"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mroczna Wieża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mroczna Wieża. Pokaż wszystkie posty
Mroczna Wieża - Rewolwerowiec: Siostrzyczki z Elurii - Stephen King

Mroczna Wieża - Rewolwerowiec: Siostrzyczki z Elurii - Stephen King

Cudowna podróż w nieznane i mroczne światy z Mistrzem!!!! Mega Seria Dark Fantasy! POLECAM!!!

MOJA OCENA: 10/10


***


Roland Deschain, bliski śmierci po ataku Powolnych Mutantów, zostaje przygarnięty przez grupę Sióstr specjalizujących się w tym co można nazwać przeciwieństwem leczenia. Te szkaradne, przypominające trupy istoty znane jako Siostrzyczki z Elurii w swych pokręconych umysłach mają żądzę mordu. A w swym obecnym stanie Roland nie może zrobić prawie nic by nie znajdować się na ich łasce.




Cykl: Mroczna Wieża (tom 0.5)







ZGARNIJ EBOOKA Z 

Mroczna Wieża - Stephen King

Mroczna Wieża - Stephen King

Cudowna podróż w nieznane i mroczne światy z Mistrzem!!!! Mega Seria Dark Fantasy! POLECAM!!!

MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!



PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Nic nie słychać? Choć gwar dokoła? Wzrastał przecież Jak gdyby dźwięk dzwonu. Wymieniał mi imiona Wszystkich awanturników przepadłych, mnie podobnych — Taki ten był silny, tamten jaki zuchwały, Jakie ów miał szczęście — a każdy już zgubiony! Zgubiony! Dźwięk jeden — lata klęsk mi obwieścił. 1 oto tam stali rzędem na stoku — zebrani, By i na mój koniec patrzeć — żywa rama Do jeszcze jednego portretu; w blasku łuny Ujrzałem ich wszystkich i poznałem. A jednak, Wciąż nieustraszony, do ust mój róg podniosłem I zadąłem: „Sir Roland pod Mroczną Wieżą stanął' Robert Browning Sir Rotand pod Mroczną Wieżą stanąi Urodziłem się Z sześciostrzałowcem w dłoni I z bronią Stać będę, aż przyjdzie koniec. Bad Company Kim się stałem? Mój przyjaciel najlepszy Jak wszyscy, których znalem Odchodzi, by nie wrócić Zabierzcie sobie pospołu Moje imperium popiołu Ja każdego zawiodę Ja każdego zranię. 

1

Ojciec Don Callahan był niegdyś katolickim proboszczem w miasteczku zwanym Salem, którego nie ma już na żadnej mapie. Nie przejmował się tym. Takie koncepcje jak rzeczywistość przestały mieć dla niego znaczenie. 
Były kapłan trzymał teraz w dłoni dziwny artefakt, figurkę żółwia wyrzeźbioną w kości słoniowej. Posążek miał lekko wyszczerbiony pysk, a na grzbiecie rysę w kształcie znaku zapytania, lecz mimo to był piękny. 
Piękny i potężny. Trzymając go w dłoni, Callahan czuł jego moc, mrowiącą jak prąd. 
— Jaki piękny — szepnął do stojącego przy nim chłopca. — To Żółw Maturin. Maturin, prawda? 
Chłopcem był Jake Chambers, który pokonał długą drogę, żeby wrócić tutaj, na Manhattan, niemal do punktu wyjścia. 
— Nie wiem — odparł. — Prawdopodobnie. Ona nazywa go skóldpadda. Ten żółw może nam pomóc, ale nie zabije bandytów, którzy tam na nas czekają. 
Ruchem głowy wskazał Dixie Pig. Zastanawiał się, czy mówiąc „ona", miał na myśli Susannah czy Mię. Kiedyś powiedziałby, że to bez znaczenia, gdyż obie były ściśle związane ze sobą. Teraz jednak uważał, że to ma albo niebawem będzie miało znaczenie. 
— Będziesz? — zapytał Jake, co oznaczało: Będziesz dzielny? Będziesz walczył? Będziesz zabijał? 
— O tak — odparł spokojnie Callahan. Wepchnął kościanego żółwia o mądrych oczach i zadrapanym grzbiecie do kieszeni na 15 piersi, razem z dodatkowymi nabojami, po czym przez materiał poklepał figurkę, upewniając się, że jest bezpieczna. — Będę strzelał, póki nie skończą się kule albo póki nie padnę. Jeśli skończą się kule, a ja będę żył, będę walił... kolbą. 
Pauza była tak krótka, że Jake nawet jej nie zauważył. A jednak w tym ułamku sekundy Biel przemówiła do ojca Callahana. Była siłą, którą znał od dawna, jeszcze z czasów dzieciństwa, chociaż później wątpił w nią przez kilka lat, stopniowo przestawszy rozumieć pierwotną moc. Lecz tamte dni minęły i Biel znowu była jego, dziękować Bogu. 
Jake skinął głową i powiedział coś, co Callahan ledwie dosłyszał. Słowa chłopca nie miały żadnego znaczenia. Natomiast miały je słowa 
(Gana)
być może zbyt wielkiego, aby zwać go Bogiem. 
Chłopiec musi żyć, wibrował głos. Cokolwiek się tu zdarzy, cokolwiek się stanie, chłopiec musi żyć. Twoja rola w tej historii już prawie się zakończyła. Jego nie. 
Przeszli obok umieszczonej na chromowanym słupku tabliczki z napisem (WSTĘP WZBRONIONY! WŁASNOŚĆ PRYWATNA). Miedzy nimi truchtał Ej, najlepszy przyjaciel Jake'a, z podniesionym łbem i kłami jak zwykle odsłoniętymi w szerokim uśmiechu. Na szczycie schodów Jake sięgnął do płóciennej torby, którą Susannah-Mia zabrała z Calla Bryn Sturgis, i wyjął dwa talerze. Stuknął jednym o drugi, kiwnął głową, słysząc metaliczny brzęk, po czym powiedział: 
— Pokaż, co masz. 
Callahan wyjął rugera. Kiedyś Jake zabrał tę broń z Calla New York, a teraz znalazła się tu z powrotem. Życie to krąg, i Bogu dzięki. Pere na moment podniósł lufę rugera na wysokość prawego policzka, jakby szykował się do pojedynku. Potem dotknął kieszeni na piersi, z nabojami i żółwiem. Skóldpadda. 
Jake skinął głową. 
— Tam, w środku, jesteśmy razem. Zawsze razem, z Ejem między nami. Zaczniemy na trzy i nie skończymy, dopóki bę- dziemy żyli. 
— Nie skończymy. 
— Właśnie. Gotów? 
— Oczywiście. Bóg z tobą, chłopcze 
— I z tobą, Pere. Raz... dwa... trzy. 
Jake otworzył drzwi. Równym szeregiem weszłi w półmrok przesycony słodkawą wonią pieczonego mięsa. 



Jake szedł z przekonaniem, że idzie na śmierć, pamiętając o dwóch rzeczach, które powiedział mu Roland Deschain, jego prawdziwy ojciec. Bitwy trwające pięć minut rodzą legendy żyjące tysiąc lat. Oraz: Kiedy przyjdzie twój dzień, nie musisz umierać szczęśliwy, lecz powinieneś umierać z satysfakcją, gdyż przeżyłeś swoje życie od początku po kres, zawsze służąc ka. 
Jake Chambers z satysfakcją rozejrzał się po Dixie Fig. 



I ujrzał wszystko z krystaliczną jasnością. Zmysły miał tak wyostrzone, że czuł nie tylko zapach pieczonego mięsa, ale i rozmarynu, którym je natarto; słyszał nie tylko spokojny rytm swojego oddechu, lecz także miarowy niczym przybój szum krwi, płynącej w górę, w kierunku mózgu, i spływającej w dół, ku sercu. 
Pamiętał również inne stwierdzenie Rolanda, że nawet najkrótsza potyczka, od pierwszego strzału do upadku ciała, wydaje się długa jej uczestnikom. Czas wydłuża się i rozciąga w nieskończoność. Jake pokiwał wówczas głową, udając, że rozumie. 
Teraz rozumiał. 
Przede wszystkim pomyślał, że jest ich zbyt wielu — po prostu za dużo. Ocenił, że jest ich około setki, w większości ci, których Pere Callahan nazywał „cichymi facetami". (Były wśród nich kobiety, ale Jake nie wątpił, że do nich również odnosi się to określenie). Tu i ówdzie dostrzegł postacie, które niewątpliwie były wampirami: znacznie szczuplejsze, a niektóre chude jak kije, o popielatoszarej cerze i spowite ciemnobłękitną aurą. 
Ej stał przy nodze Jake'a, ze skupionym wyrazem lisiego pyszczka, cicho skomląc. 
Unosząca się w powietrzu woń pieczystego nie była zapachem wieprzowiny. 



Za drzwiami rozdzielamy się. Na odległość dziesięciu stóp... jeśli będziemy mieli tyle wolnego miejsca. Rozumiesz, Pere? — tak powiedział Jake na chodniku i zbliżając się do podium maitre d’, Callahan zaczął przesuwać się w prawo od chłopca, aby zachować zaleconą odległość. 
Jake powiedział mu również, żeby krzyczał, najgłośniej i najdłużej jak potrafi, i Callahan już otwierał usta, żeby to zrobić, kiedy znowu przemówiła do niego Biel. Tylko jednym słowem, ale to wystarczyło. 
Skóldpadda, powiedziała. 
Callahan wciąż trzymał rugera na wysokości prawego policzka. Teraz lewą ręką sięgnął do kieszeni na piersi. Nie widział wszystkiego z taką krystaliczną jasnością jak jego młody towarzysz, lecz i tak dostrzegał wiele: jaskrawy pomarańczowo-szkarłatny flambeawc ścian, świece na każdym stole umieszczone w szklanych kloszach lampionów, upiornie żółtawo lśniące serwety. Na ścianie z lewej strony sali wisiał gobelin ukazujący rycerzy ucztujących ze swymi damami przy biesiadnym stole. Sprawiał wrażenie — Callahan nie był pewien dlaczego, gdyż słane przez obraz bodźce były nazbyt subtelne — że ci ludzie właśnie uspokajali się po jakimś gwałtownym wydarzeniu, na przykład pożarze w kuchni albo wypadku samochodowym na ulicy. 
A może któraś z dam urodziła dziecko, pomyślał Callahan, zaciskając dłoń na żółwiu. To zawsze dobry przerywnik między przekąskami a głównym daniem. 
— Oto nadchodzą ka-mais z Gilead! — wykrzyknął ktoś z nerwowym podnieceniem. 
Callahan był prawie pewien, że to nie mógł być ludzki głos. Wydawał się zbyt brzęczący. Dostrzegł stworzenie przypominające jakąś monstrualną hybrydę ptaka i człowieka. Stwór stał na odleg- łym końcu sali, miał na sobie zwykłe dżinsy i gładką białą koszulę, lecz jego głowę pokrywały ciemnożółte i gładkie pióra, a ślepia były niczym krople smoły. 
— Brać ich! — wrzasnął ten upiornie zabawny stwór, odrzucając na bok serwetkę. 
Pod nią miał jakiś dziwny przedmiot. Callahan domyślił się, że to broń, chociaż przypominała coś, co można zobaczyć w serialu Star Trek. Jak też to nazywali? Fazer? Paralizator? 
Nieważne. Callahan trzymał w dłoni znacznie lepszą broń i chciał mieć pewność, że oni wszyscy ją zobaczą. Zrzucił z najbliższego stołu tabliczkę z numerem oraz szklany klosz ze świecą, po czym ze zręcznością magika zerwał z blatu obrus. Najgorsza rzecz to zaplątać się w decydującej chwili w fałdy lnu. Następnie — ze zręcznością, o jakiej nawet nie marzył jeszcze tydzień wcześniej — wskoczył na krzesło i wszedł na stół. Znalazłszy się na nim, podniósł rękę, zaciskając palce na dolnej części skorupy żółwia, pozwalając tamtym dobrze się przyjrzeć. 
Mógłbym coś zanucić, pomyślał. Może Midnight Becomes You albo I Left My Heart in San Francisco. 
W tym momencie znajdowali się w Dixie Pig dokładnie od trzydziestu czterech sekund (...)
***
Członkowie ka-tet zostają rozdzieleni. Pere Callahan toczy w nowojorskim Dixie Pig swój ostatni bój z wampirami. Susan jest świadkiem narodzin potwornego Mordreda i widzi, jak przeistaczające się w pająka niemowlę pożera Mię - własną matkę. Roland i Eddie utknęli w innym świecie - Maine, 1977 - i bardzo pragną połączyć się z resztą ka-tet.

Cykl: Mroczna Wieża (tom 7)








ZGARNIJ EBOOKA Z

Pieśń Susannah - Stephen King

Pieśń Susannah - Stephen King

Cudowna podróż w nieznane i mroczne światy z Mistrzem!!!! Mega Seria Dark Fantasy! POLECAM!!!

MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


PIERWSZA ZWROTKA 
TRZĘSIENIE PROMIENIA
 1 
Jak długo przetrwa magia?
Pytanie Rolanda powitała cisza. Musiał zadać je po raz drugi, i tym razem spojrzał wprost na Henchicka z Mannich, siedzącego obok Cantaba, męża jednej z jego wielu wnuczek. 
Trzymali się za ręce, zgodnie ze zwyczajem Mannich. Henchick stracił tego dnia inną bliską osobę, lecz jeśli po niej płakał, żal w żaden sposób nie odbijał się na jego nieruchomej, kamiennej wręcz twarzy. Obok Rolanda, nikogo nie trzymając za rękę, milczący i przeraźliwie blady, siedział Eddie Dean, a przy nim, z podwiniętymi nogami, Jake Chambers. 
Na kolanach miał Eja; gdyby Roland nie widział tego na własne oczy, nigdy by nie uwierzył, że bumbler pozwoli na to swemu panu. I Eddie, i Jake ochlapani byli krwią. Jake miał na koszuli krew przyjaciela, Bcnny'cgo Slighlmana, a krew na koszuli Eddiego płynęła niegdyś w żyłach Margaret Eisenhart, dawnej Margaret z Redpath, córki patriarchy Mannich. Obaj wyglądali na zmęczonych co najmniej tak, jak czuł się zmęczony Roland, który jednocześnie wiedział, że żaden z nich nie odpocznie tej nocy. Z daleka, od strony miasta, dobiegał ich trzask fajerwerków i odgłosy śpiewów, radości, święta. Tutaj jednak nikt nic świętował. Margaret i Bcnny nie żyli, Susannah znikła. 
— Henchick, powiedz mi, błagam, jak długo przetrwa magia? 
Starzec machinalnie pogłaskał imponującą brodą. 
— Rewolwerowcze... Rolandzie... nie potrafię powiedzieć. Magia drzwi w tej jaskini jest dla mnie niepojęta. Doskonale o tym wiecie. 
— Powiedz mi, co myślisz. Opierając się na swoim doświadczeniu. 
Eddie uniósł dłonie... brudne, drżące, ze śladami krwi pod paznokciami. 
— Powiedz, Henchicku — przemówił głosem cichym, głuchym, niepewnym. Roland nigdy nie słyszał go mówiącego w ten sposób. — Powiedz, błagani. 
Rosalita, gospodyni Pćrc Callahana, podeszła do nich, niosąc na tacy dzbanek parującej kawy i filiżanki. Przynajmniej ona znalazła czas na zrzucenie z siebie brudnych, zakrwawionych dżinsów i koszuli i włożenie domowej sukienki, ale w oczach miała obłęd. Sprawiały wrażenie małych, przerażonych zwierzątek, wyglądających na świat z głębi norek. Nalewała kawę i częstowała nią w milczeniu. 
Gdy podawała filiżankę Rolandowi, zauważył zaschniętą smugę na grzbiecie jej dłoni. 
Czy była to krew Margaret? Czy może Benny'ego? 
Nie wiedział i szczerze mówiąc, niezbyt go to obchodziło. Wilki poniosły klęskę. Być może nigdy już nie przybędą do Calla Bryn Sturgis, a może przybędą... to już sprawa ka. Dla nich ważna była Susannah Dean, która po bitwie znikła, zabierając ze sobą Czarną Trzynastkę. 
— Pytasz mnie o kaven! — przerwał mu te rozmyślania Henchick. 
— Tak, ojcze — Roland skinął głową. — Pytam o trwałość magii. 
Pere Callahan wziął filiżankę kawy. Podziękował za nią skinieniem głowy i roztargnionym uśmiechem, ale nie powiedział ani słowa. 
Na kolanach trzymał książkę Miasteczko Salem autorstwa pisarza, o którym nigdy nie słyszał. Podobno była to powieść, fikcja literacka, lecz on, Donald Callahan, występował w niej jako jeden z głównych bohaterów. I naprawdę mieszkał w tytułowym miasteczku, brał udział w opisanych, najzupełniej rzeczywistych wydarzeniach. Szukał na okładce zdjęcia autora, przekonany, choć nie wiedział dlaczego, że zobaczy swą twarz, a przynajmniej jej wersję z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piątego roku, kiedy działo się to, co opisano w książce. Nie znalazł jej jednak. Była tylko notka, wyjaśniająca bardzo niewiele. Pisarz mieszkał w Maine, był żonaty, jego poprzednia, pierwsza, książka została bardzo przychylnie przyjęta przez krytyków, przynajmniej jeśli wierzyć przytoczonym na tylnej okładce cytatom. 
— Im większa magia, tym dłużej trwa — odezwał się Cantab i spojrzał na Hencłucka pytająco. 
— Ano — przytaknął stary. — Magia i glammer są jednym, a przychodzą z tego, co było. — Przerwał na chwilę. — To znaczy z przeszłości, jeśli mnie pojmujecie. 
— Te drzwi otwierały się w wielu miejscach i wielu czasach w świecie, z którego pochodzą moi przyjaciele — wyjaśnił Roland. — Pragnę, by znów się otworzyły, ale tylko w dwóch miejscach. Tych, na które otwierały się ostatnio. Czy to możliwe? 
Czekali. 
Henchick i Cantab w milczeniu szukali odpowiedzi na to pytanie. 
Manni byli wielkimi podróżnikami. Jeśli ktoś wie, jeśli ktoś potrafi zrobić to, czego pragnął Roland... czego pragnęli wszyscy... to tylko oni. 
Cantab pochylił się z szacunkiem ku starcowi i wyszeptał coś. Henchick, dinh Calla Redpath, wysłuchał go z nieruchomą twarzą, a potem wyciągnął powykręcaną reumatyzmem rękę, odwrócił głowę Cantaba i odpowiedział mu również szeptem. 
Eddie poruszył się gwałtownie. Lada chwila straci cierpliwość, zapewne zacznie krzyczeć. Roland położył mu dłoń na ramieniu i młodzieniec się uspokoił. Na razie. Manni rozmawiali szeptem przez dobre pięć minut, wystawiając na próbę cierpliwość czekających. Dla Rolanda dobiegające hałasy, wyraźne, choć płynące z dala odgłosy radosnego święta zwycięstwa, były niemal nie do zniesienia. Jeden Bóg wie, jak musiał się czuć Eddie. 
Henchick poklepał Cantaba po policzku. Spojrzał na Rolanda. 
— Myślimy, że to możliwe — powiedział po prostu. 
— Dzięki Bogu -— szepnął Eddie, a potem głośniej powtórzył: — Dzięki Bogu. No to chodźmy, na co czekamy? Możemy spotkać się na wschodnim trakcie...
Obaj brodaci Manni energicznie pokręcili głowami, Henchick stanowczo, choć ze smutkiem, Cantab z wyraźnie widocznym przerażeniem. 
— Nie pójdziemy do Jaskini Przejścia w ciemności — oznajmił Henchick. 
— Musimy! — zaprotestował Eddie. — Nie rozumiecie? Przecież chodzi nie tylko o to, jak długo przetrwa magia albo kiedy zniknie. Najważniejszy jest czas, to, z jaką prędkością biegnie po drugiej stronie! Szybciej niż tutaj... a to, co przemija, przemija. Chryste, Susannah może rodzić w tej właśnie chwili, a jeśli jej dziecko będzie jakimś kanibalem... 
— Posłuchaj mnie, mój młody przyjacielu — przerwał mu Henchick — i słuchaj uważnie, bardzo uważnie. 
Dzień już się chyli ku zachodowi. Stary miał rację. Nigdy jeszcze Rolandowi dzień nie upłynął tak szybko. Najpierw była walka z Wilkami, stoczona rankiem, niemal o świcie, potem spontaniczne święto, rozpoczęte po prostu na trakcie; radość ze zwycięstwa i żałoba po ofiarach (które okazały się zdumiewająco małe). Potem zorientowali się, że Susannah znikła, poszli więc do jaskini i znaleźli w niej to, co znaleźli. Nim wrócili na pole bitwy, na wschodni trakt, minęło południe. Większość mieszkańców miasteczka udała się do domów w triumfalnym pochodzie, zabierając ze sobą swe cudem ocalone dzieci. Henchick chętnie wyraził zgodę na rozmowę, ale nim wszyscy zebrali się na plebanii, słońce przeszło już na drugą stronę nieba. Przynajmniej tę noc prześpimy aż do brzasku, pomyślał Roland, nic wiedząc, czy powinien odczuwać ulgę, czy rozczarowanie. Jedno było pewne: potrzebował snu. 
— Słucham i rozumiem — powiedział Eddie. 
Roland trzymał dłoń na jego ramieniu i czuł, jak młody przyjaciel drży na całym ciele. 
— Nawet gdybyśmy chcieli iść, nie skłonilibyśmy wystarczająco wielu naszych, by poszli wraz z nami — wyjaśnił Henchick. — Ty jesteś dinh...
 — Ano, tak to nazywacie, więc sądzę, że nim jestem, choć nie jest to nasze słowo, pojmujecie? W większości spraw będą mnie słuchać. Wiedzą, jaki dług zaciągnęli u waszego ka-tet, po tym, czego dziś dokonaliście, i będą się starali go spłacić w każdy dostępny im sposób. Ale nie pójdą wąską ścieżką do tego nawiedzonego miejsca, nie po zmroku. — Henchick potrząsał głową powoli, z wielkim przekonaniem. — Nie — powtórzył. — Tego nic zrobią. Posłuchaj mnie, młody człowieku. Cantab i ja wrócimy do Redptah Kra-ten przed zapadnięciem nocy. Tam zwołam naszą radę do Tempy, która jest dla nas tym, czym Sala Spotkań dla tych, którzy nie pamiętają. — Zerknął na Callahana. — Przeproszę, Pere, jeśli to określenie cię uraża. 
Calłahan skinął głową, nie odrywając wzroku od książki, którą cały czas obracał w dłoniach. Obłożona była w sztywny plastik, jak większość cennych pierwszych wydań. Na skrzydełku okładki wypisano ołówkiem cenę — $950. Druga powieść jakiegoś młodego pisarza. Ciekawe, co uczyniło ją tak cenną. Jeśli spotkają kiedyś właściciela książki, mężczyznę nazwiskiem Calvin Tower, z pewnością go o to zapyta. I będzie to pierwsze z długiego szeregu pytań. 
— Wytłumaczymy im, czego chcecie, poprosimy o ochotników. Z sześćdziesięciu ośmiu mężczyzn Redpath Kra-ten zgodzą się pomóc prawie wszyscy, z wyjątkiem pięciu, może sześciu, jak sądzę. Połączymy nasze siły w jedną siłę. Stworzymy khef. Tak to nazywacie? Khejl Kiedy ludzie dzieła się czymś? 
— Tak — potwierdził Roland. — Mówimy o dzieleniu się wodą. 
— Nie zmieścicie tylu ludzi w jaskini — zauważył Jake. — Nic ma mowy. Nawet gdyby potowa z nich siedziała na ramionach drugiej połowy. 
— Nie ma takiej potrzeby — wyjaśnił Henchick. — W środku znajdą się ci najpotężniejsi, nazywamy ich „wysyłaczami". Inni mogą ustawić się wzdłuż ścieżki. Ręka w rękę, ołowianka w ołowiankę. Jutro będziemy na miejscu, nim słońce dotknie dachów domów. Stawiam na to zegarek i ostrogi. Potrzebny nam dzisiejszy wieczór, by zgromadzić magnesy i ołowianki. — Patrzył na Eddiego przepraszająco i z więcej niż odrobiną strachu. 
Ten młody człowiek cierpiał niewyobrażalnie, widać to było na pierwszy rzut oka. A poza tym był rewolwerowcem. Rewolwerowiec gotów jest atakować w każdej sytuacji, jeśli to konieczne... ale nigdy nie atakuje na oślep. 
— Może być za późno — powiedział cicho Eddie. Spojrzał na Rolanda wielkimi, piwnymi oczami, przekrwionymi teraz i podsiniałymi ze zmęczenia. — Jutro może być za późno... jeśli nawet magia przetrwa. 
Roland otworzył usta, Eddie podniósł palec. 
— Tylko nie mów ka, Rolandzie. Jeśli powiesz ka choć raz, głowa mi eksploduje, daję słowo. 
Roland zamknął usta. Nie powiedział nic. 
Eddie spojrzał na dwóch starych mężczyzn, brodatych, ubranych w ciemne stroje kwakrów. 
— A wy nie jesteście pewni, że magia przetrwa, prawda? Co da się otworzyć dziś, jutro może już być zamknięte na zawsze. I nie otworzą tego ani magnesy, ani ołowianki gromadzone od dnia stworzenia Mannich. 
— Ano — przytaknął Henchick. — Ale twoja kobieta zabrała magiczną kulę, i cokolwiek sobie myślisz, dla Świata Pośredniego i Pogranicza to dobrze, że stąd odeszła. 
— Sprzedałbym duszę, żeby ją odzyskać. I ręce — powiedział Eddie donośnym, czystym głosem. 
Wszyscy spojrzeli na niego wstrząśnięci, nawet Jake. Roland poczuł nagłą potrzebę przemówienia, skłonienia Eddiego do odwołania tych słów, jakby nigdy nie zostały powiedziane. 
Potężne siły przeszkadzały im w wędrówce ku Wieży, potężne mroczne siły, a Czarna Trzynastka to ich najpotężniejszy sigul. To, czego można użyć, można także nadużyć — odpryski Tęczy miały swój własny złowrogi glamtner, zwłaszcza Trzynastka. Zapewne była sumą ich wszystkich. Gdyby ją nawet mieli, Roland byłby gotów walczyć, by przeszkodzić Eddiemu Deanowi w położeniu na niej dłoni. W tym stanie ducha, w smutku, który uniemożliwiał mu skupienie się na czymkolwiek, kula albo zniszczyłaby go w kilka minut, albo uczyniła swym niewolnikiem na wieki. 
— I kamień by pil, gdyby miał usta — odezwała się Rosa, zaskakując ich wszystkich. — Eddie, odłóżmy na bok sprawy magii. Pomyśl o ścieżce, która prowadzi tam, na górę. Potem pomyśl o pięciu tuzinach mężczyzn, niektórych starych jak Henchick, w części ślepych jak nietoperze, próbujących wspiąć się po niej w ciemności. 
— Ten głaz — dodał Jake. — Pamiętasz ten głaz, koło którego trzeba się prześlizgnąć. Tam jest tak ciasno, że wisisz nogami nad przepaścią. Eddie skinął głową powoli, niechętnie. 
Roland widział, jak walczy ze sobą, próbując zaakceptować to, czego nie potrafił zmienić. Jak walczy o zachowanie zdrowych zmysłów. 
— Susannah Dean także jest rewolwerowcem — rzekł. — Może potrafi zadbać sama o siebie, przynajmniej przez jakiś czas. 
— Nie sądzę, by Susannah decydowała — odparł natychmiast Eddie — i ty też tak myślisz. To Mia zawładnęła nią i będzie ją kontrolować co najmniej do dnia narodzin dziecka, swojego chłopczyka. Bo on jest jej! Mia będzie rządzić dopóty, dopóki mały nie przyjdzie na świat. 
Roland odwołał się nagle do intuicji; pojawiała się wielokrotnie w ciągu lat, które spędził na szlaku, i na ogół go nie zawodziła. Nie zawiodła też w tym wypadku. 
— Możliwe, że kiedy odchodziły, to Mia kierowała krokami Susannah. I możliwe też, że nie będzie w stanie kierować nimi po drugiej stronie. Callahan oderwał się wreszcie od książki, która tak go zafascynowała.
 — Dlaczego? — spytał. 
— To świat Susannah. Nie Mii. Jeśli nie uda się im działać wspólnie, zapewne wspólnie umrą (...)
***
Podczas bitwy z Wilkami Susannah Dean znika, porwana przez Mię - demona, który zawładnął jej ciałem. Przez portal czasowy trafia do Nowego Jorku roku 1999. Mia pragnie, by Susannah urodziła chłopczyka imieniem Mordred, którego przeznaczeniem jest zabić Rolanda. Wykorzystując Jaskinię Przejścia, Pere Callahan i młody Jake udają się na poszukiwanie Susan i Czarnej Trzynastki, kryształowej kuli skupiającej złe moce, która przepadła wraz z dziewczyną. W Nowym Jorku szykują się do walki na śmierć i życie, chcąc zapobiec wydarzeniom mogącym przyspieszyć zniszczenie Mrocznej Wieży. Tymczasem Roland i mąż Susannah Eddie przenoszą się do USA 1977 roku, by od niejakiego Calvina Towera odkupić niezabudowaną posesję na Manhattanie. Rośnie tam piękna czerwona róża, od której zależą losy świata. W tym prawdziwym świecie żyje młody pisarz Stephen King, autor "Miasteczka Salem" i zapomnianego, niedokończonego cyklu o Rolandzie, gdzie powołał do życia rewolwerowca i światy alternatywne. Tylko wtedy, gdy zgodzi się na kontynuowanie opowieści, możliwe będzie odnalezienie Mrocznej Wieży...


Cykl: Mroczna Wieża (tom 6)










ZGARNIJ EBOOKA Z

Wilki z Calla - Stephen King

Wilki z Calla - Stephen King

Cudowna podróż w nieznane i mroczne światy z Mistrzem!!!! Mega Seria Dark Fantasy! POLECAM!!!

MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

PROLOG
POKUR

1.

Los obdarzył (choć niewielu farmerów użyłoby takiego słowa) Tiana trzema kawałkami ziemi: Nadrzecznym Polem, na którym jego rodzina od niepamiętnych czasów sadziła ryż; Przydrożnym Polem, gdzie ka-Jaffordsowie uprawiali buraki cukrowe, dynie lub zboże od równie wielu lat i pokoleń, oraz Sukinsynem, czyli ugorem, który dawał tylko skały, pęcherze i zawiedzione nadzieje. Tian nie był pierwszym z Jaffordsów, który postanowił zrobić coś z tymi dwudziestoma akrami za ich rodzinnym domem. Jego dziad, we wszystkich innych sprawach przeważnie wykazujący zdrowy rozsądek, był przekonany, że znajdzie tam złoto. Mama Tiana była równie pewna tego, że można uprawiać na tej ziemi porin, będący cenną przyprawą. Natomiast Tian miał kręćka na punkcie madrygału. To jasne, że madrygał doskonale obrodzi na Sukinsynie. Po prostu musi tam obrodzić.
Tian zdobył tysiąc nasion (które kosztowały go majątek) i schował je pod podłogą swojej sypialni. Teraz, żeby zasiać je w przyszłym roku, musiał tylko rekultywować Sukinsyna.
Łatwiej to powiedzieć, niż zrobić.
Klan Jaffordsów mógł się poszczycić żywym inwentarzem, między innymi trzema mułami, ale tylko szaleniec próbowałby orać mułem Sukinsyna. Nieszczęsne zwierzę, wykorzystane do wykonania tego zadania, zapewne jeszcze przed południem pierwszego dnia padłoby ze złamaną nogą lub użądlone na śmierć. Przed kilkoma laty taki los o mało nie spotkał jednego z wujów Tiana. Przybiegł z powrotem do domu, wrzeszcząc na całe gardło, ścigany przez olbrzymie zmutowane osy o żądłach wielkości gwoździ.
Znaleźli ich gniazdo (a raczej znalazł je Andy, który nieobawiał się os, choćby nie wiem jak wielkich), polali je naftą i spalili, ale mogły być tam inne. I te dziury. Do licha, były wszędzie, a nie można spalić dziur, no nie? Nie da się. Sukinsyn leżał na czymś, co starzy ludzie nazywali „luźnym gruntem”.
Było na nim niemal tyle samo dziur, co głazów, nie mówiąc już o jaskiniach, przynajmniej jednej, z której wydobywały się opary paskudnie cuchnącego gazu. Kto wie, jakie strachy i zjawy mogły czaić się w jej ciemnej gardzieli?
A najgorsze dziury kryły się tam, gdzie człowiek (ani muł) nie mógł ich zauważyć. W żadnym razie, panie szanowny, nie dało się. Zawsze kryły się w niewinnie wyglądających kępach chwastów i wysokiej trawy. Jeśli muł trafił na taką, dawał się słyszeć głośny trzask, jakby pękła gałąź, po czym przeklęte zwierzę padało na ziemię, szczerząc zęby, wytrzeszczając ślepia, i ryczało z bólu pod niebiosa. Przynajmniej dopóki nie skróciło się jego cierpień, a w Calla Bryn Sturgis zwierzęta były bardzo cenne, nawet te rzadko używane jako pociągowe.
Tak więc Tian orał swoją siostrą. A czemu nie? Tia była pokurem, więc właściwie do niczego innego się nie nadawała.
Była rosłą dziewuchą – pokury często osiągają spore rozmiary – a także chętną, Jezusie-Człowieku miej ją w opiece. Stary Człowiek zrobił jej jezusowe drzewko, które nazywał „krusyfiksem”, a ona nosiła je przez cały czas. Teraz kołysało się i obijało o jej spoconą skórę, kiedy ciągnęła pług. Ten był przytroczony do jej ramion rzemienną uprzężą. Idąc za nią, trzymając pług za rączki z żelaznego drzewa i kierując ruchami siostry za pomocą lejców, Tian stękał, szarpał i popychał, gdy lemiesz wchodził zbyt głęboko, grożąc uwięźnięciem. Był koniec Pełnej Ziemi, lecz tutaj, na Sukinsynie, było gorąco jak w środku lata. Kombinezon Tii był ciemny od potu i kleił się do jej długich i masywnych ud. Za każdym razem gdy Tian potrząsał głową, żeby odgarnąć spadające na oczy włosy, pot pryskał z nich na wszystkie strony.
– Dawaj, suko! – wrzasnął. – Tamuj leży głaz, co może złamać lemiesz. Ślepa jesteś?
Nie ślepa i nie głucha – po prostu pokur. Skręciła w lewo energicznie. Idący za nią Tian zachwiał się, gwałtownie szarpnięty, i otarł sobie łydkę o inny głaz, którego nie zauważył i jakimś cudem ominął lemieszem. Czując strużki spływającej mu po nodze krwi, zadał sobie pytanie (nie po raz pierwszy), co za szaleństwo sprowadza tu wiecznie Jaffordsów. W głębi serca przeczuwał, że madrygał nie wzejdzie tutaj, tak samo jak kiedyś porin, chociaż można było na tym ugorze uprawiać diabelskie ziele. Taak, mógłby mieć to gówno na całych dwudziestu akrach, gdyby chciał. Chodzi jednak o to, żeby do tego nie dopuścić, i od tego zawsze zaczynano prace polowe w sezonie Nowej Ziemi. Diabelskie ziele...
Pług skręcił w prawo, a potem skoczył do przodu, o mało nie wyrywając mu rąk ze stawów.
– Auu! – krzyknął. – Spokojnie, dziewczyno! Ręce mi nie odrosną, jak mi je wyrwiesz, no nie?
Tia uniosła szeroką, spoconą twarz ku zasnutemu nisko wiszącymi chmurami niebu i ryknęła śmiechem. Panie Jezu, naprawdę ryczała jak osioł. A jednak to był śmiech, ludzki śmiech. Tian czasem mimo woli zastanawiał się, czy ten śmiech rzeczywiście coś wyraża. Czy ona rozumiała choć trochę z tego, co mówił, czy też reagowała tylko na ton jego głosu? Czy któryś z pokurów...
– Dzień dobry, sai – rozległ się głośny i beznamiętny głos za jego plecami. Właściciel głosu zignorował zaskoczony okrzyk Tiana. – Miłych i licznych dni na tej ziemi. Przybyłem tu po długiej wędrówce i jestem do twoich usług.
Tian gwałtownie odwrócił się. Zobaczył tuż obok Andy’ego – w całej dwumetrowej okazałości – i o mało nie klapnął na tyłek, gdy siostra zrobiła kolejny energiczny krok do przodu. Gwałtownie szarpnięte lejce wyślizgnęły mu się z dłoni i z głośnym klaśnięciem owinęły wokół szyi. Tia, nieświadoma niczego, zrobiła kolejny krok. Lejce zacisnęły się na szyi Tiana, pozbawiając go tchu. Zarzęził, rozpaczliwie szarpiąc rzemienie. Andy przyglądał się temu ze swym szerokim i głupawym uśmiechem.
Tia ponownie szarpnęła uprząż, zwalając Tiana z nóg. Wylądował na kamieniu, który boleśnie wbił mu się między pośladki, ale przynajmniej znów mógł oddychać. Przynajmniej przez chwilę. Przeklęte, pechowe pole! Zawsze takie było! I zawsze będzie!
Tian chwycił lejce, zanim znów zacisnęły mu się na szyi, i wrzasnął:
– Stój, ty suko! Zatrzymaj się, jeśli nie chcesz, żebym ukręcił ci te wielkie i bezużyteczne cyce!
Tia posłusznie zatrzymała się i obejrzała, sprawdzając, o co chodzi. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Podniosła muskularną rękę – lśniącą od potu – i wskazała palcem.
– Andy! – powiedziała. – Andy przyszedł.

– Nie jestem ślepy – warknął Tian i wstał, rozcierając sobie pośladki. Czy z nich też płynęła krew? Jezusie-Człowieku, podejrzewał, że tak.
– Dzień dobry, sai – zwrócił się do niej Andy i trzykrotnie stuknął trzema palcami w metalową szyję. – Długich dni i przyjemnych nocy.
Chociaż Tia z pewnością słyszała standardową odpowiedź na to powitanie – „A tobie dwakroć tyle” – co najmniej tysiąc razy, zdołała tylko podnieść swą szeroką twarz ku niebu i znów ryknąć tym głupawym śmiechem. Przez moment Tian poczuł zadziwiająco dotkliwy ból, nie ramion, szyi czy pokiereszowanych pośladków, lecz serca. Pamiętał ją jako małą dziewczynkę, śliczną i szybką jak ważka, bystrą jak mało kto. Potem...
Zanim jednak zdołał dokończyć tę myśl, napłynęła następna.
Przestraszył się. Wieści mogły przyjść akurat teraz, kiedy jestem tutaj. Na tym przeklętym polu, gdzie nic się nie udaje i wszystko idzie źle. Przecież to już czas, no nie? To już ten czas.
– Andy – powiedział.
– Tak! – odparł z uśmiechem Andy. – Andy, wasz przyjaciel! Wróciłem po długiej podróży, aby wam służyć. Chcesz poznać swój horoskop, sai Tian? Mamy Pełną Ziemię. Księżyc ma czerwoną barwę. W Świecie Pośrednim nazywano go Księżycem Łowczyni. Spotkanie z przyjacielem! Powodzenie w interesach! Wpadniesz na dwa pomysły, jeden dobry, drugi zły...
– Tym złym było oranie tego pola – przerwał mu Tian. – Daj spokój cholernemu horoskopowi, Andy. Po co przyszedłeś?
Uśmiech Andy’ego zapewne nie mógł wyrażać zakłopotania – w końcu był robotem, ostatnim w Calla Bryn Sturgis oraz w promieniu wielu mil i kół – a mimo to Tianowi wydał się zakłopotany. Robot wyglądał jak dorosły narysowany przez dzieciaka – niewiarygodnie wysoki i chudy. Nogi i ręce miał ze srebrzystego metalu. Głowę jak beczka z nierdzewnej stali, i elektroniczne oczy. Tułów, niewiele grubszy od rurki, złocisty.
Na środku tego, co u człowieka byłoby torsem, znajdowała się tabliczka:

NORTH CENTRAL POSITRONICS, LTD
WRAZ Z
LaMERK INDUSTRIES
PRODUKT:

ANDY

Model: POSŁANIEC (I Wiele Innych Funkcji)
Numer seryjny: DNF-44821-V-63

Tian nie wiedział i nie dbał o to, dlaczego ten głupek przetrwał, podczas gdy wszystkie inne roboty przestały istnieć – już od wielu pokoleń. Można go było spotkać w każdym zakątku Calla (której granic nie opuszczał), kroczącego na swych niewiarygodnie cienkich srebrzystych nogach, zaglądającego wszędzie i od czasu do czasu popiskującego do siebie, gdy magazynował (a może kasował, kto to wie?) informacje. Śpiewał piosenki, roznosił plotki oraz wieści z jednego końca miasta na drugi – gdyż robot Andy był niestrudzonym wędrowcem i Posłańcem – i ze szczególnym upodobaniem zdawał się przekazywać horoskopy, chociaż wszyscy w miasteczku zgodnie twierdzili, że przeważnie bezwartościowe.
Robił jednak coś jeszcze, i to coś bardzo ważnego.
– Po co tu przyszedłeś, ty kupo złomu? Odpowiadaj! Czy to Wilki? Przybywają z Jądra Gromu?
Tian stał, patrząc na głupkowato uśmiechniętą metalową twarz Andy’ego, czując strużkę zimnego potu, spływającą po plecach, i modląc się gorąco, żeby ten dureń zaprzeczył i ponownie zaproponował podanie horoskopu lub zaśpiewanie wszystkich dwudziestu lub trzydziestu zwrotek piosenki Zieleni się żytko, zieleni.
Wciąż uśmiechnięty Andy odpowiedział:
– Tak, sai.
– Chryste i Jezusie-Człowieku – rzekł Tian (z opowieści Starego Człowieka domyślał się, że te dwa słowa oznaczają to samo, ale nigdy nie próbował tego dociec). – Kiedy?
– Minie jedna pora księżycowa, zanim tu dotrą – odparł wciąż uśmiechnięty Andy.
– Od pełni do pełni?
– Prawie, sai.
Zatem trzydzieści dni, mniej więcej. Trzydzieści dni do przybycia Wilków. I nie było sensu się łudzić, że Andy się myli. Nikt nie miał pojęcia, w jaki sposób robot z takim wyprzedzeniem wie, kiedy Wilki przybywają z Jądra Gromu, ale wiedział. I nigdy się nie mylił.
– Pieprzyć cię za te parszywe wieści! – wykrzyknął Tian, zły na siebie za drżenie głosu. – Co z ciebie za pożytek?
– Przykro mi, że to złe wieści – rzekł Andy. Coś głośno szczęknęło w jego trzewiach, a oczy rozjarzyły się intensywniejszym błękitem, gdy zrobił krok do tyłu. – Może chcesz poznać swój horoskop? Mamy koniec Pełnej Ziemi, szczególnie sprzyjający czas do zakończenia starych spraw i poznania nowych ludzi...
– I pieprzę twoje fałszywe proroctwa!
Tian pochylił się, podniósł grudę ziemi i cisnął nią w robota.
Tkwiący z bryle kamyk z brzękiem odbił się od metalowej powłoki Andy’ego. Tia jęknęła i zaczęła płakać. Andy cofnął się o jeszcze jeden krok, przy czym jego długi cień przesunął się po Sukinsynie. Wciąż się uśmiechał tym znienawidzonym, głupkowatym uśmiechem.
– A może piosenkę? Nauczyłem się bardzo zabawnej od Manni na północnym krańcu miasta. Nazywa się Jak trwoga to do Boga.
Gdzieś z wnętrza Andy’ego wydobył się drżący brzęk drumli, a potem dźwięki fortepianu.
– Brzmi tak...
Pot spływał Tianowi po policzkach i przylepiał swędzące jądra do ud. Cuchnący zapach jego głupiej obsesji. Tia z tępą miną, rycząca wniebogłosy. I ten zidiociały, przynoszący złe wieści robot, szykujący się do odśpiewania jakiegoś cholernego psalmu Mannich.
– Cicho bądź, Andy – powiedział dość spokojnie, ale przez zaciśnięte zęby.
– Sai – zgodził się robot, po czym na szczęście zamilkł.
Tian podszedł do płaczącej siostry, objął ją ramieniem i poczuł jej intensywny (chociaż nie tak znów nieprzyjemny) zapach. Nie była to woń obsesji, lecz pracy i posłuszeństwa.
Westchnął i pogładził jej drżące ramię.
– Przestań, ty wielka mazgajowata cipo.
Te przykre słowa powiedział niezwykle łagodnie, a ona zareagowała na ton głosu. Zaczęła się uspokajać. Jej brat stał, czując ucisk biodra siostry tuż poniżej żeber (ponieważ była od niego o dobrą stopę wyższa) i przypadkowy przechodzień z pewnością przystanąłby na ich widok, zdumiony podobieństwem twarzy i ogromną różnicą wzrostu. Przynajmniej to podobieństwo wydawało się zupełnie naturalne: byli bliźniakami.
Uspokoił siostrę, łącząc czułe słowa ze zniewagami – od kiedy wróciła ze wschodu jako pokur, Tian Jaffords nie zwracał się do niej inaczej – i wreszcie przestała szlochać. A gdy po niebie przemknął kruk, zataczając kręgi i jak zwykle wydając szereg nieprzyjemnych dźwięków, wskazała ptaka palcem i roześmiała się.Tiana ogarnęło dziwne uczucie, tak obce jego naturze, że nawet nie potrafił go nazwać.
– To nie w porządku – powiedział. – Nie, ludzie. Na Jezusa-Człowieka i wszystkich innych bogów, nie w porządku.
Spojrzał na wschód, gdzie wzgórza wtapiały się w ścianę nieprzeniknionej ciemności, która mogła być, lecz nie była warstwą chmur. Był to skraj Jądra Gromu.
– To nie w porządku, co z nami robią.
– Na pewno nie chcesz poznać swojego horoskopu, sai? Widzę lśniące monety i piękną czarnowłosą damę.
– Czarnowłose damy będą musiały obejść się beze mnie – odparł Tian i zaczął ściągać uprząż z szerokich ramion siostry. – Jestem żonaty, o czym z pewnością dobrze wiesz.
– Wielu żonatych mężczyzn ma kochanki – zauważył Andy. W uszach Tiana zabrzmiało to jak szyderstwo.
– Nie ci, którzy kochają swoje żony. – Tian przerzucił uprząż przez ramię (zrobił ją sam, gdyż w większości zagród zawsze jej brakowało) i ruszył w kierunku domu. – A w każdym razie nie farmerzy. Pokaż mi farmera, którego stać na kochankę, a ucałuję twoje błyszczące dupsko. Zbieraj się, Tia. Ruszaj nogami.
– Dom? – spytała.
– Właśnie.
– Obiad w domu? – Spojrzała na niego niepewnie, z nadzieją. – Ziemniaki? – I po chwili dodała: – Sos?
– Jasne – powiedział Tian. – Do licha, czemu nie?
Tia radośnie krzyknęła i popędziła w kierunku zabudowań.
Kiedy biegła, miała w sobie coś, co niemal budziło podziw. Jak zauważył kiedyś ich ojciec, niedługo przed tą jesienią, podczas której odszedł, „Bystra czy głupia, ale kawał z niej baby”.
Tian powoli poszedł za nią, ze spuszczoną głową, wypatrując dziur, które jego siostra omijała, nawet nie patrząc na nie, jakby miała w głowie narysowaną mapę, gdzie zaznaczono je wszystkie. To dziwne nowe uczucie wciąż rosło. Znał gniew – jak każdy farmer, któremu krowy padły na mleczną chorobę lub letni grad położył pokotem zboże – lecz to uczucie było głębsze. Czuł wściekłość, a ta była dla niego czymś nowym. Szedł powoli, ze spuszczoną głową i zaciśniętymi pięściami. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że Andy idzie za nim, dopóki robot nie powiedział:
– Są jeszcze inne wieści, sai. Na północny zachód od miasta, ścieżką Promienia, nadchodzą obcy ze Świata Zewnętrznego...
– Chrzanić Promień, obcych i ciebie – warknął Tian. – Zostaw mnie w spokoju, Andy.
Robot na chwilę zatrzymał się w miejscu, wśród głazów, chwastów i jałowych pagórków Sukinsyna, tego ugoru należącego do Jaffordsów. Z jego wnętrza wydobywały się ciche piski. Migotał oczami. Potem postanowił pójść i porozmawiać ze Starym Człowiekiem. Ten nigdy nie kazał mu się chrzanić.
Stary Człowiek zawsze chciał poznać swój horoskop. A ponadto interesował się obcymi.
Andy ruszył w kierunku miasta i Naszej Łaskawej Pani (...)


***
Do Calla Bryn Sturgis, miasteczka położonego w miejscu zwanym pograniczem, zbliżają się hordy Wilków - tajemniczych, uzbrojonych po zęby stworów w wilczych maskach. Regularnie co dwadzieścia parę lat napadają na mieszkańców okolicznych miejscowości i porywają ich dzieci. Poddane bliżej nieokreślonym, złowrogim rytuałom dzieci wracają później jako pokury, istoty upośledzone umysłowo.


Cykl: Mroczna Wieża (tom 5)










ZGARNIJ EBOOKA Z

Wiatr przez dziurkę od klucza - Stephen King

Wiatr przez dziurkę od klucza - Stephen King

Klimat serii Wieża utrzymany:-)

MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!



PRZEDMOWA
Większość osób trzymających w rękach tę książkę śledziła przygody Rolanda i jego towarzyszy – jego ka-tet – przez lata, a niektórzy od samego początku. Inni – i mam nadzieję, że jest ich wielu, zarówno nowych, jak i stałych czytelników – mogą zadać sobie pytanie: Czy mogę czytać tę powieść i cieszyć się nią, jeśli nie czytałem innych książek z cyklu Mroczna Wieża! Moja odpowiedź brzmi: tak, jeżeli będziecie pamiętali o kilku sprawach.Po pierwsze, Świat Pośredni leży obok naszego i w wielu miejscach się nań nakłada. W niektórych punktach znajdują się drzwi łączące oba te światy, a w innych granica między nimi jest tak cienka i przepuszczalna, że łączą się ze sobą. Trzy osoby tworzące ka-tet Rolanda, czyli Eddie, Susannah i Jake, zostały kolejno powołane, każda z innej nowojorskiej i niebezpiecznej rzeczywistości, aby wziąć udział w wyprawie rewolwerowca. Czwarty towarzysz ich podróży, bumbler zwany Ejem, jest złotookim stworzeniem pochodzącym ze Świata Pośredniego. A ten świat jest stary i zrujnowany, pełen potworów i magii, której nie można ufać.Po drugie, Roland Deschain z Gilead jest rewolwerowcem – jednym z nielicznych próbujących utrzymać porządek w świecie rosnącego bezprawia. Jeśli uznacie rewolwerowców z Gilead za dziwne połączenie błędnych rycerzy oraz szeryfów z Dzikiego Zachodu, będziecie bliscy prawdy. Większość z nich, chociaż nie wszyscy, wywodzi się z rodu dawnego Białego Króla, znanego jako Arthur Eld (mówiłem wam, że te światy się nakładają). Po trzecie, nad Rolandem ciąży straszliwa klątwa. Zabił swoją matkę, gdyż miała romans – niezupełnie z własnej woli i z pewnością wbrew zdrowemu rozsądkowi – z facetem, którego spotkacie na kartkach tej powieści. Chociaż Roland zrobił to pod wpływem magii, wciąż się obwinia, a śmierć nieszczęsnej Gabrielle Deschain dręczy go od wczesnej młodości. Te wydarzenia są wyczerpująco opisane w cyklu Mroczna Wieża, ale pomyślałem, że warto, aby wszyscy o nich wiedzieli. Stali czytelnicy powinni umieścić tę książkę po powieści Czarnoksiężnik i kryształ, a przed Wilkami z Calla... co chyba czyni ją tomem numer 4,5.Co do mnie, z przyjemnością odkryłem, że moi starzy przyjaciele mają jeszcze coś do powiedzenia, gdyż myślałem, że ich historie już zostały opowiedziane. Ponowne spotkanie z nimi po latach sprawiło mi wielką radość. Stephen King14 września 2011 rok

 LODODMUCH

1.

Po opuszczeniu Szmaragdowego Pałacu – niestety, nie był on pałacem z krainy Oz, jednakże teraz stał się grobowcem nieprzyjemnego faceta, znanego ka-tet Rolanda jako Tik-Tak – Jake zaczął coraz bardziej oddalać się od Rolanda, Eddiego i Susannah.
– Nie martwisz się o niego? – spytała Susannah. – O to, że jest tam sam?
– Ma ze sobą Eja – powiedział Eddie, mówiąc o bumblerze, który uznał Jake’a za swojego najlepszego przyjaciela. – A Ej dobrze traktuje miłych ludzi, ale ma ostre zęby dla tych, którzy mili nie są. O czym boleśnie przekonał się niejaki Gasher. – Ponadto Jake ma broń swojego ojca – dodał Roland. – I wie, jak się nią posłużyć. Wie to bardzo dobrze. Nie zejdzie ze ścieżki Promienia.
Wskazał w górę okaleczoną dłonią. Nisko wiszące chmury w większości były nieruchome, tylko jeden ich rząd powoli płynął na południowy wschód. W kierunku Gór Gromu, jeśli notatka pozostawiona dla nich przez kogoś podpisującego się RF mówiła prawdę. Ku Mrocznej Wieży.
– Tylko dlaczego... – zaczęła Susannah, lecz nagle fotel inwalidzki podskoczył na wyboju. Odwróciła się do Eddiego. – Uważaj, gdzie mnie pchasz, złotko.
– Przepraszam – rzekł Eddie. – Drogowcy ostatnio nie naprawiali tego odcinka autostrady. Najwidoczniej na skutek cięć budżetowych.
Wprawdzie nie była to autostrada, tylko droga... przynajmniej kiedyś: teraz zostały z niej dwie ledwie widoczne koleiny miejscami zasłane kulami solanki kolczystej. Wcześniej tego ranka minęli nawet opuszczony sklep z ledwie czytelnym szyldem SKŁAD TOWARÓW TOOKA. Weszli do środka, szukając prowiantu – wtedy jeszcze Jake i Ej byli z nimi – lecz nie znaleźli niczego prócz kurzu, starych pajęczyn i szkieletu jakiegoś stworzenia, które mogło być dużym szopem, małym psem lub bumblerem. Ej obwąchał go pobieżnie, po czym obsikał kości i opuścił skład, żeby usiąść na środku drogi i owinąć się puchatym ogonem. Spoglądał tam, skąd przyszli, i węszył. Roland widział dziwne zachowanie bumblera i zaczął się niepokoić. Może ktoś ich tropił? Nie wierzył, żeby tak było, ale wygląd Eja – rozdęte nozdrza, nastawione uszy, podwinięty ogon – przywoływał jakieś wspomnienie lub skojarzenie, którego nie potrafił uchwycić.
– Dlaczego Jake chce być sam? – zapytała Susannah.
– Czy uważasz to za niepokojące, Susannah z Nowego Jorku? – zapytał Roland.
– Tak, Rolandzie z Gilead, uważam to za niepokojące. Uśmiechnęła się przyjaźnie, lecz w jej oczach zapalił się dawny groźny błysk. Roland wiedział, że to ta część jej osobowości, która należała do Detty Walker. Detta nigdy nie odejdzie na zawsze i wcale nie było mu przykro z tego powodu. Bez tej obcej osoby, która wciąż tkwiła w jej sercu niczym okruch lodu, Susannah byłaby tylko ładną czarnoskórą kobietą z nogami obciętymi poniżej kolan. Wraz z Dettą stała się osobą, z którą należało się liczyć. Była niebezpieczna. Była rewolwerowcem.
– On ma o czym myśleć – cicho powiedział Eddie. – Wiele przeszedł. Nie każdy dzieciak powraca z zaświatów. I jest tak, jak mówi Roland: jeśli ktoś stanie mu na drodze, gorzko tego pożałuje. – Eddie przestał pchać wózek, otarł pot z czoła i spojrzał na Rolanda. – Czy w ogóle jest tu ktoś na tym podmiejskim pustkowiu, Rolandzie? Czy może wszyscy poszli dalej? – Och, zgaduję, że kilku tu zostało.
Wcale nie zgadywał; podążając ścieżką Promienia, byli kilkakrotnie obserwowani. Raz przez wystraszoną kobietę z niemowlęciem w zawiniątku, obejmującą ramieniem dwójkę dzieci. Raz przez starego farmera, półmutanta z podrygującą macką zwisającą mu z kącika ust. Eddie i Susannah nie widzieli tych ludzi i nie wyczuli obecności innych, którzy bezpiecznie skryci w krzakach i wysokich trawach obserwowali ich przemarsz. Eddie i Susannah musieli jeszcze wiele się nauczyć. Jednakże wyglądało na to, że nauczyli się już przynajmniej części tego, co będzie im potrzebne, ponieważ Eddie zapytał:
– Czy to ci podążający za nami, których zwęszył Ej?
– Nie wiem.
Roland zastanawiał się, czy dodać, że jest pewny, iż w dziwnym umyśle małego bumblera zalęgła się inna myśl, ale postanowił o tym nie mówić. Rewolwerowiec spędził długie lata bez ka-tet i przywykł nie zasięgać niczyich rad. Powinien zerwać z tym zwyczajem, jeśli ka-tet ma pozostać silne. Lecz nie dziś, nie tego ranka.
– Ruszajmy – powiedział. – Jestem pewien, że Jake tam na nas czeka (...)


***
Roland z Gilead jest rewolwerowcem, jednym z nielicznych usiłujących utrzymać porządek w świecie rosnącego bezprawia, połączeniem błędnego rycerza i szeryfa z Dzikiego Zachodu. Wraz z grupą towarzyszy przemierza złowrogi, wyludniony świat, zniszczony przez wojny, zamieszkały przez mutanty i demony, w poszukiwaniu tajemniczej Mrocznej Wieży stojącej w centrum istnienia wszystkich światów. Wędrowców zatrzymuje lodowaty wicher niszczący wszystko na swojej drodze. Chcąc przetrwać, znajdują schronienie w opustoszałym budynku wiejskiej świetlicy. Tam spędzają noc, słuchając opowiadania Rolanda o jednej z pierwszych misji, jaką wykonał po tym, gdy stał się rewolwerowcem. Wysłany przez ojca do Debarii, by pomóc tamtejszym mieszkańcom uporać się z mordującym całe rodziny zmiennokształtnym stworem, skóroczłekiem, Roland bierze pod opiekę dziesięcioletniego chłopca, Billa Streetera, jedynego ocalałego z ostatniej rzezi. Usiłując uspokoić przerażone dziecko, opowiada mu swą ulubioną historię z dzieciństwa zatytułowaną Wiatr przez dziurkę od klucza, którą często czytała mu matka. Występuje w niej chłopiec, Tim Ross, znany później jako Tim Dzielne Serce, nieustraszony rewolwerowiec...



Cykl: Mroczna Wieża (tom 4.5)








ZGARNIJ EBOOKA Z


Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger