"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban groza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban groza. Pokaż wszystkie posty
Mistrz sceny Paulina Ziarko

Mistrz sceny Paulina Ziarko

"Zło zbyt często lubiło przekształcać niewinne zabawy w śmiertelne rozgrywki."

Druga część utrzymana w tonacji pierwszej, może troszkę mniej mroczna, bo związana ze środowiskiem cyrkowym, ale przez to bardziej klimatyczna.

Tak jak poprzednio - pomysły są dobre, sceny są creepy, ale troszkę brakuje tu duszy i takich płynnych przejść między treścią a mną. No i to bardziej urban groza.

Jednakże.

Obiecująco się zapowiada ta seria, więc na bank sięgnę po kolejną część, o ile powstanie.


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Każdy z nas uwielbia cyrk – te emocje, kolory, muzykę. Zazdrościmy artystom talentu i wolności. Ale co, jeśli do naszego miasta przyjedzie trupa pełna niepokojących tajemnic?


Flora stara się spełniać swoją rolę jako medium i całe dnie spędza z tragicznymi wspomnieniami dusz. Gdy do Międzysłowia przyjeżdża wędrowna trupa cyrkowa, mieszańcy robią wszystko, aby być na każdym występie. Sama Flora nie jest nimi żywo zainteresowana, dopóki się nie dowiaduje, że artyści mogą ukrywać pewną księgę, która w niewłaściwych rękach będzie siać spustoszenie w obu światach – zarówno wśród żywych, jak i umarłych.

Gdy w międzyczasie na jaw wychodzą tajemnicze porwania obejmujące cały kraj, jedyna istniejąca poszlaka prowadzi właśnie do cyrku.


Czy coś, co miało być tylko zabawą, może być drogą do koszmaru?




Greywalker Kat Richardson

Greywalker Kat Richardson

Bardzo dobry pierwszy tom serii urban fantasy, która powinna zostać wydana w Polsce, ale na razie mamy tylko ten tom, który ukazał się wieki temu...

Harper Blaine, bohaterka serii, jest prywatnym detektywem, mieszkającym w Seattle. 

Pewnego dnia ginie, pdczas prowadzenia sprawy i jest martwa przez dwie minuty. 

Te dwie minuty wystarczają.

Do czego?

Do otrzymania pewnego daru (?). 

Harper odkrywa, że ​​potrafi rozpoznawać czarownice i wampiry, widzieć duchy i jest świadoma istnienia innych elementów świata nadprzyrodzonego. Odkrywa, że ​​jej krótka śmierć zmieniła ją w Greywalkerkę - człowieka zdolnego do swobodnego poruszania się w tę i z powrotem przez Szarość, sferę istniejącą między naszym światem a innym wymiarem.

Coś podobnego klimaterm do Akt Harrego Dresdena czy też Mike Carey'a tylko w wersji babskiej, coś na modłę Charlaine Harris i Laurell Hamilton.


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Nie spodziewałam się, że zaatakuje. Ludzie przyłapani na tak drobnym oszustwie zazwyczaj nie reagują aż tak agresywnie. Spodziewałam się wykrztuszonych z zażenowaniem przeprosin i pospiesznie wypisanego czeku, który miałby ugłaskać moją klientkę. Ale zamiast tego facet po prostu przechylił się nad biurkiem i pięścią jak młot rąbnął mnie w skroń.

Zwaliłam się z krzesła. Niemal ogłuchłam. Chciałam sięgnąć po pistolet, ale on wyskoczył zza biurka szybciej niż ja zdołałam dopaść torebki. Podniosłam się na kolana i spróbowałam trafić go poniżej pasa. Uchylił się, a potem jeszcze raz wymierzył mi potężny cios w głowę. Kopnął w żebra. Powietrze uszło ze mnie z jękiem. Modliłam się o wścibskich sąsiadów i ściany cienkie jak papier. Cokolwiek, co pozwoliłoby mi liczyć na ratunek.

Szykował się do kolejnego kopniaka. Zdołałam się obrócić i odepchnąć jego nogę… Stracił równowagę. Na czworakach rzuciłam się w stronę drzwi. W klatce piersiowej czułam ból, jakby ktoś rozerwał ją na części.

Niemal skręciłam sobie kark, gdy zatrzymał mnie, łapiąc za włosy. Kopnęłam. Obcas zagłębił się w coś miękkiego, ale nie w to, w co miałam nadzieję trafić.

–Szlag!

Uderzył moją głową o futrynę. Byłam pewna, że część czaszki zapadła się do środka.

Ból był potworny.

Próbowałam wykręcić się, wyszarpnąć. Wczepiłam się w niego i udało mi się stanąć. Czułam, jak wydziera mi włosy. Jedną ręką zdołałam rąbnąć jego głową o ścianę, jednocześnie z całej siły waląc kolanem w krocze. Zachłysnął się powietrzem i puścił moje włosy.

Zachwiałam się, nagle wolna, obróciłam i przepchnąwszy się przez drzwi, mocno niepewnym krokiem ruszyłam korytarzem, do windy. Sięgnęłam do torebki po broń.

Ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Nogi były jak z waty. Ilekroć próbowałam zacisnąć dłoń na rękojeści pistoletu, wymykał się z drżących palców. Nie mogłam nabrać powietrza w płuca, każdy oddech palił żywym ogniem. Nie słyszałam nic poza szumem własnej krwi.

Jakimś tytanicznym wysiłkiem zdołałam rozsunąć metalową kratę antycznej windy i wtoczyłam się do środka. Kolejne szarpnięcie za włosy zatrzymało mnie w pół kroku. Chciałam się odwrócić i po prostu zastrzelić bydlaka, ale nogi ugięły się pode mną. Pistolet wysunął się ze zmartwiałych palców i poleciał gdzieś w kąt.

Wygrzebałam z kieszeni stary wojskowy sprężynowiec.

Wciąż trzymając moje włosy, złapał za kratę i zatrzasnął mi ją na karku. Byłam pewna, że za chwilę odetnie mi głowę. Wrzasnęłam i próbowałam się uwolnić. Krata zamknęła się na moich skroniach. Czułam gorący strumyczek krwi wypływający z ucha. Widziałam już tylko wąski krwawy tunel.

Znowu krata. Łup! Gdzieś z głębi windy dobiegł mnie grzechoczący dźwięk i wewnętrzne drzwi też zaczęły się zamykać. Otworzyłam nóż i machnęłam na ślepo, tam gdzie we włosach tkwiła zaciśnięta dłoń napastnika. Wrzasnął i puścił.

Opadłam bezwładnie. Głowa stuknęła głucho o podłogę windy. Udało mi się przesunąć ją nieco dalej od zamykających się drzwi. Winda ruszyła, słyszałam, a on zaczął trząść kratą i bluzgał mnie wszystkimi chyba dostępnymi przekleństwami.

Wydawało mi się wciąż, że coś jeszcze trzyma mnie za włosy, ale nie byłam w stanie nawet ruszyć ręką. Chciałam już tylko skulić się i stracić przytomność. Wtedy nagłe szarpnięcie zaczęło unosić mi głowę.

Długa kita tkwiła pomiędzy zatrzaśniętymi drzwiami i wędrowała wyżej i wyżej, w miarę jak winda zjeżdżała niżej i niżej. Myśl, że za chwilę zawisnę na własnych włosach zmusiła mnie do działania. Nie widziałam nic poza odległym punkcikiem mętnego światła, unoszącym się na falach ciemno-purpurowego morza. Nie miałam już sił, ale zaczęłam ciąć uwięziony ogon. Żałowałam, że nie dałam noża do naostrzenia wtedy, gdy oddawałam nożyczki. Opierałam się o ścianę i cięłam, odrzynałam kolejne pasma brązowych włosów, które spadały mi na twarz. Stałam już na czubkach palców, gdy udało mi się przeciąć ostatnie pasmo.

Zwaliłam się na podłogę.

Walcząc z mdłościami i zawrotami głowy, wyczołgałam się na zewnątrz przez otwierające się drzwi.

Później były już tylko pojedyncze obrazy i wrażenia: wrzeszczący ludzie, czyjeś buty, ból w piersi i ramionach, ktoś błyskał mi czymś w oczy, jakiś mężczyzna mówił coś z silnym akcentem, tętniący łomot w głowie, jakby stowarzyszenie kowali tradycyjnych umówiło się tam na zawody w kuciu na karuzeli. Chyba zwymiotowałam. I zasnęłam.

To był pierwszy kwietnia.

Obudziłam się kilka dni później w szpitalu. Czułam się tak potwornie, że doszłam do wniosku, że będę żyć. Gdyby umieranie było tak bolesne, nikt by się na to nie pisał.

Teraz, po tygodniach, bóle, sińce, zadrapania i skaleczenia powoli znikały. Ale efekty rąbnięcia w głowę – nie. Nawroty stanów dalekich od normalności – częściowo zrozumiałych, wynikających z wciąż niedoskonałego funkcjonowania rozstrojonych zmysłów i takich, których nie umiałam ani wyjaśnić, ani zbagatelizować – sprowadziły mnie z powrotem do szpitala.

Nie znałam doktora Skellehera, ale tylko on był na dyżurze, kiedy przyszłam. Na oko niedawno przekroczył trzydziestkę i chyba cierpiał z powodu niedoboru kofeiny. Ciemne worki pod oczyma mogły spokojnie uchodzić za spore saszetki. Włosy miał krótko przycięte i sterczące, co wynikało raczej z braku stylu niż jego nadmiaru. Ubranie pod białym fartuchem było ekologicznie poprawne. Spod kołnierzyka wystawał mu rzemyk, a właściwie pasek niewyprawionej skóry, którego końce znikały pod guzikami lnianej koszuli.

W miarę jak opisywałam doktorowi powody mojej wizyty, kolejne incydenty stawały mi przed oczyma.

Czasem świat stawał się rozmyty, rzeczy wyglądały jak z obrazów impresjonistów – niczym odbicie w zaparowanym lustrze. Jeszcze w szpitalu nie zawsze miałam pewność, czy ludzie, których widziałam, naprawdę byli w pokoju. Wydawali się płynąć w powietrzu, dryfować w tę i z powrotem, tracąc przy tym kontury i detale. Mój słuch stał się po prostu nieprzewidywalny, słyszałam buczenie, mamrotanie, bulgotanie wody, albo miałam watę w uszach. Powiedziano mi, że tego typu objawy są typowe dla pacjentów po wstrząsie i z czasem mój stan się poprawi. Ale… pod pewnymi względami się nie poprawił. Wręcz przeciwnie.

A ta historia ze szpitalnym łóżkiem była już bardzo niepokojąca.

Nie wolno mi było wstawać bez asysty lekarza, albo pielęgniarki. No cóż, pewnie byłam złym pacjentem, ale jakoś nie mogłam polubić sikania do kubka. Postanowiłam więc skorzystać z toalety jak człowiek. Samo korzystanie poszło nie najgorzej, choć kaszka z mleczkiem to nie była. Ale powrót do łóżka okazał się dużo trudniejszy.

Kiedy tylko wyszłam z łazienki, poczułam się fatalnie. Światło nagle przygasło, a łóżko wydawało się odległe i niewyraźne, jakby odbijało się w kałuży. Ruszyłam w jego stronę z wysiłkiem, trzęsąc się i pocąc, z każdym krokiem tracąc siły. Miałam wrażenie, że w pokoju unosi się zapach prosektorium, albo może miejsca zbrodni. Zanurzyłam się w kłębach zimnej pary. Świat wokół stał się szary, potem ciemnoszary, niemal grafitowy. Łóżko było rozmazanym, lśniącym pastelowo blokiem. Najpierw trafiłam w nie golenią. Chwyciłam się stalowej ramy i z trudem wdrapałam się na górę. Przez chwilę leżałam tylko na wilgotnym, zimnym materacu, dysząc jak ryba wyciągnięta z wody. I nagle coś się zmieniło, a ja się zapadłam.

Światło pojaśniało, pokój znów stał się wyraźny i ostry. Pielęgniarka weszła w tym samym momencie, w którym rąbnęłam w podłogę. Zwymyślała mnie oczywiście. A potem zawołała sanitariusza, żeby niesforną pacjentkę podniósł i położył do łóżka. Było jakieś półtora metra dalej.

Myślałam, że w sali były trzy miejsca, ale siostra powiedziała, że dwa z nich zostały zlikwidowane przy przebudowie w latach sześćdziesiątych.

I wreszcie wydarzył się incydent, który stał się przysłowiowym ostatnim gwoździem. Dokładnie dziś rano.

Kiedy przeglądałam się w łazienkowym lustrze, niewiele brakowało, żebym wystraszyła się własnego odbicia. Lewe oko otaczał intensywnej barwy siniak, sięgał grzbietu nosa, przesączał ponad linię brwi i rozlewał się po kości policzkowej, by wąską strużką spłynąć po żuchwie i połączyć się z koszmarną sinozieloną obrożą na szyi. Dolną wargę wciąż miałam nieco pokaleczoną i obrzmiałą. Tak jak i uszy. Sińce i opuchlizna wykrzywiły mi twarz w paskudnym grymasie, który dopiero teraz powoli znikał. Wciąż jednak wyglądałam jak księżyc w pełni. Z tego, co mogłam zobaczyć, zerkając do tyłu, włosy były wystrzępione jak stara miotła, tyle dobrego, że większość kosmyków nadal sięgała poniżej ramion.

Musiałam jednak wracać do pracy – popłacić szpitalne rachunki – i miałam umówione służbowe spotkanie. Zdecydowałam się więc na dzień w spa – połączenie salonu piękności z izbą tortur – mając nadzieję, że dzięki pomocy tamtejszego personelu bardziej będę podobna do człowieka, a mniej do Frankensteina na ciężkim kacu.

Z głową owiniętą ręcznikiem, w szlafroku i miękkich papuciach wylądowałam na piętnaście minut w małej saunie, by „się odprężyć i otworzyć pory". Starałam się siedzieć spokojnie i relaksować, ale w głowie brzęczał mi rój wściekłych pszczół.

Pomasowałam skronie. Zacisnęłam powieki i usiłowałam oddychać wolno i głęboko. Nagle poczułam swąd dymu. Otworzyłam oczy. Para skręcała się i wirowała, tworząc wokół drzwi chmury w kształcie chińskich smoków.

Rozejrzałam się odruchowo. Byłam sama. Nikogo, kto mógłby mnie pocieszyć, że to tylko złudzenie. Para wokół mnie była rozrzedzona i zostawiała na skórze kropelki ciepła. Ale ta wokół drzwi wyglądała inaczej, gęsta i ciemna jak dym, a przy tym zimna jak strach.

Plama bladego światła zamigotała w miejscu, gdzie były drzwi, zatańczyła i urosła w wąską pulsującą kolumnę. Żołądek podskoczył mi do gardła, a wnętrzności skręciły się, szarpane strachem. Zapach dymu zmienił się w smród gnijących ciał i stojącej wody.

Wyciągnęłam rękę dla złapania równowagi i niemal natychmiast ją cofnęłam. Czymkolwiek by był ten szary dym, nie życzyłam sobie z tym najmniejszego kontaktu. Gwałtownie przesunęłam się na ławce, waląc głową o ścianę za plecami. Byłam przerażona.

Piersi ścisnął mi nagły niepokój, powietrze nabrało posmaku metalu. Chyba wrzasnęłam „nie!".

Światło rozcięło kurtynę pary, przybierając kształt wejścia. Gwałtownie odwróciłam się w jego kierunku. Jedna z nieustannie radosnych pracownic salonu zerkała do sauny, uchyliwszy prawdziwe drzwi.

Spytała, czy wszystko porządku.

Z trudem przełknęłam ślinę i rozejrzałam się wokół. Para. Po prostu para, zwyczajna para pachnąca czystą wodą i żywicznym drewnem ławek. Żadnych pulsujących kolumn światła. Żadnych smoków z dymu przesyconego smrodem śmierci.

Odpowiedziałam, że czuję się dobrze i tylko przysnęłam na chwilę. Ale wzdłuż kręgosłupa pełzł mi paskudny dreszcz.

Nie mogłabym już bardziej chcieć wyjść z sauny.

Zamilkłam na chwilę, by uspokoić się nieco, zanim będę mówić dalej. Spojrzałam krzywo na lekarza, ale on tylko uniósł brwi i czekał.

Zakończyłam więc swoją relację krótkim podsumowaniem.

–Próbowałam biegać dzisiaj rano, ale dałam radę tylko przez kilka sekund. Wciąż mam mdłości, czuję… coś, słyszę… Tracę ostrość wzroku i widzę jak przez mgłę… No i wciąż widzę oczy, cienie, jakieś zwariowane rzeczy… – dodałam. – I jeszcze źle sypiam. A jutro muszę się zobaczyć z klientem, muszę wrócić do pracy. Powiedzieli mi, że po takim czasie będę mogła znów pracować, ale może nie zdrowieję tak szybko, jak myśleli lekarze ze szpitala. Albo mam halucynacje po lekach.

Skelleher się skrzywił. Zdążył już mnie opukać, zbadać, wykonać wszystkie rytualne czynności z wykorzystaniem oślepiającego światła i zimnych instrumentów.

–To nie tabletki – stwierdził stanowczo. – Fizycznie jest pani w całkiem niezłej kondycji. Nie widzę najmniejszych podstaw do podważenia opinii pani poprzednich lekarzy, poza moim osobistym przekonaniem, że im mniej interwencji, tym lepiej. Uważam, że w procesie rehabilitacyjnym jak największy udział powinny mieć ciało i umysł, a nie farmakologia. – Ponownie spojrzał na moją kartę i ucichł.

Po chwili podniósł wzrok.

–Proszę posłuchać, wiem, że to, czego pani doświadcza, może być przerażające. Skutki urazów są niezrozumiałe i nieprzewidywalne. Mózg to zdumiewająca rzecz, o której wciąż dowiadujemy się czegoś nowego i wciąż nie wiemy wszystkiego. A to, co nazywamy umysłem, jest prawdziwie niezbadanym terenem. Jest wiele spraw, z którymi tradycyjna, zachodnia medycyna nie do końca sobie radzi. A cała kwestia życia i śmierci, fizycznego i psychologicznego wpływu, jaki śmierć ma na umysł – metafizycznie – to właściwie biała plama.

To, co usłyszałam, wystraszyło mnie. Śmiertelnie.

–Przepraszam – przerwałam mu. – Czy pan mówi, że ja… umarłam?

Patrzył na mnie, uśmiechając się niepewnie.

–Nikt pani nie powiedział?

–Nie.

Pokręcił głową.

–Jezu… nic dziwnego, że czuje się pani zagubiona. W takich przypadkach powinno się wzywać psychologa. Pewnie po prostu zapomnieli w tym całym zamieszaniu z policją i w ogóle. No cóż, za późno chyba, by powiadamiać panią o tym delikatnie, więc po prostu powiem, jak było. Zgodnie z tym, co jest w karcie, była pani martwa przez niecałe dwie minuty, zanim przyjechała karetka. Reanimowali panią, ustabilizowali i zawieźli do szpitala. Bez dalszych komplikacji. Takie rzeczy się zdarzają w przypadku urazów głowy. Niektórzy rekonwalescenci mają nieco problemów… z dostosowaniem. Czasami. Bywa, że mają za sobą naprawdę dziwne przeżycia, ale tu już wkraczamy na to straszne, nieznane terytorium, na którym medycyna nie radzi sobie najlepiej. W takich przypadkach najczęściej zaleca się konsultacje z psychologiem, gdyby była pani zainteresowana…

Potrząsnęłam głową. Za mocno. Pociemniało mi w oczach. Skrzywiłam się.

***

Brutalnie napadnięta detektyw Harper Bleine odchodzi w stronę światła. Czyli umiera, ale… nie na zawsze. Dwuminutowy stan śmierci klinicznej znacząco ożywia jej zmysły. Oprócz tego co zwykle, widzi Szarą Mgłę, szarzejącą między światem żywych i duchów. I nie myśl, że zwariowała.
"Szara strefa" staje się dla Harper przekleństwem. Inaczej dla jej nowych klientów: matki poszukującej coraz bardziej blednącego syna czy Siergiejewa, który łączy się z panią detektyw nawet przy wyłączonym telefonie, nakłaniając ją do odnalezienia artefaktu nekromanckiej mocy. Życie Harper wywraca się do góry nogami. I nie może być inaczej. Jako Chodząca w Szarości jest - co prawda - człowiekiem, ale nie do końca.

Cykl: Greywalker (tom 1)






AUTOR


Czwarta pieczęć Mariusz Walczak

Czwarta pieczęć Mariusz Walczak

Nie oceniam, bo nie dałam rady doczytać:)
Nie nadążyłam za tempem:)
Akcja - szybkość światła:)
Bohaterowie - jak w kalejdoskopie - kogo tam nie ma!
Wilkołaki, upadłe anioły, wampiry, piekielne stwory, a nawet Baba Jaga - legendarna łowczyni wampirów;)


Generalnie potencjał super - przypominało to stylem, formą i troszkę treścią Harrego Dresdena, ale ja się poddałam gdzieś w połowie mniej więcej.
Nie mam się do czego przyczepić - chyba że do przegadania, ale to zdarza się często. Chyba główny problem tej powieści zamyka się w stwierdzeniu: za dużo. Wszystkiego. Ale do narracji się nie przyczepię - była ok.

W sumie to polecam może bardziej bystrym czytelnikom:)

Zazwyczaj nie wrzucam tu powieści, których nie dałam rady doczytać, ale moim zdaniem ta zasługuje na to, żeby o niej wspomnieć, przynajmniej koneserom gatunku.

MOJA OCENA: -


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

TAKIEGO KOŃCA ŚWIATA

NIKT SOBIE NIE WYOBRAŻAŁ…
Płatny morderca, Paul Canterbury, przyjmuje zlecenie zgładzenia wampira ukrywającego się w muzeum. To, co miało być jedynie łatwą okazją do zarobienia paru groszy, staje się początkiem problemów, które odmienią życie bohatera. Już wkrótce Paul zostanie wplątany w wojnę pomiędzy Niebem a Piekłem, stanie się świadkiem śmierci nieśmiertelnego, przemierzy Piekło w imię miłości... A wszystko to tylko dlatego, że łasy na pieniądze przyjmie parszywe zlecenie, którego nigdy nie powinien akceptować.
Oto opowieść o trzech antybohaterach, utkana z mrocznych epizodów i wciągająca swoim diabolicznym klimatem. Poznajcie zupełnie nową wersję Apokalipsy!


AUTOR
↓


Krwawe powroty Tanya Huff, Charlaine Harris i inni...

Krwawe powroty Tanya Huff, Charlaine Harris i inni...

"Mówiłem już, że nie wierzyłem w wampiry?
No, nie wierzyłem.
Teraz to co innego.
Teraz to ja zdecydowanie w nie wierzę.
Dziś to dziś, a kiedyś było inaczej."

Bardzo dobry, lekki zbiorek opowiadań o wampirach.
Niektóre lepsze, niektóre średnie, jedno rewelacyjne;)

Polecam, to jak dobry deserek po soczystym steku.


Spis treści: 

Charlaine Harris
Noc Draculi

Christopher Golden
Smutna pieśń sów

Bill Crider
Jak zostałem nastoletnim wampirem

Kelley Armstrong
Zmierzch

Jim Butcher
Zemsta Drulindy

P. N. Elrod
Fałszywe medium

Rachel Caine
Pierwszy dzień reszty mojego życia

Jeanne C. Stein
Czarownica i wampir

Tanya Huff
Czerwony kalosz

Carolyn Haines
Życzenie

Tate Hallaway
Pechowe urodziny

Elaine Viets
Pora wampirów

Toni L P. Kelner
Jak Stella odzyskała swój grób

MOJA OCENA: 7/0


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Noc Draculi

Zaproszenie znalazłam w skrzynce na listy. Jadąc do pracy, przypomniałam sobie, że nie zaglądałam do niej od kilku dni. Zatrzymałam więc samochód i wychyliłam się mocno z okna wozu. Poczta, którą otrzymywałam, zazwyczaj nie była interesująca. Przeważnie dostawałam reklamówki z Dollar General lub Wal-Martu albo złowieszcze listy dotyczące wykupienia zawczasu kwatery na cmentarzu.
Kiedy zobaczyłam rachunki za prąd i kablówkę, załamałam się, ale po chwil otrzymałam małą nagrodę – ładną, ciężką, złocistą kopertę, która niewątpliwie zawierała jakieś zaproszenie. Została zaadresowana przez kogoś, kto był piekielnie dobry w kaligrafii.
Wyjęłam mały nożyk z samochodowego schowka i ostrożnie rozcięłam kopertę. Rzadko dostaję tego typu korespondencję, a jeśli już się to zdarzy, to zwykle tylko przypomina zaproszenia. Ale ta była inna. Czułam, że należy do tych z górnej półki. Otwierałam ją z namaszczeniem. Ostrożnie wyjęłam złożoną we dwoje ciężką pergaminową kartkę. Kiedy ją rozkładałam, coś z niej wypadło wprost na moje kolana – był to prostokątny kawałek jedwabiu. Wzięłam go w dłonie i bez czytania przejechałam palcami po wytłoczonych literach. Zaczyna się nieźle, pomyślałam.
Ociągałam się z przeczytaniem treści zaproszenia jak mogłam najdłużej. W końcu pochyliłam się nad nim, żeby zobaczyć, co ukrywa.

Eric Northman
oraz członkowie Fangtasia
Proszą o zaszczycenie swoją osobą
corocznego przyjęcia Fangtasii
z okazji urodzin Pana Ciemności
Księcia Draculi
Dnia 8 lutego o godzinie 22. 00
Oprawa muzyczna – Książę Śmierci
Strój wieczorowy
Prosimy o potwierdzenie przybycia

Przeczytałam zaproszenie dwukrotnie. Po chwili raz jeszcze.
Do pracy jechałam tak zamyślona, że chyba tylko brak korków na Hummingbird Road umożliwił mi dotarcie na miejsce cało i zdrowo. Skręciłam w lewo, żeby dostać się do biura, i prawie minęłam wjazd na parking. W ostatnim momencie zahamowałam i skręciłam za barem na postój zarezerwowany dla pracowników.
Mój szef, Sam Merlotte, siedział za biurkiem, kiedy wślizgnęłam się do pokoju, żeby zostawić torebkę w szufladzie jego biurka. Przed chwilą musiał się czesać, bo plątanina złotoczerwonych włosów na jego głowie była potargana bardziej niż zwykle. Spojrzał znad swojego zeznania podatkowego i uśmiechnął się do mnie.
– Sookie – powiedział – jak się miewasz?
– Nieźle. Sezon podatkowy, co?
Upewniłam się, że strój służbowy leży na mnie nienagannie, strzepnęłam jeden z moich długich blond włosów ze spodni. Zawsze kiedy się czeszę, pochylam się. Robię to po to, aby mój kucyk był idealnie upięty.
– Nie rozliczasz się w tym roku u księgowej?
– Stwierdziłem, że jeżeli zabiorę się do tego wystarczająco wcześnie, sam to załatwię.
Mówił tak każdego roku, ale zawsze kończyło się na jego wizycie w biurze rachunkowym, które w wyniku tego musiało występować do urzędu podatkowego z wnioskiem o przedłużenie terminu składania zeznania.
– Dostałeś może coś takiego?
Odłożył długopis z wyraźną ulgą i wziął kartę do ręki. Rzucił okiem na tekst i powiedział: – Nie. I tak nie zapraszają zbyt wielu zmiennokształtnych. Ewentualnie jakiegoś miejscowego wodza wilkołaków albo gościa z nadprzyrodzonymi zdolnościami, który oddał im wyjątkową przysługę... Jak ty.
– Nie mam nadprzyrodzonych zdolności – powiedziałam zdziwiona. – Ja mam tylko... problem.
– Telepatia to coś więcej niż problem – odrzekł Sam. – Trądzik jest problemem. Nieśmiałość jest problemem. Czytanie w umysłach innych ludzi jest darem.
– Albo przekleństwem – powiedziałam.
Podeszłam do szuflady, żeby wrzucić torebkę, i w tym momencie Sam wstał. Jest ode mnie wyższy o jakieś trzy cale (mam 5,6 stopy wzrostu), ale nie oznacza to wcale, że jest jakimś wyjątkowo wielkim facetem. Wyróżnia go jedynie to, że jest potężniej zbudowany niż normalny człowiek jego wzrostu.
– Wybierzesz się tam? – zapytał. – Halloween i urodziny Draculi są jedynymi świętami obchodzonymi przez wampiry. Doszły mnie słuchy, że to zarąbiste imprezy.
– Jeszcze nie podjęłam decyzji – odpowiedziałam. – Jak będę miała przerwę, to zadzwonię do Pam.
Pam była zastępcą Erica oraz kimś w rodzaju mojej najbliższej przyjaciółki, jedynej, jaką miałam wśród wampirów. Udało mi się ją dorwać w Fangtasii tuż po zachodzie słońca.
– Czy hrabia Dracula naprawdę istniał? – zapytałam przez telefon. – Zawsze wydawało mi się, że był tworem Brama Stokera i Hollywood – dodałam zaraz po tym, jak już poinformowałam ją o otrzymaniu zaproszenia.
– Tak, naprawdę istniał – powiedziała Pam. – Vlad Tepes, zwany Palownikiem. Wydaje mi się, że był władcą Księstwa Wołoskiego, którego stolica znajdowała się w Targoviste. Był bardziej dziki i żądny krwi niż jakikolwiek inny wampir. Ogromną przyjemność sprawiało mu skazywanie ludzi na śmierć na palu. Podobno mógł patrzeć na to godzinami. A musisz wiedzieć, że miało to miejsce wtedy, kiedy jeszcze był żywym człowiekiem.
Przeszył mnie dreszcz. Obrzydlistwo.
– Ludzie bali się go jak diabli, za to miejscowe wampiry tak bardzo go podziwiały, że naznaczyły go, kiedy umierał. I to był początek Nowej Ery. Trzeciej nocy po pogrzebie Dracula powrócił do świata żywych jako wampir. Jak by to powiedzieć? Stał się pierwszym nowoczesnym wampirem. Wcześniej wampiry były, no... dość odrażające. Żyły w zupełnej konspiracji, mieszkając w norach na cmentarzach niczym zwierzęta. Ale Vlad Dracula był władcą i nie zamierzał nosić łachmanów i żyć w jakichś jamach – w głosie Pam zabrzmiała duma (...)

***

Pod napięciem, zaskakujące, jedne mroczne, inne zabawne - te opowiadania sprawią, że nie pomyślisz już jak przedtem ani o urodzinach, ani o wampirach.


Taki jest temat antologii. Zapraszamy więc na urodzinowy bal wampirów. I uprzedzamy! Możesz zapłacić własną krwią, choć byli tacy, którzy zdołali uniknąć losu smakowitego prezentu i wykreślili się z karty dań... Na tę imprezę nie wybieraj się bez osikowego kołka.







Mgły przeszłości Cezary Czyżewski

Mgły przeszłości Cezary Czyżewski

"Czego chcesz być boginią?Obojętności?Zapomnienia?Żalu?Możesz zmienić swoją naturę, siostro, ale nie zmienisz swojej duszy."

Aniołowie, boginie, demony, czarty...
Sojusze, klątwy, pułapki, magia...
Podróże, nie tylko te egzotyczne...
Świat realny kontra wymiar, o którym wiedzą tylko nieliczni (nie)szczęściarze...

Kto kocha takie klimaty?

Kto pamięta grozę, podaną w eterycznym sosie płynnej i hipnotyzującej narracji, przyprawionym sporą dawką dobrego humoru?

Kto czytał część pierwszą, ten wie, czego może się spodziewać ;)
Ale tym razem jest TEGO: dużo więcej, dużo szybciej, dużo straszniej!

Bardzo wyraziste postaci - każdy bohater ma własną osobowość, a żadnej z nich nie można nazwać słowem "zwyczajna" :)
I pojawia się nowa /moja ulubiona/ bohaterka, która nadaje opowieści ostrego pazura, a właściwie szpona!
Świetne teksty, lekka narracja, utrzymująca w ryzach uwagę Czytelnika, akcja nie zatrzymuje się ani na minutę - nie daje chwilki wytchnienia!
Wiele wątków, które łączą się w spójną całość. Elementy zaskoczenia burzą naszą pewność co do zakończenia historii, która tak naprawdę wcale się nie kończy...

Niedokończone wątki, zaczęte i zawieszone w połowie akcje nie są niczym innym, jak tylko - ZAPOWIEDZIĄ TRZECIEJ CZĘŚCI!

Tak więc, jeśli zafascynowała Cię historia Demonicy Alazzy i jej "przyjaciół", koniecznie sięgnij po drugą część, gdzie akcja goni akcję, a Alazza odkrywa swoje prawdziwe oblicze...

POLECAM - świetna komiksowa urban groza, z dużą domieszką historii i przypraw orientalnych!

MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Część I – „Nadchodzi noc"

I
Przez cały dzień nad Warszawą wisiała gęsta mgła. Dopiero po zapadnięciu zmroku z północy przyszedł lodowaty wiatr i przegonił wilgotne powietrze, odsłaniając iskrzące się gwiazdami niebo. Wokół stojących na płycie lotniska samolotów, uziemionych przez kontrolę lotów, zaroiło się od personelu. Wózki z bagażami podjeżdżały pod kadłuby maszyn, ludzie w kamizelkach szybko przerzucali torby i walizki na taśmociągi. Autobusy i cysterny krążyły po lotnisku, zatrzymując się przy kolejnych samolotach.
W budynku terminalu panował tłok. Ludzie, zmęczeni i poirytowani, chcieli jak najszybciej przedostać się przez bramki, w kolejkach panowała nerwowa atmosfera, tu i tam ochroniarze musieli uspokajać co bardziej krewkich pasażerów. Z głośników niemal cały czas dobiegały komunikaty o bezpieczeństwie i informacje o opóźnieniach.
Tuż przy pomieszczeniach policji, w małym, wytłumionym pokoju, siedziało dwóch mężczyzn, wpatrzonych w zajmujące całą ścianę monitory. Co jakiś czas przełączali obraz z kamery na kamerę, obserwując poruszający się tłum.
Drzwi małej łazienki otworzyły się i wyszedł z niej trzeci mężczyzna. Zapiął pasek u spodni, zdjął z wieszaka marynarkę i nałożył jednym ruchem.
– Macie go? – zapytał, sięgając po wodę mineralną.
– Cały czas, panie komisarzu – odparł jeden z siedzących, nie spuszczając wzroku z monitora. Wskazał ramieniem. – Właśnie przeszedł kontrolę osobistą.
Stojący mężczyzna otworzył butelkę i napił się. W małej klitce wypełnionej pracującym sprzętem było gorąco i sucho. Uniósł przyczepioną do smyczy na szyi ukaefkę.
– Szóstka, tu Trójka, cel jest w strefie sterylnej. Widzisz go?
Głośnik szczeknął w odpowiedzi.
– Trójka, potwierdzam. Brązowa kurtka, kapelusz i mała podręczna walizka. Idzie w stronę gate’u.
– Idź za nim, Szósty. 
– Przyjąłem.
Mężczyzna na ekranie przeciskał się przez tłum, omijając sklepy i kawiarnie. Widok z kamer pokazywał go idącego wprost w stronę bramek dla pasażerów. Jednak w pewnej chwili skręcił ku toaletom i zniknął za drzwiami. Kolejna kamera pokazała go, jak mija umywalki i zamyka się w jednej z ubikacji. Ukaefka zaszumiała:
– Jest w łazience.
– Potwierdzam, Trójka – padła natychmiastowa odpowiedź.
Zadzwonił telefon. Jeden z siedzących oficerów podniósł słuchawkę i przez chwilę coś zapisywał na kartce przy klawiaturze. Potem spojrzał na stojącego agenta.
– Krzysztof Czarnecki, lot Eurowings 1729 do Düsseldorfu. Mamy numer paszportu i miejsce w samolocie.
– Dobrze. Przekażcie chłopakom na zewnątrz, że mają wmieszać się w tłum i wejść do maszyny – trzeci z mężczyzn znów sięgnął po wodę. – Cholernie ostre macie te lotniskowe kebaby.
– Było brać z łagodnym, panie komisarzu – uśmiechnął się siedzący policjant. – Tutaj pełno ciapatych, w barze już wiedzą, że muszą dawać mocny sos na ostro.
– Czy ja wyglądam na Araba? – odparł mężczyzna w stopniu komisarza. – No już, dzwońcie do chłopaków, niech będą gotowi.
Chwycił ukaefkę i wywołał Szóstkę.
– Dwóch naszych wejdzie do samolotu. Odprowadzisz cel aż do maszyny, potem zameldujesz.
– Przyjąłem, Trójka. Jak tylko nasz skarb wyjdzie z kibla... – zaskrzeczało radio.
– Czyli co? Puszczamy go? – zapytał milczący dotychczas, trzeci z funkcjonariuszy, cały czas spoglądając na ekrany.
– Takie mam polecenie z góry – komisarz przytaknął, opierając się o ścianę. – Wylazł już?
– Jeszcze nie. Trochę tam siedzi. Może go kebab męczy?
Stojący pod ścianą agent zignorował ostatnie słowa. Spojrzał na zegar na ścianie.
– Siedzi już tam sześć minut. O której ma wylot? – dla pewności rzucił okiem na swój zegarek na ręce.
– 20.40. Ma jeszcze pół godziny.
Na ekranie pojawili się dwaj mężczyźni wchodzący do toalety. Minuta mijała za minutą. Obraz na chwilę zamrugał, kiedy młody chłopak w sportowej kurtce wyszedł z ubikacji, potknął się i prawie potrącił czarnoskórego dryblasa z dredami. Przez moment wydawało się, że dojdzie do sprzeczki, ale obaj spokojnie wyszli z ubikacji. Nadkomisarz, tknięty nagłym impulsem, chwycił radiotelefon.
– Trójka? Wejdź do środka i sprawdź drugi boks po prawej – rzucił do mikrofonu. Obraz pokazał jednego z agentów, który podszedł do drzwi toalety i zapukał. Kilka sekund później zapukał raz jeszcze, a potem wyjął z kieszeni klucz techniczny i otworzył drzwi.
– Mariusz, niedobrze... – odezwała się ukaefka. – Mamy mumię...
– Mumię? – jeden z siedzących policjantów odwrócił się, zupełnie zdezorientowany.
 – Cofnijcie tę kamerę – stojący agent wydał szybkie polecenie. – Do momentu, jak tamych dwóch wychodzi.
Siedzący policjanci posłusznie wykonali polecenie. Na automatycznie nagrywanym zapisie widać było, jak młody, może dwudziestoletni chłopak w sportowej kurtce i bejsbolowej czapce wychodzi z ubikacji i rusza w stronę umywalki. W tym momencie obraz na chwilę stracił ostrość i pokrył się szarą kaszą. W następnej sekundzie chłopak zachwiał się, tracąc równowagę, i od razu skierował się w stronę wyjścia, wpadając na czarnoskórego.
– Szlag... – komisarz zagryzł nerwowo wargę. Uwolniony obraz na monitorze powrócił do czasu rzeczywistego.
– Chłopaki, śledzicie tych dwóch mężczyzn. Czarnego i młodego. Zwłaszcza młodego. Nie pytajcie, wykonujcie. I standardowo, identyfikacja i dane do mnie – odezwał się zdecydowanym tonem. Następnie chwycił radio. – Paweł, zamknij ten kibel i niech nikt tam nie wchodzi pod żadnym pozorem.
– Przyjąłem – zaskrzeczał głośnik. Komisarz przełączył się na kanał wywoławczy służb i rzucił w eter:
– Do wszystkich jednostek, mówi nadkomisarz Mariusz Roszczak, numer 2840. Kod dziesięć. Powtarzam, kod dziesięć! Strefa sterylna, odloty. Dwóch mężczyzn, jeden biały, około dwadzieścia lat, brunet w seledynowej czapce i kurtce sportowej. Torba i dżinsy. Drugi wysoki, czarnoskóry z długimi dredami. Obserwacja i meldunek! Powtarzam...
Roszczak przeciskał się przez tłum, na przemian po polsku i po angielsku przepraszając odsuwanych przez siebie podróżnych. Ukaefkę na szyi zamienił na małą słuchawkę z mikrofonem przy twarzy. Wzrokiem szukał charakterystycznej głowy z dredami. Wyglądało na to, że obaj mężczyźni podróżowali razem. W lewym uchu usłyszał meldunek:
– Szóstka, tu Trójka. Miejsce zabezpieczone.
– Przyjąłem – mruknął cicho. – Powiadom służby lotniska, ale jeśli coś jest nie tak, niech nasi zabezpieczą obiekt.
– Jasne. Jest bardzo nie tak. Trójka bez odbioru.
Nadkomisarz podejrzewał najgorsze. Przez ostatnie dni Wydział Dziesiąty śledził mężczyznę podejrzanego o wywołanie kilku niewyjaśnionych jeszcze zdarzeń w Warszawie i okolicach. Robocza teoria zakładała, że dysponował zdolnościami zagrażającymi bezpieczeństwu zwykłych ludzi. Teraz niejaki Krzysztof Czarnecki leżał martwy w toalecie lotniska, a Mariusz Roszczak zaczynał podejrzewać, że popełniono błąd już na samym początku. Musiał to osobiście sprawdzić, im wcześniej, tym lepiej. Dobrze, że Dziesiątka miała na Okęciu kilku swoich ludzi, ale na samą myśl, do czego mogłoby dojść w przepełnionym pasażerami terminalu, agent Wydziału Operacji Specjalnych dostawał dreszczy. Tu i tam mignęli mu, ubrani po cywilnemu, policjanci, podobnie jak on, starający się namierzyć dwóch mężczyzn, widzianych w toalecie.
– Szóstka, tu Jedynka – odezwała się słuchawka. – Gate piętnasty, opóźniony lot do Varadero, obaj poszukiwani stoją w kolejce do samolotu.
– Przyjąłem – Roszczak błyskawicznie ruszył we wskazanym kierunku. – Przekażcie obsłudze, żeby zatrzymali ich przy przejściu. Jedenastka i Dwunastka, natychmiast pod gate piętnasty!
Bramka znajdowała się na samym końcu budynku, ominięcie setek ludzi zabierało czas. Nadkomisarz wreszcie zobaczył dwóch mężczyzn, stojących przy szczupłej, ubranej w służbowy żakiecik i żółtą kamizelkę stewardessie. Poprzez panujący gwar dało się słyszeć nerwowe słowa, wypowiadane po hiszpańsku. Jeszcze kilkanaście kroków i agent stanął tuż obok. Kątem oka dostrzegł idących rękawem od strony samolotu dwóch ludzi z Dziesiątki. Jeszcze była szansa na opanowanie sytuacji.
– Panowie – Roszczak zaczął po angielsku. – Lot i tak jest opóźniony, samolot nie odleci bez was. Proszę o spokój, to zajmie chwilę.
Skinął głową stewardessie na znak, że przejmuje sprawę. Dziewczyna przytaknęła i zajęła się innymi pasażerami, powoli wpuszczając ich do rękawa.
– Panie oficerze, sir, my mamy paszporty OK, wizy OK, bilety OK – powoli, typowym karaibskim angielskim zaczął czarnoskóry dryblas, przerastający nadkomisarza o ponad głowę. – Co jest problem?
– System ma problem – Roszczak wskazał skaner biletów przy bramce. – Dlatego jestem tu, żeby ręcznie sprawdzić wasze papiery. Proszę wszystkie dokumenty, zobaczę je i jeśli będzie OK, za chwilę pójdziecie do samolotu.
Poirytowani Kubańczycy wręczyli nadkomisarzowi paszporty z kartami pokładowymi. Roszczak zaczął powoli przeglądać każdy z nich, dając czas dwóm ludziom z Dziesiątki, stojącym po drugiej stronie bramki. Teraz wszystko zależało od nich.
Dokumenty Kubańczyków były w porządku. Mimo to agent podszedł do skanera i udał, że skanuje jeden z paszportów. Maszyna wyświetliła błąd. Roszczak, udając niezadowolenie, wyłączył i włączył panel. Uśmiechnął się przepraszająco w stronę ciemnoskórego mężczyzny. Ten tylko sapnął, spoglądając przez okno na kadłub oczekującego samolotu.
Agenci po drugiej stronie bramki odwrócili się. Nadkomisarz usłyszał w słuchawce:
– Obaj są czyści. Zdenerwowali, zmęczeni, ale brak obcej obecności.
– Przyjąłem – odparł, raz jeszcze skanując paszporty. Tym razem maszyna błyskawicznie wyświetliła poprawność danych. Roszczak oddał Kubańczykom dokumenty i przyjacielskim gestem wskazał wejście do rękawa. – Wszystko OK. Życzę miłego lotu, panowie.
Kiedy tylko mężczyźni zniknęli w korytarzu, podszedł do dwóch kolegów. Odeszli na bezpieczną odległość od pasażerów.
– Czyli co? – spytał. Wyglądało na to, że po raz kolejny coś przeoczyli. 
– Sprawdziliśmy obu. Żadnych nienaturalnych aur. Ich własne bardzo słabe, ale to normalne u zmęczonych osób w podróży. Nie można powiedzieć, czy byli ofiarami nawiedzenia i jak długo.
– Niedobrze... Cholera, niedobrze. Co teraz? – Roszczak miał wielką ochotę zapalić.
– Pan tu dowodzi, nadkomisarzu – jeden z mistyków uniósł dłonie w geście bezradności. – Trudno będzie sprawdzić po kolei kilka tysięcy ludzi. No i jest nas tylko dwóch...
Mistykami nazywano w Wydziale Dziesiątym ludzi o specjalnych zdolnościach, których udało się znaleźć i zatrudnić do pracy dla CBŚ. Rekrutacja nie różniła się od tej stosowanej wobec normalnych funkcjonariuszy, z wyjątkiem tego, że osoby z prawdziwymi zdolnościami medium zdarzały się niezmiernie rzadko. Spora część z nich niestety trafiała do zakładów psychiatrycznych i ich niestabilność wykluczała przydatność dla Dziesiątki. Ci dwaj byli drogocennymi wyjątkami.
– Załóżmy, że od początku popełniliśmy błąd – Roszczak odwrócił się i spojrzał na powoli rzednący tłum w terminalu. – Śledziliśmy człowieka podejrzewanego o zdolności parapsychiczne, a tymczasem...
– ...był on tylko ofiarą nawiedzenia lub opętania – dokończył myśl starszy z mistyków, przedwcześnie osiwiały mężczyzna po czterdziestce, z siecią zmarszczek pod błękitnymi oczami. – I pasożyt po prostu pozostawił nosiciela.
Nadkomisarz przytaknął z kwaśną miną. Nienawidził porażek. Modlił się w duchu, by ta nie skończyła się tragicznie. Jeśli miał rację, to każdy z kilku tysięcy ludzi na Okęciu mógł być teraz kolejną ofiarą. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Nie było wyjścia. Musiał powiadomić centralę.
– Zaraz wracam – rzucił w stronę mistyków i ruszył ku schodom dla personelu, prowadzącym na parter. Sięgnął po służbowy telefon. Wybrał numer. Przez wielką szklaną ścianę obserwował Airbusa, który właśnie opuszczał stanowisko. Niski ciągnik z pomarańczowym kogutem powoli wypychał samolot z miejsca parkingowego, czerwone światło pod kadłubem migało ostrzegawczo, turbiny silników wirowały na wolnych obrotach. Maszyna skręciła, ustawiając się bokiem do terminalu. Sygnał w telefonie urwał się i odezwała się operatorka. 
– Centrala...
– Tu Roszczak. Z szefem proszę. Priorytetowo.
– Łączę...
Ciągnik odjechał od goleni podwozia, zostawiając Airbusa na drodze kołowania. Samolot jednak nie ruszał. Roszczak spoglądał obojętnie na kadłub i dopiero po chwili zorientował się, że coś jest nie tak. Lampy pozycyjne zgasły, podobnie jak światła w kabinie. Dostrzegli to też ludzie z personelu naziemnego, wskazując sobie samolot. Nagle drzwi z przodu kadłuba, otworzone awaryjnie, wypadły i uderzyły głośno o płytę lotniska. W progu stanęła stewardessa, spojrzała jeszcze w głąb kabiny, po czym z krzykiem skoczyła. Jej ciało upadło na ziemię i zaczęło się zwijać w konwulsjach. Roszczak rzucił się do drzwi ewakuacyjnych i wyskoczył na zewnątrz. Nie zwracając uwagi na sygnał alarmu, pobiegł w stronę samolotu.
Pozbawione zasilania, silniki Airbusa powoli zamierały. Zewsząd zbiegali się pracownicy lotniska. Nadkomisarz spojrzał na powykręcane, zasuszone niczym mumia ciało młodej kobiety. Jej szczęka i palce dłoni jeszcze poruszały się nieznacznie, a skóra zdawała się dymić. Szybkim ruchem zdjął marynarkę i zakrył zwłoki stewardessy. W tym momencie usłyszał głos przełożonego.
– Mariusz, co tam się dzieje?
Podniósł telefon do ucha.

– Jestem na Okęciu. Mamy problem, panie inspektorze. Duży problem...

***
Demonica Alazza nieoczekiwanie znika. Tadeusz Siekierski zaczyna szukać jej na własną rękę, co sprowadza na niego same kłopoty. Jednym z nich jest Justyna Zawadzka z domu Twardowska. Czy rzeczywiście jest tą, za którą się podaje?

W Bydgoszczy pojawia się tajemniczy Niemiec, zbierający po całej Europie stare, hitlerowskie dokumenty z czasów wojny. Agent Roszczak wraz z Piotrem Kownackim ruszają jego tropem. Czy zdołają pokrzyżować złowieszcze plany nazistów?
I co się stało z Alazzą?

Cykl: Alazza (tom 2)


WSZELKIE INFORMACJE, AKTUALNOŚCI I DATA PREMIERY
NA STRONIE AUTORA

/kliknij zdjęcie/



Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger