"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Jej chłopak Freida McFadden

Jej chłopak Freida McFadden

"Dlaczego randkowanie jest takie trudne? Dlaczego nie mogę po prostu poznać świetnego faceta, wyjść za niego za mąż i żyć długo i szczęśliwie? Czy to naprawdę tak dużo?"


Priorytety tej opowieści zawarte są w cytacie. Nie moja bajka, nie moje oczekiwania, ale trzeba przyznać, że jest to kolejna opowieść, która czytała się sama błyskawicznie i która jak zwykle jest gotowym scenariuszem na lekki thriller, ze lekko zaskakującą wisienką na torcie, razem z pestką: Bonnie i Clyde.

Opowieść retrospekcyjna o wiele lepsza, niż teraźniejsza.

Więcej nie napiszę.

Jeśli ktoś chce się odmóżdżyć w tempie ekspresowym, nie myśląc o niczym, jest to lektura idealna.


MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Szukała ideału. Znalazła śmierć.

 

Sydney Shaw, jak każda singielka w Nowym Jorku, ma dość randkowego piekła. Kłamcy z aplikacji, faceci, którzy „zapominają” portfela, i maminsynki to jej codzienność. Ale w końcu los się do niej uśmiecha.

 

Jej nowy chłopak jest po prostu idealny. Przystojny, czarujący i – co brzmi jak marzenie – jest szanowanym lekarzem w miejscowym szpitalu. Sydney czuje, że w końcu odnalazła swoją bezpieczną przystań.

 

W tym samym czasie miastem wstrząsa seria brutalnych morderstw. Policja jest bezradna wobec seryjnego zabójcy, który działa według przerażającego schematu: najpierw umawia się ze swoimi ofiarami na randki, a potem odbiera im życie.

 

Sydney powinna czuć się bezpieczna u boku wymarzonego mężczyzny. Jednak ziarno niepewności zaczyna kiełkować. Czy ten ideał to tylko starannie dopracowana maska? Prawda może okazać się bardziej zabójcza niż samotność...


Gdy odnajdziemy drogę Laura Barrow

Gdy odnajdziemy drogę Laura Barrow

 "Wiesz, jak to jest, gdy nagle przestajesz być częścią swojego życia i możesz już mu się tylko przyglądać? Jakbyś oglądała film, na który nie masz żadnego wpływu, niezależnie od tego, co zrobisz? Jakby nikt nie wiedział, że w ogóle istniejesz?"


To taka trochę bajka Disneya dla dużych dziewczynek.

Stereotyp: żyjąca w złudzeniach żona, matka trójki dzieci, zatracająca swoją tożsamość, niewierny dupek-mąż, zawdzięczający jej wszystko, operacja plastyczna, jako żałosna próba przypodobania się dupkowi oraz... duch, który pośrednio otwiera jej oczy na nowe życie. 

Brzmi jak Uwierz w ducha albo Szósty zmysł?

No, nie jest to do końca jednak taki klimat.

Bardzo ciepła, prosta, troszkę naiwna i relaksujaca bajka z wieloma przesłaniami w tle: dla każdego znajdzie się coś odpowiedniego. 

Czy ja znalazłam swoje?

Raczej znalazłam potwierdzenie, tego, co już wiedziałam od dawna😋

Nie zdziwię się, jeśli błyskawicznie powstanie jakaś "jamerykańska" ekranizacja w stylu romantycznych komedii, z ghoststory w tle, bo czytało się to z automatycznym wyborem w głowie aktorów do każdej z ról.

Z odpowiednim nastawieniem można się przy tej opowieści skutecznie i lekko odmóżdżyć.


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Duchy przeszłości, rodzinne sekrety i miłość, która zjawia się po cichu, kiedy wcale na nią nie czekasz.

Dodająca otuchy opowieść o dwóch pokoleniach kobiet, które szukają swojej drogi w życiu. I gdy czują, że kompletnie się pogubiły, z pomocą przychodzi im głos Patsy Cline.

Effie Baker, niepracująca matka trójki dzieci, próbuje otrząsnąć się po tym, jak mąż zostawił ją dla kobiety niewiele starszej od ich córki. Mommy makeover to jej pierwszy krok w nowe życie. Oczekuje, że po operacji plastycznej obudzi się pełna energii i pewniejsza siebie. Tymczasem doświadcza dziwnej świetlistej wizji z udziałem ikony muzyki country Patsy Cline i słyszy, że „czas zrobić to, co trzeba”. Wiadomość jest zagadkowa i z pewnością ma coś wspólnego z Lolą, babcią Effie, która w młodości pisała listy do sławnej piosenkarki. Czy przeszłość Loli może być kluczem do zrozumienia tego, co przytrafiło się Effie? Z cierpiącą na demencję staruszką nie ma już kontaktu, więc w wirze nowej pracy, spotkań z tajemniczym nieznajomym oraz codziennych wzlotów i upadków Effie musi odkryć sama, co kryje się za tymi słowami.

Tysiące czytelników na Goodreads i Amazon nie mogą się mylić – ta szczera i radująca serce powieść zasługuje na co najmniej cztery gwiazdki. Najbardziej pokochają ją fanki Lekcji chemii Bonnie Garmus i Daisy Jones & The Six Taylor Jenkins Reid – za cudowny klimat retro, balladowe rytmy i humor, który osuszy każdą łzę.

Lokatorka Freida McFadden

Lokatorka Freida McFadden

"Nie martwcie się. Oboje na to zasłużyli"


Kolejna powieść tej autorki, chyba jak do tej pory najsłabsza, jaką czytałam, ale nie czytałam ich dużo, więc odniesienie słabe. Za to najbardziej zabawna.

Do momentu.

Wszystko tu jest przerośnięte: główny bohater, którego ego jest przerośnięte od niego samego razy milion i lekko zajeżdża podejrzanym smrodkiem przeszłości, jego skretyniała prawie idealna narzeczona, która na wszystko reaguje mokrymi oczami pełnymi łez, jak jelonek Bambi. No i oczywiście tytułowa lokatorka, która od razu okazuje się podejrzana, dlatego obligatoryjnie wypada z kręgu podejrzanych na wstępie.

Czy słusznie?

...

I czasami, aż się chciało powiedzieć za głównym bohaterem: "Dobra, dość tej błazenady", ale i tak czytało to się lekko. Trzeba przyznać, że pióro autorki ma tę lekką moc.

Mam też wrażenie, że ona sama bardzo dobrze się bawiła, pisząc tę opowieść z punktu widzenia faceta. I potraktowała to z przymrużeniem oka.

Ja też to tak potraktowałam i bawiłam się tak samo dobrze, jak autorka, choć nie nazwałabym tego thrillerem.

Przeczytane, zapomniane?

Nie do końca.

Najbardziej kuriozalna przerośnięta scena pogrzebu złotej rybki, jaką czytałam, w której uczestniczyli przypomnę dorośli ludzie, oraz Quillizabeth: jedyna postać, która mogłaby mi się przyśnić w nocy 😎

Czytajcie na własne ryzyko.


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Uważaj, kogo wpuszczasz pod swój dach…

Blake Porter ma wszystko: świetną pracę, piękną narzeczoną i niedawno kupioną kamienicę, która miała stać się ich wspólnym domem. W jednej chwili cały ten świat rozpada się na kawałki. By ratować swoje finanse, mężczyzna postanawia wynająć jeden z pokoi.
Kandydaci okazują się jednak dalecy od ideału… aż do momentu, gdy zjawia się Whitney. Urocza, uprzejma, niemal perfekcyjna. Wymarzona lokatorka – przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Wkrótce po tym, jak kobieta zamieszkała w kamienicy, zaczynają dziać się w niej niepokojące rzeczy. Sąsiad odnosi się do Blake’a z rosnącą niechęcią. Dom wypełnia słodkawy zapach rozkładu, którego źródła nie sposób namierzyć. Nocami Blake słyszy odgłosy, które nie pozwalają mu spać, a jego relacja z narzeczoną wyraźnie się psuje. Wkrótce mężczyzna zaczyna się bać, że ktoś zna jego najmroczniejsze sekrety…
Niebezpieczeństwo czai się bliżej, niż Blake mógłby przypuszczać. A kiedy zrozumie, kogo tak naprawdę wpuścił do domu… może być już za późno.


Faworyci Layne Fargo

Faworyci Layne Fargo

"Nazywajcie mnie, jak chcecie. Nic mnie to już nie obchodzi. Moja historia należy do mnie, a ja opowiem ją tak, jak jeździłam na lodzie: na swój sposób, na moich warunkach.

I zobaczymy, kto ostatecznie zwycięży."


To troszkę tak jest z tą powieścią, jakby patrzyło się na piękną nastolatkę, która ma szansę przeobrazić się z ładnego kaczątka w pięknego łabędzia, ale jakoś tak lotki nie do końca wyrosły. Szkoda trochę, że taka potencjalnie rewelacyjna powieść pozostała /dla mnie/ jedynie bardzo dobra. A mogła być rewelacyjna.

Był to materiał na bardziej rasowe emocje: nastawiałam się na troszkę więcej głębi, a dostałam romans z łyżwiarstwem figurowym w tle, choc wolałąbym dostać łyżwiarstwo figurowe, niekoniecznie z romansem w tle. Gdzieś tam przebijała się dorosłość i dojrzałość. Gdzieś tam czuć było powagę tematu i jej potencjał. Gdzieś tam śmigały całkiem dobrze przestawione i poprowadzone postaci. Gdzieś tam...

Wszystkie super wątki zostały tak troszkę potraktowane po macoszemu, kończyły się, zanim się zaczynały, ucięte, nierozwinięte, napomknięte... a szkoda, bo pomimo mojego marudzenia, czytało się to bardzo dobrze, więc gdzieś tam magia drzemała i przetrwała.


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Wszyscy myśleli, że jej pierwszą miłością był Heath Rocha.
Nie.
Jej pierwszą miłością było łyżwiarstwo.

Katarina Shaw nie miała znanego nazwiska, pieniędzy ani wsparcia rodziny, ale zawsze wiedziała, że jej przeznaczeniem jest zostać łyżwiarką olimpijską. Kiedy spotkała Heatha Rochę, samotnego dzieciaka, który utknął w systemie opieki społecznej, natychmiast poczuli niezwykłą więź, która uczyniła z nich potężny duet na lodzie. Trzymali się łyżwiarstwa – i siebie nawzajem – aby uciec od przeszłości. Zaczęli jako ukochani z dzieciństwa, skończyli jako mistrzowie tańca na lodzie. Urzekali buntowniczym stylem, a wyjątkowa chemia między nimi fascynowała tłumy. Do czasu gdy na igrzyskach olimpijskich szokujący incydent zniszczył ich burzliwą relację...
Dziesięć lat później nieautoryzowany film dokumentalny ponownie rozpala publiczną obsesję na punkcie Shaw i Rochy. Jeśli Kat chce, by jej historia „należała do niej”, musi przerwać milczenie.

Ludzie ich nienawidzili. Chcieli nimi być. Nie mogli oderwać od nich wzroku. A Kat i Heath niszczyli się nawzajem.

https://go.buybox.click/linkclick_2868_9?&url=https%3A%2F%2Fwww.legimi.pl%2Febook-faworyci-fargo-layne%2Cb1468960.html
56 dni/56 days Catherine Ryan Howard

56 dni/56 days Catherine Ryan Howard

Świetny serial na podstawie powieści, która /standardowo.../ nie została wydana w Polsce.

Nastawiałam się na zachwyt nad główną parą, jednakże całe "szoł," o dziwo, skradła para detektywów - jedna z najlepszych chemii, jakie widziałam, jeśli chodzi o prowadzienie śledztwa, naprawdę zaskoczenie, sugerujące podskórnie chęć ciągu dalszego i śledzenia ich losów.

Jednakże.

Wątek główny i prawdziwy bardzo dobry, z rewelacyjnym pomysłem teraz i wcześniej i jeszcze wcześniej.

Co do gry - bardzo przyjemnie patrzy się na Dove Cameron, która jednak troszkę nie nadąża za Avanem Jogia, ale to moje odczucie. 

Jest ładnie.

Jest bardzo intrygująco, serio.

Jest super nakręcenie, pomału zbliżające się do twista.

Jest niezgodnie z prawem.

Jest sprawiedliwie.

Bardzo polecam, super mini odmóżdżacz na przesilenie wiosenne i przygotowanie aury do wiosny😎

Czekam na powieść, może jej pojawienie się przyspieszy fakt premiery serialu, jak to zazwyczaj u nas bywa...


MOJA OCENA: 8/10

ZOBACZ TRAILER!

TU

***

Nikt nie wiedział, że się spotykają. Teraz jedno z nich nie żyje.

56 dni temu

Ciara i Oliver poznają się w kolejce w supermarkecie w Dublinie. Zaczynają się spotykać w tym samym momencie kiedy COVID-19 zaczyna atakować wybrzeże Irlandii.

35 dni temu

Ponieważ lockdown może zagrozić ich relacji, Oliver proponuje, żeby ze sobą zamieszkali. Ciara widzi w tym okazję do rozwinięcia ich związku bez nadzoru rodziny i przyjaciół. Dla Olivera to okazja to ukrycia kim - i czym - tak naprawdę jest.

Teraz

Detektywi przyjeżdżają do mieszkania Olivera i odkrywają rozkładające się ciało. Czy ustalą, co naprawdę się wydarzyło? Czy lockdown stworzył niepowtarzalną okazję do dokonania idealnej zbrodni?


 Black Bird Academy Stella Tack: Zabij mrok. Bój się światła. Pokochaj śmierć.

Black Bird Academy Stella Tack: Zabij mrok. Bój się światła. Pokochaj śmierć.

"Czysta dusza włada ciemnością, nie ciemność duszą."


Cóż to była za jazda!

Z tych niespodziewanych raczej, więc zachwyt spotęgowany zaskoczeniem jest ogromny!

Jak ja się DOSKONALE tu bawiłam, a co lepsze - na poziomie, co się rzadko zdarza w tego rodzaju lekkich /z pozoru/ fantastycznych bajkach, nawet, jeśli miałby one opowiadać o demonach, opętaniach i egzorcyzmach.

Wyobraź sobie.

Jesteś kelnerką w podrzędnym barze, masz swoje życie i pracę, od której chcesz odpocząć od czasu do czasu, więc idziesz sobie na balety z koleżankami. Masz zamiar dobrze się bawić, podrywa cię przystojniak i nagle okazuje się że... jesteś opętana przez demona /"Jestem jednym z najstarszych stworzeń chodzących po ziemi"/ i nie możesz wrócić do swojego życia, ale za to dostajesz szansę na angaż w elitarnej Akademii Egzorcystów.

A tak naprawdę nie masz wyboru: "Zgadzasz się albo zdychasz."

Blackbird - specjalna jednostka egzorcystów, szkolona w wykwalifikowanej tajnej placówce: "zakon Paracelsusa to zgromadzenie, którego członkowie umieją aktywować jeden procent mózgu więcej."

Zakon /"Ich narkotykiem była śmierć. Pragnęli jej tak bardzo jak demony, na które polowali"/ eliminujący potwory, duchy, demony, powracających czyli wampiry i mnóstwo innych przejściowych form nieludzkich.

Demony i ich dziewięć kręgów piekła: Otchłań, Pożądanie, Obżarstwo, Chciwość, Gniew, Herezja, Przemoc, Oszustwo i Zdrada. 

Fajnie,  nie? 😎

Nasza bohaterka zostaje postawiona pod ścianą, czyli przed wyborem: czy zostać łowcą potworów, przywoływaczem od duchów, nekromantą od powracających?

Czy może specjalistką od demonów czyli shintonistką?

A może żadną z nich?

Może ona jest wyjątkowa?

Tylko pytanie, czy zdoła pozostać sobą i nie dać demonowi przewagi?

"... ta czerń była głodna i zdecydowanie nie miała w sobie nic ludzkiego."

Czy uda jej się powtrzymać albo zastąpić Głód?

"Przestałam już być istotą światła i pozostał we mnie tylko jego głód."

Czy dziewczyna, która nosi demona może być zła? Czy demon, którego nosi w sobie może być dobry?

"Kiedy tak długo pracujesz z ciemnością, ta przywiera do ciebie. Jak plama, której nie można sprać."

A to DOPIERO POCZĄTEK, bo nawet demony mają rodzinne problemy...

...

I nie. To nie jest opowiastka youngadult.

"Niebezpiecznie jest ich usiłować kontrolować siły nad którymi nie można zapanować. W każdym razie jeżeli jest się człowiekiem. To jak zabawa z ogniem. Można się poparzyć, zatracić albo stać się jego częścią."


Przede wszystkim BARDZO DOBRZE się bawiłam i naśmiałam na maxa! To jest mój rodzaj opowieści, narracji, a przede wszystkim humoru na poziomie.
Atmosfera, jaka tu panuje troszkę przypomina Constantine, bardzo Akta Harrego Dresdena i rewelacyjną serię Felix Castor.

To taki mroczny Hogwart Snape'a - tylko dla dorosłych /nie mam na myśli tu scen dla dorosłych/.

Fantastyczny odmóżdżacz, rewelacyjne postaci, naprawdę dosłownie wszystkie - nie wiadomo, w kim się zakochiwać?😇 
Ale nie ma tu żadego bagatelizowania - jest poziom, jest sens, jest akcja, jest fabiolastyczna pożywka dla wyobraźni, jest uczciwie napisana długa opowieść o mrocznym perfekcyjnie stworzonym nieoczywistym Universum, gdzie każdy kadr i każde zdanie obiecuje jeszcze więcej i bynajmniej nie tego, czego się spodziewamy💪😵

Kojenych świetnych tomów opisywać nie będę, bo jeśli ktoś się zakocha w jedyneczce, nie będzie potrzebował mojej zachęty, żeby zakochać się w całości!


MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Zabij mrok. Tom pierwszy

Drugiego takiego miejsca jak Black Bird Academy ze świecą szukać. To właśnie tu, na jednej z nowojorskich wysp, kształci się egzorcystów, których głównym zadaniem jest ściganie i unicestwianie istot z mroku.

Kiedy Leaf Young odzyskuje przytomność w lochach Akademii, nie wierzy własnym uszom: długowłosy typ o imieniu Falco oznajmia jej, że jej ciałem zawładnął demon, i to tuż po tym, jak wbił jej nóż w samo serce!

Falco, jeden z najbardziej skutecznych i bezwzględnych tropicieli demonów, jest zafascynowany Leaf. Dotychczas żadnemu człowiekowi opętanemu przez demona nie udało się zachować kontroli nad własnym ciałem i umysłem. I dlatego Akademia składa dziewczynie propozycję: odzyska wolność, ale tylko jeśli zgodzi się przejść szkolenie na egzorcystkę.

Falco ma być jej partnerem i przewodnikiem. Przebiegły demon w głowie dziewczyny nie daje jednak za wygraną i Leaf nie zawsze wie, kogo słuchać.

Rozpoczyna się mordercza gra.

***

Bój się światła. Tom drugi

Najlepsi adepci Black Bird Academy – w tym Leaf, Falco, Craine i Zero – zostają zaproszeni do Londynu na coroczne zawody łowców demonów. Niespodziewanie gildia złodziei wspomnień wprowadza chaos do wielkiego turnieju. Kiedy Falco nagle traci pamięć, Leaf podąża tropem gildii i odkrywa mroczny sekret. Ścieżka do rozwikłania tajemnicy prowadzi przez akademię. aż do samego Falco. Czy Leaf będzie mogła jeszcze komuś zaufać? A co dopiero kogoś pokochać?

Druga część trylogii o nowojorskiej akademii kształcącej egzorcystów, których głównym zadaniem jest ściganie i unicestwianie istot z mroku.

Niebezpieczne demony, gorący egzorcyści i przeklęta miłość.

*** 

Pokochaj śmierć. Tom trzeci

Gdy mrok wnika w duszę, a demony szepczą do ucha, każda decyzja może przesądzić o losie świata.


Po dramatycznym zakończeniu zawodów łowców demonów w Londynie Leaf musi uciekać. Postanawia ukryć się w Tokio. Szybko okazuje się, że to miasto skrywa własne sekrety. W jego labiryntowych alejkach działa podobno jedno z ostatnich nielegalnych laboratoriów homunkulusów. Złowieszczy naukowcy posiadają moc wskrzeszania żywych istot. Ale za jaką cenę?

Tymczasem grupa skorumpowanych egzorcystów z Akademii infiltruje ludzki rząd. Uciekając z ich szponów, Leaf i jej towarzysze natrafiają na podziemny ruch ludzi i demonów. Światu zaczyna grozić wojna, a Leaf będzie musiała zdecydować, po której stronie się opowiedzieć. Czy jest gotowa na to przyniesie jej przyszłość?

Wybuchowy finał bestsellerowej trylogii "Black Bird Academy. "


Cykl: Black Bird Academy 

Życie przed sobą Émile Ajar

Życie przed sobą Émile Ajar

"Proszę pana, czy można żyć bez miłości?"


W poprzedniej powieści Rozczarowane, która wskakuje u mnie wysoko w rankingu, była wspomniana pewna książeczka, którą sobie odszukałam i czytłam.

I co?

Nie była ona tak dobra, jak jej "promotorka," ale także była to bardzo wzruszająca opowieść ze świetną narracją małego chłopca i pochowaną prawdą między wierszami, która jest przekazywana w bardzo prosty sposób. Przez co jest bardzo prawdziwa i wzruszająca.

Dlatego właśnie dzięki tej narracji historia chwyta za serce na wielu płaszczyznach.

Ekranizacja też jest cudna z rewelacyjną rolą z Sofią Loren - jesem pod jej wrażeniem!

Polecam dwie formy, jeśli ktoś chce wrażliwej, trudnej tematycznie lektury...


MOJA OCENA: 7/10


OBEJRZYJ FILM!

TU


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Życie przed sobą

Powiedziałem:”Życie ma smak jedynie dla szaleńców”.

Mówią:”Oszalałeś przez Tego, kogo kochasz”.

Yafi’i”Raud al rayahin*

Po pierwsze, to mogę wam powiedzieć, że mieszkaliśmy na szóstym bez windy i że dla pani Rozy była to przyczyna codziennych zmartwień i kłopotów, bo miała tylko dwie nogi do dźwigania tylu kilogramów swojego ciała. Wypominała nam to za każdym razem, kiedy nie skarżyła się na co innego, bo poza tym była Żydówką. Z jej zdrowiem też nie było dobrze, a powiem od razu, że takiej kobiecie jak pani Roza, to się winda należała, żebym tak zdrów był.

Kiedy zobaczyłem pierwszy raz panią Rozę, miałem chyba trzy lata. Przedtem człowiek nic nie pamięta i nic nie wie. To się skończyło, jak miałem trzy albo cztery lata, i czasami tego żałuję.

W Belleville mieszkało dużo innych Żydów, Arabów i Murzynów, ale pani Roza musiała sama drapać się na szóste piętro.

Mówiła nam, że w końcu umrze na tych schodach, i wszystkie dzieciaki w ryk, bo jak ktoś umiera, to trzeba płakać. Było nas tam czasem sześcioro albo siedmioro, a czasem nawet więcej.

Z początku nie myślałem, że pani Roza opiekuje się mną tylko po to, żeby pod koniec miesiąca dostawać pieniądze. Jak się dowiedziałem, że za mnie płacą, miałem już sześć, może siedem lat i strasznie mnie to rąbnęło. Byłem pewny, że pani Roza kocha mnie po prostu, za nic, że coś dla siebie znaczymy. Dlatego płakałem całą noc i to było moje pierwsze wielkie zmartwienie.

Pani Roza od razu zauważyła, że jestem smutny, i zaczęła mi tłumaczyć, że rodzina to nic takiego; niektórzy, jak wyjeżdżają na wakacje, to nawet zostawiają psy przywiązane do drzewa i co roku umiera trzy tysiące takich opuszczonych psów, pozbawionych opieki rodzicielskiej. Wzięła mnie na kolana i przysięgała, że jestem dla niej kimś najdroższym na świecie, a ja zaraz pomyślałem o pieniądzach, rozryczałem się i uciekłem.

Zszedłem na dół, do kawiarni pana Drissa i usiadłem naprzeciwko pana Hamila, co jest wędrownym sprzedawcą dywanów we Francji i wszystko widział. Pan Hamil ma piękne oczy, które wszystkim dobrze robią. Jak go poznałem, był już bardzo stary i od tej pory nic tylko się starzeje.

- Proszę pana, dlaczego pan się zawsze uśmiecha?

- Bo dziękuję codziennie Bogu, że mi dał taką dobrą pamięć, mój mały Momo.

Nazywam się Mohamed, ale wszyscy wołają na mnie Momo, żeby było krócej.

- Sześćdziesiąt lat temu, kiedy byłem młody, spotkałem kobietę, która mnie pokochała, ja też ją kochałem. Trwało to osiem miesięcy, potem ona się przeprowadziła, minęło sześćdziesiąt lat, a ja jeszcze ją pamiętam. Mówiłem jej: nigdy cię nie zapomnę.

Mijały lata, nie zapominałem. Niekiedy ogarniał mnie strach, miałem jeszcze przed sobą wiele lat życia, to czy mogłem być pewny, że dotrzymam danego sobie słowa, ja, prosty człowiek? Przecież to Bóg zamyka szufladki naszej pamięci. Ale teraz już się nie boję: nie zapomnę Dżamili. Zostało mi bardzo mało czasu, niedługo umrę.

Pomyślałem o pani Rozie, zawahałem się i spytałem:

- Proszę pana, czy można żyć bez miłości?

Nie odpowiedział. Napił się mięty, mięta jest bardzo zdrowa.

Od jakiegoś czasu pan Hamil chodzi ciągle w szarej dżelabii, bo nie chciałby stawić się przed Bogiem w marynarce. Popatrzył na mnie i słowem się nie odezwał. Pewnie myślał, że jestem jeszcze niedozwolony dla młodzieży i że niektórych rzeczy nie powinienem wiedzieć. Miałem wtedy chyba siedem lat, a może osiem, nie mogę wam dokładnie powiedzieć, bo nie miałem daty urodzenia, jak się potem sami przekonacie, kiedy się lepiej poznamy, chyba że nie będziecie chcieli.

- Dlaczego pan mi nie odpowiada?

- Jesteś jeszcze zupełnie młody, a jak człowiek jest bardzo młody, to lepiej, żeby wszystkiego nie wiedział.

- Czy można żyć bez miłości?

- Można - powiedział i spuścił głowę, jakby się wstydził.

Rozpłakałem się.

Długo nie wiedziałem, że jestem Arabem, bo nikt mi nie wymyślał. Dopiero w szkole mi to powiedzieli. Ale ja się nigdy nie biłem, to boli, jak kogoś uderzyć.

Pani Roza urodziła się w Polsce jako Żydówka, ale przez wiele lat radziła sobie w Maroku i w Algierii i znała arabski tak jak my wszyscy. Znała też żydowski, z tych samych powodów, i często rozmawialiśmy z sobą w tym języku. Wśród lokatorów naszej kamienicy najwięcej było Murzynów. Na ulicy Bisson są trzy ogniska czarnych i jeszcze dwa gdzie indziej, oni mieszkają tam jak w Afryce, plemionami. Najwięcej jest z plemienia Sara, Tukulorów też niemało. Jeszcze dużo innych plemion mieszka na ulicy Bisson, ale nie mam teraz czasu ich wymieniać. Prawie cała reszta ulicy i bulwaru Belleville jest żydowska i arabska. I tak aż do Goutte d’Or, a potem zaczynają się dzielnice francuskie.

Z początku nie wiedziałem, że nie mam matki, a nawet że w ogóle trzeba mieć. Pani Roza starała się o tym nie mówić, żeby mi głupie myśli nie przychodziły do głowy. Nie wiem, dlaczego się urodziłem i jak to właściwie było. Mój kumpel Mahoute, kilka lat starszy ode mnie, powiedział, że to wszystko przez złe warunki sanitarne. On się urodził w Kasbie w Algierze, dopiero później przyjechał do Francji. W Kasbie nie było jeszcze higieny i Mahoute

urodził się, bo nie było ani bidetu, ani wody bieżącej, ani niczego. Mahoute dowiedział się tego później, kiedy jego ojciec chciał się wytłumaczyć i przysięgał, że to nie było z niczyjej złej woli.

Mahoute powiedział mi, że kobiety, co sobie radzą, mają teraz pigułki dla higieny, ale on się urodził wcześniej.

Przychodziło do nas dużo matek, raz albo dwa razy na tydzień, ale zawsze do innych.

Prawie wszystkie dzieci u pani Rozy były od kurew i jak któraś matka wyjeżdżała na prowincję na kilka miesięcy, żeby tam sobie radzić, zawsze odwiedzała dzieciaka przed wyjazdem i po powrocie. I tak właśnie zacząłem mieć kłopoty z powodu matki. Zdawało mi się, że wszyscy mają matkę, tylko ja nie. Dostawałem nawet skurczów żołądka i konwulsji, żeby tylko przyszła. Po drugiej stronie ulicy mieszkał jeden chłopak, co miał piłkę, i on mi powiedział, że jego matka przychodzi zawsze, jak go boli brzuch. Rozbolał mnie brzuch, ale to nic nie dało, a potem miałem konwulsje i też nic. To żeby się pokazać, zacząłem nawet srać po całym mieszkaniu. Nic. Moja matka nie przyszła, a pani Roza nawymyślała mi od arabskich sraluchów, pierwszy raz, bo ona nie jest Francuzką. Darłem się na nią, że chcę zobaczyć moją matkę, i przez parę tygodni srałem gdzie popadło, żeby się zemścić. Pani Roza powiedziała w końcu, że jak tak będzie dalej, to przyjdą z Domu Dziecka, i tu się nastraszyłem, bo Dom Dziecka to pierwsza rzecz, o której się dzieci dowiadują. No to srałem dalej dla zasady, ale co to za życie. Pani

Roza miała wtedy u siebie siedmiu gówniarzy i wszyscy zaczęli srać na wyścigi, bo dzieciaki zawsze muszą małpować, i tyle tego wszędzie leżało, że ja się już wcale nie liczyłem.

Pani Roza i bez tego była stara i zmęczona i bardzo źle to znosiła, bo przecież prześladowali ją już kiedyś za Żydówkę. Właziła kilka razy dziennie na szóste piętro i jej dwie biedne nogi z trudem dźwigały te dziewięćdziesiąt pięć kilo żywej wagi, a kiedy wchodziła i wszędzie śmierdziało, padała na fotel z całym majdanem i w płacz; no ale trzeba ją zrozumieć. Mówiła, że Francuzów jest pięćdziesiąt milionów mieszkańców i że gdyby wszyscy tak srali, to nawet Niemcy by uciekli, nie wytrzymaliby. Pani Roza w czasie wojny dobrze te Niemcy poznała, ale wróciła stamtąd do siebie. No więc wchodziła do domu, wszędzie śmierdziało, zaczynała wrzeszczeć:”Oświęcim mi tu robicie, prawdziwy Oświęcim!”, bo kiedyś wywieźli ją z Żydami do Oświęcimia. Ale co do rasizmu, to zawsze była w porządku. Na przykład mieszkał u nas mały Mojżesz, i jemu wymyślała od arabskich brudasów, ale mnie nigdy. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że jest taka delikatna, chociaż taka gruba. W końcu dałem spokój, bo i tak nic z tego, moja matka nie

przychodziła, ale długo jeszcze miałem skurcze i konwulsje i nawet teraz przez to czasami boli mnie brzuch. Potem próbowałem czego innego, żeby mnie zauważyli.

Ściągałem z lady w sklepach pomidora czy melona, czekałem zawsze, żeby ktoś się odwrócił i zobaczył. Kiedy wychodził właściciel i dawał mi po gębie, wrzeszczałem na cały głos, no ale w końcu ktoś na mnie zwrócił uwagę.

Jednego razu ukradłem jajko ze straganu przed sklepem spożywczym. Właściciel był

kobietą, no i przyuważyła mnie. Wolałem kraść tam, gdzie są kobiety, bo jedyna rzecz, co wiedziałem na pewno, to to, że moja matka jest kobietą, inaczej nie da rady. Wziąłem jajko, schowałem do kieszeni. Właścicielka wyszła i czekałem, aż mnie uderzy, toby mnie na pewno zauważyli. Ale ona tylko przykucnęła i pogłaskała mnie po głowie.

I nawet powiedziała:”Jaki śliczny chłopczyk!”

Pomyślałem najpierw, że chce odebrać jajko i bierze mnie pod włos, więc trzymałem je mocno w kieszeni. Mogła przecież po prostu dać mi za karę w łeb, tak właśnie robi matka, kiedy człowieka przyuważy. Ale ona wstała, podeszła do straganu i dała mi jeszcze jedno jajko. A potem mnie pocałowała. Miałem chwilę nadziei, nie mogę wam tego opisać, to niemożliwe. Aż do południa stałem tak przed sklepem i czekałem. Bo ja wiem, na co?

Kobieta uśmiechała się do mnie czasem, a ja ciągle stałem z moim jajkiem w garści. Miałem sześć lat czy coś koło tego i myślałem, że to jest na całe życie, a przecież chodziło tylko o jajko. Wróciłem do domu i przez cały dzień bolał mnie brzuch. Pani Roza poszła na policję złożyć fałszywe zeznania, o które ją prosiła pani Lola.

Pani Lola to obojniaczka z czwartego piętra, robiła w Lasku Bulońskim, zanim się przekabaciła, była mistrzem boksu w Senegalu, i załatwiła jednego klienta w Lasku, źle trafił, sadysta, ale skąd miał wiedzieć. Pani Roza poszła zaświadczyć, że tamtego wieczora siedziała w kinie z panią Lolą i że potem oglądały razem telewizję. Opowiem wam jeszcze więcej o pani Loli, to naprawdę osoba nie taka jak wszyscy, bywają takie. Bardzo ją za to lubiłem.

Wszystkie dzieciaki są bardzo zaraźliwe. Wystarczy, jak jedno zachoruje, to zaraz cała reszta. Było nas wtedy siedmiu u pani

Rozy, z czego dwóch na przychodne; przyprowadzał ich pan Mussa, znany śmieciarz, o szóstej rano, w porze śmieci, pod nieobecność swojej żony, bo na coś tam umarła. Zabierał

ich po południu i wtedy się nimi zajmował. Więc był Mojżesz, on był jeszcze młodszy niż ja, Banania, ten to znowu pękał cały czas ze śmiechu, bo się urodził w dobrym humorze, Michel, co kiedyś miał rodziców Wietnamczyków, i pani Roza nie będzie go trzymała ani dnia dłużej, od kiedy jej nie płacą już od roku. Ta żydówka była bardzo dzielna, ale miała swoje granice.

A kobiety, co sobie radziły, często wyjeżdżały gdzieś daleko, gdzie im dobrze płacili i gdzie

był duży popyt, i zostawiały dzieciaka pani Rozie, a potem wcale nie wracały. Wyjeżdżały i cześć. Tak to jest z tymi smarkaczami, których nie dało się wyskrobać na czas i które są niechciane. Pani Roza umieszczała ich czasem w rodzinach, co się czuły samotne i były w potrzebie, ale to nie takie proste, przecież są przepisy. Jak kobieta musi sobie radzić, to nie ma prawa do władzy rodzicielskiej, tak każe prostytucja. Więc taka kobieta boi się, że ją pozbawią tej władzy, i ukrywa swoje dziecko, żeby go komuś innemu nie przyznali. Daje je do przechowalni znajomym ludziom, gdzie ma zapewnioną dyskrecję. Nie mogę wam powiedzieć, ile kurewskich dzieci przewinęło się u pani Rozy, ale mało było takich jak ja, na pobyt stały. Po mnie najdłużej byli Mojżesz, Banania i Wietnamczyk, Wietnamczyka wzięli w końcu do restauracji na ulicy Monsieur le Prince, nawet bym go nie poznał, jakbym go teraz gdzieś spotkał, taki kawał czasu. Kiedy zacząłem się dopominać o matkę, pani Roza nawymyślała mi od bezczelnych smarkaczy, że wszyscy Arabowie są tacy, dać im palec, chcą całą rękę. Sama pani Roza taka nie była, mówiła tak tylko z powodu przesądów, i tak wiedziałem, że mnie lubi najwięcej.

Ja w ryk, inni też w ryk i nagle wszystkie siedem dzieciaków wrzeszczały pani Rozie nad głową, że chcą do mamy, wyli jeden głośniej od drugiego i pani Roza dostawała ataku zbiorowej histerii. Rwała sobie włosy, których i tak nie miała, i z oczu płynęły jej łzy niewdzięczności. Zakryła twarz rękami i płakała dalej, ale nie ma litości w tym wieku. Nawet tynk odpadał od ściany, ale nie dlatego, że pani Roza płakała, to były tylko straty materialne.

Pani Rozie też wypadały siwe włosy, bo nic ich już nie trzymało. Bardzo się bała, że wyłysieje, to straszna rzecz dla kobiety, której i tak niewiele zostało. Tyłka i piersi to miała więcej niż kto inny i kiedy przeglądała się w lustrze, uśmiechała się do siebie szeroko, jakby koniecznie chciała się sobie ‘spodobać.

W niedzielę ubierała się od stóp do głów, nakładała rudą perukę, szła na skwer Beaulieu i siedziała tam sobie elegancko parę godzin. Malowała się kilka razy dziennie, ale co z tego; chociaż w peruce i z makijażem mniej było widać; ustawiała wszędzie kwiaty, żeby mieć ładniej w mieszkaniu.

Kiedy się uspokoiła, zaciągnęła mnie do wnęki, nawymyślała od prowodyrów i powiedziała, że tacy są zawsze karani więzieniem. Wytłumaczyła mi, że moja matka widzi wszystko, co robię, i jeśli chcę ją kiedyś odnaleźć, muszę prowadzić porządne i uczciwe życie, bez przestępczości nieletnich. Wnęka była jeszcze mniejsza, niż się zdawało, i pani Roza nie mieściła się w niej cała z powodu swoich rozmiarów, aż dziwne, ile tego przypadało na taką samotną osobę. Myślę, że w tych rozmiarach czuła się jeszcze bardziej samotna.

Kiedy za któregoś z nas przestawały przychodzić pieniądze, pani Roza nie wyrzucała

winnego z domu. Tak było z małym Bananią, jego ojciec był nieznany i nic nie można mu było zarzucić, a matka co pół roku przysyłała trochę pieniędzy, a i to nie zawsze. Pani Roza krzyczała na Bananie, ale po nim to spływało, bo miał te swoje trzy lata i ten swój uśmiech.

Pani Roza może by i oddała Bananie do Domu Dziecka, ale jego uśmiechu na pewno nie, a ponieważ jedno bez drugiego ani rusz, pani Roza musiała trzymać ich razem u siebie. Mnie pani Roza kazała chodzić z Bananią do ogniska Murzynów na ulicę Bisson, żeby widywał

czarny kolor, bardzo jej na tym zależało.

- Musi widywać czarny kolor, bo inaczej nie będzie się umiał później przystosować.

Brałem więc Bananie i prowadziłem go do domu obok. Przyjmowali go bardzo dobrze, bo rodziny tych ludzi zostały w Afryce, a jak się patrzy na jakieś dziecko, to zaraz się przypominają inne.

Pani Roza zupełnie nie wiedziała, czy Banania, który nazywał się Toure, jest Malijczykiem czy Senegalczykiem, czy Gwinejczykiem, czy jeszcze czymś innym, jego matka, zanim wyjechała do pracy w Abidżanie, radziła sobie na ulicy SaintDenis, a w tym zawodzie takich rzeczy się nie wie. Mojżesz też nie był w porządku, ale tu pani Roza nie miała wyjścia, bo Żydowi takiego numeru z Domem Dziecka nie mogłaby zrobić. Co do mnie, to na początku każdego miesiąca przychodził przekaz na trzysta franków, nie było się mnie o co czepiać. Mojżesz miał chyba jakąś matkę i było jej pewnie wstyd, jej rodzice nic nie wiedzieli, była z dobrej rodziny, a w ogóle Mojżesz był blondynem z niebieskimi oczami i nie miał wskazującego nosa, i to były dobrowolne zeznania, wystarczyło popatrzeć.

Te równe trzysta franków miesięcznie wzbudzały w pani Rozie szacunek dla mojej osoby. Zaczynałem już dziesiąty rok i miałem nawet zaburzenia wieku dojrzewania, bo Arabom zawsze najwcześniej staje. Wiedziałem więc, że jestem dla pani Rozy poważną pozycją i że dwa razy pomyśli, zanim wywoła wilka z lasu. Więc w tej wnęce rozmawiałem z nią, jak miałem sześć lat. Powiecie pewnie, że myli mi się mój wiek, ale to nieprawda, wytłumaczę wam, kiedy dojdę do tego, jak się nagle postarzałem.

- Słuchaj, Momo, jesteś najstarszy, musisz dawać przykład, przestań nam tu w końcu pieprzyć o tej twojej mamusi. Macie szczęście, że nie znacie swoich mamusiek, bo w waszym wieku jest jeszcze jakaś wrażliwość, a to ostatnie kurwy. Wiesz, co to jest kurwa?

- To taka osoba, co sobie radzi dupą.

- Ciekawe, gdzieś się nauczył takich świństw, ale jest dużo prawdy w tym, co mówisz.

- A pani też radziła sobie dupą, jak pani była młoda i piękna?

Uśmiechnęła się, przyjemnie jej było słyszeć, że była młoda i piękna.

- Dobre z ciebie dziecko, Momo, ale bądź grzeczny. Pomóż mi. Jestem stara i chora.

Odkąd wyszłam z Oświęcimia, mam same kłopoty.

Siedziała taka smutna, że nawet nie było widać, jakie z niej brzydactwo. Objąłem ją za szyję, pocałowałem. Na ulicy mówili o niej, że nikt nie miał do niej serca, i to prawda, nikt się nią nie zajmował. Wytrzymała tak bez serca przez sześćdziesiąt pięć lat i niektóre rzeczy trzeba jej teraz darować.

Tak strasznie płakała, że zachciało mi się sikać.

- Przepraszam panią, chce mi się sikać.

Potem jej powiedziałem:

- No dobrze, proszę pani, już trudno, wiem, że z moją matką nic się nie da zrobić, ale czy na jej miejsce nie moglibyśmy mieć psa?

- Co takiego? A gdzie tu jest miejsce dla psa? Co mu dać jeść?

Kto będzie na niego przysyłał pieniądze?

Ale nic nie powiedziała, kiedy z psiarni na ulicy Calefeutre ukradłem małego szarego pudla z kręconymi kudłami i przyprowadziłem do domu. Wszedłem do psiarni, spytałem się właścicielki, czy mógłbym pogłaskać pudla, i jak na nią spojrzałem, tak jak to ja potrafię, dała mi go potrzymać. Wziąłem go, pogłaskałem, a potem w nogi. Bo biegać to akurat umiem, bez tego w życiu ani rusz.

Z tym psem to było prawdziwe nieszczęście. Pokochałem go tak, że dalej nie idzie.

Inne dzieciaki też, może tylko Banania nie, gówno go pies obchodził, on i tak był zadowolony bez żadnego powodu, nigdy jeszcze nie widziałem, żeby Murzyn był zadowolony z powodem. Ciągle trzymałem tego psa na rękach i nie mogłem wymyślić mu imienia. Jak tylko pomyślałem, że go nazwę Tarzan albo Zorro, to czułem, że jest gdzieś imię, które jeszcze nikogo nie ma i na kogoś czeka. W końcu wybrałem imię Super, ale sobie zastrzegłem prawo zmiany, w razie gdybym wpadł na coś ładniejszego. Miałem w sobie taki nadmiar i to wszystko dałem Superowi. Sam nie wiem, co bym bez niego zrobił, sprawa była naprawdę pilna, pewnie skończyłbym w mamrze. Kiedy go wyprowadzałem, czułem, że jestem kimś, bo byłem wszystkim, co on miał na świecie. Kochałem go tak, że nawet go oddałem.

Miałem już dziewięć lat albo coś koło tego, a w tym wieku człowiek już myśli, z wyjątkiem może kiedy jest szczęśliwy. Trzeba też powiedzieć, nikogo nie obrażając, że u pani Rozy było smutno, nawet przyzwyczajonemu. Więc kiedy Super stał się dla mnie taki ważny pod względem uczuciowym, chciałem go urządzić w życiu, tak jak bym chciał urządzić siebie, gdyby to było możliwe.

Zwracam wam uwagę, że to był nie byle kto, bo pudel. Jedna pani powiedziała o jaki ładny piesek i zapytała, czy jest mój na własność i na sprzedaż. Wyglądałem jak łajza, twarz

też mam taką nietutejszą i ona od razu zobaczyła, że ten pies to coś innego.

Sprzedałem jej Supera za pięćset franków i była to naprawdę okazja. Zażądałem specjalnie pięćset franków od tej kobiety, bo chciałem być pewny, że ma środki. Dobrze trafiłem, miała nawet samochód i szofera i od razu wsiadła z Superem do środka, na wypadek, gdybym miał rodziców, którzy zaraz by zaczęli wrzeszczeć. No i teraz to wam powiem, bo byście nie uwierzyli. Wziąłem te pięćset franków i wywaliłem je do rynsztoka. Potem usiadłem na chodniku i ryczałem jak bóbr zasłaniając oczy pięściami, ale byłem szczęśliwy.

U pani Rozy nie było bezpiecznie i wszyscy wisieliśmy na włosku z chorą starą kobietą bez pieniędzy i z Domem Dziecka na karkach i to nie było życie dla psa.

Kiedy wróciłem do domu i powiedziałem pani Rozie, że sprzedałem Supera za pięćset franków, a pieniądze wyrzuciłem do rynsztoka, pani Roza zsiniała ze strachu, spojrzała na mnie i poleciła zamknąć się na dwa spusty w swoim pokoju. Potem już zawsze się zamykała na noc, że niby mógłbym chcieć jej poderżnąć gardło. Dzieciaki narobiły hałasu, kiedy się dowiedziały, bo one nie kochały Supera naprawdę, tylko tak, dla zabawy.


***

Na Belleville'u, w szemranej ,,kolorowej" dzielnicy Paryża, gdzie trudno spotkać autochtonicznych Francuzów, na szóstym piętrze bez windy mieszka Momo, dziecko ulicy. Wychowuje go pani Roza, stara Żydówka cudem uratowana z Auschwitz. Jest brzydka, łysa i schorowana, dawniej radziła sobie jako uliczna prostytutka, obecnie prowadzi nielegalną ochronkę dla dzieci. Na pocieszenie trzyma pod łóżkiem portret pana Hitlera.

Pewnego dnia Momo zamierza pojechać do cudnej Nicei, którą zna tylko z opowieści, i napisać „Nędzników" jak pan Wiktor Hugo, wszak po to właśnie ma całe życie przed sobą. Tymczasem jednak musi zająć się schorowaną panią Rozą, a z nią jest coraz gorzej...

Powieść Romain'a Gary'ego, opublikowana pierwotnie pod pseudonimem Émile Ajar, to hymn na cześć miłości i człowieczeństwa. Od samego początku okrzyknięto ją arcydziełem, a autorowi przyznano prestiżową nagrodę Goncourtów. Została przetłumaczona na kilkadziesiąt języków i sprzedana w wielu milionach egzemplarzy. Oddajemy ją do rąk polskich Czytelników w nowym, znakomitym przekładzie Krystyny i Krzysztofa Pruskich.



Drobne przysługi Erin A. Craig

Drobne przysługi Erin A. Craig

"ZASADY PRZYGOTOWANE PRZEZ STARSZYCH I POSTANOWIONE W CZASIE PIERWSZEGO ZGROMADZENIA W AMITY FALLS


1. Jak sznur z lin trwałych nie strzępi się, nie mija, tak Falls ma moc, bo w jedności tkwi siła.

2. Gdy dbasz o swe ziemie, o stado, o pole, Falls obdarza plonami, bo taką ma wolę.

3. Piętnaście plonów dzieci zasiać mają, a te na Zgromadzenie dojrzeć zdołają.

4. Nie krzywdź bliźnich – gniew Amity wraca, gdy siejesz zło, los ci nie popłaca.

5. Niech z ust twych nie płyną słowa fałszywe, byś nie został przeklęty przez losy szkodliwe.

6. Gdy sąsiad ręki pomocnej szuka, podaj mu dłoń swoją, jak Bóg naucza.

7. Wystrzegaj się mroku lasu głębokiego, bo tam, za Dzwonkami, czai się coś złego."


Dobry chwyt reklamowy ma ta książka: Jeśli lubisz serial Stamtąd przeczytaj Drobne przysługi.


Przyciągnęło?

Pewnie że tak.


Raczej nie zwróciłabym uwagi na ten tytuł ani na okładkę, która nie sugeruje takich treści.

Czy było to podobne do serialu? 

Bardzo dobrze zbudowane Uniwersum małego miasteczka a właściwie osady. Świetnie ukazane społeczeństwo i bardzo dobrze poprowadzony klimat przez większość powieści.

Profesjonalnie poprowadzone niektóre wątki, które niczego nie wyjaśniają, a wręcz przeciwnie: tajemnica narasta i robi się bardzo mrocznie. A jeszcze porównanie do serialu podpowiada wyobraźni różne wyjaśnienia.


"Czy te historie okazały się prawdziwe? 

Czy te potwory istniały?"


I byłoby tak super do samego końca, gdyby nie końcówka, która jest jedną z najbardziej perfekcyjnie spieprzonych końcówek, z jakimi miałam do czynienia. Miałam wrażenie, że autorce się już nie chce i wszystko zostało skończone praktycznie w jednym zdaniu, co jest naprawdę słabe mega jeśli chodzi o całość.

Gdyby nie to zakończenie i nie fakt, że cała historia, która przez 90% pozostaje w klimacie mystery, idzie na koniec bardzo w klimat dark fantasy, byłaby to naprawdę przerewelacyjna powieść. Fajnie byłoby, gdyby to wszystko zostało jednak w klimacie Stamtąd. Chociaż właściwie nie wiadomo o co chodzi w serialu 😎 jeszcze😎


"Ale... jej dłonie... Te były dziwne. Nie takie... Jak być powinny."


A tak jest bardzo bardzo dobrze, ale trochę nieuczciwie dla czytelnika, jeśli chodzi o końcówkę. Chociaż i tak mega warto przeczytać przez wzgląd na naprawdę niestandardowy pomysł.


"ONI PATRZYLI I JA WIDZIAŁEM I TERAZ JUŻ NIGDY NIE ZOBACZĘ."


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


TU


***

Ellerie Downing mieszka w spokojnym miasteczku Amity Falls, położonym w paśmie górskim Blackspire Mountain – tworzy go pięć wąskich szczytów, sięgających ku niebu niczym wyciągnięta dłoń. Miasteczko otacza niemal nieprzebyty las, skąd pierwsi osadnicy odganiali ataki wysłańców diabła. Do dziś niewielu odważa się odwiedzać to miejsce. Kiedy grupa wysłana po zaopatrzenie nieoczekiwanie znika, wśród mieszkańców pojawia się niepokój – czy potwory nękające niegdyś okolicę powróciły?

Gdy jesień ustępuje zimie, osadę zaczyna dręczyć coraz więcej dziwnych zjawisk. Wszystko wskazuje na plemię diabolicznych i tajemniczych istot oferujących spełnienie najgłębszych pragnień mieszkańców – nawet tych najbardziej śmiałych i niemożliwych – w zamian za drobną przysługę. Ich prawdziwe zamiary pozostają jednak dużo mroczniejsze. Ellerie ściga się z czasem, by ocalić Amity Falls, swoją rodzinę i ukochanego chłopaka, zanim wszystko stanie w płomieniach.



Dziki, mroczny brzeg Charlotte McConaghy

Dziki, mroczny brzeg Charlotte McConaghy

"Czy tak to będzie wyglądało, kiedy świat zacznie się rozpadać? Że nie widzisz, dokąd idziesz, w każdej chwili możesz stracić bliskich i błąkać się dalej w samotności?" 

Anka...🙆 @tylkoskończęrozdział - a idź Ty ze swoim totalnym zachwytem...🙈

Całe Twoje szczęście, że i tak miałam ją przeczytać.

No cóż.

Nie była to zupa pomidorowa, więc nie każdy obliże się ze smakiem.

Jak dla mnie przepiękna sceneria całości i jakotako wymyślona cała historia (serio?) została pokonana przez bardzo żmudną, nudną i chaotyczną melasową narrację.

Kompletnie nie mój przekaz - usypiający uwagę, mózg i powieki. 

Jedyne, co ratuje tą powieść (w moim odczuciu), jest zakończenie, które dodaje nieco rumieńca i charakteru tej monotonnej opowieści, udającej thriller. 

Thriller in slow motion... sleep motion.

Nie jestem zachwycona jak zawsze wtedy, kiedy zachwytu oczekiwałam. Ale dobrnęłam do końca.

MOJA OCENA: 5/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Na krańcu świata, pośród ciszy i sztormów, rodzina strzeże przyszłości, która z każdym dniem staje się coraz mniej pewna. Aż morze wyrzuca na brzeg kobietę — i nic już nie pozostaje na swoim miejscu.
Shearwater, niewielka wyspa u wybrzeży Antarktydy, to dziś niemal całkowite pustkowie. Z dawnego centrum badań pozostał jedynie bank nasion i ostatnia rodzina, której powierzono zadanie dopilnowania, by bezcenny zbiór trafił w bezpieczne miejsce. Dominic Salt i jego troje dzieci żyją tu w izolacji, każde z nich zmagając się z tym, co utracili — i z tym, czego wciąż nie potrafią wypuścić z rąk.
Gdy podczas gwałtownej burzy na brzeg trafia nieznajoma, wszystko zaczyna się zmieniać. Rowan — zraniona i niechętna do zwierzeń — powoli zyskuje ich zaufanie. Ale jej obecność rodzi też pytania. Kim naprawdę jest? I co tak naprawdę dzieje się na wyspie?
W miejscu, gdzie każda decyzja może zaważyć na przyszłości świata, bohaterowie będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, czy można zaufać komuś, kto sam czegoś się boi — i czy możliwe są jeszcze nowe początki.


Chore śfirusy Tillie Cole

Chore śfirusy Tillie Cole

"Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny."

Nie wiem, co mam sądzić do końca o tej opowieści. Nie całkiem wpisała się ona w moje oczekiwania i minęła się o parę zakrętów z moją granicą wytrzymałości, jeśli chodzi o pewne treści...

A jednak miała swój urok, szczególnie na początku. I mogło tak zostać, bo potem poszło to już zdecydowanie w jakiś ciutkę chory (dla mnie) dziwny hardcore, a szkoda, bo potencjał był całkiem niezły na "normalną" historię o głebokiej miłości, cudownej lojalności, przeznaczeniu, pokonywaniu smutku i totalnej zemście, a nie odjechanym uzależnieniu.

Należy brać pod uwagę, że to lektura nie dla wszystkich. Kontrowersyjna, brutalna, realistyczna, ale przede wszystkim mega erotyczna w dziwaczny sposób, co moim zdaniem popsuło całą resztę.

Tematyka wykorzystywania dzieci, zemsty i wzajemnym poleganiu na sobie przedstawiona super, szkoda że w "skrzywionym" zwierciadle. 


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

W dzieciństwie Ellis Earnshaw i Heathan James byli jak niebo i ziemia. Ona głośna i energiczna, z niesfornymi blond włosami oraz uśmiechem nieschodzącym z twarzy. On - mroczny i ponury - czerpiący obsesyjną przyjemność z obserwowania śmierci różnych stworzeń. Zawiązała się między nimi niezwykła i dziwna przyjaźń. Lecz pewnego dnia rozdzieliło ich chore okrucieństwo innych ludzi. Spędzili osobno całe lata, każde zamknięte we własnym piekle, aż w końcu Heathanowi udało się uciec i ruszył na poszukiwania przyjaciółki.

Powodowany nienawiścią i żądzą krwi wrócił do miejsca, którego nie spodziewał się już nigdy więcej odwiedzić, by zemścić się na swoich oprawcach. By ukarać ludzi, przez których niegdyś wesoła Ellis zagubiła się w otchłani bólu. Gdy wreszcie udaje mu się wydostać dziewczynę z jej mentalnego więzienia, wspólnie wyruszają w drogę, żeby odszukać tych, którzy zrujnowali im życie. I zniszczyć ich jednego po drugim. W BOLESNY, BARDZO BOLESNY SPOSÓB.


AUTOR



Zakochaliśmy się w nadziei Lancali

Zakochaliśmy się w nadziei Lancali

"Czas, choroba i śmierć są żałosnymi mechanikami. Lubią zaplatać stryczki ze strachu i uwielbiają grać w gry. Cienie to ich płaszcze, narzucane wam na ramiona przez ich złowrogie palce, które wciągają was w ciemność, biorąc ze sobą wasze ciało, wasz umysł i wszystko, co im się podoba.

Czas, choroba i śmierć są najlepszymi złodziejami na świecie.

Albo byli.

Dopóki nie pojawiliśmy się my. Czwórka przyjaciół, którzy nie wierzyli w bomby."


Co ja tu właśnie sobie przeczytałam...👀

Cóż to jest w ogóle za pomysł! 

Normalnie ciągle myślę o tym, jak genialnie, GENIALNIE, wszystko złożyło się w idealną całość i to, że kompletnie nawet mruknięciem ani choćby emotką nie mogę dać znać, o co tu chodzi NAPRAWDĘ chodziło, doprowadza mnie do mocnej frustracji, bo nie mogę się w pełni pozachwycać, żeby nie spojlerować... qurdę, nawet tych przepieknych cytatów pozaznaczanych nie mogę przytoczyć, bo to będzie wskazówka!

Cóż, mogę jedynie potwierdzić, że jest to kolejna, niechcąca, wypatrzona (oczywiscie po okładce) cudowna historia o śmierci, tematyka, którą zazwyczaj omijam szerokim łukiem... historia, której się nie spodziewałam. Historia z twistem tak wzruszajacym, dojrzałym, magicznym i NIESPODZIEWANYM ( choć już mniej więcej od połowy co najmniej podejrzanym), że zapamietam ją na bardzo długo.

Bardzo. Długo.

Nic więcej napisać nie mogę.


Już ze wstępu wynika, że jest to bardzo osobista opowieść.

Opowieść o śmierci. O umieraniu. O ostateczności. O życiu.

Choroba uczy, że przyczyny to tylko marne próby usprawiedliwienia nieszczęścia. Dają złudzenie, że znamy odpowiedź na pytanie "dlaczego?", ale "dlaczego?" to głośne pytanie, a śmierć jest cicha.


Piękny smutek. Nadzieja, która rozrywa serce.

Radość na przekór śmierci. 

Nadzieja i rozpacz. Ramię w ramię.

...strach to tylko duży cień z małym kręgosłupem.

Dzieciaki, które pomimo wyroku, tętnią życiem. Dzieciaki, z którymi każdy czytelnik tej cudnej opowieści będzie szedł za rękę do samego końca.

Jak Sam.

(...)

Będę pamiętać tych, których kocham, dłużej, niż dane mi było ich znać.

(...)

Jestem w totalnym szoku, że autorka ma 21 lat... Miałam mega wątpliwości, czy to aby na bank ona pisała, ale wychodzi na to, że tak!

Fenomen.

Nie wiem, co musiała przeżyć, żeby napisać tak dojrzałą i prawdziwą powieść... 

Uprzedzam niezdecydowanych i zniechęconych początkiem - narracja jest niekiedy chaotyczna, urywana,  wiem, że to celowy zabieg, ale może rozpraszać. Tylko chwilowo.

I choć w tej tematyce zdecydowanie polecam Niewidzialne życie Iwana Isajenki - niezmiennie mój nr 1, to TA magiczna historia jest moim nr 2.

PRZEPIĘKNA.

MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Czas się skończy. Rana będzie się jątrzyć. Śmierć umrze.


Gdy na tle bezlitosnego krajobrazu szpitala zakochuję się w chłopcu o promiennych oczach, staje się on moją jedyną radością w tym pogrążonym w smutku miejscu. I właśnie dlatego, kiedy popełnia samobójstwo na moich oczach, całkiem się rozpadam…


Obiecuję sobie wtedy, że już nigdy nikogo nie pokocham. Ale pojawiają się trzy wyjątki: moi przyjaciele – Sony, Neo i Coeur – mały gang zbuntowanych, umierających dzieciaków. Sony stoi na jego czele, choć ma tylko jedno płuco. Neo, porywczy pisarz poruszający się na wózku inwalidzkim, uwiecznia nasze dokonania na papierze: od kradzieży po terroryzowanie naszego pielęgniarza. Coeur jest pięknym chłopcem, umięśnionym, łagodnym olbrzymem z sercem do wymiany.


Zanim śmierć nieuchronnie zapuka do naszych drzwi, planujemy z moimi złodziejami dokonać ostatniego napadu. Chcemy uciec daleko od znęcających się rodziców, wyniszczającej straty i naszych chorób. Ale co się stanie, gdy pojawi się ktoś jeszcze? Co się stanie, gdy do naszej imprezy dołączy jeszcze jedna dziewczyna i odbierze mi mowę swoim psotnym uśmiechem? Co się stanie, gdy zobaczę słońce w jej oczach i zacznę upadać, czując przerażenie na myśl o kolejnej stracie?


AUTOR



Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger