"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NAJ!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NAJ!. Pokaż wszystkie posty
To - Stephen King

To - Stephen King

Moja NAJUKOCHAŃSZA POWIEŚĆ EVER! 

Nie będę się rozpisywała o traumie z dzieciństwa, towarzyszącej mi do dziś:) Studzienki ściekowe, balony, klauni i... makijaż:)

Przecudowna opowieść o... wszystkim. Jest tu wszystko. 
Przyjaźń. Dzieciństwo. Groza. Strach. Odwaga. Trauma. I on, najważniejszy - POTWÓR!

Przecudowny klimat - niepowtarzalny i niezapomniany!

Mogłabym pisać poematy na temat tej opowieści, ale po co?
Lepiej przeczytać całą historię!

Polecam!
MOJA OCENA: 100000000000/ 10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!
PO POWODZI (1957)
1
Z tego, co wiem, koszmar, który nie miał się zakończyć przez całe dwadzieścia osiem lat (jeżeli się w ogóle skończył), zaczął się od małej łódki, zrobionej z gazety i puszczonej w rynsztoku. Okręcik zakołysał się na wodzie, ponownie podniósł się, ominął dzielnie zdradzieckie wiry i kontynuował swój rejs przez Witcham Street w stronę świateł przy skrzyżowaniu Witcham i Jackson. Tego jesiennego popołudnia 1957 roku zarówno światła na skrzyżowaniu, jak i w domach były wyłączone. Padało przez dobry tydzień, a dwa dni temu do ulewy dołączyła jeszcze silna wichura. Od tej pory w większej części Derry nie było światła i jak dotąd stan ten się nie zmienił.

Mały chłopiec w żółtej kurtce i czerwonych kaloszach biegł radośnie obok gazetowego okręcika. Deszcz nie przestał padać, ale stracił nieco na sile. Nareszcie. Wielkie krople bębniły w żółty kaptur nieprzemakalnej kurtki chłopca, a odgłos ten przypominał mu odgłos deszczu tłukącego w dach szopy... Lubił ten dźwięk. Chłopiec nazywał się George Denbrough. Miał sześć lat. Jego brat William, znany dzieciom ze szkoły podstawowej w Derry (oraz nauczycielom, którzy jednak nigdy nie zwróciliby się do niego w ten sposób) jako Bill Jąkała, leżał w łóżku, pokasłując, złożony fatalną grypą, która na szczęście powoli zaczynała już mijać. Tej jesieni 1957 roku, osiem miesięcy przed rozpoczęciem prawdziwego koszmaru, dwadzieścia osiem lat przed ostatnią jego odsłoną, Bill miał dziesięć lat.
To Bill zrobił okręcik, obok którego biegł teraz George. Zrobił go, siedząc na łóżku oparty plecami o stos poduszek, podczas gdy ich matka grała w salonie na fortepianie „Dla Elizy”, a deszcz bębnił nieustannie o szyby okna sypialni. Mniej więcej na wysokości trzech czwartych ulicy w stronę skrzyżowania i wyłączonych świateł Witcham Street była zablokowana dla ruchu przez grudy błota i cztery pomalowane na pomarańczowo drewniane kozły. Na każdym z nich widniał napis: Wydział Robót Publicznych Derry. Za nimi można było dostrzec wydobyte z kanałów przez deszcz gałęzie, kamienie i wielkie, lepkie sterty jesiennych liści. Woda z początku poczynała sobie ostrożnie i z umiarem, dopiero na trzeci dzień zaczęła przebierać miarę. Do południa czwartego dnia przez skrzyżowanie Jackson i Witcham zaczęły przepływać odwalone kawałki asfaltu, przypominające maleńkie tratwy pośród strumieni białej, spienionej wody. Do tego czasu wielu ludzi w Derry zaczęło opowiadać nerwowe dowcipy o budowie arki. Departament Robót Publicznych zdołał utrzymać Jackson Street otwartą, ale Witcham była nieprzejezdna od kozłów aż do centrum miasta.
Wszyscy jednak zgodnie stwierdzili, że najgorsze już minęło. Poziom Kenduskeag w Barrens obniżył się znacznie i sięgał parę cali poniżej cementowych brzegów kanału, przepływając przez centrum miasta. Teraz więc grupka mężczyzn - a pośród nich również Zack Denbrough, ojciec George’a i Billa - zaczęła usuwać worki z piaskiem, którymi dzień wcześniej w pośpiechu obłożono brzegi kanału. Jeszcze wczoraj podwyższenie stanu wód, a co za tym idzie, fala powodzi, wydawały się niemal nieuniknione. Bóg wiedział, że to już miało miejsce w 1931 roku. Katastrofa, która wówczas nastąpiła, kosztowała miliony dolarów i prawie dwa tuziny istnień ludzkich. To było dawno temu, ale wciąż jeszcze żyło sporo ludzi, którzy pamiętali to wydarzenie na tyle dobrze, aby móc wystraszyć pozostałych. Jedną z ofiar powodzi znaleziono dwadzieścia pięć mil na wschód, w Bucksport. Ryby wyżarły temu nieszczęśnikowi oczy, trzy palce, penis oraz większą część jego lewej stopy. W rękach, a właściwie w tym, co z nich pozostało, ściskał kurczowo kierownicę forda.
Teraz jednak poziom wody opadał, a kiedy w górze rzeki ruszy nowa hydroelektrownia z tamą, rzeka przestanie być zagrożeniem. Tak w każdym razie twierdził Zack Denbrough, który pracował dla Bangor Hydroelectric. Nie było sensu martwić się przyszłymi powodziami. Należało przetrwać obecną, przywrócić miastu prąd, a potem zapomnieć o wszystkim. W Derry zapominanie o tragediach i katastrofach było nieomal sztuką, o czym Bill Denbrough dowie się z czasem.
George zatrzymał się tuż za drewnianymi kozłami, na skraju głębokiej szczeliny, wyrwanej z asfaltowej nawierzchni Witcham Street. Biegła ona niemal dokładnie ukośnie. Kończyła się po drugiej stronie ulicy, nieco na prawo, około czterdziestu stóp w dół wzgórza od miejsca, w którym się teraz znajdował. Roześmiał się w głos - radosny, samotny śmiech dziecka rozjaśnił nieco szarość tego ponurego popołudnia, podczas gdy prąd płynącej wody wprowadził jego papierowy okręcik na serię małych katarakt, tworzonych przez wyrwy w asfalcie. Rwąca woda wycięła kanał, który biegł wzdłuż ukośnej szczeliny, toteż okręcik zaczął przepływać z jednej strony Witcham na drugą, a prąd niósł go tak szybko, że George musiał podbiec, aby za nim nadążyć. Woda bryzgała spod jego kaloszy błotnistymi strumieniami. Ich zapięcia brzęczały radośnie, podczas gdy George Denbrough biegł na spotkanie swojej dziwnej śmierci.Uczuciem, które go w tej chwili przepełniało, była czysta i prosta miłość do swego brata, Billa... miłość i żal, że Bill nie mógł tu być, aby to zobaczyć i stać się częścią tego. Oczywiście spróbuje mu to opisać, kiedy wróci do domu, ale wiedział, że nie będzie w stanie zrobić tego tak obrazowo, jakby to zrobił Bill, będąc na jego miejscu. Bill był dobry w czytaniu i pisaniu, ale nawet mając sześć lat, George wiedział, że jego brat zbierał same piątki nie tylko z tego powodu i nie tylko dlatego, że nauczyciele lubili jego styl. Opowiadanie to była tylko jedna strona medalu. Poza tym Bill był świetnym obserwatorem.
Okręcik przemknął śmiało wzdłuż przekątnego kanału i mimo iż była to tylko strona wyrwana z lokalnej gazety, ale George wyobrażał sobie, że to prawdziwy okręt marynarki wojennej z jednego z filmów wojennych, które czasami oglądał z Billem na sobotnich seansach filmowych. Z filmu, w którym John Wayne walczył z Japońcami. Spod dziobu okrętu trysnęły strugi wody, kiedy łódka przyspieszyła, a potem dotarła do rynsztoka, po lewej stronie Witcham Street. W tym miejscu świeży strumień spływający po wyrwie w asfalcie tworzył spory wir i chłopiec miał wrażenie, że okręcik musi się tu przewrócić i zatonąć. Papierowa łódka przechyliła się na bok, a kiedy znów powróciła do pionu, na twarzy George’a pojawił się radosny uśmiech. Okręcik zaś popłynął dalej, w stronę skrzyżowania. George pobiegł za nim. Nad jego głową szumiał październikowy wiatr, przemykając pośród gałęzi drzew, pozbawionych już niemal całkiem - wskutek wichury - brzemienia różnokolorowych liści. O tak, w tym roku wiatr był bezwzględnym i surowym żniwiarzem.
2
Siedząc na łóżku Bill skończył okręcik, ale kiedy George sięgnął po niego, Bill odsunął go na bok.
- Teraz daj mi p-p-parafinę.
- Co to jest? Gdzie to jest?
- W p-p-piwnicy n-na d-dole - rzekł Bill. - W p-pudełku z napisem G-g-gulf. Przynieś mi to i nóż, i m-miseczkę. I p-paczkę z-z-zapałek.
George posłusznie poszedł po żądane przedmioty. Słyszał, jak matka nadal gra na fortepianie, tym razem nie „Dla Elizy” - lecz coś, co nie podobało mu się tak bardzo, a deszcz nadal brzdąkał miarowo o szyby. To były odgłosy, ale schodzenie do piwnicy wcale nie było miłe. Ani trochę. Nie lubił piwnicy ani schodzenia po schodach do piwnicy, bo zawsze wyobrażał sobie, że tam, na dole, w ciemnościach, coś czyha na niego. Rzecz jasna, to było głupie tak myśleć - co zgodnie twierdzili jego ojciec, matka, a nawet Bill - ale pomimo wszystko... Nie lubił nawet otwierać drzwi, aby włączyć światło, bo zawsze mu się zdawało (a to było już tak irracjonalne, że nie zwierzył się z tego absolutnie nikomu), iż kiedy będzie sięgał w stronę kontaktu, jakaś potworna, zakończona szponami łapa wciągnie go w tę ciemność, cuchnącą kurzem, wilgocią i zapachem gnijących warzyw.
Bzdura! Istoty o palcach zakończonych szponami, pokryte futrem i przepełnione żądzą mordu nie istnieją! Zdarzały się wypadki, kiedy ktoś dostawał ataku morderczego szału i zabijał parę osób - o takich rzeczach opowiadał czasem Chet Huntley w Wiadomościach - no i rzecz jasna byli też komuniści, ale w ich piwnicy na pewno nie mieszkał żaden niezwykły i krwiożerczy potwór. Mimo to zawsze było tak samo. W tych trwających bez końca chwilach, kiedy sięgał w stronę kontaktu prawą ręką (lewa zaciskała się kurczowo na framudze), woń z piwnicy zdawała się przybierać na sile i wypełniać cały świat. Zapachy kurzu, wilgoci i dawno zgniłych warzyw mieszały się ze sobą, tworząc jeden jedyny w swoim rodzaju odór - odór potwora, apoteozę wszystkich potworów. To była woń czegoś, co nie miało nazwy, woń tego skulonego, przyczajonego w ciemności i gotowego do skoku stwora, który przełknąłby wszystko, ale największą ochotę żywi do świeżego dziecięcego mięsa.
Tego ranka otworzył drzwi i sięgnął ręką do przełącznika (co zdawało się trwać w nieskończoność), jak zwykle trzymając się lewą ręką framugi i zaciskając mocno powieki. Koniuszek języka wystawał mu z kącika ust jak umierający korzeń, szukający wody na pustyni. Zabawne? Pewno. Oczywiście, że tak. Patrzcie na George’a! George boi się ciemności! Dzieciak!
Z pomieszczenia, które ojciec nazywał pokojem, a matka salonem, dochodziły dźwięki fortepianu. To brzmiało jak muzyka z innego, odległego świata. Jego palce odnalazły włącznik światła. Ach!
Przekręcił go. I nic. Ciemność. Kurczę. Nie ma prądu! George cofnął rękę tak gwałtownie, jakby wsadził ją do koszyka pełnego węży. Uciekł od otwartych drzwi piwnicy, a serce dudniło mu w piersi jak oszalałe. Nie było światła - to jasne - nie było światła. O Jezu! I co teraz? Wrócić i powiedzieć Billowi, że nie znalazł pudełka z parafiną, bo nie ma światła, a poza tym bał się, że coś mogłoby go złapać, gdyby schodził po schodach na dół - coś gorszego niż psychopatyczny morderca czy komuniści - istota o wiele bardziej zła i zabójcza? To coś mogłoby wysunąć swoją oślizgłą, gnijącą część niby mackę przez szczelinę pomiędzy stopniami schodów i schwycić go za kostkę. Bo przecież mogłoby. A może nie? Inni może by się z tego śmiali, ale nie Bill. Nie on. Bill by się wkurzył. Powiedziałby: Dorośnij, George... chcesz okręcik czy nie?
Jakby w odpowiedzi na jego myśli z sypialni doszedł go głos Billa.
- U-u-umarłeś t-tam, G-george?
- Nie, zaraz to przyniosę, Bill - odparł natychmiast.
Zatarł dłońmi ramiona, żeby usunąć z nich gęsią skórkę i żeby znów zrobiły się gładkie.
- Po prostu zatrzymałem się, żeby się napić wody.
- To się p-p-pospiesz!
Zszedł cztery stopnie w dół, do piwnicy, serce biło mu w piersi jak młotem, włosy zjeżyły się na karku, oczy miał rozszerzone, pałające zgrozą, dłonie zimne jak lód, a w głębi duszy czuł, że lada moment drzwi zamkną się, odcinając go od białego światła płynącego z okna kuchni, a potem usłyszy To, coś gorszego niż wszyscy komuniści i mordercy razem wzięci, gorszego niż Japońcy, gorszego niż Hun Attyla, a nawet setka filmów grozy połączonych w jeden. To ryknie gardłowo - a on usłyszy ten warkot i ryk na parę szalonych sekund, nim To rzuci się na niego i wypruje mu flaki.
Odór piwnicy był dziś, z powodu powodzi, gorszy niż kiedykolwiek. Ich dom znajdował się nieomal na szczycie wzgórza przy Witcham Street i udało im się dzięki temu uniknąć najgorszego, ale w miejscach, gdzie pośród starych fundamentów nastąpił przeciek, nadal stały kałuże wody. Woń była ostra i nieprzyjemna - tak że był zmuszony oddychać bardzo płytko. George, najszybciej jak mógł, przejrzał stos gratów na półce. Stare pudełka z pastą Kiwi, szmaty do czyszczenia butów, zbita lampa naftowa, prawie pusta butelka Windexa, stara, płaska puszka wosku „Żółw”.
Z jakiegoś powodu ta puszka przykuła jego uwagę i niemal przez pół minuty wpatrywał się jak zahipnotyzowany w wizerunek żółwia na wieczku. Potem odłożył ją na półkę... i wreszcie znalazł małe kwadratowe pudełko z napisem Gulf. Schwycił je i pędem wbiegł po schodach, nagle zdając sobie sprawę, że skrawek koszuli wysunął mu się ze spodni, a to może się stać przyczyną jego zguby. Istota z piwnicy pozwoli mu przebyć prawie całą drogę na górę, a potem złapie go za ten skrawek materiału i szarpnie z całej siły do tyłu... Wpadł do kuchni i zatrzasnął za sobą drzwi. Huknęły gwałtownie. Oparł się o nie plecami, miał zamknięte oczy, pot wystąpił mu na ręce i na czoło, dłoń zaciskała się kurczowo na pudełku z parafiną. Fortepian ucichł i usłyszał głos swojej mamy.
- George, czy mógłbyś następnym razem zamykać drzwi trochę głośniej? Może wtedy uda ci się stłuc parę talerzy w kuchni, tylko musisz się dobrze postarać.
- Przepraszam, mamo! - odkrzyknął.
- George, ty niezdaro - rzucił Bill ze swojej sypialni. Powiedział to cicho, żeby matka nie mogła go usłyszeć.
George zachichotał. Jego strach prysnął - opuścił go tak łatwo, jak koszmar opuszcza człowieka, który się budzi skostniały i zdyszany, który czuje swoje ciało i rozgląda się wokoło, aby się upewnić, że nic, o czym śnił, nie zdarzyło się naprawdę, a potem z miejsca zaczyna o tym zapominać. Zanim jego stopy dotkną podłogi, niepamięć ogarnia już połowę jego sennej zmory, kiedy wyjdzie spod prysznica i zacznie wycierać się ręcznikiem, dojdzie do trzech czwartych, a zanim skończy śniadanie, zapomni dokładnie wszystko. Aż do następnego razu, kiedy w uścisku koszmaru przypomni sobie wszystkie swoje lęki. Ten żółw - zastanawiał się George, podążając w stronę szuflady w szafce, gdzie trzymano zapałki. Gdzie ją wcześniej widziałem tego żółwia?
Ale nie uzyskał odpowiedzi i zbył pytanie milczeniem. Wyjął z szuflady paczkę zapałek, wziął nóż z przegródki (trzymając ostrze przezornie z dala od ciała, tak jak go uczył tata) i małą miseczkę z kredensu w jadalni. Potem udał się z powrotem do sypialni Billa.
- A-ale z ciebie d-dupek, G-george - powiedział Bill łagodnym tonem i odsunął na bok niektóre z przedmiotów i medykamentów znajdujących się na jego nocnym stoliku, pustą szklankę, dzbanek z wodą, kleenexy, książki, butelkę Vicks Vapo Rub, która towarzyszyła mu zawsze, kiedy był chory albo choćby miał katar. Wiedział, że nigdy nie zapomni tego zapachu. Było tam też radio, stare Philco, ale nie płynęły z niego dźwięki muzyki Chopina czy Bacha, tylko jednej z piosenek Little Richarda... głos był przyciszony do tego stopnia, że mogło się zdawać, iż Little Richard został do reszty obdarty ze swej mocy. Ich matka, która studiowała pianistykę w klasie fortepianu, nie cierpiała rock and rolla. Nie tylko nie lubiła - po prostu go nienawidziła.
- Nie jestem dupkiem - rzekł George, siadając na skraju łóżka Billa i kładąc przyniesione rzeczy na nocnym stoliku.
- Jesteś - odparł Bill - wielkim dupkiem z wielką brązową dziurą. To właśnie ty.
George próbował sobie wyobrazić dzieciaka, który był jedną wielką dupą na nogach, i zachichotał.
- Masz dziurę w tyłku większą niż Augusta - powiedział Bill i też zaczął chichotać.
- A ty większą niż cały stan - odparł George. Po tym zapanowała blisko dwuminutowa cisza.
Kiedy wreszcie znów zaczęli rozmawiać, mówili szeptem i była to rozmowa, która znaczy bardzo mało dla każdego prócz dwóch małych chłopców. Kłócili się, kto jest większym dupkiem, kto ma większy tyłek i bardziej brązową dziurę itp., itd. W końcu Bill powiedział jedno z zakazanych słów - oskarżając George’a, że jest wielkim zasranym dupkiem, i obaj wybuchnęli radosnym śmiechem. Śmiech Billa zmienił się w kaszel. Kiedy się w końcu uspokoił (a jego twarz - ku przerażeniu George’a - nabrała śliwkowego odcienia), fortepian znów przestał grać. Obaj spojrzeli w kierunku salonu w przekonaniu, że klapa fortepianu lada chwila zostanie zamknięta, a w korytarzu rozlegną się kroki mamy. Bill zakrył usta ręką, tłumiąc kaszel i jednocześnie pokazując w stronę dzbanka. George nalał szklankę wody, a jego brat wypił ją do dna.
Fortepian znów zaczął grać - znów „Dla Elizy”. Bill Jąkała nigdy nie zapomniał tego utworu i nawet po latach wywoływał on gęsią skórkę na jego ciele. W takich chwilach miał wrażenie, że jego serce przestaje bić, i przypominał sobie: Moja matka to grała w dniu, kiedy umarł George.
- Będziesz jeszcze kaszlał, Bill?
- Nie.
Bill wyjął z pudełka chusteczkę higieniczną, chrząknął, splunął flegmą w kleenexa, zmiął go w kulkę i wrzucił do kosza na śmieci, stojącego przy łóżku, w którym znajdowało się już wiele podobnych kulek. Potem otworzył pudełko z parafiną i odwróciwszy je, wyłożył zawartość na dłoń. George przyglądał mu się z uwagą, ale nic nie mówił ani o nic nie pytał. Bill nie lubił, jak brat mu przeszkadzał, ale George wiedział, że jeżeli tylko będzie trzymał język za zębami, brat i tak wszystko mu wyjaśni. Zwykle tak było.
Bill odkroił nożem mały kawałek parafiny, włożył go do miseczki, a potem położył na wierzch parafiny zapaloną zapałkę. Obaj chłopcy patrzyli na mały żółty płomyczek, podczas gdy słabnący wiatr raz po raz chłostał deszczem szybę okna.
- Trzeba zaimpregnować okręcik, bo w przeciwnym razie przesiąknie i zatonie - rzekł Bill.
Kiedy był z George’em, jąkał się rzadko lub wcale. W szkole jednak bywało czasem tak kiepsko, że w ogóle nie można było nic z niego wydobyć. Nie mogąc się z nim porozumieć, koledzy odchodzili, podczas gdy Bill, ściskając obu dłońmi krawędź stołu, z twarzą niemal równie czerwoną jak włosy i oczyma zmienionymi w szparki, próbował wykrztusić z siebie parę słów. Nieraz mu się udawało, kiedy indziej zaś ponosił klęskę. Gdy miał trzy lata, został potrącony przez samochód i siła uderzenia rzuciła go na ścianę budynku. Był nieprzytomny przez siedem godzin. Matka powiedziała, że to ten wypadek sprawił, iż zaczął się jąkać. George czasami miał wrażenie, że ojciec - a nawet sam Bill - w to nie wierzyli.
Kawałek parafiny prawie całkiem się roztopił. Płomień zapałki przygasał, dochodząc do końca kartonowego patyczka, robił się niebieski, aż w końcu zniknął zupełnie. Bill zanurzył koniec palca w miseczce i wyjął go z cichym syknięciem. Uśmiechnął się przepraszająco do George’a.
- Gorące - powiedział. Parę sekund później powtórzył tę czynność i zaczął rozsmarowywać parafinę wzdłuż boków okręcika, gdzie szybko zastygła, tworząc mlecznobiałe grube pasma.
- Mogę? - spytał George.
- OK. Tylko nie poplam któregoś z koców, bo mama by cię zabiła.George zanurzył palec w parafinie, która była dosyć ciepła, ale już nie gorąca, i zaczął smarować nim papierową łódeczkę.
- Nie tak dużo, dupku - powiedział Bill. - Chcesz, żeby zatonęła podczas dziewiczego rejsu?
- Przepraszam.
- Już dobrze. Rób d-dalej. S-spokojnie.
George skończył drugą stronę, a potem uniósł okręcik w dłoniach. Wydawał się trochę cięższy, ale nie za bardzo.
- Świetnie - ucieszył się. - Wyjdę i puszczę go na wodę.
- Tak. Zrób to - powiedział Bill. Nagle zaczął sprawiać wrażenie zmęczonego i nadal dręczonego chorobą.
- Chciałbym, żebyś mógł pójść ze mną - oznajmił George. Naprawdę tak było. Bill czasami był nieznośny, ale miał zawsze najlepsze pomysły i nigdy się nie mylił. - To przecież twoja łódka.
- On - rzekł Bill. - Bo to jest okręcik.
- On.
- Ja też bym chciał pójść z tobą - stwierdził ponuro Bill.
- Cóż... - George przestąpił z nogi na nogę, ściskając w dłoni okręcik.
- Nałóż coś od deszczu - rzucił Bill - bo w przeciwnym razie złapiesz grypę jak ja. Najprawdopodobniej i tak się zarazisz. Ode mnie.
- Dzięki, Bill. To świetny okręcik. - I zrobił coś, czego nie robił od dawna, a czego Bill nigdy nie zapomniał - pochylił się i pocałował brata w policzek.
- Teraz to już na pewno złapiesz grypę, ty dupku - powiedział - ale mimo wszystko wyglądał na zadowolonego. Uśmiechnął się do George’a i dodał: - I odłóż to wszystko na miejsce, bo się mama wścieknie.
- Pewno. - Zabrał przyniesione rzeczy i przeszedł przez pokój z okręcikiem na wierzchu pudełka z parafiną.
- G-g-george?
George odwrócił się, aby spojrzeć na brata.
- B-bądź ostrożny.
- Pewno.
Jego czoło zmarszczyło się nieznacznie. To było coś, co zwykle mówiła mama, a nie starszy brat. Równie dziwne wydało mu się to, że pocałował Billa w policzek. Nie robił tego już od dawna.
- Pewno, że tak.

I wyszedł. Billy nie zobaczył go już nigdy więcej.
(...)
***
Derry to małe miasto w stanie Main - nawiedzone miasto - w którym pewnego razu grupa dzieci spotkała TO. Większość z nich miała szczęście, uszła z życiem i wyjechała z Derry. Po dwudziestu latach TO znowu daje o sobie znać, a ci, którzy przeżyli, zostają wezwani do powrotu w rodzinne strony. Zapomniane strachy dzieciństwa powracają. Dzieci sa już dorosłymi, ale muszą odnaleźć w sobie dziecięcą wiarę, lojalność i odwagę by skutecznie stawić mu czoła.


So...
***
Ekranizacja z 1990 roku
SCARY MOMENTS
1
2
3
4
5
6
7
8

Ekranizacja z 2017 roku


SCARY MOMENTS
1
2
3






ZGARNIJ EBOOKA W


Lśnienie - Stephen King

Lśnienie - Stephen King

Szkoda, że nie ma skali ocen do miliona...(((( Absolutny nr 1!:-)
"Bo tu w Panoramie ciągle coś się działo. Tutaj wszystkie pory stapiały się w jedną. Bez końca trwała sierpniowa noc roku 1945, ze śmiechem i trunkami, i olśniewającą garstką wybrańców losu, którzy jeździli w górę i w dół windą, pili szampana, obrzucali się konfetti i serpentynami. I szary czerwcowy świt w jakieś dwadzieścia lat później, kiedy najęci przez mafię rewolwerowcy nieprzerwanie dziurawili kulami poszarpane, skrwawione ciała trzech mężczyzn przeżywających męczarnie bez kresu. W łazience przy pokoju na drugim piętrze rozwalona w wannie kobieta czekała na gości. W Panoramie wszystko w jakiś sposób żyło, jakby ją nakręcono srebrnym kluczykiem. Zegar chodził. Zegar chodził."
Lśnienie jest pierwszą częścią cyklu o tej samej nazwie. O drugiej części (Doktor Sen) nie będę wspominała ani teraz, ani nigdy... :(((

Stephen nie raz podkreślał, że postać Jacka wzorowana była na nim samym i to z niezbyt wesołego okresu, pełnego alkoholu, narkotyków i substancji stymulujących...
Historia ta jest arcydziełem, jeśli chodzi o narastający klimat grozy. Jest tym bardziej straszna, ponieważ brak w niej dosadności (której nie znoszę w horrorach i grozie...). Wszystko dzieje się "między wierszami"i nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Nastrój wprowadzany jest subtelnie i nieprzerwanie. Wraz z bohaterami jesteśmy wciągnięci i zamknięci w tym nawiedzonym hotelu.
Tak, nawiedzonym hotelu. W powieści nie ma mowy TYLKO I WYŁĄCZNIE o szaleństwie głównego bohatera, jak to jest w przypadku beznadziejnej interpretacji Kubricka, od której nawet sam Mistrz odcina się "rencami i nogami".  Twierdził on, że filmowa wersja nie ma nic wspólnego z jego powieścią, a sam Jack Nicholson straszy aparycją sam w sobie, nie może więc grać Jacka Torreance'a, gdyż ten powinien wyglądać, "jak normalny facet" XD
W ekranizacji jest MNÓSTWO błędów i to nie tylko spowodowanych "reżyserską wersją autorską". Przykładowo nr pokoju 217 w filmie nie mógł zostać wykorzystany, ponieważ nie zgodził się na to właściciel Hotelu Stanley twierdząc, że po wyświetleniu filmu na wielkim ekranie NIKT nie będzie chciał w takim pokoju zamieszkać (sądzę, że się mylił XD) Nr 217 zastąpiono takim nr pokoju, który w hotelu w rzeczywistości nie istniał:)
Polecam za to miniserial Lśnienie, produkcji ABC w reżyserii Micka Garrisa, gdzie Stephen King był autorem scenariusza - nie chciał bowiem popełnić takiego błędu, jak w przypadku Kubricka, któremu "tylko" sprzedał prawa do ekranizacji. TEN serial jest czystym odzwierciedleniem powieści!!!!! Interpretacja aktorska postaci jest rewelacyjna, a całość ogląda się z ciarami, mimo że produkcja ta jest z 1997 roku, więc brak w niej efektów specjalnych rodem z Dnia Niepodległości - za to jest NASTRÓJ rodem z kingowskiej krainy grozy:)
Jest jeszcze jedna interpretacja, na którą chciałabym zwrócić Waszą uwagę - audiobook Superprodukcja Audioteki - Lśnienie! Zrealizowana przez Audiotekę superprodukcja “Lśnienie” otrzymała Nagrodę Audiobook Roku 2016 Magazynu Literackiego KSIĄŻKI. I słusznie! Pan Krzysztof Gosztyła wymiata w tym audiobooku! Generalnie mógłby sam wszystko czytać, a i tak Lśnienie nie wyszłoby z kategorii Horror:) Sam tworzy nastrój grozy, a jego interpretacja przebiła moją wyobraźnię:) I pisze to ja, która zasypiała przy każdym audiobooku! 

Prawdziwy Hotel Panorama nazywa się Stanley Hotel


MOJA OCENA: 10/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Rozmowa z pracodawcą

Jack Torrance pomyślał: nadgorliwy kutasina.
Ullman mierzył pięć stóp i pięć cali, a poruszał się z pełnym zaaferowania pośpiechem, który zdaje się wyłączną cechą wszystkich niskich i korpulentnych mężczyzn. Przedziałek miał prościutki, ciemne ubranie dyskretne, lecz budzące zaufanie. Jestem kimś, do kogo można się zwracać w kłopotliwych sprawach – mówiło to ubranie do klienta. Do pracownika przemawiało zwięźlej: to należy zrobić dobrze, pamiętaj. Stuart Ullman nosił w butonierce czerwony goździk, zapewne w tym celu, aby żaden przechodzień nie wziął go za miejscowego przedsiębiorcę pogrzebowego. Kiedy Jack słuchał Ullmana, przyznawał w duchu, że prawdopodobnie nie mógłby lubić nikogo po tamtej stronie biurka – w danych okolicznościach.
Ullman zadał mu pytanie, którego nie zrozumiał. To źle; osoby typu Ullmana rejestrują takie potknięcia w umyśle i rozpatrują je później.
– Słucham?
– Pytałem, czy pańska żona w pełni pojmuje, jakie pan bierze na siebie obowiązki. Oczywiście jest jeszcze pański syn. – Spojrzał na leżące przed nim podanie. – Daniel. Żony ta myśl ani trochę nie przeraża?
– Wendy to niezwykła kobieta.
– A wasz syn też jest niezwykły?
Jack uśmiechnął się szczerze, promiennie, jakby był agentem reklamy.
– Tak nam się przynajmniej wydaje. Jak na pięciolatka, wykazuje sporą samodzielność.
Ullman nie odwzajemnił uśmiechu. Wsunął podanie Jacka z powrotem do teczki. Teczka powędrowała do szuflady. Na biurku nie pozostało już teraz nic prócz bibularza, telefonu, lampki do czytania i koszyka na wpływającą i odchodzącą korespondencję. Obie przegródki koszyka również były puste.
Ullman wstał i podszedł do segregatora w rogu.
– Pozwoli pan tutaj, panie Torrance. Popatrzymy na plany pięter.
Przyniósł pięć dużych arkuszy i położył je na lśniącym orzechowym blacie biurka. Jack stanął po tej samej stronie co Ullman i bardzo wyraźnie poczuł zapach jego wody kolońskiej. Wszyscy moi ludzie używają juchtu angielskiego albo nie używają niczego, przyszło mu do głowy całkiem bez powodu i musiał się ugryźć w język, żeby nie ryknąć śmiechem. Z kuchni za ścianą dobiegały ciche odgłosy; po lunchu pracowano tam na zwolnionych obrotach.
– Piętro najwyższe – zaczął Ullman raźnym tonem. – Strych. Teraz nie ma tam absolutnie nic prócz rupieci. Po zakończeniu drugiej wojny światowej Panorama kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk i chyba każdy kolejny dyrektor wyrzucał wszystkie niepotrzebne graty na strych. Proszę o zastawienie tam pułapek i wyłożenie trutki na szczury. Niektóre pokojówki z trzeciego piętra twierdzą, że słyszały jakieś szelesty. Nie daję temu wiary nawet na chwilę, powinniśmy jednak mieć stuprocentową pewność, że w Panoramie nie ma ani jednego szczura.
Jack trzymał język za zębami, choć podejrzewał, że nie ma na świecie hotelu bez choćby paru szczurów.
– Naturalnie pod żadnym pozorem nie pozwoli pan synowi wchodzić na strych.
– Nie – odparł Jack i znów przywołał na twarz promienny uśmiech agenta reklamy. Upokarzająca sytuacja. Czy ten nadgorliwy kutasina rzeczywiście uważa, że on, Jack, pozwoliłby synowi myszkować po strychu, pełnym pułapek na szczury, starych rupieci i Bóg wie czego jeszcze?
Ullman szybko wsunął plan strychu pod pozostałe arkusze.
– Panorama ma sto dziesięć pomieszczeń dla gości – objaśniał metodycznie. – Trzydzieści, same apartamenty, mieści się tutaj, na trzecim piętrze: dziesięć, włącznie z apartamentem prezydenckim, w skrzydle zachodnim, dziesięć w części środkowej i jeszcze dziesięć w skrzydle wschodnim. Z każdego roztacza się wspaniały widok.
Czy mógłbyś przynajmniej zrezygnować z tego reklamiarstwa?
Ale milczał. Zależało mu na tej pracy.
Ullman schował plan trzeciego piętra pod spód i zajęli się piętrem drugim.
– Czterdzieści pokoi – poinformował Ullman. – Trzydzieści dwójek i dziesięć jedynek. A na pierwszym piętrze po dwadzieścia każdego rodzaju. Plus trzy bieliźniarki na każdym piętrze, magazyn na samym końcu wschodniego skrzydła hotelu na drugim piętrze i jeszcze jeden na końcu zachodniego skrzydła na piętrze pierwszym. Jakieś pytania?
Jack pokręcił głową. Ullman sprzątnął plany drugiego i pierwszego piętra.
– A teraz parter. Pośrodku jest recepcja. Za nią biura. Hol, licząc od recepcji, ma w obie strony po osiemdziesiąt stóp długości. Tu, w skrzydle zachodnim, mieści się sala jadalna i salon Kolorado. Sale bankietowa i balowa są w skrzydle wschodnim. Pytania?
– Tylko w związku z podziemiem – odparł Jack. – Dla dozorcy zaangażowanego na zimę ten poziom jest najważniejszy. Rzec można, tam rozgrywa się akcja.
– To wszystko pokaże panu Watson. Plan wisi na ścianie w kotłowni. – Ullman zmarszczył się groźnie, może po to, aby dać do zrozumienia, że jako dyrektor nie zaprząta sobie głowy tak przyziemnymi aspektami funkcjonowania hotelu, jak ogrzewanie i kanalizacja. – Chyba nieźle byłoby i tam zastawić kilka pułapek. Chwileczkę…
Nabazgrał coś w bloczku wyjętym z wewnętrznej kieszeni marynarki (każda kartka miała gruby czarny nadruk „Z biura Stuarta Ullmana”), oddarł arkusik i wrzucił do przegródki koszyka przeznaczonej na odchodzącą korespondencję. Kartka spoczęła tam osamotniona. Bloczek ponownie zniknął w kieszeni marynarki, jakby na zakończenie sztuki magicznej. Patrz, mały Jackie, raz jest, raz go nie ma. Ten facet to kawał ważniaka.
Zajęli swoje poprzednie miejsca, Ullman z jednej strony biurka, Jack z drugiej, pytający i pytany, petent i niechętny urzędnik. Ullman złożył wypielęgnowane rączki na bibularzu i patrzył prosto na Jacka – mały łysiejący mężczyzna w bankierskim garniturze i szarym stonowanym krawacie. Przeciwwagą kwiatka w butonierce była wpięta w drugą klapę szpilka z wykonanym złotymi literkami prostym napisem „Personel”.
– Będę z panem całkiem szczery, panie Torrance. Albert Shockley to wpływowy człowiek i ma duże udziały w Panoramie, która po raz pierwszy w swej historii przyniosła w tym sezonie zysk. Pan Shockley zasiada również w radzie nadzorczej, choć nie jest hotelarzem, do czego pierwszy by się przyznał. Ale swoje życzenia w sprawie dozorcy wyraził całkiem jasno. Chce, żeby pan nim został. I ja pana zaangażuję. Gdyby mi wszakże dano wolną rękę, nigdy bym tego nie zrobił.
Jack zacisnął spocone pięści na kolanach i pocierał jedną o drugą. Nadgorliwy kutasina, nadgorliwy kutasina, nadgorliwy…
– Chyba nie przypadłem panu do serca, panie Torrance. Ja się tym jednak nie przejmuję. Pańskie uczucia do mnie na pewno nie mają wpływu na to, że w moim przekonaniu nie nadaje się pan do tej pracy. W sezonie trwającym od piętnastego maja do trzydziestego września Panorama zatrudnia stu dziesięciu pracowników na pełnym etacie, można więc powiedzieć, że na każdy pokój hotelowy przypada jeden z nich. Jak sądzę, niewielu mnie lubi, a podejrzewam, że niektórzy mają mnie po trosze za drania. Nie bardzo się mylą w ocenie mojego charakteru. Muszę być po trosze draniem, żeby zarządzać tym hotelem tak, jak na to zasługuje.
Popatrzył na Jacka, spodziewając się usłyszeć komentarz, a Jack znowu przywołał na twarz uśmiech agenta reklamy, szeroki i obelżywy.
– Panoramę budowano od roku 1907 do 1909 – powiedział Ullman. – Najbliżej położone miasto, Sidewinder, leży czterdzieści mil stąd na wschód. Droga do miasta jest zamknięta mniej więcej od końca października czy od listopada aż gdzieś do kwietnia. Hotel wybudował Robert Townley Watson, dziadek naszego obecnego konserwatora. Mieszkali tu Vanderbiltowie, Rockefellerowie, Astrorowie, Du Pontowie. Apartament prezydencki zajmowało czterech prezydentów. Wilson, Harding, Roosevelt i Nixon.
– Hardingiem i Nixonem zbytnio bym się nie chlubił – mruknął Jack. Ullman zmarszczył brew, ale ciągnął, nie zważając na niego:
– Pan Watson nie dawał sobie rady i sprzedał hotel w roku 1915. Potem sprzedawano go w latach 1922, 1929 i 1936. Stał pusty do końca wojny, kiedy to nabył go i całkowicie odrestaurował HoracyDerwent, milioner i wynalazca, pilot, producent filmowy i przedsiębiorca.
– Znam to nazwisko – powiedział Jack.
– Tak. Wszystko, czego się tknął, zamieniało się w złoto… z wyjątkiem Panoramy. Wpakował w nią ponad milion dolarów, zanim pierwszy powojenny gość przekroczył te progi, i z chylącego się ku ruinie zabytku zrobił atrakcję turystyczną. To Derwentowi hotel zawdzięcza boisko do roque’a, które – jak widziałem – podziwiał pan po przyjeździe.
– Roque’a?
– Jest to brytyjski przodek naszego krokieta, proszę pana. Krokiet to skundlona odmiana roque’a. Jak głosi legenda, Derwent nauczył się reguł tej gry od swojego sekretarza do spraw towarzyskich i oszalał na jej punkcie. Nasze boisko jest zapewne najpiękniejsze w Ameryce.
– W to nie wątpię – rzekł Jack z powagą. Boisko do roque’a, od frontu żywopłoty strzyżone tak, by przypominały zwierzęta, i co jeszcze? Zaczynał mieć wyżej uszu pana Stuarta Ullmana, widział jednak, że Ullman nie skończył. Zamierzał powiedzieć swoje aż do ostatniego słowa.
– Derwent stracił trzy miliony, po czym sprzedał Panoramę grupie kalifornijskich akcjonariuszy. Równie źle na niej wyszli. Po prostu nie byli hotelarzami. W roku 1970 kupił ją pan Shockley z grupą swoich wspólników i mnie przekazał kierownictwo. Przez parę lat i my mieliśmy deficyt, lecz stwierdzam z przyjemnością, że obecni właściciele nigdy nie przestali pokładać we mnie zaufania. W zeszłym roku wyszliśmy na zero. A w tym roku, po raz pierwszy od prawie siedmiu dziesięcioleci, Panorama przyniosła zysk.
Jack przypuszczał, że ten pedancik ma powód do dumy, ale znów poczuł przypływ antypatii, jaką od początku wzbudzał w nim Ullman.
– Nie widzę związku między bezsprzecznie barwnymi dziejami Panoramy a pańskim przeświadczeniem, że nie nadaję się do tej pracy – powiedział.
– Panorama przynosiła tak duże straty między innymi dlatego, że każdej zimy traci na wartości. Zmniejsza to stopę zysku o wiele bardziej, niż pan sobie wyobraża. Zimy są tutaj nieopisanie surowe. Żeby uporać się z tym problemem, zaangażowałem na całą zimę dozorcę do obsługi kotła oraz ogrzewania kolejno poszczególnych części hotelu. Miał usuwać powstające szkody, dokonywać napraw, stawiać czoło żywiołom. Stale być przygotowany na nieprzewidziane wypadki. Na pierwszą zimę nająłem rodzinę, a nie samotnego mężczyznę. Doszło do tragedii. Strasznej tragedii.
Ullman chłodno otaksował Jacka wzrokiem.
– Popełniłem błąd. Gotów jestem to przyznać. Ten człowiek pił.
Jack poczuł, że powoli wypływa mu na usta gorączkowy uśmiech – absolutne przeciwieństwo szerokiego uśmiechu agenta reklamy.
– Czyżby? Dziwię się, że Al panu nie powiedział. Ja już nie piję.
– Tak. Pan Shockley mi mówił. Mówił też o pańskiej ostatniej posadzie…. nazwijmy ją ostatnim odpowiedzialnym stanowiskiem. Uczył pan angielskiego w szkole przygotowawczej w Vermoncie. Wpadł pan w złość, bo chyba nie muszę się wdawać w szczegóły. Ale tak się składa, że w moim przekonaniu przypadek Grady’ego ma z tym związek, dlatego też poruszyłem sprawę… hm, pańskiej przeszłości. Na pierwszą zimę, na przełomie roku 1970 i 1971, po odnowieniu Panoramy, ale przed otwarciem pierwszego sezonu, zatrudniłem tego… tego nieszczęśnika nazwiskiem Delbert Grady. Zajął pomieszczenia, do których wprowadzi się pan z żoną i synem. On miał żonę i dwie córki. Moje zastrzeżenia budziła przede wszystkim ostra zima i fakt, że rodzina Gradych będzie odcięta od świata przez pięć do sześciu miesięcy.
– Ale właściwie tak nie jest, prawda?– Ale właściwie tak nie jest, prawda? Są tu przecież telefony i przypuszczalnie krótkofalówka. A Park Narodowy w Górach Skalistych leży w zasięgu helikoptera, z pewnością zaś na tak dużym terenie muszą mieć jeden czy dwa helikoptery.
– Nic mi o tym nie wiadomo – odparł Ullman. – W hotelu jest krótkofalówka, Watson pokaże ją panu wraz z listą właściwych pasm częstotliwości, na których mógłby pan w razie potrzeby wzywać pomocy. Do Sidewinder wciąż jeszcze prowadzą stąd nadziemne linie telefoniczne i prawie każdej zimy w tym czy innym miejscu zostają zerwane, a naprawa trwa na ogół trzy do sześciu tygodni. W szopie ze sprzętem stoi też śniegołaz.
– Więc właściwie hotel nie jest odcięty.
Pan Ullman zrobił urażoną minę.
– Przypuśćmy, że pański syn czy żona potknie się na schodach i dozna pęknięcia czaszki. Czy wtedy będzie pan uważał to miejsce za odcięte od świata?
Jack zrozumiał, o co chodzi. Śniegołazem dałoby się dotrzeć do Sidewinder najprędzej w półtorej godziny… może. Helikopter Parkowej Służby Ratowniczej mógłby tu przylecieć za trzy godziny… w najbardziej sprzyjających warunkach. Podczas zadymki w ogóle nie zdołałby wystartować, a nie sposób liczyć na rozwinięcie maksymalnej prędkości śniegołazem, nawet gdyby się ktoś odważył przewozić ofiarę wypadku w temperaturze, powiedzmy, dwudziestu pięciu stopni poniżej zera – na wietrze czterdziestu pięciu.
– W przypadku Grady’ego – podjął Ullman – rozumowałem chyba bardzo podobnie jak pan Shockley w pańskim przypadku. Samo odosobnienie może mieć zgubny wpływ na mężczyznę. Lepiej mu będzie z rodziną. W razie kłopotów, myślałem, są duże szanse na to, że nie zaistnieje nic tak pilnego, jak pęknięcie czaszki, zranienie narzędziem z napędem mechanicznym czy konwulsje. Ciężka grypa, zapalenie płuc, złamana ręka, nawet wyrostek robaczkowy nie wymagałyby takiego pośpiechu. Podejrzewam, że to, co się stało, było następstwem zgromadzenia przez Grady’ego bez mojej wiedzy dużych zapasów taniej whisky i dziwnej choroby, zwanej przez stare wygi więzienną. Zna pan to określenie? – Ullman przywołał na twarz protekcjonalny uśmieszek, gotów udzielić wyjaśnień, jak tylko Jack przyzna się do swej ignorancji, więc Jack z radością odpowiedział szybko i zwięźle:
– Jest to żargonowe określenie reakcji klaustrofobicznej, która może nastąpić, kiedy ludzie długo przebywają razem w zamknięciu. Klaustrofobia uzewnętrznia się niechęcią do osób zajmujących to samo pomieszczenie. W skrajnych przypadkach może ona wywoływać halucynacje i skłaniać do aktów gwałtu; popełniano morderstwa z tak głupich powodów, jak przypalony posiłek czy sprzeczka o to, na kogo wypada kolej pozmywać naczynia.
Ullman wydał się lekko zbity z tropu, co świetnie zrobiło Jackowi. Postanowił go jeszcze nacisnąć, lecz w duchu obiecał Wendy, że zachowa spokój.
– Sądzę, że tu popełnił pan błąd. Czy zrobił im krzywdę?
– Zabił najpierw wszystkie trzy, proszę pana, a potem siebie. Dziewczynki zarąbał siekierą, żonę zastrzelił z dubeltówki, siebie również. Miał złamaną nogę. Niewątpliwie tak się spił, że zleciał ze schodów. – Ullman rozłożył ręce i z obłudną miną popatrzył na Jacka.
– Czy miał średnie wykształcenie?
– Prawdę powiedziawszy, nie miał – odrzekł Ullman sztywno. – Myślałem, że jednostka, nazwijmy ją, bez polotu nie będzie do tego stopnia wrażliwa na niewygody, na samotność…
– Na tym polegał błąd – skonstatował Jack. – Człowiek nierozgarnięty jest bardziej podatny nachorobę więzienną, tak jak łatwiej mu zastrzelić kogoś przy kartach czy ot, tak sobie obrabować. On się nudził. Kiedy spadnie śnieg, może najwyżej oglądać telewizję czy stawiać pasjansa i oszukiwać, jeśli nie odkryje wszystkich asów. Nie ma nic do roboty, więc dogryza żonie, czepia się dzieci i pije. Zasypia z trudem, bo panuje cisza. Toteż pije, aby zasnąć, i budzi się z kacem. Staje się drażliwy. A jak na przykład ogłuchnie telefon, wiatr zerwie antenę telewizyjną, to pozostaje mu tylko rozmyślanie, oszukiwanie przy pasjansie, no więc złości się coraz bardziej. W końcu… paf, paf, paf.
– Podczas gdy człowiek wykształcony, taki jak pan?…
– Oboje z żoną lubimy czytać. Muszę pracować nad sztuką, którą piszę, o czym zapewne powiedział panu Al Shockley. Danny ma swoje układanki, książeczki do kolorowania i radio kryształkowe. Chcę uczyć go czytania i chodzenia po śniegu w rakietach. Wendy też pragnie się tego nauczyć. O tak, chyba potrafimy znaleźć sobie zajęcie i nie działać jedno drugiemu na nerwy, jeśli nawali telewizja. – Urwał. – I Al nie kłamał, mówiąc, że już nie piję. Owszem, piłem dawniej i zaczynało to wyglądać poważnie. Ale przez ostatnie czternaście miesięcy nie tknąłem nawet piwa. Nie zamierzam przywozić tu alkoholu, a jak spadnie śnieg, i tak nie będę miał okazji go kupić.
– Tu przyznaję panu rację – rzekł Ullman. – Dopóki jednak będziecie w hotelu we trójkę, mnożyć się będą możliwości kłopotów. Choć mówiłem o tym panu Shockleyowi, odparł, że bierze na siebie odpowiedzialność. Teraz mówię o tym panu, a pan najwyraźniej też chce wziąć na siebie odpowiedzialność.
– Tak.
– W porządku. Godzę się, skoro nie mam wyboru. Mimo to nadal wolałbym z nikim niezwiązanego studenta na rocznym urlopie. No, może się pan nada. A teraz przekażę pana Watsonowi, który pana oprowadzi po podziemiu i terenie wokół hotelu. Chyba że nasunęły się panu jeszcze jakieś pytania?
– Nie. Żadne.
Ullman wstał.
– Mam nadzieję, że nie czuje pan urazy. Mówiąc to wszystko, nie kierowałem się względami osobistymi. Chodzi mi tylko o dobro Panoramy. To wspaniały hotel. Chcę, żeby taki pozostał.
– Nie. Nie czuję urazy. – Jack znowu błysnął zębami w uśmiechu agenta reklamy, ale się ucieszył, że Ullman nie podaje mu ręki. Czuł urazy. Najróżniejsze.
(...)
***
Powieść uważana przez wielu czytelników za horror wszech czasów. Jack Torrance, były nauczyciel, a obecnie poszukujący weny pisarz, otrzymuję pracę dozorcy w opuszczonym na okres zimowy górskim hotelu Overlook. Kiedy burze śnieżne odcinają od świata rodzinę Torrance'ów, obdarzony telepatycznymi zdolnościami Danny, pięcioletni syn Jacka, odkrywa, że hotel jest nawiedzony, a duchy powoli doprowadzają jego ojca do obłędu. Sytuacja staje się coraz bardziej groźna, aż pewnego dnia mężczyzna przestaje nad sobą panować...

Cykl: Lśnienie (tom 1)





EKRANIZACJA 
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/


TRAILER


MINI SERIAL


TRAILER


POLECAM TAKŻE REWELACYJNEGO AUDIOBOOKA/SUPERPRODUKCJĘ!!!!
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/







ZGARNIJ EBOOKA W




Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger