"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alaska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alaska. Pokaż wszystkie posty
Dzikie serce Jamey Bradbury

Dzikie serce Jamey Bradbury

"... od początku zdawała sobie sprawę, że nie da się uciec przed dzikością we własnym sercu."

Jedna z dziwniejszych historii, jakie czytałam - chodzi mi o pomysł.
Bardzo klimatyczna (Alaska, zima, zaprzęgi psie), ale nie zakwalifikowałabym jej jako adekwatnej lektury dla młodzieży - jest tam parę, a creepy momentów...
Ocena byłaby wyższa, ale typ narracji trochę psuje klimat.


Skrócik.

Siedemnastoletnia Tracy Petrikoff, urodzona w Alasce, dzika traperka i doskonały myśliwy, spędza całe dnie na tropieniu zwierząt i bieganiu z psami w odległych lasach, otaczających rodzinny dom. Jest wolna i szczęśliwa. Musi przestrzegać tylko trzech zasad, jakie wpoiła jej matka: 

1. Nigdy nie trać wzroku z domu. 
2. Nigdy nie wracaj do domu z brudnymi rękami.

3. Nigdy nie zrań człowieka.

Ale te środki ostrożności nie wystarczą, aby chronić Tracy, kiedy pewnego dnia obcy mężczyzna atakuje ją w lesie i pozbawia przytomności. Dziewczyna niewiele pamięta z napaści, nie mówi o niej nikomu.
Następnego dnia dostrzega mężczyznę wyłaniającego się lasu, poważnie rannego. Rana wygląda jak od noża myśliwskiego, podobnego do tego, który nosi w kieszeni. Czy to ten mężczyzna ją zaatakował i czy ona prawie go zabiła? Nie pamięta.
Przygotowania do wyścigu zaprzęgów, pomoc ojcu (po śmierci matki) w prowadzeniu domu, zajmowanie się młodszym bratem dodatkowo zaprząta myśli młodej dziewczyny. A kiedy na terenie ich posiadłości pojawia się tajemniczy chłopak, Jesse Goodwin, szukający pracy, Tracy jest pewna, że on coś ukrywa.

Niebezpieczeństwo zaczyna być wyczuwalne przez skórę.
Tajemniczy Jessie.
Ranny napastnik, który dawno opuścił szpital i nie wiadomo, gdzie się podziewa.
Odciski butów na śniegu, na skraju lasu.
Kto jest zagrożeniem?
Czy Tracy uratuje swoją rodzinę?
Kto tak naprawdę jest tu łowcą, a któ zwierzyną?
I jaką straszną tajemnicę skrywa natura Tracy, o której wiedziała tylko jej matka?

Polecam, zupełnie nieoczywista opowieść o żądzy krwi.
I nie ma tam nic z Kinga, jak to obiecuje opis z okładki.

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!






***


Nastoletnia Tracy, wychowana w dzikich ostępach Alaski, spędza całe dnie na tropieniu zwierząt i powożeniu psim zaprzęgiem w lasach otaczających jej rodzinny dom. Chociaż czuje się bezpieczna w tej dziewiczej krainie, zawsze przestrzega zasad, których nauczyła ją matka, zanim zginęła:

Nigdy nie trać domu z oczu.

Nigdy nie wracaj do domu z brudnymi rękami.

A przede wszystkim: Nigdy nie rań innych ludzi do krwi.

Pewnego dnia ktoś atakuje Tracy w lesie. Dziewczyna nie pamięta dokładnie, co się stało, ma jednak wrażenie, że zanim straciła przytomność, zraniła go nożem. Do krwi. Ale nie ma czasu się nad tym zastanawiać, jest zajęta przygotowaniami do zbliżających się zawodów Iditarod.

Wkrótce zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Niepokojący lokator, który podstępnie wkrada się w łaski rodziny. Groźna twarz nieznajomego w tłumie. Odcisk buta na skraju lasu… Rodzina Tracy jest w tarapatach.

Dzikie serce to nietypowa opowieść o miłości i niesamowity horror – jak połączenie sióstr Brontë ze Stephenem Kingiem.






Wielka samotność Kristin Hannah

Wielka samotność Kristin Hannah

"Alaska (...) To piękno i groza. Wybawca i wróg. Tutaj, w tym najdzikszym miejscu w Ameryce, na obrzeżach cywilizacji, gdzie woda w każdej postaci może człowieka zabić, a przetrwanie zależy od ciągle dokonywanych wyborów, dowiadujesz się, kim jesteś (...) zderzasz się z prawdą o sobie. Uczysz się, co robić, żeby przetrwać."

Rewelacyjna literatura. Opowieść o sile przetrwania. I głupocie kobiet. I pseudo władzy mężczyzn. O potworach w ludzkiej skórze, którzy pod przykrywką swojej "choroby" liczą jeszcze na litość. I ją dostają. Od najbliższych - co jest najbardziej żałosne...  
Ale nie od wszystkich.
Rewelacyjny klimat. 
Czytałam na silniczku wqurzenia przez 2/3 książki.


Opowieść o rodzinie - pełnej poddaństwa, strachu, wyczekiwania, niepewności, udawania. Żyjącej jak w klatce z lwem. Wściekłym. Jedynym królem w zamku. 


"Tata opisywał jej niebezpieczeństwa czekające na nią na zewnątrz, tymczasem największe zagrożenie czaiło się w ich własnym domu."

Matka. A właściwie powinnam napisać - ŻONA. Bo to był jej priorytet.
Nie wiem nawet, co napisać o tej kobiecie. Strasznie zawsze drażnią mnie na maksa takie plastusie, tłumaczące się miłością i aż tak bardzo wyrozumiałe, że zniosą nawet najgorsze cięgi, w imię miłości i poświęcenia. Dla męża.


"Jesteś za młoda, żeby takie rzeczy zrozumieć. On nie chciał. On czasami... po prostu... Za bardzo mnie kocha."

PADŁAM!

Zrehabilitowała się ona w moich oczach dopiero później, ale przez ten cały czas największą nienawiścią - o tak, nienawiścią - darzyłam ją właśnie. Tym bardziej, że była też matką.

Córka. 
Jedyna ogarnięta w tym całym szale bestialstwa dziewuszka, która dzięki swojej wyobraźni, książkom, sile charakteru i przyjaźni potrafiła się odnaleźć i przeżyć w tej chorej rzeczywistości, jaką zgotowali jej rodzice. Obydwoje.


"- A więc uciekniemy. Bez niczego. - Z życiem."

I ON - ojciec - psychiczna głowa rodziny.
Determinujący wszystko. Każdą decyzję, która MUSI BYĆ wspólna.
Weteran wojny w Wietnamie, który wykorzystuje swoją traumę po to, aby dręczyć osoby, które kocha nad życie /jego deklaracje/. I te ciągłe obietnice bez pokrycia - więcej nie będę...


"Będę się starał, Rudzielcu. Obiecuję. Kocham twoją mamę jak... Ona jest moją heroiną. Rozumiesz?"

Rasowy psychopata, którego zatłukłabym już na samym początku książki. Żałosny człowieczek, godny pogardy. Jego nienawidziłam na drugim miejscu.


"Jestem chory, Rudzielcu. Wiesz o tym. Psychiatrzy nazywają to zespołem stresu pourazowego. Kupa cholernego medycznego bełkotu, ale halucynacje i koszmary naprawdę mnie dopadają. Nie mogę pozbyć się tego świństwa z głowy i to mnie doprowadza do szału."
Błagam...:/

Oprócz tej całej toksyny i szaleństwa, jest też piękno w tej opowieści.
Piękno Alaski, pomimo jej surowości. Piękno bratnich dusz. Piękno ludzkiego współczucia i solidarności. Piękno przyjaźni. Piękno miłości. I jej owoc :)


"W nieprzewidywalnej, dzikiej alaskańskiej przestrzeni albo się wzmocnisz i rozwiniesz, albo uciekniesz z krzykiem od ciemności, zimna i trudów życia. Wielka Samotność nie uznaje kompromisów i nie oferuje bezpieczeństwa. Dla nielicznych: niezłomnych, silnych marzycieli, Alaska na zawsze stanie się domem, pieśnią, którą można usłyszeć, gdy cichnie i nieruchomieje świat." 

POLECAM!

Film byłby boski!


P.S. I malutki cytacik dla miłośników Króla Kinga XD


"Wieczorem po kolacji Leni siedziała na łóżku z Bastionem Stevena Kinga. Od przyjazdu do Seattle zdążyła przeczytać trzy jego powieści i odkryła w sobie nową pasję. Żegnaj, literaturo fantastycznonaukowa, żegnaj, fantastyko, witaj, horrorze."

MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

1

Wiosną deszcz targany podmuchami wiatru bębnił o dachy. Woda wdzierała się w najwęższe szczeliny i podmywała najsolidniejsze fundamenty. Skarpy, które przetrwały pokolenia, pękały i osuwały się błotnistą mazią na drogi, porywając ze sobą domy, samochody i baseny. Powalone drzewa zrywały linie elektryczne; nie było prądu. Rzeki występowały z brzegów, zalewały posesje, niszczyły domy. Ludzie, którzy normalnie się kochali, warczeli na siebie, temperatura kłótni rosła wraz z poziomem wód i ilością padającego deszczu.
Leni też się denerwowała. Była w szkole nowa, ot, po prostu anonimowa twarz w tłumie; dziewczynka z długimi włosami z przedziałkiem pośrodku, która nie miała przyjaciół i zawsze chodziła sama.
Siedziała na łóżku z chudymi nogami podciągniętymi pod brodę, obok leżało Wodnikowe wzgórze w miękkiej oprawie z oślimi uszami. Przez cienką ścianę ich parterowego domu słyszała matkę:
– Ernt, kochanie, proszę cię. Posłuchaj… – i gniewną odpowiedź ojca:
– Coro, odczep się, do cholery.
Znowu to samo. Kłócą się. Krzyczą.
Niedługo przyjdzie kolej na płacz.
W taką pogodę ojciec wpadał w czarny nastrój.
Leni zerknęła na zegar przy łóżku. Jeżeli natychmiast się nie pozbiera, spóźni się na lekcje, a w gimnazjum niepotrzebne zwracanie na siebie uwagi jest jeszcze gorsze od bycia nową. Boleśnie się o tym przekonała – w ciągu ostatnich czterech lat chodziła do pięciu szkół. I chociaż w żadnej z nich nie znalazła sposobu na nawiązanie przyjaźni, uparcie liczyła na akceptację. Westchnęła ciężko, wyprostowała nogi i zsunęła się z wąskiego łóżka. Cicho przeszła przez swój skromnie umeblowany pokój, wysunęła się na korytarz i przystanęła w wejściu do kuchni.
– Do cholery, Coro – odezwał się ojciec. – Wiesz, jakie to dla mnie trudne.
Mama podeszła do niego z wyciągniętymi ramionami.
– Kochanie, potrzebujesz pomocy. To nie twoja wina. Te koszmary…
Leni odchrząknęła, chcąc przyciągnąć uwagę rodziców.
– Hej! – bąknęła.
Na jej widok ojciec odsunął się o krok od matki. Widziała znużenie i rezygnację na jego twarzy.
– Ja… muszę do szkoły.
Mama wyjęła papierosa z kieszonki na piersi różowego stroju kelnerki. Wyglądała na zmęczoną. Wczoraj pracowała na wieczornej zmianie, a dziś szła na popołudnie.
– Idź, Leni. Nie możesz się spóźnić. – Głos miała łagodny, delikatny, jak ona sama.
Leni obawiała się zostać i obawiała się wyjść. To dziwaczne, a nawet głupie, jednak często miała wrażenie, że to ona jest jedyną dorosłą osobą w rodzinie, stabilizatorem, który utrzymuje trzeszczącą łajbę Allbrightów na wodzie. Mama była wiecznie zajęta „poszukiwaniem siebie”. W ciągu ostatnich kilku lat spróbowała elektrowstrząsów, psychoterapii humanistycznej, treningu duchowego, była unitarianką, a nawet buddystką. Z kolejnych fascynacji wybierała to, co jej pasowało. Według Leni przeważnie pozostawały po nich koszulki z nadrukami oraz złote myśli w rodzaju: to, co jest, jest, a czego nie ma, nie ma. Niewiele z tego wynikało.
– Tak, idź – odezwał się tata.
Leni ściągnęła plecak z krzesła przy kuchennym stole i ruszyła do wyjścia. Zamykając za sobą drzwi, usłyszała, jak rodzice zaczynają od nowa.
– Do cholery, Coro…
– Ernt, proszę, tylko posłuchaj…
Ich życie nie zawsze tak wyglądało. Przynajmniej tak mówiła mama. Przed wojną byli szczęśliwi, mieszkali wtedy w Kent na kempingu dla przyczep turystycznych, tata pracował jako mechanik, mama chodziła roześmiana i gotując obiad, kołysała się w rytm piosenki Piece of My Heart Janis Joplin (tańcząca mama, tylko tyle Leni zapamiętała z tamtych lat).
A potem tatę wzięli do wojska i wysłali do Wietnamu. Został zestrzelony i trafił do niewoli. Bez niego mama się rozsypała; właśnie wtedy do Leni dotarło, jaka jest krucha. Przez jakiś czas nigdzie nie mogły zagrzać miejsca, były kolejne prace i miasta, aż w końcu znalazły dom w komunie w Oregonie. Tam doglądały uli, robiły saszetki z lawendą, sprzedawały je na targu i uczestniczyły w protestach przeciwko wojnie. Mama wzięła się w garść i jakoś się dostosowała.
Kiedy wreszcie tata do nich wrócił, Leni ledwo go poznała. Tamten przystojny, roześmiany mężczyzna z jej wspomnień zmienił się w zamkniętego ponuraka, który łatwo wybuchał. Najwyraźniej nie podobało mu się w komunie, bo się stamtąd wynieśli. Wkrótce znowu się przeprowadzili. A potem jeszcze raz, bo tata nigdzie się nie odnajdywał.
Źle sypiał i nie potrafił utrzymać pracy, chociaż mama twierdziła, że jest najlepszym mechanikiem pod słońcem.
Dlatego dzisiaj się pokłócili – tatę znowu wyrzucono z roboty.
Leni naciągnęła kaptur na głowę. W drodze do szkoły przecinała osiedle zadbanych domów, omijała ciemny las (trzymaj się od tego miejsca z daleka), przechodziła koło fast foodu A&W, w którym dzieciaki ze szkoły średniej spędzały weekendy, i obok stacji benzynowej, gdzie czekał sznur samochodów, żeby zatankować benzynę po pięćdziesiąt pięć centów za galon.
Obecnie cena paliwa wszystkich równo wkurzała.
Leni zdążyła zauważyć, że dorośli w ogóle są nerwowi. I nic dziwnego. Wojna w Wietnamie podzieliła kraj. Gazety codziennie donosiły o tragicznych wydarzeniach: zamachy bombowe organizacji Weatherman czy IRA; porwania samolotów; uprowadzenie Patty Hearst. Masakra podczas igrzysk olimpijskich w Monachium wstrząsnęła całym światem, podobnie jak afera Watergate. A ostatnio studentki z Uniwersytetu Stanu Waszyngton zaczęły znikać bez śladu. Świat był niebezpiecznym miejscem.
Leni wszystko by oddała za prawdziwą przyjaźń. Bardzo potrzebowała kogoś, z kim mogłaby rozmawiać.
Tyle że od mówienia zmartwień nie ubędzie. W takim razie po co komu zwierzenia?
Jasne, tata czasem wpadał w złość i wrzeszczał, brakowało im pieniędzy, no i co rusz się przenosili, uciekając przed wierzycielami, ale tak już wyglądało ich życie i w sumie się kochali.
Jednak czasami, szczególnie w takie dni jak ten, ogarniał ją strach. Miała wrażenie, że jej rodzina stoi na krawędzi przepaści i lada moment ziemia usunie się im spod stóp i porwie ich ze sobą, tak jak to się stało z tamtymi domami w Seattle, które się rozpadły, zjeżdżając z rozmokłych zboczy.
Po szkole Leni wróciła do domu w deszczu, sama.
Ich dom stał w połowie ślepej ulicy. Działka odstawała wyglądem od pozostałych: w skrzynkach na parapetach brunatnego parterowca nie rosły kwiaty, rynny były pozapychane, drzwi garażu się nie zamykały. Kępki chwastów rosły w szczelinach pomiędzy butwiejącymi szarymi gontami. Maszt pozbawiony flagi oskarżycielsko celował w niebo, jednoznacznie świadcząc o stosunku ojca do kierunku, w jakim zmierzał ich kraj. Człowiek, którego mama nazywała patriotą, nienawidził rządu.
Zobaczyła tatę w garażu. Siedział na krzywym warsztatowym stole obok forda mustanga mamy z poobijaną karoserią i dachem poklejonym taśmą izolacyjną. Pod ścianami stały rzędem kartony, których jeszcze nie rozpakowali po ostatniej przeprowadzce.
Miał na sobie – jak zwykle – wytartą wojskową kurtkę i poprzecierane dżinsy. Siedział pochylony, z łokciami wspartymi na udach. Długim czarnym włosom przydałby się grzebień, wąsy wymagały przycięcia. Ale nawet taki przygarbiony i znużony był przystojny jak gwiazdor filmowy. Wszyscy tak uważali.
Przechylił głowę i spojrzał na nią spod opadającej na oczy grzywy. Nieco smętny uśmiech, którym ją przywitał, rozjaśnił mu twarz. Taki właśnie był tata. Miewał humory, łatwo wpadał w złość, czasem nawet trochę budził strach, ale to wszystko dlatego, że bardzo głęboko odczuwał miłość, klęskę i rozczarowanie. Przede wszystkim jednak miłość.
– Lenoro – odezwał się ochrypłym głosem palacza. – Czekałem na ciebie. Wybacz. Straciłem panowanie nad sobą. I pracę. Musisz być mną cholernie rozczarowana.
– Nie, tato.
Widziała, że jest mu przykro. Wyczytała to z jego twarzy. Kiedy była młodsza, czasem się zastanawiała, po co są te wszystkie przeprosiny, skoro nic się nie zmienia, ale mama jej wszystko wytłumaczyła. Tata był na wojnie, trafił do niewoli i wtedy coś w nim pękło. To trochę tak, jakby miał przetrącony kręgosłup, mówiła. Nie przestajesz kochać bliskiej osoby, gdy cierpi. Robisz się silniejsza, żeby ją wesprzeć. On mnie potrzebuje. Potrzebuje nas.
Leni usiadła obok ojca. Objął ją ramieniem i przygarnął do siebie.
– Tym światem rządzą szaleńcy. To już nie jest moja Ameryka. Chcę… – Nie dokończył, a ona nie spytała. Przywykła do jego melancholii, frustracji. Bez przerwy urywał zdanie w połowie, jakby obawiał się ubrać w słowa przerażające czy depresyjne myśli. Znała i rozumiała tę niechęć do mówienia; często lepiej jest milczeć.
Ojciec sięgnął do kieszeni i wyjął pomiętą paczkę papierosów. Zapalił, zaciągnął się i gryzący, znajomy zapach wypełnił jej nozdrza.
Wiedziała, jak bardzo cierpi. Czasami budził ją w nocy płacz taty i głos mamy. Uspokajała go. Ciii, Ernt, już po wszystkim, jesteś w domu, bezpieczny, tłumaczyła.
Pokręcił głową i wydmuchał smużkę niebieskoszarego dymu.
– Ja po prostu chcę… więcej, tak myślę. Nie chodzi o pracę. O życie. Chcę, idąc ulicą, nie bać się, że ktoś nazwie mnie dzieciobójcą. Chcę… – Westchnął. Uśmiechnął się do Leni. – Nie przejmuj się. Będzie dobrze. Poradzimy sobie.
– Tatusiu, znajdziesz nową pracę – pocieszyła go.
– Jasne, Rudzielcu. Jutro będzie lepszy dzień.
Rodzice zawsze tak mówili.
Był zimny, pochmurny poranek w połowie kwietnia. Leni wcześnie wstała, umościła się w salonie na podniszczonej kanapie obitej perkalem w kwiatowe wzory i nastawiła telewizor na magazyn telewizji śniadaniowej Today. Poruszała anteną pokojową, żeby ekran przestał śnieżyć. Gdy obraz jako tako się ustawił, zobaczyła Barbarę Walters.
– Na tym zdjęciu – mówiła – widzicie Patrycję Hearst, która nazywa siebie Tanią, z karabinem M1 w ręce, podczas niedawnego napadu na bank w San Francisco. Świadkowie donoszą, że dziewiętnastoletnia dziedziczka fortuny magnata prasowego, która w lutym została porwana przez Symbionese Liberation Army…
Leni zamurowało. Nie mieściło jej się w głowie, że jakaś armia może, ot tak sobie, wmaszerować do mieszkania i porwać z niego nastolatkę. Jak w takim świecie człowiek ma się czuć bezpiecznie? I jakim cudem bogata nastolatka została rewolucjonistką o imieniu Tania?
– Leni, czas na ciebie! – zawołała mama z kuchni. – Szykuj się do szkoły.
Tata wmaszerował do domu rozpromieniony. Zarażał uśmiechem. Wyglądał jakoś inaczej, zdawał się sięgać sufitu niskiej kuchni, jaśnieć na tle szarych, poznaczonych zaciekami ścian. Krople deszczu kapały mu z włosów.
Mama stała przy kuchence i smażyła dla nich bekon na śniadanie.
Ojciec podszedł zamaszystym krokiem do laminowanego blatu i podkręcił tranzystorowe radio. Pomieszczenie wypełniły trzaski i rockandrollowa piosenka. Tata roześmiał się i chwycił mamę w ramiona.
Leni usłyszała, jak szepce:
– Przepraszam. Wybacz mi.
– Zawsze – odpowiedziała, trzymając się go kurczowo, jakby się bała, że ją odepchnie.
Objął mamę w pasie i pociągnął do stołu. Wysunął krzesło.
– Leni, chodź tu do nas! – zawołał.
Leni uwielbiała, gdy rodzice włączali ją do rozmów. Zsunęła się z kanapy i usiadła obok matki. Tata, uśmiechając się, podał jej książkę w miękkiej oprawie. Zew krwi.
– Będziesz zachwycona, Rudzielcu.
Potem usiadł naprzeciwko mamy i przysunął się z krzesłem do stołu. Z twarzy nie schodził mu uśmiech, który Leni nazywała Uśmiechem Wspaniałych Pomysłów. Widywała go za każdym razem, kiedy miał plan na zmianę ich życia. A takich planów było już sporo: opchnięcie całego dobytku i roczne pomieszkiwanie na kempingach wzdłuż szosy Big Sur. Hodowla norek (istny horror). Dystrybucja torebek z nasionami firmy American Seed w środkowej Kalifornii.
Wsadził rękę do kieszeni, wyjął stamtąd złożoną kartkę i triumfalnym gestem rzucił ją na stół.
– Pamiętasz mojego kumpla, Bo Harlana?
Mama dumała przez chwilę.
– Z Wietnamu?
Kiwnął głową.
– Bo Harlan był dowódcą załogi – wyjaśnił Leni – a ja strzelcem pokładowym. Trzymaliśmy się razem. I razem trafiliśmy do niewoli, kiedy spadł nasz ptak. Przeszliśmy tam piekło.
Leni zauważyła, jak tata zadrżał. Na przedramionach widocznych spod podwiniętych rękawów koszuli widziała ślady po oparzeniach biegnące od nadgarstków po łokcie. Takie wypukłe blizny i zgrubienia, które nigdy się nie opalały. Nie wiedziała, skąd się wzięły – tata nigdy nie mówił, ona nie pytała – ale na pewno zrobili to jego prześladowcy. Skórę na plecach też miał pościąganą w fałdy i gruzły.
– Zmusili mnie, żebym patrzył, jak kona.
Leni z niepokojem zerknęła na matkę. Tata nigdy wcześniej o tym nie mówił. Te słowa je zelektryzowały.
Ojciec postukał stopą o podłogę, zabębnił palcami o stół. Rozłożył list, wygładził i obrócił tak, aby mogły go przeczytać.
Sierżancie Allbright!
Niełatwo było Cię namierzyć. Nazywam się Earl Harlan.
Mój syn, Bo, często w listach wspominał o Waszej przyjaźni. Dziękuję Ci za nią.
W ostatnim liście napisał, że gdyby coś się z nim stało w tej zasranej dziurze, chce, żebyś przejął jego ziemię tu, na Alasce. Nie ma tego wiele. Czterdzieści akrów i chata, która wymaga remontu. Ale ktoś z rękami chętnymi do pracy spokojnie wyżyje z tej ziemi, z daleka od wszystkich szaleństw, hippisów i całego tego bałaganu w czterdziestu ośmiu kontynentalnych stanach.
Nie mam telefonu, ale możesz napisać do mnie, adresując na urząd pocztowy Homer Post Office. Prędzej czy później list do mnie trafi.
Parcela leży na końcu drogi, kawałek za metalową bramą z krowią czaszką, tuż przed spalonym drzewem i słupem z numerem 13.
Jeszcze raz za wszystko Ci dziękuję,
Earl
Mama podniosła oczy znad kartki. Wpatrywała się w tatę, przechylając głowę jak ptak.
– Ten człowiek… Bo, podarował nam dom? Dom?
– Pomyśl tylko. – Tata poderwał się z krzesła podekscytowany. – Dom, który należy do nas. Jest nasz. Miejsce, gdzie będziemy samowystarczalni, gdzie możemy hodować warzywa, polować, być wolni. Marzyliśmy o tym, Coro. O prostym życiu z daleka od tego całego syfu tutaj. Pomyśl o tym.
– Zaraz – wtrąciła Leni. Nawet jak na tatę to była duża sprawa. – Alaska? Chcecie się znowu przenosić? Dopiero co tu się wprowadziliśmy.
– No, ale… – Mama ściągnęła brwi. – Tam nic nie ma, prawda? Poza niedźwiedziami i Eskimosami?
Tata z takim entuzjazmem podniósł mamę z krzesła, że zatoczyła się i wpadła na niego. Leni nie umknęła desperacja ukryta pod tym podnieceniem.
– Coro, ja tego potrzebuję. Potrzebuję miejsca, gdzie znowu będę mógł swobodnie oddychać. Czasem myślę, że niewiele brakuje, abym zupełnie się rozsypał. Tam skończy się to całe gówno, przestaną mnie dręczyć wspomnienia. Ja to wiem. Właśnie tego nam potrzeba. Wrócą dobre dni. To Wietnam zrobił ze mnie popaprańca.
Mama uniosła ku niemu twarz. Jej bladość kontrastowała z jego opalenizną i czarnymi włosami.
– No, skarbie – odezwał się prosząco tata. – Wyobraź to sobie…
Leni patrzyła, jak matka mięknie, dopasowuje swoje potrzeby do jego żądań, wciela się w nową postać: Alaskanki. Może jej się wydawało, że to będzie coś w rodzaju terapii elektrowstrząsowej, jogi, buddyzmu. Jakaś odpowiedź. Dla niej nie było ważne, kiedy, jak i co. Liczył się wyłącznie on.
– Nasz własny dom – myślała na głos. – Ale… pieniądze… mógłbyś się ubiegać o wojskową rentę inwalidzką…
– Nie mówmy znowu na ten temat – uciął z westchnieniem. – Nie zrobię tego. Potrzebuję jedynie odmiany. I, Coro, od dziś będę ostrożniej wydawał pieniądze, przyrzekam. Nadal zostało mi trochę forsy po staruszku. No i ograniczę picie. Zgłoszę się do tej grupy wsparcia weteranów, tak jak chciałaś.
Leni już to wszystko słyszała. Tak naprawdę to, czego chciała ona czy mama, nie miało znaczenia.
Tata pragnął zacząć wszystko na nowo. Potrzebował tego. A mamie zależało, żeby czuł się szczęśliwy.
I dlatego podejmą kolejną próbę w nowym miejscu, licząc, że tym razem odpowiedzią będzie geografia. Pojadą na Alaskę, pełni wiary, że ziści się kolejne marzenie. Leni zrobi to, co każą, i nie będzie utyskiwać. Bo na tym właśnie polega miłość. Znowu będzie nowa w kolejnej szkole (...)

***
Alaska, 1974.

Nieobliczalna. Bezlitosna. Dzika.
Dla rodziny w kryzysie jest to ostateczny test na przetrwanie.

Ernt Allbright, były jeniec wojenny, wraca do domu po wojnie w Wietnamie całkowicie. Kiedy traci kolejną pracę, podejmuje impulsywną decyzję: przeniosą się całą rodziną na północ, na Alaskę, gdzie będą żyli bez prądu i wody – w ostatniej dzikiej części Ameryki.
Dorastająca trzynastoletnia Leni, dziewczynka w trudnym wieku, uwikłana w burzliwy związek rodziców, ma nadzieję, że w nowej krainie czeka lepsza przyszłość dla rodziny. Jej matka, Cora, zrobi wszystko i pójdzie wszędzie dla mężczyzny, którego kocha, nawet jeśli oznacza to pójście w nieznane.
Na początku Alaska wydaje się być odpowiedzią na ich modlitwy. W dzikim, odległym zakątku kraju odnajdują się wśród niezależnej społeczności silnych mężczyzn i kobiet.

Ale wraz z nadejściem zimy i ciemnościami obejmującymi Alaskę, kruchy stan psychiczny Ernta pogarsza się. Wkrótce niebezpieczeństwa na zewnątrz bledną w porównaniu z zagrożeniami wewnątrz. W ich małej chacie, pokrytej śniegiem, przez osiemnaście godzin nocy, Leni i jej matka poznają straszliwą prawdę: są sami. Na zewnatrz nie ma nikogo, kto by mógł ich uratować.
W tym niezapomnianym portrecie ludzkiej słabości i odporności Kristin Hannah ujawnia niezłomny charakter współczesnego amerykańskiego pioniera i ducha ginącej Alaski - miejsca o niezrównanym pięknie i niebezpieczeństwie. „Wielka samotność” to odważna, piękna, pełna życia opowieść o miłości, stracie i walce o przetrwanie…








Dziecko śniegu Eowyn Ivey

Dziecko śniegu Eowyn Ivey

Cudowna opowieść na granicy baśni... Spokojna, stonowana, czarująca czytelnika.

Do końca nie wiedziałam, czy to jest rzeczywiste, czy... magiczne.
Rewelacyjny klimat, zima, Alaska, tęsknota, niespełnione marzenia, cud...
Kto czytał baśń Śnieżynka - będzie zachwycony. Jak każdy zresztą:)
Idealna lektura na zimę, ale mnie oczarowała w środku lata:)

POLECAM!

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Rozdział 1

Nad brzegiem Wolverine, Alaska, rok 1920

Mabel spodziewała się ciszy. Tego właśnie szukała. Żadnego niemowlęcego łkania i zawodzenia. Żadnych rozbawionych dziecięcych wrzasków unoszących się nad ulicą. Żadnego tupotu małych stóp na drewnianych schodach zdeptanych przez całe pokolenia mieszkańców domu ani szurania zabawkami po kuchennej podłodze. Zostawiła za sobą wszystkie dźwięki przypominające jej o porażce i rozżaleniu i zastąpiła je ciszą.
Wyobrażała sobie, że w alaskiej głuszy cisza będzie idealna niczym śnieg padający w środku nocy i wypełniający powietrze bezdźwięczną obietnicą, ale znalazła tam coś zupełnie innego. Zamiatając drewnianą podłogę, słyszała zgrzytanie miotły o deski, kojarzące się jej z dźwiękami, jakie mogłaby wydawać ryjówka podgryzająca ostrymi zębami jej serce. Kiedy myła naczynia, miski i talerze brzęczały i postukiwały tak głośno, jakby miały się zaraz rozpaść. Jedynym dźwiękiem z zewnętrznego świata było nagłe ponure krakanie. Mabel wykręciła ścierkę do naczyń i wyjrzała przez kuchenne okno akurat wtedy, gdy samotny kruk przelatywał z jednego bezlistnego drzewa na drugie. Wśród jesiennych liści nie biegały żadne dzieci, żadne samotne dziecko nie bawiło się też na huśtawce.
*
A przecież miała dziecko. Nieme maleństwo zmarłe przy narodzinach. Choć minęło już dziesięć lat, wciąż wracała myślą do tamtej chwili, jakby chciała jeszcze raz dotknąć ramienia Jacka, dotrzeć do niego i go powstrzymać. Powinna była to zrobić. Powinna była wziąć główkę dziecka w złożone dłonie i odciąć kilka mizernych włosków, żeby umieścić je w medalionie zawieszonym na szyi. Powinna była spojrzeć w jego twarzyczkę i zobaczyć, czy to chłopiec, czy dziewczynka, i dopiero potem pozwolić Jackowi na pochowanie go w zamarzniętej ziemi. Powinna była jakoś oznaczyć jego grób w Pensylwanii, no i pozwolić sobie na żałobę. W końcu to było przecież dziecko, nawet jeśli przypominało miniaturowego elfa. Pomarszczona twarzyczka, malutki podbródek i spiczaste uszy – tylko tyle udało jej się zobaczyć. Płakała, wiedząc, że wciąż mogłaby je pokochać.
*
Mabel stała przy oknie tak długo, że kruk zdążył już odlecieć ponad drzewami. Słońce skryło się za górami, a światło spłaszczyło kontury krajobrazu. Nagie gałęzie i pożółkła trawa. Nawet jednego płatka śniegu. Wyglądało to tak, jakby wszystko co lśniące i piękne zostało wymiecione z tego świata, potraktowane niczym kurz.
Nadszedł listopad, którego tak się bała, wiedząc, co ze sobą przyniesie – zimno spadające na dolinę jak oddech śmierci, lodowaty wiatr szalejący w chacie, wpadający przez szpary w deskach. Najgorsze były jednak ciemności – mrok, który pochłaniał nawet światło dnia.
Z poprzednią zimą musiała się zmierzyć zupełnie na ślepo, nie miała pojęcia, czego się spodziewać po tej surowej okolicy. Teraz już wiedziała. W grudniu słońce zacznie się pojawiać tuż przed południem i przez kilka godzin będzie oświetlać górskie szczyty, nim ponownie zniknie zastąpione przez zmierzch. Mabel będzie drzemać na krześle przy piecu. Nie sięgnie po książkę, bo literatura była dla niej martwa, nie zacznie rysować w szkicowniku, gdyż nie wiedziałaby, co naszkicować – ponure niebo, mroczne zakamarki chaty? Każdego ranka z coraz większym trudem zwlecze się z ciepłego łóżka, poczłapie do kuchni, gdzie przygotuje jakiś posiłek i rozwiesi pranie. Jacka czekają ciągłe starania o zwierzęta, dzięki którym przetrwają zimę, a kolejne dni zleją się w końcu w jedną całość – czas spędzony w zimowej twierdzy.
Przez całe życie wierzyła, że istnieje coś więcej, jakaś tajemnica, którą wyczuwała końcówkami zmysłów. Intuicyjnie stwierdzała jej obecność w trzepocie skrzydeł ćmy odbijającej się od okna i obietnicy pojawienia się nimf rzecznych w migocącym nurcie strumienia. Tkwiła w woni dębów unoszącej się w powietrzu tego letniego wieczoru, gdy się zakochała, oraz w słońcu zachodzącym nad stawkiem, które rozświetlało powierzchnię wody. Mabel nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni się na nią natknęła.
Pozbierała ubrania Jacka i zabrała się do szycia, powstrzymując się przed kolejnymi spojrzeniami za okno. Gdyby tylko padał śnieg… Może udałoby mu się jakoś złagodzić te ponure kontury. Może odbita od niego jasność przywróciłaby blask w jej oczach.
Niestety przez całe popołudnie szalał wiatr zrywający resztki liści z drzew i przeganiający chmury wysoko po niebie, a światło dnia dogasało niczym płomień świecy. Mabel zaczęła myśleć o okropnym zimnie, które uwięzi ją w chacie, a jej oddech stał się momentalnie gwałtowny i płytki. Wstała z krzesła i zaczęła chodzić po domu, wciąż szepcąc: „Nie mogę tego zrobić. Nie mogę”.
Znów myślała o broni, jaką tu ze sobą przywieźli. Strzelba myśliwska wisząca obok regału, dwururka w korytarzu i rewolwer przechowywany przez Jacka w szufladzie biurka w jego gabinecie. Nigdy w życiu z żadnej z nich nie strzelała, ale nie to ją powstrzymywało. Chodziło raczej o przemoc i rozlew krwi towarzyszące pociągnięciu za spust, a także o oskarżenia, które na pewno by się pojawiły, gdyby się na to zdecydowała. Ludzie zaczęliby gadać, że straciła rozum lub serce, albo że Jack był dla niej złym mężem. A poza tym, co z Jackiem? Jego też przecież nękają wściekłość i wstyd.
Rzeka natomiast była czymś zupełnie innym. Nikogo nie można było winić. Ludzie powiadaliby, że gdyby wiedziała, że lód nie utrzyma jej ciężaru, to na pewno by na niego nie weszła.
*
Południe przeszło w zmierzch. Mabel odeszła od okna i zapaliła lampkę naftową na stole, tak jakby zamierzała rozpocząć przygotowania do kolacji i czekanie na Jacka, tak jakby ten dzień miał wyglądać jak każdy inny, choć jej umysł wciąż krążył w okolicach ścieżki prowadzącej przez las do rzeki Wolverine. W blasku lampki zawiązała skórzane buty, narzuciła zimowy płaszcz na domową sukienkę i wyszła na zewnątrz, wystawiając odsłoniętą głowę i dłonie na działanie wiatru.
Sunąc między ogołoconymi z liści drzewami, była jednocześnie radosna i otępiała, porażona jasnością swojego planu. Nie myślała o tym, co za sobą zostawiła, skupiała się tylko na chwili obecnej – widziała ją ze specyficzną, czarno-białą precyzją. Lodowaty wiatr we włosach. Stukot butów o zamarzniętą ziemię. Para oddechu. Czuła, jak ją ogarniają olbrzymia siła i pewność.

Wynurzyła się z lasu i przystanęła nad brzegiem skutej lodem rzeki. Nie licząc okazjonalnych podmuchów wiatru, który przyklejał jej spódnicę do wełnianych pończoch i wirował nad zmrożonym nurtem, okolica była zupełnie spokojna. Wyżej, w głębi polodowcowej doliny, rzeka rozlewała się na szerokość kilometra, niosąc kawały drewna, tworząc żwirowe mierzeje i sieć splątanych płytkich kanalików. Tutaj jednak była wąska i głęboka. Mabel mogła z tego miejsca dostrzec klif na drugim brzegu i utrzymującą się u jego stóp warstwę czarnego lodu. Na tym odcinku woda całkowicie by ją zakryła.
To właśnie tam zamierzała dotrzeć, choć podejrzewała, że utonie, zanim przedostanie się na drugi brzeg. Warstwa lodu mogła mieć od trzech do pięciu centymetrów grubości i nawet podczas najostrzejszych zim nikt nie odważył się zbliżać do tego zdradzieckiego miejsca.
Jej buty zaczęły się ślizgać na zamarzniętych przybrzeżnych kamieniach stromego brzegu, zdołała jednak dotrzeć nad samą wodę i przekroczyć niewielką strużkę pokrytą cienkim i kruchym lodem. Poczuła mokry piasek pod butami. Ruszyła przed siebie po żwirze, unosząc spódnicę, aby przeskoczyć nad powalonym pniakiem noszącym ślady działania żywiołów.
Lód pokrywający główne koryto rzeki, którym wciąż płynęła woda docierająca w głąb doliny, nie był biały i łamliwy, tylko czarny i giętki, tak jakby dopiero poprzednia noc pozwoliła mu stężeć. Ostrożnie stanęła na ciemnej tafli, rozbawiona swoją przezornością – choć modliła się o to, by lodowa pokrywa pod nią trzasnęła, nadal nie chciała się na niej pośliznąć.
Oddaliła się kilka metrów od bezpiecznego brzegu i dopiero wtedy odważyła się spojrzeć w dół. Wyglądało to tak, jakby chodziła po szkle: pod głęboką turkusową wodą, która wciąż płynęła, widać było pokrywające dno granitowe głazy. Minął ją pożółkły liść i przez chwilę podążała za nim wzrokiem, wyobrażając sobie, że sama płynie pod idealnie przejrzystym lodem. Zastanawiała się, czy zdąży spojrzeć na niebo, nim woda całkowicie wypełni jej płuca.
Tu i ówdzie pod powierzchnią tkwiły uwięzione w lodzie bańki powietrza, tworząc białe okręgi, a w niektórych miejscach zamarzniętą taflę pokrywały spore pęknięcia. Nie wiedziała, czy powinna je omijać, czy też ich wypatrywać, szukając jak najcieńszej lodowej warstwy. W końcu wyprostowała ramiona, wbiła wzrok przed siebie i ruszyła dalej, nie patrząc pod nogi.
Kiedy doszła do połowy rzeki, miała wrażenie, że klif jest dosłownie na wyciągnięcie ręki, a lód zaczął się pod nią uginać. Wbrew swojej woli ponownie popatrzyła w dół. Przeraziło ją to, co tam zobaczyła. Żadnych baniek powietrza. Żadnych szczelin. Tylko bezdenna czerń. Jakby miała pod butami nocne niebo. Balansując ciałem, przygotowała się do zrobienia następnego kroku, kiedy usłyszała głośny huk, brzmiący jakby ktoś odkorkował w pobliżu butelkę szampana. Lód zaczął pękać. Mabel rozstawiła szeroko nogi, czując, jak drżą jej kolana. Czekała, aż lodowa tafla całkowicie się podda i pozwoli rzece pochłonąć jej ciało. Kolejne huknięcie było jeszcze głośniejsze. Miała wrażenie, że lód zaczyna się pod nią zapadać, ale robi to milimetr po milimetrze, niezauważalnie, jeśli nie liczyć tego okropnego dźwięku.
Wciąż czekała, ciężko oddychając, ale woda jej nie chciała. Lodowa warstwa wytrzymywała jej ciężar. Zaczęła więc ostrożnie przesuwać stopami – najpierw jedną, potem drugą – i ruszyła powoli w stronę miejsca, gdzie klif spotykał się z rzeką. Wcześniej nawet sobie nie wyobrażała, że dojdzie na drugą stronę. Dotknęła dłońmi chłodnego łupku, a potem oparła się całym ciałem o urwisty brzeg. Docisnęła czoło do kamieni i poczuła ich starożytną, wilgotną woń.
Zimno zaczęło przenikać wszystkie komórki jej ciała, więc opuściła ręce wzdłuż boków i odwróciła się, by ruszyć z powrotem na brzeg, z którego przyszła. Serce podchodziło jej do gardła, nogi z trudem utrzymywały ciężar ciała. Kierując się w stronę domu, wciąż myślała o tym, czy teraz dopadnie ją śmierć.
Chciała pobiec, widząc coraz bliższy twardy grunt, ale lód okazał się zbyt gładki, więc przejechała kawałek długim ślizgiem i wpadła na brzeg. Jęknęła, zakaszlała i zachichotała, jakby to był jakiś kawał, wariackie wyzwanie. Pochyliła się, oparła dłonie o uda i próbowała uspokoić oddech.
Wyprostowała się powoli, patrząc na otaczającą ją ziemię. Słońce zachodzące na drugim krańcu rzeki rzucało różowe refleksy na pokryte białymi czapami góry otaczające dolinę z obu stron. W górze rzeki splątane wierzby, żwirowe mierzeje, świerkowe lasy i niskie topole przybrały odcień metalicznego granatu. Żadnych pól ani płotów, domów czy dróg; żadnej żywej duszy w zasięgu jej wzroku. Tylko dzicz.
Mabel zdawała sobie sprawę z piękna tego widoku, ale to właśnie piękno sprawia, że jeśli kiedykolwiek żyłeś naprawdę, to możesz się poczuć, jakby ktoś rozdarł cię od środka i wyszorował do czysta, a potem porzucił bezbronnego i odsłoniętego przed całym światem. Odwróciła się plecami do rzeki i poszła do domu.
*
W kuchennym oknie wciąż migotało światło pozostawionej przez nią lampki, a kiedy weszła do środka, powitały ją ciepło i roztańczony płomyk. W jego złotym świetle wszystko wyglądało inaczej. Nie spodziewała się, że jeszcze kiedyś tu powróci.
Miała wrażenie, że wyszła z domu przed wieloma godzinami, ale tak naprawdę dochodziła dopiero osiemnasta, a Jack jeszcze nie wrócił. Zdjęła płaszcz i podeszła do pieca, pozwalając, aby jego ciepło wywołało ból w zmarzniętych stopach i dłoniach. Kiedy wreszcie udało jej się rozprostować i zgiąć palce, zabrała się do wyciągania garnków i patelni, wciąż zaskoczona tym, że zajmuje się tak prozaicznymi czynnościami. Dorzuciła drew do pieca, ugotowała kolację, a potem usiadła z wyprostowanymi plecami przy z grubsza oheblowanym kuchennym stole i złożyła ręce na podołku. Kilka minut później Jack stanął w drzwiach, otrzepał buty i zdjął źdźbło słomy ze swojego wełnianego płaszcza.
Czekała, nie spuszczając go z oczu, pewna, że jakoś się domyśli, co jej się przydarzyło. Opłukał dłonie nad zlewem, usiadł naprzeciw niej przy stole i opuścił głowę.
– Pobłogosław to jedzenie, Panie – wymamrotał. – Amen.
Nałożyła na każdy talerz po jednym ziemniaku, dodała ugotowaną marchewkę i czerwoną fasolę. Żadne z nich się nie odzywało, słychać było tylko skrobanie sztućców. Mabel nie potrafiła się zmusić do jedzenia. Słowa, które cisnęły się jej na usta, były ciężkie niczym granitowe głazy, a kiedy się wreszcie odezwała, okazały się na tyle przytłaczające, że nie udało jej się powiedzieć niczego więcej.
– Poszłam dziś nad rzekę.
Wciąż wpatrywał się w talerz. Czekała, czy zapyta, po co to zrobiła. Może wtedy mogłaby mu o wszystkim powiedzieć.
Jack nabił na widelec kawałek marchewki i nabrał kromką chleba odrobinę fasoli. Zachowywał się tak, jakby niczego nie usłyszał.
– Zamarzła aż do klifu – dodała głosem niewiele mocniejszym od szeptu. Spuściła oczy i oczekiwała odpowiedzi, ale usłyszała jedynie odgłosy przeżuwania i chrobotanie widelca o talerz.
Spojrzała na jego osmagane przez wiatr dłonie i postrzępione mankiety, a potem na zmarszczki w kącikach wpatrzonych w talerz oczu. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni dotknęła jego skóry, i poczuła w piersi nagłe ukłucie samotności. Dostrzegła kilka siwych włosów w jego rudawej brodzie. Kiedy się tam pojawiły? Ona zresztą też już zaczynała siwieć. Oboje powoli znikali, choć nie zauważali tego u siebie nawzajem.
Mechanicznie przesuwała jedzenie widelcem po talerzu, spoglądając na promienie światła padającego z lampy wiszącej pod sufitem. Płakała. Przez chwilę pozwoliła łzom płynąć po policzkach, aż wreszcie poczuła je w kącikach ust. Jack wciąż koncentrował się na jedzeniu. Wstała i odstawiła talerz na niewielką kuchenną ladę. Odwrócona plecami do męża, otarła twarz rąbkiem fartucha.
– Lód jeszcze jest niepewny – stwierdził Jack. – Lepiej trzymaj się od niego z daleka.
Mabel przełknęła ślinę i odkaszlnęła.
– Tak, oczywiście – odpowiedziała.
Znalazła sobie jakieś zajęcie przy ladzie i czekała, aż obeschną jej oczy, a potem wróciła do stołu i dołożyła Jackowi marchewek.
– Co z polem? – zapytała.
– Już je widać. – Zjadł kawałek ziemniaka i otarł usta wierzchem dłoni. – W ciągu paru dni wytnę i wywiozę resztę drzew. A potem wezmę się do wypalania pniaków.
– Chcesz, żebym ci pomogła? Mogę pilnować ognia.
– Nie. Dam sobie radę.
*
Tej nocy wyczuwała jego obecność wszystkimi zmysłami: zapach słomy oraz świerku w brodzie i włosach, ciężar jego ciała na skrzypiącym łóżku, odgłos zmęczonego, powolnego oddechu. Leżał na boku, odwrócony do niej tyłem. Sięgnęła przed siebie, chcąc pogładzić go po ramieniu, dała sobie jednak spokój i opuściła rękę, po czym wbiła wzrok w jego plecy.
– Myślisz, że przetrwamy tę zimę? – zapytała.
Nie odpowiedział. Pewnie zasnął. Odwróciła się na drugi bok i popatrzyła na drewnianą ścianę.
– Chyba nie mamy większego wyboru, prawda?
Nie wiedziała, czy chrypka w jego głosie była spowodowana zmęczeniem, czy nadmiarem emocji (...)


***

Opowieść o pragnieniu miłości i szczęścia inspirowana starą rosyjską baśnią.

Jack i Mabel zawsze marzyli o dziecku. Szukając ukojenia, przeprowadzają się na Alaskę. Chcą rozpocząć życie od nowa, z dala od ludzi. W jednej niesamowitej chwili beztroski lepią ze śniegu postać dziewczynki. Kiedy budzą się następnego ranka, figurki już nie ma. Dostrzegają jedynie ślady niewielkich stóp oraz postać dziecka znikającą między drzewami.

Gdy dziewczynka pojawia się w ich domu, oboje pragną poznać jej tajemnicę i obdarzają ją gorącym uczuciem. To spotkanie odmienia ich życie na zawsze.

Subtelna i niepokojąca książka, w której rzeczywistość przeplata się z baśnią, a niepewność z wiarą w cuda.

To ten rodzaj powieści, która natychmiast w ciebie wrasta, i chcesz, by twój najlepszy przyjaciel ją przeczytał, byście mogli o niej porozmawiać.






ZGARNIJ EBOOKA Z



Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger