"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty
Pasożyty umysłu Colin Wilson

Pasożyty umysłu Colin Wilson

"Od wielu miesięcy przekonany jestem, że gatunek ludzki zaatakowany został przez szczególny rodzaj nowotwora umysłu."


Staroć z lat 60., wynaleziony, bo wspomniany w antologii Motyle zła, dostępny już chyba tylko w antykwariatach, na bank na Allegro i w bibliotekach.

Opinie są różne.

Moja nie będzie entuzjastyczna.

Oprócz całego creepy pomysłu o obcych, rodem z powieści Lovecrafta, żerujących i sterujących naszymi umysłami, reszta była bardzo ciężka do przebrnięcia, ponieważ autor odjechał w swoich rozważaniach filozoficzno - kosmitologiczno (nie wiem, czy jest takie słowo...)- egzystencjalno-metafizycznych, obleczonych w dość dobrą otoczkę sci-fi, lovecraftowych opowieści i teorii spiskowych.

Chyba tylko miłośnik klimatów doceni to dzieło, ale nie ukrywam, że jest to unikat, jeśli chodzi o treść. 

"Byłem otoczony złymi, obcymi umysłami. Byłem jak nurek na dnie morza; tak zaabsorbowany poszukiwaniem skarbu w zatopionym okręcie, że nie będący w stanie zauważyć zimnych oczu ośmiornicy, wyczekującej za jego plecami."


MOJA OCENA: 5/10


KUP!

TU

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Nota wstępna

 

Faktem oczywistym i nie wymagającym żadnych uzasadnień jest, że III wolumin Cambridge History of the Nuclear Agę poświęcamy w całości nowemu wydaniu dokumentu, znanego pod nazwą Pasożyty umysłu autorstwa prof. Gilberta Austina.

Pasożyty umysłu to oczywiście dokument będący kompilacją wielu materiałów: pism, nagrań czy stenogramów rozmów z prof. Austinem. Wydanie pierwsze, obejmujące ledwie połowę obecnie prezentowanego materiału, ukazało się krótko po tym, jak prof. Austin zniknął w 2007 roku, ale jeszcze przed odnalezieniem przez kapitana Ramsaya “Pallas". W skład wydania wchodziły głównie notatki czynione na prośbę pułkownika Spencera i nagrania skatalogowane pod numerem 12xm w Bibliotece Uniwersytetu Londyńskiego. Wydanie późniejsze, które ukazało się w 2012 roku, zawierało stenogram rozmowy przeprowadzonej przez Leslie Purvison 14 stycznia 2004 roku. Pomiędzy tymi materiałami umieszczono inny artykuł, wybrany spośród dwóch napisanych przez prof. Austina dla Historical Review, oraz jego przedmowy do Refleksji Historycznych autorstwa Karela Weissmana.

Wydanie niniejsze zachowuje w całości stary tekst i jest poszerzone dodatkowo o materiały zupełnie nowe, pochodzące z tak zwanych Martinus File, będących przez wiele lat w posiadaniu Sylvii Austin i znajdujących się, obecnie w Światowym Archiwum Historycznym. Wydawca wyjaśnia za pomocą odnośników, z jakich źródeł pochodzą odpowiednie partie materiału, a także korzysta z dotąd nie opublikowanych Notatek Autobiograficznych, napisanych przez prof. Austina w 2001 roku.

Żadne wydanie Pasożytów umysłu nie stanowi wersji ostatecznej. Staraliśmy się tak zredagować materiał, aby zachować ciągłość narracji. W kilku miejscach, gdzie, jak sądziliśmy, było to szczególnie uzasadnione omawianą treścią, włączono materiały z prac filozoficznych prof. Austina oraz jeden krótki rozdział ze wstępu do Homage to Edmund Husserl, wydanym przez Austina i Reicha. Opowieść, która się z tego wyłoni, zdaje się potwierdzać, według opinii wydawców, poglądy przedstawione przez nich w New Light on the Pallas My stery. Należy jednak podkreślić z naciskiem, że nie to było ich celem. Usiłowali oni objąć całość związanych z tą sprawą materiałów wierząc, że zasadność tego ujęcia zostanie w pełni potwierdzona, gdy Northwestern University zakończy pracę nad edycją Complete Papers of Gilbert Austin.

H.S. W.P.

St. Henry's College, Combridge, 2014 rok.


Niniejszy tekst jest zapisem nagrania, którego
dr Austin dokonał na parę miesięcy przed zniknięciem.
Został on opublikowany przez H.F. Spencera.
 
Historia o tak wielkim zasięgu jak ta nie zaczyna się w jakimś konkretnym punkcie; nie potrafię też zadośćuczynić prośbie pułkownika Spencera, aby “zacząć wszystko od początku i następnie dojść aż do końca", jako że historia ta ma w zwyczaju tworzyć meandry. Być może najlepszym rozwiązaniem będzie, jeśli opowiem po prostu historię mojej bitwy z pasożytami umysłu, a całą resztę pozostawię historykom.
Tak więc, moja opowieść rozpoczyna się 20 grudnia 1994 roku. Wówczas to wróciłem do domu z zebrania Middlesex Archaeological Society, na którym wygłosiłem wykład o starożytnych cywilizacjach zamieszkujących obszary Azji Mniejszej. Był to niezwykle stymulujący i ożywczy wieczór; trudno o większą satysfakcję niż ta, która płynie z głoszenia spraw bliskich sercu przed uważnymi słuchaczami. Powinienem do tego jeszcze dodać, że do kolacji po wykładzie podano znakomite czerwone wino rocznik 1980 - by stało się całkiem jasne, że kiedy wkładałem klucz w drzwi mego mieszkania w Covent Garden, byłem w radosnym i pełnym optymizmu nastroju.
Gdy wchodziłem, zadzwonił videotelefon, ale ucichł, nim zdołałem do niego dobiec. Rzuciłem okiem na odtwarzacz, pokazywał numer abonenta z Hampstead; był to numer Karela Weissmana. Była za piętnaście dwunasta i chciało mi się spać, postanowiłem więc oddzwonić rano. Rozbierając się, czułem się jednak jakoś nieswojo. Byliśmy przyjaciółmi od dawna i wiedziałem, że często dzwonił do mnie późną nocą prosząc, bym mu coś tam sprawdził w British Museum (gdzie spędzałem większą część czasu przed południem). Tym razem jednak coś trudnego do uchwycenia nie dawało mi spokoju; już w szlafroku podszedłem do videotelefonu i nacisnąłem jego numer. Długo nie było odpowiedzi. Już zamierzałem odłożyć słuchawkę, gdy na ekranie pojawiła się twarz jego sekretarza.
- Słyszał pan już? - zapytał.
- O czym?
- Doktor Weissman nie żyje.
Wiadomość ta tak mną wstrząsnęła, że musiałem usiąść. W końcu zdecydowałem się zapytać:
- Skąd mogłem o tym wiedzieć?
- Wieczorne gazety zamieściły wiadomość.
Odpowiedziałem mu, że dopiero co wróciłem do domu.
- Ach tak - odparł. - Próbowałem się do Pana dodzwonić przez cały wieczór. Czy mógłby Pan zaraz tu przyjechać?
- Ale dlaczego? W czym mógłbym pomóc? Czy pani Weissman czuje się dobrze?
- Jest w szoku.
- Jaką miał śmierć?
Baumgart udzielił mi odpowiedzi nie zmieniając wyrazu twarzy:
- Popełnił samobójstwo.
Pamiętam, że dłuższy czas gapiłem się na niego, nie wypowiadając żadnego słowa i dopiero później krzyknąłem:
- O czym, do diabła, pan mówi? To jest niemożliwe.
- Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Proszę, niech Pan przyjedzie jak najszybciej.
Zaczął się rozłączać, więc wrzasnąłem:
- Czy chce pan, bym oszalał? Co się stało?
- Otruł się. Nic więcej nie potrafię Panu powiedzieć. Ale w liście, jaki zostawił, prosi, abyśmy się jak najszybciej z panem skontaktowali. Tak więc proszę przyjechać. Wszyscy jesteśmy bardzo zmęczeni.
Zamówiłem aerotaxi, a następnie w stanie jakiegoś odrętwienia zacząłem się ubierać, powtarzając w kółko, że to niemożliwe. Znałem Karela Weissmana od trzydziestu lat, od czasu kiedy wspólnie studiowaliśmy w Uppsali. Był to pod każdym względem człowiek niezwykły: wybitnie inteligentny, wrażliwy, cierpliwy, a nade wszystko posiadający ogromną wewnętrzną energię. Nie, to było niemożliwe. Tacy ludzie jak on nigdy nie popełniają samobójstw. Oczywiście wiedziałem, że przez ostatnie pół wieku liczba samobójstw wzrosła pięćdziesięciokrotnie i że czasami samobójstwa dokonują osoby, o których sądzimy, że nigdy by tego nie uczynili. Ale wiadomość, że Karel Weissman popełnił samobójstwo znaczyła dla mnie tyle, co twierdzenie, że dwa plus dwa równa się pięć. Nic nie zapowiadało, by targnął się na swoje życie. Pod każdym względem był jedną z najmniej neurotycznych i jednocześnie najbardziej zintegrowanych osób, jakie poznałem.
Zastanawiałem się, czy to nie było morderstwo. Czy przypadkiem nie był to zamach którejś z grup terrorystycznych Central Asiatic Powers? Słyszałem już o sprawach nawet dziwniejszych. Wiedza o terrorze politycznym stała się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych solidną nauką, a śmierć Hammelmanna i Fullera nauczyły nas, że nawet naukowcy, otoczeni specjalną opieką, nie mogą się czuć w pełni bezpieczni. Ale Karel był przecież psychologiem i, o ile wiem, nie miał żadnych powiązań z projektami realizowanymi na zamówienia rządowe. Głównym źródłem jego dochodów było potężne towarzystwo przemysłowe, które płaciło mu za opracowywanie metod leczenia nerwic dynamicznych oraz, ogólnie rzecz biorąc, za zwiększanie efektywności funkcjonowania zawodowego pracowników.
Baumgart czekał już na mnie, kiedy taksówka lądowała na dachu. Gdy tylko zostaliśmy sami, zapytałem:
- Czy to nie mogło być morderstwo?
Odparł: - Nie można tego wykluczyć, ale nie ma też podstaw, aby tak sądzić. O trzeciej po południu i profesor udał się do swego pokoju, by pisać; powiedział, że nie chce, aby mu przeszkadzano. Okno w jego pokoju było zamknięte, a ja sam siedziałem w holu przy biurku przez następne dwie godziny. O piątej jego żona przyniosła herbatę i... znalazła go martwego. Zostawił własnoręcznie napisany list, a truciznę popił wodą z toalety.
Pół godziny później byłem już przekonany, że mój przyjaciel rzeczywiście popełnił samobójstwo. Jedyną możliwością przeczącą tej hipotezie mogło być założenie, że to Baumgart go zabił - w to jednak nie wierzyłem. Baumgart był po szwajcarsku opanowany i beznamiętny, ale czułem, że był głęboko wstrząśnięty, wręcz na granicy nerwowego załamania. Żaden człowiek nie byłby w stanie tak dobrze odegrać tego, co on przeżywał. Poza tym był jeszcze ten, własnoręcznie napisany przez Karela, list. Od czasu jak Pomercy wynalazł Elektroniczne Urządzenie Porównawcze, fałszerstwa dokumentów stały się najrzadszym z przestępstw.
O drugiej nad ranem opuściłem ten pełen smutku dom, nie rozmawiając z nikim oprócz Baumgarta. Nie widziałem mego zmarłego przyjaciela; zresztą nie chciałem tego wiedząc, że twarz człowieka umierającego po zażyciu cyjanku wygląda strasznie. Tabletki, których użył, pochodziły od neurotycznego pacjenta i mogły być zabrane przez Karela jedynie tego samego dnia, rano.
List sam w sobie był dziwny. Nie zawierał ani słowa żalu z powodu podjęcia próby samobójstwa. Mimo iż pismo było chwiejne, to jednak słownictwo jakiego używał, było bardzo precyzyjne. Rozdysponował swój majątek, określił, co przekazuje synowi, a co żonie. Prosił o to, aby jak najszybciej zawiadomić o jego śmierci mnie, jako osobę sprawującą pieczę nad jego pracami naukowymi. Podał sumę pieniędzy, jaka miała zostać mi wypłacona oraz kolejną sumę, która miałaby być w razie potrzeby użyta po to, aby je opublikować. Widziałem fotokopię listu - oryginał miała policja - i byłem absolutnie przekonany, że to był jego list. Elektroniczna analiza potwierdziła to przekonanie następnego dnia.
Tak, list był w najwyższym stopniu dziwny. Długi na trzy strony, pisany z rzucającym się w oczy spokojem. Dlaczego jednak nalegał, aby natychmiast skontaktować się ze mną? Czyżby pozostawione prace zawierały jakiś klucz? Taką możliwość rozpatrywał już Baumgart, który spędził cały wieczór, dokładnie je przeglądając. Nie znalazł w nich jednak nic, co mogłoby wyjaśnić uporczywe żądanie Karela, aby się spieszyć. Duża część materiału dotyczyła Anglo-Indian Computers Corporation, jego pracodawcy. Dokumenty te, oczywiście, miały być udostępnione innym pracownikom badawczym firmy. Pozostały materiał stanowiły rozmaite prace dotyczące psychologii egzystencjalnej, transakcjonizmu Masłowa - jak i inne rozprawy; prace ukończone przez niego oraz książka, omawiająca zastosowanie środków psychodelicznych.
W ostatniej z wymienionych prac znalazłem, jak mi się wydało, klucz, którego tak poszukiwałem. Gdy Karel i ja studiowaliśmy w Uppsali, spędziliśmy dużo czasu na dyskusjach dotyczących takich problemów, jak: znaczenie śmierci, granice ludzkiej świadomości i tym podobnych. Pisałem wówczas pracę dotyczącą Egipskiej Księgi Zmarłych, której dosłowny tytuł brzmi Ru nu pert em hru i oznacza: Księga podążania naprzód za dnia. Uwaga moja skupiała się przede wszystkim na symbolice owej “ciemnej nocy duszy", na niebezpieczeństwach, które napotyka pozbawiony ciała duch w swej długiej jak noc podróży do Amentet. Karel nalegał, bym dodatkowo przestudiował jeszcze Tybetańską Księgę Umarłych - stanowiącą zupełnie inne zagadnienie - i porównał obydwie. Tymczasem, co wie każdy, kto się z tymi dziełami zetknął, Tybetańska Księga jest dokumentem buddyjskim, a zawarty w niej system religijny nie wykazuje żadnych podobieństw do religii Starożytnego Egiptu. Wydawało mi się, że takie porównanie będzie tylko stratą czasu, rodzajem bezsensownej, pedantycznej wprawki. Karelowi udało się jednak w końcu rozbudzić we mnie pewne zainteresowanie samą Tybetańską Księgą Umarłych i w konsekwencji spędziliśmy wiele długich wieczorów, dyskutując na ten temat. Środki psychodeliczne były w owym czasie prawie nieosiągalne, gdyż książka Aldousa Huxley'a, poświęcona meskalinie, wprowadziła na nie wśród nałogowców swoistą modę. Odkryliśmy jednak pewien artykuł, autorstwa Renę Daumala, opisujący jak podobne eksperymenty wykonywał on za pomocą eteru. Daumal nasączał chustkę do nosa eterem i przykładał ją następnie do nosa. Kiedy tracił świadomość, upadająca ręka powodowała szybkie ocknięcie się. Daumal próbował opisać swe doznania wywołane eterem i opis ten wywarł na nas bardzo silne wrażenie. Jego zasadniczy wniosek był zbieżny z opisami pozostawionymi przez wielu mistyków. Mimo że autor był “nieprzytomny" na skutek działania eteru, miał poczucie, że to co przeżywał, było daleko bardziej realne, niż codzienne doświadczenie świata. Obydwaj, Karel i ja - bez względu na różnice w zapatrywaniach na wiele innych kwestii - zgadzaliśmy się co do jednego: codzienne życie ma w sobie element nierealności. Doskonale wówczas rozumieliśmy słowa Chuang Tzu, który pewnego razu śnił, że jest motylem i doznawał świata tak jak motyl, a gdy się obudził nie był pewien, czy to Chuang Tzu śniło się, że jest motylem, czy to motyl śnił, że jest Chuang Tzu.
Chyba przez miesiąc, mniej więcej, Karel Weissman i ja próbowaliśmy “eksperymentować ze świadomością". Podczas ferii świątecznych przeprowadzaliśmy doświadczenie polegające na tym, aby nie spać przez trzy dni, pijąc tylko czarną kawę i paląc cygara. Rezultatem, oczywiście, była niezwykła intensywność percepcji intelektualnej. Pamiętam, że powiedziałem wówczas:
- Gdybym mógł tak żyć przez cały czas, to poezja stałaby się bezwartościowa, potrafię bowiem widzieć głębiej niż jakikolwiek poeta.
Próbowaliśmy także eteru i czterochlorku węgla. Jeśli o mnie chodzi, te doznania były znacznie mniej interesujące. Oczywiście, doświadczałem niezwykle intensywnego wglądu - jaki czasami osiągamy w momencie zasypiana - ale były to przeżycia krótkotrwałe i ulotne. Użycie eteru powodowało wielodniowy ból głowy, tak więc po dwóch eksperymentach, postanowiłem dać sobie z tym spokój. Karel utrzymywał, że jego własne doznania były, poza pewnymi różnicami, zbieżne z doznaniami Daumala. Wydaje mi się, że pamiętam, jak sformułował teorię uporządkowania szeregu kropek, którą uznał za nadzwyczaj istotną. Ale i on w końcu stwierdził, że fizyczne efekty uboczne są zbyt silne i zaprzestał eksperymentowania. Później, kiedy został psychologiem eksperymentalnym, mógł otrzymywać na zamówienie meskalinę i lizergid. Wielokrotnie namawiał mnie, bym spróbował. W tym czasie jednak miałem inne zainteresowania i odmówiłem. Chciałbym obecnie opowiedzieć coś więcej o tych “innych zainteresowaniach".
 
Ten przydługi wtręt był konieczny, by wyjaśnić, dlaczego byłem przekonany, że pojąłem ostatnią próbę mego przyjaciela. Jestem archeologiem, nie psychologiem. Ale byłem jego starym przyjacielem i kiedyś razem z nim interesowałem się problemami ludzkiej świadomości. Zapewne, podczas ostatnich chwil swojego życia, powrócił do naszych długich nocnych rozmów w Uppsali. Czy myślał o beczkach piwa, które wypijaliśmy w maleńkiej restauracyjce nad rzeką, czy może o butelkach wódki, które pijaliśmy w moim pokoju do drugiej nad ranem? Coś w tym wszystkim niepokoiło mnie: jakiś ulotny, niepojęty lęk; coś, co przywodziło mi na myśl uczucie, które zmusiło mnie, bym zadzwonił o północy do domu Karela w Hampstead. Ale tym razem nie mogłem zrobić nic, by je - rozładować, tak więc jedyne co mi zostało - to spróbować o tym zapomnieć.
W czasie pogrzebu mojego przyjaciela przebywałem na Hybrydach - zostałem tam wezwany, by zbadać znakomicie zachowane neolityczne szczątki w Harris - a gdy wróciłem, spostrzegłem na półpiętrze przed swoim mieszkaniem kilka skrzyń z posegregowanymi materiałami Weissmana. Głowę miałem pełną myśli o człowieku neolitycznym, więc gdy sięgnąłem do pierwszej i wyciągnąłem brulion zatytułowany Spostrzeganie kolorów u zwierząt poddanych deprywacji emocjonalnej, czym prędzej zamknąłem go. Wszedłem do mieszkania i otworzyłem “Archeological Journal", w którym natrafiłem na artykuł Reicha omawiający zastosowanie elektronicznego datowania bazaltowych figurek ze świątyni Bogazkóy. Byłem niezwykle podekscytowany, zadzwoniłem do Spencera z British Museum i popędziłem na spotkanie z nim. Przez następne czterdzieści osiem godzin wszystko co robiłem, wiązało się z figurkami ze świątyni i cechami pozwalającymi odróżnić rzeźby hetyckie od innych.
To, oczywiście, uratowało mi życie. Nie wątpię, że Tsathogguany oczekiwały mego powrotu i obserwowały to, co robię. Na całe szczęście umysł mój był wypełniony archeologią. Łagodnie szybował po bezkresnych przestworzach przeszłości, kołysany prądami historii. Psychologia napawała go wstrętem. Gdybym ochoczo przestudiował materiały mego przyjaciela w poszukiwaniu przyczyn jego samobójstwa, mój własny umysł zostałby przez nie zaatakowany, a następnie, w przeciągu paru godzin, zniszczony.
Nawet dzisiaj drżę, gdy tylko o tym pomyślę. Byłem otoczony złymi, obcymi umysłami. Byłem jak nurek na dnie morza; tak zaabsorbowany poszukiwaniem skarbu w zatopionym okręcie, że nie będący w stanie , zauważyć zimnych oczu ośmiornicy, wyczekującej za jego plecami. Gdybym miał inny nastrój, może bym je zauważył, jak to się stało później w Karatepe. Jednakże odkrycie Reicha tak mnie zaaferowało, że zapomniałem o poczuciu obowiązku wobec zmarłego przyjaciela.
Stwierdzam, że znajdowałem się pod ciągłą obserwacją Tsathogguanów przez wiele kolejnych tygodni. W tym właśnie czasie zdałem sobie sprawę, że jeśli chcę się uporać z kłopotami wynikającymi dla mnie z krytyki Reicha, dotyczącej mego sposobu datowania znalezisk, muszę wrócić do Azji Mniejszej. I znowu: mam poczucie, że było to zrządzenie losu. Decyzja ta musiała utwierdzić Tsathogguany w przekonaniu, że nie muszą się z mojej strony niczego obawiać. Było jasne, że Karel się pomylił w swoich rachubach; nie mógł znaleźć gorszego wykonawcy swej ostatniej woli. Miałem jednak wyrzuty sumienia wobec nieżyjącego przyjaciela i w trakcie ostatnich tygodni pobytu w Anglii raz czy dwa zmusiłem się do tego, by zajrzeć do owych skrzyń. Za każdym razem czułem to samo obrzydzenie dla kwestii psychologicznych i, w konsekwencji, zamykałem je niezwłocznie. Pamiętam, że ostatnim razem, kiedy to uczyniłem, zastanawiałem 'się, czy nie byłoby prościej poprosić dozorcę, aby spalił to wszystko w piwnicznej kotłowni. Pomysł ten jednak wydał mi się skrajnie niemoralny i zaniechałem go - trochę, prawdę mówiąc, zdziwiony, że mi to w ogóle przyszło do głowy. Nie miałem wówczas pojęcia, że to nie “ja" to wymyśliłem.
Często zastanawiałem się później, na ile wybór mnie jako wykonawcy testamentu stanowił część planu mojego przyjaciela, a na ile była to desperacka decyzja podjęta w ostatniej chwili życia. Niewątpliwie niewiele na ten temat myślał, w przeciwnym bowiem wypadku one wiedziałyby o tym. Czyżby to było nagłe olśnienie, ostatni błysk intuicji jednego z najgenialniejszych umysłów XX wieku? A może zostałem wybrany jako faute de mieux? Być może poznamy odpowiedź pewnego dnia, gdy uda nam się dotrzeć do archiwów Tsathogguanów. Przywiązałem się jednak do myśli, że to był wybór intencjonalny, majstersztyk oszustwa mego przyjaciela. Jeśli bowiem podczas tej decyzji opatrzność była po jego stronie - to przez następne sześć miesięcy, kiedy myślałem o wszystkim poza pismami Weissmana, z pewnością była po mojej.
Przed wyjazdem do Turcji wydałem polecenie, by Baumgart miał w czasie mej nieobecności swobodny dostęp do mojego mieszkania. Zgodził się bowiem przeprowadzić wstępną segregację materiałów. Rozpocząłem również negocjacje z dwoma amerykańskimi wydawnictwami z zakresu psychologii, które były zainteresowane wydaniem prac Weissmana. Następnie przez parę miesięcy przestałem myśleć o psychologii, jako że kwestie związane z datowaniem bazaltowych figurek pochłonęły całą moją uwagę. Reich urządził się w laboratorium Turkish Uranium Company w Diyarbakir. Interesował się głównie - jak dotąd - datowaniem " szczątków ludzkich i zwierzęcych metodą argonową i w tym zakresie stał się największym autorytetem światowym. Kiedy przesunął swoje zainteresowania z prehistorii na czasy panowania Hetytów, znalazł się w dziedzinie stosunkowo dla siebie nowej. Człowiek istnieje od miliona lat; inwazja Hetytów na Azję Mniejszą miała miejsce około 1900 roku p.n.e. Był zachwycony moim pojawieniem się w Diyarbakir, gdyż moja książka o cywilizacji Hetytów stanowiła w tej materii podstawowy podręcznik od czasu, kiedy ukazała się w 1980 roku.
Ja z kolei uznałem, że Reich jest fascynującym człowiekiem. Jeśli chodzi o dowolny okres pomiędzy 2500 rokiem p.n.e. a końcem 1000 roku n.e., mój intelekt czuł się jak u siebie w domu. Umysł Reicha natomiast czuł się swobodnie w dowolnym okresie począwszy od ery karbońskiej. Potrafił mówić o plejstocenie - drobne miliony lat temu - jakby to była historia najnowsza. Byłem kiedyś obecny przy tym, jak badał ząb dinozaura i rzucił uwagę, że nie jest możliwe, aby pochodził on z tak wczesnego okresu jak kreda - że umieściłby go raczej w trzeciorzędzie - to jest około pięćdziesięciu milionów lat później. Byłem obecny także przy tym, jak licznik Geigera potwierdził jego tezę. W tych sprawach miał niesamowitego nosa. Ponieważ Reich będzie odgrywał istotną rolę w tej historii, powinienem powiedzieć o nim coś więcej. Podobnie jak ja, był to potężny mężczyzna, w przeciwieństwie jednak do mnie wielkość jego postury nie wynikała z przerostu tkanki tłuszczowej. Miał bary jak zapaśnik i niezwykle wysuniętą szczękę. Głos jego zawsze stanowił niespodziankę dla słuchacza, był bowiem delikatny i raczej wysoki - rezultat, jak sądzę, jakiejś infekcji w dzieciństwie.
Zasadnicza różnica pomiędzy nami wynikała jednakże z reagowania emocjonalnego na przeszłość. Reich był naukowcem pełną gębą. Dla niego cyfry jak i pomiary były wszystkim, potrafił radować się niezmiernie, gdy odczytywał kolumny cyfr stanowiących zapis wyników pomiaru licznikiem Geigera, i to ciągnących się przez dziesięć stron. Jego ulubionym twierdzeniem było, że historia powinna stać się prawdziwą nauką. Ja z kolei nigdy nie próbowałem nawet ukrywać roli, jaką w moim życiu odgrywał element romantyczny. Archeologiem zostałem dzięki niemal mistycznemu uniesieniu. Miało to miejsce na pewnej farmie, na której przebywałem; gdzie w sypialni czytałem przypadkowo znalezioną książkę o cywilizacji Niniwy, napisaną przez Layarda. Część moich ubrań schła na sznurze rozwieszonym na podwórzu, gdy nagle usłyszany grzmot sprawił, że popędziłem na zewnątrz, aby je zabrać przed deszczem. W obrębie podwórza znajdowała się sadzawka o szarej, a nawet błotnistej wodzie. Zbierając swoje ubrania myślami przebywałem gdzieś w Niniwie i - nagle spostrzegłem tę sadzawkę. Na moment zapomniałem, gdzie jestem i co robię. Sadzawka w miarę, jak się w nią wpatrywałem, traciła całą swą swojskość i poczęła stawać się czymś równie obcym, jak morza na Marsie. Stałem gapiąc się na nią, gdy pierwsze krople deszczu spadły z nieba, marszcząc jej powierzchnię. W tym momencie doznałem nieopisanego wrażenia szczęścia i olśnienia, jakiego nie znałem nigdy przedtem. Niniwa, jak i cała historia, stały się równie realne i równie obce jak ta sadzawka. Historia stała się namacalna do tego stopnia, że czułem rodzaj pogardy dla własnej egzystencji, dla siebie stojącego tam z naręczem ubrań. Przez resztę wieczoru chodziłem jak somnambulik. Od tego momentu wiedziałem, że muszę poświęcić własne życie “babraniu się w przeszłości" i próbie odtworzenia owej, doznanej wówczas, wizji rzeczywistości.
Wszystko to - jak się za chwilę okaże - ma istotny związek z moją opowieścią. Oznaczało bowiem, że mieliśmy z Reichem zupełnie odmienne postawy wobec przeszłości; stale dostarczaliśmy sobie materiału do wzajemnych nieporozumień poprzez jakieś drobne ujawnienia swych indywidualnych temperamentów. Dla Reicha nauka zawierała w sobie wszelką poezję życia, a przeszłość przypadkiem stała się polem, na którym ćwiczył swój umysł. Dla mnie natomiast nauka była służką poezji. Mój pierwszy mistrz, Sir Charles Myers, wzmocnił we mnie tę postawę, żywiąc całkowitą pogardę dla wszystkiego, co nowoczesne. Patrząc jak pracował na wykopaliskach, odnosiło się wrażenie, że dla niego nie istnieje wiek XX; był jak złoty orzeł spoglądający na historię z jakiegoś górskiego szczytu. Wobec większości ludzi żywił głęboką antypatię; kiedyś skarżył mi się, że większość ludzi jest taka “niewykończona i nędzna". To Myers sprawił, że dla mnie prawdziwy historyk był raczej poetą niż naukowcem. Powiedział on kiedyś, że rozmyślania nad indywidualnym człowiekiem doprowadziły go do myśli o samobójstwie, że nie może pogodzić się z myślą, iż jest istotą ludzką jedynie wówczas, gdy ujmowany jest w kategoriach wzlotów i upadków cywilizacji.
Podczas tych pierwszych tygodni w Diyarbakir, gdy pora deszczowa uniemożliwiała nam jakiekolwiek prace na wykopaliskach w Karatepe, prowadziliśmy wiele długich wieczornych dyskusji, podczas których Reich pił kwartami piwo, a ja najlepszą miejscową brandy. (Nawet w tej kwestii samoistnie ujawniała się różnica naszych temperamentów).
Otóż pewnego wieczoru otrzymałem list od Baumgarta. Był bardzo krótki. Pisał w nim po prostu, że odkrył pewne materiały w papierach Weissmana, które przekonały go, że pracodawca jego na jakiś czas przed popełnieniem samobójstwa oszalał; wierzył, iż jacyś “oni" świadomi są jego działań i będą próbowali go zniszczyć. Baumgart pisał, że z kontekstu jasno wynika, że słowo “oni" nie odnosi się do istot ludzkich. Z tego powodu postanowił nie kontynuować negocjacji związanych z publikacją pism psychologicznych Weissmana, a decyzję w tej sprawie pozostawić do mego powrotu.
Faktem tym byłem zarazem zaszokowany, jak i zaintrygowany. Akurat dotarliśmy z Reichem do takiego etapu naszej pracy, kiedy mogliśmy z czystym sumieniem zrobić przerwę na odpoczynek, jednocześnie gratulując sobie wzajemnie postępów w pracach; tak więc nasza rozmowa tego wieczoru dotyczyła wyłącznie “szaleństwa" Weissmana i jego samobójstwa. Podczas pierwszej części naszej dyskusji obecni byli dwaj tureccy koledzy Reicha z Izmiru. Jeden z nich w trakcie rozmowy napomknął o dziwnym fakcie wzrostu samobójstw na rolniczych obszarach Turcji w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Fakt ten mocno mnie zdziwił; o ile bowiem procent samobójstw w środowiskach miejskich w większości krajów stale wzrastał, to populacje wiejskie, jako całość, zdawały się być odporne na tę epidemię.
Skłoniło to jednego z naszych gości, doktora Omera Fu'ada, do zreferowania nam wyników badań prowadzonych przez jego wydział, a dotyczących samobójstw wśród starożytnych Egipcjan i Hetytów. Późniejsze tablice Arzawa wspominają o epidemii samobójstw za panowania króla Mursili II (1334-1306 roku p.n.e.) i podają liczby samobójców zamieszkujących Hattusa. Co dziwniejsze, papirus Menetho, odkryty w 1990 roku w klasztorze w Es Suweida, również nawiązuje do epidemii samobójstw, jakie miały miejsce w Egipcie za panowania Horemhaba i Seti I (1350-1242 rok p.n.e.). Jego przyjaciel, doktor Muchammed Darga, był gorącym zwolennikiem owego dziwacznego przykładu historycznej szarlatanerii, jakim jest Zmierzch Zachodu Spenglera i zaczął z kolei udowadniać, że takie epidemie samobójstw mogą być dokładnie przewidziane na podstawie wieku danej cywilizacji i stopnia jej zurbanizowania. Odwołał się do jakiejś odległej metafory, mówiącej o komórkach biologicznych oraz ich tendencji do dobrowolnego obumierania, kiedy ciało traci swą zdolność reagowania na stymulację środowiska.
Uderzył mnie zupełny nonsens takiego dowodzenia, gdyż cywilizacja Hetytów miała w 1950 roku p.n.e. ledwie 700 lat, podczas gdy Egipcjanie byli co najmniej dwukrotnie starsi, kiedy miały miejsce owe epidemie. A doktor Darga wygłaszał swe “fakty" w dość dogmatyczny sposób, który mnie osobiście drażnił. Zacietrzewiłem się - być może nie bez wpływu była tu wypita brandy - i zażądałem od naszych gości podania faktów oraz liczb. Odpowiedzieli wówczas, że zrobią to z przyjemnością i poddadzą je osądowi Wolfganga Reicha. A że musieli lecieć z powrotem do Izmiru, opuścili nas dość wcześnie.
Wówczas to rozpoczęliśmy z Reichem dyskusję, która utrwaliła się w mej pamięci jako prawdziwy początek historii walki przeciw pasożytom umysłu. Reich - jak zwykle jasno - inteligentnie i sprawnie podsumował argumenty za i przeciw naszym hipotezom i zgodził się, że doktor Darga nie bardzo potrafi zachować w dyskusji kanony naukowej bezstronności. Reich kontynuował:
- Rozważmy dostępne nam fakty i liczby, dotyczące naszej cywilizacji. Cóż one mówią? Choćby, dla przykładu, liczby dotyczące samobójstw. W 1960 roku stu dziesięciu ludzi na każdy milion popełniło w Anglii samobójstwo; dwa razy tyle, co sto lat wcześniej. W 1970 roku liczba ta znowu się podwoiła, a w 1980 roku wzrosła sześciokrotnie...
Reich posiadał zadziwiający umysł; wydawało się, że zgromadził w nim wszelkie dane statystyczne dotyczące całego stulecia. Zazwyczaj liczby napawały mnie obrzydzeniem - w miarę jednak, jak go słuchałem, coś się ze mną działo. Poczułem w sobie powiew chłodu, jak gdybym nagle uświadomił sobie obecność jakiejś niebezpiecznej istoty spoglądającej na mnie. Po chwili wrażenie to minęło, ale zorientowałem się, że nadal dygoczę. Reich spytał:
- Zimno? - Zaprzeczyłem głową.
Kiedy Reich przerwał na chwilę swój wywód, aby wyjrzeć przez okno na oświetloną ulicę w dole, usłyszałem siebie mówiącego:
- Kiedy wszystko zostało powiedziane, nie wiemy prawie nic o ludzkim życiu.
Na to radośnie odparł Reich:
- Wiemy wystarczająco dużo, by dać sobie z tym radę i to wszystko, czego możesz oczekiwać.
Nie mogłem jednak zapomnieć owego muśnięcia chłodu. Powiedziałem wówczas:
- W końcu cywilizacja jest rodzajem marzenia sennego. Załóżmy, że człowiek nagle z tego snu się budzi? Czy doświadczenie tego wystarczyłoby, aby popełnić samobójstwo?
Miałem na myśli Karela Weissmana, a on wiedział o tym.
- A co z tymi zwidami potworów? - odparł. Musiałem przyznać, że to nie pasowało do mojej teorii. Nie mogłem strząsnąć z siebie zimnego szronu depresji, który mnie pokrył. Co więcej, ogarnął mnie przestrach. Czułem, że. dowiedziałem się czegoś, o czym nie mogę zapomnieć - i do czego będę musiał wrócić. Czułem też, że łatwo mogę pogrążyć się w nerwowy stan panicznego strachu. Wypiłem pół butelki brandy, a mimo to czułem się przeraźliwie trzeźwy - choć beznamiętnie mogłem zauważyć, że ciało moje było nieco pijane. Nie potrafiłem się jednak z nim utożsamić. Myśl, jaka mi przyszła do głowy, była przerażająca: że mianowicie procent samobójstw wzrastał, ponieważ tysiące ludzi “budziło się" nagle z długotrwałego snu i podobnie jak ja dostrzegało absurdalność ludzkiej egzystencji i, po prostu, odmawiało kontynuowania go. Sen o historii dobiegał końca. Ludzkość właśnie zaczynała się budzić; pewnego dnia może obudzić się na dobre i popełnić masowe samobójstwo.
Myśli te były tak okropne, że kusiło mnie, aby wrócić do pokoju i tam ponownie je przetrawić. Ale zmusiłem się, wbrew swej woli, do tego, by je przedstawić Reichowi. Nie sądzę, aby mnie do końca zrozumiał; jednak zobaczył, że znajduję się w dość niebezpiecznym stanie i z pomocą niebios wypowiedział dokładnie te słowa, które były konieczne, by przywrócić memu umysłowi spokój. To, o czym zaczął mówić, dotyczyło dziwnej roli przypadku w archeologii, koincydencji zbyt dziwnej, by można było jej użyć nawet w powieści. Mówił o tym, jak George Smith wyjechał z Londynu gnany absurdalną nadzieją znalezienia glinianych tabliczek, które uzupełniłyby epos o Gilgameszu - i jak naprawdę je odnalazł. Mówił również o “nieprawdopodobnej" historii odkrycia Troi przez Schliemanna, o odnalezieniu Nimrud przez Layarda - tak jak gdyby niewidzialna nić przeznaczenia ciągnęła ich ku tym odkryciom. Musiałem przyznać, że archeologia, bardziej niż inne nauki, skłania do wiary w cuda.
Podchwycił to skrupulatnie.
- Jeśli się z tym zgodzisz, musisz też dostrzec, że popełniasz błąd sądząc, że cywilizacja jest tylko snem, czy też rodzajem nocnego koszmaru. Sen ma swą logikę dopóki trwa, ale po przebudzeniu od razu widzimy, że był jej pozbawiony. Sugerujesz, że nasze iluzje narzucają swoją logikę życiu. Dobrze, ale historie Layarda, Schliemanna, Smitha, Champolliona, Rawlinsona czy Bosserta przeczą temu stanowczo. Zdarzyły się one naprawdę. Są prawdziwymi zdarzeniami z autentycznego życia; ich istnienie przeczące wszelkiej logice powoduje, że nadają realności życiu; żaden z pisarzy nie śmiałby wymyślić bardziej...
Miał rację i musiałem się z nim zgodzić. A kiedy myślałem o dziwnym przeznaczeniu wiodącym Schliemanna do Troi czy Layarda do Nimrud, przypomniałem sobie podobne zdarzenia z mojego życia - na przykład moje pierwsze “ważniejsze" znalezisko; tabliczkę, zawierającą paralelne teksty w języku fenickim, protohetyckim i arkadyjskim, znalezioną w Kadesz. Przypominam sobie wszechogarniające mnie wówczas odczucie przeznaczenia, doświadczenie czegoś “boskiego, co nadaje kształt naszym poczynaniom" - lub przynajmniej zachodzącego zgodnie z jakimś tajemniczym prawem przypadku - i co dane mi było przeżyć, gdy zeskrobywałem ziemię z owych glinianych tabliczek. Wiedziałem bowiem, przynajmniej pół godziny wcześniej nim znalazłem owe tabliczki, że tego dnia odkryję coś bardzo ważnego, a kiedy wbijałem łopatę w przypadkowo wybrane miejsce, byłem pewien, że nie będzie to strata czasu.
W przeciągu niespełna dziesięciu minut Reich ponownie zaraził mnie rozsądkiem i optymizmem.
Nie wiedziałem wówczas, że stoczyłem oto pierwszą, zwycięską bitwę z Tsathogguanami [...]

***

Znany archeolog Gilbert Austin dowiaduje się o śmierci swego przyjaciela, doktora Karela Weissmana. Początkowo nie wierzy, że ten mógł dokonać samobójstwa, lecz po zapoznaniu się z jego listem pożegnalnym, nie ma żadnych wątpliwości. W ostatecznej nocie opisane są dziwne zjawiska, jakie towarzyszą mu podczas jego pracy. Doktor Austin postanawia znaleźć przyczynę śmierci swojego współpracownika i ustalić okoliczności, w jakich doszło do tego zdarzenia. Co prawda okrywa kilka wskazówek pozostawionych mu przez zmarłego, lecz wkrótce zostaje wydelegowany, by odkryć zakopane miasto. Podczas prac wykopaliskowych ekipa odkrywa nietypowe zjawisko. Wykopaliska spowodowały uwolnienie potężnych i niebezpiecznych sił – stworzeń, których główną bronią była penetracja umysłu ludzkiego. Pasożyty te, stykając się bezpośrednio ze źródłami mocy, zaczynają kierować wszystkimi istotami ludzkimi...

...Trudno stwierdzić, do jakiego gatunku zaliczyć tą pozycję, gdyż zawarte w niej wątki z pewnością poruszą czytelników nie tylko gustujących w literaturze fantastycznej, ale także filozofów i metafizyków. Książka ta osnuta jest niesamowitą akcją, która nie pozwala się od niej oderwać. Pochłania nas całkowicie i sprawia, że znajdujemy się w zupełnie innej rzeczywistości. A to wszystko za sprawą języka zapożyczonego z Lovecraftowskiej literatury. Colin Wilson główny motyw swej powieści zaczerpnął właśnie z mitologii Wielkich Dawnych. Zaś koncepcję oparł na psychologii analitycznej Junga, egzystencjalizmie Heideggera oraz fenomenologii Husserla. Dzięki temu możemy odnaleźć problemy dotyczące istnienia świadomości kolektywnej i archetypów, ponadczasowości oraz bytu.
Pasożyty umysłu są niejako „książką – ostrzeżeniem”, której głównym przesłaniem jest przestroga przed tym, by to, co nowoczesne i wyspecjalizowane nie zdołało zaszkodzić gatunkowi ludzkiemu.






AUTOR


Czarne źródło - słuchowisko/superprodukcja

Czarne źródło - słuchowisko/superprodukcja

"Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie."


Można spotkać się z wieloma opiniami na temat tej superprodukcji i zazwyczaj są one związane z rozczarowaniem.

Czy mnie rozczarowało to słuchowisko?

Nie.

Uważam, że spełniło swoją rolę - miało być mrocznie, dołująco, ponuro, egzystencjalnie: beznadziejnie, bezsensownie, bezcelowo...

I tak było. 

Filozoficzne rozważania nad ludzką naturą w kontekście całości nie były dla mnie nużące, a już kompletną wisienką na torcie było przerewelacyjne udźwiękowienie! Muzyka w tle (autorstwa Marty Zalewskiej) - niepokojąca, space'owa, świetnie podkręca całą atmosferę i cudnie współgrała z pozornie monotonnym głosem lektora, który także jednak w kontekście całej historii spełnił swoją rolę!

Czekanie na jakąś szybszą akcję w tym przypadku jest błędem. Bardziej należy się tu skupić na nastroju i przesłaniu: osobom będącym w chwilowym dołku egzystencjalnym nie polecam tego słuchowiska...

Zasypiałam parę razy, ale ja mam generalnie problem z audio, bo na każdym zasypiam, nawet na Lśnieniu!

Naprawdę polecam, nie jest to przygoda dla każdego, ale ja doceniam kunszt.


MOJA OCENA: 7/10

POSŁUCHAJ FRAGMENTU!

TU

***

Miliony gwiazd i czarna pustka... Co czai się w otchłani?

● Inspirowana “Jądrem Ciemności” Josepha Conrada opowieść o konsekwencjach zetknięcia człowieka z pustką
● Ponad 30 znakomitych polskich głosów, w superprodukcji usłyszeć można m.in. Annę Dereszowską, Andrzeja Chyrę czy Krzysztofa Stelmaszyka
● Unikalna ścieżka dźwiękowa skomponowana przez autora słuchowiska, zrealizowana przez multiinstrumentalistkę Martę Zalewską.


Początek XXIII wieku. Ludzkość opanowała niemal cały Układ Słoneczny. Charlie Marlow otrzymuje tajną misję na zewnętrznych rubieżach Pasa Kuipera. Ma tam odszukać enigmatycznego Kurtza - dowódcę najdalej wysuniętej stacji wydobywczej, i dostarczyć z powrotem wyniki jego badań. Szybko okazuje się, że cała zbudowana przez ludzi rzeczywistość to subtelna gra pozorów. Skrywany strach korporacyjnych oficjeli, postępujące przeludnienie, niejasne intencje napotykanych ludzi - to wszystko składa się na deliryczny, pełen niepokoju obraz. To, co Marlow zobaczy po drodze i czego dowie się docierając do celu, zmieni jej percepcję siebie i sprawi, że zakwestionuje znaczenie słowa „człowiek”.

Nic już nie będzie takie, jakim wydawało się na początku. Gdzieś w oddali czai się ciche, nieopisane źródło lęku...

Reżyseria - Bartosz Szpak

W rolach głównych:
Narrator - Krzysztof Stelmaszyk
Charlie Marlow - Anna Dereszowska
Kurtz - Andrzej Chyra
Ellis - Marta Wągrocka
Russeau - Wojciech Paszkowski
Pete - Bartosz Szpak

W pozostałych rolach:
Juliette - Magdalena Schejbal
Warren - Mariusz Jakus
Spencer - Modest Ruciński
Maryl - Katarzyna Pilichowska
Lekarz - Marek Barbasiewcz
Ciotka - Elżbieta Kijowska-Rozen
Jameel - Jacek Knap
Księgowy - Adam Bauman
Wong - Łukasz Lewandowski
Willis - Adam Krylik
Golubkin - Józef Pawłowski
Wokalistka - Marta Zalewska
Kierownik - Maksymilian Bogumił
Kuzynka - Marta Dobecka
Nawigatorka - Milena Staszuk

Oraz: Konrad Beta, Helena Ganjalyan, Andrzej Hausner, Ewa Kamińska, Stanisław Lohman, Weronika Łukaszewska, Roch Siemianowski.

Realizacja nagrań, udźwiękowienie, mix i mastering – Studio TORT/Szymon Orfin
Muzyka - Bartosz Szpak
Wykonanie muzyki: Marta Zalewska - skrzypce/altówki/viola da gamba/wokalizy/gitary/bas
Bartosz Szpak - synth/mandoliny/gitary
Utwór „No Worries (Stories by version)” - Marta Zalewska/Bartosz Szpak
Utwór „Okna i Drzwi” - Bartosz Szpak
Miks i mastering muzyki - Stories by
Konsultacja bibliograficzna - Kamila Biedrońska

Produkcja - Audioteka
Organizacja produkcji - Ewa Kamińska, Audioteka
Kierownictwo produkcji - Paulina Drzastwa, Audioteka

Development scenariusza został wsparty stypendium MKiDN.


ZWIASTUN


MARTA ZALEWSKA



O umysłowym i moralnym niedorozwoju kobiety Paul Julius Möbius, Katinka von Rosen

O umysłowym i moralnym niedorozwoju kobiety Paul Julius Möbius, Katinka von Rosen

"Prezentujemy Państwu wydany w 1900 roku antyfeministyczny i antykobiecy klasyk. Książka bardzo niepoprawna politycznie! Autorzy uważają, że kobiety są wyraźnie głupsze, mniej twórcze i bardziej wredne od mężczyzn, że ich podstawową rolą jest rodzenie i wychowywanie dzieci, a podstawowym zainteresowaniem upiększanie się i plotkowanie. Wszystko to miałoby wynikać z faktu, że mózgi kobiet są mniejsze niż mózgi mężczyzn. Tekst jest arcyciekawym dokumentem epoki – uświadamia nam, jak bardzo na lepsze, zmienił się nasz świat w ciągu zaledwie kilku pokoleń."


ABSOLUTNY HICIOR MÓJ!

Boszszsz... Toż to skarbnica wiedzy jest! XD
Elementarz każdej baby!
Ileż ja się rzeczy dowiedziałam o sobie, o których NIE MIAŁAM ZIELONEGO POJĘCIA! 

Padałam przy kolejnych akapitach!

"Kłótliwość i gadatliwość były każdego czasu zaliczane słusznie do rysów kobiecego charakteru. Obracanie językiem daje kobiecie wiele zadowolenia, jest właściwym kobiecym sportem. Da się może to zrozumieć, obserwując zabawy zwierząt. Kotka goni za piłką i ćwiczy się w ten sposób w łowieniu myszy, kobieta ćwiczy swój język przez całe życie, aby być uzbrojoną w razie kłótni."

Nawet nie wiem, czy starczy miejsca tu na moją recenzję, wystarczą chyba same cytaty!

"...kobieta pod względem budowy ciała tworem pośrednim między dzieckiem a mężczyzną..."

"Bardzo wiele kobiecych właściwości ma swój związek z podobieństwem do zwierzęcia."

"Cały postęp pochodzi od mężczyzn. Dlatego kobieta ciąży mu niejednokrotnie wagą ołowiu; zapobiega ona niekiedy rozruchom i niepotrzebnym nowościom, ale równocześnie hamuje szlachetnego, gdyż nie umie odróżnić dobrego od złego i uzależnia po prostu wszystko od zwyczaju (...)"

"Dzieci i mąż są celem ich życia, poza rodziną nie interesują się niczem. Sprawiedliwość w abstrakcyjnem znaczeniu jest dla nich pustem pojęciem. Uważanie kobiet za niemoralne jest zgoła rzeczą niesłuszną, są one jednak pod względem moralnym jednostronne i upośledzone."

Chyba nawet nie wiedziałabym, co napisać...

Lektura przezabawna!
I przerażająca!

Możemy znaleźć tu szowinizm w czystej postaci, rasizm w czystej postaci, samouwielbienie męskiego gatunku w czystej postaci (choć w tym ostatnim przypadku niewiele się chyba zmieniło... XD).

Ale przede wszystkim znajdujemy tu kobiecy dekalog. Ułozony przez mężczyzn :)

Kobieta ma być:

- matką ("pod względem umysłowym należy kobiecie dostarczyć wszystkiego tego, co ułatwia powołanie matki, a usunąć wszystko to, co je utrudni"; "Gdyby dało się to uskutecznić, aby kobiece właściwości rozwijały się tuż obok męskich, wówczas zmarniałyby organa matki i mielibyśmy przed sobą jakąś wstrętną, nie przynoszącą pożytku istotę dwuplciową.")

- żoną („Z dziewczętami postąpiła natura w sposób, który w znaczeniu dramatycznem nazywa się teatralnością, obdarzając je na niewiele lat nadmiarem piękna, powabu, i pełnią kształtów, kosztem ich całego pozostałego życia, a to w tym celu, aby w owych latach mogły do tego stopnia zawładnąć wyobraźnia mężczyzny, iżby ten czul się zniewolony podjąć się w swej poczciwości troski o nie na cale życie pod jakąkolwiek formą”.),

- kochanką ("Zresztą kobieca przebiegłość zwija żagle, gdy spotka się przypadkowo z męską przebiegłością, która nie jest hamowana przez popęd płciowy. Przebiegłość bywa wspierana przez sztukę udawania. Do tej zaś zmusza kobietę jej rola, jaką odgrywa ona w popędzie płciowym i w jakiej instynktownie się ćwiczy, a udoskonalenie tej sztuki stanowi istotną część kobiecego wykształcenia.")

Koniec obowiązków.

Cudnie, prawda? XD
Dzieło ma trzy rozdziały:


O FIZJOLOGICZNYM NIEDOROZWOJU UMYSŁOWYM KOBIETY, autorstwa lekarza psychiatry, psychologa i neurologa, Dr Paula Juliusa Möbiusa.

O FIZJOLOGICZNYM NIEDOROZWOJU UMYSŁOWYM KOBIETY – ODPOWIEDŹ NA ZARZUTY, autorstwa tegoż samego lekarza.

O MORALNYM NIEDOROZWOJU KOBIETY, autorstwa Katinki von Rosen. "Niewiele o niej wiadomo. Przez pewien czas była wice przewodniczącą Stowarzyszenia Pisarek i Artystek „Ariadna.” Ta część jest swoistą babską odpowiedzią na wszystkie te niedorzeczności, zawarte w rozdziałach poprzednich. 

"Przypatrzmy .się teraz mężczyźnie. Niewykształcony może wskutek nałogu opilstwa stawać się brutalną bestją, żonę i dzieci na śmierć skatować: wykształcony może przez niewierność sprawić swej małżonce niedające się opisać cierpienie, może on być karciarzem, pijakiem, może robić długi, sam skończyć samobójczą śmiercią i rodzinę zostawić w nędzy."

Ale nie tylko :)

"Wiara, że zdolność do kochania jest wrodzona wszystkim kobietom i że one tylko w miłości żyją, jest czystym poetyckim urojeniem. Gdy wglądniemy nieco bliżej w życie duchowe kobiety, to nie trudno nam będzie zauważyć, że dusza ta, jeżeli ona w ogóle istnieje, często drzemie i że serce kobiety to jednak pusty worek mięśniowy, który reguluje czynnością życiową, ale z uczuciem miłości niema nic do czynienia. A to, co w życiu potocznym nazywamy miłością kobiety niewiele jest warte. To jednak do rozstrzygnięcia zostawiam mężczyznom. Co do mnie, to znajduję, że miłość jest często tylko dekoracją, pewnego rodzaju świątecznym strojem, który przywdziewa się z okazji uroczystości, aby pokryć nim swą goliznę. Miłość jest więc właściwością kobiety, wiele z nich nawet wyobraża sobie mylnie, że bez „niej”, mianowicie bez miłości nie potrafiłyby żyć. Zdaje mi się, że przeważnie obchodzą się całkiem dobrze bez miłości – wystarcza im zadowolenie popędu płciowego. Jednak popęd płciowy to nie miłość, jedno może się bez drugiego obejść, a tylko w tym wypadku, gdy oba te czynniki zachodzą razem, powinno się i można zanucić wzniosły hymn miłości!"

Któż to stworzył i w rezultacie jakiej zemsty???!!! XD

"Książka była męską odpowiedzią na ruchy feministyczne, które na przełomie XIX i XX wieku zaczynały odgrywać w Europie coraz większą rolę. Jej autor chciał się sprzeciwić narastającej emancypacji kobiet – ich chęci do kształcenia się na wyższych uczelniach, ich chęci do, generalnie rzecz biorąc, równouprawnienia z mężczyznami."
Króciutkie to to, warto zerknąć. Z różnych powodów. A przede wszystkim dlatego, aby cieszyć się z czasów, w których teraz żyjemy :)
"Ktoś powiedział, że od kobiety nie powinno się więcej wymagać, jak tylko, aby była „zdrowa i głupia”. Jest to trywialnie powiedziane, ale w tym paradoksie leży prawda. Nadmierna czynność mózgu nie tylko kobietę przeinacza, lecz również czyni ją chorą."
Na tym muszę zakończyć, choć z rozkoszą wrzuciłabym tu tą cudną całość!
POLECAM BARDZO czytać wspólnie do snu!


I złota rada autora, ku przestrodze wszystkich facetów:

"... strzeżcie kobietę przed intellektualizmem".

MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ CAŁOŚĆ
/NA WŁASNE RYZYKO:)/



***
Książka bardzo niepoprawna politycznie – do czytania tylko dla odważnych! Wydany w 1900 roku antyfeministyczny i antykobiecy klasyk. Autorzy uważają, że kobiety są wyraźnie głupsze i mniej twórcze niż mężczyźni, że ich podstawową rolą jest rodzenie i wychowywanie dzieci oraz służenie mężowi, a podstawowym zainteresowaniem upiększanie się i plotkowanie. Wszystko to miałoby wynikać z faktu, że mózgi kobiet są mniejsze niż mózgi mężczyzn. Tekst jest arcyciekawym, bogatym w wielorakie smaczki, dokumentem ówczesnej epoki.




AUTOR




Ciemność. W obronie mroku Sigri Sandberg

Ciemność. W obronie mroku Sigri Sandberg

"Noc na połów wieczny
swój wypływa
znów kotwicy słychać
cichy dźwięk
gdzieś w głębinach taka
myśl się skrywa:
Czerń to nie jest barwa,
tylko lęk."

Refleksyjna, surowa, osobista, klimatyczna - prawie jak terapia na kozetce u psychiatry. Możliwość poznania własnego wnętrza, własnych ograniczeń, lęków i granic, których nie da się pokonać.

Skrócik.

Kobitka postanawia wyjechać do miejscowości Finse, "południowej Arktyki"- górskiej wioski, położonej  nad brzegiem jeziora Finsevatnet, w gminie Ulvik, w hrabstwie Hordaland, w Norwegii.

Po co?

Aby zawalczyć ze swoimi lękiem.
Lękiem przed ciemnością.
To taka próba charakteru.

Planuje zostać tam tydzień. Siedzi w zupełnych ciemnościach - nie ma tam podziału na dzień i noc - panuje wieczna noc. Szydełkuje, rozmyśla i stara się wytrzymać, obserwując swoje reakcje, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. 
Przez ten cały czas, pogrążona w ciemności - wybrała okres arktycznej nocy, robi notatki.

"Chcę napisać ci o ciemności (...) W samym środku tego stanu fizycznej hibernacji (...)"

Wraz z nią poznajemy ciemność. 
Ale nie tylko.

Dowiadujemy się o zbawiennej mocy snu.

"Spanie jest darmowym lekiem pozbawionym skutków ubocznych (...) 
Kiedy śpimy, nie potrzebujemy jedzenia, oszczędzamy energię, temperatura ciała spada o 1-1.5 stopnia, serce bije nieco wolniej. Organizm odpoczywa i wykonuje inne zadania, takie jak naprawa uszkodzonych tkanek, czyszczenie i odbudowa komórek mózgu, tworzenie wspomnień, zapominanie tego co nieważne, usuwanie zanieczyszczeń i konserwacja krwiobiegu, co zapobiega zwapnieniom w żyłach."

Dowiadujemy się o zbawiennej mocy spacerów, nawet w ciemnościach.

"Spacery bywają terapią na depresję, sposobem na wyjście z własnego mroku."

Dowiadujemy się o hormonie ciemności i snu - melatoninie. O czarnych dziurach. O Wszechświecie. O zorzach polarnych. 
A także o niekorzystnym wpływie niebieskiego, LED-owego światła, wszechobecnego w dzisiejszych czasach i zanieczyszczeniu świetlnym.

W swoich notatkach wspomina także o postaci Christiane Ritter, która spędziła ponad rok w podobnych warunkach i opisała to w swojej książce, która nie została wydana w Polsce: Eine Frau erlebt die Polarnacht.

Polecam - klaustrofobiczna podróż w głąb ciemności.

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Od wieków uważana za wroga – zagrożenie, zło, a nawet śmierć. Niegdyś trudna do pokonania, dziś coraz rzadziej spotykana.

Czy ciemności należy się bać? Aż 60% Europejczyków nie ma szansy na to, aby zobaczyć Drogę Mleczną. Światło otacza nas przez całą dobę, zacierając granicę między nocą a dniem. Rozprasza mrok dzięki żarówkom ledowym, ekranom smartfonów i tabletów, ulicznym światłom, diodom i neonom.

Sigri Sandberg wyrusza na daleką Północ w poszukiwaniu całkowitej ciemności. Walcząc z własnym lękiem, przekonuje się, że ciemność jest sprzymierzeńcem człowieka. Zwraca uwagę na narastający problem zanieczyszczenia świetlnego i związane z nim zagrożenia. Spogląda w niebo i tęskni za gwiazdami.

W swojej niezwykłej opowieści o mroku udowadnia, że bardziej przerażający od ciemności okazuje się jej brak.




FINSE






AUTOR



Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger