcherowi już brakuje tchu, w nogach czuje zbliżające się skurcze.
Pope prowadzi.
Oświetlenie jarzeniowe tunelu jeszcze nie funkcjonuje, więc humvee toczy się w dół pod kątem piętnastu stopni w deprymującą ciemność, rozjaśnianą tylko przednimi światłami, odbijającymi się od wilgotnych skał.
Pilcher siedzi z przodu, obok swojego człowieka od mokrej roboty.
Wciąż czuje się zdezorientowany, ale stopniowo wraca do siebie.
Jego ludzie powiedzieli mu, że stan zawieszenia trwał tysiąc osiemset lat, ale z każdym wdechem wydaje mu się to coraz mniej możliwe. Pilcher ma wrażenie, że zaledwie kilka godzin minęło od zabawy sylwestrowej w 2013 roku, kiedy on i cała załoga spełnili toast szampanem Dom Pérignon, rozebrali się do naga, po czym weszli do modułów zawieszających.
W miarę jak zjeżdżają w dół, czuje w uszach ucisk wywołany różnicą ciśnień.
W brzuchu narasta nerwowe łaskotanie.
Pilcher zerka przez ramię na siedzącego z tyłu Levena, szczupłego młodego człowieka o twarzy dziecka i oczach mędrca.
– Możemy bez obaw oddychać w tej atmosferze? – pyta Pilcher.
– Owszem, uległa zmianie, ale tylko nieznacznie – odpowiada Leven. – Tlen i azot nadal są, dzięki Bogu, głównymi składnikami. Obecnie jednak w powietrzu jest o jeden procent więcej tlenu i o jeden procent mniej azotu. Gazy cieplarniane powróciły do poziomu z czasów przedindustrialnych.
– Rozumiem, że rozpoczęliście już dekompresję superstruktury?
– Przystąpiliśmy do niej niezwłocznie. Już zasysamy powietrze z zewnątrz.
– Jeszcze jakieś istotne informacje?
– Nasze organizmy odzyskają pełnię sił i zaadaptują się dopiero za kilka dni.
– Co pokazuje nasz zegar elektronowy?
– Dziś jest czternasty lutego roku Pańskiego trzy tysiące osiemset trzynastego – mówi Leven z szerokim uśmiechem. – Wesołych walentynek dla wszystkich.
*
Arnold Pope zatrzymuje humvee’a, długie światła odbijają się od tytanowego portalu chroniącego przed światem zewnętrznym tunel, superstrukturę oraz wszystkich śpiących.
Pope gasi silnik, ale nie wyłącza świateł.
Wszyscy wysiadają z wozu, a Pope idzie na tył i otwiera drzwi bagażowe.
Z półki zdejmuje strzelbę powtarzalną.
– Na miłość boską, Arnie – mówi Pilcher. – Jesteś nieuleczalnym pesymistą.
– Za to płacisz mi ciężką forsę, nie? Gdyby to ode mnie zależało, jechaliby z nami wszyscy ochroniarze.
– Nie, na razie wszystko ma przebiegać kameralnie.
– Pam, mogłabyś tu poświecić latarką? – odzywa się Leven.
Kiedy dziewczyna kieruje światło na koło otwierające portal, Pilcher mówi: – Odczekajmy chwilę.
Leven się prostuje.
Pope podchodzi bliżej.
Ted i Pam zwracają się ku niemu.
Pilcher wciąż ma ochrypły głos od środków farmakologicznych, którymi go obudzono.
– Nie pozwólmy, by ta chwila nam umknęła – mówi, a jego ludzie przyglądają mu się uważnie. – Czy wszyscy pojmujecie, czego dokonaliśmy? Oto odbyliśmy najniebezpieczniejszą i najśmielszą podróż w historii ludzkości. Nie w przestrzeni. W czasie. Wiecie, co czeka na nas za tymi drzwiami?
Pilcher pozwala, by pytanie zawisło w powietrzu.
Nikt nie reaguje.
– Czyste odkrycie.
– Nie rozumiem – przyznaje Pam.
– Już to mówiłem, ale powtórzę. Oto Neil Armstrong schodzi po stopniach Apollo 11, by po raz pierwszy stanąć na Księżycu. Bracia Wright testują samolot w Kitty Hawk. Kolumb wychodzi na brzeg Nowego Świata. Nie sposób stwierdzić, co leży za tym portalem.
– Przewidywałeś, że ludzkość wyginie – mówi Pam.
– Owszem, ale moje przewidywania nie były niczym innym niż właśnie tym. Przewidywaniami. Mogłem się mylić. Za tymi drzwiami mogą stać wieżowce wysokie na trzy tysiące metrów. Wyobraźcie sobie człowieka z dwieście trzynastego roku, który wkracza w rok dwa tysiące trzynasty. „Najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć, jest tajemnica”. To słowa Alberta Einsteina. Powinniśmy smakować tę chwilę.
Leven kieruje uwagę na koło otwierające drzwi, zaczyna obracać nim w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara.
Kiedy koło zatrzymuje się w pozycji docelowej, Leven mówi: – Czy zechce pan pełnić honory?
Pilcher podchodzi do portalu.
– To ta zapadka.
Pilcher otwiera zapadkę.
Przez chwilę nic się nie dzieje.
Światła humvee’a gasną.
Mrok rozjaśnia tylko mizerna latarka Pam.
Pod ich stopami rozlega się jęk przypominający skrzypienie starego statku.
Ciężkie drzwi portalu dygoczą i zaczynają ustępować.
Potem…
Chodnik zalewa światło, sunie ku nim jaskrawa plama.
Serce Pilchera wali jak młotem.
To najbardziej ekscytująca chwila jego życia.
Na chodnik sypie się śnieg, tunel przecina porażający mróz. Pilcher mruży oczy w świetle.
Gdy wysoki na sto dwadzieścia centymetrów portal otwiera się na oścież, świat ukazuje się niczym obraz.
Widzą smagany śnieżycą las sosnowy pełen głazów.
*
Stąpając w miękkim, głębokim na trzydzieści centymetrów puchu, wchodzą do lasu.
Jest ciszej niż cicho.
Szepcze padający śnieg.
Po blisko dwustu metrach Pilcher staje. Reszta robi to samo.
– Wydaje mi się, że tędy biegła droga do Wayward Pines.
Stoją w gęstym sosnowym lesie, nigdzie nie widać ani śladu drogi.
Pilcher wyciąga kompas.
*
Idą na północ, w dolinę.
Nad nimi piętrzą się sosny.
– Ciekawe, ile razy ten las palił się i odrastał – odzywa się Pilcher.
Zmarzł. Bolą go nogi. Pewien jest, że pozostali czują podobną słabość, ale nikt się nie skarży.
Grupa brnie dalej, aż do miejsca, w którym drzewa się kończą. Pilcher nie wie dokładnie, jak daleko zaszli. Śnieg przestał padać i Pilcher po raz pierwszy widzi coś znajomego: potężne skalne zbocza, które przed blisko dwoma tysiącami lat otaczały miasteczko Wayward Pines.
Sam się dziwi, jaką otuchą napawa go ponowny widok tych gór. Dwa tysiąclecia to długi okres w odniesieniu do lasów i rzek, ale zbocza wyglądają praktycznie tak samo. Jak starzy przyjaciele.
Wkrótce grupa staje w samym środku doliny.
Nie ostał się ani jeden dom.
Nie ma nawet śladu ruin.
– Jakby tu nigdy nie było miasta – mówi Leven.
– Co to znaczy? – pyta Pam.
– Co „co znaczy”? – dopytuje Pilcher.
– Że przyroda odzyskała, co do niej należało. Miasto zniknęło.
– Trudno stwierdzić. Może Idaho jest teraz wielkim rezerwatem. Może Idaho już nie ma. Musimy się sporo dowiedzieć o tym nowym świecie.
Pilcher rozgląda się za Pope’em. Ten zapuścił się dwadzieścia metrów w głąb polany i klęka w śniegu.
– Co jest, Arnie?
Pope macha na Pilchera, żeby podszedł.
Grupa zbiera się wokół Pope’a, który pokazuje na ślady.
– Ludzkie? – pyta Pilcher.
– Mają rozmiar śladu ludzkiej stopy, ale rozstaw zupełnie się nie zgadza.
– Dlaczego?
– Czymkolwiek jest to coś, poruszało się na czterech kończynach. Widzicie? – Pope dotyka śniegu. – Tu są tylne nogi. Tam przednie. Spójrzcie na odległość między śladami. To cholernie długi krok.
*
W południowo-zachodnim zakątku doliny, pośród karłowatych dębów i topoli osikowych znajdują głazowisko. Pilcher kuca, żeby przyjrzeć się jednemu z głazów, zgarnia śnieg z podstawy. Marmur, niegdyś wypolerowany, z biegiem lat stał się chropowaty.
– Co to za kamienie? – pyta Pam, przesuwając dłonią po podobnej bryle.
– Ruiny cmentarza – odpowiada Pilcher. – Inskrypcje uległy erozji. To wszystko, co zostało z Wayward Pines z XXI wieku.
*
Wracają do superstruktury.
Wszyscy są osłabieni.
Wszyscy zmarznięci.
Znowu sypie gęsty śnieg, za całunem bieli majaczą skały i wiecznie zielone rośliny.
– Chyba nikogo nie ma w domu – zauważa Leven.
– Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobimy, będzie wysłanie dronów – mówi Pilcher. – Poślemy je do Boise, Missouli, nawet do Seattle. Dowiemy się, czy cokolwiek przetrwało.
Po własnych śladach wracają do lasu. Grupę ogarnia cisza, ale po chwili, w dolinie za nimi, rozlega się słaby, niepokojący krzyk, który odbija się echem od ośnieżonych szczytów.
Wszyscy się zatrzymują.
Pierwszemu krzykowi odpowiada drugi, niższy, ale wyrażający takie samo połączenie smutku i agresji.
Pope otwiera usta, żeby coś powiedzieć, gdy nagle w okolicznych lasach rozbrzmiewa prawdziwa kanonada krzyków.
Pędzą po śniegu, najpierw truchtem, ale gdy krzyki się zbliżają, wszyscy przyspieszają do sprintu.
Około stu metrów od tunelu nogi odmawiają Pilcherowi posłuszeństwa, pot cieknie mu po twarzy. Pozostali dobiegli już do portalu. Właśnie wchodzą do środka, ponaglają Pilchera, ich głosy mieszają się z krzykami.
Obraz świata rozmywa się w oczach Pilchera.
Ogląda się za siebie.
Wśród sosen dostrzega ruch – ścigają go jasne postacie na czterech nogach.
Dysząc, chwyta powietrze i myśli: „Zginę pierwszego dnia po wyjściu z zawieszenia”.
Świat czernieje, jego twarz kostnieje z zimna.
Nie stracił przytomności.
Po prostu leży twarzą w śniegu i nie może się ruszyć.
Krzyki się zbliżają, ktoś nagle podnosi go z puchu. Przewieszony przez ramię Arnolda Pope’a Pilcher widzi zeskakujące z drzew i nadciągające człekokształtne stworzenia, najbliższe o kilkanaście metrów od nich.
Pope wpycha go w tytanowe drzwi, a gdy Pilcher pada na ziemię, Pope gramoli się do środka.
Pilcher leży z twarzą przyciśniętą do zimnego betonu.
– Cofnij się! – krzyczy Pope. – Leżysz tuż przy drzwiach!
Portal się zatrzaskuje.
Po drugiej stronie rozlega się łomotanie o metal.
Pilcher, wreszcie bezpieczny, stopniowo traci przytomność.
Ostatnią rzeczą, jaką słyszy przed osunięciem się w mrok, są słowa Pam przekrzykującej ogólną histerię: – Co to, kurwa, za stwory!?
(...)
***
Książka nominowana w Plebiscycie Książka Roku 2015 lubimyczytać.pl w kategorii Horror.
Zaledwie trzy tygodnie minęły, odkąd agent specjalny Ethan Burke przybył do Wayward Pines. To wystarczyło, żeby pojął, co się dzieje w miasteczku. Mieszkańcom mówi się, kogo mają poślubić, gdzie zamieszkać i gdzie pracować, i wpaja im, że założyciel Wayward Pines jest bogiem. Nikomu nie wolno wyjechać, a zadawanie pytań kończy się tragicznie.
Miasteczko otacza wysokie ogrodzenie pod napięciem. Chroni przed tajemniczym zagrożeniem, które może roznieść wszystko w pył. Strach sprawia, że wszyscy mieszkańcy znajdują się pod kontrolą szaleńca i jego wyznawców...
„Krzyk” zamyka porażającą trylogię Blake’a Croucha – ale czy kończy grę pozorów?
Cykl: Wayward Pines (tom 3)
EKRANIZACJA - SERIAL /KLIKNIJ ZDJĘCIE/
TRAILER
Wayward Pines. Bunt Blake Crouch
Część druga zdecydowanie trzyma klimat, choć już nie jest tak tajemnicza, jak jedynka.
Teraz Czytelnik wie, na czym stoi:)
POLECAM CAŁĄ SERIĘ!
MOJA OCENA: 10/10
Teraz Czytelnik wie, na czym stoi:)
POLECAM CAŁĄ SERIĘ!
MOJA OCENA: 10/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!
O WAYWARD
Ogrodzenie pod wysokim napięciem zwieńczone drutem kolczastym otacza miasteczko Wayward Pines, znajdujące się pod stałą obserwacją snajperów. Każdy z jego 461 mieszkańców ocknął się tu po tragicznym wypadku. W każdym domu i miejscu pracy są ukryte kamery. Mieszkańcom mówi się, gdzie mają pracować. Gdzie mają żyć. Kogo poślubić. Niektórzy sądzą, że umarli, a wszystko, co się tu dzieje, jest życiem po śmierci. Inni uważają, że zamknięto ich w eksperymentalnym więzieniu. Wszyscy skrycie marzą o wyjeździe, ale nielicznych, którzy odważą się spróbować, czeka upiorna niespodzianka. Ethan Burke widział świat na zewnątrz. Jest szeryfem i jednym z niewielu ludzi znających prawdę. Wayward Pines nie jest zwykłym miasteczkiem. Za ogrodzeniem rozciąga się niewyobrażalnie koszmarny świat.
***
DZIEŃ WCZORAJSZY JEST HISTORIĄ.
DZIEŃ JUTRZEJSZY JEST TAJEMNICĄ.
DZIEŃ DZISIEJSZY JEST DAREM.
DLATEGO NOSI NAZWĘ TERAŹNIEJSZOŚCI.
PRACUJ CIĘŻKO, BĄDŹ SZCZĘŚLIWY I CIESZ SIĘ
ŻYCIEM W WAYWARD PINES!
Obwieszczenie dla wszystkich mieszkańców Wayward Pines (ma być obowiązkowo umieszczone w widocznym miejscu w każdym domu i zakładzie pracy).
***
ROZDZIAŁ 1
Mustin obserwował stworzenie przez celownik optyczny Schmidt & Bender blisko godzinę. O świcie wyłoniło się spoza kotła lodowcowego i znieruchomiało, gdy pierwsze promienie słońca padły na jego przezroczystą skórę. Powoli, ostrożnie schodziło wśród głazów, co pewien czas zatrzymując się i obwąchując szczątki takich samych jak ono stworzeń. Zabitych przez Mustina.
Snajper sięgnął do celownika, poprawił paralaksę i ponownie przytknął oko. Warunki były idealne – dobra widoczność, umiarkowana temperatura, brak wiatru. Kiedy ustawił zoom na dwudziestopięciokrotne przybliżanie, podobne do zjawy stworzenie wyłoniło się na tle szarej potrzaskanej skały. Z odległości blisko dwóch i pół kilometra jego głowa nie była większa niż ziarnko piasku.
Jeśli nie strzeli teraz, znowu będzie musiał namierzać cel. Istniała też możliwość, że zanim złoży się do strzału, stworzenie zniknie mu z pola widzenia. Nie byłby to koniec świata. Kilkaset metrów w głębi kanionu stało przecież ogrodzenie pod wysokim napięciem. Jeśli jednak stwór zdoła się wspiąć na zbocza nad drutem, będą kłopoty. Mustin musiałby zawiadomić o tym przez radio. Wezwać wsparcie. Dodatkowa praca. Dodatkowy czas. Uczyniono by wszystko, by nie dopuścić stworzenia do miasteczka. Niemal na pewno Pilcher złoiłby mu tyłek.
Mustin wziął długi, głęboki wdech.
Płuca się rozszerzyły.
Wypuścił powietrze.
Policzył do trzech, po czym nacisnął spust.
Brytyjski karabin AWM uderzył go w ramię, ale tłumik złagodził wstrząs. Opanował się i odnalazł w obiektywie cel, wciąż skulony na płaskim głazie na dnie kanionu.
Cholera.
Chybił.
Zazwyczaj nie strzelał z tak dużej odległości, poza tym nawet przy idealnych warunkach w grę wchodziło wiele zmiennych. Ciśnienie atmosferyczne. Wilgotność. Gęstość powietrza. Temperatura lufy. Nawet efekt Coriolisa, związany z obrotem ziemi. Wydawało mu się, że uwzględnił to wszystko w swoich obliczeniach, ale…
Głowa stworzenia znikła w różowej mgle.
Uśmiechnął się.
Pocisk Lapua Magnum kalibru .338 trafił w cel po ponad czterech sekundach.
Fantastyczny strzał.
Mustin usiadł, po czym podniósł się z ziemi.
Rozprostował ramiona nad głową.
Przedpołudnie. Na stalowoniebieskim niebie nie było ani jednej chmurki. Mustin przycupnął na dziesięciometrowej wieży strażniczej, postawionej na skalistej iglicy, wysoko ponad linią drzew. Z odkrytej platformy rozciągał się panoramiczny widok na okoliczne szczyty, kaniony, las oraz miasteczko Wayward Pines, które z wysokości tysiąca trzystu metrów wyglądało jak siateczka ulic bezpiecznie otulona doliną.
Radio zatrzeszczało.
– Mustin, odbiór – powiedział.
– W strefie czwartej zarejestrowałem kontakt z ogrodzeniem, odbiór.
– Nie rozłączaj się.
Strefa czwarta obejmowała sosnowy las wzdłuż południowej granicy miasteczka. Mustin uniósł karabin i zlustrował ogrodzenie pod baldachimami drzew, sunąc wzrokiem przez czterysta metrów. Najpierw ujrzał kłęby dymu unoszące się nad zwęglonym truchłem zwierzęcia.
– Widzę – powiedział. – To tylko jeleń, odbiór.
– Przyjąłem.
Mustin skierował karabin na północ, ku miasteczku.
W celowniku ukazały się kolorowe domy z idealnymi kwadratami jasnej trawy od frontu. Białe sztachety płotów. Potem przesunął celownik na park, gdzie kobieta popychała dwójkę dzieci na huśtawkach. Mała dziewczynka śmignęła po oślepiająco błyszczącej zjeżdżalni.
Mustin obejrzał szkolny dziedziniec.
Szpital.
Miejskie ogrody.
Ulicę Główną.
Stłumił znajome uczucie zazdrości.
Mieszczuchy.
O niczym nie mieli pojęcia. Żaden z nich. Żyli w błogiej nieświadomości.
Mustin nie darzył ich nienawiścią. Nie chciał ich życia. Już dawno przyjął rolę obrońcy. Strażnika. Jego domem było sterylne, pozbawione okien pomieszczenie we wnętrzu góry. Pogodził się z tym faktem tak, jak tylko może się pogodzić człowiek. Nie znaczyło to jednak, że w uroczy ranek, gdy patrzył na dosłownie ostatni skrawek raju na ziemi, nie czuł ukłucia nostalgii. Tęsknoty za tym, co było kiedyś.
Co już nigdy nie miało powrócić.
Przesuwając celownik po ulicy, Mustin skoncentrował się na człowieku, który szybko szedł chodnikiem. W zielonej koszuli myśliwskiej, brązowych spodniach i czarnym kowbojskim kapeluszu z szerokim rondem.
Słońce odbiło się od mosiężnej gwiazdy w klapie.
Mężczyzna skręcił za róg, a podziałka celownika znalazła się na jego plecach.
– Dzień dobry, szeryfie Burke – powiedział Mustin. – Swędzi pana między łopatkami?
(...)
***
Drugi tom trylogii „Wayward Pines” o losach agenta specjalnego Ethana Burke’a, który trafia do tajemniczego miasteczka w stanie Idaho, gdzie wszystko jest grą pozorów. Jest tylko jedna rzecz straszniejsza niż obłęd: świadomość, że jesteś przy zdrowych zmysłach…
„Wayward Pines” jest kulminacją moich dwudziestoletnich starań, których celem było stworzenie czegoś, co wywołałoby we mnie podobne odczucia jak „Miasteczko Twin Peaks”, „Przystanek Alaska”, „Z Archiwum X” czy „Lost. Zgubieni”.
Blake Crouch
Na podstawie trylogii „Wayward Pines” powstał dziesięcioodcinkowy serial telewizji FOX. W postać Ethana Burke’a wcielił się Matt Dillon – nominowany do Oscara za rolę w „Mieście gniewu”. Reżyserem filmu jest M. Night Shyamalan, twórca takich kinowych hitów jak „Szósty zmysł” czy „Osada”.
Cykl: Wayward Pines (tom 2)
EKRANIZACJA - SERIAL /KLIKNIJ ZDJĘCIE/
TRAILER
Wayward Pines. Szum Blake Crouch
Jak zaczęła się moja niesamowita przygoda z Miasteczkiem?
Przynętą.
Zachętą okładkową. Toż to drugie Twin Peaks - wpadłam w zachwyt i porwałam ebooka!
I co się okazało?
Nie Twin Peaks. Coś innego. Coś mrocznego. Coś zupełnie PRZEREWELACYJNEGO!
Pełne zaskoczenie, ponieważ nie czytałam szczegółowego opisu książki, nawet nie wiedziałam, że jest to trylogia.
Pomysł, jaki zaistniał w tej serii książek, zaskoczył mnie równie mocno, co zakończenie w Wyspie Tajemnic Lehana... Przeczytajcie, a nie będziecie mogli wyjść ze zdumienia, szczęka opada dosłownie do podłogi!!!!
Nie na piszę nic więcej, bo wszystko będzie spojlerem... Dodam tylko, że Blake Crouch słynie z mega zaskakujących zwrotów akcji, pomysłów nie z tej ziemi i jednozdaniowych szokingów:)
Bardzo BARDZO polecam tą serię!
Oczywiście - NALEŻY CZYTAĆ W KOLEJNOŚCI!!!
P.S. Nie tykajcie serialu - najgorsza ekranizacja wszech czasów!!!!
MOJA OCENA: 10/10
Przynętą.
Zachętą okładkową. Toż to drugie Twin Peaks - wpadłam w zachwyt i porwałam ebooka!
I co się okazało?
Nie Twin Peaks. Coś innego. Coś mrocznego. Coś zupełnie PRZEREWELACYJNEGO!
Pełne zaskoczenie, ponieważ nie czytałam szczegółowego opisu książki, nawet nie wiedziałam, że jest to trylogia.
Pomysł, jaki zaistniał w tej serii książek, zaskoczył mnie równie mocno, co zakończenie w Wyspie Tajemnic Lehana... Przeczytajcie, a nie będziecie mogli wyjść ze zdumienia, szczęka opada dosłownie do podłogi!!!!
Nie na piszę nic więcej, bo wszystko będzie spojlerem... Dodam tylko, że Blake Crouch słynie z mega zaskakujących zwrotów akcji, pomysłów nie z tej ziemi i jednozdaniowych szokingów:)
Bardzo BARDZO polecam tą serię!
Oczywiście - NALEŻY CZYTAĆ W KOLEJNOŚCI!!!
P.S. Nie tykajcie serialu - najgorsza ekranizacja wszech czasów!!!!
MOJA OCENA: 10/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Odzyskał przytomność, leżąc na plecach. Słońce świeciło mu w twarz, nieopodal szemrała woda. W nerwie wzrokowym czuł oślepiający ból, u nasady czaszki miarowe, bezbolesne pulsowanie – odległy grzmot nadciągającej migreny. Przekręcił się na bok, z trudem usiadł i nisko pochylił głowę. Zanim otworzył oczy, wydawało mu się, że świat się zatacza, jakby podcięto jego oś. Pierwszy głęboki oddech odczuł tak, jak gdyby między górne żebra w lewym boku ktoś wbił mu stalowy klin. Z jękiem pokonał ból i zmusił się do otwarcia oczu. Lewe musiało poważnie opuchnąć, bo miał wrażenie, że patrzy przez szparkę.
Najzieleńsza trawa, jaką kiedykolwiek widział, gęsta i miękka, porastała pochyły brzeg rzeki. Między głazami rozrzuconymi wzdłuż jej koryta płynęła czysta, wartka woda. Po drugiej stronie rzeki piętrzyła się trzystumetrowa skarpa. Na półkach skalnych rosły kępy sosen, w powietrzu unosiły się ich woń i słodki chłód płynącej wody.
Miał na sobie czarne spodnie, czarną marynarkę i białą bawełnianą koszulę poplamioną krwią. Pod kołnierzykiem zwisał mu zawiązany byle jak czarny krawat.
Przy pierwszej próbie wstania kolana ugięły się pod nim, więc usiadł, na tyle gwałtownie, że po klatce piersiowej rozeszły się wibracje rozdzierającego bólu. Druga próba okazała się pomyślna, chwiejnie stanął, a ziemia zakolebała się pod jego stopami jak pokład. Powoli się odwrócił, szerzej stawiając nogi dla utrzymania równowagi.
Stanął na skraju rozległego pola, tyłem do rzeki. W oddali, w silnym słońcu południa, połyskiwały huśtawki i zjeżdżalnie.
Oprócz niego ani żywej duszy.
Za parkiem dostrzegł wiktoriańskie domy, a dalej zabudowania przy głównej ulicy. Miasteczko nie miało więcej niż półtora kilometra szerokości, leżało w niecce okolonej czerwono żyłkowanymi skalnymi zboczami, wznoszącymi się na setki metrów. W najwyższych, ocienionych górskich żlebach utrzymywał się śnieg, ale tu, w dolinie, było ciepło, w górze rozpościerało się bezchmurne kobaltowe niebo.
Mężczyzna sprawdził kieszenie spodni, potem jednorzędową marynarkę.
Brak portfela. Brak spinacza na banknoty. Brak dowodu tożsamości. Brak kluczy. Brak telefonu.
Tylko mały scyzoryk Swiss Army w jednej z wewnętrznych kieszeni.
* * *
Kiedy dotarł na drugą stronę parku, wzmógł czujność. Był coraz bardziej zdezorientowany, ale pulsowanie w szyjnym odcinku kręgosłupa przestało sprawiać mu ból.
Wiedział pięć rzeczy:
Jak się nazywa obecny prezydent.
Jak wyglądała twarz matki, chociaż nie mógł sobie przypomnieć jej imienia ani nawet brzmienia jej głosu.
Że potrafi grać na fortepianie.
I latać helikopterem.
Wiedział też, że ma trzydzieści siedem lat.
Oprócz tych faktów świat oraz jego własne w nim miejsce były nie tyle ukryte, ile wydrukowane w obcym języku, którego nie znał. Owszem, wyczuwał prawdę unoszącą się na obrzeżach świadomości, ale pozostawała tuż poza jego zasięgiem.
Szedł cichą ulicą domów mieszkalnych, przyglądając się mijanym samochodom. Czy jeden z nich należał do niego?
Stojące naprzeciwko siebie budynki były nieskazitelnie czyste i świeżo pomalowane, płoty ogradzały idealne kwadratowe trawniczki, na czarnych skrzynkach na listy widniały nazwiska właścicieli wypisane białymi drukowanymi literami.
Za każdym niemal domem widział kipiący życiem ogród, pełen nie tylko kwiatów, ale także warzyw i owoców.
Wszystkie barwy były niezwykle czyste i nasycone.
W połowie drugiego kwartału zabudowań skrzywił się z bólu. Wysiłek związany z chodzeniem sprawił, że musiał wziąć głęboki oddech, i to on wywołał ból w lewym boku. Zatrzymał się, zdjął marynarkę, rozpiął i rozchylił koszulę. To, co pod nią zobaczył, okazało się gorsze niż ból: cały lewy bok pokrywał mu rozległy, ciemny, podbiegnięty zjadliwą żółcią siniak.
Coś musiało go uderzyć w głowę. I to mocno.
Ostrożnie przesunął dłonią po czaszce. Ból nie ustępował, z każdą chwilą stawał się silniejszy, ale prócz stłuczonego lewego boku nie czuł żadnych objawów poważnych obrażeń.
Zapiął koszulę, wsunął ją w spodnie i ruszył dalej.
Wniosek był tylko jeden: uległ jakiemuś wypadkowi.
Może był to samochód. Może się przewrócił. Może ktoś go napadł; to by tłumaczyło brak portfela.
Powinien natychmiast pójść na policję.
Chyba że…
A jeśli zrobił coś złego? Popełnił zbrodnię?
Czy istniała taka ewentualność?
Może powinien poczekać, sprawdzić, czy coś mu się przypomni.
Chociaż nic w tym mieście nie wydawało mu się choćby w najmniejszym stopniu znajome, wlokąc się ulicą, zdał sobie sprawę, że czyta nazwiska na wszystkich skrzynkach na listy. Podświadomy odruch? Czy gdzieś w zakamarkach umysłu tkwiło przekonanie, że na jednej z tych skrzynek zobaczy swoje nazwisko, a ten widok sprawi, że przypomni sobie całą resztę?
Kilka przecznic dalej, w centrum miasteczka, domy górowały nad sosnami. Po raz pierwszy usłyszał odgłos jadących samochodów, odległe głosy, szum systemów wentylacyjnych.
Pośrodku ulicy zamarł, mimowolnie przekrzywiając głowę.
Wpatrywał się w skrzynkę na listy przed czerwono-zielonym, piętrowym domem.
Nie mógł oderwać wzroku od nazwiska na skrzynce.
MACKENZIE
– Mackenzie.
To nazwisko nic mu nie mówiło.
– Mack…
Za to pierwsza sylaba, owszem. A przynajmniej wywoływała jakąś reakcję emocjonalną.
– Mack. Mack.
Czy był Mackiem? Czy tak miał na imię?
– Mam na imię Mack. Cześć, jestem Mack, miło cię poznać.
Nie.
To słowo nie spływało z języka w naturalny sposób. Nie czuł, że do niego należy. Szczerze mówiąc, nie cierpiał tego słowa, ponieważ wywoływało…
Lęk.
Jakież to osobliwe. Z jakiegoś powodu to słowo budziło lęk.
Czy ktoś imieniem Mack go skrzywdził?
Szedł dalej.
Po przejściu kolejnych trzech przecznic dotarł do skrzyżowania ulicy Głównej i Szóstej, gdzie usiadł na ocienionej ławce i powoli, ostrożnie odetchnął. Rozejrzał się wokół, rozpaczliwie szukając czegoś znajomego.
Nigdzie ani śladu sklepu.
Na rogu, po przekątnej od miejsca, gdzie siedział, znajdowała się apteka.
Tuż obok kawiarnia.
W pobliżu kawiarni stał dwupiętrowy budynek z szyldem nad werandą:
HOTEL WAYWARD PINES
Aromat kawy ściągnął go z ławki. Podniósł wzrok i uznał, że źródłem zapachu musi być lokal The Steaming Bean, mieszczący się pół przecznicy dalej.
Hm.
W zaistniałej sytuacji nie była to może najprzydatniejsza informacja, ale uzmysłowił sobie, że uwielbia dobrą kawę. Pragnie jej. Kolejny mały fragment układanki stanowiącej jego tożsamość.
Podszedł do kawiarni, pociągnął siatkowane drzwi. Lokal był mały i uroczy, po woni poznał, że znają się na parzeniu. Po prawej, naprzeciwko baru, zobaczył ekspres do kawy, młynki, miksery, butelki z dodatkami smakowymi. Trzy stołki barowe były zajęte. Pod przeciwległą ścianą stały sofy i krzesła. Półka z wyblakłymi książkami w miękkiej oprawie. Dwóch staruszków toczyło bój na szachownicy pełnej figur z różnych kompletów. Ściany zdobiły prace miejscowych artystów: szereg czarno-białych portretów kobiety w średnim wieku, która na wszystkich fotografiach miała ten sam wyraz twarzy. Zmieniała się tylko ostrość obrazu.
Podszedł do kasy.
Kiedy dwudziestokilkuletnia baristka z jasnymi dredami w końcu go zauważyła, wydało mu się, że w jej ślicznych oczach mignęło przerażenie.
„Czy ona mnie zna?”
W lustrze za kasą dostrzegł własne odbicie i natychmiast pojął, co wywołało jej zniesmaczoną minę: lewą stronę jego twarzy pokrywał pokaźny siniak, a lewe oko było niemal całkowicie zamknięte przez opuchliznę.
„Mój Boże. Ktoś spuścił mi prawdziwy łomot”.
Jeśli pominąć ohydny siniak, był całkiem przystojny. Oceniał swój wzrost na sto osiemdziesiąt, może sto osiemdziesiąt trzy. Krótkie czarne włosy i dwudniowy zarost, ocieniający dolną część twarzy. Masywna, muskularna budowa ciała, widoczna w sposobie, w jaki marynarka układała się na barkach, a koszula opinała pierś. Pomyślał, że wygląda niby dyrektor działu reklamy albo marketingu. Kiedy był ogolony i wymuskany, musiał być pewnie cholernym przystojniakiem.
– Co podać? – spytała baristka.
Oddałby wszystko za filiżankę kawy, ale nie miał grosza przy duszy, jeśli w ogóle miał duszę.
– Parzycie tu dobrą kawę?
– No, tak.
Pytanie najwyraźniej zbiło kobietę z pantałyku.
– Najlepszą w miasteczku?
– To jest jedyna kawiarnia w miasteczku, ale tak, nasza kawa daje czadu.
– Znasz mnie? – szepnął mężczyzna, nachylając się nad blatem.
– Słucham?
– Poznajesz mnie? Czy czasami tu przychodzę?
– Nie wiesz, czy już tu kiedyś byłeś?
Mężczyzna potrząsnął głową.
Kobieta przyglądała się mu przez chwilę, jakby oceniała jego szczerość i próbowała ustalić, czy ten gość z obitą twarzą jest świrem, czy może z nią pogrywa.
– Chyba nigdy wcześniej cię nie widziałam – powiedziała w końcu.
– Jesteś tego pewna?
– Cóż, w Nowym Jorku jest inaczej.
– Uczciwe postawienie sprawy. Dawno tu pracujesz?
– Nieco więcej niż rok.
– I nie jestem stałym klientem ani nikim takim?
– Z całą pewnością nie jesteś stałym klientem.
– Czy mogę cię jeszcze o coś spytać?
– Jasne.
– Gdzie my jesteśmy?
– Nie wiesz, gdzie jesteś?
Mężczyzna się zawahał, jakby część niego wzbraniała się przed przyznaniem się do tak kompletnej bezradności. Kiedy wreszcie potrząsnął głową, baristka zmarszczyła brwi, jakby nie mogła uwierzyć w to pytanie.
– Nie pogrywam z tobą – powiedział.
– Jesteśmy w Wayward Pines w stanie Idaho. Twoja twarz… Co ci się stało?
– Ja… Naprawdę jeszcze nie wiem. Czy w tym miasteczku jest szpital?
Zadając to pytanie, poczuł, jak przenika go złowrogi dreszcz.
Słabe przeczucie?
A może zimne palce głęboko ukrytego wspomnienia przesuwające się po jego kręgosłupie?
– Tak, siedem przecznic na południe stąd. Natychmiast powinieneś pójść na ostry dyżur. Mogę wezwać karetkę.
– Nie trzeba. – Cofnął się od lady. – Dzięki… jak ci na imię?
– Miranda.
– Dzięki, Mirando.
Ponowne wyjście na słońce sprawiło, że się zachwiał, a ból głowy podskoczył o kilka stopni, do dolnych stanów rozsadzających. Jezdnia świeciła pustkami, więc łamiąc przepisy, przeszedł na drugą stronę Głównej, po czym ruszył w kierunku Piątej. Po drodze minął młodą matkę z małym synkiem, który szepnął do niej coś, co zabrzmiało jak: „Mamo, czy to on?”.
Kobieta uciszyła chłopca, napotkała wzrok mężczyzny i powiedziała przepraszająco:
– Proszę wybaczyć. On nie chciał być niegrzeczny.
Mężczyzna dotarł do skrzyżowania Piątej i Głównej i stojącego przy nim piętrowego budynku z czerwonobrązowego piaskowca. Na przeszklonych podwójnych drzwiach widniał napis PIERWSZY NARODOWY BANK WAYWARD PINES. Obok domu, nieopodal bocznej uliczki, dostrzegł budkę telefoniczną.
Najszybciej, jak potrafił, pokuśtykał i zamknął się w budce.
W życiu nie widział tak cienkiej książki telefonicznej. Wertował ją w nadziei na olśnienie, ale książka składała się z zaledwie ośmiu stron i kilkuset nazwisk, które, podobnie jak wszystko inne w tym miasteczku, nic mu nie mówiły.
Upuścił książkę, która zakołysała się na metalowym sznurze, i oparł czoło o chłodną szybę.
Jego uwagę przykuły przyciski z cyframi.
Poczuł cudowną ulgę i uśmiechnął się.
„Znam swój numer domowy”.
Zanim podniósł słuchawkę, dla pewności kilkakrotnie wstukał numer, który zdawał się spływać mu z opuszek palców z łatwością utrwalonej wiedzy i pamięci mięśniowej.
Zadzwoni na koszt rozmówcy, modląc się, żeby ktoś był w domu, przy założeniu, że kogoś miał. Oczywiście nie zdoła się przedstawić, w każdym razie nie prawdziwym nazwiskiem, ale może rozpoznają jego głos i przyjmą rozmowę.
Podniósł słuchawkę i przyłożył do ucha.
Wysunął palec w stronę „0”.
Brak sygnału.
Kilkakrotnie kliknął widełkami, ale bez rezultatu.
Zdziwiło go, jak szybko wezbrała w nim wściekłość. Trzasnął słuchawką. Lęk i gniew, niczym pospiesznie, kilkakrotnie uruchamiany zapłon, przetoczyły się przez niego w poszukiwaniu ujścia. Cofnął prawą rękę z zamiarem uderzenia pięścią w szybę, niech szlag trafi knykcie, ale płomień bólu w obitych żebrach przesłonił wszystko. Mężczyzna zgiął się wpół i runął na podłogę.
Pulsowanie u podstawy czaszki narastało.
Zaczął widzieć podwójnie, potem obraz się zatarł, przeszedł w ciemność…
(...)
***
Jest tylko jedna rzecz straszniejsza niż obłęd: świadomość, że jesteś przy zdrowych zmysłach…
Agent specjalny Ethan Burke przybywa do Wayward Pines w stanie Idaho w poszukiwaniu dwóch zaginionych funkcjonariuszy. Tuż po tym, jak przekracza granice miasta, rozpędzona ciężarówka taranuje jego auto. Burke traci pamięć. Nie wie, kim jest i gdzie się znajduje. Szybko jednak zauważa, że w miasteczku dzieją się dziwne rzeczy, a kontakt ze światem zewnętrznym jest niemożliwy. Ethan ma nowy cel: przetrwać.
Cykl: Wayward Pines (tom 1)
EKRANIZACJA - SERIAL /KLIKNIJ ZDJĘCIE/
TRAILER



















