"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczno- obyczjowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczno- obyczjowa. Pokaż wszystkie posty
Opowieść o starym dziecku Jenny Erpenbeck

Opowieść o starym dziecku Jenny Erpenbeck

"Waga mojego życia rośnie. Nad sobą wznoszę wspaniały pałac. Ten mój pałac jest ze słomy. Stoi na kurzej nodze, kurę sama zabiłam. Podczas burzy słychać jeszcze, jak rozpatliwie gdacze. Przyozdabiam swój pałac. Będzie się pięknie palił."


To jest jedyny cytat i jedyne słowa, które spodobały mi się w tej właściwie nowelce.

Opowieść o dziwnym rodzaju samotności i izolacji.

Alegoria. 

Historia z tych raczej wewnętrznych, więc przyjemność średnia. Czytanie z lupą szukania treści między wierszami, więc trudność większa.

Co wyniosłam? 

Nieuzasadniony smutek i niezrozumienie.

Nie wiem, czy polecam: trzeba miłować i rozumieć tego rodzaju literaturę.

Ja nie miłuję i nie rozumiem, ale ocena za to, że jest to na bank gdzieś tam mądre z przesłaniem na końcu tęczy, do którego nie dotrę intelektualnie nigdy.


MOJA OCENA: 5/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

NIGDY NIEPUBLIKOWANY W POLSCE DEBIUT JEDNEJ Z NAJWAŻNIEJSZYCH PISAREK NASZYCH CZASÓW
Pewnego dnia w środku miasta pojawia się dziwna dziewczynka. Ma szerokie jak u pływaczki ramiona, w ręce trzyma pusty kubeł, a jej twarz przypomina księżyc w pełni. Nie wie, kim jest ani skąd pochodzi. Wydaje się jednak, że wie więcej, niż ujawnia – ale każdy, kto próbuje odkryć jej sekret, czuje się, jakby patrzył w mętne lustro… A dziewczynka ma tylko jedno pragnienie. Czy to bunt przeciw dojrzewaniu, czy desperacka obrona przed okrutną rzeczywistością?

A co, jeśli wcale nie jest osobą, za którą wszyscy ją uważają?

Jenny Erpenbeck, laureatka Międzynarodowej Nagrody Bookera, w swojej mistrzowskiej, wielowarstwowej prozie ukazuje los jednostki jako polityczną alegorię i uniwersalną przypowieść o pamięci, wyobcowaniu i brutalności dorastania. Stawia przy tym fundamentalne pytania: czy człowiek może samodzielnie kształtować własną tożsamość? I czy ma szansę się uchronić przed złem?

Odkryj debiut laureatki Bookera: tajemnica, tożsamość i polityczna alegoria

Nigdy wcześniej niepublikowany w Polsce debiut Jenny Erpenbeck, uznawanej za jedną z najważniejszych pisarek naszych czasów i laureatkę Międzynarodowej Nagrody Bookera.

Ta książka to mistrzowska i wielowarstwowa proza, która natychmiastowo wciąga czytelnika w mroczną zagadkę. W środku tętniącego życiem miasta pojawia się enigmatyczna postać – dziwna dziewczynka. Jej wygląd jest niezwykły: ma szerokie ramiona, niczym u pływaczki, trzyma w ręce pusty kubeł, a jej twarz przypomina księżyc w pełni. Co najbardziej niepokojące, nie wie, kim jest ani skąd pochodzi.


Mimo braku pamięci, zdaje się, że bohaterka wie więcej, niż ujawnia. Ci, którzy starają się dotrzeć do jej sekretu, czują się, jakby patrzyli w mętne lustro. Dziewczynka ma tylko jedno pragnienie. Czy kryje się za nim bunt przeciwko dojrzewaniu, czy jest to rozpaczliwa obrona przed okrutną rzeczywistością?
Autorka stawia fundamentalne pytanie: co, jeśli wcale nie jest osobą, za którą wszyscy ją uważają?

Debiut Jenny Erpenbeck to literacka zagadka o wielu warstwach - opowieść, w której prywatna utrata tożsamości przeradza się w uniwersalną metaforę społeczeństwa, a milczenie bohaterki mówi więcej o świecie niż jakiekolwiek słowa.

Wylot Olesia Ivchenko

Wylot Olesia Ivchenko

"Dusza człowieka znieważa siebie najbardziej, gdy tylko staje się - ilekroć zależy to od niej - niczym odszczepienie i jakaś narośl świata."

Dość trudna, ambitna, ale nieodkładalna prawie dystopia, bardziej skupiająca się na podziałach społecznych. 

"Samo twoje istnienie jest przestępstwem."

Troszkę przypominało mi to Igrzyska śmierci, ale nie wiem dlaczego.

Świetna postać Wrony i Ariany.

Polecam, ale uprzedzam, że to nie jest łatwa lektura.


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Powieść "Wylot" to rodzaj dystopii. Jej akcja toczy się po ostrym przesileniu w świecie, a ludzie muszą przystosować się do nowych rygorów, wynikających z potrzeby racjonowania surowców, wody i energii. Ceną za wysoki standard życia jest rezygnacja z wolności, na którą godzą się uzyskujący Rejestrację (co ułatwia ścisłą kontrolę przez System). Są i tacy jednak, którzy się nie godzą, wolą przyjąć status wykluczonych (nazywa się ich antysystemowcami); żyją w nędzy, pozbawieni dostępu do wykształcenia, opieki zdrowotnej i przywilejów. W napięciu śledzimy losy dwóch bohaterek. Jednej, która korzysta z ogłoszonej właśnie amnestii i stara się o status rejestrowanej, zdradzając własne środowisko (w tym rodzinę); musi przejść specjalny kurs, żeby dostać pracę w świecie rejestrowanych. I drugiej, która reprezentuje rejestrowanych, jest kuratorką pierwszej. Losy obu biegną równolegle, ale też zależą od siebie nawzajem. "Wylot" to opowieść o dylemacie: wolność czy wysoki standard życia; o cenie awansu społecznego i zdradzie ideałów.


AUTOR


Uniesienie Stephen King

Uniesienie Stephen King

"Przeszłość to historia, przyszłość to tajemnica."


Ostatnia zaległa opowieść Kinga w grafiku mym, odkładana chyba z 5 razy.

Moja intuicja nie zawiodła tym razem, niestety.

Przez cały czas czytania tego opowiadania w sumie, albo dobra, niech będzie mini powieści, miałam przed oczami postać latającej ciotki Harrego Pottera - Marjorie Dursley... Wiem, że to nie ma nic wspólnego i przesłanie tej historii jest zupełnie inne, a i efekt odwrotny, ale nie miałam w tym przypadku wpływu na swoją wyobraźnię... xd

Chyba drugie w kolejności dzieło Kinga, jeśli chodzi o najsłabszą ocenę.
Można przeczytać, ale niczego tam kingowatego nie znalazłam, troszkę się zatliło, ciutkę tylko i zgasło. Niczego nie pozostawiła po sobie we mnie ta historia, no może poza uśmiechem, związanym z ciotką Marjorie...


MOJA OCENA: 5/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Bliżej...
Tajemnicza przypadłość i zwykły człowiek, który w upiornym miasteczku Castle Rock wywoła rewolucję – zjednoczy ludzi, których dzieli wszystko.
Scott Carey wciąż traci na wadze. Świetna wiadomość dla kogoś, kto zawsze miał lekki problem z otyłością! Tylko że on wygląda wciąż tak samo. Nikt z jego otoczenia nie uwierzyłby, że waga, na którą codziennie wchodzi, za każdym razem pokazuje mniej kilogramów. Niezależnie od tego, ile Scott zje i co na siebie włoży. Nawet hantle, które w momencie ważenia trzyma w rękach, nie mają żadnego wpływu na jego wagę. Jak gdyby otaczał go kokon nieważkości.
Scott podchodzi do całej sprawy ze stoickim spokojem, bo, o dziwo, czuje się wspaniale, jakby jego przedziwna przypadłość wyzwalała w nim wszystko co najlepsze. Nawet kiedy zdaje sobie sprawę, że tajemniczy proces przyśpiesza i Godzina Zero być może nadejdzie znacznie szybciej, niż przewidywał. Ale zanim to nastąpi…







AUTOR


Nocne czuwanie Sarah Moss

Nocne czuwanie Sarah Moss

Powieść wielowarstwowa. Tak naprawdę mamy tu do czynienie z trzema historiami.

Ale głównie poznajemy Annę, którą zrozumie każda matka i będzie się z nią utożsamiała. Ponieważ Anna też jest matką - i to praktycznie samotną. W dodatku umieszczoną na szkockiej wyspie Colsay, prawie samotnej. Z nieobecnym, arystokratycznym mężem - ekologiem, który musi się realizować w pracy (bada maskonury, kompletnie nieświadomy życia rodzinnego...) - dlatego właśnie tam wylądowali.
Z dwójką chłopców w wieku siedmiu lat i prawie jeszcze niemowlęcym, którzy doprowadzają ją do szaleństwa - szczególnie maluch...
Pozbawiona snu i czasu dla siebie oraz możliwości pracy (jest historykiem i właśnie pisze pracę na temat dzieciństwa w XVIII wieku, a właściwie próbuje), zaczyna pomału świrować, co jest przedstawione z pewną dozą cierpkiego humoru.

Pewnego dnia, podczas próby sadzenia drzewek w ogrodzie rodzinnej posiadłości męża, odkrywa wraz z synem kości niemowlaka.
Zaczyna się śledztwo, które ona sama stara się rozwiązać. 
Po swojemu. 
Szukając informacji w historii wyspy. 
Która miała swoje tajemnice.

Jej narracja przerywana jest przez listy, napisane dwieście lat wcześniej, przez młodą położną, May Moberley, która desperacko próbuje wprowadzić nowoczesną medycynę i higienę porodu do domów podejrzliwych i nieufnych wyspiarek oraz wyeliminować niepokojąco wysoką śmiertelność noworodków na tej wyspie (85 % w ciągu pierwszych czternastu dni życia).

Trzecia historia, wpleciona w życie Anny, dotyczy rodziny turystów, którzy, w odpowiedzi na agroturystyczne ogłoszenie męża Anny, przyjeżdżają na wyspę wraz z prawie dorosłą, anorektyczną i zbuntowaną córką. Ich relacje dalekie są od doskonałości...

Polecam, pełna emocji i dość wymagająca lektura o życiu rodzinnym, o postawach wobec dzieci, o obciążeniach związanych z opieką nad dziećmi i jej skutkach, nie tylko dla małżeństwa. Doskonała obserwacja surowej rzeczywistości, pozbawionej cukierkowatej, reklamowej słodyczy życia rodzinnego, przeplatana historią.

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Anna, rozdarta między potrzebami swoich dzieci a obowiązkami domowymi, próbuje kontynuować pracę nad książką. Bohaterka mieszka odcięta od świata na niewielkiej szkockiej wyspie, którą jej mąż odziedziczył w spadku. Pewnego dnia odkopuje w swoim ogrodzie szkielet małego dziecka. Anna – z wykształcenia historyk – zaczyna własne dochodzenie. Być może odkrywając sekrety wyspy, nauczy się, jak radzić sobie z wyzwaniami, które na jej drodze stawia życie?





AUTOR


Dawne kłamstwa Muna Shehadi

Dawne kłamstwa Muna Shehadi

"Okłamali nas. Oboje. Kłamali na temat naszego pochodzenia. Na temat tego, kim jesteśmy. I kim oni są dla nas."

Dobry obyczaj, z niezwykłą chorobą i nieoczekiwaną miłością w tle.

Zespół całkowitej niewrażliwości na androgeny. Brak możliwości posiadania własnych dzieci. Brak macicy. Brak jajników. Brak pochwy.


I taka własnie kobieta, aktorka, stworzyła cudowną rodzinę, z trzema córkami. 


Jak to zrobiła?


No właśnie.


Polecam, spokojna, ciekawa, chwilami dramatyczna i zdecydowanie miłosna historia.


MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Pierwsza część porywającej trylogii o rodzinnych sekretach, romansach i odkrywaniu samej siebie


Co stanie się, gdy trzy siostry po śmierci matki odkryją, że ta – cudowna i uwielbiana przez wszystkich gwiazda filmowa – nie mogła ich urodzić?

Po tragicznej śmierci Jillian Croft, olśniewającej gwiazdy filmowej, świat jej córek, Olivii, Rosalind i Eve, kompletnie się wali. Siostry nie przypuszczają jednak, że będą musiały zmierzyć się z prawdą o wiele trudniejszą niż problemy psychiczne matki i udar ojca. Porządkując po latach rodzinny dom, odkrywają dokumentację medyczną, zgodnie z którą Jillian nie mogła urodzić żadnej z nich. Olivia i Eve są przekonane, że musiało dojść do pomyłki, ale ekscentrycznej i impulsywnej Rosalind intuicja podpowiada, że to prawda. Od zawsze czuła, że nie pasuje do atrakcyjnych sióstr, podejmuje więc amatorskie śledztwo, które prowadzi ją do spokojnego Princeton…


Cykl: Córki Fortuny (tom 1)







AUTOR



Niewolnica Isaura Bernardo Guimaraes

Niewolnica Isaura Bernardo Guimaraes

"Ach, w jakże ciężkiej niewoli
od dziecka przyszło mi żyć...
Ziarnem posianym w jałowej roli
po wieczne czasy mam już być!
Nawet łzy gorzkie mej niedoli,
głęboko w sercu muszę skryć.
Próżno wyciągam me ramiona!
We mgle już znika postać twa...
Miłość na zawsze jest wzbroniona
mojemu sercu, nawet w snach.
Tylko do cierpień jam stworzona,
z marzeń nie został nawet ślad.
Pod wolnym niebem pól szerokich
wolne powietrze wdycha kwiat,
gdzieś nad szczytami gór wysokich
w wolnych przestworzach buja ptak..
Mnie przeznaczony ból głęboki,
dla mnie zamknięty wolny świat!
Ucisz twe serce, niech nie płacze!
Nawet twe żale zbrodnią są.
Cierpienie twoje nic nie znaczy,
niewola wieczna dolą twą.
Jej piętna nikt ci nie wybaczy:
ta łza też nie jest twoją łzą!"

Reżyser serialu był geniuszem. Zrobił świetny serial na podstawie tej rzewnej, prostej historii, pisanej narracją skierowaną chyba dla dzieci;))))

Jednakże.

Czytało się mi to z dużym sentymentem, choć nie ukrywam, że serial darzę o wiele większym uczuciem.
Można czytnąć, króciutkie to to jest.

Skróciku nie wrzucam, bo chyba każdy z nas wie, o co chodziło w tej historii;)


MOJA OCENA: 5/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

ROZDZIAŁ 1

Działo się to w pierwszych latach panowania Dom Pedra Drugiego.
W żyznym i dostatnim okręgu Campos de Goitacases, nad brzegiem Paraiby, nie opodal miasteczka Campos, leżała piękna i okazała hacjenda.
Dom mieszkalny — harmonijny w proporcjach, obszerny i wykwintny — stał pośród miłej dla oka równiny, u podnóża wysokich wzgórz okrytych lasem, w części już przetrzebionym maczetą rolnika. Jak okiem sięgnąć, przyroda trwała jeszcze w całej swej pierwotnej i dzikiej krasie.
W najbliższym jednak otoczeniu pięknego domostwa ręka człowieka przemieniła dziewicze knieje porastające niegdyś glebę we wspaniałe sady i ogrody, w soczyste pastwiska ocienione tu i ówdzie gigantycznymi drzewami gameleiry i copaiby, dębami i cedrami, które świadczyły o żywotności dawnej puszczy. Warzywnik, sad, pastwiska i pola uprawne, nie ogrodzone, oddzielone od siebie jedynie zieleniejącymi bujnie zaroślami bambusów, akacji i krzewów piteiry, sprawiały wrażenie malowniczego ogrodu.
Dom stał zwrócony frontem do wzgórz. Niskie schodki z ciosanego kamienia prowadziły na uroczy ganek, cały spowity w pnące kwiecie. Na tyłach domu znajdowały się rozmaite budynki gospodarcze — baraki dla niewolników, zagrody i spichlerze — za nimi zaś rozpościerały się ogród, warzywnik i ogromny sad, ginący gdzieś w oddali na urwistym brzegu szerokiej rzeki.
Był piękny i spokojny październikowy wieczór. Słońce nie zaszło jeszcze i zdawało się płynąć nad horyzontem, zawieszone na spienionych falach mieniących się złotem obłoków. Lekki, przesycony balsamiczną wonią powiew wiatru przeciągał nad stromymi brzegami, leniwie muskając wierzchołki drzew i budząc ledwie słyszalny szmer w koronach palm kokosowych, które przeglądały się w lśniącej i spokojnej toni rzeki.
Pogoda była przepiękna. Odświeżona deszczem roślinność rozkrzewiła się bujnie; wody rzeki — jeszcze nie wezbrane wielkimi powodziami — falowały z majestatyczną powolnością, odbijając w swych przejrzystych głębiach przepyszne barwy widnokręgu i czystą zieleń urwistych brzegów; ptaki, pozwoliwszy wreszcie odpocząć skrzydłom zmęczonym lotem nad okolicznymi sadami i gajami, rozpoczynały już preludium wieczornego śpiewu.
Blask zachodzącego słońca płonął na szybach okien: zdawało się, iż dom cały trawi łuna wewnętrznego pożaru. Tymczasem na ogół panowała głęboka cisza i spokój zupełny. Srogie woły i tłuste jałówki przeżuwały powoli, rozciągnięte w trawie, w cieniu wysokich drzew. Słychać było zgiełk ptactwa domowego w podwórzu, beczenie owiec i dalekie porykiwanie krów, które same wracały do zagród. Wokół ni śladu człowieka; hacjenda zdawała się jakby wyludniona. Tylko uchylone okna wielkiego frontowego salonu i otwarte na oścież drzwi świadczyły o tym, że nie wszyscy mieszkańcy tej wspaniałej posiadłości byli nieobecni.
W owej niemal doskonałej, harmonijnej ciszy natury słychać było wyraźnie fortepianowe akordy stapiające się w jedno z głosem kobiety, głosem melodyjnym, subtelnym i namiętnym, o brzmieniu czystym i świeżym. Mimo iż nieco przytłumiony, śpiew był dźwięczny i pełny.
Melancholijny, jakby zamglony ton pieśni zdawał się stłumionym westchnieniem duszy samotnej i cierpiącej.
Tylko ten jeden jedyny dźwięk burzył ciszę spokojnego domostwa. Na zewnątrz wszystko zdawało się słuchać go w mistycznym i głębokim skupieniu.
Strofki, które śpiewał ów głos, brzmiały tak:

Ach, w jakże ciężkiej niewoli
od dziecka przyszło mi żyć...
Ziarnem posianym w jałowej roli
po wieczne czasy mam już być!
Nawet łzy gorzkie mej niedoli,
głęboko w sercu muszę skryć.
Próżno wyciągam me ramiona!
We mgle już znika postać twa...
Miłość na zawsze jest wzbroniona
mojemu sercu, nawet w snach.
Tylko do cierpień jam stworzona,
z marzeń nie został nawet ślad.
Pod wolnym niebem pól szerokich
wolne powietrze wdycha kwiat,
gdzieś nad szczytami gór wysokich
w wolnych przestworzach buja ptak..
Mnie przeznaczony ból głęboki,
dla mnie zamknięty wolny świat!
Ucisz twe serce, niech nie płacze!
Nawet twe żale zbrodnią są.
Cierpienie twoje nic nie znaczy,
niewola wieczna dolą twą.
Jej piętna nikt ci nie wybaczy:
ta łza też nie jest twoją łzą!

Rzewne nuty owej pieśni, wymykając się przez otwarte okno i odbijając echem naokół, budzą chęć poznania syreny, która tak pięknie śpiewa, bowiem syreny tylko i anioły potrafią śpiewać tak cudnie.
Po stopniach schodków wiodących na spowity w bujne girlandy kwiecia ganek śmiało wejdźmy do wnętrza domu. Tuż po prawej stronie przedpokoju napotykamy otwarte szeroko drzwi, prowadzące do przestronnego i zbytkownie umeblowanego salonu. Ujrzymy tam, siedzącą samotnie u pianina, piękną i szlachetną postać dziewczyny. Kontur jej profilu rysuje się wyraźnie na tle hebanowego pudła instrumentu i czarniejszych jeszcze pukli gęstych włosów. Tak czyste i delikatne są te linie, że olśniewają oczy, zniewalają umysł i paraliżują wszelką myśl. Jej płeć jest jak kość słoniowa klawiatury, jak jutrzenka, której blask, zabarwiony lekkim odcieniem bladej róży, nie oślepia wzroku. Wysmukła szyja z niewymownym wdziękiem wspiera się na cudownych ramionach. Rozpuszczone włosy spływają w gęstych, lśniących lokach, opadając kruczymi splotami na oparcie krzesła. Na czole spokojnym i gładkim niczym polerowany marmur światło zachodu kładło delikatne, różowawe refleksy; rzekłbyś, że to tajemniczy posąg z alabastru, w którego przeźroczystym łonie tli się niebiański ogień natchnienia. Twarz dziewczyny zwrócona była ku oknu — jej rozmarzone spojrzenie błądziło gdzieś w przestworzach. Uroki wdzięcznej śpiewaczki podnosiła jeszcze prostota, nieledwie ubóstwo, skromnego stroju. Jasnobłękitna suknia ze zwykłego perkalu doskonale i z czarującą naturalnością podkreślała strzelistą sylwetkę i wysmuklą kibić. Obfite fałdy stroju podobne były chmurze, z głębi której wychylała się pieśniarka, jak Wenus rodząca się z morskiej piany lub jak anioł wyłaniający się z powiewnych mgieł. Mały krzyżyk z czarnego bursztynu na ciemnej wstążce, zawieszony na szyi, stanowi jej jedyną ozdobę.
Skończywszy śpiewać, dziewczyna trwała chwilę w zadumie, z palcami na klawiaturze, jakby zasłuchana w milknące echa swej piosenki.
Tymczasem lekka i przejrzysta portiera u bocznych drzwi uchyliła się delikatnie i do salonu weszła nowa postać. Była to także piękna dama, jeszcze w rozkwicie młodości, zgrabna i wytworna.
Przepych i niezwykła staranność stroju, postawa wyniosła i pańska oraz pewna sztuczność ruchów nadawały jej ów pretensjonalny wygląd, jaki cechuje każdą ładną i bogatą pannę wówczas nawet, gdy jest sama.
Jednakże, mimo przepychu stroju i manier wielkiej pani, uroda jej zdawała się nieco przyćmiona wobec szlachetnej w swej prostocie, a zarazem tak naturalnej i skromnej postaci śpiewaczki. Lecz Malwina, bo takie było imię owej wielkiej damy, także była śliczna, wręcz czarująca, a w jej ogromnych i łagodnych, niebieskich oczach przez dumę, jaką ją napawała uroda i wysokie urodzenie, przeświecała wrodzona jej dobroć serca.
Malwina niepostrzeżenie podeszła do śpiewaczki i stojąc za jej plecami czekała, aż przebrzmi ostatnia strofka.
— Isauro... — powiedziała, lekko kładąc swą delikatną dłoń na jej ramieniu.
— Ach, to moja pani! — krzyknęła Isaura i odwróciła się ku niej, spłoszona. — Nie wiedziałam, że pani mnie słucha.
— No i cóż z tego? Śpiewaj dalej... masz taki ładny głos! Ale wolałabym, żebyś zaśpiewała coś innego. Dlaczego tak sobie upodobałaś tę smutną piosenkę, której nauczyłaś się nie wiadomo skąd?
— Lubię ją, bo jest ładna i dlatego, że... Ach, nie powinnam o tym mówić.
— Mów, Isauro. Czyż nie powiedziałam ci, że nic nie powinnaś przede mną ukrywać i że niczego nie musisz się obawiać z mojej strony?
— Ta piosenka przypomina mi matkę, której nie znałam. Ale skoro moja pani nie lubi tej piosenki, nie zaśpiewam jej więcej.
— Nie, nie chcę, byś ją śpiewała, Isauro. Mogliby pomyśleć, że jesteś tu źle traktowana, że jesteś niewolnicą nieszczęśliwą, gnębioną przez złych i okrutnych panów. Tymczasem pędzisz życie, jakiego pozazdrościłoby ci wielu ludzi wolnych. Cieszysz się poważaniem swych państwa.
Dano ci wychowanie, jakiego nie ma wiele znajomych mi wytwornych i bogatych dam. Jesteś piękna, a skórę masz tak jasną, że nikt by nie powiedział, iż płynie w twych żyłach choćby jedna kropla krwi murzyńskiej. Wiesz przecież, jak gorąco moja dobra teściowa polecała ciebie mnie i memu mężowi. Zawsze będę szanować słowa tej świętej kobiety i sama przecież widzisz najlepiej, że jestem ci raczej przyjaciółką niż panią. O nie! Nie pasuje do twych ust ta rzewna piosenka. Nie chcę — ciągnęła tonem łagodnego napomnienia — nie chcę, byś ją nadal śpiewała. Słyszysz, Isauro? Jeśli mnie nie posłuchasz, zamknę przed tobą pianino.
— A jednak, proszę pani, mimo wszystko czymże jestem, jeśli nie zwykłą niewolnicą? To wykształcenie, które mi dano, ta uroda, którą tak wychwalają, na co mi się zdadzą? Są jak wykwintne sprzęty wstawione do baraku dla Murzynów. A przecież barak zawsze pozostaje barakiem.
— Narzekasz na swój los, Isauro?
— O nie, proszę pani. Nie mam powodu... Chcę tylko powiedzieć, że mimo wszystkich przywilejów i zalet, jakie mi przypisują, dobrze znam swoje miejsce.
— Ach to tak! Wiem już, co cię trapi; twoja piosenka jasno to mówi.
Niemożliwe żebyś, będąc tak ładną, jak jesteś, nie miała ukochanego.
— Ja?!... Ależ skąd, proszę pani. Błagam, proszę w to nie wierzyć, ktokolwiek pani o tym powiedział.
— Ty sama mi powiedziałaś. A nawet jeśli to prawda, cóż z tego? Nie wstydź się. Czy to coś przeciwnego naturze? No chodź, wyznaj mi wszystko. Masz ukochanego i dlatego biadasz, że nie urodziłaś się wolna i nie możesz kochać tego, który przypadł ci do serca i któremu także się spodobałaś; czyż nie tak?
— Błagam, niech mi pani wybaczy — odrzekła niewolnica z uśmiechem pełnym słodyczy — lecz myli się pani ogromnie. Daleka jestem nawet od tej myśli.
— O, bynajmniej! Nie oszukasz mnie, moja panno! Kochasz, a jesteś zbyt piękna i utalentowana, byś miała zwrócić swe serce ku niewolnikowi. No, chyba żeby to był niewolnik podobny tobie, ale wątpię, czy taki w ogóle istnieje. Dziewczyna taka jak ty z powodzeniem może zdobyć miłość urodziwego i wolnego chłopca. To właśnie dlatego śpiewasz rzewne piosenki. Ale nie martw się, droga Isauro; zapewniam cię, że już jutro będziesz miała swą wolność. Poczekaj tylko, aż wróci Leoncio. To wstyd, żeby dziewczyna taka jak ty nadal tkwiła w niewoli.
— Proszę, niech pani nie zaprząta sobie tym myśli. Nie w głowie mi miłość, a wolność jeszcze mniej. Czasami jestem smutna, ot, tak sobie, bez żadnego powodu...
— To bez znaczenia; teraz ja chcę, żebyś była wolna, i wolna będziesz.
Wtem rozmowę przerwał tętent koni u wrót hacjendy.
Malwina i Isaura podbiegły do okna, zobaczyć, kto przyjechał (...)


***

Wzruszająca historia pięknej niewolnicy i jej miłosnych perypetii zyskała sobie zarówno bezlitosnych krytyko, jak i pełnych entuzjazmu wielbicieli, do czego ostatnio przyczynił się również serial telewizyjny stanowiący wzbogaconą i rozbudowaną wersję powieści brazylijskiego romantyka.


EKRANIZACJA


TRAILER





AUTOR


Elita Brayshaw High Meagan Brandy

Elita Brayshaw High Meagan Brandy

"Ratunek oznacza cenę, a cena zmienia się w przysługę, a przysługa staje się chwilą wstydu. A wstyd rujnuje."

Podobało mi się. Zaskoczyłam chyba samą siebie:)

Nie wiem, gdzie tkwi haczyk, na którym zaczepiła się moja uwaga...

Może w narracji, która jest bardzo płynna.
Może w historii o zbuntowanej, zmechaconej nastolatce, która znajduje nowe miejsce do życia, wpadając z impetem jednocześnie w jakiś dziwaczny układ.
Może w odświeżającej atmosferze młodości, namiętności i buntu.

Nie wiem.
Ale wiem, że z pewnością sięgnę po kolejne tomy z tej serii.

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

„Dziewczyny takie jak ty, nie są mile przyjmowane w podobnych miejscach, więc się nie wychylaj i odwracaj wzrok”.


Powiedziała opiekunka społeczna, po czym podrzuciła mnie do kolejnej nory zwanej domem dla trudnej młodzieży.
Nie posłuchałam i wzbudziłam zainteresowanie.
Chłopcy próbowali sprawić, bym przestrzegała ich zasad, dostosowała się do zaprowadzonego przez nich porządku społecznego.
Niestety dla nich, nie uznaję zasad.
Niestety dla mnie, są zdeterminowani, by mnie do nich zmusić.
Niesłychanie przystojni i traktowani jak elita, trzęsą szkołą średnią Brayshaw High.
A ja jestem dziewczyną, która stoi im na drodze.

Cykl: Brayshaw High (tom 1)



AUTOR



Trzy razy o świcie Alessandro Baricco

Trzy razy o świcie Alessandro Baricco

"...przecież każdy z nas ma przed sobą takie dymiące zgliszcza (...)"

To drugi raz, po Buszującym w zbożu, FENOMENALNA powieść o niczym w zasadzie.
Ogromne zaskoczenie, niesamowita forma narracji, niby zwyczajna, niby nudna, ale nieposkromiona w swojej sile przyciągania.
Zakochałam się w opowiadaniu nr 1 na zabój! A są trzy, nierozerwalnie zazębiające się swoimi historiami. Cudnie hotelowy klimat.
Szkoda tylko, że to tak krótkie formy, bo hipnoza na takim poziomie mogłaby trwać co najmniej parę dni.

Polecam, choć wiem, że nie każdy padnie z zachwytu - jak ja:)


MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
W tle hotelowego lobby po trzykroć spotyka się para bohaterów – Mary Ho Pearson i Malcolm Webster, za każdym razem jednak jest to „spotkanie wyjątkowe, pierwsze i zarazem ostatnie”, jak pisze sam autor we wstępie. W pierwszej opowieści obie postacie mają około czterdziestu lat, w drugiej – ona jest nastolatką, a on przekroczył już sześćdziesiątkę, w trzeciej – Malcolm ma trzynaście lat, a Mary Ho pięćdziesiąt sześć. Przypadek sprawia, że za każdym razem wpadają na siebie, choć nie są kochankami – przynajmniej w potocznym tego słowa znaczeniu, ale ich spotkania zawsze okazują się fatalne: zmieniają bieg życia albo jemu, albo jej, albo obojgu. Chociaż całość przypomina skomplikowaną układankę, Trzy razy o świcie czyta się szybko i przyjemnie: większą część tekstu stanowią wartkie i bezpośrednie dialogi, a szczegóły z życia bohaterów objawiają się stopniowo, jak w puzzlach, gdzie kawałek po kawałku dochodzimy do pełnego obrazu. Nie jest jednak powiedziane, że to obraz definitywny, bo Baricco może w przyszłości dołożyć nowe elementy, żeby zburzyć wyobrażenia czytelników i ukształtować je od nowa. To się dopiero okaże…








AUTOR


Zguba Tomasz Siwiec

Zguba Tomasz Siwiec

Świat byłby lepszym miejscem, gdyby każdy miał możliwość kochania tak bezwarunkowo jak pies”. – M.K. Clinton

Króciutka proza, pisana prostym językiem, z morałem. Idealna dla młodszej młodzieży, ale nie tylko :)
I NIE SMUTNA - co się rzadko zdarza w tego rodzaju historiach.


Opowieść o przyjaźni. 
O miłości.
O ludzkiej durnocie.
O bezduszności.

I o tym, że nawet za milion lat nie dorośniemy psom nawet do wilczego pazura...

MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Jestem świadomy, że ta historia może być nieco naiwna. W życiu Wam tego nie powiem prosto w oczy, ale myślę, że pomimo iż ludzie już dawno udowodnili swoją mroczną naturę, wciąż drzemią w nas pierwiastki dobra, współczucia i zrozumienia. Jako pisarz mam ten przywilej, że w moich opowieściach nie muszę kierować się tym, co czasami możemy obserwować wokół siebie. Z natury dostrzegam więcej zła, znieczulicy i zobojętnienia. Dlatego na kratkach papieru staram się uporządkować ten chaos po swojemu. Stworzyć inną rzeczywistość. To nie jest świat, gdzie niewinny będzie musiał ponosić karę za nie swoje winy. Tutaj wszystko jest wyważone. Źli ludzie opowiedzą za swoje czyny, a ci, którym dzieje się krzywda, będą mogli spać spokojnie. Tyle że to tylko książka...

Pamięci Pluta – mojego psa.

1. Rzadko przemieszczałem się tą drogą. Robiłem to jedynie wówczas, kiedy wracałem od rodziców. Ze względu na stan techniczny mojego wysłużonego opla podróż ciągnąca się kilkadziesiąt kilometrów po zniszczonej asfaltówce była bardzo ryzykowna. W każdej chwili mogło coś wysiąść lub odpaść. Jednak wybierając ten skrót, oszczędzałem sporo paliwa. Gdybym chciał dostać się do domu głównymi drogami, byłbym zmuszony nadrobić aż czterdzieści trzy kilometry w korkach i smogu. Droga numer 457, bo taka nazwa widniała na kupionej przed wyjazdem mapie, była drogą bardzo mało uczęszczaną. Na odcinku osiemdziesięciu kilometrów można było podziwiać jedynie drzewa, krzaki i trawy. Nie znajdowały się tutaj żadne domy, ani nawet CPN-y. Czasami tylko jakieś zwierzę czmychnęło przed maską, toteż zbyt mocne dociskanie gazu mogło skończyć się wypadkiem. W zeszłym roku o mało nie wjechałem w watahę spacerujących po drodze dzików. Na szczęście udało mi się wyhamować w porę. Wielka locha najpierw obrzuciła mój samochód gniewnym spojrzeniem, a następnie walnęła łbem o zderzak. Inne dziki, widząc zachowanie swojej przywódczyni, również popędziły w moim kierunku, ale zdążyłem w porę wycofać samochód. Oddaliłem się na bezpieczną odległość i zmuszony byłem przeczekać, aż zwierzęta zejdą z drogi i schowają się w lesie. Zderzak udało mi się zakupić za kilka groszy na podmiejskim szrocie. Kiedyś czytałem w gazecie, że droga 457 ma zostać wzięta pod uwagę w planie przestrzennego zagospodarowania. Jakiś polityk, którego nazwiska nie pamiętam, wypowiadał się, że w przyszłym roku zagraniczny inwestor zamierza wybudować tutaj zakłady do przetwarzania odpadów oraz spalarnię. Zważywszy na okoliczność, byłaby to dobra perspektywa, ale kiedy tylko wspomniałem o tym rodzicom, podniósł się raban. Mój tato stwierdził, że to gwałt na przyrodzie i degradacja ostatniego bastionu żywej natury, a mama zapytała, dlaczego obcokrajowcy u siebie nie budują tego typu zakładów. W pewnym sensie oboje mieli rację, ale prawda jest taka, że pojedyncze głosy nie mają wpływu na postęp cywilizacyjny i rozwój gospodarczy. Za wszystkim stoją pieniądze i wiecznie brudna polityka. Nie chcąc się kłócić ani denerwować, nie ciągnęliśmy tego tematu i pewnie dlatego mama płynnie przeskoczyła do swojego ulubionego, czyli kiedy wreszcie znajdę sobie kobietę. Zawsze poruszała tę kwestię podczas moich wizyt. Nie miałem jej tego za złe. Zdawałem sobie sprawę, że już nie jestem młody, bo prawie czterdzieści lat dźwigałem na karku, ale pomimo tego wciąż nie potrafiłem zdecydować się na stały związek. Jednak w oczach rodziców zapalała się czerwona lampka i pojawiały się pytania. – Paweł, a może ty jesteś chory, albo masz jakieś kłopoty finansowe? – martwiła się mama. Tata tradycyjnie dolewał oliwy do ognia, sugerując, że być może problem tkwi w mojej orientacji. Nie robił tego mi na złość, ale jedynie po to, by rozładować atmosferę oraz zirytować mamę. To właśnie wtedy, gdy pokonywałem ostatni łuk na odludnych terenach, zobaczyłem tego psa. Przysiągłbym, że tuż przed wypadkiem kundel odwrócił łeb w moją stronę i zamerdał ogonem. Wszystko działo się zbyt szybko, abym mógł odpowiednio zareagować. Mam taki nawyk, że kiedy wychodzę z zakrętu, to automatycznie moja prawa noga dociska pedał gazu. Nie inaczej stało się tym razem. To był jednak błąd. Złapałem mocniej kierownicę i wszystkimi siłami docisnąłem hamulec. Niestety za późno. Głośny pisk opon zakłócił leśną ciszę, a samochodem zarzuciło na lewy bok. Zakląłem pod nosem, kiedy usłyszałem głuche łupnięcie o zderzak. Trumany kurzu na moment wzniosły się w powietrze. Przekręciłem kluczyk, bo samochód jakimś cudem wciąż był na chodzie i zaciągnąłem ręczny. Zastanawiałem się, czy zwierzak przeżył. Spojrzałem przez przednią szybę i w opadającej chmurze pyłu dostrzegłem oddalające się światła jakiegoś auta. Nie jestem jakimś super znawcą samochodów, ale na pierwszy rzut oka to musiał być tył Peugeota 204. Natomiast dobry wzrok pozwolił mi jeszcze dojrzeć początek tablicy rejestracyjnej. Zaczynała się od KSU. Tyle mi wystarczyło, aby wiedzieć, że samochód pochodzi prawdopodobnie z jednej z sąsiednich miejscowości, zlokalizowanej jakieś siedemdziesiąt kilometrów stąd. Zdjąłem obolałą nogę z hamulca i włączyłem światła awaryjne, na wypadek gdyby jakiś inny rozpędzony samochód nie mógł w porę wyhamować. Następnie wygramoliłem się ze środka, aby sprawdzić szkody. Zderzak wyglądał całkiem przyzwoicie, ale o psie nie można już było tego powiedzieć. Wyglądał na zwykłego kundla. Leżał z wywalonym jęzorem pod samochodem. Przez chwilę myślałem, że nie żyje, ale pies otworzył oczy i delikatnie zamerdał ogonem. Faktycznie, jest się z czego cieszyć, pomyślałem. Chwyciłem go za futro i ostrożnie przesunąłem w moją stronę. Czarna sierść była delikatna w dotyku. Zwierze mogło mieć najwyżej dwa, może trzy lata. Na jego chuderlawej szyi znajdowała się obroża. Wyglądał na zadbanego i zachowywał się bardzo spokojnie. To mogło świadczyć tylko o jednym. – Twój pan się już tobą znudził, co? (...)

***
Wracając od swoich rodziców, Krzysztof znajduje w lesie porzuconego psa i postanawia się nim zaopiekować. Między człowiekiem a zwierzęciem szybko nawiązuje się nić sympatii. Wkrótce jednak przyjaźń pomiędzy Krzysztofem, a jego nowym pupilem zostanie wystawiona na ciężką próbę, ponieważ pojawi się ktoś, kto bardzo tęskni za psem i jest dla niego gotów zaryzykować życie.




Siedmiu mężów Evelyn Hugo Taylor Jenkins Reid

Siedmiu mężów Evelyn Hugo Taylor Jenkins Reid

Potrzebowałam chyba takiej historii, po tych wszystkich duchach XIX wieku...

Świetnie, lekko napisana, bardzo szybko sama się czyta.
Irytująca Monique, która przeprowadza wywiad - to jedyny minus. Może wypada właśnie tak źle na tle silnej i fascynującej postaci Evelyn?


Polecam - opowieść o miłości, wyborach i przyjaźni. Przede wszystkim o przyjaźni. 

Nie napiszę więcej, bo nie lubię spojlerów. Nie bez powodu opis z okładki jest tak enigmatyczny:)


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Powieść, którą pokochały Amerykanki!

To spotkanie zmieni życie Monique. Młoda dziennikarka dostaje propozycję przeprowadzenia wywiadu z Evelyn Hugo – aktorką, która ma za sobą imponującą karierę w Hollywood. Warunek jest jeden: ta rozmowa nie może zostać opublikowana przed śmiercią artystki. Evelyn opowiada o tym, jak wyrwała się z biedy i trafiła do wymarzonego świata kina. Sława, pieniądze, skandale i blask reflektorów… W Hollywood nikt nie jest bez grzechu. Dlaczego Evelyn ma za sobą aż siedem małżeństw? Kogo kochała naprawdę? Jej życie kryje tajemnice, które nigdy nie powinny trafić na pierwsze strony gazet.

Lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów Marilyn Monroe i Audrey Hepburn! Gdyby Evelyn Hugo istniała naprawdę, byłaby ich najlepszą przyjaciółką albo… największą konkurentką.






Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger