"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą detektyw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą detektyw. Pokaż wszystkie posty
Deus Ex Machina. Człowiek, który zniknął Kornel Mikołajczyk

Deus Ex Machina. Człowiek, który zniknął Kornel Mikołajczyk

"Wyrwij się choć na chwilę z Normalności i zanurz w tym, co Niemożliwe."


Powstał chyba nowy gatunek: urban cyberpunk.
Brat bliźniak serii o Felixie Castorze i Harrym Dresdenie, tylko gatunkowo inny. Ale klimatycznie identyczny.

Co to oznacza?

Wyśmienitą zabawę. 
Błyskotliwą narrację. 
Akcję, przy której prędkość światła spala się ze wstydu. 

I choć jest mnóstwo tekstu, który zrozumie tylko nerd albo jakiś geniusz komputerowo - cybernetyczny, to całość jest prawdziwą gratką, nawet dla miłośników kryminałów i nierozwiązywalnych zagadek.



DEUS EX MACHINA

Biuro detektywistyczne spraw niemożliwych

Biuro spraw niemożliwych, prowadzone przez fenomenalnego detektywa Valtera Fingo,  dziwaka, "który w wolnych chwilach gania za kosmitami", jego nie do końca zmaterializowaną przepiękną asystentkę o ciętym języku, "której jedynym oknem na rzeczywistość jest wiązka światła", Lukę Morgan, której historia niekoniecznie już jest zabawna oraz...KŁACZKA.

A Kłaczek to zupełnie inna historia. Teoretycznie jest to poszukiwana przez Korporację "mityczna potęga"zamknięta w wyniku (nie)fortunnego zbiegu okoliczności w ciele cyber - kotołaka. Kota - cyborga. Kota - BOGA.

A praktycznie?

Jest to ABSOLUT, BÓG, GENIUSZ! 

Dawka humoru tu zawarta idealnie trafiła w moje gusta - naśmiałam się chyba milion x.

NO I KTO NIE WIELBI KŁACZKA?!

JA WIELBIĘ!


'Na boga, którym jestem!"

Rewelacyjnym posunięciem jest wplecenie w to w to wszystko historii z drugim dnem, a właściwie tylko wspominanie o niej, co dodatkowo i na maxa (u mnie) wzbudzało psychopatyczną ciekawość - historia zaginięcia żony naszego jakże zblazowanego, uroczego detektywa.

Historia, która niekoniecznie uchyla całości swej tajemnicy, co jest informacją bardzo dobrą, ponieważ zapowiada to drugą część  - tak sobie dedukuję, bo nie wyobrażam sobie, żeby autor zostawił czytelników (i mnie!) w takiej bezdusznej niepewności!

POLECAM BARDZO.

MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
XXII wiek nie musi oznaczać braku zapotrzebowania na prywatnych detektywów. W cyberpunkowej Gigalopolis klasycznie błyskotliwy Valter Fingo do spółki z hologramową, zjawiskowo urodziwą asystentką Luką i półmechanicznym kotołakiem o umyśle człowieka porywają się na każde, nawet najbardziej skomplikowane zadanie; są przecież specjalistami od spraw niemożliwych.


TRAILER POWIEŚCI


AUTOR





Opowiadania z kluczem praca zbiorowa

Opowiadania z kluczem praca zbiorowa

"Wystarczy logicznie myśleć, kojarzyć fakty, coś podsłuchać, podejrzeć przez dziurkę od klucza i już można zostać detektywem."

Kryminałek w wersji "baby"?
Bardzo chętnie:)

Pokaźny zbiorek opowiadań stricte kryminalnych dla młodszych dzieciaków, ze świetną okładką i rysunkami wewnętrznymi:)

W środku?

Zagadki prawie nie do rozwiązania, mrożące krew w żyłach, tajemnicze, skomplikowane i ekscytujące.
Dla młodszych dzieciaków to prawdziwa detektywistyczna gratka.
Mnie troszkę znużyła po czasie, ale ja za stara jestem na tego rodzaju lekturę:)

Spis treści

Paweł Beręsewicz - Gdzie jest prababcia?
Katarzyna Ryrych - Pod TRZYNASTKĄ
Marcin Szczygielski - Tajemnica Świńca
Zuzanna Orlińska - Głowa doktora Grimesby'ego Roylotta
Renata Piątkowska - Dziurka od klucza
Anna Czerwińska - Rydel - As Pik
Tomasz Trojanowski - Przestępca zawsze zostawia ślad
Dorota Combrzyńska - Nogala - Cymbarka i stary pierścionek
Grażyna Bąkiewicz - Pan Jaskóła i Pan Ptak
Kazimierz Szymeczko - Jeżozwierz
Małgorzata Strękowska - Zaremba - Telefon do złodzieja
Grzegorz Gortat - Co było do udowodnienia, czyli wzór Bilbordena
Beata Ostrowicka - Skarb
Joanna Jagiełło - Pocztówki
Kalina Jerzykowska - Śledztwo przez sen
Barbara Kosmowska - Romans w bordowe cętki
Paweł Wakuła - Władca marionetek
Joanna Papuzińska - Duch w sypialni

Seria: Polscy Pisarze Dzieciom

Polecam

MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Każde opowiadanie w tym tomie ma swój zamek. A pęk kluczy jest… w waszych rękach i głowach! Trzeba tylko umiejętnie dopasować jedno do drugiego. Odwagi! Miał ją Sherlock Holmes, Herkules Poirot, czy dziecięcy bohaterowie opisanych tu historii, to i wam jej nie zabraknie!


Gwarantowana satysfakcja i bezcenne doświadczenie, które może się wam przydać jeszcze nie raz.

Ilustrator: Olga Reszelska.


Peterkin & Brokk: Księga Czterech Grzegorz Gajek

Peterkin & Brokk: Księga Czterech Grzegorz Gajek

"Jeśli lubicie steampunk i zagadki kryminalne (albo po prostu lubicie mnie), to zachęcam gorąco."

Zdecydowanie kierowała mną opcja trzecia, ponieważ nie przepadam za kryminałami, a już zupełnie za steampunkeim...


I dokąd mnie pokierowała?


Na samo dno. Głębokiej wody. Gdzie panuje dezorientacja. Totalna.
Całe szczęście, że autor wyciągnął w porę pomocną dłoń i uratował niedoszłą czytelniczą topielicę XD

Już wyjaśniam.
Już na samym początku zostajemy wciągnięci nie dość, że w środek jakiegoś dialogu, o którym nie mamy pojęcia, to jeszcze znajdujemy się w samym środku akcji, o której nie mamy pojęcia również.

Stąd ta dezorientacja i lawina niezrozumiałych informacji. Oraz postaci. Oraz innego świata.

Ale pomału, krok po kroczku, zaczyna się rysować przed nami mapa. 
Dość wyraźna. Mapa, która prowadzi nas w ciemne zaułki, rodem iście z Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. Penny Dreadfull. Kuby Rozpruwacza. Alienisty. Sherlocka H.
To tyle, jeśli chodzi o klimat - 100%.

Jeśli chodzi o treść - dbałość o szczegóły, wyobraźnia i perfekcjonizm autora wychodzi tu na prowadzenie:) Dzięki temu to, co przerażało i zniechęcało - nieznana i niezbyt zachęcająca tematyka - staje się prawdziwą przygodą!


Jeśli chodzi o zawartość - jest niziołek, jest krasnolud, jest elf i mnóstwo innych magicznych stworzeń. Jest magia - zła i dobra. Są śledztwa. I inne dziwactwa (technomancja, inżynieria eugenicza, alchemia, szarlataneria i inne "nowoczesne narzędzia śmierci"). Jest dedukcja i intuicja. Jest prawo i sumienie. Jest mrok i... światło latarni ulicznych.

Autor Gajek - zawsze mnie skusisz czymś, na co nie mam zupełnie ochoty!

POLECAM!!!


MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Bycie niziołkiem w szeregach policji to nie jest bajka. Odo Peterkin przekonuje się o tym niemal każdego dnia służby. Znosi jednak uszczypliwe komentarze elfów, ludzi i krasnoludów, gdyż to, co sprawia mu największą przyjemność to rozwiązywanie skomplikowanych zagadek kryminalnych.


Tuur Brokk jest na pierwszy rzut oka przeciwieństwem Peterkina. To uosobienie idealnego policjanta. Krasnolud, weteran wojenny, bokser i postrach przestępczego świata! O czym wie niewielu, również poeta i niepoprawny romantyk!

Pierwszym wspólnym zadaniem Odo i Tuura jest wyjaśnienie tajemniczej śmierci znanego muzyka Viventa Rossiego. Na ich drodze staje armia ożywieńców powołana do życia w czasach Wielkiej Wojny, magowie i wilkołaki, dziennikarze i eugenicy, a nawet o zgrozo dziewki wszeteczne! A to bynajmniej nie koniec niespodzianek…

Cykl: Peterkin & Brokk (tom 1)


Zdjęcie w tle- peter.kertis



Miejsce egzekucji Val McDermid

Miejsce egzekucji Val McDermid

Bardzo dobry thriller. Perfekcyjnie prowadzona akcja. Świetnie się to czytało.
Jedynym minusem jest objętość powieści - moim zdaniem zdecydowanie za długa, chwilami nużąca. 
Do podejścia na kilka razy.

Polecam jednak - rasowa lektura.

I mamy najbardziej klimatyczną okładkę ze wszystkich wydań!

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!



***

Najmroczniejsza premiera roku! Książka od lat znajduje się na listach najważniejszych kryminałów w historii literatury. Nigdy wcześniej niepublikowana w Polsce, a najważniejsza w dorobku królowej kryminałów Val McDermid.


„Miejsce egzekucji” to wybitny kryminał autorstwa Val McDermid, jednej z najpopularniejszych autorek kryminałów na świecie. Książka od lat znajduje się na listach najważniejszych kryminałów w historii literatury.

Miejsce egzekucji zdobyło w 2000 roku nagrodę literacką „Los Angeles Times”, a w 2001 roku została nominowana do nagrody im. Edgara Allana Poe w kategorii najlepsza powieść. Na jej podstawie powstał również świetnie przyjęty przez krytykę i publiczność miniserial telewizyjny.

Grudzień 1963 roku. Odcięta od świata wioska Scardale w północnej Anglii. Trzynastoletnia Alison Carter wychodzi z psem na spacer i znika bez śladu. Intensywne poszukiwania nie przynoszą rezultatu. Choć ciało dziewczynki nie zostaje znalezione, wszyscy podejrzewają brutalne morderstwo. Dla młodego inspektora policji George’a Bennetta jest to pierwsza tak ważna i trudna sprawa. Śledztwa nie ułatwiają wrogo nastawieni do przybyszów z zewnątrz członkowie zamkniętej społeczności, przerażeni świadomością, że zbrodniarzem musi być jeden z nich…

Ponad trzydzieści lat później dziennikarka Catherine Heathcote zbiera materiały do książki o tamtych wydarzeniach. Nawiązuje kontakt z Bennettem i wyrusza do Scardale, żeby ponownie przyjrzeć się tej tajemniczej sprawie. Nagle pojawiają się nowe, szokujące informacje. Okazuje się, że dramat, który wtedy się rozegrał, mógł być czymś znacznie gorszym, niż do tej pory wszystkim się wydawało.

„Miejsce egzekucji” to antyczna tragedia osadzona w realiach współczesnej Anglii, a przede wszystkich trzymający w napięciu mroczny thriller psychologiczny o niezwykle misternej konstrukcji. Autorka zagłębia się w ciemne zakamarki ludzkiej natury i bada cienką granicę między prawdą a iluzją.


SERIAL
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/


TRAILER 
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/






Widownia w mroku Christopher Fowler

Widownia w mroku Christopher Fowler

Bardzo przypominała mi Sherlocka klimatem ta historia.
Minusem są rozwlekłe opisy i akcje i narracja - trzeba mieć trochę cierpliwości, ale to może miało podkręcać klimat?
Może podkreśliło właśnie, bo klimacik jest;)
Pierwsza część serii, ale nie wiem, czy w napływie tylu tytułów sięgnę po następne;)
Może kiedyś...


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


WYBUCH

To był naprawdę piekielny podmuch.
Wybuch nastąpił o świcie w drugi wtorek września. Fala uderzeniowa przepłynęła przez cuchnące piwem ulice Mornington Crescent. Włączyła alarmy samochodowe, wyrwała cegły z budynków i cisnęła je na drugą stronę ulicy, wystrzeliła komin na czterdzieści stóp w górę, zniszczyła bębenki w uszach kilku włóczęgów, wypłoszyła kilkadziesiąt gołębi, wyrzuciła zaskoczonego rudego kocura przez okno sklepu z kebabami i zerwała kilka dachówek, które uderzyły w czoło Papieża na reklamie prezerwatyw, wiszącej naprzeciw stacji metra.
Dźwięk pulsujący w powietrzu przełamał delikatną, świeżą tkankę miasta, przypominając inne bomby spadające ongiś na Londyn. Tak jak wtedy kurz i odłamki cętkowały czyste, chłodne powietrze między budynkami, pokrywając ulice i unosząc się w porannym słońcu jak nasiona dmuchawców.
To cud, że nikt nie został poważnie ranny.
Tak przynajmniej wydawało się na pierwszy rzut oka.
Kiedy detektyw sierżant Janice Longbright usłyszała dzwonek telefonu, w pierwszej chwili pomyślała, że zaspała i spóźni się na swój dyżur. Wtedy przypomniała sobie, że dopiero co świętowała odejście na emeryturę z pracy w policji. Lata pobudek o dziwnych godzinach nauczyły ją koncentrować się w ciągu trzech dzwonków telefonu. Otrząsając się ze snu, spojrzała na zegarek i słuchała natrętnego głosu w uszach. Wstała, zostawiwszy w łóżku swego przyszłego męża, i cicho (tak cicho jak tylko mogła, gdyż z natury jej krok był dość ciężki i pozbawiony wdzięku) poruszając się po mieszkaniu, ubrała się, po czym pojechała do biura nad stacją metra Mornington Crescent, a raczej do tego, co z niego pozostało, ponieważ Północnolondyński Wydział Przestępstw Osobliwych został praktycznie biorąc starty z powierzchni ziemi. Wąski labirynt pokoi w starej edwardiańskicj kamienicy nad stacją zniknął, a na jego miejscu chwiały się fragmenty płonących ścianek z listew i gipsu. Stacja poniżej była nietknięta, ale z wydziału, który był kiedyś drugim domem Longbright, nic nie zostało.
Przeszła między pompami strażackimi i wężami wypluwającymi wodę, starając się ocenić skalę zniszczeń. Był to jeden z tych coraz krótszych poranków, kiedy światło przesącza się powoli i z niechęcią. Szara chmura, jak pokrywka rondla, szczelnie przykrywała otaczające ulice, a deszcz zalewający kłębiący się dym utrudniał widoczność. Wzmocnione stalą drzwi wejściowe wydziału były wyrwane. Strażacy uważnie schodzili po tlących się schodach. Rozpoznała kilku policjantów, którzy sprawdzali pobliski chodnik i ulicę, ale nigdzie nie widziała znajomych z pracy twarzy.
Patrząc na ubraną w żółte kurtki brygadę ratowniczą oczyszczającą przejście przez rumowisko, poczuła złowieszczy chłód w żołądku. Z kieszeni kurtki wyjęła telefon komórkowy i wybrała pierwszy z dwóch numerów na swojej liście. Osiem dzwonków, dwanaście dzwonków, brak odpowiedzi.
Arthur Bryant nie miał poczty głosowej w telefonie domowym. Longbright przestała zachęcać go do nagrywania zapowiedzi po tym, jak jego eksperymenty dźwiękowe zmagnetyzowały pracowników centrali British Telecom w Rugby. Wybrała drugi numer. Po sześciu dzwonkach głos Johna Maya poprosił ją o zostawienie wiadomości. Właśnie miała odpowiedzieć, gdy usłyszała go za sobą.
— Tutaj jesteś, Janice.
Czarny płaszcz Maya podkreślał jego szerokie ramiona i sprawiał, że wyglądał młodziej (był już po osiemdziesiątce, ale nikt nie był pewien ile). Siwe włosy ukrył pod szarym, wełnianym kapeluszem. Smugi sadzy pokrywały jego twarz i ręce, jak gdyby przygotowywał się do działań partyzanckich.
— John, właśnie do ciebie dzwoniłam — Longbright z ulgą zobaczyła kogoś znajomego. — Co się stało, u diabła?
Starszy detektyw, choć nie był ranny, wyglądał na wstrząśniętego — szczęśliwie „spóźnił się” na scenę wybuchu.
— Nie mam pojęcia. Wydział Antyterrorystyczny już sprawdził grupy polityczne. Nie było żadnych telefonów — spojrzał na zniszczony budynek. — Wyszedłem wczoraj z biura około 22.00. Arthur chciał zostać dłużej. Arthur...
Oczy Maya rozszerzyły się, spojrzał na budynek, jakby zobaczył go po raz pierwszy.
— Zawsze mówi, że nie potrzebuje snu.
— Chcesz powiedzieć, że jest w środku? — zapytała Longbright.
— Obawiam się, że tak.
— Jesteś pewien, że był tam jeszcze, gdy wychodziłeś?
— Nie mam żadnych wątpliwości. Dzwoniłem do niego po powrocie do domu. Powiedział, że będzie pracował całą noc, że nie jest zmęczony, a chce nadrobić zaległości. Wiesz, jak się zachowuje po dużej sprawie, otwiera butelkę courvoisiera i pracuje do świtu. Taki sposób świętowania, chociaż szalony w jego wieku. Coś było w jego głosie...
— Co masz na myśli? May potrząsnął głową.
— Nie wiem. Chyba chciał porozmawiać ze mną, ale zmienił zdanie, takie dziwne niezdecydowanie, jakie opanowywało go w rozmowach przez telefon. Kilku funkcjonariuszy Zbrojnej Brygady Samochodowej przy Holmes Street widziało go w oknie około 4.30. Wyśmiewali się z niego, jak zawsze. Otworzył okno i powiedział im, żeby się odpieprzyli, rzucił w nich przyciskiem do papieru. Powinienem był z nim zostać.
— Wtedy straciłabym was obu — powiedziała Longbright spoglądając na odłupany tynk i zawalony budynek — bo przecież chyba nie mógł tego przeżyć.
— Nie miałbym zbyt dużo nadziei.
Podszedł do nich wysoki, młody mężczyzna w żółtej nylonowej kurtce. Liberty DuCain pochodził z Karaibów, a obecnie wraz z dwiema młodymi Hinduskami dołączył do zespołu w wydziale medycyny sądowej. Byli najzdolniejszymi studentami na roku. Liberty nienawidził własnego imienia, ale nie aż tak bardzo jak jego brat Fraternity, który również służył w policji. Longbright podniosła rękę.

— Cześć Liberty. Czy domyślają się dlaczego...
— Jakieś urządzenie zapalające, małe, ale bardzo skuteczne. Widzisz, jak wyraźna jest granica wybuchu. Bardzo czysta. Zniszczyło biura, ale nie tknęło nawet dachu stacji.
Niecierpliwość, z jaką chłopiec chciał przekazać swoje koncepcje, nadała jego głosowi rytm staccato, za którym May nie mógł nadążyć.
— Kręci się tu kilku dziennikarzy, ale niczego nie znajdą. Dobrze się czujesz?
— Arthur nie mógł wydostać się na czas.
— Wiem. Znajdą go, ale czekamy na dźwig, żeby zacząć usuwać krokwie. Niczego nie wykryli detektorami dźwięku i pewnie nie wykryją, bo budynek złożył się jak domek z kart. Nic nie trzyma tych starych domów. — Liberty odwrócił wzrok, zmieszany, że nie daje im nadziei.
Longbright chciała podejść do miejsca wybuchu, ale May ją odciągnął.
— Pozwól mi odwieźć cię do domu — zaproponował. Odrzuciła wyciągniętą rękę.
— Czuję się dobrze. Po prostu nie sądziłam, że to się tak skończy. Bo to koniec, prawda?
Longbright znała już odpowiedź. Arthur Bryant i John May byli mężczyznami, którzy trzymali się określonego porządku i przyzwyczajeń. Zamykali sprawę i zostawali, aby przeanalizować wyniki, odrobić zaległości, pobyć w swoim towarzystwie. Tak to się właśnie zawsze odbywało — to był ich sposób na kolejny początek. Każdy o tym wiedział. John wyszedł pierwszy, zostawiając swojego cierpiącego na bezsenność przyjaciela.
— Kto prowadzi sprawę? Będą musieli sprawdzić...
— Strażacy muszą najpierw upewnić się, że miejsce jest bezpieczne — powiedział Liberty — Oczywiście przekażą nam swoje wnioski tak szybko, jak to tylko możliwe. Czegokolwiek się dowiem, ty będziesz wiedziała pierwsza. John ma rację, powinnaś jechać do domu, nie możesz nic zrobić.
May patrzył na budynek z nagłym poczuciem jakiejś niepewności.
Longbright obserwowała słup rdzawego dymu unoszącego się szybko w ciągle szarym powietrzu. Poczuła się tak, jakby te zdarzenia jej nie dotyczyły. To był koniec szczególnego związku partnerskiego: Bryant, May, Longbright — te nazwiska były ze sobą nierozerwalnie związane. Teraz ona odeszła, a Bryant zginął, pozostawiając Maya samego. Spędziła w ich towarzystwie tak wiele czasu, że detektywi byli dla niej ważniejsi niż najbliżsi krewni, byli jak znajome jednobarwne twarze w starym filmie. Zawsze będą jej rodziną.
W gruzach znaleziono jedno ciało — starszego białego mężczyzny. Dla Arthura Bryanta i Johna Maya był to gwałtowny koniec nietypowego przymierza. To byli jej koledzy, mentorzy, najbliżsi przyjaciele. Nie uwierzy, że Bryant nie żyje.
Ofiara połączyła koniec z początkiem, zdmuchnęła przeszłość i teraźniejszość. John May zawsze przeczuwał, że jego koledze nie jest pisana zwykła śmierć. Właśnie skończyli smutną, okrutną sprawę, ostatnią, jaką prowadzili razem. Wszystkie sprawy zostały zamknięte. Bryant zaczął w końcu myśleć o emeryturze, gdyż w wydziale miały nastąpić radykalne zmiany usankcjonowane nową polityką Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W piątek rozmawiali o tym z Mayem podczas zwyczajowego wieczornego spaceru nad rzeką. May wrócił w myślach do lej rozmowy, starając się przypomnieć sobie, czy mówili o czymś szczególnym. Przespacerowali się o zachodzie słońca do mostu Waterloo, kłócąc się i żartując w swobodnej atmosferze.

John i Arthur, nierozłączni, związani bliskością śmierci, nieprawdopodobnie zaprzyjaźnieni przez całe życie (...)

***
Smakowita powieść kryminalna, której głównymi bohaterami są dwaj detektywi angielscy: Arthur Bryant i John May. Akcja sięga 60 lat wstecz, do czasów wojennego Londynu, a ściślej tzw. Blitzu, czyli systematycznych bombardowań miasta przez samoloty niemieckie. Młodzi detektywi z Wydziału Przestępstw Osobliwych londyńskiej policji otrzymują wtedy pierwszą wspólną sprawę. Muszą rozpracować serię tajemniczych zabójstw w jedynym czynnym ówcześnie teatrze - Palace. Wszystko dzieje się w ciemnościach - na ulicach, z powodu obowiązującego wojennego zaciemnienia, i wewnątrz budynku teatru pełnego mrocznych zakamarków, z których wieje grozą, a także pośród objawiających się co jakiś czas tajemniczych masek.

Cykl: Bryant & May (tom 1)






Dyskretne szaleństwo - Mindy McGinnis

Dyskretne szaleństwo - Mindy McGinnis


Świetna opowieść w klimatach belle epoque. Szpital psychiatryczny tamtych czasów ukazany w pełni swej krasy, bohaterowie zarówno przerażający, budzący współczucie oraz tacy, których lubi się od pierwszego słowa (zakochałam się w dziewczynie ze Sznurkiem XD).
A w tym wszystkim trepanacje czaszek, miłosierdzie, śledztwa, zabójstwa, seryjny morderca oraz rodzinna patologia.

Rewelacyjne wyjaśnienie tytułu powieści :) Takich "dyskretnych szaleńców" nie brakuje i w naszych czasach, niestety...


POLECAM!


P.S. Nasza polska okładka wyjątkowo nieadekwatna do panującego w książce klimatu...


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Każdy panicznie się czegoś bał.


Ta nowa dziewczyna była przekonana, że w jej żyłach mieszkają pająki.
Jej krzyki przecinały ciemność, przedostając się przez cienkie ściany do celi Grace i do jej nieszczęścia dokładając jeszcze czyjeś. Grace przycisnęła poduszkę do uszu, nie zwracając uwagi, że dutki piór przebijały tani muślin i kłuły skórę. Słyszała, jak po drugiej stronie ściany pani Clay wierci się w swoim łóżku. Obu pacjentkom sen skradła nowa dziewczyna, która nie nauczyła się jeszcze, że krzykiem nie ściągnie pomocy.
Wprost przeciwnie.
Prowadzące na oddział drzwi otworzyły się głośno, a metal walnął o kamienną ścianę. Słychać było, jak pacjentki uciekają od hałasu i nowego piekła, jakie zwiastował. Dziewczyna zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej, nieświadomie przyciągając swoich dręczycieli. Grace rozpoznała szuranie stóp siostry oddziałowej i lekki chód doktora Heedsona.
Niezrozumiały potok słów płynących z ust nowej dziewczyny uciszony został trzaskiem. Kolejny zlepek pozbawionych znaczenia sylab sprowokował głośne kopnięcie. Grace wciskała palce do uszu z taką siłą, że słyszała jedynie bicie serca pompującego krew do jej ciała, chociaż bardzo pragnęła, aby już tego nie robiło. Ta nowa dziewczyna nie znała jeszcze siły milczenia i sztuki bycia niewidzialną. Grace już dawno temu wyrzekła się mowy. Kiedy słowa „nie” i „dosyć” okazały się zupełnie nieskuteczne, inne w ogóle nie chciały wydostawać się z jej gardła. Leżała teraz w pozycji embrionalnej. Croomes i Heedson opuścili oddział i pozostało po nich tylko kwilenie tej nowej. Grace potrafiła zagłuszyć dźwięki dłońmi i zaciskać powieki tak mocno, że mięśnie twarzy drżały w męczarniach. Przenikliwość jej pamięci okazywała się jednak mrocznym, pracowitym artystą, malującym obrazy bez jej zgody.
Jęknęła, dociskając czoło do kościstych kolan. Wbijały się w powieki przez wytarty materiał koszuli nocnej, kolejny raz prowokując jej największe pragnienie – przestać widzieć. W mrocznych godzinach nocy to właśnie twarze okazywały się tym, co sprawia najwięcej bólu. Jęki dziewczyny od pająków wyczarowywały twarz jej matki w każdym najdrobniejszym szczególe: krzywiła się z oburzeniem, a kąciki ust miała, jak zawsze, różowe od wina.
Grace odwróciła głowę od tego widma, ostrożnie wysuwając palce z uszu. Na oddziale znowu zapanowała cisza, ale jej umysł niemal ochoczo powitałby rozlegający się w ciemnościach jazgot, byle tylko myśli zawróciły ze ścieżki, którą zdecydowały się obrać. Pruły teraz przed siebie, wskrzeszając twarz jej ojca wykrzywioną w paroksyzmie. Tego żadna córka nie powinna nigdy oglądać.
Bezruch nocy przerwał jej płacz. W celi pani Clay coś się poruszyło i po chwili rozległo się ciche nucenie, jedyna pociecha, jaką przyjaciółka mogła jej ofiarować przez cienką ścianę. Grace uczepiła się tych dźwięków, podążając za melodią, aż sama się jej nauczyła. Przyłączyła się do niej bezgłośnie – milczenie, którym się otuliła, było zbyt święte, aby je złamać. Jej umysł bawił się nutkami, ciesząc się, że ma jakieś zajęcie. Rozluźniła się, kiedy w końcu zaczął jej słuchać, śledząc wzór na koronkowym obrusie w domu, a nie twarze wokół stołu. Zapadając w sen, Grace położyła dłoń na brzuchu, tuląc rosnące w nim życie.

Każdy panicznie się czegoś bał, ale przynajmniej pająki, które mieszkały w żyłach tej nowej dziewczyny, były urojone. Grace już dawno temu przekonała się, że źródłem największych koszmarów tego świata są inni ludzie.
(...)
Od autorki

Historia leczenia pacjentów przytułków dla obłąkanych nie jest piękna. Nawet ci, którzy pełni byli dobrych chęci, czasami z powodu ignorancji wyrządzali krzywdę, w najgorszych przypadkach zaś krzywdę wyrządzano dla samej krzywdy.


Jeśli ktoś miał pecha i w dziewiętnastym wieku został uznany za chorego psychicznie, istniało mnóstwo placówek, w których traktowano pacjentów z szacunkiem. Jednym z takich miejsc był przytułek dla obłąkanych Athens w północno-wschodniej części Ohio – i to właśnie on stanowi pierwowzór zakładu, w którym mieszkali Grace i Thornhollow.
Zbyt wiele uwagi poświęca się rzekomo paranormalnym aspektom działalności tego przytułku, a za mało zbiera on pochwał za spełnianie swojej zasadniczej roli. Obecnie budynek należy do Uniwersytetu Stanowego Ohio i mieszczą się w nim biura i galeria sztuki. Można więc udać się do Kennedy Museum of Art i obejrzeć oryginalną stolarkę, schody i mozaikowe podłogi.
Choć ze względu na prace renowacyjne oddziały dla pacjentów nie są dostępne dla zwiedzających, Stowarzyszenie Historyków Hrabstwa Athens raz na jakiś czas organizuje piesze wycieczki po przylegającym do przytułku terenie. Więcej informacji na stronie www.athenshistory.org. Gdybyście chcieli dowiedzieć się czegoś więcej o przytułku, który Grace nazywa domem, zajrzyjcie koniecznie do książki Katherine Ziff Przytułek na wzgórzu: historia uzdrawiającego otoczenia.*
* U nas nie do zdobycia ta książka...Jest TU
***
Grace Mae doskonale wie, czym jest szaleństwo. Otacza ją z każdej strony. Zesłana do przytułku dla obłąkanych w Bostonie, ciężarna i głodzona dziewczyna niemal niknie w oczach. Milczenie to jedyny azyl, który jednak nie pozwala zapomnieć o dawnej krzywdzie.
Pomimo drastycznych warunków, w jakich przebywa Grace, pewnego dnia dostrzega ją wyszkolony frenolog i amator psychologii kryminalnej doktor Thornhollow. To on odkrywa potencjał genialnego umysłu dziewczyny i widzi w niej partnerkę w badaniu mrocznych zagadek.

Wkrótce para wspólników wplątuje się w poszukiwania seryjnego mordercy młodych kobiet. Grace, mierząc się z demonami przeszłości, próbuje wytropić zabójcę. Skrywana trauma nie daje o sobie zapomnieć, a zadanie staje się nie lada wyzwaniem.



ZGARNIJ EBOOKA W



Ściana sekretów - Tana French

Ściana sekretów - Tana French

Kolejna słabsza, co nie znaczy, że słaba, część Tany - tym razem środowisko małolaty-exlusive:) Polecam także - Tana naprawdę daje radę w budowaniu klimatu i trzymaniu w napięciu do ostatniej chwili:)

Czytamy całą serię - PO KOLEI!

MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Jest taka piosenka, którą bez przerwy nadają w radiu, ale Holly ciągle wyłapuje tylko jej pojedyncze urywki. Czy pamiętasz, och, pamiętasz, kiedy byliśmy…, śpiewa z przejęciem czysty głos dziewczyny; lekki i szybki rytm każe ci się unieść na palcach i przyspiesza ci tętno, by za nim nadążyło, a po chwili milknie. Holly ciągle wypytuje resztę dziewczyn: „Co to jest?”, zawsze jednak słyszy za mało, żeby wyjaśnić, o jaki utwór jej chodzi. Piosenka brzmi gdzieś w tle, kiedy rozmawiają o czymś ważnym albo muszą biec do autobusu; zanim zapanuje spokój, śpiew znika, zostaje tylko cisza albo łomot Rihanny czy Nicki Minaj.
Tym razem piosenka dobiega z samochodu, kabrioletu, w którym opuszczono dach, by złowić cały słoneczny blask nagłej eksplozji lata, po której jutro może nie być śladu. Sączy się przez żywopłot na plac zabaw w parku, gdzie jedzą topniejące lody, trzymając je z dala od szkolnych zakupów. Holly – siedząca na huśtawce, z odchyloną głową i przymrużonymi oczami, oglądająca przez rzęsy słoneczne wahadło na niebie – prostuje się i nasłuchuje.
– To ta piosenka – mówi. – Co to…
Ale w tym momencie Julia upuszcza gałkę lodów na jej włosy, zrywa się z karuzeli z okrzykiem: „Kurwa!”, bierze od Bekki chusteczkę i pożycza od Seleny butelkę wody, żeby zmyć jej z włosów lepką maź, cały czas zrzędząc (przede wszystkim po to, by Becca się rumieniła, mówi szelmowskie spojrzenie skierowane do Holly), że wygląda, jakbywłaśnie obciągnęła komuś, kto słabo celuje – a tymczasem samochód odjeżdża.
Holly kończy lody i zawisa na łańcuchach huśtawki głową w dół, prawie muskając włosami ziemię i oglądając świat do góry nogami i pod kątem. Julia na wznak wyciąga się na karuzeli, którą powoli obraca, odpychając się stopami; karuzela skrzypi miarowo i kojąco. Obok Julii leży na brzuchu Selena, leniwie grzebie w torbie z zakupami i pozwalaJules kręcić się w kółko. Becca, przepleciona przez drabinki, liże lody koniuszkiem języka, sprawdzając, na jak długo wystarczą. Zza żywopłotu docierają uliczne hałasy i okrzyki chłopaków, które w słońcu i z oddali brzmią łagodniej.– Zostało dwanaście dni – mówi Becca i patrzy, czy reszta się z tego cieszy.Julia unosi w toaście rożek z lodami; Selena trąca go zeszytem do matematyki.
Holly cały czas pamięta o stojącej obok ramy huśtawki dużej papierowej torbie, która sprawia jej przyjemność, nawet gdy o niej nie myśli. Ma ochotę zanurzyć w niej twarz i ręce, opuszkami palców i nosem poczuć tę lśniącą nowość: błyszczący segregator z równiutkimi rogami, komplet ołówków tak ostrych, że można się nimi ukłuć do krwi,zestaw przyborów geometrycznych, w których wszystkie kreseczki podziałek są wyraźne i nietknięte. I inne rzeczy na ten rok: przewiązane wstążkami puszyste żółte ręczniki; zamknięta w gładkiej folii poszewka na kołdrę w szerokie żółte i białe pasy.
Pip-pip-pip-piij, odzywa się głośno jakiś ptaszek. Powietrze jest rozgrzane do białości i wypala wszystko do samego środka. Selena, która unosi głowę, jest tylko burzą włosów i rozchylonymi w uśmiechu ustami.– Torby z siatki! – woła nagle Julia w stronę rozpalonego nieba.– Hm? – zwraca się Selena do rozłożonego w dłoni wachlarza pędzelków.– Na liście wyposażenia. „Dwie torby z siatki do pralni”. Gdzie takie coś się kupuje? I co się z tym robi? Chyba nigdy nawet nie widziałam torby z siatki.– Trzymasz w tym swoje rzeczy do prania – wyjaśnia Becca. Ona i Selena mieszkają w internacie od początku, odkąd skończyły dwanaście lat. – Żeby nie trafiły do ciebie obrzydliwe cudze majtki.– Mama kupiła mi taką torbę w zeszłym tygodniu – mówi Holly, siadając na huśtawce. – Mogę ją zapytać gdzie. – Przy tych słowach czuje zapach prania unoszący się z suszarki w domu, widzi, jak składają razem z mamą prześcieradło, a w tle huczy Vivaldi.
Nie wiadomo, dlaczego przez krótką i straszną chwilę myśl o internacie gniecie ją w środku jak próżnia, która wsysa klatkę piersiową. Holly chce zawołać mamę i tatę, rzucić się im w ramiona i błagać, żeby pozwolili jej na zawsze zostać w domu.– Hol – mówi łagodnie Selena i uśmiecha się, mijając ją na karuzeli. –Będzie super.– No – odpowiada Holly. Becca przygląda się jej, zaciskając palce na szczeblu drabinki, i natychmiast jeży się z niepokoju. – Wiem.
Chwila mija. Zostawia po sobie wyczuwalny ślad, jak drobiny piasku we wciąganym do płuc powietrzu: jeszcze jest czas zmienić zdanie, byle szybko, zanim będzie za późno, uciekać, uciekać do domu i schować głęboko głowę. Pip-pip-piij, odzywa się kpiąco niewidzialny ptaszek.– Zaklepuję łóżko pod oknem – mówi Selena.– M-m… nie – sprzeciwia się Julia. – Nie możesz zaklepać, bo ja i Hol nawet nie wiemy, jak wyglądają pokoje. Trzeba zaczekać, aż będziemy w internacie.Selena śmieje się z niej, a karuzela obraca się wolno w nierównym cieniu rzucanym przez liście.– Przecież wiadomo, jak wygląda okno. Zaklepujesz czy nie?– Zdecyduję się, jak już tam wejdziemy. Masz coś do tego?Becca wciąż przygląda się Holly spod ściągniętych brwi, w roztargnieniu skubiąc rożek z lodami.– Zamawiam łóżko najdalej od Julii – oświadcza Holly. Uczennice trzeciej klasy dostają czteroosobowe pokoje: będą mieszkać razem w czwórkę. – Chrapie jak tonący bawół.– Odwal się, wcale nie. Śpię cichutko jak księżniczka elfów.– Czasem tak – zgadza się Becca i czerwieni się, zaskoczona własną śmiałością. – Kiedy ostatni raz u ciebie nocowałam, czułam, jak cały pokój wibruje.Julia pokazuje jej środkowy palec, a Selena parska śmiechem. Holly uśmiecha się do niej i już się nie może doczekać następnej niedzieli.Pip-pip-piij, mówi jeszcze raz ptaszek, mniej wyraźnie i bardziej sennie. A potem milknie.

***

W parku przy ekskluzywnej szkole dla dziewcząt na przedmieściach Dublina zostają odnalezione zwłoki szesnastoletniego Chrisa Charpera. Pomimo wielotygodniowego śledztwa, nie udaje się ustalić sprawcy zbrodni.
Rok po tragicznej śmierci Chrisa na „ścianie tajemnic” – korkowej tablicy, na której dziewczęta ze szkoły Świętej Kildy anonimowo zwierzają się ze swych sekretów – pojawia się zdjęcie chłopaka, opatrzone podpisem: „Wiem, kto go zabił”.
Sprawa zostaje ponownie otwarta. Trop wiedzie do najbliższych przyjaciółek Holly Mackey oraz grupy dziewcząt uwikłanych we wzajemne relacje i animozje. Która z uczennic skrywa mroczny sekret? A może działają w zmowie? Świat nastolatek okazuje się o wiele bardziej niebezpieczny i złowrogi, niż mogliby przypuszczać doświadczeni detektywi.



Cykl: Zdążyć przed zmrokiem (tom 5)






ZGARNIJ EBOOKA Z


Kolonia - Tana French

Kolonia - Tana French

No i powrót do formy - REWELACYJNA ta części!!!! A nie spodziewałam się tak pasjonującej historii po raczej spokojnym Rewelce! 

Polecam! Całą serię!

MOJA OCENA: 10/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Wyjaśnijmy sobie jedno: nadawałem się do tej sprawy idealnie. Bylibyście zdumieni, gdybyście wiedzieli, ilu chłopaków, mając wybór, dałoby nogę - a ja go miałem, przynajmniej na początku. Paru powiedziało mi wprost: „Dobrze, że nie ja, człowieku”.

Nie martwiło mnie to nawet przez sekundę. Budzili we mnie litość.
Niektórzy nie palą się do wielkich przedstawień, tych z wysoką stawką - za dużo medialnego kitu, jak twierdzą, i skutków ubocznych, jeżeli nie rozwiąże się sprawy. Takie negatywne podejście to nie mój styl. Kto traci energię na myślenie, jak bardzo zaboli go upadek, w zasadzie już spadł. Skupiam się na pozytywach, a jest ich mnóstwo. Można udawać, że się o to nie dba, każdy jednak wie, że duże sprawy przynoszą duże awansy. Dajcie mi to, co trafia na czołówki, a dla siebie zatrzymajcie porachunki na noże między dealerami. Jeżeli nie możesz wytrzymać presji, biegaj w mundurze.
Niektórzy z chłopaków nie potrafią sobie radzić, kiedy zamordowane zostają dzieciaki.
Przepraszam, że spytam: jeśli nie radzisz sobie z paskudnymi morderstwami, to co, do
jasnej cholery, robisz w wydziale zabójstw? Założę się, że Urząd Patentowy z radością
wziąłby do siebie kogoś o tak miękkim tyłku. Zajmowałem się niemowlakami, utonięciami, gwałtami z morderstwem i odstrzeleniem głowy strzelbą, po którym całe ściany były obklejone zaschniętymi kawałkami mózgu, i śpię dobrze, dopóki robota zostaje wykonana. Ktoś musi się tym zajmować. Jeżeli to mam być ja, przynajmniej wszystko będzie zrobione, jak należy.
Jeśli już o tym mowa, ustalmy coś jeszcze: jestem cholernie dobry w tym, co robię.
Nadal tak uważam. Pracowałem w wydziale zabójstw dziesięć lat i przez siedem, odkąd
stanąłem na własnych nogach, miałem najwyższy wskaźnik wykrywalności. W tym roku
zjechałem na drugie miejsce, ale lider dostał serię pewniaków, spraw rodzinnych, w
których podejrzany praktycznie sam zatrzaskiwał sobie kajdanki na nadgarstkach i
serwował się na tacy z sosem jabłkowym. Mnie dostało się to, co trudne, harówa typu
„ćpun-ćpuna i nikt-nic-nie-widział”, mimo to robiłem wyniki. Gdyby naczelnik miał
jakiekolwiek wątpliwości, choć jedną, w każdej chwili mógłby mi odebrać śledztwo. 
Nie zrobił tego.
Oto co próbuję wam powiedzieć: to śledztwo powinno było pójść jak po maśle. Trafić
do podręczników jako świetlisty przykład tego jak należy prowadzić takie sprawy.
Zgodnie z każdą podręcznikową zasadą powinno zostać śledztwem marzeń.
***
Mick Kennedy, detektyw z dublińskiego wydziału zabójstw, dba o każdy szczegół. Właściwy samochód, odpowiednie ciuchy, nawet barwa głosu… Wszystko, by pokazać światu – a co najważniejsze, mordercy – że całkowicie panuje nad sprawą.


Nie panuje jednak nad Broken Harbour. Z tą niegdyś odludną, piękną zatoką wiążą się jego najszczęśliwsze wspomnienia. Ale też najstraszniejsze. Teraz znów Broken Harbour stało się miejscem tragedii. Cztery ofiary – dwoje uduszonych dzieci, ojciec zadźgany nożem w krwawej jatce i matka walcząca w szpitalu o życie.

To sprawa najwyższej wagi i jednocześnie okazja dla detektywa Kennedy’ego, żeby po okresie porażek powrócić na szczyt. Wygląda na to, że świetnie wykorzystuje swoją szansę – w ciągu 48 godzin zabójca trafia do aresztu. Tyle tylko, że ta sprawa nie posuwa się do przodu jak wszystkie inne, lecz „prowadzi go na manowce z siłą potężnego odpływu i ściąga na dno”.



Cykl: Zdążyć przed zmrokiem (tom 4)








ZGARNIJ EBOOKA Z


Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger