"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gothic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gothic. Pokaż wszystkie posty
Zwyczajne potwory J. M. Miro

Zwyczajne potwory J. M. Miro

"... codziennie towarzyszy nam to, co niewidoczne. Bo czymże innym jest strata? Czym jest śmierć? Kto nie wierzy w rzeczy, których nie potrafi wyjaśnić? Bóg i anioły, grawitacja i elektryczność, śmierć i tajemnica życia. Istnieją siły, które rozumiemy, i siły, które nas przerastają."

Jest niewiele opowieści, które mogą się poszczycić osobowością.

Ale istnieją, nawet pamiętam kilka do tej pory...


Jak ona się objawia?


Obrazowością. 

Wyjątkowym klimatem. 

Tym, że nie można przestać o niej myśleć nawet w trakcie, nawet po.

Zakochujemy się w niej.

Epicka skala.


Tak właśnie jest z tą powieścią.


Pomimo objętości czytanie nie jest harówką, ale rozkoszą.

Oprócz tego, że znajduje się  tu dość sporo fantastyki, czarnej i mrocznej, to jest jeszcze w tym wszystkim wcale nie jakaś tam bajkowa groza, ale ta prawdziwa. Straszliwa. 

Świetne połączenie, jak dla mnie.

Mega perfekcyjnie zarysowane postaci. Wszystkie. Aż się widzi (mimowolnie) ekranizację, ale nie wiem, kto podjąłby się tak monumentalnego wysiłku.

Mamy tu przedstawioną historię dzieci, właściwie dwójki z nich, które, posiadają Talenty. 

"Talenty [...] są czymś w rodzaju pomostu łączącego to, co żywe, z tym, co martwe. Istnieją pomiędzy znanymi nam stanami egzystencji, pomiędzy światami, można by powiedzieć."

Są obdarzone różnego rodzaju nadprzyrodzonych i wrodzonych zdolności, darów. Takie dzieci są poszukiwane przez prywatnych detektywów i odsyłane w założeniu do szkoły, akademii, Instytutu Cairndale. 

Po co?

Aby uchronić świat żywych i umarłych przed końcem, apokalipsą i bardzo mroczną przyszłością.

Mam wrażenie, że w założeniu to chyba miała być kategoria raczej young adult. Ale nie jest. Nasuwa się porównanie oczywiste z Umbrella Academy czy X-Men, seria Pani Peregrine ale w odsłonie gotyckiej atmosfery, czarnej magii, mgły i serii Penny Dreadfull!

I tylko wielka szkoda, że trzeba czekać na tom drugi nie wiadomo ile czasu, a tom trzeci chyba się dopiero pisze...

Rewelacyjny scenariusz do magicznej mrocznej ekranizacji!!

MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Oszałamiająca wizja zmierzającego do katastrofy wiktoriańskiego świata, który ocalić mogą utalentowane dzieci. Witaj w mrocznym labiryncie świata talentów!


Rok 1882. W instytucie mieszczącym się na północ od Edynburga osobliwy naukowiec gromadzi obdarzone niezwykłymi zdolnościami sieroty. W Londynie dwójkę takich dzieci tropi ponury prześladowca, człowiek o ciele utkanym z dymu.


Szesnastoletni Charlie Ovid sam się uzdrawia – nawet wbrew własnej woli. Mały Marlowe zaś lśni dziwnym niebieskim światłem. Potrafi też roztapiać lub uzdrawiać ciało. Obaj chłopcy trafiają do Szkocji przewiezieni tam przez dwoje doświadczonych detektywów.


Wędrówka rozpoczęta na londyńskich ulicach zaprowadzi ich na teren upiornej posiadłości pod Edynburgiem. W tym miejscu świat żywych i świat umarłych są o krok od katastrofalnego zderzenia. Odkrywając sekrety instytutu, Marlowe, Charlie i inne utalentowane dzieci poznają prawdę o swoich umiejętnościach i naturę dręczącej ich mrocznej siły. Czasem bowiem najstraszniejsze potwory przynoszą najsłodsze dary.


AUTOR


Mexican Gothic Silvia Moreno-Garcia

Mexican Gothic Silvia Moreno-Garcia

 "Ten dom trawi choroba, cuchnie tu zgnilizną, roi się od wszelkiego zła, tchnie okrucieństwem. Próbuję pozostać przy zdrowych zmysłach, odtrącić to plugastwo, ale nie potrafię i zdarza się, że tracę poczucie czasu, rwą mi się myśli [...] Rygluję drzwi, ale przychodzą mimo to, szepczą nocami, a ja drżę przed tymi niespokojnymi zmarłymi, tymi duchami, bezcielesnymi bytami."


Klimat mglisty i cała opowieść jest tak jakby za mgłą: to nie jest to, co mogłoby być, jest takie ulotne i delikatne, taka groza romantyczna chwilami. Taka właśnie jest, ale tylko na początku. Potem robi się mroczniej i mroczniej...

Przeklęty dom. Przeklęta rodzina. Przeklęte małżeństwo i kuzynka, która przybywa z odsieczą do starego Wysokiego Dworu, pełnego pajęczyn, pleśni na ścianach, lamp naftowych, mieszkańców wyprutych z życia, jakby z innej epoki, koszmarów nocnych na jawie. 

"- To był sen [...]

- Co nie znaczy, że to się nie zdarzyło."

Dworu, który jest więzieniem. 

Grobowcem.

Grzybem.

"Są takie zatęchłe miejsca. Miejsca, gdzie ciężkie jest samo powietrze, bo wisi w nim zło."

Czy uda jej się uratować kuzynkę? 

Jeśli tak, to przed czym?

Czy uda jej się uratować samą siebie?

I czym jest Pomrok?

"Otwórz oczy."

Polecam, atmosfera jest głównym atutem!



MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Mexican Gothic – wciągająca powieść grozy wyróżniona GOODREADS CHOICE AWARD 2020.

Rezydencja na odludziu. Złowrogi charyzmatyczny arystokrata i odważna gwiazdka socjety, która aż pali się do odkrywania niebezpiecznych sekretów…

Otrzymawszy gorączkowy list od kuzynki, świeżo upieczonej mężatki, która błaga o ratunek przed tajemniczym fatum, Noemí Taboada wyrusza do Wysokiego Dworu, odludnego domostwa na meksykańskiej prowincji. Nie ma pojęcia, czego może się tam spodziewać – o samej okolicy wie niewiele, a mąż kuzynki, przystojny Anglik, jest dla niej kimś zupełnie obcym.

Noemí nie wydaje się najlepszą kandydatką na wybawczynię. Jest olśniewającą debiutantką, a jej szykowne stroje i doskonałe czerwone szminki lepiej pasowałyby do koktajlowych przyjęć niż do amatorskiego śledztwa. Ale jest też twarda i bystra, ma niezłomny charakter, a przy tym nie boi się ani nowego męża kuzynki, demonicznego i urzekającego zarazem, ani jego ojca, wiekowego patriarchy rodu, wyraźnie zafascynowanego Noemí, ani nawet samego domu, który zaczyna dręczyć ją w snach wizjami pełnymi krwi i śmierci.

Jej jedynym sprzymierzeńcem w tym niegościnnym domostwie jest najmłodszy syn w rodzinie. Nieśmiały i łagodny, zdaje się być po stronie Noemí, lecz kto wie, czy nie skrywa mrocznych tajemnic dotyczących rodzinnej przeszłości? A za murami Wysokiego Dworu czai się niejeden sekret. Dawne bogactwo i górnicze imperium chroniły dotąd Doyle’ów od wścibskich spojrzeń, ale gdy Noemí zaczyna kopać głębiej, natrafia na obfite pokłady przemocy i szaleństwa.

Zafascynowana tym przerażającym, a jednak pociągającym światem Wysokiego Dworu, być może odkryje wkrótce, że opuszczenie tego enigmatycznego miejsca staje się coraz bardziej niemożliwe.

Mexican Gothic to hipnotyzująca i niepokojąca powieść grozy, która zachwyca ponurym klimatem starego dworu i doskonale skonstruowaną, trzymającą w napięciu fabułą.



AUTOR


Ukryty pokój. Opowieści osobliwe i makabryczne Robert Aickman

Ukryty pokój. Opowieści osobliwe i makabryczne Robert Aickman

"Żywi i umarli tańczą razem.
To ten czas,
To to miejsce.
To ta pogoda."

Klimatyczna lektura, wymagająca bardzo dużo czytelniczej cierpliwości, która nagrodzona zostaje niepowtarzalnym klimatem nienamacalnej grozy.

Koszmarny zestaw nawiedzonych opowiadań, rozwiniętych do granic możliwości, z zaskakująco nie/do/rozwiniętymi końcówkami.

Każde z tych opowiadań do idealny materiał na creepy scenariusz filmu, w stylu Daphne du Maurier.

Polecam!

SPIS TREŚCI

Pociągi - nawiedzony dom przy torach, klimat w stylu Hitchcock'a

Jaka zimna rączka - nawiedzony telefon i zakochana panna z zaświatów

Dzwony - nawiedzone miasteczko i podejrzana gospoda

Morze ciemne jak wino - nawiedzona wyspa z wiedźmami w tle

Ukryty pokój - nawiedzony domek dla lalek

Miecze - mroczny cyrk i tajemnicza panna z mieczami

Hospicjum - nawiedzony hotel pośrodku niczego

Ten sam pies - nawiedzony dom, strzeżony przez demonicznego psa

MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Czytając Aickmana, łatwo wysnuć wniosek, że rzeczy niezwykłe, nienaturalne mogą spotkać każdego, rzeczywistość bowiem wcale nie jest taka, jak ją postrzegamy. [...] Tylko czy faktycznie protagonista Aickmana to zwykły szary przedstawiciel gatunku ludzkiego? Może tylko pozornie. Najczęściej, wraz z biegiem fabuły – za sprawą luźnych wtrąceń, krótkich oznajmień, niedopowiedzeń, drobnych wskazówek to tu, to tam – okazuje się, że bohaterowie Aickmana to ludzie o wnętrzu bardziej zawiłym aniżeli ich przeszłość. A może właśnie rzecz w tym, że każdy przeciętny człowiek to niezwykle skomplikowany konstrukt psychologiczny? Czy duchy to błąkające się pośród żywych zjawy, czy może wytwory, żeby nie powiedzieć, owoce naszego życia wewnętrznego? [...]


Aickman wpłynął na twórczość wielu współczesnych autorów grozy. Wystarczy wymienić Neila Gaimana, Ramseya Campbella czy Clive’a Barkera. Oryginalność Aickmana – jak zreasumował to Peter Straub – jest zakorzeniona w konieczności: on po prostu musiał napisać te historie. Tym bardziej warto je przeczytać. Wielokrotnie.Aickman wpłynął na twórczość wielu współczesnych autorów grozy. Wystarczy wymienić Neila Gaimana, Ramseya Campbella czy Clive’a Barkera. Oryginalność Aickmana – jak zreasumował to Peter Straub – jest zakorzeniona w konieczności: on po prostu musiał napisać te historie. Tym bardziej warto je przeczytać. Wielokrotnie.


AUTOR




Trzynasta opowieść Diane Setterfield

Trzynasta opowieść Diane Setterfield

"Jest coś takiego w słowach. We wprawnych rękach, zręcznie pokierowane biorą cię w niewolę. Owijają się jak pajęczyna wokół członków, a kiedy już cię tak spętają, że nie możesz się ruszyć, przebijają ci skórę, wnikają w krew, paraliżują myśli. W tobie odprawiają swoje czary."

Przepiękna klimatyczna opowieść, urzekająca klimatem, magią. Kusząca tajemnicą, nieoczywistością i zagadką.

Vida Winter, znana angielska pisarka, unika pytań dziennikarzy o jej przeszłość, odmawiając odpowiedzi na ich pytania i nie dementując plotek.
Całe jej życie jest tajemnicą: od ponad pięćdziesięciu lat reporterzy i biografowie próbują niezliczonych metod wydobycia prawdy. 

Gdy Vida podupada na zdrowiu, postanawia spisać swoją biografię. Prosi o to Leę, autorkę - amatorkę biografii. Lea podejmuje wyzwanie. Dostaje zaproszenie do rezydencji pisarki. W między czasie, zawstydzona faktem, że nie zna żadnej powieści autorki, której ma pisać biografię, postanawia przeczytać unikatową kopię "Trzynastej opowieści o przemianach i rozpaczach". Jest nią oczarowana, ale także zdezorientowana, gdy zdaje sobie sprawę, że książka zawiera tylko dwanaście opowiadań. Gdzie jest trzynasta opowieść? 

Przepiękna ekranizacja, z cudownym klimatem i obłędnymi krajobrazami!

POLECAM!

MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Początki

List

Był listopad. Choć jeszcze nie było późno, kiedy skręcałam w Laundress Passage, niebo już pociemniało. Ojciec skończył pracę, pogasił światła w księgarni i zamknął okiennice, ale żebym nie wracała do domu po ciemku, nad schodami do mieszkania zostawił światło. Przez szybę w drzwiach kładło się na mokry chodnik bladym jak arkusz papieru prostokątem. I właśnie wtedy, kiedy stanęłam na tym prostokącie i miałam już przekręcić klucz w drzwiach, zobaczyłam ten list. Drugi biały prostokąt, leżał na piątym stopniu od dołu, tak że nie mogłam go nie zauważyć.
Zamknęłam drzwi i wsunęłam klucz na jego stałe miejsce, za Zasady geometrii dla zaawansowanych Baileya. Biedny Bailey. Przez trzydzieści lat nikt nie chciał jego opasłej szarej księgi. Czasem się zastanawiam, jak też się czuje w roli strażnika kluczy do antykwariatu. Nie przypuszczam, by tak sobie wyobrażał przeznaczenie arcydzieła, nad którym strawił dwadzieścia lat.
List. Do mnie. To było niecodzienne wydarzenie. Sztywna, grubo wypchana koperta była zaadresowana charakterem pisma, który mógł sprawić listonoszowi sporo kłopotu. Chociaż styl pisma był staromodny, z ozdobnymi dużymi literami i zamaszystymi wywijasami, w pierwszej chwili odniosłam wrażenie, że napisało to dziecko. Litery wydawały się niewprawne. Nierówne kreski albo rozpływały się w nicość, albo były mocno wryte w papier. Nie było płynnych połączeń między literami. Każda była wykaligrafowana oddzielnie: M-A-R-G-A-R-E-T L-E-A – jako nowe i żmudne przedsięwzięcie. Ale ja nie znałam żadnych dzieci. I wtedy pomyślałam sobie, że to pismo osoby niepełnosprawnej.
Poczułam się nieswojo. Wczoraj czy przedwczoraj, podczas gdy spokojnie zajmowałam się swoimi sprawami, jakaś nieznana osoba – ktoś obcy – zadała sobie trud wypisania mojego imienia i nazwiska na tej kopercie. Któż to był, kto widział mnie oczami duszy, kiedy ja niczego nie podejrzewałam?
Nie zdejmując płaszcza i kapelusza, usiadłam na schodach, żeby przeczytać list. (Nigdy nie zaczynam lektury, nie upewniwszy się, że jestem w bezpiecznej pozycji, odkąd w wieku siedmiu lat, siedząc na wysokim murku, czytałam Wodne dzieci i tak urzekły mnie opisy podwodnego życia, że nieświadomie rozluźniłam mięśnie. Zamiast unosić się na wodzie, która tak wyraziście opływała mnie w wyobraźni, gruchnęłam na ziemię i straciłam przytomność. Do dziś wyczuwam bliznę pod grzywką. Czytanie może być niebezpieczne).
Otworzyłam list i wyciągnęłam plik kartek, zapisanych tym samym mozolnym pismem. Dzięki swojej pracy mam doświadczenie w odczytywaniu trudnych rękopisów. Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Potrzeba tylko cierpliwości i praktyki. I jeszcze woli wyrobienia sobie wewnętrznego oka. Kiedy czytasz rękopis uszkodzony przez wodę, ogień, światło albo po prostu przez upływ lat, oko musi badać nie tylko kształt liter, ale także inne ślady ich powstawania. Szybkość pióra. Nacisk ręki na kartkę. Przerwy i połączenia między literami. Musisz się odprężyć. Nie myśleć o niczym. Aż zapadniesz w trans, w którym jest się jednocześnie piórem przesuwającym się po papierze welinowym i samym papierem muskanym przez atrament. Wtedy możesz ten rękopis odczytać. Zamysł pisarza, jego myśli, wahania, tęsknoty i to, co chce przekazać. Możesz to odczytać tak wyraźnie, jakbyś był światłem świecy oświetlającym stronicę, po której biegnie pióro.
Ten list nie stawiał zresztą aż tak wysokich wymagań. Zaczynał się krótkim „Panno Lea”, a potem znaki pisma szybko przekształcały się w litery, potem w wyrazy, a potem w zdania.
Oto, co przeczytałam:
Udzieliłam kiedyś wywiadu dla „Banbury Herald”. Muszę go któregoś dnia odszukać, przyda mi się do biografii. Przysłali mi dziwnego osobnika. Właściwie chłopaka. Wysoki jak dorosły, ale pucułowaty jak dzieciak. Nieporadny w nowym garniturze. Garnitur był brązowy i brzydki, i odpowiedni dla znacznie starszego mężczyzny. Kołnierz, krój, tkanina, wszystko było niewłaściwe. Taki garnitur mogłaby kupić matka dla syna, który kończy szkołę i otrzymuje pierwszą posadę, wyobrażając sobie, że jej dziecko jakoś do niego dorośnie. Ale chłopcy nie porzucają swojej chłopięcości wraz ze szkolnym mundurkiem.
W jego zachowaniu było coś osobliwego. Jakaś żarliwość. W chwili kiedy spojrzałam na niego, od razu pomyślałam: czego on szuka?
Nie mam nic przeciwko ludziom, którzy kochają prawdę. Poza tym że stanowią nudne towarzystwo. Dopóki – co się czasem zdarza – nie zaczną rozprawiać o zmyślaniu i o uczciwości. To oczywiście mnie drażni. Ale nic mi do nich, pod warunkiem że trzymają się ode mnie z daleka.
Moim utrapieniem nie są miłośnicy prawdy, lecz sama prawda. Jakąż pomoc, jaką pociechę daje prawda w porównaniu ze zmyśleniem? Na co zda się prawda o północy, w ciemności, kiedy wiatr ryczy w kominie jak niedźwiedź? Kiedy błyskawice smagają cieniami ścianę sypialni, a deszcz bębni w okno długimi paznokciami? Na nic. Kiedy kamieniejesz w łóżku z przerażenia i z zimna, nie spodziewaj się, że przybiegnie ci na pomoc koścista i bezcielesna prawda. Wtedy potrzebujesz pulchnej pociechy zmyślenia. Kojącego, kołyszącego bezpieczeństwa kłamstwa.
Niektórzy pisarze, oczywiście, nie cierpią wywiadów. Irytują się na nie. „Wciąż te same wyświechtane pytania”, narzekają. No a czegóż oczekują? Dziennikarze to pismaki. To my jesteśmy prawdziwymi pisarzami. To, że tamci zadają ciągle takie same pytania, nie znaczy przecież, że musimy im udzielać stale takich samych wyświechtanych odpowiedzi. W końcu zarabiamy na życie zmyślaniem. Tak więc udzielam kilkunastu wywiadów rocznie. Przez całe życie uzbierały się setki. Nigdy bowiem nie uważałam, że geniusz – by rozkwitać – musi się kryć przed ludzkim wzrokiem. Mój geniusz nie jest znowu taki kruchy, żeby się kulić ze strachu przed dotykiem brudnych paluchów dziennikarzy.
W pierwszych latach próbowali mnie podejść. Prowadzili poszukiwania na własną rękę, przychodzili z jakimś strzępkiem prawdy ukrytym w kieszeni, wyciągali go w dogodnym momencie i mieli nadzieję tak mnie zaskoczyć, że wyjawię im więcej. Musiałam być ostrożna. Popychać ich lekko w kierunku, jaki chciałam, żeby obrali, użyć przynęty, by łagodnie, niepostrzeżenie skierować ich ku ładniejszej wymyślonej opowieści niż ta, której się uczepili. To wymagało wyczucia. Oczy zaczynały im błyszczeć, rozluźniali uścisk na małym skrawku prawdy, aż wreszcie wypuszczali go z rąk, by padł zapomniany gdzieś na pobocze. To nigdy nie zawodziło. Dobre zmyślenie zawsze bardziej olśniewa niż odłamek prawdy.
Później, kiedy już stałam się sławna, wywiad z Vidą Winter stał się czymś w rodzaju obrzędu pasowania na dziennikarza. Wiedzieli z grubsza, czego się spodziewać, i byliby rozczarowani, gdyby mieli odejść bez nowego zmyślenia. Szybki ciąg zwykłych pytań (Skąd pani czerpie inspirację? Czy pani postaci są wzorowane na rzeczywistych osobach? Ile w głównej postaci jest z pani?), a im krótsza moja odpowiedź, tym bardziej im się podobała (Z głowy. Nie. Nic). I wreszcie kąsek, na który czekali; to, po co naprawdę przyszli. Rozmarzony wyczekujący wyraz twarzy. Byli jak małe dzieci, kiedy mają iść spać. „A teraz, panno Winter – mówili – proszę opowiedzieć coś o sobie”.
I opowiadałam. Zwykłe historyjki, nic szczególnego. Ot, kilka wątków splecionych w ładny wzorek, tu jakiś zapadający w pamięć motyw, tam kilka cekinów. Skrawki z dna mojej torby z gałgankami. Były ich tam setki. Ścinki powieści i opowiadań, wątki, które nigdy nie rozwinęły się do końca, poronione postaci, malownicze krajobrazy, dla których nigdy nie znalazłam zastosowania. Drobiazgi, które odpadły w redakcji. Potem była to tylko kwestia wyrównania brzegów, zszycia końców i gotowe. Kolejna nowiutka biografia.
Odchodzili szczęśliwi, ściskając w łapach swoje notesy jak dzieciaki cukierki pod koniec przyjęcia urodzinowego. Będzie co opowiadać wnukom: „Pewnego dnia poznałem Vidę Winter, a ona opowiedziała mi swoją historię”.
Wróćmy jednak do tego chłopaka z „Banbury Herald”. Powiedział: „Panno Winter, niech pani powie mi prawdę”. A cóż to za żądanie? Miałam do czynienia z ludźmi, którzy używali wszelkiego rodzaju podstępów, by skłonić mnie do mówienia, i umiem wyczuć ich na milę. Ale żeby tak? To śmieszne. A czegóż on się spodziewał?
Dobre pytanie. Czego się spodziewał? Oczy błyszczały mu gorączkowo. Przyglądał mi się z tak bliska. Przenikliwie. Badawczo. Szukał czegoś zupełnie szczególnego, byłam tego pewna. Czoło miał wilgotne od potu. Może brała go jakaś choroba. „Niech pani powie mi prawdę”, powiedział.
Doznałam dziwnego uczucia, tak jakby ożywała we mnie przeszłość. Mdlące poruszenie minionego życia w brzuchu wytworzyło przypływ w żyłach i wysłało chłodne drobne fale pluskające mi w skroniach. Niesamowite odczucie. Niech pani powie mi prawdę.
Rozważałam jego prośbę. Obracałam ją w myśli, ważyłam jej możliwe konsekwencje. Ten chłopiec o bladej twarzy i płonących oczach zakłócił mój spokój.
– Dobrze – powiedziałam.
Po godzinie już go nie było. Ciche, nijakie „do widzenia”, bez oglądania się za siebie.
Nie powiedziałam mu prawdy. Jakżebym mogła? Opowiedziałam mu zmyśloną historię. Żałosne, anemiczne głupstwo. Żadnej iskry, żadnych cekinów, ot, kilka grubo zszytych bezbarwnych i spłowiałych łat o wystrzępionych brzegach. Opowieść, która wygląda jak prawdziwe życie. Albo raczej to, co ludzie wyobrażają sobie jako prawdziwe życie, a co jest zgoła czymś innym. Komuś z moim talentem nie jest łatwo sklecić taką historię.
Obserwowałam go przez okno. Wlókł się ulicą zgarbiony, ze spuszczoną głową, z trudem stawiając każdy krok. Cała jego energia, napięcie, zapał prysły. Zabiłam je. Ale nie biorę całej winy na siebie. Powinien był wiedzieć, że nie można mi wierzyć.
Nigdy więcej go nie widziałam.
To uczucie rwącego nurtu w żołądku, w skroniach, w czubkach palców pozostało jeszcze przez jakiś czas. Wzmagało się i zanikało wraz ze wspomnieniem słów chłopca: „Niech pani powie mi prawdę”. „Nie”, mówiłam. Raz po raz. Nie. Ale to nie dawało mi spokoju. Co więcej, stanowiło niebezpieczeństwo. W końcu zawarłam układ. „Jeszcze nie”. To coś we mnie westchnęło, powierciło się niecierpliwie, ale w końcu ucichło. Ucichło tak, że niemal o nim zapomniałam.
Jakże dawno to było. Trzydzieści lat temu? Czterdzieści? Może więcej? Czas płynie szybciej, niż się nam wydaje.
Ostatnio przypomniał mi się ten chłopiec. Niech pani powie mi prawdę. I znów poczułam to samo dziwne wewnętrzne poruszenie. Coś we mnie rośnie, dzieląc się i mnożąc. Czuję to w brzuchu, jest kuliste i twarde, wielkości grejpfruta. Wysysa mi powietrze z płuc i wygryza szpik z kości. Długie uśpienie je odmieniło. Z łagodnego i uległego przeobraziło się w tyrana. Odmawia wszelkich pertraktacji, ucina dyskusję, upiera się przy swoich prawach. Nie uznaje „nie” za odpowiedź. Chcę prawdy, powtarza jak echo za chłopcem, patrząc, jak odchodzi. A potem zwraca się ku mnie, zaciska na moich wnętrznościach i skręca je. Zawarliśmy układ. Pamiętasz?
Już czas.
Proszę przyjechać w poniedziałek. Wyślę po panią samochód o wpół do piątej na stację Harrogate.
Vida Winter (...)


***
Powieść o tych, którzy kochają książki, dla tych, którzy kochają książki.

Obie są samotne. 
Obie skrywają bolesną tajemnicę swoich narodzin. 
Obie zamknęły się w świecie książek. 

Margaret Lea - zwyczajna dziewczyna, córka antykwariusza z Cambridge, która bardziej kocha książki niż ludzi, i Vida Winter - największa pisarka naszych czasów, żyjąca z dala od świata, tajemnicza legenda łącząca siłę starożytnej bogini i czarownicy. Vida Winter nie ma prawdziwego nazwiska, za to ma setki biografii. Żadna nie jest prawdą. Wszystkie są zmyśleniem. Teraz ponaglana śmiertelną chorobą chce wreszcie wyjawić prawdę. Prawdę, która prześladowała ją przez całe życie. Wybiera Margaret a dlaczego? Skąd wie, że tylko ta dziewczyna ją zrozumie? Rozpoczyna się walka z prawdą i o prawdę. Ożywają wielkie uczucia, grzeszne namiętności, przeklęte i tragiczne postaci, duchy przeszłości. Porywa nas magia urzekającej opowieści. 

„Trzynasta opowieść” Diane Setterfield to niezwykła proza. Ma nastrój, piękno i siłę oraz wyjątkowość i prawdziwość największej literatury XIX wieku, a emocjonalność i magię narracji poruszającą do głębi współczesnego czytelnika. Debiut angielskiej czterdziestokilkuletniej nauczycielki akademickiej, wykładającej XX-wieczną literaturę francuską, okrzyknięto klasyką. O prawa do publikacji Trzynastej opowieści walczyły w zażartych aukcjach największe wydawnictwa z 32 krajów. Tuż po wydaniu powieść Diane Setterfield okazała się sensacją literacką w USA i przez dwa kolejne tygodnie królowała na pierwszym miejscu list bestsellerów „The New York Timesa” i „Publishers Weekly”. Ukazały się dziesiątki recenzji. Czytelnicy wymieniali się entuzjastycznymi wrażeniami w setkach blogów. Wszyscy powtarzali, że od tej powieści nie można się oderwać.





EKRANIZACJA
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/


TRAILER








 





Ktoś we mnie Sarah Waters

Ktoś we mnie Sarah Waters

"Kiedy wjeżdżałem do parku i zamknąwszy za sobą bramę, sunąłem zarośniętą aleją, niezmiennie towarzyszył mi dreszczyk podniecenia, a wkraczając do zaniedbanego, czerwonego domu, odnosiłem nieodparte wrażenie, że oto pozostawiam za sobą zwykłe życie i wkraczam w inny, zgoła osobliwy wymiar."

Wszystkie książki Waters mają swój urok i niepowtarzalny klimat, po którym od razu poznać styl autorki:-) 
Świetnie czyta się wszystkie powieści:-)

Ktoś we mnie to rasowa opowieść o duchach, osadzona w creepy zaniedbanym dworku w Warwickshire, w Anglii, w latach 40. XX wieku. 
Wiejski lekarz, doktor Faraday- narrator opowieści, zostaje wezwany do Hundreds Hall, XVIII-wiecznej posiadłości, która popadła w kompletną ruinę, do chorego. 
Z biegiem czasu staje się przyjacielem rodziny i zauważa, że wszyscy oni znajdują się w trudnej sytuacji materialnej i nie mogą utrzymać domu w  komfortowym stanie bez sprzedawania swoich ziem i drogocennych przedmiotów. 
Ale czy posiadłość nawiedza coś bardziej złowrogiego, niż widmo bankructwa? 

Rewelacyjny gotycki klimat grozy, piękna narracja i wspaniała przygoda z dreszczykiem!


POLECAM!


MOJA OCENA: 9/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Rozdział 1

Po raz pierwszy ujrzałem Hundreds Hill, kiedy miałem dziesięć lat. Było to latem tuż po wojnie; Ayresowie mieli jeszcze spory majątek i nadal trzęśli okolicą. Obchodziliśmy uroczystości Dnia Imperium1; stałem w rządku miejscowych dzieci z rękami uniesionymi w harcerskim salucie, a pani Ayres i pułkownik przeszli obok nas, rozdając medale pamiątkowe. Potem usiedliśmy z rodzicami do podwieczorku przy długich stołach rozstawionych chyba na południowym trawniku. Pani Ayres musiała mieć wtedy jakieś dwadzieścia cztery, pięć lat, jej mąż był trochę starszy, a ich córeczka, Susan, liczyła sobie chyba około sześciu lat. Tworzyli zapewne piękną rodzinę, zachowałem jednak dość mgliste wspomnienie ich postaci. Pamiętam przede wszystkim sam dom, który wydał mi się bez mała pałacem. Przypominam sobie pełne uroku wiekowe detale: wyblakłą czerwoną cegłę, przekrzywione okna, poszarzałe, wyblakłe narożniki z piaskowca. Przyczyniały się do zatarcia konturów, nadając domostwu po trosze niepewny wygląd i upodabniając je do bryły lodu, który właśnie zaczął się roztapiać w słońcu.
Oczywiście nie wolno było zapuszczać się do środka. Drzwi wejściowe i balkonowe stały otworem, lecz w poprzek wszystkich zawieszono wstążki zakazujące wstępu; mogliśmy jednak korzystać z klozetu dla służby w części stajennej. Jednakże moja matka znała jeszcze kilkoro służących, zatem po podwieczorku, kiedy reszta gości wyruszyła na zwiedzanie ogrodu, chyłkiem wślizgnęliśmy się do domu bocznymi drzwiami i spędziliśmy jakiś czas w towarzystwie kucharki i podkuchennych. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Kuchnia mieściła się w suterenie; prowadził do niej chłodny kręty korytarz, budzący skojarzenie z zamkowym lochem. Przewijały się przezeń tłumy ludzi z tacami i koszykami. Dziewczęta miały takie stosy naczyń do zmywania, że matka zakasała rękawy, aby pomóc; ku mojemu zachwytowi, w nagrodę pozwolono mi zjeść trochę galaretek i „figurek”, które zostały z podwieczorku. Posadzono mnie przy drewnianym stole i wręczono mi łyżkę z rodowego kompletu – ciężką, ze zmatowiałego srebra, niemal zbyt wielką dla moich dziecięcych ust.
Ale czekało mnie coś jeszcze wspanialszego. Wysoko na ścianie korytarza wisiała skrzynka z drutami i dzwonkami, a gdy jeden z nich zadzwonił, wzywając pokojówkę na górę, zabrała mnie ze sobą, żebym mógł zajrzeć za zieloną zasłonę z rypsu, dzielącą frontową część domu od tylnej. Jeśli będę grzeczny, zapowiedziała mi dziewczyna, mogę tam poczekać. Muszę tylko siedzieć cichutko jak myszka, bo jeśli pani albo pułkownik mnie zobaczą, będzie awantura.
Z zasady byłem posłusznym dzieckiem. Jednakże przejście za zasłoną rozgałęziało się na dwa pełne wspaniałości wyłożone marmurem korytarze i gdy dziewczyna ruszyła jednym z nich, ja postąpiłem kilka śmiałych kroków w głąb drugiego. Towarzyszący temu dreszczyk emocji był wprost nie do opisania. Nie chodziło o podniecenie wynikające ze złamania zakazu; nie, ów dreszcz pochodził z samego domu, zdawał się bić z każdej powierzchni: z wypolerowanej podłogi, z politurowanych drewnianych krzeseł i kredensów, tafli lustra, spiralnej ramy. Przyciągany niewidzialną siłą podszedłem do śnieżnobiałej ściany ozdobionej gipsową bordiurą przedstawiającą liście i żołędzie. Widywałem coś podobnego tylko w kościele i po chwili zrobiłem naprawdę okropną rzecz: uchwyciwszy palcami jeden z żołędzi, spróbowałem go odłamać, a kiedy nie odpadł, wyjąłem z kieszeni scyzoryk i podważyłem ornament. Nie powodowała mną żądza zniszczenia; nie byłem małym, złośliwym wandalem. Po prostu zdjęty bezbrzeżnym podziwem zapragnąłem uszczknąć dla siebie choćby kawałeczek tego pięknego domu, jak gdyby upoważniał mnie do tego właśnie ów zachwyt, który w moim przekonaniu wyróżniał mnie spośród innych, zwyczajnych dzieci. Można powiedzieć, że byłem jak mężczyzna, pragnący mieć tylko dla siebie kosmyk włosów dziewczyny, do której zapałał właśnie gorącym uczuciem.
Niestety, żołądź wreszcie dał za wygraną i odpadł, acz nie tak gładko, jak oczekiwałem, gdyż na posadzkę poleciała chmura białego pyłu i gipsowe okruchy, co sprawiło mi niejaki zawód. Pewnie wyobrażałem sobie, że też jest marmurowy.
Ale nikt nie nadszedł, nikt mnie nie przyłapał. Jak to mówią, wszystko rozegrało się w mgnieniu oka. Schowałem swoją zdobycz do kieszeni i wślizgnąłem się z powrotem za zasłonę. Po chwili wróciła pokojówka i zaprowadziła mnie na dół. Matka i ja pożegnaliśmy się ze służbą i poszliśmy do ojca, czekającego na nas w ogrodzie. Ogarnięty niezdrowym podnieceniem czułem twardy odłamek gipsu, ciążący w kieszeni. Obawiałem się, że pułkownik Ayres, człowiek porywczy i budzący lęk, odkryje szkodę i przerwie uroczystość, lecz popołudnie upłynęło bez żadnych zakłóceń i nadszedł siny zmierzch. Dołączyliśmy do grupy innych mieszkańców Lidcote i ruszyliśmy w długą drogę powrotną, a nietoperze trzepotały nad naszymi głowami jak zawieszone na niewidzialnych sznurkach.
Oczywiście matka w końcu odkryła żołędzia. Co rusz wyjmowałem z kieszeni swój skarb i wkładałem z powrotem, pozostawiając na szarych flanelowych spodenkach bladą poświatę kredy. Gdy zrozumiała, co właściwie trzymam w ręku, o mało się nie rozpłakała. Nie zbiła mnie ani nie powiedziała ojcu, nigdy nie miała siły na kłótnie. Spojrzała tylko na mnie oczami pełnymi łez, jakby bardzo się zdziwiła i zawstydziła.
– Taki mądry chłopiec jak ty powinien wiedzieć lepiej. – Chyba coś takiego powiedziała.
Kiedy byłem mały, często mówiono mi takie rzeczy. Rodzice, wujostwo, nauczyciele – wszyscy dorośli mający w jakimś stopniu udział w moim wychowaniu. Słowa te budziły we mnie niemą furię, gdyż z jednej strony pragnąłem za wszelką cenę sprostać pokładanym we mnie oczekiwaniom, z drugiej zaś burzyłem się przeciwko temu, że owa mądrość, o którą nigdy się nie prosiłem, może stać się narzędziem krytyki.
Matka spaliła żołędzia. Następnego dnia znalazłem w palenisku sczerniały kikut. Tak czy inaczej, ów rok wyznaczał koniec świetności Hundreds Hall. Kolejne obchody Dnia Imperium zostały zorganizowane przez inną rodzinę w którejś z sąsiednich wielkich posiadłości, Hundreds zaś zaczęło stopniowo popadać w ruinę. Niebawem zmarła córka Ayresów i pułkownik wraz z żoną wycofali się z życia publicznego. Jak przez mgłę pamiętam narodziny dwojga kolejnych dzieci, Caroline i Rodericka, ale uczęszczałem już wówczas do Leamington College i zmagałem się z własnymi małymi demonami. Matka umarła, kiedy miałem piętnaście lat. Okazało się, że przez całe moje dzieciństwo co rusz traciła dziecko; ostatnią ciążę przypłaciła życiem. Ojciec doczekał dnia, kiedy skończyłem akademię medyczną i wróciłem do Lidcote jako lekarz. Pułkownik Ayres zmarł parę lat później, o ile mi wiadomo, z przepicia.
Wraz z jego śmiercią Hundreds Hall jeszcze bardziej oddaliło się od świata. Brama wiodąca do parku niemal zawsze była zamknięta na głucho, a brunatne kamienne ogrodzenie, chociaż niezbyt wysokie, skutecznie odstraszało potencjalnych gości. Dom, pomimo swej wielkości, krył się przed wzrokiem intruzów i w całym Warwickshire nie znalazłbyś miejsca, z którego byłby widoczny. Czasami, kiedy mijałem ogrodzenie, jadąc do pacjenta, rozmyślałem o tym, że przycupnął gdzieś tam, poza zasięgiem oczu, niezmieniony od owego dnia w 1919 roku, gdy odsłonił przede mną swe magiczne zakamarki.
Kiedy zatem ujrzałem go po raz kolejny – blisko trzydzieści lat od pierwszej wizyty i tuż po zakończeniu kolejnej wojny – zmiana, która w nim zaszła, wstrząsnęła mną do głębi. Trafiłem tam w wyniku zbiegu okoliczności, gdyż Ayresowie leczyli się u mojego wspólnika, Davida Grahama; traf chciał, że musiał się zająć nagłym przypadkiem i kiedy nadeszło wezwanie, poproszono mnie, abym pojechał tam za niego. Serce zamarło mi w piersi, niemalże w chwili gdy wjechałem do parku. Pamiętałem długą aleję, prowadzącą do domu wśród równych rzędów wawrzynu i rododendronów, obecnie jednak park był tak zapuszczony i zarośnięty, że musiałem wręcz torować sobie samochodem drogę wśród gałęzi. Kiedy wreszcie opuściłem zarośla i wyjechałem na żwirowy podjazd tuż na wprost budynku, odruchowo wcisnąłem hamulec i zabrakło mi tchu. Dom naturalnie był mniejszy, niż zapamiętałem; nie przypominał rezydencji, której wspomnienie pielęgnowałem przez tyle lat. Tego się jednak spodziewałem. Najbardziej przeraziły mnie oznaki rozpadu. Stare, poszarzałe narożniki wykruszyły się zupełnie, nadając georgiańskim kształtom budynku jeszcze bardziej rozmyty wygląd. Bluszcz rozplenił się, a następnie częściowo usechł i zwisał teraz niczym splątany kołtun włosów. Schody prowadzące do szerokich drzwi frontowych straszyły dziurami, w których pyszniły się kępki chwastów (...)

***
Książka nominowana do Nagrody Bookera 2009.

Lata powojenne, Anglia. Czterdziestoletni doktor Faraday trafia do podupadłej posiadłości, będącej od paru stuleci własnością Ayresów, zubożałej rodziny ziemiańskiej. Dwór, dawniej piękny i okazały, popada w ruinę. Park i ogrody zarosły chwastami, a wskazówki zegara znieruchomiały na godzinie za dwadzieścia dziewiąta. Zdziwaczała pani Ayres, jej niezależna córka i ambitny, zagubiony syn, który nigdy nie doszedł do siebie po katastrofie samolotowej, bezskutecznie próbują iść z duchem czasu.
Mijają dni i dom Ayresów staje się tłem mrocznych, niepokojących zdarzeń. Faraday nie wie, że los rodziny, której usiłuje przyjść z pomocą, nieodłącznie splecie się z jego własnym. Czy zdoła zapobiec tragedii?
Mistrzyni fabuły przygotowała dla nas kolejną niespodziankę. Jedno jest pewne: nie będziemy rozczarowani.









W kleszczach lęku/Dokręcanie śruby Henry James

W kleszczach lęku/Dokręcanie śruby Henry James

"Ta niezwykła chwila przyniosła mi rzadko odczuwaną udrękę, ale dzięki Bogu, nie przeraziła mnie. I on wiedział o tym, z czego w następnym momencie doskonale zdałam sobie sprawę. Czułam z niezłomną pewnością siebie, że o ile w tej chwili nie załamię się, nie będę potrzebowała — teraz przynajmniej — już się z nim liczyć. I dlatego w ciągu tej chwili widmo przybrało w moich oczach tak realne ludzkie kształty i wzbudziło we mnie jednocześnie taki wstręt, jaki by można odczuć w rzeczywistym spotkaniu dwojga osób, wstręt właśnie z tego powodu, iż było tak naturalne, jak naturalne byłoby spotkanie sam na sam przed świtem jakiegoś wroga, awanturnika czy przestępcy w domu pogrążonym we śnie. Tylko cisza śmiertelna, towarzysząca naszej długiej wymianie spojrzeń z tak bliska, nadawała temu koszmarowi przy jego przerażającym ogromie piętno czegoś nienaturalnego."

W Polsce wydana pod dwoma tytułami, z czego ten drugi, moim zdaniem, jest kompletnie nietrafiony, chociaż dosłownie przetłumaczony...

Gotyk. Groza. Horror. Dzieciaki. Niania. Zamek. 
Duch?
Czego chcieć więcej!
Rewelacyjny klimat, niemalże identyczny, jak w Siostrzycy!

Podczas spotkania przyjaciół w klimatycznej posiadłości jeden z nich czyta stary pamiętnik, napisany przez guwernantkę, którą czytający znał, a która już nie żyje. 
Młoda guwernantka została zatrudniona przez mężczyznę do pilnowania jego siostrzenicy i siostrzeńca - sierot, w domu we wsi Bly. On sam nie jest zainteresowany wychowywaniem dzieci - prowadzi interesy w Londynie.
Chłopiec, Miles, uczęszcza do szkoły z internatem, a jego młodsza siostra, Flora, mieszka w letnim wiejskim domu w Essex. Opiekuje się nią pani Grose, gosposia. 
Wujek Milesa i Flory, nowy pracodawca guwernantki, daje jej pełną władzę do opieki nad dziećmi i wyraźnie podkreśla, że ​​nie powinna zawracać sobie głowy  kontaktami z nim - nie życzy ich sobie. 
Guwernantka udaje się do wiejskiego domu swojego nowego pracodawcy i rozpoczyna pracę.
Nie spodziewa się, że to będzie jej największy horror, który zakończy się dla niej tragicznie...

Ekranizacji było mnóstwo, więc jest w czym wybierać;) 
Ale...
Najpierw KSIĄŻKA!!!

POLECAM!!!!

MOJA OCENA: 9/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Siedzieliśmy wokół kominka, słuchając opowieści, która trzymała nas w dość silnym napięciu. Poza oczywistą wzmianką o jej niesamowitym charakterze, zgodnym całkowicie z nastrojem, jaki tak dziwne opowiadanie może wywołać w Wigilię Bożego Narodzenia w starym dworze, nie przypominam sobie, by ktokolwiek dorzucił jeszcze jakąś uwagę. Wreszcie ktoś mimochodem napomknął, że jest to jedyny znany mu przypadek, w którym dziecko zostało nawiedzone przez widmo. Przypadek ten, pragnąłbym tu zaznaczyć, dotyczył pojawienia się zjawy w takim właśnie starym dworze, w jakim i myśmy się znaleźli przy sposobności — zjawy wyjątkowo okropnej, która ukazała się małemu chłopcu, śpiącemu w pokoju ze swoją matką; pod grozą tego przeżycia chłopiec przebudził matkę; przebudził ją nie po to, by rozproszyła jego przerażenie i ukoiła go na nowo do snu, lecz po to, by zanim jej się to udało uczynić, sama również ujrzała widziadło, które nim wstrząsnęło. Dopiero to spostrzeżenie wywołało u Douglasa — nie zaraz, lecz później wieczorem — pewien oddźwięk, nie pozbawiony ciekawych następstw, na które chcę zwrócić uwagę. Ktoś jeszcze coś opowiadał, nic zresztą szczególnego, czego, jak zauważyłem, on prawie nie słuchał. Wziąłem to za oznakę, że sam chce coś nam opowiedzieć i że należy tylko zaczekać. W rzeczywistości musieliśmy czekać jeszcze dwa dni. Tego zaś wieczoru, nim rozeszliśmy się, podzielił się z nami tym, co mu wówczas zaprzątało głowę.
— Zgadzam się w zupełności, jeżeli chodzi o ducha Griffina lub cokolwiek to było, że pojawienie się jego najpierw małemu chłopcu, tak przecież wrażliwemu w tym wieku, nadaje zdarzeniu szczególne zabarwienie. Wiem jednak, że ten fascynujący wypadek nie należy do wyjątków, jeżeli chodzi o dzieci. Jeśli dziecko tak potęguje atmosferę grozy, to cóż powiecie o dwojgu dzieci...?
— Powiemy oczywiście — wykrzyknął ktoś — że dwoje dzieci spotęguje ją dwukrotnie, a także, że chcemy o nich usłyszeć.
Widzę jeszcze Douglasa, jak wstaje, obraca się plecami do kominka i trzymając ręce w kieszeniach, patrzy na swego rozmówcę i mówi: „Nikt poza mną do tej chwili o tym nie słyszał. Jest to aż nazbyt niesamowite:. Oczywiście kilka głosów orzekło, że okoliczność ta czyni całą sprawę tym bardziej godną uwagi, a nasz przyjaciel gotował swój triumf spokojnie, po mistrzowsku i przenosząc wzrok ponad nami, ciągnął dalej:
— To przechodzi ludzkie pojęcie. Nie znam nic takiego, z czym można by to choć trochę porównać.
Pamiętam, że wtedy zapytałem:
— Jeżeli chodzi o uczucie samego strachu?
Wydawało się, jakby chciał powiedzieć, że to nie było tak proste, jak gdyby rzeczywiście nie wiedział, jak to określić. Przesunął ręką po oczach, a po twarzy przebiegł mu nikły grymas.
— Ze względu na okropne... okropność tej historii!
— Och — wykrzyknęła jedna z pań — ależ to wspaniałe!
Nie zwrócił na nią uwagi, spoglądał na mnie tak, jak gdyby widział nie mnie, lecz to, o czym mówił.
— Ze względu na ohydę i zgrozę, i ból.
— No, w takim razie — powiedziałem — siadaj i zaczynaj.
Odwrócił się do ognia, trącił nogą kłodę drewna i przyglądał się jej przez chwilę. Potem znów stanął twarzą do nas i powiedział:
— Nie mogę tego. zacząć. Będę musiał posłać do miasta.
Jęknęliśmy na to wszyscy; posypały się wyrzuty; po czym, z charakterystycznym dla niego skupieniem, wyjaśnił:
— Ta historia jest spisana. Leży w szufladzie pod kluczem... nie widziała światła dziennego przez długie lata. Mogę napisać do mojego służącego i dołączyć klucz; on będzie mógł przesłać tutaj ten pakiet, kiedy go odszuka.
Wydawało się, że zwraca się z tym specjalnie do mnie — wydawało się, że nieledwie błaga o pomoc, aby przezwyciężyć wahanie. Przełamał warstwę lodu narosłą w ciągu wielu lat, miał swoje powody do tak długiego milczenia. Chociaż inni nie mogli pogodzić się z tym opóźnieniem — moim zdaniem te jego skrupuły miały w sobie właśnie coś urzekającego. Wymogłem na nim przyrzeczenie, że napisze list i wyśle go pierwszą pocztą oraz że spotkamy się tu znowu jak najprędzej. Potem zapytałem go, czy to wydarzenie, o którym mowa, przytrafiło się jemu osobiście. Odpowiedział mi na to od razu:
— Och nie, dzięki Bogu, nie!
— A te zapiski to twoje? Ty je pisałeś?
Nie, wywarły tylko na mnie ogromne wrażenie. Zapisałem to  t u t a j — wskazał ręką na serce — i nigdy tego nie zapomnę.
— A zatem twój manuskrypt...?
— Pisany jest atramentem, dziś już wyblakłym, i przepięknym charakterem pisma —znów zamilkł na chwilę. — Ręką kobiecą. Ona od dwudziestu lat już nie żyje. Te zapiski, o których mowa, przesłała mi przed śmiercią.
Teraz słuchali go wszyscy i jak zwykle znalazł się ktoś, kto z, góry domyślał się wszystkiego, bądź też chciał wyciągnąć wnioski. Trzeba przyznać, że jeżeli Douglas przeszedł nad tą uwagą bez uśmiechu, to nie okazał również rozdrażnienia.
— Była to nadzwyczaj urocza osoba, liczyła jednak dziesięć lat więcej ode mnie. Była guwernantką mojej siostry — powiedział ze spokojem — kobieta wyjątkowo sympatyczna, najsympatyczniejsza spośród wszystkich guwernantek, jakie kiedykolwiek znałem; mogłaby doprawdy objąć każde stanowisko. Było to już dawno temu, a ten wypadek zdarzył się jeszcze znacznie wcześniej. Studiowałem wówczas w Trinity College i zastałem ją w domu po przyjeździe latem na wakacje po ukończeniu drugiego roku. Tego lata prawie się stamtąd nie ruszałem... było ono piękne. Gdy była wolna od zajęć, chodziliśmy do ogrodu na spacery i pogawędki... a jej uwagi zawierały tyle rozsądku i tak była przy tym miła, że mnie wprost oczarowała. Ależ tak, nie uśmiechajcie się. Polubiłem ją ogromnie i rad jestem po dziś dzień, gdy pomyślę, że i ona mnie lubiła. Nie opowiedziałaby mi tego, gdyby mnie nie lubiła. Nikomu innemu tego nie opowiadała. Wiem, że tak było, chociaż nigdy mi o tym nie mówiła. Po prostu sam się tego domyśliłem. Byłem tego pewny; to dało się zauważyć. Łatwo osądzicie dlaczego, po wysłuchaniu tej historii.
— Czy dlatego, że było to tak straszne?
Nie odrywał ode mnie wzroku.
— Sami łatwo to osądzicie — powtórzył — przekonacie się.
Z kolei ja utkwiłem w nim wzrok.
— Rozumiem. Była zakochana.
Po raz pierwszy się roześmiał.
— Ależ jesteś  b y s t r y. Tak, była zakochana. To znaczy, była kiedyś zakochana. To wyszło na jaw... nie mogłaby opowiedzieć mi swojej historii, nie zdradziwszy się jednocześnie. Uprzytomniłem to sobie, a ona wiedziała, czego się domyślam; nikt z nas jednak o tym nie wspominał. Pamiętam, kiedy to było i w jakim miejscu... narożnik trawnika, cienie wielkich buków i to długie, upalne letnie popołudnie; sceneria nie miała w sobie nic niepokojącego, lecz och...!
Odszedł od kominka i opadł z powrotem na krzesło.
— Czy otrzymasz tę przesyłkę w czwartek rano? — odezwałem się.
— Przypuszczam, że dopiero z drugą pocztą.
— A więc dobrze, po obiedzie...
— Spotkamy się tu wszyscy? — spojrzał po nas wokół ponownie. — Czy nikt nie wyjeżdża? — w jego głosie przebijała niemal nadzieja.
— Wszyscy pozostają!
— Ja zostaję... i ja zostaję! — wołały te panie, których odjazd był już postanowiony. Pani Griffin poprosiła jednak o wyjaśnienie jej pewnych szczegółów.
— W kimże ona się kochała?
— Dowiemy się tego z opowieści — odpowiedziałem za niego.
— Och, nie mogę się jej doczekać!
— Opowieść nie wyjawi tego dosłownie — powiedział Douglas — nie wyjawi tego w zwyczajny, pospolity sposób.
— Tym bardziej należy żałować. Tylko wówczas mogłabym wszystko zrozumieć.
— Nie powiesz nam tego, Douglasie? — zapytał jeszcze ktoś.
Zerwał się znów na nogi.
— Tak... jutro. Teraz muszę pójść do łóżka. Dobranoc.
I pochwyciwszy szybko lichtarz, wyszedł, pozostawiając nas samych w pewnym oszołomieniu. W rozległym, brązowym hallu usłyszeliśmy odgłos jego kroków na schodach, po czym odezwała się pani Griffin:
— No, jeśli się nie dowiedziałam, w kim ona się kochała, to wiem jednak, kim on był.
— Była o dziesięć lat starsza — rzekł na to jej mąż.
— Raison de plus... w tym wieku! Ale to naprawdę ładnie z jego strony, że przez tyle lat zachował dyskretne milczenie.
— Czterdzieści lat! — wtrącił Griffin.
— I naraz ta reakcja.
— Ta reakcja — odparłem — spowoduje, że wieczór czwartkowy stanie się dla nas niezwykłym wydarzeniem.
Wszyscy zgodzili się ze mną tak skwapliwie, że w obliczu tej sprawy nie zwracaliśmy uwagi na nic innego. Ostatnia z rzędu opowieść, jakkolwiek nie cała i przypominająca raczej pierwszy odcinek powieściowy w gazecie, została opowiedziana; uścisnęliśmy sobie nawzajem dłonie, „trąciliśmy się”, jak ktoś się wyraził, lichtarzami i udaliśmy się na spoczynek.
Wiedziałem następnego dnia, że list wraz z kluczem został wysłany pierwszą pocztą do jego mieszkania w Londynie. Pomimo tego — a może właśnie dlatego — że pogłoski na ten temat zaczęły się prawdopodobnie rozpowszechniać, daliśmy mu spokój nawet po obiedzie, dopóki nie nastała pora wieczorna, najbardziej odpowiednia, jeśli chodzi o tego rodzaju emocje, jakie spodziewaliśmy się przeżyć. Potem stał się tak rozmowny, jak tylko można było sobie tego życzyć, i powiedział nam nawet, jakie są tego powody. Dowiedzieliśmy się o tym, zebrani znowu przed kominkiem w hallu, tak samo jak ubiegłego wieczoru, kiedy tak bardzo podrażnił naszą ciekawość. Okazało się, że opowieść, którą nam obiecał przeczytać, rzeczywiście wymagała kilku słów wstępu, abyśmy mogli wszystko należycie zrozumieć. Muszę tu wyraźnie zaznaczyć, by więcej do tego nie powracać, że tę opowieść, którą przepisałem później słowo w słowo, podam tutaj bez żadnego wstępu. Biedny Douglas przed śmiercią — gdy widział, że już się do niego zbliża — mnie powierzył manuskrypt.
Wtedy otrzymał go na trzeci dzień i w tym samym miejscu przy kominku, czwartego dnia wieczorem, wywołując niesłychane wrażenie, rozpoczął go czytać przed naszym zamilkłym gronem. Panie, mimo zapewnień, że wytrwają, zaczęły się powoli usuwać, i oczywiście, dzięki Bogu, nie dosiedziały do końca: pożegnały się pod pozorem poczynionych dawniej planów, choć przedtem umierały z ciekawości, wywołanej wzmiankami, którymi Douglas nas tak podniecił. To jednak przyczyniło się tylko do tym większej zwartości i doboru niewielkiego końcowego grona słuchaczy, skupionych wokół kominka, urzeczonych tym, co wspólnie przeżywali.
Z pierwszej wzmianki dowiedzieliśmy się, że pisemne oświadczenie podejmuje wypadki późniejsze, a nie te, od których historia się zaczęła. Według znanych Douglasowi szczegółów dawna jego przyjaciółka, najmłodsza spośród kilku córek ubogiego wiejskiego pastora, licząca podówczas dwadzieścia lat, miała objąć po raz pierwszy stanowisko wychowawczyni. Toteż przybyła w tym celu do Londynu, drżąc z przejęcia, gdyż miała stawić się osobiście w związku z ogłoszeniem, w wyniku którego nastąpiła już krótka wymiana korespondencji. Osoba, która dała ogłoszenie, chciała ją poznać i powziąć decyzję o jej przydatności. Kandydatka zaprezentowała się na Harley Street, w domu, który wydawał się jej ogromny i imponujący, a przyszły jej chlebodawca okazał się dżentelmenem, kawalerem w kwiecie wieku, postacią zupełnie dla niej realną, taką, o której spłoszona, lękliwa dziewczyna z probostwa w Hampshire mogła marzyć tylko w snach lub też czytać w jakimś starym romansie. Należał do tego typu ludzi, których da się określić bez trudności, do tego typu, który na szczęście nigdy nie wymiera. Był przystojny, pewny siebie i miły, szczery, wesoły i dobry. Uderzyła ją — nie mogło być inaczej — jego kurtuazja i wielkoduszność, lecz najbardziej ujął ją i jednocześnie dodał jej odwagi — którą później wykazała — przez takie potraktowanie całej sprawy, jak gdyby to ona czyniła mu przysługę, a on zaciągał wobec niej nieoceniony dług wdzięczności. Wyobrażała sobie, że musi być bogaty, lecz straszliwie rozrzutny — widziała go w splendorze życia najwyższych sfer, w blasku męskiej urody, w przepychu luksusowych przyzwyczajeń, w uroku czarującego obejścia wobec kobiet. W mieście posiadał wielki dom, wypełniony trofeami z podróży i wypraw myśliwskich. Życzył sobie, by udała się jednak natychmiast do jego dworu na wsi w hrabstwie Essex, który stanowił starą posiadłość rodzinną.
Śmierć obojga rodziców jego bratanka i bratanicy w Indiach pociągnęła za sobą konieczność zaopiekowania się parą małych dzieci po młodszym bracie, wojskowym z profesji, którego utracił dwa lata temu. Skutkiem najdziwniejszego zrządzenia losu, który doświadczył człowieka w jego położeniu — człowieka samotnego, bez żadnego doświadczenia w tej dziedzinie i bez odrobiny cierpliwości — dzieci te ciążyły mu bardzo. Wszystko to było niesłychanie kłopotliwe i z pewnością popełnił cały szereg błędów, lecz pełen litości dla biednych maleństw robił dla nich wszystko, co tylko mógł. Wysłał je przede wszystkim do swej drugiej rezydencji; wieś bowiem była oczywiście najbardziej odpowiednim miejscem dla dzieci; toteż od samego początku przebywały tam pod opieką najlepszych wychowawców, jakich mógł tylko znaleźć. Zrezygnował nawet z własnych służących dla ich wygody i odwiedzał je, gdy tylko czas mu pozwalał, by przekonać się osobiście, jak im się wiedzie. Sytuacja byłaby o wiele znośniejsza, gdyby dzieci miały jeszcze innych krewnych i gdyby jego własne sprawy tak bardzo go nie absorbowały. Pozostawił im do dyspozycji swój dwór w Bly, gdzie miały zapewnione warunki zdrowotne i gdzie były bezpieczne, a głową ich małego gospodarstwa mianował — choć tylko na niskim szczeblu — panią Grose, dawną pokojówkę jego matki, kobietę wyjątkowo porządną, którą, był przekonany, gość jego polubi. Teraz prowadziła tam gospodarstwo, a jednocześnie sprawowała tymczasowy nadzór nad małą dziewczynką, do której, nie mając własnych dzieci, była na szczęście bardzo przywiązana. Ludzi nie brakowało do pomocy, lecz rozumiało się samo przez się, że młoda osoba, która uda się tam jako guwernantka, będzie posiadała najwyższy autorytet. Będzie też musiała podczas wakacji zająć się małym chłopcem, który przez cały okres szkolny przebywał w jednym z internatów — choć był może na to za młody — lecz cóż można było innego zrobić? — i który w związku ze zbliżającymi się wakacjami powinien lada dzień wrócić. Początkowo dziećmi zajmowała się pewna młoda pani, lecz nieszczęście chciało, że ją utraciły. Była to osoba zasługująca na najwyższy szacunek, zajmowała się nimi nader troskliwie aż do swojej śmierci, co spowodowało, ściśle mówiąc, wysoce kłopotliwą sytuację i jedyną drogą wyjścia, jaka pozostała, było wysłanie małego Milesa do internatu. Odtąd pani Grose zajęła się Florą, robiąc dla niej, co tylko mogła, aby ją nauczyć dobrych manier i właściwego postępowania; a poza tym była tam jeszcze kucharka, pokojówka, dziewczyna od krów, stary kucyk, stary stajenny i pewien stary ogrodnik, wszyscy również na wskroś porządni.
Douglas doszedł do tego miejsca, przedstawiając nam tło tej historii, gdy naraz ktoś postawił pytanie:
— A na co zmarła poprzednia guwernantka? Czyżby z nadmiaru szacunku, jakim ją otaczano?
Przyjaciel nasz odpowiedział bez zwłoki:
— Dojdziemy do tego. Nie uprzedzajmy faktów.
— Wybacz... ale wydaje mi się, że ty właśnie to robisz.
— Na miejscu jej następczyni — podsunąłem — chciałbym jednak się dowiedzieć, czy stanowisko to nie było związane...
— Z pewnym niebezpieczeństwem dla życia? — dokończył Douglas moją myśl — owszem, chciała się dowiedzieć i dowiedziała się. Jutro usłyszycie, czego się dowiedziała. Na razie, oczywiście, perspektywy wydawały jej się nieco ponure. Była młoda, niedoświadczona, nerwowa; miała przed sobą poważne obowiązki i przy braku towarzystwa czekało ją naprawdę wielkie osamotnienie. Wahała się, radziła i namyślała przez kilka dni. Lecz zaofiarowana płaca znacznie przekraczała jej skromne przewidywania i gdy przyszła po raz drugi, była już zdecydowana, przyjęła posadę.
W tym miejscu Douglas zrobił pauzę, którą wykorzystałem dla dobra wszystkich obecnych, by wtrącić:
— I wynika z tego taki morał, że została, rzecz jasna, uwiedziona przez tego wspaniałego, młodego człowieka. Uległa.
Tak jak ubiegłego wieczoru wstał, podszedł do kominka, poruszył nogą jakąś kłodę, po czym przez chwilę stał odwrócony do nas plecami.
— Widziała się z nim tylko dwa razy.
— Tak, lecz w tym właśnie tkwi cały urok jej uczucia.
Na to, trochę ku mojemu zdziwieniu, odwrócił się twarzą do mnie.
— W tym tkwił cały urok. Był cały szereg innych kobiet — ciągnął dalej — które nie uległy. Podzielił się z nią swoim kłopotem, nie ukrywając... że dla wielu kandydatek warunki były nie do przyjęcia. Po prostu czegoś się obawiały. Pachniało im nudą... wszystko to wydawało im się dziwne, tym bardziej że postawił jeden zasadniczy warunek.
— A mianowicie...?
— Że nigdy nie będzie go niepokoić żadnymi kłopotami... dosłownie nigdy: nie będzie go prosić o pomoc ani uskarżać się, ani pisać o czymkolwiek; wszystkie sprawy będzie musiała załatwić sama, wszelkie należności będzie otrzymywać od radcy prawnego, będzie musiała przyjąć wszystko na siebie i zostawić go w spokoju. Przyrzekła tego dotrzymać; wspominała później w rozmowie ze mną, że kiedy przez moment ściskał jej rękę z uczuciem ulgi i zachwytu, dziękując jej za poświęcenie, ona już poczuła się wynagrodzona.
— Czyżby to tylko miało być całym jej wynagrodzeniem? — zapytała jedna z pań.
— Nie ujrzała go więcej.
— Och! — rzekła ta sama pani.
Ponieważ nasz przyjaciel zaraz nas opuścił, było to jedyne dalsze ważkie słowo wypowiedziane o tej sprawie. Dopiero następnego wieczoru, siedząc w wygodnym krześle w kąciku przy kominku, otworzył cienki, staroświecki notatnik w czerwonej, wypłowiałej oprawie, o złotych brzegach. Opowiadanie zajęło nam oczywiście więcej niż jeden wieczór. Przy pierwszej okazji ta sama pani zadała jeszcze jedno pytanie:
—Jak pan to zatytułował?
— Nie dawałem żadnego tytułu.
— Och — powiedziałem — ja mam tytuł!
Lecz Douglas, nie zwracając na mnie uwagi, zaczął czytać głośno i wyraźnie, jak gdyby samym głosem pragnął odtworzyć piękny charakter pisma autorki (...)

***
Historia rozpoczyna się w Wigilię Bożego Narodzenia, gdy grupa przyjaciół zgromadzonych w starym dworze, przy kominku snuje opowieści o duchach. Jeden z obecnych opowiada trzymającą w napięciu historię matki i jej dziecka nawiedzanych przez tajemnicze widmo... Losy tych dwojga najbardziej poruszają Douglasa, przypominają mu o niesamowitych zdarzeniach, które spisała jego dawna przyjaciółka, guwernantka… Pod piórem Henry’ego Jamesa, niekwestionowanego mistrza niuansów, ta zgrabna, krótka historia zmienia się w prozatorskie arcydzieło, pełne wieloznaczności i pytań, na które nie ma jasnych odpowiedzi.

Oto młoda guwernantka podejmuje się opieki nad dwójką sierot, które opuszczone przez wuja, wychowują się w ponurym wiktoriańskim dworze. Niespodziewanie idyllę zakłócają tajemnicze wydarzenia. W pobliżu posiadłości dziewczyna zaczyna dostrzegać postaci, których nie rozpoznaje i które wydają się nierealne. Czy tylko ona widzi obcych, czy może to wyobraźnia płata jej figle? 
W guwernantce narastają niepokój i strach. Gdy dowiaduje się, że tajemnicze zjawy są nieżyjącymi opiekunami rodzeństwa, zaczyna podejrzewać, że dzieci nie są wcale tak niewinne, jakimi się jawią.







EKRANIZACJE
/KLIKNIJ ZDJĘCIA/


TRAILER



TRAILER




TRAILER





TRAILER


OPERA













Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger