"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawne. Pokaż wszystkie posty
Nasze imię Legion, nasze imię Bob Dennis E. Taylor

Nasze imię Legion, nasze imię Bob Dennis E. Taylor

"Większość ludzi nazwałaby cię Sztuczną Inteligencją, choć to nie jest do końca poprawne. Jesteś kopią umysłu Roberta Johanssona, stworzoną ze skanu jego kriogeniczne zamrożonego mózgu na poziomie podkomórkowym.Te dane zostały zmigrowane do symulacji komputerowej. Jesteś, praktycznie, programem komputerowym, który myśli, że jest Robertem Johanssonem. Replikantem."

Choć połowy technicznych tekstów nie rozumiałam kompletnie, ogólny zarys skumałam.
I pośmiałam się nie raz:)

W zrozumiałym skrócie?

Nasz bohater zdobywa fortunę, kupuje sobie pseudo :ubezpieczenie na życie", a raczej na "niedożycie": w razie jego śmierci, mają mu zamrozić głowę i odmrozić w czasach, w których będzie możliwa jego pełna rekonstrukcja...
Daleka przyszłość, zero stresu.
Nie spodziewał się, że ta przyszłość zapuka do jego drzwi już drugiego dnia...

Nasz bohater budzi się (zostaje wybudzony) jako... program komputerowy, tzw. DATA.

Okeeeey;)

I robi się całkiem zwariowanie - Ziemie niszczy wybuch nuklearny, a on sam, przed wybuchem, dostaje misję od ludzi - ma w kosmosie szukać planet, nadających się do zamieszkania.

I wsio.

Świetna narracja, bardzo zabawna chwilami i bardzo przystępna, pomimo tylu technicznych opisowych czarnych dziur.

Polecam, sięgnę po tomy następne;)

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Bob Johanson właśnie sprzedał swoją firmę informatyczną i już nie może się doczekać życia pełnego atrakcji - książek do przeczytania, filmów do obejrzenia i miejsc do odwiedzenia. Więc to trochę niesprawiedliwe, gdy po chwili śmiertelnie potrąca go samochód.

Budzi się sto lat później i stwierdza, że odmrożeńcy nie mają już żadnych praw, jest więc własnością państwa. Został przekopiowany do komputera i ma zostać inteligencją sterującą międzygwiezdną sondą kosmiczną, szukającą planet do zamieszkania. Stawka jest wysoka - co najmniej trzy inne państwa próbują pierwsze wystrzelić takie sondy, a nie grają czysto.

Najbezpieczniej mu będzie w kosmosie, jak najdalej od Ziemi. Ale tak mu się tylko wydaje. Bowiem wszechświat też jest pełen wrednych istot, które wcale nie lubią, gdy wkracza się na ich teren.

Cykl: Bobiverse (tom 1)





AUTOR


Dziennik samobójców Błażej Przygodzki

Dziennik samobójców Błażej Przygodzki

"Różowa cera jak pupa noworodka, jasne, błyszczące trzeźwością oczy. Chodząca reklama vibovitu. Dobrze, że mam już pusty żołądek."

I bardzo dobra byłaby to historia, gdyby nie gmatwanina i słowotok:)
Już od połowy pogubiłam się, o co tak naprawdę tu cmmon;)
Ale...
Rewelacyjne tekstowe majstersztyki - niektóre pożyczam na ever! XD
Uśmiałam się;))))

MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Mijały minuty...

Mijały minuty. Oczy Koksa nie mogły przyzwyczaić się do wszechogarniającej ciemności. Dziwne to uczucie, gdy istnieje świadomość własnego ciała, a nie można dostrzec nawet jego zarysów. Koks zamykał i otwierał powieki, sprawdzając, czy na pewno nie ma żadnej różnicy. Dotykał rękami nóg, głowy, ramion, aby upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu.
W pewnym momencie czerń przestała być absolutna i doskonała. Pojawiła się w niej dziura, wyłom, szpara. Nie mogło być mowy o pomyłce czy też halucynacji. Na końcu znajdowało się światełko. Światełko w tunelu. Maciupeńka jasność. Oczko w pończosze nocy. Z wdzięcznością przyjął ten drogowskaz. Ruszył z impetem osiągnąć cel, choć niepewnie wyciągał nogi w obawie, że wpadnie do jakiejś dziury.
Szedł dłużej, niż przypuszczał. Potykał się o przedmioty pozostawione przez tych, którzy przed nim pędzili do celu. Kaleczyły boleśnie parasolki, wózki inwalidzkie, szkła okularów. Zaciskał bohatersko zęby, bo jedno było pewne – miejsce przeznaczenia jest coraz bliżej. Wszystkimi zmysłami pojmował, że klimat zaczyna się zmieniać. Poświata rosła – była coraz większa, silniejsza, cieplejsza. Podniecony przyspieszył kroku, aby po chwili stanąć jak wryty.
Jasność nie była wyjściem, ale wielkim, białym gorylem.

7 stycznia 2010 roku 
6 dni do samobójstwa

Drobnymi kroczkami poszedłem do ciemnej kuchni. Maleńkie okno przystrojone w kwieciste zazdrostki nie zapewniało dostatecznej ilości światła. Może to i lepiej. Skąpany w mroku przez zamazaną szybę mogłem bezpiecznie podglądać świat. Stąd miałem widok na paskudne, odrapane, gierkowskie podwórko. Wokół było brudno, szaro i parszywie. Na środku pozbawionego trawy placyku trzech facetów w kraciastych koszulach piło wino prosto z butelek. Wyglądali, jakby się tu urodzili. Żaden pisarz by ich lepiej nie wymyślił. Perfekcyjni w najdrobniejszych szczegółach – od kącików zaropiałych oczu po czubki palców w dziurawych skarpetkach. Przypisani do takich podwórek jak odłupany tynk, połamane ławki, przepełnione śmietniki czy zasikane piaskownice. Przyjemnie było ich czasem obserwować z bezpiecznej odległości. Jak w telewizorze. Bieda, patologia, czasem agresja. Patrzysz i aż dusza rośnie, że masz lepiej od nich. Kiedy chcesz, zawsze możesz zaciągnąć zasłony. Niestety, fonię wyłączyć trudniej. Pijackie wrzaski nocą słychać nawet ze stoperami w uszach. Na początku nie mogłem przez nie spać. Teraz ich bełkot mnie tulił. Zasypiałem ze świadomością, że jutro rano ktoś będzie czuł się gorzej ode mnie.
Ale nie dziś. Przyszedł taki czas, że im zazdrościłem. Bolały mnie wszystkie części ciała i każda z osobna. Usiadłem na drewnianym taborecie i spróbowałem policzyć palce u rąk. Gdy dochodziłem do siódmego, wszystko mi się myliło i musiałem zaczynać od nowa. Męczyło mnie pragnienie, ale bałem się cofki. W stopy i dłonie było mi potwornie zimno, jednak gdy dotykałem czoła, czułem, że mam gorączkę. Od tykania starego ręcznego zegarka mało nie pękły mi bębenki w uszach. Zdjąłem go z przegubu dłoni i siadłem na nim. Na nic mądrzejszego nie wpadłem. Żałowałem, że nie mam halucynacji. Może one pozwoliłyby chociaż na chwilę zająć się czymś innym.
Przez załzawione oczy widziałem tylko zarysy kształtów zaniedbanej kuchni. Obrus na stole, przy którym siedziałem, był jedną wielką mozaiką okruszków, butelek, puszek, popielniczek z talerzyków i zwiędłych warzyw. Martwa natura ze zgniłym pomidorem na środku.
– Ta skarpetka na blacie i kiepy na patelni – świetne! Obok mamy malowniczo zatkany zlew i lepiącą się podłogę. Więcej dżemu na ścianie! Gdzie są butelki po wódce?!
– Gdzie do cholery mają być, jak piłem w knajpie?! – krzyknąłem do ekscentrycznego faceta w mojej głowie, czując znów skurcz w przełyku. Ruszyłem do łazienki, próbując ocalić resztki godności i nie zwymiotować na siebie. Dobiegłem. Pewnym ruchem podniosłem pluszową klapę i klękając, zanurzyłem twarz w czeluść porcelany.
Ulga, kojący dźwięk wody obmywającej muszlę i praca dolnopłuku wyciszyła mnie na tyle, że poczułem się bezpieczny, a nawet nabrałem ochoty na spacer. Ludzie jadą w góry, aby posłuchać szumu strumyka, narażając się na pogryzienia przez kleszcze, wdepnięcie w kupę i ukąszenie żmij. Ja mam to wszystko na miejscu i za darmochę. W dodatku pozycja klęcząca jest naprawdę wygodna. Dużo lepsza od siedzenia czy też leżenia. Naturalna. Jak ułożenie płodu w łonie matki. Powinienem w tej pozycji spędzać więcej czasu.
Niestety. Wszystko co dobre mija bezpowrotnie. Ktoś dobijał się do drzwi. Najpierw delikatnie zagiętym paluszkiem. Później zaciśniętą pięścią, aby na koniec pomagać sobie nogami. Zaraz na korytarz wypełzną opatuleni w szlafroki życzliwi sąsiedzi.
Wytarłem rękawem stróżkę śliny spływającą po brodzie, wstałem i opierając się o ścianę, dotarłem do przedpokoju. Już miałem odsunąć zamek, gdy przypomniałem sobie, że jestem nagi. W jakimś akcie desperacji przesunąłem drzwi zabudowanej szafy i wyciągnąłem z niej brązowe, tweedowe palto. Nieudany prezent urodzinowy od matki. Postawiłem kołnierz i związałem płaszcz paskiem. Otworzyłem drzwi i stanąłem oko w oko z Pająkiem.
– Wybierasz się gdzieś? – zapytał z kpiną w głosie.
– Zwariowałeś – mruknąłem, wpuszczając najbliższego przyjaciela do środka. – Poczekaj chwilę i daj mi się ubrać.
– Nie przeszkadzaj sobie! – drwił dalej. – Nie wiedziałem, że jesteś zboczeńcem parkowym. Jeśli chcesz iść pobiegać i trochę się poobnażać, ja tu poczekam. Tylko uważaj, bo zimno, możesz przeziębić nerki.
– Uspokój się – mruknąłem, patrząc na niego z zazdrością.

Pająk w doskonałym humorze wszedł do pokoju i usiadł w fotelu, wykazując całkowity brak szacunku dla gazet na nim leżących (...) 


***
Wrocław, schyłek PRL-u. Grupa przyjaciół ślubuje, że gdy pierwszy z nich skończy 35 lat, wspólnie odbiorą sobie życie. Mija czas, młodzi ludzie tracą ze sobą kontakt i zapominają o przyrzeczeniu. Tymczasem pewnego dnia wszyscy dostają zaproszenie na "samobójcze party". Niewinny pomysł z przeszłości powraca i… kończy się tragicznie – czwórka z nich ginie, jedynie Koks przeżywa, tyle tylko, że pomału popada w obłęd. Sny i majaki stają się rzeczywistością. Koks udaje się w podróż na granicę dwóch epok – zmierzchu szarego komunizmu i początku nowej wolnej Polski... Pełna zaskakujących zwrotów akcji intryga wciąga coraz bardziej. Jak się skończy ta śmiertelna układanka?





Po trochu - Weronika Gogola

Po trochu - Weronika Gogola

Zaskoczenie.

Najpierw niemiłe - chodzi mi o tekst "cegłę" - zero dialogów, minimum akapitów. Zazwyczaj moja percepcja czytelnicza odbijała się od takiego formatu, jak od ściany... Wiadomo, takie czyta się najciężej.

Potem mega miłe! 
Magiczny świat dziecięcej wyobraźni!

Niezależnie od formy - treści są rewelacyjne! 
Bardzo zabawne, spostrzegawcze, ukazujące przecudowny świat PRZEBOGATEJ, a jednocześnie prostej wyobraźni Weroniki i postrzeganie świata przez pryzmat ciągle towarzyszącej jej śmierci.

Narracja pierwszoosobowa, a narrator - błyskotliwa i bystra Weroniczka, snuje swoje opowieści, już od wieku przedszkolnego, do prawie dojrzałego...:)

Polecam!!!!

MOJA OCENA: 7/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Najpiękniejszą muzykę grają świerszcze i żaby. Kiedy otwiera się okno w ciemności, latem, kiedy jest bardzo ciepło, słychać głosy świerszczy przeplatane z żabimi i wtedy szybciej się zasypia. Bardzo lubię łapać świerszcze i przyglądać im się z bliska. One są dobre, bo grają muzykę. Im nigdy nie zrobiłabym krzywdy. Tak jak świetlikom, chociaż świetliki są trochę dziwne. Zawsze w imieniny wujka Jansiusia robiliśmy ognisko, biegaliśmy z kiełbaskami nabitymi na patyki i łapaliśmy świetliki do słoików, bo mieliśmy nadzieję, że będą świecić razem i zrobi się lampa. Ale świetliki bały się, gasły im kuperki i nic z tego nie wychodziło. Nie przeszkadzało mi to wciąż je lubić. Za to bardzo nie lubiłam pająków, bo gryzły mnie w nocy. Dlatego z zemsty lubiłam wyrywać im nogi. Tata mówił, że to nieuczciwe i że tak nie wolno, bo dawniej mawiano, że pajęczyna w domu dobrze o domu świadczy. I że dawniej, jak nie było antybiotyków, to brało się piętkę chleba, śliniło i przylepiało pajęczynę. Ciocia też zawsze to powtarzała, a jednak brała kolorową jak tęcza miotełkę i ściągała wszystkie pajęczyny ze ścian i zakamarków.
Najwięcej pajęczyn było na starym ganku, który był zawsze zamknięty, odkąd umarł dziadek Staszek i przenieśli tamtędy trumnę. Wtedy postanowili zrobić wejście do domu od drugiej strony. Na ganku stała stara wersalka i maszyna do szycia Singer, bo to było jeszcze przed tym, jak wszyscy zaczęli kupować maszyny Singer i stawiać je w salonach. Kluczyk do ganku wisiał w piwnicy obok grabek. Nie wolno nam było tam wchodzić, ale ja wiedziałam, gdzie jest. Zawsze wiedziałam takie rzeczy. Któregoś razu, kiedy przyjechała Tina z Tarnowa, wpadłam na pomysł, że możemy przecież niezauważone przez nikogo wziąć ten kluczyk i wejść do środka. Tak też zrobiłyśmy. Na werandzie pachniało inaczej niż w całym domu, kurz był pomarańczowy, ściany kruszyły się na różowo. Zaczęłyśmy skakać po wersalce, która strasznie skrzypiała, i wtedy zauważyłyśmy, że za nią jest strasznie dużo martwych motyli. Najwięcej było tam paziów królowej. Zaczęłyśmy je wyciągać i delikatnie kłaść jeden obok drugiego. Wyglądały, jakby spały. Niektóre z nich były już mocno pokruszone. Zebrałyśmy dziesięć paziów królowej, jedno skrzydło cytrynka i jedną ćmę. Włożyłyśmy wszystko do starego pudełka na nici, które znalazłyśmy w singerze. Postanowiłyśmy, że trzeba im sprawić pogrzeb, że zasługują na swoje własne cmentarzysko. Wyniosłyśmy pudełko z werandy, zostawiłyśmy klucz w piwnicy i poszłyśmy do ogródka cioci Teresy. Ogródek Mamy był ogródkiem warzywnym, rosły tam truskawki, sałata, marchewka, pietruszka, cebula. W ogródku cioci były tylko kwiaty i jedna grządka truskawek. Znalazłyśmy miejsce za altaną obrośniętą winoroślą. Było tam bardzo ciemno i wilgotno. Wykopałyśmy grabkami dołek i włożyłyśmy pudełko do środka. Chciałyśmy coś zaśpiewać, ale nie wiedziałyśmy co. Coś pogrzebowego. Tylko że nic nie znałyśmy. Tina stwierdziła, że najlepiej będzie zaśpiewać piosenkę z Pocahontas. Najpierw udzieliłyśmy sobie komunii świętej: Tina uklękła przede mną, a ja położyłam jej winogrono na język, mówiąc: Ciało Chrystusa. Przeżegnała się, po czym wstała, ja uklękłam, ona położyła mi winogrono na język i tym razem ona powiedziała: Ciało Chrystusa. Po czym wstałyśmy, przeżegnałyśmy się raz jeszcze dla pewności i odśpiewałyśmy w skupieniu Kolorowy wiatr. Bardzo lubiłyśmy bawić się w pogrzeby i w komunię świętą. (...)
Obudziłam się w innym pomieszczeniu. Na łóżku, które też pachniało apteką i krochmalem. Obok mnie stał Jacuś: "Weroniczko, teraz nie możesz się ruszać. Miałaś punkcję. Musisz leżeć nieruchomo. Wytrzymasz?"Jeszcze nigdy nikt mnie o to nie prosił. Nie potrafiłam się nie ruszać. Przecież miałam owsiki w dupie, przecież nigdy nie wygrałam w przedszkolu w "króla ciszy", nienawidziłam tej gry. Ale Jacuś miała jakąś taką poważną minę: "Jak będzie ci się chciało siku, musisz zawołać, dobrze? Nie możesz się ruszać. " A ja: "Gdzie mama? Mamusiu!!!" A Jacuś: "Mama nie może tu przyjść, bo jesteś na oddziale zakaźnym,wiesz?"Nie wiedziałam, co to jest "oddział", ani nie wiedziałam, co znaczy "zakaźny". Ale Jacuś wszystko mi wytłumaczył. Powiedział mi, że miałam punkcję w kręgosłup i że dlatego nie mogę się ruszać, bo kręgosłup jest jak szklane pałeczki Fraglesów i może szybko się skruszyć. I że to dlatego nie mogłam dotknąć brodą klatki piersiowej i miałam biały język. I że ta choroba jest niebezpieczna, bo ma takie zarazki, którymi mogłabym zarazić innych, na przykład Mary, a Mary jest o wiele mniejsza i nie aż taka dzielna jak ja, i mogłaby nie poradzić sobie z tą chorobą. A ja na pewno dam radę. Wszyscy Indianie w Porembisku o tym wiedzą. To ciężka choroba, ale przecież ja dam radę, co bym miała nie dać. Jestem lepsza niż Xena, wojownicza księżniczka. A choroba nazywa się zapalenie opon mózgowych.Bardzo mnie to zdziwiło. Do tej pory nie wiedziałam, że mam w mózgu opony. Zastanawiałam się, jak mogły się tam zmieścić. Wyobrażałam sobie, że w głowie, w środku, mam ogromny tor żużlowy, taki jak ten w Tarnowie, i że po tym torze toczą się wielkie opony, które ktoś podpalił. Toczyły się bardzo szybko, czułam zapach palonej gumy i bałam się, że od tych palonych opon mogę dostać raka. Krążyły coraz szybciej, a ja uciekałam przed nimi, coraz szybciej i szybciej, aż się przewróciłam i żużel wbił mi się pod skórę. To wtedy po raz pierwszy poczułam, że jestem sama. I że są takie chwile, kiedy nie ma Mamy i Taty. Człowiek jest sam. Ze swoimi oponami.(...)
***
Najlepsze historie ze swojego życia zawsze opowiada się po trochu, po kawałku, to zwykle jakieś urywki, fragmenty. Ktoś coś zapamiętał i z tej pamięci rodzą się najpiękniejsze opowieści. Zupełnie tak, jakby siąść z przyjacielem i zacząć mu opowiadać: o sobie, o dzieciństwie na wsi, o Mamie, a jeszcze bardziej o Tacie, o wujkach, ciotkach, kuzynach. W takich chwilach chodzi o to, by mówić normalnie – bez zadęcia, bez patosu, bez wstydu: o pierwszych widzianych pożarach, o stratach, które przygotowują nas na kolejne odejścia, o czarach, o sikaniu na stojąco, o wsi, o „fuszkach życia”, o tym, że Mama mogłaby być Stingiem, a nie jest tylko dlatego, że jej się nie chce.

I właśnie tak, jak w zwykłym życiu, o najważniejszych sprawach, i o tych całkiem zwyczajnych, które zna każdy – mówi się w Po trochu.


ZGARNIJ EBOOKA W

Kraken - China Miéville

Kraken - China Miéville

Bardzo dziwna i początkowo dość trudna to powieść, ale potem (jak już człowiek przyzwyczai się do stylu pisarza) action się rozkręca:) I jest parę NAPRAWDĘ MEGA GENIALNYCH tekstów i bohaterów:)
Polecam dla troszkę wytrwałych:)


MOJA OCENA: 7/10

„Kraken”, najnowsza powieść Chiny Miéville’a, to jedna z najdziwniejszych, najzabawniejszych i najbardziej mrożących krew w żyłach książek, jakie można przeczytać zarówno w tym, jak również w dowolnym innym roku. Autor uchyla drzwi do Londynu, jakiego nie widuje się codziennie: to niezwykła metropolia, poruszana odwiecznymi prądami mitów i magii, miejsce, gdzie przestępcy, policjanci, kultyści i magowie uwikłani są w bezwzględną wojnę, która może wywołać – lub zatrzymać – ostateczny koniec.

Głęboko w skrzydle badawczym Muzeum Historii Naturalnej znajduje się bezcenny eksponat – jeden z tych, które trafiają się badaczom rzadziej niż raz na pokolenie – idealnie zachowana kałamarnica olbrzymia. Co może oznaczać nagłe, tajemnicze zniknięcie tego okazu?

Dla kustosza muzeum, Billy’ego Harrowa to jedynie początek drogi wiodącej w sam środek podziemnego Londynu, pełnego walczących kultów, surrealistycznej magii, apostatów i zawodowych zabójców. Możliwe, że istota, którą zakonserwował w formalinie jest nie tylko biologiczną ciekawostka – niektórzy uważają, że to sam bóg.

Bóg, którego wyznawcy modlą się o koniec świata.




  








Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger