"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niebo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niebo. Pokaż wszystkie posty
Zaspać na Sąd Ostateczny - Tad Williams

Zaspać na Sąd Ostateczny - Tad Williams

I ostatnia (u nas, jak na razie) część romantycznej przygody Anioła w Krainie Szatana, czyli tzw. Piekle:)
Polecam Całą serię!!!

MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Nigdy przedtem nie byłem na rozprawie w Niebie. 
Nie zdarzają się zresztą często.
Ale zaraz, o mądry aniele, powiecie. Jakże to w Niebie mogą się odbywać procesy sądowe?
Dobre pytanie. No bo skoro już ktoś raz się dostał do Krainy Wiecznej Szczęśliwości, to chyba ma załatwione, nie? Gościu przeszedł weryfikację i zaliczyli go do Sprawiedliwych, bo inaczej by się tam nie dostał, prawda? Potem zaś już tylko chwali się Pana – jak więc można podpaść pod niebieskie paragrafy?
No cóż… po pierwsze, jest cały ten gips z wolną wolą. Ludzie i anioły muszą móc popełniać błędy, w przeciwnym razie wszechświat byłby mechanizmem, w którym wszystko jest z góry ustalone i doskonałe. Życie w Niebie najczęściej tak właśnie wygląda: trzoda pogodnych świetlistych stworzeń bytuje w absolutnej harmonii, w bzyczącym szczęściem ulu, z jednym wspólnym celem. Wszyscy jednak wiemy, że w przyrodzie – choćby dany ekosystem działał idealnie – zawsze się znajdzie parę durnych ptaków lecących na północ, gdy cała reszta ucieka przed zimą na południe, czy jakiś rąbnięty łosoś surfujący w dół rzecznych bystrzyn z okrzykiem „Patrzcie, jak zasuwam!”, który co rusz obija się o rozsądniejszych ziomków mozolnie płynących na tarło pod prąd. I nie ma znaczenia, że tacy odmieńcy zamarzają i spadają z nieba gdzieś w tundrę lub zdychają bezpotomnie – liczy się wolna wola. Najwyraźniej zaś my, anioły, jesteśmy tak samo zdolne do kiepskiego panowania nad impulsami jak wszyscy inni. No i stąd się biorą niebieskie sądy i procesy, a mnie właśnie po raz pierwszy czekał udział w takiej imprezie.
Udział to może źle powiedziane. I niezupełnie pierwszy raz; zdarzało mi się już wiedzieć o podobnych sprawach. W raju tak już jest, że wie się o pewnych ważnych wydarzeniach, a nawet można śledzić je uważnie, niekoniecznie w nich uczestnicząc. Trudno to wyjaśnić, jak wiele innych niebiańskich niewytłumaczalnych rzeczy. Powiedzmy, że siedzicie w zatłoczonym barze i trwa mecz ligowy z udziałem lokalnej drużyny: nie trzeba wlepiać gał w telewizor, żeby wiedzieć, co się akurat dzieje na boisku, nie? Dociera to do was na kilkanaście sposobów. No więc ja na zbliżonej zasadzie miałem okazję obserwować parę takich procesów.
Ten jednak miał się zdecydowanie różnić od poprzednich, dlatego załatwiłem sobie doskonałe miejsce: w samym środku pierwszego rzędu. Podsądnego (biedny skrzydlaty skurczybyk…) czekała konfrontacja z najwyższym majestatem niebieskiego prawa i całe Lśniące Miasto pulsowało niecierpliwym oczekiwaniem. Pałac Sprawiedliwości jaśniał od wewnętrznego światła niezliczonych zastępów anielskich; wszystkim zależało, by widzieć to osobiście i z bliska. Zdawało mi się nawet, że nieopodal kręci się mój szef, archanioł Temuel (ksywka „Muł”).
Tłumy Zbawionych, choć w zasadzie pozbawione substancji, przepychały się i potrącały wzajem w ogromnej połyskliwej masie (tego też nie podejmuję się wytłumaczyć). Pojawienie się szacownego trybunału wzbudziło rosnący szmer ekscytacji. Rządek promiennych archanielskich sylwetek reprezentował to, co wielkie i dobre – w paru wypadkach nawet największe i najlepsze – co nasza Trzecia Sfera ma do zaoferowania. Rozpoznałem wszystkie od razu.– Zebraliśmy się tu pod okiem Najwyższego, aby sprawiedliwości stało się zadość. – Te słowa wypłynęły z kolumny brylantowego światła, której na imię Terencja. Pozostała czwórka sędziów: Karael, Razjel, Anaita i Chamuel, zasiadła w płomiennym milczeniu wokół niej, ustawiona pod sznurek niczym świece na menorze w piąty dzień Chanuki. – Bóg was wszystkich kocha – dodała i obróciła uwagę na mnie. – Aniele adwokacie Doloriel, jesteś oskarżony o spiskowanie przeciwko Niebu tudzież o inne zbrodnie, w tym gniew, pychę, zazdrość oraz chciwość, wszystkie w najokropniejszej postaci. Jeżeli zostaniesz uznany za winnego, będziesz usunięty z Nieba i wrzucony w Czeluść Piekielną, gdzie spędzisz wieczność w męce i rozpaczy. Czy masz jakieś pytania, nim zaczniemy przewód sądowy?
Tak, tak. Z tego właśnie powodu przysługiwało mi tak dobre miejsce w prześwietnej sali. Macie jakieś pytania? Ja też, i to najpewniej takie same, poczynając od „Jak się tu znalazłem?” aż po „Jak się z tego, kurka wodna, wykaraskać?”. Jednakże z przyczyn, które będę wyjaśniał po drodze, nie sądziłem, aby ich zadawanie przyniosło mi cokolwiek dobrego.
– Wysoki Sądzie, zadecydowaliście już, co ze mną zrobicie – powiedziałem z nadzieją, że zabrzmiało to znacznie bardziej hardo i chłodno, niż się w tej chwili czułem. – Darujmy więc sobie te wstępy, bo i tak wiadomo, że najlepsza zabawa będzie przy ogłaszaniu werdyktu.Ale zaraz, powiecie, może by tak od początku, Bobby Dolar. Jakimże cudem trafiłeś na niebiańską ławę oskarżonych? Jak taka przykrość mogła spotkać jednego z umiłowanych, szanowanych aniołów Pańskich?
Ha, ha. Jasne. Nie żałujcie sobie, kopnijcie leżącego jeszcze raz. Co tam los jego nieśmiertelnej duszy, skoro można mieć z tego trochę beki?Naprawdę chcecie wiedzieć, jak się znalazłem w tej sytuacji? Wszystko się chyba zaczęło od snu, który mnie nawiedził pewnej nocy.


***
Anioł Doloriel – dla przyjaciół Bobby Dolar – jak zwykle ma parę kłopotów. Był już w Piekle, próbując wyciągnąć swą ukochaną ze szponów arcydiabła Eligora, ale nic nie wskórał. Piękna Caz (demonica zresztą, ale miła osóbka) nadal jest więźniem w miejscu wiecznej kary; Bobby’ego jeden po drugim opuszczają i kumple, i infomatorzy; a na dodatek w jego mieszkaniu... straszy. Jakby tego było mało, ktoś wysoko postawiony w niebiańskiej hierarchii dybie na jego życie. Doczesne i wieczne.
Dodajmy do tego rozjuszonych neonazistów, potwory z innego wymiaru i najbrzydszy samochód świata, a sytuacja stanie się wprost beznadziejna. Jak się okazuje, dla Doloriela nie ma ucieczki nawet w Trzeciej Drodze, nielegalnej pozagrobowej alternatywie tandemu Niebo-Piekło.
Bobby Dolar zakasuje rękawy i robi, co się da. Czasu, sił i sprzymierzeńców ma coraz mniej. Czy zdoła ocalić choćby własną skórę (o Caz nie wspominając) i nie wywołać przy tym kataklizmu na miarę Sądu Ostatecznego?



Cykl Bobby Dollar (tom 3)





ZGARNIJ EBOOKA Z


Szczęśliwa godzina w piekle - Tad Williams

Szczęśliwa godzina w piekle - Tad Williams

Druga cześć przygody prawie miłosnej Bobby'ego - klimaty identyczne z Jim'em Butcherem! 

Polecam całą serię!!!

MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Na każdego chyba człowieka przychodzi w życiu – nawet pozagrobowym, jak w moim wypadku – taka chwila, kiedy nie może nie zadać sobie pytania: Co ja tutaj, psiakrew, robię? Ja miewam je częściej niż większość z was (średnio ze dwa razy w tygodniu), ale nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się to w bardziej dramatycznych okolicznościach. Bo widzicie… właśnie miałem pójść do Piekła. 
Dobrowolnie.
Nazywam się Bobby Dolar, a czasami Doloriel, zależnie od towarzystwa, w jakim się znajduję. Dotarłem w to paskudne miejsce windą. Była to długa, dłuuuga jazda w dół, o której może wam jeszcze opowiem. Miałem też na sobie nie swoje ciało, a całą wiedzę o tych okolicach zaczerpnąłem od pewnego zbuntowanego anioła stróża, który mi to wyszeptał wprost do mózgu we śnie. Nie było tego wiele; właściwie wszystko mógłbym streścić w jednym zdaniu: „Stary, pojęcia najbledszego nie masz, jak tam jest wrednie”. Tak czy owak stałem oto u bram piekielnych, na przyczółku mostu Nerona – bezkształtnego kamiennego przęsła zawieszonego nad otchłanią tak głęboką, że gdyby miejscem akcji była stara poczciwa Ziemia, sięgnęłaby ona na wskroś do antypodów albo i jeszcze dalej. Piekło jednak nie znajduje się na Ziemi, a owa przepaść nie była bezdenna – o, nie! Bo tam, w dole, w najczarniejszej ciemności, kilometry i kilometry pod moimi stopami, działy się naprawdę paskudne rzeczy. Domyślałem się tego po słabych krzykach, jakie stamtąd dobiegały. Nie mogłem sobie wyobrazić, jak głośno muszą się ci nieszczęśnicy drzeć, skoro słychać ich aż tutaj… ani też jak straszliwe męki zmuszają ich do takiego wrzasku. Jeszcze nogi na moście nie postawiłem, a już zadawałem sobie pytania, na które nie chciałem znać odpowiedzi.
Na wypadek gdyby jeszcze się wam to wszystko nie wydało dostatecznie dziwaczne, służę inną ciekawą informacją: jestem aniołem. Nie tylko więc zmierzam do najgorszego miejsca, jakie ktokolwiek z was może w życiu (wiecznym) zobaczyć, ale robię to jako wróg i szpieg. Aha, no i pakuję się tam, by ukraść coś jednemu z najpotężniejszych, najokrutniejszych demonów, jakie kiedykolwiek istniały: Eligorowi Jeźdźcowi, arcyksięciu Piekła.Pytacie: Co? Nie co, tylko kogo. Moją dziewczynę, Caz. To też demonica i najpierw była z nim, a on wciąż ma nad nią władzę.
I jeszcze jedno. Kiedy powiedziałem, żem anioł, toście sobie pewnie zaraz wyobrazili dumnego mściciela ze skrzydłami i z płomienistym mieczem w prawicy. Duży błąd. Jestem z tych aniołów, co żyją sobie na Ziemi, udając ludzi, i pracują jako adwokaci ludzkich dusz. Można powiedzieć, obrońcy z urzędu. Tak że jedyną moją bronią w konflikcie była garść informacji – dość, abym wiedział, że mam poważny problem. Ja kontra arcyksiążę Piekła, na jego terenie… Dobre, nie?
Znajdowałem się w absolutnie największym pomieszczeniu, jakie ktokolwiek widział, jak sądzę. Wszyscy ci średniowieczni artyści malujący to miejsce, choćby obdarzeni najbujniejszą fantazją, nawet się nie zbliżyli do tej skali. Stałem między strzelającymi w górę murami z grubo ciosanego kamienia, po obu stronach niknącymi gdzieś poza zasięgiem wzroku. Miałem wrażenie, że są też lekko zakrzywione, jak gdyby cała ta przestrzeń zamknięta była we wnętrzu cylindra jakiegoś przeogromnego silnika. Gdzieś tam po drugiej stronie mostu wznosiła się zapewne kolejna taka ściana i cel mojej wizyty – stercząca niczym tłok w tym cylindrze nieskończenie wielka wieża: Piekło. Sam most był węższy niż moje wyciągnięte w bok ramiona, najwyżej półtora metra. Niby niemało, tylko że pod tą kamienną kładką nie było nic poza pustką: przepaść sięgająca głębiej niż moja wyobraźnia, nie mówiąc już o wzroku, gdzieś tam żarząca się ogniem piekielnym, którego słabiutki blask uzmysławiał mi, jak długo bym spadał, gdybym postawił krok nie tam, gdzie trzeba.
Wierzcie mi: jak każda zdrowa na umyśle istota wolałbym w tej chwili być gdziekolwiek indziej, nie tutaj – ale, jak później wyjaśnię, musiałem się nieźle napracować, żeby dotrzeć choć do tego miejsca. Dowiedziałem się, jak tu trafić, odszukałem wejście, którego od dawna nikomu nie przychodziło do głowy strzec, załatwiłem sobie nawet przebranie: nowiutkie diabelskie ciało (bo inaczej nie mógłbym się tam swobodnie poruszać, nie?). Z pewnością byłem nieproszonym gościem, ale i za to zdążyłem już zapłacić całkiem sporo.
Zbliżając się do krawędzi, wziąłem głęboki wdech. Powietrze wydawało się aż szorstkie od siarkowego dymu i słabo, lecz wyraźnie wyczuwalnego odoru palonych ciał. Kamyk wyskoczył mi spod buta i wpadł w przepaść. Nie próbowałem nawet nastawić uszu w oczekiwaniu na odgłos upadku, bo byłoby to bezcelowe. Zwlekać z podjęciem budzącego grozę kroku można tylko do czasu, bo z każdą chwilą wycieka z nas odwaga – a ja wszak wiedziałem, że dalej może być tylko gorzej. Jeśli nawet przedostanę się na drugą stronę mostu i jakoś przeszwarcuję przez bramę Piekła, to przecież za nią roi się od stworzeń, które serdecznie nienawidzą aniołów w ogóle, a mnie w szczególności.
Most Nerona jest niemal równie stary jak chrześcijaństwo: zbudowano go specjalnie na przyjęcie tego cesarza, który ponoć grał sobie na lirze, gdy płonął podpalony z jego rozkazu Rzym. Neron nie był może najgorszym z rzymskich imperatorów, ale i tak nieźle sobie nagrabił – ot, choćby przez to, że kazał zamordować własną matkę. Dwukrotnie!Jego rodzicielka Agrypina była siostrą innego cesarza, jeszcze większego sukinsyna, o którym pewnieście słyszeli: niejakiego Kaliguli. Facet ożenił się z inną ze swych siostrzyczek, ale bzyknął je wszystkie, też zresztą niezłe ziółka. Miarka się w końcu przebrała i Kaligulę zlikwidowała własna straż przyboczna, lecz grzechy Agrypiny poszły w niepamięć; wyszła później za następnego władcę, starego Klaudiusza, i nawet udało się jej namówić go do wydziedziczenia syna z pierwszego małżeństwa i wyznaczenia pasierba – jej Neronka – na następcę tronu. Gdy poczciwina Klaudiusz się zgodził i ogłosił ów fakt urbi et orbi, skłoniła go do błyskawicznej, acz mimowolnej abdykacji, podsuwając mu zatrutą potrawkę z grzybów.
Neron okazał się pojętnym uczniem i wdzięczność za matczyną pomoc w osiągnięciu pozycji najpotężniejszego człowieka na świecie wyraził przez naśladownictwo. Najpierw zlecił spreparowanie statku, którym miała odbyć morską przejażdżkę, aby się na fali przełamał i zatonął. Fachowcy robotę wykonali solidnie, plan jednak zawiódł, gdyż Agrypina, twarda zawodniczka, spokojnie dopłynęła do brzegu. Synalek rad nierad musiał zrezygnować z finezyjnych rozwiązań i zwyczajnie kazał ją pretorianom zabić w letniej willi pod Neapolem, gdzie wypoczywała po trudach wodnego maratonu. Wartości rodzinne w wydaniu rzymskim.Neron niejedno jeszcze zrobił w życiu świństwo, ze zgładzeniem tysięcy niewinnych chrześcijan na czele, ale wcale nie dlatego w Piekle podjęto na jego cześć specjalną inwestycję inżynieryjną. W kronikach tego nie przeczytacie, ale biedak nie miał pojęcia, że małżeństwo mamusi z Klaudiuszem i zmiana personalna na stanowisku następcy tronu były wynikiem drobnej umowy, jaką Agrypina zawarła z jednym z bardziej wpływowych mieszkańców Piekła, niejakim Ignokulim. Oczywiście ani on, ani nikt inny z piekielnej kamaryli nie miał Neronowi za złe stuknięcia mamy – przeciwnie, nawet im się to podobało. Oczekiwali jednak odeń wypełnienia umowy, ponieważ Piekło miało wobec Rzymu wielkie plany. Cesarz jednak ani myślał honorować podpisany przez Agrypinę cyrograf. Przypuszczalnie nie zdawał sobie sprawy, z jak potężną organizacją zadziera; Rzymianie inaczej widzieli kwestie nadprzyrodzone – Pluton, Hades, Cerbery, Styksy, Pola Elizejskie i takie tam różne. Musiało to wyglądać jak z tym hollywoodzkim producentem z Ojca chrzestnego, który sądził, że don Corleone to taki sobie rzezimieszek, któremu można powiedzieć „spadaj”, a na drugi dzień się obudził z urżniętym końskim łbem w pościeli.
Wkurzyć Piekło to kiepski pomysł. Kariera młodego cesarza błyskawicznie się załamała; ani się obejrzał, jak stracił tron i przyszło mu wiać z miasta w przebraniu, a wkrótce potem popełnił samobójstwo. Ale prawdziwa niespodzianka dopiero go czekała.
Ignokuli, jak większość piekielnych dygnitarzy, jest świetny w chowaniu uraz. Kiedy Neron zjawił się u bram Piekła, odkrył, że specjalnie dla niego zbudowano nowe wejście. Tak jest, ten właśnie most, na który teraz miałem wkroczyć. Tysiąc demonów w galowym rynsztunku rzymskich pretorianów już na niego czekało, aby delikwent miał eleganckie entrée, do jakich przywykł za życia. Wspaniały orszak ruszył za nim rzędem przez przepaść z biciem w bębny i dęciem w trąby, ale kiedy już Neron dotarł na drugą stronę, wszyscy zniknęli jak zjawy, zostawiając go sam na sam z jedyną osobą, która czekała nań z otwartymi ramionami i okrutnym uśmiechem: nieświętej pamięci matulą Agrypiną.Widok musiał być okropny: pokurczone widmo, ociekające morską wodą i broczące krwią z ran od pretoriańskich mieczy. Neron w mig pojął, że to nie triumfalny wjazd do Rzymu, i chciał prysnąć z powrotem za most, ale drogę zagrodził mu Ignokuli we własnej straszliwej osobie: wielka, drżąca gniewem bryła oczu i zębów.
„Caveat imperator“, rzekł mu ponoć demon na powitanie. Kiepskie kalambury są tam, na dole, uważane za jedną z bardziej wyrafinowanych tortur. Potem Agrypina chwyciła synka krwawymi szponami i z siłą, jakiej nigdy nie miała za życia, powlokła go przez bramę na spotkanie z losem, jaki mu Piekło zgotowało. Z tego, co wiem, siedzi tam do dzisiaj, prawdopodobnie gdzieś na dnie z resztą krzykaczy.Potem o moście Nerona w zasadzie zapomniano i chyba ja pierwszy miałem znów z niego skorzystać po tych niemal dwóch tysiącach lat – frajer do kwadratu, żywy dowód na to, że nigdy, przenigdy nie należy nadeptywać na odcisk któremuś z dużych chłopców z Piekła. Czy nie sądzicie, że Wszechświat chciał mi w ten sposób coś dać do zrozumienia?
Postawiłem stopę na moście i ruszyłem przed siebie.Szedłem tak noga za nogą chyba od kilku godzin, kiedy zauważyłem, że dobiegające z dołu wrzaski jakby przybrały na sile. Miałem nadzieję, że to oznaka zbliżania się do środka mostu, choć równie dobrze to diabłom mogła się skończyć przerwa obiadowa. Zerknąłem w otchłań, napinając wszystkie mięśnie, aby zrównoważyć nagły zawrót głowy, nie tyle fizyczny, ile egzystencjalny. Perspektywa zamieniła wydostające się ze szczelin w ścianach płomienie w koncentryczne kręgi ognia niczym na gigantycznej tarczy strzelniczej.
Tuż przy twarzy mignęły mi skórzaste skrzydła jakiegoś stwora i zorientowałem się, jak blisko krawędzi stoję. Cofnąłem się na środek i pomaszerowałem dalej, nadal w kierunku niewłaściwym według wszelkich norm zdrowia psychicznego. Skrzydlate coś znów musnęło mi skórę, ale było za ciemno, żeby to rozpoznać. Nie był to raczej nietoperz, bo te na ogół nie płaczą.Wiele godzin później rozżarzone kręgi wciąż były prosto pode mną. Kiedy się przekracza piekielną fosę szeroką jak Dakota Południowa, określenie „pośrodku” jest względne, niemniej świadomość oddziaływała dość depresyjnie.
***

Bobby Dolar – anioł w ludzkiej skórze, adwokat świeżo rozłączonych z ciałem dusz – ma poważne problemy. Po pierwsze: jego przyjaciel i do niedawna kumpel po fachu podrzucił mu kiedyś trefny fant: złote pióro z archanielskiego skrzydła, dowód nielegalnego układu między którymś z ich przełożonych a jednym z wysoko postawionych diabłów. Po drugie: niejakiemu Eligorowi Jeźdźcowi, arcyksięciu Piekła, za wszelką cenę chcę odzyskać ów rekwizyt, a jeśli tę cenę będzie musiał zapłacić Bobby, jego osobisty wróg, to tym lepiej. Po trzecie: Dolar miał nieszczęście zakochać się w przecudnej Casimirze, zwanej też hrabiną Zimnoręką, która przypadkiem też jest diablicą i do tego kochanką-niewolnicą Eligora. I po czwarte wreszcie, świadomy problemu numer trzy arcydiabeł porwał dziewczynę do najgłębszych kręgów Piekła, zapowiadając Bobby’emu, że nigdy już jej nie ujrzy, jeśli mu nie odda pióra. Czy przy takich kłopotach warto jeszcze wspominać o ścigającym Dolara na Ziemi zawziętym zombie, który poprzysiągł mu śmierć?
Dla gości jak Bobby, weteran zmagań Góry z Dołem, diabeł nie taki straszny, jak go malują. Wystarczy przecież narzucić diablą skórę, przeszwarcować się przez bramy piekielne, rozwikłać tajemnicę złotego pióra i uratować piękną ukochaną… a potem żyć długo – jak to anioł – i szczęśliwie, oglądając się czujnie przez ramię po kres swoich anielskich dni…

Cykl: Bobby Dollar (tom 2)






Brudne ulice nieba - Tad Williams

Brudne ulice nieba - Tad Williams

Cała seria Bobby Dollar (z gatunku urban fantasy) aż kipi od doskonałych tekstów, zabawnej i bardzo wartkiej narracji, aniołów, diabłów wszelkiej maści i... wielkiej, zakazanej miłości :)

Polecam Całość - czytać W KOLEJNOŚCI!!!!

MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Akurat wysiadałem z windy na czterdziestym drugim piętrze biurowca Five Page Mill, kiedy rozwrzeszczała się sygnalizacja alarmowa – to koszmarne wycie w stylu „Natychmiast opuszczać budynek!”, niczym mechaniczne krzyki torturowanych robotów – i zrozumiałem, że rozwiały się wszelkie szanse na subtelne rozwiązania.
Czy wspominałem już, że w sytuacjach stresowych zazwyczaj wracają mi dawne nawyki? A kiedy cię ścigają potwory (i kiedy ktoś chce z ciebie zrobić chłopca do bicia za największą w ciągu paru ostatnich mileniów obsuwę między Niebem a Piekłem), o stres nietrudno. No więc tak właśnie ze mną w tej chwili było: cały w nerwach i bez odpowiedzi na ważne pytania. Kiedy zaś tak się czuję, mam skłonność do parcia naprzód, dopóki coś się nie stanie.Nie zrobiło się spokojniej, gdy na korytarz o parę metrów przede mną wyskoczył z klatki schodowej nabuzowany adrenaliną mięśniak w uniformie ochroniarza ze służbowym pistoletem wycelowanym prosto w mój nos.
– Na ziemię! – krzyknął, ale zamiast trzymać mnie cały czas na muszce, zaczął wymachiwać spluwą, jakby chciał mi pokazać, co mam zrobić.Już wiedziałem, że go mam.– Ale… chwilę, nie chce pan najpierw sprawdzić mojej przepustki pracowniczej czy coś w tym rodzaju? – Robiłem wszystko, żeby wyjść na zdezorientowanego i nieszkodliwego korporacyjnego robota. – Proszę, niech pan nie strzela!– Na podłogę, powiedziałem! No już, tam! – Znów wskazał lufą wybrane miejsce pokryte drogą, lecz dyskretnie stonowaną wykładziną.– Słucham? – Dzwonki alarmowe utrudniały konwersację, co oczywiście wykorzystałem, przybierając minę wystraszonego idioty. – Nie zrozumiałem, co pan powiedział… Nie strzelać!– Do diabła, na ziemię, człowieku! – Ochroniarz chwycił mnie wolną dłonią za ramię.
Odchyliłem się do tyłu, po czym szarpnąłem za nadgarstek, aż stracił równowagę i desperacko zamachał uzbrojoną ręką, ratując się przed upadkiem. Niewiele mu to pomogło, gdyż w następnej chwili przyłożyłem mu łokciem w facjatę i zwaliłem z nóg jak worek prania. Chyba złamałem mu też nochal.Nie wiedziałem, czy ochrona Valda składa się z normalnych facetów na normalnym etacie czy też z żołnierzy Przeciwnika, a nie było czasu szukać na nim nadliczbowych sutków czy czegoś w tym rodzaju. (Prawdę mówiąc, takie anatomiczne anomalia prawie całkiem wyszły już z mody jako oznaki związków z Piekłem i spotyka się je tylko na paru sabatach retro). Zostawiłem go więc nieprzytomnego, ale żywego na korytarzu, na wszelki wypadek wrzuciłem tylko spluwę i radiotelefon do najbliższego kosza na śmieci.
Teraz już wszystko się spieprzyło. Wiedziałem, że najzdrowiej byłoby zwyczajnie stąd zniknąć, póki trup nie zaczął się słać, ale jako się rzekło, mam tę paskudną przywarę: kiedy coś mnie nakręci, pochylam głowę i walę przed siebie, na nic nie zważając. Jak nosorożec, którego swędzi tyłek – zwykł mawiać mój dawny szef. Tak czy owak, zdecydowałem, warto zobaczyć, do czego to wszystko prowadzi.
Miałem siedem, może osiem minut, zanim cały gmach zaroi się od facetów z pukawkami, z których ochoczo zrobią użytek przeciwko mnie. Nie zwlekając, wbiegłem schodami na czterdzieste trzecie piętro i przystanąwszy na dwie sekundy, podziwiałem widok z panoramicznego okna na gotycką wieżę Uniwersytetu Stanforda. Wyglądało na to, że biuro dyrektora zajmuje całą kondygnację, otworzyłem więc jedyne drzwi i znalazłem się przed obliczem najspokojniejszej kobiety, w jaką kiedykolwiek celowałem z rewolweru. I to jakim obliczem! Ładniutka, rysy euroazjatyckie, krótkie ciemne włosy, oczy zimne jak lód, do tego pysznie smukła figura. Byłem pewien, że zdążyła już włączyć cichy alarm.
– Kim pan jest? – spytała znudzonym tonem urzędniczki w referacie dowodów rejestracyjnych pod koniec piątkowej zmiany. Nawet nie spojrzała na lufę trzydziestkiósemki, choć miała jej wylot niemal przed nosem. – I czego pan chce?– Chcę się widzieć z pani szefem – wyjaśniłem. – Mogę wejść?
Przyznałem jej w duchu kilka punktów premiowych, bo nie traciła czasu na jałowe dyskusje ani nawet groźby, tylko od razu przeskoczyła przez biurko niczym ocelot na amfie, sycząc i wystawiając lakierowane na modny krwisty kolor Big Apple Red pazurki prosto ku moim oczom. Wystarczyło kilka sekund tarzania się z nią po dywanie, abym stwierdził, że dorównuje mi siłą, chyba lepiej ode mnie zna sztuki walki, a sądząc po przedziwnych ewolucjach jej źrenic niemal na pewno nie jest ludzką istotą. Krótko mówiąc, jędza była dość przerażająca.
Demony nie lubią srebra. To jedna z niewielu starych metod, które choć trochę działają. (Woda święcona na przykład nie lepiej pomaga przeciwko sługom Piekła niż dietetyczna pepsi). Srebrem nie zawsze ich zabijesz, ale na pewno porządnie zranisz. Niestety, ciąg wydarzeń tego tygodnia sprawił, że nie miałem przy sobie ani jednego srebrnego naboju. Cóż było robić? Gdy tylko udało mi się na moment oswobodzić prawą rękę, przystawiłem jej lufę do pięknej buzi i trzykrotnie nacisnąłem spust. Rewolwer miał nałożony tłumik, hałasu więc nie narobiłem – ona za to jak najbardziej. Zatoczyła się do tyłu, wyjąc jak wiertarka udarowa i trąc obiema rękami zmasakrowaną twarz, jakby ktoś jej chlusnął mydlinami w oczy… a w następnej chwili znów się na mnie rzuciła. Każdy normalny demon w ludzkim ciele padłby już od jednej kuli w głowie, ta jednak była z tych krwiożerczo upartych – odetniesz takiej ręce i nogi, a ona popełznie za tobą po ziemi jak wąż, kłapiąc ci zębami przy piętach.
Nie cierpię upartych.
Ledwo przetarła ocalałe oko z krwi, skoczyła ku mnie, usiłując unieruchomić mnie w uścisku i obalić na podłogę. Nie chciałem zużyć ostatnich dwóch nabojów, zacząłem więc tłuc ją po czaszce kolbą smith & wessona w nadziei, że ją w końcu obezwładnię, ale zdołałem tylko zdrowo przefasonować jej szczękę. Wyglądała teraz jak przerysowana żeńska wersja Popeye’a, ale nie straciła ani krzty wigoru. Udało się jej przyszpilić mnie do ziemi i teraz próbowała wydrapać mi oczy, młócąc rękami z taką zajadłością, że mogłem się tylko zasłonić dłońmi. Robiła przy tym wszystko, żeby wbić mi kolanem jądra pod samo serce. Dziewczę jest zdecydowanie za ostre, przemknęło mi przez myśl, a lada moment wpadnie tu ochrona i będzie po waszym nowym przyjacielu, Bobbym Dolarze. Nie pierwszy raz trafiało mi się leżeć brzuchem do góry pod wrzeszczącym, rozjuszonym stworzeniem płci żeńskiej – i Bóg wie, że na pewno nie ostatni – ale kiedy o cal przed oczami miałem wyszczerzone kły w oblanych krwawą pianą uściech sekretarki Kennetha Valda, nie mogłem nie zadać sobie pytania, jak do cholery znowu się wpakowałem w taką nieprzyjemną sytuację.
I jak zwykle sam sobie byłem winien.


***
Bobby Dolar to anioł, nie człowiek. Kiedy ku zaskoczeniu i Nieba, i Piekła dusze nowo zmarłych ludzi zaczynają znikać bez śladu, sprawy Bobby’ego przybierają zły obrót. Znalazłszy się między furią mocy piekielnych, niebezpieczną strategią jego własnej strony i potwornym nieumarłym mścicielem, Bobby będzie potrzebował pomocy wszystkich przyjaciół: w Niebie i na Ziemi, i wszędzie, gdzie tylko uda mu się ich znaleźć.


Cykl: Bobby Dollar (tom 1)








ZGARNIJ EBOOKA Z


Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger