"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty
REI Monika Fudali

REI Monika Fudali

To było takie japońskie Constantine w polskiej wersji.

Bardzo fajne pomysły na demony oraz na opętania, każdy rozdział oferuje coś innego, ale narracyjny przekaz to nie moja bajka... Dlatego bardzo lekko się przez to prześlizgnęłam, bez jakiegoś wzrostu emocji, jakbym czytała kolorowy komiks.

Lektura niezbyt straszna, ale obrazowa, do czytnięcia na jeden raz.


MOJA OCENA: 5/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT! 

TU

***

Japońskie demony są różne. Jedne potrafią koegzystować z ludźmi, inne ich pożerają, a niektóre - wbrew naturze - próbują przedrzeć się do świata żywych, wykorzystując ludzkie ciała jako naczynia.

Naoko widzi to, co ukryte przed ludzkimi oczami: istoty o złych intencjach, pasożytujące na emocjach i wierzeniach ludzi. Gdy odkrywa kobietę noszącą w sobie byt wymykający się wszelkim klasyfikacjom, rozpoczyna śledztwo prowadzące do świata dawnych mitów, zakazanych rytuałów i wiedzy, o której lepiej byłoby zapomnieć.

Do sprawy zostaje wciągnięty Keisuke Kurokawa - medium obciążone winą po wydarzeniach sprzed lat. Jego powrót w rodzinne strony staje się początkiem konfrontacji nie tylko z własną przeszłością, lecz także z istotą rozwijającą się w łonie kobiety - bytem, którego narodziny mogą zachwiać granicą między bogiem a potworem. Wraz z kolejnymi odkryciami Naoko i Keisuke trafiają na ludzi gotowych poświęcić wszystko, by doprowadzić do tych narodzin, wierząc, że przyniosą one światu cud.

REI to horror osadzony we współczesnej Japonii, łączący motywy mitologii i thrillera paranormalnego. Opowieść o tym, co rozwija się w ukryciu - w ciałach, umysłach i legendach, które nigdy nie przestały być żywe.

Jedwab Alessandro Baricco

Jedwab Alessandro Baricco

"Jej oczy nie miały wykroju orientalnego, a jej twarz była twarzą małej dziewczynki."

Piękna to była opowieść. Oszczędna w słowach. Z krótkimi rozdziałami - ten zabieg bardzo lubię. Z nieopisanym klimatem tęsknoty i pragnienia. Emocjonalna. Ale bez wykrzykników - raczej opowiedziana szeptem. 

Literatura z górnej półki, ale tej zrozumiałej.

Polecam!

MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Pięknie odmalowana poetycka opowieść, która snuje się gładko niczym najdelikatniejszy jedwab…

Gdy istnieniu XX-wiecznego francuskiego handlu jedwabiem zaczyna zagrażać epidemia, młody kupiec Hervé Joncour postanawia opuścić kochającą żonę i przytulny dom w małej wiosce, by przemierzyć Syberię i dotrzeć na sam kraj świata – do egzotycznej Japonii. Tam spotyka intrygującą młodą kobietę, z którą nie jest w stanie zamienić ani słowa.
Choć podróże do kraju jedwabników stają się coraz bardziej niebezpieczne, Hervé raz za razem będzie przekraczał kontynent, licząc na spotkanie z tajemniczą ukochaną.





EKRANIZACJA


TRAILER









AUTOR


Kwaidan Lafcadio Hearn

Kwaidan Lafcadio Hearn

Dość krwawy zbiorek opowiadań grozy w japońskich klimatach, które trzeba lubić, ażeby w pełni się nimi cieszyć i doceniać styl.
Nie jestem zwolennikiem japońskiej kultury, ale w tym przypadku historie miały swą duszę i były nawet dość creepy, choć utrzymane w konwencji baśni i legend.
Polecam, warto zerknąć.

SPIS BAJEK

Opowieść o Mimi-Nashi-Hoichi
Oshidori
Opowieść o O-Tei
Ubazakura
Dyplomacja
O zwierciadle i dzwonie
Jikininki
Mujina
Rokuro-Kubi
Tajemnica zabrana do grobu
Yuki-Onna
Opowieść o Aoyagi
Jiu-roku-zakura
Sen Akinosukè
Riki-Baka
Horai

Studia o owadach:
Motyle
Komary
Mrówki

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Z górą siedemset lat temu, pod Dan-no-ura w cieśninie Shimonoseki, stoczona została bitwa kładąca kres długotrwałej rywalizacji pomiędzy Heikè, czyli rodem Taira, a Genji, czyli rodem Minamoto. Heikè ponieśli ostateczną klęskę, zginęli wraz z kobietami i dziećmi oraz cesarzem infantem, wspominanym dziś jako Antoku-Tenno. Od siedmiuset lat morze i wybrzeże są nawiedzone… Gdzie indziej opowiedziałem już wam o znajdywanych tam przedziwnych krabach, zwanych krabami Heikè, które mają ludzkie twarze na grzbietach, i o których mówi się, że są duszami wojowników Heikè[1]. Lecz na tym wybrzeżu widzi się i słyszy wiele innych, równie niezwykłych rzeczy. W ciemne noce tysiące upiornych ogników unosi się nad plażą lub krąży nad falami – to Oni-bi, „diabelskie ogniki” – a kiedy zrywa się wiatr, od morza dobiegaj odgłosy potężnej wrzawy, jakby bitewnego zgiełku.
W dawniejszych czasach Heikè byli nieporównanie bardziej dokuczliwi niż dzisiaj. Wynurzali się wokół statków żeglujących nocą i usiłowali je zatopić, stale czyhali na pływaków, by pociągnąć ich w głębinę. Aby udobruchać zmarłych, w Akamagaseki[2] wzniesiona została buddyjska świątynia Amidaji, a w jej pobliżu, tuż obok plaży, powstał cmentarz, gdzie postawiono pomniki opatrzone imionami utopionego cesarza i jego dostojnych wasali, a za spokój ich dusz regularnie odprawiano buddyjskie nabożeństwa. Po wybudowaniu świątyni i ufundowaniu nagrobków, Heikè sprawiali mniej utrapień, ale dalej – od czasu do czasu – przypominali o sobie dziwnymi czynami, zdradzając, iż spokoju doskonałego nie zaznali.
Przed kilkoma stuleciami w Akamagaseki mieszkał niewidomy o imieniu Hoichi, sławny z biegłości w recytacji i grze na biwie[3]. Od wczesnego dzieciństwa przyuczano go do tej sztuki, a gdy jeszcze był młodym chłopcem, prześcignął w niej swych nauczycieli. Jako zawodowy biwa-hoshi zdobył rozgłos głównie dzięki recytowaniu historii Heikè i Genji – mówiło się, że kiedy śpiewał pieśń o bitwie pod Dan-no-ura „nawet upiory nie mogły powstrzymać łez”.
W zaraniu swej kariery Hoichi był bardzo biedny, pozyskał jednakże przyjaźń i wsparcie bonzy Amidaji, który cenił poezję i muzykę, i często zapraszał go do świątyni, aby grał i recytował. Później, będąc pod wielkim wrażeniem cudownego talentu chłopca, zaproponował, by świątynia stała mu się domem, a oferta z wdzięcznością została przyjęta. Hoichiemu oddano do dyspozycji osobny pokój, w podzięce zaś za wyżywienie i mieszkanie obowiązany był w niektóre wieczory radować bonzę koncertem. Poza tym cieszył się pełną swobodą.
Pewnej letniej nocy duchownego wezwano do odprawienia buddyjskich modłów w domu zmarłego i udał się tam wraz ze swym pomocnikiem, pozostawiając Hoichiego samego w świątyni. Noc była gorąca i niewidomy szukał ochłody na werandzie sypialni. Wychodziła ona na niewielki ogród na tyłach Amidaji. Tam Hoichi oczekiwał na powrót przyjaciela i starał się zapomnieć o samotności ćwicząc na biwie. Minęła północ, lecz bonza nie wracał, a powietrze było wciąż nazbyt rozgrzane, by można było znaleźć wytchnienie pośród ścian, toteż chłopiec pozostał na werandzie. Wreszcie od strony tylnej furty dobiegł go odgłos zbliżających się kroków. Ktoś przeszedł przez ogród, podszedł do werandy i zatrzymał się dokładnie na wprost niego – lecz nie był to kapłan. Głęboki głos wypowiedział imię niewidomego – szorstko i bezceremonialnie, zwyczajem samurajów zwracających się do ludzi niższego stanu:
– Hoichi!
Przez moment chłopiec był nazbyt zaskoczony, by odpowiednio zareagować, i głos ponownie wezwał go tonem surowego rozkazu:
– Hoichi!
– Hai – odpowiedział wreszcie przestraszony. – Jestem ślepy! Nie widzę, kto mnie wzywa!
– Nie masz powodów do obaw – rzekł nieznajomy już trochę łagodniej. – Stoję obozem niedaleko tej świątyni i wysłano mnie tutaj z misją. Mój obecny pan, osobistość nadzwyczaj wysokiej rangi, przebywa obecnie w Akamagaseki z wieloma szlachetnymi dworzanami. Jego życzeniem było ujrzeć scenerię zmagań pod Dan-no-ura i dzisiaj miejsce to odwiedził. Usłyszawszy o twojej biegłości w recytowaniu opowieści o bitwie, zapragnął ją usłyszeć. Weźmiesz więc biwę i natychmiast udasz się do domostwa, gdzie oczekuje na ciebie już dostojne zgromadzenie.
W owych czasach rozkaz samuraja nie mógł być bezkarnie zlekceważony. Hoichi założył sandały, ujął biwę i podążył za nieznajomym, a ten zręcznie go prowadził, zmuszając jednocześnie do szybkiego marszu. Stalowa była dłoń, która go wiodła, a szczęk, wtórujący każdemu stąpnięciu rycerza, wskazywał, iż był on w pełnym rynsztunku bojowym – sprawiał wrażenie pałacowego gwardzisty na służbie. Pierwszy strach już przeminął i Hoichi zaczął uważać siebie za kogoś, kogo spotkało wielkie szczęście, gdyż – wspomniawszy wiadomość o „osobistości nadzwyczaj wysokiej rangi” – pomyślał, że dostojnik, który życzył sobie usłyszeć jego recytację, nie mógł być kimś niższym od daimyō[4] pierwszej klasy. Naraz jego przewodnik zatrzymał się i Hoichi zdał sobie sprawę, że znaleźli się przed wielką bramą. Zdziwił się, bowiem nie mógł przypomnieć sobie, by w tej części miasta była jakaś brama, jeśli nie liczyć głównych wrót Amidaji. „Kai-mon!”[5] – zawołał samuraj i po chwili rozległ się zgrzyt rygli. Ruszyli obaj naprzód, przemierzyli przestronny ogród i ponownie zatrzymali się przed jakimś wejściem. Gwardzista obwieścił donośnym głosem: „Czcigodni zgromadzeni! Przyprowadziłem wam Hoichiego!” Natychmiast dały się słyszeć odgłosy poruszających się stóp, rozsuwanych ekranów, otwieranych drzwi przeciwdeszczowych i głosów rozmawiających z sobą kobiet. Po ich mowie Hoichi poznał, iż są one mieszkankami szlachetnego domostwa, lecz nie był w stanie odgadnąć, dokąd go przyprowadzono. Nie pozostawiono mu jednak zbyt wiele czasu na domysły. Pomógłszy mu pokonać kilka kamiennych schodków – na ostatnim polecono, by zdjął sandały – kobieca dłoń powiodła go przez połacie wypolerowanych podłóg z desek, przez wsparte filarami zakola – nazbyt liczne, aby je wszystkie spamiętać – przez zadziwiająco rozległe przestrzenie wyłożone matami – aż na środek olbrzymiej komnaty. Wyczuł tam obecność wielu dostojnych osób – dobiegający go szelest jedwabiu podobny był szumowi liści w lesie. Słyszał również gwar przyciszonych rozmów, a język, którym się posługiwano, był językiem dworskim.
Polecono mu, by spoczął na przygotowanej dlań poduszce. Kiedy usadowił się wygodnie i nastroił instrument, głos kobiety, w której odgadł rojo – matronę sprawującą nadzór nad kobiecą służbą – zwrócił się do niego takimi słowy:
– Życzeniem naszym jest, aby z akompaniamentem biwy wyrecytowana została historia Heikè.
Ale recytacja całości wymagałaby kilku nocy, przeto Hoichi ośmielił się zadać pytanie:
– Jako że całość owej opowieści wkrótce skończona być nie może, którą jej część dostojni pragną teraz usłyszeć?
Głos kobiety odpowiedział:
– Recytuj opis bitwy pod Dan-no-ura, bowiem żałość po niej jest szczególnie głęboka.
Wówczas Hoichi podniósł głos i zaśpiewał pieśń o bitwie na morzu goryczy, w cudowny sposób zmuszając biwę, by brzmiała jak mozół wioseł i pęd okrętów, świst i furkot strzał, okrzyki i tupot mężczyzn, szczęk stali o hełmy, pogrążanie się zabitych w topieli. A z lewej i prawej strony, w przerwach w recytacji, dobiegały go pochwalne szepty: „Cóż to za wspaniały artysta! Nigdy w prowincji naszej nie słyszano podobnej gry! W całym cesarstwie nie ma drugiego pieśniarza równego Hoichiemu!” Nowe siły wstąpiły wtedy w niego i grał i śpiewał jeszcze lepiej, a wypełniona podziwem cisza pogłębiła się wokół niego. Lecz kiedy doszedł do momentu mówiącego o losie nadobnych i bezbronnych, o budzącej litość zagładzie kobiet i dzieci, i o skoku Nii-no-Amy z cesarskim dziecięciem w ramionach, wszyscy słuchacze wydali jeden przeciągły, dreszczem przejmujący okrzyk rozpaczy, po czym łkali i zawodzili tak donośnie i niepohamowanie, że przeraziła go gwałtowność żalu, którego był przyczyną. Długo jeszcze szlochano i płakano. Lecz stopniowo lamenty ucichły i w głębokiej ciszy, jaka zapadła, Hoichi ponownie usłyszał głos kobiety, którą uprzednio uznał za rojo:
– Choć zapewniano nas, że jesteś bardzo utalentowanym muzykiem, nie mającym równych sobie także w sztuce recytacji, nie przypuszczaliśmy, aby ktoś mógł być tak zręczny, jak dowiodłeś tego dzisiejszej nocy. Nasz pan z zadowoleniem raczył oświadczyć, iż zamierza obdarzyć cię hojnie. Pragnie jednak, byś śpiewał dla niego przez sześć najbliższych nocy, po którym to czasie prawdopodobnie uda się łaskawie w podróż powrotną. Przeto jutrzejszej nocy masz stawić się tu o tej samej godzinie – wysłany będzie po ciebie dworzanin, który i dziś cię przyprowadził… Jest jeszcze jedna rzecz, o jakiej polecono mi powiadomić ciebie. Życzymy sobie, abyś z nikim nie rozmawiał o swoich tu wizytach w czasie, gdy pan nasz łaskawie gości w Akamagaseki. Ponieważ podróżuje incognito[6] żąda, aby żadna wzmianka o nim nie została uczyniona… A teraz możesz już wracać do świątyni.
Kiedy Hoichi wypowiedział stosowne słowa podzięki, kobieca dłoń pokierowała jego krokami do wyjścia, gdzie oczekiwał nań ten sam samuraj, który przedtem go tu przywiódł. Towarzyszył mu aż do werandy i tam pożegnał.
Świtało już prawie, kiedy powrócił, lecz nikt jego nieobecności w świątyni nie zauważył. Bonza przekonany był, że chłopiec w nocy spał. W ciągu dnia Hoichi mógł nieco wypocząć, nie wspominał jednak ani słowem o swojej niezwykłej przygodzie. W środku następnej nocy samuraj znowu przyszedł po niego i zaprowadził przed dostojne zgromadzenie, a recytacja spotkała się z takim samym uznaniem jak poprzednio. Ale tym razem jego zniknięcie zostało przypadkowo odkryte, i gdy zjawił się nad ranem, wezwano go przed oblicze kapłana, który odezwał się tonem łagodnej wymówki:
– Bardzo niepokoiliśmy się o ciebie, przyjacielu Hoichi. Niebezpiecznie jest oddalać się o tak późnej godzinie, będąc ślepym i samotnym. Dlaczego wyszedłeś nic nam o tym nie mówiąc? Mógłbym nakazać służącym, by ci towarzyszyli. A gdzie byłeś?
– Wybacz mi, dobry przyjacielu. Musiałem zająć się pewną prywatną sprawą i nie mogłem uczynić tego o innej godzinie – odpowiedział wykrętnie chłopiec.
Duchowny był bardziej zaskoczonym niż urażonym powściągliwością Hoichiego. Czuł, że kryje się za nią coś nadprzyrodzonego i podejrzewał jakieś nieszczęście. Obawiał się, że niewidomy jest zauroczony, bądź podstępnie omotany przez złe duchy. Nie wypytywał go jednak dłużej, lecz w tajemnicy rozkazał służącym, by baczyli na niego i poszli za nim, gdyby znowu chciał opuścić świątynię po zapadnięciu zmroku.
Już następnej nocy ujrzano, jak Hoichi wymyka się, i służący, zapaliwszy latarnię, natychmiast podążyli jego śladem. Ale owa noc była deszczowa i bardzo ciemna i zanim zdołali dotrzeć do drogi, chłopiec zniknął. Bez wątpienia kroczył bardzo szybko – dziwna rzecz, zważywszy na jego upośledzenie, zwłaszcza, że droga była w bardzo złym stanie. Mężczyźni śpiesznie przemierzali ulice, rozpytując we wszystkich domach, w których Hoichi zwykł bywać, lecz nikt nie był w stanie udzielić o nim żadnej informacji. Aż nagle, gdy wracali już do świątyni ścieżką prowadzącą wzdłuż wybrzeża, usłyszeli dźwięki pełnej furii gry na biwie, dobiegające od strony cmentarza Amidaji. Zdumieli się, bowiem, jeśli nie liczyć upiornych ogników, jakie zawsze unoszą się nad tym miejscem w ciemne noce, panowała tam nieprzenikniona czerń. Pośpieszyli jednak bez wahania i w świetle latarni ujrzeli Hoichiego siedzącego samotnie na deszczu przed pamiątkowym nagrobkiem Antoku-Tenno, uderzającego w struny biwy i recytującego pełnym głosem pieśń o bitwie pod Dan-no-ura. A za nim i wokół niego, i wszędzie ponad nagrobkiem, paliły się ognie zmarłych, podobne płomykom świec. Nigdy dotąd oczom śmiertelnego człowieka nie był dany widok tak olbrzymiego zastępu Onibi…
– Hoichi San! Hoichi San! – wykrzyknęli. – Jesteś zauroczony!… Hoichi San!
Ale niewidomy nie słyszał wołania. Z wielką mocą wydobywał z biwy brzęk, dzwonienie i szczęk, coraz zapamiętałej śpiewając pieśń o bitwie pod Dan-no-ura. Słudzy schwycili go, krzycząc mu do ucha:
– Hoichi San! Hoichi San! Chodź z nami natychmiast do domu!
– Przerywanie mi w podobny sposób przed tym dostojnym zgromadzeniem nie ujdzie wam bezkarnie – odezwał się do nich Hoichi tonem nagany.
Nie zważając na niesamowitość sytuacji, mężczyźni wybuchnęli śmiechem. Z pewnością chłopak był zauroczony. Ujęli go pod ramiona, postawili na nogi i nie szczędząc sił pośpiesznie zaprowadzili do świątyni, gdzie na polecenie bonzy zdjęto zeń przemoczone odzienie, przebrano i zmuszono do posilenia się i ugaszenia pragnienia. Następnie duchowny stanowczo domagał się pełnego wyjaśnienia powodów dziwnego postępowania przyjaciela.
Hoichi długo zwlekał, lecz w końcu, widząc że jego zachowanie doprawdy zaniepokoiło i rozgniewało dobrego kapłana, postanowił przełamać swą powściągliwość i opowiedział o wszystkim, co wydarzyło się od chwili pojawienia się samuraja.
– Hoichi, mój biedny przyjacielu – rzekł bonza – znalazłeś się w śmiertelnym niebezpieczeństwie! Jakże źle się stało, że nie opowiedziałeś mi o tym wszystkim wcześniej! Twój wspaniały talent doprawdy wpędził cię w niezwyczajne tarapaty. Musisz już zdawać sobie sprawę, że nie przebywałeś na żadnym dworze, ale spędzałeś noce na cmentarzu, pośród grobów Heikè, i właśnie przed pamiątkowym pomnikiem Antoku Tenno, siedzącego na deszczu, znaleźli cię dziś nasi służący. Wszystko, co zdawało się ciebie otaczać, było iluzją – z wyjątkiem wezwania zmarłych. Posłuchawszy ich raz, oddałeś się w ich moc. Jeśli zaś po tym, co się już zdarzyło, znowu pójdziesz za wezwaniem, rozerwą cię na strzępy. Zresztą, prędzej czy później, i tak by cię zgładzili… Nie będę mógł zostać tu z tobą dzisiejszej nocy – poproszono mnie o odprawienie nabożeństwa. Lecz zanim odejdę, sprawię, aby ciało twe chroniły napisane na nim święte teksty.
Przed zachodem słońca bonza wraz ze swym pomocnikiem obnażyli Hoichiego i kaligrafując pędzelkami pokryli jego pierś i plecy, kończyny, ręce i stopy – nawet podeszwy stóp i wszystkie inne części ciała – tekstem świętej sutry Hannya-Shin-Kyo[7]. Gdy praca została ukończona, duchowny udzielił Hoichiemu takich oto wskazówek:
– Wieczorem, gdy tylko odejdę, zasiądziesz na werandzie i będziesz czekał. Zostaniesz wezwany. Lecz, cokolwiek by się wydarzyło, nie odpowiadaj i nie poruszaj się. Nic nie mów i siedź bez ruchu, jak gdyby medytując. Jeśli poruszysz się lub uczynisz nawet najmniejszy hałas, zostaniesz rozerwany na strzępy. Nie przestrasz się i nie wołaj o pomoc, nikt bowiem pomóc ci nie jest w stanie. Jeżeli zrobisz dokładnie, jak mówię, niebezpieczeństwo przeminie i niczego już nie będziesz się musiał dłużej obawiać.
Po zapadnięciu zmroku bonza z pomocnikiem oddalił się, a Hoichi zasiadł na werandzie, stosując się do zaleceń wydarzyło się od chwili pojawienia się samuraja.
– Hoichi, mój biedny przyjacielu – rzekł bonza – znalazłeś się w śmiertelnym niebezpieczeństwie! Jakże źle się stało, że nie opowiedziałeś mi o tym wszystkim wcześniej! Twój wspaniały talent doprawdy wpędził cię w niezwyczajne tarapaty. Musisz już zdawać sobie sprawę, że nie przebywałeś na żadnym dworze, ale spędzałeś noce na cmentarzu, pośród grobów Heikè, i właśnie przed pamiątkowym pomnikiem Antoku Tenno, siedzącego na deszczu, znaleźli cię dziś nasi służący. Wszystko, co zdawało się ciebie otaczać, było iluzją – z wyjątkiem wezwania zmarłych. Posłuchawszy ich raz, oddałeś się w ich moc. Jeśli zaś po tym, co się już zdarzyło, znowu pójdziesz za wezwaniem, rozerwą cię na strzępy. Zresztą, prędzej czy później, i tak by cię zgładzili… Nie będę mógł zostać tu z tobą dzisiejszej nocy – poproszono mnie o odprawienie nabożeństwa. Lecz zanim odejdę, sprawię, aby ciało twe chroniły napisane na nim święte teksty.
Przed zachodem słońca bonza wraz ze swym pomocnikiem obnażyli Hoichiego i kaligrafując pędzelkami pokryli jego pierś i plecy, kończyny, ręce i stopy – nawet podeszwy stóp i wszystkie inne części ciała – tekstem świętej sutry Hannya-Shin-Kyo[7]. Gdy praca została ukończona, duchowny udzielił Hoichiemu takich oto wskazówek:
– Wieczorem, gdy tylko odejdę, zasiądziesz na werandzie i będziesz czekał. Zostaniesz wezwany. Lecz, cokolwiek by się wydarzyło, nie odpowiadaj i nie poruszaj się. Nic nie mów i siedź bez ruchu, jak gdyby medytując. Jeśli poruszysz się lub uczynisz nawet najmniejszy hałas, zostaniesz rozerwany na strzępy. Nie przestrasz się i nie wołaj o pomoc, nikt bowiem pomóc ci nie jest w stanie. Jeżeli zrobisz dokładnie, jak mówię, niebezpieczeństwo przeminie i niczego już nie będziesz się musiał dłużej obawiać.
Po zapadnięciu zmroku bonza z pomocnikiem oddalił się, a Hoichi zasiadł na werandzie, stosując się do zaleceń duchownego. Obok siebie położył biwę i przyjąwszy pozycję medytacyjną zupełnie znieruchomiał, bacząc pilnie, by nie kaszlnąć i nie oddychać głośno. Siedział tak przez długie godziny.
Naraz od strony drogi usłyszał odgłos zbliżających się kroków. Minęły furtkę, przeszły przez ogród, zatrzymały się – dokładnie na wprost niego.
– Hoichi! – zawołał tubalny głos, ale niewidomy wstrzymał oddech i dalej siedział bez ruchu.
– Hoichi! – posępnie zabrzmiał głos po raz wtóry, za trzecim zaś razem – groźnie: – Hoichi!
Hoichi siedział nieruchomy jak kamień, a głos zamruczał:
– Nie ma odpowiedzi! To za mało!… Trzeba zobaczyć, gdzie on się podział…
Rozległ się łoskot ciężkich kroków przemierzających werandę. Kroki przybliżyły się z wolna i zatrzymały tuż obok chłopca. Na długie minuty, podczas których Hoichi czuł, jak ciałem jego wstrząsa każde uderzenie serca, zapanowała martwa cisza.
– Oto i biwa – odezwał się wreszcie szorstki głos – lecz z grajka widzę tylko… dwoje uszu! A więc to jest wyjaśnienie, dlaczego nie odpowiadał. Nie ma ust, by mówić. Nic z niego nie pozostało, tylko uszy… Zaniosę je mojemu panu jako dowód, że cesarskie rozkazy zostały wykonane tak sumiennie, jak było to możliwe…
W tym samym momencie Hoichi poczuł, jak na jego uszach zacisnęły się żelazne palce i wyrwały je! Choć ból był ogromny, nie wydał nawet westchnienia (...)

***
Opowieści grozy są częścią kulturowego dziedzictwa Japonii, z którego pełną garścią czerpią współcześni pisarze, twórcy scenariuszy i komiksów a np. jedną z inspiracji dla popularnego horroru Krąg mogła być opowieść Hearna o kimonie, które zabijało każdego, kto je na siebie włożył. Tam zabijało kimono, dzis robi to wideokaseta... Kwaidan jest zbiorem opowieści z dreszczykiem, bogato ilustrowanym rycinami przedstawiającymi najniezwyklejsze twory wyobraźni japońskich artystów.



EKRANIZACJA


TRAILER










AUTOR




Ptak, który zwiastował trzęsienie ziemi Susanna Jones

Ptak, który zwiastował trzęsienie ziemi Susanna Jones

"Cała rzecz polega na tym, że nie wiem, co się tamtej nocy wydarzyło. Mam dziurę w pamięci. Zanim opowiem mu wszystko, najpierw muszę sama sobie przypomnieć, zrekonstruować po kawałku."

Kolejny, z nielicznych, przykładów, kiedy to film przerósł powieść. Dużym plusem dla reżysera jest dość ścisłe trzymanie się treści książki.
W porównaniu - książka jest mdława, bardzo osobista, bez praktycznie żadnego poczucia zagrożenia. Film - wręcz przeciwnie.
Tylko szkoda rewelacyjnej roli Alici do tak nijakiego zakończenia, które w książce jest bardziej zagadkowe.

Polecam film, książkę można czytnąć przy okazji.

MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tego dnia o świcie, na kilkanaście godzin przed moim aresztowaniem, obudziło mnie drżenie ziemi. Wspominam tu o tym nie dlatego, żeby zasugerować istnienie jakichś ukrytych związków między oboma wydarzeniami - że niby zapadające się uskoki tektoniczne mojego życia zmaterializowały się oto pod postacią pary policjantów — ponieważ w Tokio takie trzęsienia ziemi mamy raz na miesiąc lub częściej, a to nie było nawet szczególnie imponujące. Po prostu przedstawiam fakty w takiej kolejności, w jakiej nastąpiły. Dzień miał się okazać zupełnie niesamowity i nie chciałabym absolutnie nic z niego zapomnieć.
Spałam głęboko, zagrzebana w kocach na materacu.
Obudził mnie odgłos uderzeń wieszaków o ściany szafy.
Talerze w kuchni szczękały, podłoga skrzypiała. Już mnie mdliło od kołysania się ziemi, ale mimo to z początku nie miałam zielonego pojęcia, co się dzieje. Dotarło do mnie dopiero po chwili, gdy usłyszałam rozbrzmiewający za oknami charakterystyczny odgłos. Z oddali wiatr niósł metaliczny śpiew. Usiadłam w ciemnościach, dygocząc niepohamowanie.
Po śmierci Lily i zniknięciu Teijiego zrobiłam się strasznie nerwowa. Odsunęłam drzwi do szafy i przykucnęłam pod kołyszącymi się wieszakami. Nałożyłam kask rowerowy, wzięłam do ręki latarkę, wcześniej przymocowaną taśmą do ściany, i skuliłam się w kącie. Poświeciłam dookoła, aby się upewnić, że mam pod ręką gwizdek oraz butelkę wody, specjalnie przygotowane na wypadek trzęsienia ziemi. Były na miejscu. Po mojej gołej nodze przebiegł karaluch i usadowił się na podłodze obok.
- Idź sobie - szepnęłam. - Sio. Słyszysz mnie? Nie chcę cię tutaj.
Karaluch wyciągnął w moją stronę kołyszące się czarne czułki. Zanim zniknął w jakiejś niewidocznej szparze, przez moment ma jego pancerzu migotały iskierki odbitego światła.
Minęło kilka chwil, nim zdałam sobie sprawę, że wszystko znieruchomiało. Trzęsienie ziemi się skończyło. Noc była znowu cicha.
Wpełzłam z powrotem na ciepłe posłanie, ale już nie potrafiłam usnąć. Miałam przemożne wrażenie, że nie jestem sama w mieszkaniu. Wtuliłam głowę w poduszkę i zwinęłam się w kłębek. Wiem, jak sobie radzić z duchami i bezsennością.
Jedna ze sztuczek polega na ćwiczeniu japońskiego. Wzięłam słowo oznaczające trzęsienie ziemi, jishin, i próbowałam wymyślić słowa, które mają taką samą wymowę, ale zapisywane są innymi ideogramami. Kiedy połączyć ji, oznaczające „ja”, oraz shin, oznaczające zaufanie, otrzymuje się wiarę w siebie. Z innymi ideogramami „trzęsienie ziemi” staje się wskazówką godzinową, igłą kompasu albo zwyczajnie byciem sobą, mną. I tu pomysły mi się wyczerpały. Z pewnością były jeszcze jakieś inne słowa, ale żadne nie przychodziło mi do głowy. Zazwyczaj dochodziłam do siedmiu łub ośmiu, nim wreszcie zasypiałam, tego ranka jednak fortel nie zadziałał.
Spróbowałam więc inaczej. Wyobraziłam sobie, że Teiji leży obok mnie, obejmuje mnie swoimi szczupłymi ramionami, kołysze do snu, jak za tamtych szczęśliwych dni, gdy zasypialiśmy wtuleni w siebie niby dwie łyżeczki. W swoim czasie oboje uwielbialiśmy trzęsienia ziemi, podobnie zresztą jak burze i tajfuny. Wspomnienie przyniosło mi pociechę i chyba w końcu zasnęłam na jakieś pół godziny, może godzinę. Kiedy obudziłam się ponownie, pokój zalany był światłem. Zwinęłam materac i wepchnęłam do szafy.
Spakowałam paczkę błyskawicznego makaronu na lunch, wypiłam pośpiesznie filiżankę herbaty. O siódmej udałam się do pracy, ani bardziej zmęczona, ani bardziej przygnębiona niż każdego ranka w ciągu ostatnich kilku tygodni. Sądziłam, że czeka mnie kolejny zwyczajny dzień w biurze.
Policja przyszła po mnie po południu. Siedziałam za biurkiem, zajęta tłumaczeniem nowego projektu pompki rowerowej (...)

***
Żyjąca w Japonii Angielka Lucy Fly podejrzana jest o zamordowanie swej przyjaciółki również Angielki, Lily. Lucy zamieszkała w Japonii, by tu zacząć nowe życie, jak najdalej od znienawidzonego Yorkshire, obojętnych rodziców, paskudnych braci i mrocznych tajemnic dzieciństwa. W jej romans z bardzo japońskim i bardzo enigmatycznym Teijim wdarła się niechciana, narzucona jej przyjaźń z Lily. Lucy jest zazdrosna. Lucy boi się odrzucenia. Ale czy Lucy byłaby gotowa zabić?
Ptak, który zwiastował trzęsienie ziemi wręcz wsysa oszczędną narracją, galopadą emocji i egzotyką Japonii.




EKRANIZACJA
↓ 


TRAILER








AUTOR


Purezento Joanna Bator

Purezento Joanna Bator

Zdarzają się rzeczy, które nie czynią nas silniejszymi, nawet jeśli przeżyjemy. Chcemy wierzyć, że czas nas uleczy sam z siebie. Ale czas nie jest lekarstwem, jeżeli pozostajemy bierni. Wtedy po prostu upływa, obojętny.

Spokojna, stonowana opowieść. Nie moje klimaty, ponieważ za dużo w niej filozofii :) Ale klimat jest wyraźnie zaznaczony.

Do kontemplacji jak najbardziej polecam, choć wątek fabularny oczywiście jest i to dość ciekawy;)

MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Tamtego lata, kiedy poznałam Panią Myōko, prowadziłam kurs języka polskiego dla średnio zaawansowanych. Szkoła była nowa i nazywała się Polish Babel. Zanim zaczęłam tam pracować, zwolniono mnie z Polish Is Easy. W podaniu o pracę, jakie rozesłałam do kilku szkół, w rubryce umiejętności zawodowe wpisałam znajomość polskiego i angielskiego. Oferowałam pełną dyspozycyjność, bo nic innego nie miałam do roboty. Ani nic innego do dodania. Nie czułam się ani kreatywna, ani gotowa do podjęcia nowych wyzwań. Nie widziałam w sobie także najmniejszej chęci, by stać się częścią młodego dynamicznego zespołu. Tylko z Polish Babel odpowiedziano na moje zgłoszenie. Pracodawczynią okazała się mała pulchna kobieta w kłujących szpilkach i obcisłej sukience.
– Polish Babel oferuje nie tylko dobre warunki pracy, ale także wspaniałe perspektywy rozwoju osobistego. Mam nadzieję, że to dla pani szczególnie interesujące? – Jej oczy były szare i głodne. Źrenice jak otwory gębowe.
Mogłam wspomnieć, że w ostatniej szkole szczególnie interesujące wydawało mi się to, iż każdy z uczniów przypominał jakieś zwierzę. Ja nie przypominałam niczego.
Z lustra wypływał rekin ludojad i jednym kłapnięciem pożerał moje oblicze. Może da się to określić jako krok w rozwoju osobistym. Przygody z żarłaczami zaczęły się, kiedy straciłam chłopaka.
Wchodziłam do sali i zamiast ludzi widziałam stado hybryd o człowieczych ciałach i zwierzęcych głowach. Uczyłam wtedy angielskiego w Polish Is Easy i miałam w grupie aż dwanaścioro rozwydrzonych nastolatków wysłanych przez rodziców na przymusowe dokształcanie przed maturą. Byli niespokojni i nadpobudliwi. Wstrząsały nimi jakieś wewnętrzne wybuchy. Rosłe dziewczyny przytłaczały delikatnych przygarbionych młodzieńców. Najbardziej przypominali mi hieny cętkowane, bardzo ciekawe drapieżne zwierzęta żyjące w grupach matriarchalnych.

Próbowałam zmienić swoje nastawienie w Polish Babel, ale w nowej pracy nadal widziałam w ludziach zwierzęta. Odmiana w mojej zaburzonej percepcji polegała na tym, że teraz stado było bardziej zróżnicowane. Miałam w grupie siedmiu dorosłych uczniów. Ahmed, Matthew, Jori, Marija, Vincent, Mark i Pani Myōko. Czyli szop pracz, kangur, gazela, świnka morska, żuraw koroniasty, guziec i lisica. Szop pracz zdążył powiedzieć tylko „Dzień dobry. Jestem Ahmed z Tunezji. Dziękuję bardzo”. I po pierwszej lekcji więcej się nie pojawił. W mojej pamięci obraz szopa pracza rozpłynął się jak smuga mgły.
Najdłużej trwały jego łapy o palcach długich i ruchliwych jak u mojej matki.
Prawdopodobnie znałam więcej gatunków zwierząt niż przeciętny mieszkaniec miasta. Od dzieciństwa lubiłam programy przyrodnicze. Fascynowały mnie zwłaszcza stworzenia małe i rzadkie, chociaż inne też przykuwały moją uwagę. Czułam się jednak niezręcznie, ucząc je polskiego dla średnio zaawansowanych (...)


***
Pierwsza japońska powieść Joanny Bator. Wielkie zaskoczenie w duchu zen!


Kiedy drzwi zamknęły się za jej chłopakiem, nie wiedziała, że widzi go po raz ostatni. Kiedy zaczęła uczyć polskiego Panią Myōko nie przypuszczała, że dzięki niej wyruszy w daleką podróż. Kiedy po raz pierwszy spotkała Mistrza Myō, nie sądziła, że jej życie na nowo nabierze sensu. Kiedy na jej drodze stanął mężczyzna ze znamieniem w kształcie oliwki na plecach, nie spodziewała się jak silna będzie miłość, która ich połączy. Podróżując wraz z główną bohaterką po Japonii, towarzysząc jej w sklejaniu rozbitych naczyń, czytelnik stopniowo wkracza w harmonijny świat zen, gdzie serce i umysł zapisuje się jednym znakiem kanji, a najpiękniejsze jest to, co niekompletne, przemijające i niedoskonałe. Metaforą ludzkiego losu jest tutaj kintsugi, pradawna sztuka naprawy ceramiki za pomocą złota.

Purezento (czyli „prezent”) to powieść tajemnicza i na wskroś japońska. Poruszająca historia utraty i miłosnej odnowy. Rozgrywająca się w Tokio i Kamakurze opowieść ma słodko-słony smak umami.




Ludzie, którzy jedzą ciemność. Prawdziwa historia o dziewczynie, która zaginęła w Tokio i o złu, które ją pochłonęło - Richard Lloyd Parry

Ludzie, którzy jedzą ciemność. Prawdziwa historia o dziewczynie, która zaginęła w Tokio i o złu, które ją pochłonęło - Richard Lloyd Parry

I kolejna już historia, która niestety... wydarzyła się naprawdę. 

I to jest najbardziej szokujące w tej książce, która jest niczym innym, jak fabularyzowaną relacją dotyczącą historii życia i zaginięcia Lucie Blackman - młodej 22-letniej Brytyjki, która postanowiła wyjechać do Japonii, ażeby towarzyszyć swojej najlepszej przyjaciółce i przy okazji podreperować swój budżet.

Jak kończy się ta opowieść? Nie napiszę, żeby nie spojlerować - przeczytajcie sami.
...................................
Poruszająca. Szczera. Szczegółowa. Dociekliwa. PRAWDZIWA. Pokazująca, jak niewiele trzeba... Jaka jest krucha granica pomiędzy zaufaniem, a naiwnością...

Przy okazji dowiadujemy się bardzo dużo nt zwyczajów panujących w Japonii, i to nie tylko w szarej strefie, ale to tak na marginesie.

POLECAM - samo się czyta.


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

PROLOG
ŻYCIE PRZED ŚMIERCIĄ

LUCIE BUDZI SIĘ PÓŹNO, JAK ZWYKLE. Jasna kreska słonecznego światła wpadającego przez szczelinę z boku zasłoniętego okna przeszywa mroczne wnętrze. Nędzny, ciasny, bezbarwny pokoik. Ściany obklejone plakatami i pocztówkami, na przeładowanych wieszakach zwisają bluzki i sukienki. Na podłodze leżą dwa materace, na nich spoczywają dwie ludzkie sylwetki: jedna o jasnych włosach, druga o brązowych. Śpią w bawełnianych koszulkach albo zupełnie nagie pod samymi poszewkami, ponieważ noc jest zbyt upalna i duszna, aby przykrywać się czymś więcej niż jedną warstwą materiału. Na zewnątrz wrony kraczą i przepychają się na plątaninie drutów telegraficznych przerzuconych między budynkami. Kiedy lokatorki pokoju kładły się spać, była czwarta nad ranem, teraz zaś plastikowy budzik wskazuje, że dochodzi południe. Brązowowłosa głowa nie podnosi się z poduszki, gdy Lucie wkłada szlafrok i idzie do łazienki.

O swoim domu w Tokio mawia „syfialnia” – między innymi z powodu stanu, w jakim jest łazienka. Korzysta z niej sześć osób oraz ich goście, którzy czasami zostają na noc, przez co zawsze tu pełno śmieci i różnych odpadków. Na brzegu umywalki leżą wyciśnięte tubki po paście do zębów, podłogę kabiny prysznicowej oblepiają wilgotne grudki mydła, a otwór odpływu zatyka obślizgły czop sklejonych włosów, złuszczonego naskórka i obrzynków paznokci. Swoje liczne i drogie produkty pielęgnacyjne Lucie zawsze przynosi ze sobą i za każdym razem zabiera z powrotem, podobnie zresztą jak grzebienie, szczotki i kosmetyki upiększające. Poranna toaleta to długa i drobiazgowa procedura, na którą składają się: mycie włosów, płukanie, nakładanie odżywki, namydlanie, wycieranie, wklepywanie, smarowanie, przemywanie, nawilżanie, wchłanianie, wyskubywanie, szczotkowanie, czyszczenie nicią dentystyczną i suszenie. Na przykładzie Lucie wyraźnie widać, jaka jest różnica między zwykłym porannym prysznicem a prawdziwym szykowaniem się do wyjścia. Gdyby komuś bardzo się spieszyło do łazienki, lepiej żeby nie znalazł się w kolejce za Lucie.

Co Lucie widzi, gdy spogląda w lustro? 
Pełną, jasną twarz, którą okalają naturalne blond włosy długie aż za ramiona. Wyraźnie zarysowaną szczękę; mocne, równe, białe zęby; policzki, które się podnoszą i w których pojawiają się dołeczki, kiedy się uśmiecha. Zaokrąglony nos; ostro zakończone, starannie wyskubane brwi oraz małe, ciemnoniebieskie oczy, których kąciki opadają w dół. Lucie mocno ubolewa nad tym, że ma „skośne” oczy, i patrząc na swoje odbicie, niejednokrotnie wyobraża sobie, jak by to było, gdyby ten zaskakujący, lekko egzotyczny rys twarzy uległ metamorfozie tak, aby bardziej pasował do kobiety o jasnej karnacji, niebieskich oczach i długich nogach.

Lucie jest wysoka – mierzy 175 centymetrów – ma krągłe biust i biodra. Z niepokojem odnotowuje każdy skok wagi, która często jej się zmienia. W maju, na skutek wysiłku związanego z podróżą do Japonii, przeprowadzką do syfialni i znalezieniem pracy, zeszczuplała, ale po kilku tygodniach, podczas których przesiadywała w klubie do późnej nocy, znów „wypiła swoje i przybrała”. Kiedy ma gorszy dzień, przepełnia ją pogarda dla własnego wyglądu. Czuje się opuchnięta i rozepchana; dręczy ją wstyd z powodu znamienia na udzie i pieprzyka między brwiami. Bezstronny obserwator mógłby ją opisać staroświeckimi i nieco dwuznacznie brzmiącymi przymiotnikami: „dorodna” oraz „urodziwa”. Szatynka śpiąca na drugim materacu, najlepsza przyjaciółka Lucie Louise Phillips, ma zdecydowanie bardziej typową urodę: jest szczupła, drobna, z zadartym nosem. Zwykle jednak inni postrzegają Lucie jako osobę pewną siebie i swobodną. Sposób, w jaki się śmieje, gestykuluje podczas rozmowy, potrząsa głową, bez skrępowania dotyka swojego rozmówcy – wszystko to przydaje jej uroku, który przyciąga zarówno kobiety, jak i mężczyzn.
Lucie wychodzi z łazienki. Co robi potem? Wiem, że nie zapisze niczego w dzienniku, którego prowadzenie zaniedbuje od prawie dwóch tygodni. Nie zadzwoni do Scotta, swojego chłopaka, który służy na amerykańskim lotniskowcu stacjonującym w portowym mieście Yokosuka. Później wśród rzeczy osobistych Lucie rodzina znajdzie niewysłaną widokówkę zaadresowaną do Samanthy Burman, bliskiej przyjaciółki z rodzinnego miasta. Być może Lucie wypisuje tę kartkę właśnie teraz.

Kochana Sammy, przesyłam Ci tę krótką wiadomość z Tokio, żeby powiedzieć, jak wspaniale, że mogłyśmy porozmawiać wtedy wieczorem. Bardzo się cieszę, że poznałaś fajnego kumpla/przyjaciela/chłopaka (kimkolwiek on jest dla Ciebie). Wiem, że mnie tutaj jest łatwiej, ponieważ moje codzienne życie się zmieniło i niedziele wyglądają teraz zupełnie inaczej, ale chcę, żebyś pamiętała, że życie bez Ciebie jest niepełne i chociaż nie jestem pewna, kiedy to się stanie, wkrótce znów się spotkamy, gdzieś tam, gdzie będę, albo w domu. Bardzo Cię kocham, strasznie za Tobą tęsknię i zawsze będzie mi Ciebie brakowało. Ściskam Cię mocno, Lulu.
O godzinie wpół do drugiej na dole dzwoni telefon. Odbiera jedna ze współlokatorek i woła: „To do Lucie”. W przeciwieństwie do Louise, która dostała własną komórkę od jednego z klientów, Lucie musi korzystać z płatnego telefonu stacjonarnego używanego wspólnie przez wszystkich mieszkańców syfialni. Niezgrabny różowy plastikowy aparat znajduje się w kuchni, przyjmuje monety o nominale 10 jenów, a prowadzone przez niego rozmowy może usłyszeć każdy, kto akurat przebywa na parterze. Lucie nie będzie jednak musiała znosić tej niewygodnej sytuacji w nieskończoność. Za kilka godzin będzie miała własny telefon komórkowy.

Louise zdążyła już wstać i siedzi we wspólnym salonie, gdy przyjaciółka przeprowadza krótką rozmowę. To on, oznajmia Lucie po odwieszeniu różowej słuchawki: przełożył spotkanie o godzinę, zobaczą się o trzeciej; ma zadzwonić jeszcze raz, a potem spotkają się na dworcu. Zamierzają zjeść późny lunch, ale Lucie zdoła wrócić na ósmą – umówiła się z Louise i z jeszcze jedną dziewczyną z klubu, że pójdą wieczorem potańczyć. Zdejmuje szlafrok i kompletuje strój: czarna sukienka, srebrny naszyjnik z kryształowym wisiorem w kształcie serca oraz zegarek od Armaniego. Bierze czarną torebkę, w środku leżą okulary przeciwsłoneczne. Mija godzina trzecia. Dwadzieścia po trzeciej ponownie dzwoni różowy telefon i głos w słuchawce prosi o rozmowę z Lucie; jest w drodze, będzie na dworcu za dziesięć minut.

Wrony łopoczą skrzydłami i skrzeczą, gdy Lucie wychodzi na dwór i przeżywa niewielki wstrząs, którego codziennie doznają wszyscy cudzoziemcy ponownie wkraczający w tokijską rzeczywistość. Nagle uzmysławia sobie rzecz oczywistą, przyprawiającą o szybsze bicie serca: a jednak jestem tu, w Japonii. Każdego ranka zaskakuje ją na nowo świadomość, jak ogromna to różnica. Może chodzi o zupełnie inny kąt padania światła albo brzmienie dźwięków wypełniających letnie powietrze? A może o sposób bycia ludzi na ulicach, w samochodach i w pociągach – ludzi starających się nie rzucać w oczy, ale wydających się wytrwale dążyć do celu; uporządkowanych, uprzejmych, pełnych rezerwy, a zarazem skupionych, jak gdyby koncentrowali się na wypełnianiu tajnych rozkazów?
Nawet tych, którzy mieszkają tu lata, dziesiątki lat, nigdy nie opuszcza do końca to radosne podniecenie, ten specyficzny dreszcz emocji towarzyszący obcokrajowcowi w Japonii.


Syfialnia – oficjalnie znana pod nazwą Sasaki House – to brudny, pokryty tynkiem budynek na samym końcu ślepej uliczki. Po wyjściu z domu Lucie skręca w lewo, mija kolejne okurzone bloki mieszkalne, plac zabaw z drewnianymi drabinkami, staroświecką restaurację serwującą omlety ryżowe i curry. Nieco dalej znajduje się perła okolicznej ponurej architektury – utrzymany w modernistycznym duchu gładki, betonowy budynek klasycznego teatru nō okolony wypielęgnowanym żywopłotem i skalnym ogródkiem.
Lucie skręca w prawo i otoczenie ulega nagłej przemianie. Okolica przypominająca nędzną, podmiejską dzielnicę po niecałych pięciu minutach spaceru przeistacza się w główną ulicę wielkiego miasta, nad którą przebiega poprowadzona estakadą autostrada i linia kolejowa. Lucie zmierza w stronę oddalonego o niecałe pół kilometra dworca Sendagaya, węzła komunikacyjnego, w którym przecinają się trasy autobusów, metra i pociągów podmiejskich. W sobotnie popołudnie panuje tu ogromny ruch i zgiełk, ludzie poubierani w bluzki z krótkimi rękawami i letnie sukienki wpadają i wypadają z budynku dworca oraz z hali olimpijskiej położonej na drugim końcu ulicy. Właśnie tam, przed komisariatem policji, na Lucie czeka on. Jego samochód stoi zaparkowany w pobliżu.

Trochę wcześniej niż Lucie z domu wychodzi Louise, która ma do załatwienia swoje sprawy: wymienić parę butów kupionych w Shibui, wielkiej dzielnicy handlowej w południowozachodnim Tokio. Jedzie pociągiem na dworzec Shibuya, gdzie każdego dnia dziewięć linii komunikacji miejskiej obsługuje dwa i pół miliona pasażerów, i szybko się gubi. Błądzi po zatłoczonych ulicach, mijając rzędy sklepów i restauracji, których różnorodna oferta przyprawia o zawrót głowy i które pomimo to wydają się tak do siebie podobne, że nie sposób ich odróżnić. Marnuje dużo czasu, zanim udaje jej się znaleźć odpowiedni sklep, następnie zaś znużona wraca na dworzec.
Tuż po piątej dzwoni jej komórka. Na wyświetlaczu pojawia się komunikat: numer nieznany. W aparacie odzywa się jednak głos Lucie, która choć powinna wracać już do domu, żeby przyszykować się do wieczoru, dzwoni z jadącego samochodu. Jest w drodze „nad morze”, mówi, gdzie zje z nim lunch (mimo że zrobiło się o wiele za późno na tego typu posiłek). Nie trzeba jednak zmieniać planów na wieczór, zapewnia przyjaciółkę: wróci do domu na czas, a za godzinę lub dwie jeszcze raz zadzwoni, żeby powiedzieć, o jakiej dokładnie porze się zjawi. Wydaje się wesoła i radosna, choć trochę skrępowana – jak ktoś, kto rozmawia, wiedząc, że jego słowa może usłyszeć osoba trzecia. Dzwoni z jego komórki, wyjaśnia przyjaciółce, dlatego musi kończyć.
Później Louise powie, że zdziwił ją ten rozwój wydarzeń, ponieważ nie było to podobne do Lucie, aby wsiąść z mężczyzną do samochodu i wyjechać z nim gdzieś za Tokio. Jednak bardzo charakterystyczne było to, że zadzwoniła. Lucie i Louise znają się od dzieciństwa i wiąże je serdeczna przyjaźń, przejawiająca się między innymi tym, że dzwonią do siebie bez okazji, nawet wtedy gdy nie mają zbyt wiele do powiedzenia, aby potwierdzić i umocnić łączące je bliskość i zaufanie.

Tego popołudnia panuje nieznośny upał i duchota. Louise idzie do ulubionego sklepu obu przyjaciółek, domu towarowego Laforet, gdzie kupuje błyszczące naklejki i brokat, którymi mogłyby ozdobić twarze przed wieczornym wyjściem na tańce. Słońce się zniża, nadchodzi wieczór spowijający mrokiem zaniedbane domy i rozświetlający całą dzielnicę neonami restauracji, barów i klubów, miejsc pełnych obietnic i przyjemności.

Mijają dwie godziny.

Sześć po siódmej, kiedy Loiuse jest już w domu, ponownie dzwoni jej komórka. To Lucie, tryskająca humorem i rozemocjonowana. On jest naprawdę bardzo miły, opowiada. Dotrzymał słowa i dał jej nowy telefon komórkowy, a do tego butelkę szampana Dom Perignon, którą ona i Louise wypiją razem później. Lucie nie mówi, gdzie dokładnie się znajduje, a Louise nie przychodzi do głowy, żeby o to zapytać. Lucie wspomina tylko, że wróci za godzinę.
Siedemnaście po siódmej Lucie dzwoni na komórkę swojego chłopaka Scotta Frasera, który nie odbiera. Gdy włącza się automatyczna sekretarka, Lucie nagrywa krótką, ale radosną wiadomość, obiecując spotkać się ze Scottem następnego dnia.

Potem Lucie znika.

W Tokio zaczyna się sobotni wieczór, ale nie będzie wyjścia na miasto z przyjaciółką ani randki ze Scottem. Tak naprawdę nie będzie już w ogóle nic. Wiadomość przechowywana w cyfrowym banku danych operatora sieci komórkowej, z którego zostanie automatycznie usunięta po kilku dniach, jest ostatnim śladem życia Lucie (...)

***

Tokio – miasto mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet.
Tokio, jakiego nie znacie – niezrozumiałe zwyczaje, męska przemoc i białe gejsze.
Odwiedzić Tokio, najbardziej intrygujące miasto świata, to marzenie wielu z nas. Dwudziestojednoletnia Lucie także pragnęła takiej przygody. Japonia, o której niewiele wiedziała, wydawała się wspaniałym miejscem do życia, a praca hostessy – łatwa i przynosząca duże pieniądze.
Pewnego dnia Lucie znika, a tajemniczy głos w słuchawce twierdzi, że wstąpiła do sekty. Jednak jej przyjaciele i rodzina nie mogą w to uwierzyć. 
Co tak naprawdę wydarzyło się w najbezpieczniejszej metropolii świata?
„Ludzie, którzy jedzą ciemność” to hipnotyzujący reportaż napisany przez wieloletniego korespondenta londyńskiego „Timesa” w Japonii. Tokio z jego książki to miasto, które pochłania, jest trudne do zrozumienia dla Europejczyków i ukrywa przed nimi swoje bardzo mroczne strony. Razem z autorem poznajemy nocne życie tokijskiej dzielnicy czerwonych lampionów – Roppongi, w której białe dziewczyny zabawiają japońskich biznesmenów, a do klubów naganiają klientów Nigeryjczycy. 
Są narkotyki, jest seks, jest zbrodnia.



FILM DOKUMENTALNY /KLIKNIJ ZDJĘCIE/






Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger