"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dżungla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dżungla. Pokaż wszystkie posty
Przywróceni/ Los Que Vuelven film (2019)

Przywróceni/ Los Que Vuelven film (2019)

To był bardziej dramat niż horror, ale fajny klimat Niewolnicy Isaury i dusznej dżungli.

Nie polecam jednak jakoś szczególnie.

MOJA OCENA: 5/10

ZOBACZ TRAILER!

TU

***

Julia wciąż niepokoi się o bezpieczeństwo swojego syna. Pewnego dnia Manuel nagle znika, a szukając go, kobieta spotyka swoją służącą, która zginęła rok wcześniej.

CAŁOŚĆ

Wrząca rzeka. Historia niebywałego odkrycia Andrés Ruzo

Wrząca rzeka. Historia niebywałego odkrycia Andrés Ruzo

"...świat jest bardziej niesamowity, niż to sobie kiedykolwiek wyobrażałem."

Bardzo świadoma, smutna, realna i pełna magii relacja z odkrycia rzeki, w środku Amazonii, która nie ma prawa istnieć.

Prosta i bardzo przystępna narracja świetnie wprowadza w klimat.

"To historia, która zaczyna się od legendy usłyszanej w dzieciństwie. To historia poszukiwania i odkrycia, napędzana potrzebą zrozumienia tego, co z początku wydawało się nie do pojęcia. To historia, gdzie zderzają się ze sobą nowoczesna nauka i światopogląd tradycyjny, nie w sposób brutalny, lecz z szacunkiem, połączone wspólnym podziwem dla świata przyrody." 

Polecam!

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Ekscytująca historia połączona z niesamowitym studium naukowym!

Młody, wybitny podróżnik i geolog wędruje daleko wzdłuż Amazonki, gdzie wrą rzeki i ożywają legendy.

Kiedy Andrés Ruzo dorastał w Peru, jego dziadek opowiadał mu tajemniczą legendę: głęboko w Amazonii istnieje rzeka, która wrze, jakby płonął pod nią ogień. Dwanaście lat później Ruzo słyszy, jak ciotka wspomina, że ​​sama odwiedziła tę dziwną rzekę.

Zdecydowany sprawdzić, czy wrząca rzeka jest prawdziwa, Ruzo wyrusza w podróż w głąb Amazonii. To, co odkrywa, napełnia go zdumieniem: w tej długiej, szerokiej i krętej rzece woda jest tak gorąca, że miejscowi parzą w niej herbatę, a małe zwierzęta, które do niej wpadną, są momentalnie ugotowane. Gdy Ruzo zaczyna badać rzekę, staje przed wyzwaniami bardziej złożonymi, niż kiedykolwiek sobie wyobrażał.

Książka śledzi młodego odkrywcę, gdy ten lawiruje wśród interesów różnych grup – miejscowych szamanów, nielegalnych hodowców bydła i koncernów naftowych. Tę historię czyta się jak współczesną powieść przygodową, pełną niezwykłych postaci i nieprawdopodobnych zwrotów akcji.

Przede wszystkim jednak jest to opowieść o człowieku starającym się zrozumieć moralny obowiązek wynikający z odkrycia naukowego – aby chronić święty teren przed niewłaściwym użyciem, zaniedbaniem, a nawet skutkami własnych działań.





AUTOR


Zagubieni Kevin Wignall

Zagubieni Kevin Wignall

A szkoda...
Taka świetna tematyka, ale na wskroś młodzieżowa, na granicy absurdu.
Wzorowana na Władcy much, co kompletnie się nie udało.
Reakcje bohaterów zupełnie nieadekwatne do sytuacji, kretyńskie problemy, dosyć dobre humory jak na katastrofalną sytuację, w jakiej się znaleźli...
Nie do przejścia na dłuższą metę.


MOJA OCENA: 4/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Przetrwać. Grupa licealistów nigdy nie musiała się nawet zastanawiać nad znaczeniem tego słowa. Aż do momentu, gdy ich samolot rozbił się w odległym lesie deszczowym… i żaden z dorosłych nie przeżył wypadku.


Niebezpieczeństwa czyhają wszędzie. Nikt nie może czuć się pewnie. Nikomu nie można zaufać.

Tom Calloway od początku nie chciał wyjeżdżać na żadną wycieczkę do Kostaryki. Niestety, poleciał tym samolotem i jak inni, uległ wypadkowi. Tom i mała grupa jego kolegów z klasy cieszą się, że żyją, ale ich radość szybko się kończy, gdy niektórzy z nich padają ofiarą nieznanych dotąd zagrożeń ze strony dżungli - zwierząt, owadów, a nawet bezlitosnego upału. Każda podejmowana przez nich decyzja może oznaczać życie lub śmierć.
W miarę upływu dni i rosnącej desperacji ocalałych niebezpieczeństwo wcale nie maleje. Nie wszyscy radzą sobie z traumą, widząc, jak ich przyjaciele umierają, a walka o przywództwo wkrótce nastawia ich przeciwko sobie. A kiedy w samym sercu tropikalnego lasu natkną się na ślady innych ludzi, czy będzie to oznaczało ratunek – czy zupełnie odwrotnie?...







Tarzan wśród małp Edgar Rice Burroughs

Tarzan wśród małp Edgar Rice Burroughs

Ocena ze względu na sentyment. I wdzięczność, że dzięki tej książce powstał najbardziej traumatyczny i najbardziej wzruszający film mojego dzieciństwa...
Jeśli już przyzwyczaimy się do specyficznej narracji, która pomimo swego "wieku" potrafi oddać niesamowity klimat tej historii, to już potem idzie jak z bicz "trzasł":)

POLECAM

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Rozdział I

Na morzu

Niniejszą historię posłyszałem od osoby, której nie zależało wcale na tym, aby mnie lub kogokolwiek z nią zapoznać. Mój współbiesiadnik zaczai ją opowiadać przy kieliszku rozweselającego, dobrego wina — tak dowiedziałem się na początku, a później, gdy wzbraniałem się dać jej wiarę, dowiedziałem się następnie i reszty tej dziwnej historii.
Gdy mój gość, opowiedziawszy mi już wiele, spotkał się z moim niedowierzaniem, uniosła go próżność i ta zastąpiła pierwiastkowe działanie starego wina. Chcąc mnie przekonać, wydobył on i okazał pisane dokumenty, zwietrzały stary manuskrypt i suche raporty urzędowe Brytyjskiego Urzędu Kolonialnego, na poparcie prawdziwości wielu ważnych szczegółów ciekawej swej opowieści.
Nie twierdzę, że historia ta jest prawdziwą, gdyż nie byłem naocznym świadkiem wydarzeń, które opisuję, lecz ten fakt, że opowiadając ją wam, użyłem zmyślonych nazwisk osób działających, dostatecznie dowodzi szczerości mej wiary, że mogłaby być prawdziwą.
Pożółkłe, spleśniałe karty dziennika, spisanego przez człowieka, od dawna zmarłego, i raporty Urzędu Kolonialnego doskonale zgadzały się z opowieścią mego współbiesiadnika. Powtarzam przeto historię tak, jak zdołałem złożyć całość z tych różnorodnych źródeł.
Jeżeli, czytelniku, nie wyda ci się ona prawdopodobną, zgodzisz się przynajmniej w tym ze mną, że jest jedyną w swoim rodzaju, oryginalną i ciekawą.
Z papierów Urzędu Kolonialnego i z diariusza zmarłego dowiadujemy się, że pewien angielski szlachcic, którego zwać będziemy Janem Claytonem, lordem Greystoke, otrzymał od rządu poufne polecenie zbadania stosunków pewnej kolonii brytyjskiej na zachodnim pobrzeżu Afryki. Było wiadomo, że z mieszkańców tej kolonii inne państwo europejskie rekrutowało sobie żołnierzy dla swojej armii terytorialnej, której używało jedynie w celu wymuszania zbiorów gumy i kości słoniowej od dzikich plemion zamieszkujących wzdłuż brzegów rzeki Kongo i Aruwimi. Mieszkańcy brytyjskiej kolonii uskarżali się, że wielu z młodzieży dało się zwieść pięknymi i świetnymi obietnicami, lecz że z ich liczby nikt prawie nie wracał do swych rodzin.
Anglicy, zamieszkali w Afryce, posuwali się nawet jeszcze dalej w swych oskarżeniach. Twierdzili mianowicie, że ludność czarna znosiła prawdziwą niewolę, że gdy termin zaciągów minął, oficerowie biali nadużywali nieświadomości swych czarnych żołnierzy i przekonywali ich, że mają jeszcze długie lata do odsłużenia.
Dlatego Urząd Kolonialny powołał Jana Claytona na nowe stanowisko w Afryce Zachodniej, a tajne jego instrukcje wskazywały mu za cel główny staranne zbadanie nieuczciwego traktowania czarnych poddanych brytyjskich przez oficerów innego, zaprzyjaźnionego państwa. Cel jednak, w jakim Clayton został wysłany, nie ma większego znaczenia w niniejszej opowieści, gdyż Clayton nie dokonał wcale swego zadania, a nawet wcale nie dotarł do miejsca swego przeznaczenia.
Clayton był Anglikiem tego typu, który wyobraźnię chętnie łączy z wielkimi wypadkami historycznymi na licznych polach zwycięskich bitew — człowiekiem silnych nerwów, dzielnym i wybitnym, zarówno pod względem umysłowym, moralnym i fizycznym.
Z postawy był wzrostu wyżej średniego, oczy miał szare, rysy twarzy regularne, wyraziste, zręczność ruchów znamionowała w nim silne zdrowie zahartowane latami ćwiczeń wojskowych. Ambicja odegrania roli na polu politycznym skłoniła go do poczynania starań o przeniesienie z szeregów armii do urzędu kolonialnego, i oto widzimy, że otrzymał on, choć był jeszcze młodym, trudną i ważną misję w służbie rządowej.
Gdy otrzymał to stanowisko, doznał jednocześnie uczucia dumy i trwogi. Wyróżnienie wydawało mu się dobrze zasłużoną nagrodą za pracę i służbę wojskową i jako jeden ze szczebli drabiny prowadzącej do stanowisk jeszcze ważniejszych i bardziej odpowiedzialnych; z drugiej jednak strony zaledwie trzy miesiące temu pojął za żonę szlachetną Alicję Rutherford i myśl, że piękną i młodą jego żonę czekają niebezpieczeństwa i zupełny brak towarzystwa w podzwrotnikowej Afryce, napełniała go trwogą.
Przez wzgląd na żonę Clayton zamierzał zrzec się stanowiska, lecz ona nie chciała się na to zgodzić. Przeciwnie, nalegała na to, żeby stanowisko przyjął i zabrał ją ze sobą. 
Matki, bracia i siostry, ciotki i dalsi krewni mieli także coś do powiedzenia, jak postąpić należało, lecz o tym, jakie były ich rady, opowieść nasza milczy. Wiemy tylko, że pewnego pięknego poranku w maju 1888 roku Jan lord Greystoke i pani Alicja odpłynęli z Dover, udając się do Afryki.
W miesiąc później przybyli do portu Freetown, gdzie wynajęli niewielki okręt, „Fuwaldę”, który miał ich zawieźć na miejsce przeznaczone.
I tu Jan lord Greystoke i pani Alicja, jego małżonka, zginęli bez wieści z oczu ludzkich (...)
***
Mały lord Greystoke, osierocony przez rodziców, samotny i kwilący w dzikiej afrykańskiej dżungli, zostaje przygarnięty przez małpią samicę Kalę. Dorasta wśród zwierząt, ucząc się od nich przetrwania. Przez małpy zostaje nazwany Tarzanem, co w ich języku oznacza „Biała Skóra”. Z czasem chłopiec staje się niemal tak krzepki i zręczny, jak one. Wychodzi zwycięsko z walk z dzikimi zwierzętami i zamieszkującymi w pobliżu ludożercami. Wkrótce sprytem, inteligencją i siłą prześcignie każdego przeciwnika i zostanie okrzyknięty Małpim Królem. Czy jednak zaakceptuje go ludzki świat?

Tarzan to jedna z tych niezwykłych postaci literackich, które są ponadczasowe i uwielbiane przez wszystkich. Któż nie zna tytułowego bohatera z książek, seriali, sztuk teatralnych, filmów oraz adaptacji, które rzucały go w czasy nam współczesne? Dziś powraca w nietuzinkowym wydaniu!

Cykl: Tarzan (tom 1)



EKRANIZACJA
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/


TRAILER






Brama piekieł Bill Schutt, J.R. Finch

Brama piekieł Bill Schutt, J.R. Finch

"Myślę, że Brama Piekieł jest najbardziej przeklętym miejscem, jakie kiedykolwiek odwiedziłem, i chętnie zapłaciłbym dziesięć funtów, żeby go nie widzieć. George Bernard Shaw"

Bardzo ciekawy pomysł, ale narracja nie przekazuje właściwie klimatu, jaki powinien panować w tego rodzaju opowieści. Ni to horror, ni to historia, ni to fakty...
Za duża mieszanka.

Mogłoby być o wiele lepiej, ponieważ jest groza. I tajemnica. I... istoty. Pachnące gardenią. 

Desmodus draculae.
"Widma. Tak w bazie nazwano niewidzialnych wrogów, którzy atakowali japońskich i niemieckich żołnierzy. Miejscowi robotnicy mieli dla nich własną nazwę: chupacabra (...) Kiedy pozwolisz chupacabrze zamieszkać w swojej głowie, nigdy już nie będziesz tym samym człowiekiem."

Przesłanie niezłe.
"Cywilizacja (...) Interesująca idea, gówniane wykonanie."

MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


PROLOG

Biała Krew i Czarna Biblia

Bóg nie ma władzy nad przeszłością, Co najwyżej okrywa ją zasłoną zapomnienia.
Pliniusz Starszy
Okolice rzeki Tykicz Gniły, Ukraina
Front sowiecko-niemiecki
16 lutego 1944
Wczesna odwilż.
Tak to się zaczęło.
Jak na to miejsce, o tej porze roku powietrze było wyjątkowo wilgotne. Ciężki mróz, który zazwyczaj nadchodził koło grudnia i nie odpuszczał aż do marca, tamtego roku w ogóle się nie pojawił. Lodowata woda w rzece, zwykle niemrawa, płynęła wartko niczym rwący potok.
Lekki wiatr zwiewał włosy na oczy Wiktora. Odsuwając je na bok, na chwilę się zatrzymał, by podziwiać widok. Okolica była piękna, można by nawet powiedzieć, że spokojna, gdyby zignorować pewne fakty, takie jak rozjechane gąsienicami czołgów błoto wymieszane z mokrym śniegiem albo nieustający szum silników i zapach czarnych spalin.
Siwy koń juczny odwrócił łeb do Wiktora i przygryzł metalowe wędzidło, obśliniając je przy tym.
– Jesteś głodny, Sasza – mruknął. – Ja też.
Poluzował uzdę i z kieszeni kurtki wyjął pół garści ziarna, które koń zjadł łapczywie, a na koniec szturchnął nosem ramię chłopca.
– Nie ma więcej – rzekł Wiktor, z przesadą wzruszając ramionami.
Sasza, mały konik rasy wiatka, niewiele większy od osła, pochodził z euroazjatyckich stepów. Wiktor znał te konie niemal przez całe swe siedemnastoletnie życie. Były rosyjską odpowiedzią na drogi, na których zapadało się po kolana w błocie. Tak naprawdę tylko kartografowie nazywali je drogami. Ten niezrównany koń, nie dość, że silny, był też nienarowisty, spokojny, choć ciągnął sanie załadowane mocno ponad miarę. Już od trzech dni Wiktor nie spuszczał drewnianych skrzyń z oczu, a w nocy spał na nich. Wiedział, że choć wiele skrzyń, które jego rodacy ciągnęli przez to błocko, zawierało amunicję czy broń, on transportował tylko szufle i kilofy.
Ale są tak samo ważne jak broń, przypomniał sobie. Może nawet ważniejsze.
Wiktor się nie mylił, choć podobnie jak pozostali nie miał zielonego pojęcia na temat szczegółów ich zadania. I jak wielu jego rodaków otrzymywał wyłącznie rozkazy „Iść naprzód” i „Zabić ich wszystkich”. Szczerze mówiąc, nigdy jeszcze nie widział choćby jednego Niemca, lecz ostatnio coraz częściej zastanawiał się, jak by zareagował, gdyby jakiegoś spotkał. Mimowolnie zadrżał na tę myśl i zabrał się do wyciągania rzepa z końskiego kłębu.
Stojąc tak i pocieszając Saszę, Wiktor nie zdawał sobie sprawy, że był jednym z niemal pół miliona żołnierzy, którzy zdążali w tamtą stronę prawie z całego obszaru Rosji. Zbierali się wzdłuż granicy frontu rozciągniętego na ponad trzysta dwadzieścia kilometrów. Dowódcy mieli nadzieję rozbić, i to bezpowrotnie, ostatnią niemiecką ofensywę na Wschodzie. Z pomocą miejscowych partyzantów i przy sprzyjających warunkach pogodowych siły sowieckie stopniowo, ale skutecznie spychały armię Hitlera przez Rosję na Ukrainę. Tylko generałowie wiedzieli, że około sześćdziesięciu pięciu tysięcy niemieckich żołnierzy znalazło się w okrążeniu na terenie, który klinem wbijał się głęboko w strefę zajmowaną przez Rosjan. Dla historyków jest to kocioł pod Korsuniem lub kocioł pod Czerkasami. Dla tych, którzy znaleźli się w pułapce, dla tych, którzy przeżyli, pozostanie na zawsze Bramą Piekieł.
W owym klinie gołoledź, błoto i topniejący śnieg unieruchomiły inwazję nieprzyjacielską, wcześniej nie do zatrzymania. W końcu Luftwaffe zrzuciła swoim rodakom żywność i amunicję, lecz na nieszczęście dla Niemców pomoc wylądowała w zajmowanej przez Rosjan strefie. Sprzęt padał, możliwości komunikowania się były coraz bardziej ograniczone, choć nękani kłopotami Niemcy dowiedzieli się jednak, że to ich „niedostatecznie oświetlony” punkt zrzutu odpowiadał za błąd Luftwaffe. Siły Osi nie miały pojęcia, że 24 Dywizja Pancerna po wyczerpującej wędrówce na północ, idąc z odsieczą okrążonym oddziałom niemieckim, nigdy nawet się do nich nie zbliżyła. Zamiast tego, o dziwo, w pewnym momencie zawróciła, zresztą zgodnie z bezpośrednim rozkazem Adolfa Hitlera. Niemcy w kotle czerkaskim zrozumieli, że jedyną szansą na przeżycie jest przerwanie okrążenia, ale w tym momencie nawet to zostało odłożone w czasie.
Tymczasem Rosjanie nieustannie wzmacniali swoje pozycje, szykując klasyczny atak oskrzydlający. Historycy rosyjscy twierdzą, że siły rosyjskie liczyły tam wówczas dwieście tysięcy żołnierzy. Wysokie dowództwo niemieckie uważało, że Rosjan było dwukrotnie więcej – i przez jakąś chwilę rzeczywiście tak było.
Wiktor poklepał grzbiet konia, a potem ściągnął cugle. Gdybym dłużej tak mocno ciągnął, nadawałbyś się tylko do zjedzenia, pomyślał.
Bezskutecznie próbował odsunąć tę myśl, aż jego uwagę odwrócił osobliwy dźwięk. W strefie wojennej głośne huki nie były niczym niezwykłym, ale tym razem wydawało się, jakby gdzieś w oddali eksplodowało niebo.
Kilka sekund później dźwięk się powtórzył i był jeszcze głośniejszy. Gdzieś nad głową, jak grzmot… w bezchmurny dzień. Wiktor poczuł falę uderzeniową, zdało mu się, że żebra drgają jak dwanaście par kamertonów.
Potem zapadła cisza. Śmiertelna cisza.
Pojazdy stanęły, ludzie się zatrzymali. Tak jak po wielokroć w przeszłości i w rozmaitych okolicznościach, ci cierpiący na nerwicę frontową i ci niedoświadczeni spojrzeli na oficerów i starszych żołnierzy, czekając na wyjaśnienia. Rekruci odwrócili się z nadzieją do weteranów, którzy przeżyli blitzkrieg i oblężenie Stalingradu, gdzie głód, zimno i nieustające bombardowanie zabiły milion rodaków. Byli pewni, że ci twardzi i zaprawieni w bojach żołnierze powiedzą im, co się właśnie stało.
Ale nawet oni nigdy jeszcze nie słyszeli podobnego dźwięku. Nikt czegoś takiego nie słyszał.
To był huk lecącego z ponaddźwiękową prędkością obiektu, który zaczął zwalniać.
W rosyjskich szeregach dało się wyczuć konsternację połączoną z lękiem. Setki żołnierzy porzuciły swoje zajęcia, by bacznie spojrzeć na niebo, osłaniając oczy przed oślepiającym słońcem. Ci o najlepszym wzroku dojrzeli słaby metaliczny błysk mknący po niebie z nienaturalną prędkością. Niektórzy instynktownie unieśli broń, ale wtedy samolot – czy cokolwiek to było – zniknął z widoku.
Aleksiej Karasew był sierżantem sztabowym Armii Czerwonej, ale z trzema złotymi wojennymi paskami cieszył się wśród żołnierzy tak wielkim szacunkiem, jakby był generałem. Karasew wydmuchał chmurę dymu z cygara, które przypominało zmumifikowany palec. To nie może być artyleria, pomyślał, wiedząc, że według ostatniego raportu niemieckie jednostki pancerne znajdowały się ponad sto kilometrów dalej. Nie brzmiało też jak artyleria, dodał w duchu.
– Kurwa mać! – zaklął sierżant. – Ruszać naprzód!
Ale gdzieś z przodu powstało zamieszanie. Co znowu, pomyślał, ruszając w stronę samochodu transportowego, który zatrzymał się na drodze. Karasew wiedział, że wyczerpani żołnierze wykorzystają każdy pretekst, by złapać kilka chwil odpoczynku, a niektórzy, gdyby im na to pozwolić, rozłożyliby się w tej brei i już tak zostali.
Samochód był amerykański, niedawno je tu dostarczono. Dodge, tak na nie mówili. Kierowcą pojazdu z plandeką była młoda Rosjanka, która właśnie wyglądała przez otwarte drzwi szoferki i z podnieceniem wskazywała na niebo. Szpakowaty sierżant dopiero teraz zauważył, że była atrakcyjna. Miała długie czarne włosy, które opadały na grubo watowaną kurtkę.
Silnik dodge’a zgasł, a żołnierze, którzy zgromadzili się w pobliżu, powiedli wzrokiem za kobiecym palcem i gapili się na niebo.
– Tam! Tam! – wołała.
Kilku mężczyzn stało bez ruchu, inni, dojrzawszy młodą żołnierkę, wspinali się na palcach i wyciągali szyje. Jeden z nowych opiekunów dziewczyny wystrzelił w powietrze, a inni poszli w jego ślady.
Sierżant Karasew widział, że celują w dwa spadochrony, które pojawiły się nad nimi, dwa białe koła z czerwonym znakiem, nieczytelnym na niebieskim niebie.
Znów ktoś strzelił, tym razem w dalszej części konwoju. Pokazało się też więcej spadochronów – Karasew doliczył się sześciu – i padły kolejne strzały.
Wracając wzrokiem do najbliższych spadochronów, Karasew nie dojrzał tam żadnych ludzi. Zamiast tego widział czarne kanistry.
Zrzut zaopatrzenia? – dociekał w duchu. Kolejny spartaczony zrzut Luftwaffe? Zaraz potem pojawiła się inna myśl, która bardzo go zaniepokoiła. Kanistry wydawały się za małe, by zmieścić sensowną ilość jedzenia czy paliwa.
Świst kolejnego strzału przeciął poranne powietrze, przyciągając uwagę sierżanta. Nie dość, że durnie marnowali amunicję, to jeszcze ostrzegali wroga.
– Kto rozkazał strzelać? – warknął, ale coś nie pozwalało mu spuszczać oczu z nieba, choć kark zaczynał już boleć. – Niech was szlag! Dość…
Pojemniki zawieszone pod dwoma spadochronami równocześnie eksplodowały.
Rozległ się radosny krzyk, kilku strzelców odwróciło się w stronę żołnierki, czekając na jej pochwałę czy choćby uśmiech. Jednak strzały lub wybuchające kanistry, albo jedno i drugie, mocno ją wystraszyły. Schowała się w szoferce i zamknęła okno.
Karasew nie myślał o dziewczynie, tylko o precyzji i zasięgu karabinu mosin, w który wyposażeni byli jego ludzie. Kontenery znajdowały się bardzo wysoko nad ziemią, kiedy eksplodowały. O wiele za wysoko.
Żołnierze też musieli to sobie uświadomić, bo Karasew zobaczył niepokój także na ich twarzach. Ponownie spojrzał w niebo, ale nic tam nie zostało poza zniszczonymi spadochronami, z których jeden już spadł w pobliżu konwoju. Dwóch żołnierzy zaczęło się tam przedzierać przez gruby mokry śnieg, a sierżant nie zdążył ich zatrzymać.
Dotarli do spadochronu mocno zdyszani, choć wylądował niespełna sto kroków przed nimi. Na swój sposób był dziwnie piękny, taki śnieżnobiały i szkarłatny na tle błota.
– Draja, ten jedwab jest bezcenny.
– I jest nasz. Łap go, zanim gdzieś odleci.
Draja i jego przyjaciel Mariusz chwycili spadochron i rozciągnęli go między sobą.
– Zwariowałeś, Draja. Nie pozwolą nam go zatrzymać.
– Ot i żal…
Ale zapomnieli o żalu, gdy tylko ujrzeli wymalowany na jedwabiu symbol. Było to czerwone koło, a w nim czarna swastyka. Ale to nie wszystko, bowiem koło znajdowało się w czymś, co kojarzyło się z dziwaczną i szeroko rozdziawioną jamą ustną szkieletu.
Mariusz puścił spadochron, jakby go ukłuł, a w tej samej chwili pod wpływem wiatru materiał uniósł się i przykleił do twarzy Drai. Jedwab trzepotał z cichym przerażającym jękiem.
Pożre mnie! – pomyślał Draja, w gwałtownej szamotaninie próbując uwolnić się od spadochronu. Nie myślał logicznie, działał instynktownie ogarnięty paniką.
Sierżant nie widział, co się dzieje z Drają i Mariuszem, bo zajęło go inne zdarzenie. Nieźle już podstarzały żołnierz o azjatyckich rysach, który chcąc się ogrzać, oparł się o kratownicę samochodu, piskliwie krzyknął, kiedy Tytania włączyła silnik.
– Szeregowy! – warknął Karasew, a ten natychmiast podniósł wzrok. – Jak chcecie bronić ojczyzny z gównem w gaciach?
Skarcony żołnierz bardzo się zmieszał, sierżant też poczuł się głupio, zupełnie jakby wrzasnął w twarz własnemu ojcu. Dopiero teraz dotarło do niego, jaki chudy jest ten szeregowy, co można było dostrzec mimo grubych ubrań. Wydawał się raczej ptakiem niż człowiekiem, tak potwornie był niedożywiony. A jednak wziął się w garść i jako ochotnik poszedł na front. Sierżant skinął mu głową, a potem zawołał do dwóch żołnierzy, którzy pobiegli do spadochronu. Idioci szamotali się jak wściekli, zupełnie jakby to spadochron wygrywał tę potyczkę.
– Przynieście go tu! – wrzasnął sierżant. – Durnie, co wy wyprawiacie?! Szarpiecie się, jakby wasze życie od tego zależało. Wracać mi tu z tym!
Karasew znów przeniósł wzrok na starego piechura i nie widział, że żołnierze od spadochronu poddali się i usiedli w śniegu. Tym razem zwrócił się do szeregowca łagodnie. Na jego policzku dostrzegł ślady szrapnela nazywane „niemieckim pocałunkiem”, żołnierz stracił też kilka palców, pewnie na skutek odmrożenia.
– Chodźmy, szeregowy.
Jednak zamiast go posłuchać, stary Azjata stał w miejscu, lekko przekrzywił głowę i popatrywał pytająco na sierżanta.
Co teraz? – pomyślał bezradnie Karasew. Te żółtki, żółci Ruscy. Wprost nie do wiary, ile jest tych cholernych dialektów.
– Gdzie są tłumacze, kiedy są potrzebni? Chodź, idziemy! – powiedział tak stanowczo i z takim szacunkiem, jak tylko potrafił, ale słowa i gesty wydawały się próżne.
Stary żołnierz powoli uniósł rękę i wskazał na Karasewa drżącym palcem. Miał taki wyraz twarzy, że sierżanta ciarki przeszły i nagle poczuł, że ledwie trzyma się na nogach. Spojrzał po sobie i zobaczył, że białe watowane spodnie i kurtkę pokrywa żółty nalot.
– Co jest…? – Dotknął drobnoziarnistej jak piasek substancji. Pachnie jak kwiaty, pomyślał, spoglądając w niebo. Potem spojrzał na szeregowca, którego ubranie pokrył taki sam nalot, a z nosa ciekła strużka krwi.
Sierżant pociągnął nosem, a gdy poczuł smak miedzi, już wiedział, że też krwawi. Wytarł nos rękawem i skrzywił się na widok dużej plamy krwi.
Na moment światem Karasewa zawładnęła kompletna cisza. Silniki milczały, żołnierze nie przeklinali ani się nie kłócili, zupełnie jakby ktoś wlał mu do uszu wosk. Jedynym dźwiękiem było głośne walenie własnego serca. To dziwne odczucie minęło tak nagle, jak się pojawiło, a Karasew aż się wzdrygnął, gdy jego świat nagle stał się pełen dźwięków.
Jakieś czterdzieści kroków dalej zaprzęgowy koń stanął dęba i wywrócił wyładowane skrzyniami sanie.
– Spokój, Sasza, spokój! – wołał młody furman, ale koń przewrócił oczami, a potem wydał zdumiewająco ludzki krzyk, który przeraził chłopaka i tych wszystkich, którzy go usłyszeli. Furman próbował uspokoić zwierzę, lecz w nagrodę koń prychnął mu prosto w twarz. Gdy otarł oczy, zamarł z przerażenia. Nie rozumiał, co się stało, nie mógł wydobyć z siebie głosu.
Jego twarz i ręce całe były we krwi. Zszokowany i oniemiały cofnął się w samą porę, by nie zostać przygniecionym przez konia, który padł, plując krwią. Rozległ się trzask pękających końskich żeber. Zdychające zwierzę uderzyło łbem w jedną, potem w drugą stronę, a z nozdrzy tryskała krew i różowa tkanka.
Sierżant Karasew odwrócił się. Napędzała go konieczność działania w kryzysowej sytuacji, poczuł przypływ energii… szeroko otworzył oczy… zobaczył pozostałych żołnierzy… i zacisnął powieki. Wszyscy krwawili z nosów i ust, dosłownie wszyscy. Nie! – zadudniło mu w głowie.
Zaalarmował go szum silnika, więc obrócił się w tamtą stronę. Czołg T-34 ni stąd, ni zowąd zmienił kierunek, jadąc z otwartą przepustnicą. Kilku żołnierzy uskoczyło, schodząc mu z drogi, a po chwili czołg walnął w bok dodge’a, który wywrócił się, a czołg, nie zwalniając, przejechał po nim. Szoferka została dokumentnie zmiażdżona, i to tak dokładnie, że nikt nie wcisnąłby tam nawet palca. Sierżant wiedział, że dziewczyna zginęła, nim zdała sobie sprawę, co się dzieje.
Miała szczęście.
Gdziekolwiek spojrzał, ludzie chwiali się, potykali, krwawili ze wszystkich naturalnych otworów. Dla wielu ostatnim świadomym gestem było coś, czego nigdy wcześniej nie ośmieliliby się zrobić w obecności innych ludzi. Drżącymi palcami nakreślili na sobie potrójny znak krzyża: czoło… wargi… klatka piersiowa.
Wzdłuż drogi, osiem kilometrów na północ i osiem na południe, gdziekolwiek pojawiał się zapach kwiatów, śnieg kradł ciepło świeżej krwi i topił się. Pole, na którym stał sierżant Karasew, nagle zaczęło śmierdzieć jak podłoga w rzeźni.
Pozbawiony tlenu układ nerwowy Karasewa przestawał funkcjonować, ciałem wstrząsały fale konwulsji, układ naczyniowy zamienił się w krwotoczny labirynt. Krew, która powinna popłynąć do mózgu, wlewała się do jelit, które pęczniały, aż pod wpływem rosnącego ciśnienia wypchnęły ją do żołądka. Karasew zwymiotował ogromną ilość krwi na buty, kolana ugięły się, runął na ziemię.
Kiedy tak leżał, płacząc i po omacku dotykając błota, dotarło do niego, że struny głosowe zwiotczały, a mięśnie wokół ust odrętwiały i nie podlegały już jego kontroli.
Moje wargi umarły, a ja muszę się modlić, pomyślał z rozpaczą.
Przez czerwony filtr, bo jego łzy były krwawe, patrzył na pole bitwy. Tym ostatnim, co świadomie odnotował, był jęk dziesięciu tysięcy umierających ludzi (...)
***
Jest rok 1944, trwa wojna w Europie i na Pacyfiku. 


W brazylijskiej głuszy amerykański wywiad wojskowy natrafia na szokujące znalezisko. Pośrodku malarycznych mokradeł tkwi porzucona japońska łódź podwodna, największa, jaką kiedykolwiek wyprodukowano. Kiedy wysłany na miejsce oddział komandosów przepada bez śladu, armia zleca zbadanie sprawy kapitanowi R.J. MacCready’emu, wybitnie utalentowanemu i wszechstronnemu naukowcowi.
W trudno dostępnym, zasnutym wieczną mgłą wąwozie MacCready znajduje tajna bazę i odkrywa szczegóły diabolicznego planu. Państwa Osi pracują nad bronią biologiczną, która ma unicestwić aliantów i zakończyć wojnę. Jednak to nie jedyne zagrożenie – w na pozór rajskiej dżungli czai się zło, które powoli, ale skutecznie niszczy wszystko wokół. Stawką w grze jest zagłada świata, jaki znamy.

Cykl: R.J. MacCready (tom 1)






Ruiny Scott Smith

Ruiny Scott Smith

Jeden z najlepszych dżunglowych horrorów ever - mój ulubiony!

Dżungla. Majowie. Tajemniczy szczyt. Przerażająca winorośl. Ale serio - PRZERAŻAJĄCA.

Czterech amerykańskich turystów - Eric, jego dziewczyna Stacy, jej najlepsza przyjaciółka Amy i chłopak Amy, Jeff, student medycyny - spędzają wakacje w Meksyku. Zaprzyjaźniają się z niemieckim turystą o imieniu Mathias i grupą Greków. 
Mathias przekonuje wszystkich, aby towarzyszyli mu w poszukiwaniach brata Heinricha, który zaginął, szukając swojej dziewczyny, którą poznał przy wykopaliskach archeologicznych. 
Szóstka znajomych udaje się na Yucatan w poszukiwaniu Heinricha. 
Kierowca pick-upa, który zabiera ich na obrzeża dżungli, mówi jednej z dziewczyn, że miejsce, do którego jedą, nie jest dobre, ale nie chce powiedzieć nic więcej...
Grupa pobliżu wioski Majów odkrywa ukrytą ścieżkę prowadzącą do dużego wzgórza, pokrytego winoroślą i otoczonego gołą, pozbawioną roślinności ziemią. Ignorując ostrzeżenia młodego chłopca, który podążył za nimi do wioski, wchodzą na wzgórze...
I tu zaczyna się PRAWDZIWY KOSZMAR!

Ekranizacja tez daje radę;)

POLECAM!

MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Poznali Mathiasa na jednodniowej wycieczce do Cozumel. 
Wybrali się na nurkowanie przy zatopionym statku, i nawet wynajęli przewodnika, ale boję wskazującą położenie wraku zerwał sztorm i przewodnik nie mógł znaleźć właściwego miejsca. Więc po prostu pływali dookoła bez konkretnego celu. I wtedy z wody wynurzył się Mathias. Wypłynął ku nim z głębiny niczym tryton, z akwalungiem na plecach. Uśmiechnął się, kiedy mu wyjaśnili sytuację, i skierował ich do wraku. 
Był Niemcem, ogorzałym od słońca, wysokim, z krótko ściętymi blond włosami i bladoniebieskimi oczami. Na prawym przedramieniu miał tatuaż, czarnego orła z czerwonymi skrzydłami. Pożyczał im akwalung, każdemu po kolei, żeby mogli zejść na dziewięć metrów i obejrzeć wrak z bliska. Okazywał im spokojną życzliwość i mówił po angielsku tylko z lekkim akcentem, a kiedy wdrapali się z powrotem na łódź przewodnika, żeby wrócić na brzeg, wszedł razem z nimi. 
Greków poznali dwa wieczory później, na plaży niedaleko hotelu w Cancun. Stacy się upiła i obściskiwała z jednym z nich. Nic więcej nie zaszło, ale odtąd niezależnie od tego, co akurat robili czy dokąd się wybierali, Grecy zawsze byli w pobliżu. Oczywiście żadne z nich nie znało greki, a Grecy nie mówili po angielsku, więc kontakty ograniczały się do uśmiechów, kiwania głowami, czasem dzielenia się jedzeniem czy piciem. 
Trzej Grecy mieli niewiele ponad dwadzieścia lat, tak samo jak Mathias i reszta — wydawali się nastawieni przyjaźnie, chociaż jednocześnie jakby ich śledzili. Grecy nie tylko nie mówili po angielsku, nie znali też hiszpańskiego. Przybrali jednak hiszpańskie imiona, co ich widocznie bardzo bawiło. Przedstawili się jako Pablo, Juan i Don Kichot, wymawiając imiona z dziwnym akcentem i stukając się w piersi. Właśnie z Don Kichotem Stacy się miziała. Wszyscy jednak wyglądali podobnie — barczyści masywni, z długimi ciemnymi włosami związanymi z tyłu w kucyki — toteż nawet Stacy z trudem ich rozróżniała. Możliwe, że dla żartu zamieniali się imionami, więc ten, który we wtorek odgrywał Pabla, w środę upierał się z uśmiechem, że ma na imię Juan. Zwiedzali Meksyk od trzech tygodni. 
Był sierpień, idiotyczna pora, żeby podróżować na Jukatan. Za gorąco, zbyt wilgotno. Prawie codziennie po południu zrywały się burze, nagłe ulewy, które w kilka sekund mogły zalać ulicę. Z nastaniem mroku nadlatywały ogromne huczące chmary moskitów. 
Amy początkowo narzekała i żałowała, że nie pojechali do San Francisco. W końcu Jeff stracił cierpliwość i nagadał jej, że psuje innym przyjemność, więc przestała mówić o Kalifornii — o jasnych, rześkich dniach, tramwajach, wieczornej mgle. W końcu tutaj wcale nie było tak źle — tanio i mało ludzi. Postanowiła więc wykorzystać ten pobyt jak najlepiej. 
Było ich czworo: Amy, Stacy, Jeff i Eric. Amy i Stacy były najlepszymi przyjaciółkami. Na wyjazd obcięły włosy krótko na chłopaka i nosiły jednakowe panamskie kapelusze, w których pozowały do zdjęć, stojąc obok siebie. Wyglądały jak siostry — Amy jasna, Stacy ciemna — drobne, ledwie metr pięćdziesiąt wzrostu, szczupłe, niemal eteryczne. Zachowywały się też jak siostry: szeptane sekrety, porozumienie bez słów, znaczące spojrzenia. Jeff był chłopakiem Amy, Eric — chłopakiem Stacy. Chłopcy przyjaźnili się, chociaż właściwie wcześniej nie byli przyjaciółmi. 
To Jeff wpadł na pomysł podróży do Meksyku, ostatniego wyskoku, zanim on i Amy zaczną szkołę medyczną na jesieni. Znalazł sporo informacji w Internecie: tanio, nie można przepuścić takiej okazji. Mieli zamiar spędzić trzy leniwe tygodnie na plaży, na opalaniu się i nicnierobieniu. namówił Amy, żeby z nim pojechała, potem Amy namówiła Stacy, a Stacy namówiła Erica. Mathias powiedział im, że przyjechał do Meksyku z młodszym bratem Henrichem, ale Henrich zaginął. 
Była to skomplikowana historia i żadne z nich nie rozumiało wszystkich okoliczności. Za każdym razem, kiedy pytali o to Mathiasa, denerwował się i odpowiadał niejasno. Przerzucał się na niemiecki, wymachiwał rękami i łzy napływały mu do oczu. W końcu przestali go wypytywać, dalsze naciskanie wydawało się niegrzeczne. Eric uważał, że w grę wchodzą narkotyki, że brat Mathiasa ukrywał się przed władzami, ale czy ścigały go władze niemieckie, amerykańskie czy meksykańskie, tego nie wiedział. W każdym razie doszło do jakiejś bójki, tyle wszyscy zrozumieli. Mathias pokłócił się z Henrichem, może nawet go uderzył, a potem Henrich znikł. Mathias oczywiście się martwił. Czekał na brata, żeby razem z nim wrócić samolotem do Niemiec. Czasami wydawał się przekonany, że Henrich w końcu się pojawi i wszystko dobrze się skończy, ale kiedy indziej jakby w to nie wierzył. 
Mathias był skryty z natury, typ raczej słuchacza niż gawędziarza, skłonny do nagłych napadów chandry, zwłaszcza w tej sytuacji. Cała czwórka bardzo się starała go rozweselić. Eric opowiadał kawały. Stacy naśladowała różne osoby. Jeff wskazywał interesujące widoki. A Amy robiła mnóstwo zdjęć, nakazując wszystkim się uśmiechać. We dnie opalali się na plaży, pocąc się jedno przy drugim na jaskrawych ręcznikach. Pływali i nurkowali z maską, spiekli się i skóra im złaziła. Jeździli konno, wiosłowali w kajakach, grali w minigolfa. Któregoś popołudnia Eric namówił towarzystwo na wynajęcie żaglówki, okazało się jednak, że nie ma takiej wprawy w żeglowaniu, jak utrzymywał, i musieli zostać doholowani do brzegu. Kosztowało ich to sporo wstydu i pieniędzy. 
Wieczorami jedli owoce morza i pili za dużo piwa. Eric nie wiedział o Stacy i tym Greku. Poszedł spać po obiedzie, a pozostała trójka włóczyła się po plaży z Mathiasem. Za jednym z sąsiednich hoteli płonęło ognisko i w altanie grał zespół. Właśnie tam spotkali Greków. Grecy pili tequilę i klaskali do taktu. Podzielili się butelką. Stacy usiadła przy Don Kichocie i było dużo gadania we wzajemnie niezrozu-miałych językach, i dużo śmiechu, butelka krążyła wokoło i wszyscy krzywili się od palącego alkoholu, a potem Amy się odwróciła i zobaczyła, że Stacy obejmuje Greka. To nie trwało długo. Pięć minut całowania, nieśmiałe dotknięcie jej lewej piersi, a potem zespół zakończył występ. Don Kichot chciał, żeby poszła do jego pokoju, ale ona uśmiechnęła się i pokręciła głową, i na tym się skończyło. 
Rano Grecy rozłożyli ręczniki na plaży obok Mathiasa i pozostałej czwórki, a po południu wszyscy razem pływali na nartach wodnych. Kto nie widział całowania, ten by się nie domyślił, Grecy zachowywali się jak pełni szacunku dżentelmeni. Eric chyba też ich polubił. Próbował ich nakłonić, żeby go nauczyli brzydkich stów po grecku. Rozczarował się jednak, bo nie potrafił odgadnąć, czy uczyli go właśnie tych słów, na których mu zależało (...)

***
Dwie zaprzyjaźnione pary Amerykanów, Jeff i Amy, Eric i Stacy, spędzają wakacje w Meksyku. Słońce, plaża, beztroskie flirty, nowe przyjaźnie... Kiedy poznany Niemiec przychodzi z wiadomością, że jego brat nie wrócił z wyprawy na wykopaliska archeologiczne, młodzi postanawiają wyruszyć na poszukiwania. Jedynym śladem jest odręcznie naszkicowana mapa. Ekspedycja ratunkowa rychło przeradza się w brutalną walkę o przetrwanie... Najlepszy horror ostatniej dekady! Jeden z największych bestsellerów 2006 roku w USA, gorąco rekomendowany przez samego Stephena Kinga. 




 



EKRANIZACJA
/KLIKNIJ ZDJĘCIA/


TRAILER







Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger