"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabójstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabójstwo. Pokaż wszystkie posty
Siedem lat ciemności You-jeong Jeong

Siedem lat ciemności You-jeong Jeong

"... jestem synem psychopaty, który zamordował 11-latkę i jej ojca, utopił własną żonę, a na koniec otworzył zaporę i zatopił wioskę Seryong, zabijając przy tym czterech policjantów."


Bardzo spokojna narracja głównego bohatera przeprowadza pozornie bez emocji przez tę emocjonalną opowieść.

Pozornie.

Bo emocji jest bardzo dużo. Sięgają zenitu, jeśli chodzi o jedno z najbardziej rodzicielskich psychopatycznych zachowań chorego na łeb niebezpiecznego zwyrodnialca, na którego oczywiście nie ma rady...

Cała historia ma swój małomiasteczkowy klimat, ze świetnym motywem zatopionego miasta i zbrodni sprzed lat. Czasami tylko narracja jakoś tak chaotycznie się rozmywa, żeby jednak po pewnym czasie wrócić na odpowiednie, szarpiące nerwy tory. To trochę takie odczucie, jakby szarpało się struny gitary w różnym rytmie, niekiedy z dysonansem, żeby w efekcie wyszła z tego jednak pięknie tragiczna i smutna melodia...

Generalnie polecam, jest to niestandardowo inna opowieść, którą czyta się bardzo głęboko i wrażliwie.


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Jak daleko posuną się niektórzy, by utrzymać kontrolę i dokonać zemsty?

W jeziorze Seryong zostaje znaleziona martwa dziewczynka nosząca to samo imię, co jezioro. Policja wszczyna śledztwo, a trzej mężczyźni usilnie ukrywają, co robili w noc jej śmierci. Yongje, ojciec Seryong, oraz dwóch ochroniarzy pobliskiej tamy, Choi i Seunghwan, rozpoczynają śmiertelnie niebezpieczną grę.

Po kolejnej nocy, którą media nazwały Tragedią na Jeziorze Seryong, jeden ze strażników zostaje skazany za morderstwo i czeka na wykonanie kary śmierci. Przez siedem kolejnych lat jego syn Sowon żyje z piętnem dziecka zabójcy. Nie ma ani chwili spokoju, nawet w najbardziej odległych zakątkach Korei Południowej.

Kiedy otrzymuje przesyłkę, która obiecuje ujawnić prawdę o tamtej nocy nad jeziorem, dorosły już chłopak musi stawić czoła niebezpieczeństwu, na które nie jest gotowy.

Jakie jeszcze ofiary skrywa Seryong w swoich wodach?

Woda była strasznie zimna. Rodzinna tragedia i proces o zabójstwo Helen Garner

Woda była strasznie zimna. Rodzinna tragedia i proces o zabójstwo Helen Garner

 "On nie mógł tego zrobić. Ale inaczej tego wyjaśnić."


Tak zaczyna się ta straszna historia:

"... pewnego wrześniowego wieczoru 2005 roku, tuż po zmroku, kiedy porzucony mąż odwoził synów do matki po wycieczce z okazji Dnia Ojca, jego stary biały Commodore skręcił z szosy zaledwie pięć minut od domu i wpadł do zbiornika wodnego. Mężczyzna wydostał się z wraku i dopłynął do brzegu. Auto poszło na dno, a wszystkie dzieci utonęły."

Przerażająca tematyka, niesamowity tytuł i niestety trochę słabo przekazana treść. Autorka za bardzo skupia się na sobie, tak jakby cały czas chciała być główną bohaterką tej opowieści. Jest dużo żmudnych rozwlekłych dociekań, dużo chaotyczności i dużo rozwlekłości, ale to i tak nie umniejsza ciężaru tej zbrodni.

Tak.

Bo jakby na to ktoś nie chciał patrzeć, to była zbrodnia faceta, który kierował się...

No właśnie, czym?

"Zamordował własne dzieci, któremu ufały i kochały go. Całą trójkę! Z premedytacją! Żeby się zemścić na żonie! To najgorsza zdrada! Czym niby zasłużył sobie na pożałowanie?"

Kto zna takie zachowanie, będzie to rozumiał.

Ja to zrozumiałam.

"Tatuś..." 

W tym przypadku eufemizm, określający "osobę z kuta@em, "myślącą" kuta@em i żyjącą zemstą i własnym poczuciem: "jaki to ja jestem biedny i porzucony i nieszczęśliwy..."😡

Niestety, nie jest to odosobniony przypadek, co potwierdza przerażającą regułę.

Zemsta za WSZELKĄ CENĘ.

Co trzeba mieć we łbie?

Ja nigdy się tego nie dowiem, choć wiem.

I dlatego żałuję, że ten przekaz nie jest bardziej porywający i wzruszający, czego oczekiwałam, bo ta przerażająca zbrodnia na to zasługiwała.

Dobrze, że przynajmniej dostałam sprawiedliwość.

MOJA OCENA: 5/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU


***

Ta sprawa wstrząsnęła Australią. We wrześniu 2005 roku Robert Farquharson, wracając z trójką swoich kilkuletnich synów z obchodów Dnia Ojca, wjechał samochodem do przydrożnego zbiornika wodnego. Mężczyzna zdołał się wydostać z auta, ale dzieci utonęły. Co takiego wydarzyło się tamtego wieczoru na trasie między Geelong a Winchelsea?

Farquharson tłumaczył się policji, że dostał nagłego ataku kaszlu, po którym zemdlał i stracił panowanie nad pojazdem. Prokuratura postawiła mu jednak zarzut potrójnego zabójstwa. Czy ten – wydawałoby się – skromny i pracowity człowiek byłby w stanie dokonać tak przerażającej zbrodni? A jeśli tak, to dlaczego?

Helen Garner, znakomita australijska pisarka i dziennikarka, śledziła trwający kilka lat proces. Z każdym kolejnym zeznaniem – członków rodziny i znajomych, policjantów i strażaków, ekspertów od wypadków drogowych i lekarzy – obraz oskarżonego coraz bardziej się komplikował. Na jaw wyszły napięcia w rozpadającym się małżeństwie, depresja, poczucie życiowej porażki. Poruszający reportaż Garner to opowieść o kruchości ludzkiej psychiki i nieprzewidywalności naszych zachowań.

56 dni/56 days Catherine Ryan Howard

56 dni/56 days Catherine Ryan Howard

Świetny serial na podstawie powieści, która /standardowo.../ nie została wydana w Polsce.

Nastawiałam się na zachwyt nad główną parą, jednakże całe "szoł," o dziwo, skradła para detektywów - jedna z najlepszych chemii, jakie widziałam, jeśli chodzi o prowadzienie śledztwa, naprawdę zaskoczenie, sugerujące podskórnie chęć ciągu dalszego i śledzenia ich losów.

Jednakże.

Wątek główny i prawdziwy bardzo dobry, z rewelacyjnym pomysłem teraz i wcześniej i jeszcze wcześniej.

Co do gry - bardzo przyjemnie patrzy się na Dove Cameron, która jednak troszkę nie nadąża za Avanem Jogia, ale to moje odczucie. 

Jest ładnie.

Jest bardzo intrygująco, serio.

Jest super nakręcenie, pomału zbliżające się do twista.

Jest niezgodnie z prawem.

Jest sprawiedliwie.

Bardzo polecam, super mini odmóżdżacz na przesilenie wiosenne i przygotowanie aury do wiosny😎

Czekam na powieść, może jej pojawienie się przyspieszy fakt premiery serialu, jak to zazwyczaj u nas bywa...


MOJA OCENA: 8/10

ZOBACZ TRAILER!

TU

***

Nikt nie wiedział, że się spotykają. Teraz jedno z nich nie żyje.

56 dni temu

Ciara i Oliver poznają się w kolejce w supermarkecie w Dublinie. Zaczynają się spotykać w tym samym momencie kiedy COVID-19 zaczyna atakować wybrzeże Irlandii.

35 dni temu

Ponieważ lockdown może zagrozić ich relacji, Oliver proponuje, żeby ze sobą zamieszkali. Ciara widzi w tym okazję do rozwinięcia ich związku bez nadzoru rodziny i przyjaciół. Dla Olivera to okazja to ukrycia kim - i czym - tak naprawdę jest.

Teraz

Detektywi przyjeżdżają do mieszkania Olivera i odkrywają rozkładające się ciało. Czy ustalą, co naprawdę się wydarzyło? Czy lockdown stworzył niepowtarzalną okazję do dokonania idealnej zbrodni?


Rozczarowane Marie Vareille

Rozczarowane Marie Vareille

"Ludzie, którzy opowiadają, że przed śmiercią przelatuje ci przed oczami całe twoje życie, najwyraźniej nigdy nie umarli."


Lubię, jak opowieść zaczyna się dobrze. A jeszcze jak jest bardzo dobrze napisana? To już jest całkiem super. A jeszcze jak zaczyna się od narracją nieboszczyka, a właściwie nieboszczki? 

Czadzik.

...

"... zamordowana nastolatka, zabójca, który od 20 lat utrzymuje, że jest niewinny, fakt, że nigdy nie odnaleziono ciała, a wszystko to w pięknych okolicznościach przyrody, czyli nad morzem! Do tego dziennikarka, która osobiście znała ofiarę."


Tak wyglądają ramy tej opowieści. A co jest esencją?

PRZYJAŹŃ.

Jest to opowieść o PRAWDZIWEJ przyjaźni, która zaczęła się od śmierci.

Przyjaźni, która nie miała być, ale jakoś trwała - "...bo to była ona, bo to byłam ja."

Przyjaźni, która zamienia się w nienawiść?

I która kończy się "incydentem w hangarze."


"Zostały tylko dziury i ciemne prostokąty-jedyny wciąż widoczny dowód najpiękniejszej przyjaźni, jaką Fanny kiedykolwiek widziała, a która teraz się skończyła."


Ale wszystko inne dopiero się zaczyna. Bo kiedy jedna przyjaźń się kończy, to zaczynają się inne.

Rozczarowane. 

Angelique, Morgane, Jasmine.


"Przysięga Rozczarowanych: obiecujemy pozostać przyjaciółkami na śmierć i życie, na dobre i na złe, pozostaniemy na zawsze solidarne, niezależnie od sytuacji, i zawsze będziemy się wspierać. Jesteśmy Rozczarowane."


Zajebiste dziewczyny😎💪💓

To, co lubię, czyli opowieść wtedyteraz, które oczywiście wiele wyjaśniają, a cały dramat rozgrywa się na dwóch płaszczyznach.

A teraz prowokuje do cofnięcia się w przeszłość i finalnego rozwiązania całej sprawy, chociaż ma to swoją cenę, a prawda jest jeszcze bardziej szokująca niż śmierć.

Ale...

"Zawsze jest jakieś wyjście."


Świetnie przedstawione postaci, które żyją. Każda jest inna, a każda opowieść to inny dramat, urzekający swoją szczerością, ale też tajemniczością i pozorną obojętnością, ale też uporem i milczącym dążeniem do celu.

Nie gadaniem.

Action - to kocham.


"Szukam, która będzie mogła mi pomóc

Jestem z pokolenia rozczarowanych."


I KONSEKWENCJE.

SPRAWIEDLIWOŚĆ.

Urzekłą mnie narracja i atmosfera dorastania, dzieciństwa przedstawiona z różnych perspektyw: chwile pełnej radości i dziecięcej niewinności, nostalgiczne wspomnienia pięknie uchwycone swoją niepowtarzalnością i szczęśliwą beztroską.


"Aż dotąd nie tykałyśmy przeszłości. Przysięgi, zwierzenia z tamtych czasów pozostały nietknięte. Była to niepisana zasada: na wojnie Wszystkie chwyty dozwolone, oprócz zbezczeszczenia tych wspomnień. To, co nas łączyło, to pragnienie zachowania jedynych lat prawdziwego szczęścia, jakie zaznałyśmy-lat naszej przyjaźni."


Polecam zanurzyć się w tej świetnej historii, która pokazuje że każdy ma coś do ukrycia i pewne słowa które nie zostały wypowiedziane mogły wiele zmienić...

Autorka wskakuje na półkę ulubiona. Jestem bardzo pod wrażeniem tej powieści - w całości spójnej, mądrej, tragicznej, dramatycznej cudnie napisanej: to jest jedna z najpiękniejszych opowieści o przyjaźni jakie przeczytałam.


"... w naszej historii "my" zawsze było ważniejsze niż "ja."


MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

„Cztery przyjaciółki: Angélique, która – Bóg mi świadkiem – nie była aniołkiem, Morgane – dziś uznano by ją za osobę z „dużym potencjałem”, Jasmine – w gazetach i raportach policyjnych współczująco przedstawiana jako „córka sprzątaczki”, oraz Sarah Leroy. Oczywiście nikomu nie trzeba przedstawiać Sarah Leroy, chyba że ostatnie dwadzieścia lat spędził, hibernując w igloo na Grenlandii”.

Normandia, rok 1990. Zaginięcie piętnastoletniej Sarah Leroy wstrząsnęło nie tylko spokojnym miasteczkiem Bouville-sur-Mer, ale i całą Francją. W każdym domu, w każdym bistro ludzie snuli własne teorie na temat tego, co tak naprawdę się wydarzyło.

Dwadzieścia lat później Fanny, obecnie dziennikarka, powraca do miejsca, gdzie rozegrała się tragedia, która naznaczyła jej młodość. Aby odkryć prawdę skrywaną przez miasteczko, musi stawić czoła własnym demonom. Bo historia Sarah splata się nierozerwalnie z jej własną, a także z losami trzech przyjaciółek, które nazywały siebie „Rozczarowanymi”.

Opowieść pachnąca pierwszymi papierosami i chlorem w lokalnym basenie, przypieczętowana przysięgami wiecznej przyjaźni, pierwszymi imprezami i najgłębszymi tajemnicami.

Przyjdę po ciebie nocą Heather Gudenkauf

Przyjdę po ciebie nocą Heather Gudenkauf

"Najczarniejsza ciemność przychodziła późną nocą."


Kolejny klimatyczny zimowy thrillerek, z klaustrofobiczną chatką pośrodku zaśnieżonego lasu, przyszłością i przeszłością, zazębiającą się małymi kroczkami, konsekwentnie dążąc to filmowego twista. 

Dwie narracje: wtedy i teraz, niezły amerykański farmerski klimacik zbrodni i tajemnicy.

Bardzo dobrze się samo czyta - rasowa opowieść, bez zmarnowanego czasu.


 MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***


Wylie Lark, autorka książek true crime, wyjeżdża do odosobnionego domu na wsi, by pracować nad swoją najnowszą powieścią. Potrzebuje spokoju, ma zapas jedzenia i opału, więc nie martwi jej zapowiadana burza śnieżna. Ani to, że spędzi ją w miejscu, w którym dwie dekady wcześniej zostały zamordowane dwie osoby i zaginęła dziewczynka, której nigdy nie odnaleziono.

Burza się nasila, a Wylie zostaje odcięta od reszty wsi, prądu i telefonu. Wtedy odkrywa na podwórku kilkuletniego, bliskiego zamarznięcia chłopca z urazem głowy. Po udzieleniu dziecku pomocy próbuje ustalić, co mu się przydarzyło, ale chłopiec nie mówi i sprawia wrażenie śmiertelnie przerażonego. W miarę upływu nocy sekrety związane ze zbrodnią sprzed lat wychodzą na jaw – Wylie zaś zdaje sobie sprawę, że jej dom nie jest tak odizolowany, jak sądziła, a ktoś z zewnątrz zrobi wszystko, by się do niego dostać.


Sanatorium Sarah Pearse

Sanatorium Sarah Pearse

"Piękno jakoś nie pasuje do koncepcji zamkniętego zakładu leczniczego."


Taki sobie zimowy thrillerek kryminalny w ładnej scenerii trochę w stylu Agathy Christie.

Może ta opowieść byłaby pełna napięcia, jak zapowiada okładka, gdyby nie bardzo irytująca główna bohaterka: pani detektyw z astmą, traumą, klaustrofobią, z nerwicą lękową - wow. Policjantka, która boi się własnego brata...

Pominę to milczeniem.

Nie jestem fanką takich opowieści, może dlatego mój entuzjazm jest średni, ale trzeba przyznać, że opowieść w miarę czytania dosyć się to rozkręca.

Dużo zabójstw /za dużo?/, dużo podejrzanych, zdania zawieszone w pustce... Niby cała historia jest spoko, ale czegoś tutaj zabrakło, właściwie klimat też jest, ale czyta się to całkiem zwyczajnie.

A twist jest lekko rzecz ujmując dziwny...


Podsumowując: nic wyjątkowego - można sobie poczytać, bo idealnie pasuje do tej pory roku.

P.S. I tu nie ma nic gotyckiego.


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


PROLOG

 

Styczeń 2015

 

Na podłodze leży sprzęt medyczny: rdzewiejące narzędzia chirurgiczne, potłuczone butelki, słoje, odrapane oparcie starego wózka inwalidzkiego. Przy ścianie stoi pożółkły i podarty materac.

Daniel Lemaitre ściska teczkę w dłoni i przełyka ślinę, aby zapanować nad odruchem wymiotnym. Trudno mu oprzeć się wrażeniu, że dusza tego budynku dostała się we władanie bezlitosnego czasu, który pozostawił po sobie tylko zepsucie i chorobę.

Idzie korytarzem. Odgłos jego pospiesznych kroków niesie się echem pośród wyłożonych płytkami powierzchni.

Patrz przed siebie. Nie odwracaj się.

Te wszystkie stare i zniszczone przedmioty przykuwają jego wzrok, jak gdyby chciały mu opowiedzieć swoją historię. On bez trudu potrafi sobie wyobrazić ludzi, którzy tu kiedyś przebywali i wypluwali sobie płuca.

Momentami wydaje mu się, że wciąż czuje zapach tamtego miejsca – że w powietrzu nadal unosi się ostry, gryzący zapach środków chemicznych niegdyś stosowanych tu na oddziałach.

Zatrzymuje się w połowie korytarza.

W pomieszczeniu naprzeciwko coś się poruszyło. Jakiś mroczny, rozmyty cień. Daniel czuje dziwny ucisk w żołądku. Zatrzymuje się i stoi przez chwilę w bezruchu, usiłując coś dostrzec. Wyłapuje z mroku tylko sterty porozrzucanych papierów, poskręcane rurki od aparatów tlenowych, połamaną ramę łóżka i zwisające pasy bezpieczeństwa.

Włosy na karku stają mu dęba, ale nic więcej nie zauważa. Wszędzie cisza i spokój.

Wzdycha ciężko i rusza znów przed siebie.

Daj spokój, mówi do siebie. Jesteś po prostu zmęczony. Za późno chodzisz spać, za wcześnie wstajesz.

W końcu dociera do frontowych drzwi. Ledwo je uchyla, a już srogi wiatr wdziera się do środka, otwierając je na oścież. Robi krok i mruży oczy, żeby je chronić przed podmuchem niosącym lodowe igiełki – a mimo to wzdycha z ulgą.

Sanatorium budzi w nim lęk, choć sam przecież zaprojektował każde drzwi, każde okno i każdy włącznik światła w nowym hotelu, a jednak chwilowo nie potrafi zapomnieć o przeszłości tego miejsca i o tym, co się tu kiedyś stało.

Spogląda na budynek z zewnątrz i stwierdza, że z tej perspektywy nie wygląda lepiej.

Surowa prostokątna budowla otulona śniegiem. Mocno zaniedbana. Obsypujące się i obszarpane balkony i balustrady. Długa zniszczona weranda. Kilka okien wytrzymało próbę czasu, ale większość dawno zabito deskami, więc fasadę tu i ówdzie oblepiają kwadraty z płyty paździerzowej.

Jakże ten budynek różni się od jego domu nad jeziorem w Vevey. Ta współczesna prosta bryła została w znacznej części przeszklona, aby zapewnić panoramiczny widok na taflę wody.

Na dachu ma taras, a u drzwi niewielką przystań.

Daniel osobiście to wszystko zaprojektował.

Myśli o swojej żonie Jo. Zapewne właśnie wróciła z pracy i choć już zdążyła zagonić dzieci do pracy domowej, w głowie wciąż jeszcze ma budżety i briefy reklamowe.

Wyobraża ją sobie w kuchni, jak przygotowuje kolację. Gdy pochyla się nad deską do krojenia, żeby wprawnymi ruchami posiekać składniki, kasztanowe włosy swobodnie spływają jej na twarz. Zapewne robi coś nieskomplikowanego: makaron, rybę albo podsmażane warzywa.

Żadne z nich nie jest dobre w obowiązkach domowych.

Ta myśl podnosi go na duchu, choć tylko na chwilę. Daniel idzie przez parking, z niepokojem myśląc o drodze powrotnej do domu.

Do dawnego sanatorium położonego pośród górskich szczytów trudno dojechać nawet przy sprzyjającej pogodzie. Zbudowano je na odludziu, by chorzy na gruźlicę przebywali z dala od zanieczyszczonego powietrza miast i miasteczek, a także z dala od ich mieszkańców.

W konsekwencji dojazd tutaj jest okropny. Droga wije się serpentynami pośród jodłowego gąszczu. Gdy Daniel wjeżdżał tu rano, płatki śniegu sypały mu się na przednią szybę niczym grad zmrożonych pocisków, ograniczając widoczność do kilku metrów.

Jest już blisko samochodu, gdy nagle nadeptuje na coś przysypanego śniegiem. To połamana tabliczka, na której namazano czerwoną farbą: NON AUX TRAVAUX!!!

STOP PRACOM BUDOWLANYM!!!

W przypływie złości Daniel wdeptuje transparent w ziemię. Protesty odbyły się tu zaledwie w zeszłym tygodniu. Przyszło pięćdziesięciu ludzi, którzy wykrzykiwali obraźliwe hasła i wymachiwali mu przed nosem jarmarcznymi tabliczkami. Całe zajście zostało sfilmowane telefonami i udostępnione w mediach społecznościowych.

To była jednak tylko jedna z wielu długich bitew, które trzeba stoczyć, aby ten projekt mógł ruszyć. Protestujący twierdzili, że zależy im na postępie i chętnie przyjmą pieniądze od turystów, ale gdy przyszło co do czego, zmienili zdanie.

Daniel to rozumie. Ludzie nie lubią, gdy komuś się coś udaje.

Ojciec kiedyś tak powiedział i miał rację. Okoliczni mieszkańcy z początku mieli dla niego wiele uznania. Gratulowali mu drobnych sukcesów, takich jak centrum handlowe w Sion czy apartamentowiec w Sierre z widokiem na Rodan, ale przecież co za dużo, to niezdrowo. Ileż można mieć tych sukcesów na koncie? Po co komu taka sława?

Danielowi trudno było oprzeć się wrażeniu, że zdaniem tych ludzi dość już dostał od życia i nie powinien wyciągać ręki po więcej. Skończył zalewie trzydzieści trzy lata, a jego pracownia architektoniczna cały czas dynamicznie się rozwijała. Do jego biur w Sion, w Lozannie i w Genewie lada moment dołączy kolejne w Zurychu.

Podobnie rzecz się miała z Lucasem, jednym z jego najstarszych przyjaciół i zarazem deweloperem tego projektu. On też miał ledwie trzydzieści kilka lat, a był już właścicielem trzech renomowanych hoteli.

Ich sukces kłuł ludzi w oczy.

A ten projekt ostatecznie przelał czarę goryczy. Do biur napływały nieprzyjemne maile i tradycyjne listy, pojawili się też internetowi trolle. Ludzie wnosili do różnych urzędów formalne zastrzeżenia co do planów budowy.

Najpierw rzucili się na Daniela. Na blogach i w serwisach społecznościowych o zasięgu lokalnym pojawiły się informacje, że jego firma ma trudności finansowe. Potem celem ataków stał się Lucas. W sumie dość podobnie to wyglądało. Generalnie większość ataków dało się łatwo odeprzeć, z jedną historią mieli jednak kłopot.

Daniel wolałby się tym nie przejmować, ale bardzo mu to przeszkadzało.

Chodziło o zarzuty łapówkarskie. O korupcję.

Próbował rozmawiać o tym z Lucasem, ale przyjaciel zawsze ucinał temat. Ta sprawa nie daje mu spokoju, ciągle go dręczy, jak zresztą wiele innych związanych z tym projektem, więc Daniel stara się po prostu o niej nie myśleć. Nie ma innego wyjścia. Musi się skupić na efekcie końcowym. Ten hotel ma ostatecznie przypieczętować jego status na rynku. Lucas przywiązuje tak dużą wagę do szczegółów, że Daniel stworzył spektakularnie ambitny projekt i miał dokonać rzeczy, które pierwotnie wydawały mu się nieosiągalne.

Dochodzi do samochodu. Na przedniej szybie leży warstwa świeżego śniegu.

Wycieraczki sobie z nią nie poradzą, trzeba to zeskrobać.

Gdy jednak sięga do kieszeni po kluczyki, dostrzega coś na ziemi.

Nachyla się, żeby to podnieść. To delikatny przedmiot wykonany z miedzi. Obraca go w palcach. Bransoletka. Po wewnętrznej stronie dostrzega ciąg liczb. Czyżby data?

Marszczy brwi. Właściciel musiał być tu dzisiaj. Inaczej bransoletkę przysypałby śnieg.

Tylko co ten ktoś robił tak blisko samochodu?

Przed oczami stają mu twarze protestujących, szydzące i wściekłe.

Czyżby ktoś z nich?

Daniel bierze głęboki oddech, a potem wsuwa bransoletkę do kieszeni. Wtedy coś dostrzega. Za hałdą śniegu usypaną na skraju parkingu coś się poruszyło.

We mgle majaczy zarys postaci.

Daniel czuje, że pocą mu się dłonie. Wciska przycisk w pilocie samochodowym, którym otwiera bagażnik, i podnosi wzrok.

Tuż przed nim, między nim a wozem, pojawia się jakaś postać.

Daniel zastyga jak rażony gromem, zastanawiając się w panice, na co właśnie patrzy. Jak to możliwe, że ktoś tak szybko do niego podszedł? Jak on mógł tego nie zauważyć?

Postać jest ubrana na czarno, twarz ma zasłoniętą. Przypomina to maskę gazową, tyle że z przodu nie ma filtra. Za to usta z nosem łączy gruby gumowy wąż, czarny i karbowany, który drga za każdym razem, gdy postać przestępuje z nogi na nogę.

Efekt jest przerażający. Potworny! To jak wizja rodem z najgłębszych pokładów podświadomości.

Myśl, nakazuje sobie Daniel. Myśl! Jego mózg przetwarza kolejne możliwości, stara się znaleźć nieszkodliwe, banalne wyjaśnienie tego zjawiska. To na pewno głupi żart i tyle. Jeden z protestujących próbuje go zastraszyć.

Postać rusza w jego stronę. Idzie ostrożnie, jakby każdy kolejny ruch miała starannie przemyślany.

Daniel widzi teraz tylko czarną gumową powłokę zakrywającą twarz, która zbliża się do niego i wypełnia całe pole widzenia. Dostrzega prążki na rurze. W tym samym momencie słyszy oddech, a właściwie wilgotne ssanie dobiegające zza maski. Jakby ktoś oddychał tlenem z butli.

Serce wali mu jak oszalałe.

– Co to ma znaczyć? – pyta i sam słyszy w swoim głosie strach. Próbuje nad sobą zapanować. – Kim jesteś? Co chcesz zrobić?

Krople spływają mu po twarzy. Może to topniejący śnieg, a może pot. Trudno rozróżnić.

Daj spokój, upomina się w duchu. Opanuj się. To tylko jakieś wygłupy!

Po prostu przejdź obok i wsiądź do samochodu.

W tym momencie kątem oka dostrzega drugi samochód. Nie było go tutaj, gdy przyjechał. To czarny pikap. Nissan.

No, stary. Ruszaj się!

Tylko że ciało ma odrętwiałe, jakby stracił nad nim panowanie. Rejestruje teraz już tylko dziwny oddech pod maską, z każdą chwilą głośniejszy i szybszy, a przy tym bardziej nerwowy.

Najpierw rozlega się odgłos zasysania, a po nim gwizd.

Raz po raz to samo.

Postać podchodzi do niego. Trzyma coś w ręce. Czyżby nóż? Daniel nie jest pewien, bo większość przedmiotu tonie w grubej rękawicy.

Ruchy, ruchy!

Udaje mu się wykonać najpierw jeden krok naprzód, potem drugi. Strach go paraliżuje.

Potyka się w śniegu, prawa noga mu ucieka.

Gdy w końcu odzyskuje równowagę, jest już za późno. Dłoń w rękawicy spoczywa na jego ustach. Daniel czuje jej wilgotny zapach. Maska też dziwnie pachnie. Nieco zaskakujący smród przypalanego plastiku zdaje się mieszać jeszcze z jakąś wonią.

Czegoś znanego.

Zanim udaje mu się odgadnąć, co to za zapach, czuje, że coś wbija mu się w udo. Jego myśli rozbiegają się na wszystkie strony, a potem umysł milknie.

Po kilku sekundach cisza przeradza się w nicość.

 

Informacja prasowa, poufna do północy 5 marca 2018

 

Le Sommet Hauts de Plumachit CransMontana 3963 Valais Szwajcaria W SZWAJCARSKIM KURORCIE CRANSMONTANA POWSTAJE 5-GWIAZDKOWY HOTEL Na skąpanym w słońcu płaskowyżu nad Crans-Montaną, wysoko w Alpach Szwajcarskich, miejscowy deweloper Lucas Caron otwiera Le Sommet.

Po ośmiu latach intensywnych prac planistycznych i budowlanych jedno z najstarszych w mieście sanatoriów ponownie otworzy swoje podwoje, tym razem jako luksusowy hotel.

Główny budynek został zaprojektowany pod koniec XIX wieku przez Pierre’a Carona, pradziadka Lucasa. Zanim wynalezienie antybiotyków wymogło na jego właścicielach zmianę profilu działalności, obiekt słynął już na całym świecie jako szpital dla gruźlików.

Później zyskał rozgłos za sprawą innowacyjnych rozwiązań architektonicznych, za które w 1942 roku Pierre Caron został uhonorowany pośmiertnie nagrodą Swiss Arts. Uznanie krytyków zaskarbił sobie, zręcznie wpisując panoramiczne okna w prostą bryłę budowli zwieńczonej płaskimi dachami i zdobionej geometrycznymi wzorami. Jeden z sędziów scharakteryzował ten budynek jako „przełomowy – z uwagi na przemyślane połączenie funkcji szpitala z architektoniczną płynnością przejścia między wnętrzami a otoczeniem zewnętrznym”.

„Nadszedł czas tchnąć nowe życie w te mury. Jesteśmy przekonani, że dzięki właściwej wizji uda nam się odrestaurować budynek i stworzyć tu hotel godny bogatej przeszłości tego miejsca”, powiedział Lucas Caron.

Pod nadzorem szwajcarskiej pracowni architektonicznej Lemaitre SA opracowano koncepcję rewitalizacji budynku, w którym teraz znajdzie się miejsce na nowoczesne spa i centrum eventowe.

W trakcie starannie przemyślanych prac remontowych zostaną wykorzystane naturalne materiały pozyskiwane z lokalnych źródeł, głównie drewno, łupki i kamień. Eleganckie wnętrza Le Sommet będą z jednej strony nawiązywać do otoczenia zewnętrznego budynku, z drugiej zaś czerpać z jego przeszłości i wplatać stare wątki w nową opowieść.

„To będzie bez wątpienia klejnot w naszej – tak czy owak – wspaniałej koronie kurortów zimowych”, zapewnia dyrektor generalny Valais Tourism, Philippe Volkem.

Szczegółowych informacji udziela agencja prasowa Leman z Lozanny.

Pytania i rezerwacje można przesyłać za pośrednictwem strony www.lesommetcransmontana.ch.

***

Klimatyczna opowieść o policjantce, która podczas pobytu w górskim hotelu musi zmierzyć się z mordercą… i z własną przeszłością.


Elin Warner, na co dzień pracująca w angielskiej policji, decyduje się otworzyć nowy rozdział w życiu w ekskluzywnym hotelu na górskim zboczu. Szybko okazuje się jednak, że zamieszkujące miejsce duchy nie pozwalają o sobie zapomnieć - ośnieżone lasy skrywają bowiem wiele mrocznych tajemnic.

Pewnego dnia jeden z pracowników hotelu dokonuje makabrycznego odkrycia - w sanatorium grasuje morderca. Tymczasem śnieżyca i lawina odcinają budynek od świata. Elin decyduje się zająć potworną zagadką człowieka, który najwyraźniej bardzo stara się udowodnić coś światu. Rozpoczyna się gra jeden na jednego…

Trzymająca w napięciu opowieść przywodząca na myśl klasyki gatunku.

Cykl: Elin Warner (tom 1)

Myszy i koty Gordon Reece

Myszy i koty Gordon Reece

"Wiem, że jestem myszą i ukrywam się tu, w moim małym gniazdku na końcu świata, ale moje mysie życie jest pełne tego, co w życiu najlepsze: sztuki, muzyki, literatury... i miłości.To wprawdzie tylko życie małej myszy, ale dobre życie, bogate, cudowne."


Zaskakująca dobra powieść. Z duszą.

Opowieść o tym, jak ważny jest spokój w życiu i jak ciężko go osiągnąć. Jak ważna jest stabilizacja, jak ważne jest to, żeby żyć sobie po prostu szczęśliwie.

Czy się tak da?

Nie.


"Wpatrując się w niebo, wyobrażałam sobie, że żyje w innych czasach, prostszych, bardziej niewinnych, kiedy ziemia była w wielkim zielonym ogrodem, a okrucieństwo-zadawane cierpienia dla przyjemności -było całkowicie nieznane."


Wokół nas jest pełno patologii, psychopatów i odpadów ludzkich, które powinny zostać zutylizowane ale niestety zawsze się jakoś wcisną w życie, jak karaluchy albo kleszcze, roznosząc tylko syf, chorobę i śmierć.

I wtedy potrzebna jest dezynsekcja. I wtedy masz wybór: albo jesteś kotem albo jesteś myszą.

Bo każdemu się w końcu ulewa...


"Wszyscy-nawet myszy-mamy jakąś granicę tego, ile możemy znieść. Kiedy ta granica zostaje przekroczona, coś w nas pęka."


Opowieść o dziewczynie, która właśnie chciała być zwykła i normalna. Niestety nie dane jej było. Która robiła wszystko to co trzeba było robić w danej sytuacji, która powinna być chroniona a nie ścigana.

Opowieść o świetnej więzi między matką a córką, o świetnym wychowaniu, o poświęceniu, o miłości, o uważnym słuchaniu, o potrzebach, o tym co kiedyś było ważne, a teraz już tego nie ma - o konsekwencjach swoich czynów. O tym, co trzeba zawsze zrobić i o tym, co trzeba zawsze ochronić. 


"Jużem tak głęboko

W krwi zagrzązł, że wstecz iść niepodobieństwo, 

W miejscu zaś grozi mi niebezpieczeństwo;

Trzeba więc dalej brnąć."


Emocjonalna. Nie czyta się jej na pewno płaskomózgiem.

Super klimat, zamknięty wewnątrz dramatu rozgrywającego się w życiu dziewczyny i jej matki, z przygłupio standardowym "tatusiem - mężem", machającym pjutasem i umysłowo upośledzonym - mająym przed oczami wielkie młode cycki - patologiczny standardzik pseudo męskiej dojrzałości.

Mocna, spokojnie relacjonująca pierwszoosobowa narracja, którą bardzo lubię. Niektóre sceny naprawdę w 100% napięciu😬

Czytając tą powieść od razu ma się przed oczami ekranizacje i to taką z Jessicą Lang w starym dobrym stylu...


MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Mieszkałam z mamą pół godziny drogi od miasta.

Niełatwo było znaleźć dom, który spełniałby wszystkie nasze wymagania: stał na wsi, z dala od innych domów, miał trzy sypialnie, ogródek od frontu i z tyłu, był odpowiednio stary (musiał mieć „charakter”) i jednocześnie wyposażony we wszystkie wygody - przede wszystkim centralne ogrzewanie, bo obie nie znosiłyśmy zimna. Okolica musiała być cicha. Dyskretna. W końcu byłyśmy myszami. Nie szukałyśmy domu. Szukałyśmy kryjówki.

Obejrzałyśmy z agentem wiele domów, ale jeśli między drzewami widać było dach sąsiadów albo z oddali dobiegał szum samochodów, wymieniałyśmy porozumiewawcze spojrzenia i skreślałyśmy go z listy. Ale, oczywiście, oglądałyśmy dalej, cierpliwie słuchając oczywistych objaśnień: „To jest główna sypialnia... to druga sypialnia... to łazienka”. Agent wywiózł nas tak daleko, że przerwanie mu wydawało się w jakiś sposób niegrzeczne. Mama nie potrafiła zdobyć się na asertywność wobec tego bezczelnego młodego człowieka z włosami usztywnionymi żelem i ciągle dzwoniącą komórką („Widziałyśmy już dość, dziękuję, Darren, ale nie jesteśmy zainteresowane”) - prędzej poleciałaby na Księżyc. Myszy nigdy nie są niegrzeczne. Ani asertywne. Tak więc spędziłyśmy wiele sobót, oglądając domy, które zupełnie nas nie interesowały. 

Aż w końcu trafiłyśmy do Honeysuckle Cottage. 

Nie był to najładniejszy dom, jaki widziałyśmy - z fasadą z brązowej cegły, małymi oknami, szarym łupkowym dachem i brudnymi od dymu kominami sprawiał wrażenie raczej miejskiego niż wiejskiego - ale stał na takim cudownym pustkowiu. Ze wszystkich stron otaczały go pola uprawne, a najbliższy sąsiad mieszkał w odległości prawie kilometra. Do domu prowadziła tylko jedna droga, wąska i tak kręta, że wyglądała bardziej na jakiś labirynt niż na drogę publiczną. Po raz pierwszy byłyśmy skłonne uwierzyć Darrenowi, kiedy zapewniał, że niewielu kierowców zapuszcza się w tę okolicę, nie chcąc utknąć za powolnymi maszynami rolniczymi. Długi, obsadzony drzewami podjazd, którym zbliżaliśmy się do domu, ostro skręcał w lewo i był pełen wybojów, co utwierdziło nas w przekonaniu, że Honeysuckle Cottage znajduje się zbyt daleko od najbliższej asfaltowej szosy, by mogła nas tu dopaść twarda rzeczywistość. 

I ta cudowna cisza. Zwróciłam na nią uwagę, kiedy tylko wysiadłyśmy z samochodu Darrena tamtego wietrznego styczniowego dnia. Ptaki w koronach drzew nad naszymi głowami umilkły, Darren przestał na chwilę wygłaszać swoje entuzjastyczne pochwały („To wspaniały dom, mówię zupełnie szczerze, sam bym w nim zamieszkał, gdyby tylko było to możliwe”), a ja wsłuchiwałam się w ten najpiękniejszy dźwięk na świecie - to znaczy całkowity brak dźwięku.  

Właściciele, państwo Jenkins, starsze małżeństwo, powitali nas na progu. Oboje mieli siwe włosy, ogorzałe twarze i grube wełniane swetry, w dłoniach trzymali kubki z parującą herbatą i co chwila wybuchali głośnym śmiechem, chociaż nikt nie powiedział niczego dowcipnego. Pan Jenkins wyjaśnił, że muszą przeprowadzić się z powrotem do miasta ze względu na zdrowie jego żony - „słabe serducho”, jak się wyraził - bo gdyby coś się stało na tym „pustkowiu”, mogłoby się źle skończyć. Są załamani, że muszą się przenieść, bo, jak zapewnił, przeżyli w tym domu trzydzieści pięć wspaniałych lat. „Tak, trzydzieści pięć wspaniałych lat”, powtórzyła pani Jenkins, najwyraźniej przyzwyczajona do roli echa swojego męża. 

Zabrali nas na rundkę po domu, jak zwykle pełną niezręcznych sytuacji: zbyt wiele osób tłoczyło się w wąskim korytarzyku i na podeście i zderzało ze sobą we wszystkich drzwiach („Pani pierwsza... Nie, pan pierwszy”). Kiedy tak chodziliśmy od pomieszczenia do pomieszczenia, pan Jenkins przyglądał mi się natrętnie, jakby usiłował dociec, skąd na twarzy młodej dziewczyny z klasy średniej wzięły się te okropne blizny. Ulżyło mi, gdy wreszcie wyszliśmy przez kuchnię do ogrodu za domem, bo mogłam zostać trochę z tyłu i uniknąć świdrującego spojrzenia jego wścibskich niebieskich oczu. 

Pan Jenkins był doświadczonym ogrodnikiem i robił wszystko, aby ten fakt nie umknął naszej uwagi. Dreptałyśmy za nim po ogrodzie, oglądając drzewka owocowe, grządki warzywne i dwie szopy. Były to najlepiej uporządkowane szopy, jakie kiedykolwiek widziałam - każde narzędzie wisiało na osobnym haczyku, nawet rękawice ogrodowe miały swoje kołki, podpisane imionami „Jerry” i „Sue”. Pan Jenkins pokazał nam cuchnącą stertę kompostu, wykrzykując: „Oto moja radość i duma!”, po czym poprowadził nas w stronę rzędu cyprysów, które zasadził wkrótce po tym, jak wraz z żoną wprowadził się do tego domu. Teraz drzewa miały ponad dziesięć metrów wysokości, a kiedy pan Jenkins rozwodził się nad ich zdrową korą, ja niespokojnie próbowałam dojrzeć coś przez gęste gałęzie. Ale za cyprysami ciągnęły się tylko zielone pola. 

Największą dumą pana Jenkinsa był jednak ogródek przed domem. Wokół szerokiego trawnika, przystrzyżonego krótko jak murawa boiska, rosło mnóstwo krzewów i innych roślin, wśród których, mimo że był środek zimy, widniały gdzieniegdzie plamy żywszych kolorów.

Trzeba zawsze mieć trochę roślin kwitnących zimą i dużo bylin - wyjaśnił mamie pan Jenkins. - Inaczej w zimie nie będzie w ogrodzie żadnych barw. 

Mama, chcąc zmienić temat, mruknęła, że zupełnie nie zna się na ogrodnictwie, lecz pan Jenkins uznał to za zachętę i postanowił natychmiast uzupełnić luki w jej wiedzy. Zaczął od wykładu na temat rodzajów gleby. 

Tutaj - mówił - mamy glebę kredową. Jest dość sucha, jakby wiecznie spragniona. Wymaga wielu zabiegów, zasilania kompostem, torfem... 

Odeszłam trochę dalej, bo miałam już dość jego gadania. „Opadłe liście... nawozy sztuczne... warstwa wapienia...” Wydawało mi się, że w pewnej chwili powiedział „zaschnięta krew”, ale uznałam, że musiałam się przesłyszeć.

Szłam przed siebie, aż w końcu irytujący głos za moimi plecami przycichł, a tuż przede mną wyrósł duży owalny klomb. Rosnące na nim róże zdawały wznosić do nieba swoje krótko przycięte łodygi w niemym proteście. Klomb, pokaźny kopiec luźnej ziemi, przypominał świeżo wykopany grób.

Rozejrzałam się dookoła i zdałam sobie sprawę, że nie znam nazwy prawie żadnej z otaczających mnie roślin. A skoro chcę zostać pisarką, powinnam coś z tym zrobić. Pisarze zawsze znają nazwy kwiatów i drzew, dzięki temu wydają się tacy mądrzy i autorytatywni. Postanowiłam, że kiedy tylko tu zamieszkamy (bo po wyrazie twarzy mamy poznałam, że to będzie nasz nowy dom), nauczę się nazw wszystkich kwiatów i drzew w tym ogrodzie - i potocznych, i łacińskich.

Kiedy wróciłam do mamy, pan Jenkins nie był już w stanie dłużej zapanować nad ciekawością. 

A tobie co się stało, moja droga? - spytał, wskazując ruchem głowy moją pokrytą bliznami twarz. 

Mama otoczyła mnie ramieniem i odpowiedziała:

Shelley miała wypadek. W szkole. 

 

 

2

 

Wlama kupiła Honeysuckle Cottage za pieniądze, które dostała po rozwodzie. Za swoją „mysią” część. Mój ojciec - wierzcie lub nie, prawnik rodzinny - zostawił nas półtora roku wcześniej dla swojej sekretarki, młodszej od niego o nieprawdopodobne trzydzieści lat. Miała lalkowatą twarz i zawsze trochę za głęboki dekolt. (Jest ledwie dziesięć lat starsza ode mnie! Miałabym ją nazywać „nową mamą”?) Rozwód, ze względu na finanse i kwestie związane z „opieką nad dzieckiem”, ciągnął się prawie rok. Tata walczył z mamą tak zaciekle, jakby była jego największym wrogiem, a nie żoną, z którą przeżył osiemnaście lat. Usiłował odebrać jej wszystko, nawet mnie.

Mama stopniowo oddawała pole - zrezygnowała z prawa do części jego emerytury i alimentów na siebie, a nawet zwróciła część prezentów, które dostała od niego, kiedy byli małżeństwem, czego się małostkowo domagał - ale ze mnie nie zamierzała zrezygnować. Sąd uznał, że jako „wyjątkowo inteligentna czternastolatka” jestem w stanie samodzielnie zdecydować, z kim chcę zamieszkać. Ponieważ pragnęłam zostać z mamą, żądania ojca zostały odrzucone. Kiedy zrozumiał, że nie zdoła ukarać mamy za lata poświęceń, odbierając jej mnie, wyemigrował ze swoją Zoe do Hiszpanii. Kochał mnie tak bardzo, że chciał, żebym z nim mieszkała, ale najwyraźniej nie dość mocno, żeby się ze mną przed wyjazdem pożegnać. Od tego czasu nie miałam od niego żadnej wiadomości.

 

Formalności związane z kupnem domu zostały załatwione wyjątkowo szybko i już pod koniec stycznia wprowadziłyśmy się do Honeysuckle Cottage. Był to jeden z tych schizofrenicznych zimowych dni, kiedy ciemne, nisko wiszące chmury nagle ustępują miejsca słońcu tak jasnemu, jakby już zaczęła się wiosna - tylko po to, by za chwilę ze znów pociemniałego nieba lunął deszcz. 

Mężczyźni z firmy przeprowadzkowej, żujący gumę i śmierdzący brudem, krążyli po domu w zabłoconych butach, rzucając raz po raz głośne uwagi, że bardzo chce im się pić i że mogliby „zabić dla kubka herbaty”. Mama posłusznie przyniosła na tacy herbatę z mlekiem, po czym, zgodnie z życzeniem, wsypała do każdego kubka trzy lub cztery łyżeczki cukru. Mężczyźni usiedli na skrzyniach, które mieli wnosić do domu, pili herbatę i palili papierosy. Jeden z nich, widząc, że mama spogląda na brzydkie wgniecenie w ściance pianina, zawołał beztrosko:

My tego nie zrobili, skarbie. To już takie było. 

Gdy mama uciekła z powrotem do domu (myszy boją się konfrontacji), robotnicy uśmiali się po pachy.

Zmusili ją, żeby im zapłaciła gotówką - także za te pół godziny, które spędzili, pijąc jej herbatę i przedrzeźniając jej „dystyngowany” akcent - i w końcu odjechali, zostawiając niedopałki na trawniku przed domem.

 

Ani trochę nie żałowałam, że musiałyśmy zamienić luksusowy dom w mieście, w którym mieszkałam niemal całe życie, na skromny Honeysuckle Cottage. Tamten dom przestał być moim domem, kiedy zaczęła się procedura rozwodowa. Stał się „rezydencją małżeńską” - cennym składnikiem majątku, o który prawnicy obu stron, niczym dwaj doświadczeni szachiści, toczyli zaciekły bój. „Rezydencja małżeńska” nie może być szczęśliwym domem. 

Zbyt wiele wiązało się z nią wspomnień - tych dobrych i tych złych. Sama nie wiem, które sprawiały mi więcej bólu: tata przebrany za Świętego Mikołaja, kiedy miałam siedem lat, z drżącym złocistym chomikiem w wyciągniętych do mnie, złożonych dłoniach; tata, pijany i agresywny, wściekle kopiący w drzwi, kiedy nadeszła jego kolej, by mnie „mieć” na weekend, a ja nie chciałam z nim pójść; piętnasta rocznica ślubu rodziców, którzy tańczyli w holu wśród swoich przyjaciół przy dźwiękach Wonderful Tonight Erica Claptona; tata trzy lata później, odpychający mamę z taką siłą, że upadła i złamała sobie palec. W tym samym holu...  

Chciałam opuścić „rezydencję małżeńską” z jeszcze jednego powodu, choć nawet przed samą sobą było mi trudno się do niego przyznać. Powodem tym była pokusa, by nadal kochać tatę. Wiem, że ohydnie potraktował mamę i mnie, i naprawdę starałam się go sobie obrzydzić, ale więzy krwi niełatwo zerwać. Wszystko w tym domu przypominało mi o jego jasnych stronach, o tym, jaki potrafił być wspaniały i jak świetnie się razem bawiliśmy. Zbudował dla mnie domek na drzewie, kiedy miałam sześć czy siedem lat; zrobił piękny regał na książki w moim pokoju, gdy zaczęłam szkołę średnią, i przywiózł mi z Londynu oprawną w skórę kolekcję klasyki literatury dziecięcej (to tata zachęcił mnie, żebym została pisarką, tak, właśnie on zasiał to ziarno). W garażu, gdzie ćwiczył i gdzie ciągle jeszcze unosił się lekki zapach jego potu, wisiała stara tarcza do rzutek, w które czasami grywaliśmy razem.

Ale najboleśniej przypominał mi się tata, kiedy spoglądałam w lustro i widziałam jego orzechowe oczy w swojej twarzy. Nigdy nie byłam z tatą tak blisko jak z mamą, ale gdy w chwilach czułości podnosił mnie wysoko do góry, jakby chciał przeze mnie spojrzeć w słońce, to, co nas łączyło, było w pewnym sensie jeszcze lepsze.

Ukrywałam to przed mamą, bo nie chciałam jej ranić. Dopóki jednak mieszkałyśmy w „rezydencji małżeńskiej”, ta zdradziecka myśl nie chciała mnie opuścić, a ilekroć pokłóciłyśmy się o coś, jeszcze przybierała na sile. Miałam nadzieję, że kiedy się przeprowadzimy, to nieprzyjemne poczucie, zawsze kojarzące mi się z koniem trojańskim, stopniowo osłabnie i w końcu całkiem zniknie.

W Honeysuckle Cottage mogłyśmy zacząć wszystko od nowa. Od razu polubiłam kuchnię - ze staroświecką spiżarnią, podłogą z kafli i stołem z surowego sosnowego drewna - bo było w niej ciepło i przytulnie nawet w najbrzydsze deszczowe dni. Polubiłam otwartą na hol jadalnię, w której nawet kiedy zajmowałyśmy się innymi rzeczami, zawsze czułam, że mama jest blisko. Polubiłam palenisko kominka z chropowatego szarego kamienia i jego gzyms z lakierowanego dębu. Polubiłam małe romboidalne okienka naśladujące styl epoki Tudorów i zniszczone drewniane schody - czwarty stopień od góry zawsze skrzypiał, bez względu na to, gdzie postawiło się na nim stopę. Polubiłam swój pokój z belkowanym sufitem i wbudowaną pod oknem ławą, na której spędzałam całe godziny, czytając w najjaśniejszym świetle, jakie znałam. Rankiem rozsuwałam zasłony i patrzyłam na mozaikę żółto-zielonych pól, które ciągnęły się w dal zamiast rzędów identycznych podmiejskich domów z czerwonej cegły z mercedesami albo bmw na podjazdach. Najbardziej jednak podobało mi się to, że mogłam wyciągnąć fotel do ogrodu za domem, a potem siedzieć w nim i obserwować zmienne formacje chmur wysoko na niebie. 

Wpatrując się w niebo, wyobrażałam sobie, że żyję w innych czasach, prostszych, bardziej niewinnych, kiedy ziemia była wielkim zielonym ogrodem, a okrucieństwo - zadawanie cierpienia dla przyjemności - było całkowicie nieznane.

 

 

3

 

Moja mama była tak zdolną i błyskotliwą studentką, że jeszcze przed uzyskaniem dyplomu otrzymała propozycję pracy w największej londyńskiej kancelarii prawniczej. Przyjęła ofertę, ale nie podobało jej się tam. Nie lubiła Londynu - tłumów na ulicach, korków, zatłoczonego metra, wszechobecnych pijanych meneli o nabiegłych krwią twarzach (Londyn to nie jest miejsce dla myszy), więc po czterech latach postanowiła przenieść się na prowincję. Dostała pracę w Everson’s, największej kancelarii w miasteczku, i tam poznała mojego ojca, starszego od niej o zaledwie osiem lat, a już wspólnika. Pół roku później poprosił ją o rękę. 

Często zastanawiałam się - widząc, jak bardzo się różnią i jak zakończyło się ich małżeństwo - dlaczego tata wybrał właśnie ją i dlaczego ona pozwoliła mu się wybrać. Musiała mu się bardzo podobać, bo - na ślubnych zdjęciach widać to wyraźnie - była naprawdę wyjątkowo atrakcyjna z tymi ciemnymi oczami i włosami oraz nieśmiałym uśmiechem, ale jestem pewna, że podbicie serca wstydliwej, trzymającej się na uboczu dziewczyny, która ukończyła studia z pierwszą lokatą i cieszyła się opinią doskonałej prawniczki, uważał za wyzwanie. Może po tym, co spotkało ją w Londynie (raz ktoś włamał się do jej mieszkania, innym razem w biały dzień jakiś mężczyzna wyrwał jej torebkę na ulicy), chciała, żeby zaopiekował się nią ktoś taki jak ojciec, ktoś silny. Może sądziła, że w jakiś magiczny sposób spłynie na nią część jego siły. A może chodziło po prostu o to, że był przystojny i czarujący. Tata zawsze był typem uwodziciela; już jako mała dziewczynka dostrzegałam, jak działał jego uśmiech na kobiety, i bywałam z tego powodu zazdrosna.

Kiedy cztery lata po ślubie rodziców przyszłam na świat, tata uparł się, żeby mama rzuciła pracę i zajęła się domem i mną. Nie chciał, żeby jego córka przechodziła z rąk jednej niańki do drugiej jak jakaś paczka ani żeby wracała po szkole do pustego domu, bo oboje rodzice są w pracy. Mówił, że zarabia na tyle dobrze, żeby utrzymać rodzinę, więc nie muszą pracować oboje. Jego upór nie miał (oczywiście) nic wspólnego z tym, że mama właśnie miała zostać wspólniczką. Nie miał też (oczywiście) nic wspólnego z faktem, że była uważana za najlepszego prawnika w firmie i że przy tak bystrej żonie często czuł się niekompetentny.

Mama posłusznie zrobiła wszystko, czego chciał. On wiedział lepiej; w końcu był starszy, był wspólnikiem, był mężczyzną. Jak mogłaby się sprzeciwić, nawet gdyby chciała? Jak mysz może stawić opór kotu? Rzuciła więc pracę, którą bardzo lubiła, i przez kolejnych czternaście lat dbała o mnie i o dom - gotowała, robiła zakupy, prała i prasowała - a tata stopniowo rozwijał swoją karierę, by w końcu zostać w Everson’s starszym wspólnikiem. 

Kiedy od niej odszedł, miała czterdzieści sześć lat. Jej wiedza prawnicza była przestarzała - zepsuła się jak owoc zostawiony na drzewie. Prawa do wykonywania zawodu nie odnawiała przez czternaście lat.

Jedyną, pracą, jaką udało jej się dostać, było stanowisko asystentki prawniczej w Davis, Goodridge & Blakely, kancelarii mieszczącej się przy jednej z wąskich brudnych uliczek za dworcem kolejowym. Właściciele, wiedząc, że od dawna nie praktykowała, zaoferowali jej jzałośnie ni$ką pensję - „bierz albo nie”, powiedzieli - a mama, oczywiście, musiała się zgodzić. Dostała biurko w ciasnym pomieszczeniu, które dzieliła z dwiema sekretarkami. Tym samym dano jej do zrozumienia, że ma pozycję kolejnej sekretarki, a nie wykształconej prawniczki. 

Szefowie kancelarii szybko się zorientowali, jak bardzo jest kompetentna i jak szybko nadrabia stracony czas. Blakely, niechlujny facet zajmujący się prawem karnym, i Davis, szef działu odszkodowań za uszczerbki na zdrowiu, przekazywali jej coraz więcej najtrudniejszych spraw, z którymi sobie nie radzili. Po roku mama prowadziła najbardziej skomplikowane sprawy przyjęte przez kancelarię, a zarabiała mniej od sekretarek. 

 

Brenda i Sally, które dzieliły z mamą ciasne biuro, uważały, że nasza przeprowadzka do Honeysuckle Cottage jest błędem, i nie wahały się jej o tym powiedzieć. 

Shelley ma już prawie szesnaście lat - mówiła Brenda. - Będzie chciała spotykać się w mieście z przyjaciółmi. 

Otóż to - wtórowała jej Sally. - Jeśli choć trochę przypomina moją Lizzie, będzie uprawiała dubbing co weekend, a ty spędzisz całe życie, zawożąc ją i przywożąc z różnych imprez. 

Mama starała się zachowywać prywatność - przynajmniej na tyle, żeby nie urazić Brendy i Sally, które bez cienia wstydu dzieliły się najintymniejszymi szczegółami ze swojego małżeńskiego życia. 

Zarumieniła się więc tylko i wymamrotała, że właściwie nie ma nic przeciwko temu, bo Shelley na pewno nie będzie nadużywała...

Elisabeth, jesteś za miękka! - przerwały jej Brenda i Sally.  

Ciągle raczyły mamę podobnymi uwagami. „Elisabeth, jesteś za dobra! Jak możesz to znosić? Dlaczego wreszcie się im nie postawisz?” Widziały, jak zaakceptowała podwyżkę w wysokości, którą można było uznać wyłącznie za obraźliwą; jak Davis zrzucał na nią swoje problemy i nie raczył nawet podziękować, gdy je rozwiązywała; jak Blakely regularnie pojawiał się przy jej biurku za pięć piąta i prosił, żeby została dłużej albo „przejrzała te akta podczas weekendu”, bo wiedział, że jest zbyt słaba, żeby odmówić. Rzadko zdarzały się dni, kiedy Brenda i Sally nie miały powodu wykrzyknąć: „Elisabeth, jesteś zdecydowanie za miękka!” 

Nie zdradziła im, rzecz jasna, prawdy o mnie. Nie powiedziała, że nie będzie musiała podwozić mnie do miasta na spotkania z przyjaciółmi, ponieważ ja nie mam przyjaciół. Ani jednego. Nie powiedziała, że znęcano się nade mną tak okrutnie, że musiałam porzucić szkołę i teraz uczę się w domu. Nie powiedziała, że za radą policji szkoła nie zna mojego nowego adresu, aby „zamieszane w sprawę dziewczęta” nie mogły go zdobyć.

 

 

4

 

Zamieszane w sprawę dziewczęta. Ttzy zamieszane w sprawę dziewczęta: Teresa Watson, Emma Townley i Jane Ireson. 

Były moimi najlepszymi przyjaciółkami od zawsze, to znaczy od dnia, kiedy w wieku dziewięciu lat trafiłyśmy do tej samej klasy. Spędzałyśmy razem wszystkie przerwy (skakałyśmy na skakankach, ćwiczyłyśmy na huła-hoo- pie, grałyśmy w klasy i bawiłyśmy się w chowanego) i siadałyśmy przy jednym stole w szkolnej stołówce. Odwiedzałyśmy się w domach podczas weekendów i wakacji. Byłyśmy nierozłączne, stanowiłyśmy mały zamknięty krąg, któremu nadałyśmy nawet nazwę - JETS, od pierwszych liter naszych imion. 

Teraz, patrząc wstecz, widzę wyraźnie, że między mną a pozostałą trójką coś się popsuło na długo przed tym, gdy zaczęły się nade mną znęcać.

W wieku jedenastu, dwunastu, trzynastu lat uchodziłyśmy za typowe grzeczne dziewczynki. Bardzo poważnie podchodziłyśmy do szkolnej nauki - porównywałyśmy oceny z dyktand, z zapałem wypełniałyśmy ćwiczenia, kolorowałyśmy mapki i omawiałyśmy przez telefon trudniejsze zadania domowe. Ja byłam najlepsza w klasie z angielskiego i plastyki; Emma (nazywana Pip- pi Potter ze względu na rude włosy i okrągłe okulary) miała zdolności matematyczne; Jane, najpoważniejsza z nas, grała na wiolonczeli w naszej szkolnej orkiestrze i w orkiestrze szkoły muzycznej, do której chodziła w soboty; Teresa, o pięknych oczach i bujnych blond włosach z rudawym odcieniem, uwielbiała teatr i chciała zostać aktorką. Gadałyśmy na lekcjach, jak większość dzieciaków, ale bałyśmy się nauczycieli - nigdy nie przyszłoby nam do głowy, żeby się im odszczekiwać. Nie pamiętam też, żeby któraś z nas wpadła w jakieś poważniejsze kłopoty. 

Kiedy miałyśmy mniej więcej po czternaście lat, moje przyjaciółki zaczęły się zmieniać. A ja - nie.

Emma zamieniła okulary na szkła kontaktowe i zaczęła nosić fryzurę w stylu punk - włosy bardzo krótko przystrzyżone, z pozostawionym na środku głowy ufar- bowanym na różowo czymś w rodzaju koguciego grzebienia. Jane rzuciła muzykę, przestała interesować się nauką, a włosy ufarbowała na czarno, na czarno też malowała paznokcie. Nabrała kobiecych kształtów i z makijażem mogła uchodzić za osiemnastolatkę. Ciągle łamała szkolny regulamin, ale żadne kary - ani zatrzymywanie po lekcjach, ani zawieszanie w prawach ucznia - nie robiły na niej wrażenia. Odrzucała wszystko, czym jest szkoła, i zachowywała się jak więzień, który liczy dni dzielące go od wyjścia na wolność. 

Ale najbardziej zmieniła się Teresa Watson. Urosła niemal z dnia na dzień i mierzyła teraz ponad metr siedemdziesiąt. Ze słodkiego, pulchnego dziecka przekształciła się w chudego podlotka z wiecznie skrzywioną kanciastą twarzą o wydatnych kościach policzkowych. Zaczęła nosić ubrania, które rażąco naruszały szkolny regulamin - zielone sznurowane martensy do pół łydki, spodnie biodrówki i kuse podkoszulki, spod których wystawał jej blady brzuch. W lewej brwi miała srebrny kolczyk, chociaż wychowawczyni bez przerwy jej powtarzała, że nie powinna przychodzić z nim do szkoły. Zapuściła też włosy i nosiła je gładko przyczesane, z przedziałkiem na środku głowy. W jej zielonych oczach pojawiło się coś twardego, twardego i bezlitosnego. Niemal groźnego. 

Rozmyślając o tym, co wydarzyło się później, uświadomiłam sobie, że wygląd moich przyjaciółek zmienił się mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zaczęły zachowywać się inaczej wobec mnie. Wiele razy zastanawiałam się, czy jedno miało coś wspólnego z drugim. Czy wygląd wpływa na naszą osobowość, czy też to osobowość wpływa na nasz wygląd? Czy to barwy wojenne na ciele sprawiają, że członkowie plemienia stają się wojownikami? Czy też odwrotnie: wojownicy malują ciała barwami wojennymi, by uzewnętrznić swoje okrucieństwo? Czy kot zawsze wygląda jak kot? Czy mysz zawsze wygląda jak mysz?


***


Nie szukałyśmy domu. Szukałyśmy kryjówki. Myszy nie mają domu…
Szesnastoletnia Shelley i jej matka znalazły taki dom z dala od ludzi. Uciekły z Londynu. Zostawiły za sobą strach i koszmarne wspomnienia. Matka - o upokorzeniach i okrucieństwie męża, córka o tym, co spotkało ją z rąk szkolnych koleżanek. Pokorne, ciche, zastraszone zbyt długo znosiły agresję. Tu mają nadzieję wyleczyć psychiczne i fizyczne rany, i cieszyć się bezpiecznym, kojącym życiem.
Ale pewnej nocy ich spokój znów zostaje brutalnie zakłócony. W ich azyl znów wkracza przemoc.
I wtedy w Shelley coś pęka.
Potulna mysz zmienia się w drapieżnika…



Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger