"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obcy. Pokaż wszystkie posty
Pętla Jozef Karika

Pętla Jozef Karika

"Jeśli się boisz, Zabiję cię."

Koszmar z ulicy Wiązów w wydaniu Kariki?

Prawie.

Co byście zrobili, gdybyście nie wiedzieli, czy jesteście we śnie, czy na jawie? 

Czyste szaleństwo.


Pętla.

Pętla snu.

"Pętla nie ma początku ani końca."

Niekończący się sen, z którego nie możemy się obudzić i kiedy za każdym razem wydaje nam się, że w końcu nam się udało... Okazuje się że to kolejny sen.

Lekki koszmarek prawda?

Co zrobiłbyście, żeby się tego pozbyć? Przekazalibyście magiczną sztafetę szczęścia komuś innemu, żeby tylko zaoszczędzić na czasie i odwlec kolejny sen?

"Obcy atakuje tego, to spojrzy w kalejdoskop jako ostatni."

Kilka historii, kilka narracji, które pozornie są niepowiązane ze sobą, ale łączy je jedno.

Kalejdoskop - luneta pokryta magicznym pismem, która znajduje ciebie, nigdy odwrotnie. 

Stworzony przez Obcego.

Aparat Campbella - nośnik prosto z piekła. Kiedy zajrzysz do kalejdoskopu, a potem zaśniesz, czeka cię paraliż senny.

On wywołuje cały łańcuch zdarzeń. Pętlę, która powoli się zaciska. Żywy sen w kolejnym śnie, i kolejnym, w kółko.

Paradoks i Paranoja. Czy da się z niej wyrwać? A jeśli tak to jakim kosztem?

ZAZAS ZAZAS NASATANADA ZAZAS

Kolejna innowacyjna pozycja, która naprawdę daje radę jeśli chodzi o twórczość tego autora. Chociaż i tak nadal Szczelina jest na pierwszym miejscu u mnie.


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Romantyczny wyjazd, zaręczyny, wspólne plany... Anna i Ryszard przeżywają najpiękniejsze chwile swojego życia. Jednak za jedną chwilę nieuwagi przyjdzie im zapłacić wysoką cenę.

Eryk pracuje w hotelu. Męczące nocki, fatalne warunki mieszkaniowe. Zamierza rzucić tę pracę, lecz pewnego wieczoru niespodziewanie uśmiecha się do niego szczęście.

Doug to porządny chłopak, choć nieraz zawiódł ojca i siebie. Lubi historię, ale czy historia lubi jego?

Jozef Karika, mistrz środkowoeuropejskiej grozy, zaskakuje nową formą i wrażliwością, jednak wciąż skutecznie przeraża i zmusza do refleksji. Przygląda się ludzkiemu umysłowi, upatrując w nim naszego sprzymierzeńca, a jednocześnie największego wroga.

Jeśli pokochaliście Szczelinę, Pętla z pewnością mocno się na was zaciśnie.

Objawicielka Daryl Gregory

Objawicielka Daryl Gregory

"Oto, co obiecano dzieciom w dniu, gdy Bóg stanie w świetle: będziecie mieć jedno ciało, wiecznie rozkwitające."


Już ta PRZEPIĘKNA okładka zapowiadała niezwyły środeczek.

Klimat wymiata, to jest na pewno na pierwszym miejscu i sprawia, że nie można odłożyć tej surowej, a jednak wzruszajacej historii aż do jej końca.

Co mogę napisać?

Biorąc pod uwagę WSZYSTKO, łącznie z wyjaśnieniem i zakończeniem, jedno słowo mi się nasuwa.

Szokująca. 

Odsłaniająca ludzką naiwność i pychę. Wszystko istnieje dzieki nam i dla nas... Gatunek ludzki jest taki durny, przekonany o własnej nieomylności i wszechwiedzy... 🙈🙉🙊👽

A tymczasam - jak dzieci we mgle.


Objawicielka - przekleństwo czy błogosławieństwo?

No właśnie.

Czy przepowiednia z cytatu powyżej spełniła się?

...

Kwestia interpretacji. Ludzkiej lub boskiej.


Napisana świetnie, nieodkładalnie, narracja wtedy- teraz (moja ulubiona), postaci mega wyraziste, bardzo żywe. Wyobraźnia odpala się w 200%.

Mam nadzieję, że doczeka się toto cudo ekranizacji.


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT! 

TU

***

W 1933 roki dziewięcioletnia Stella zostaje oddana pod opiekę swojej babci, Motty, na głębokiej prowincji w Tennessee. Tamtejsze góry skrywają groźne tajemnice, a dziewczynka wkrótce po przybyciu trafia do ciemnej jaskini, w której mieszka osobisty bóg jej rodziny, istota zwana Duchojcem.

Wiele lat później, po tragicznym wypadku, który zmusił ją do ucieczki, Stella – teraz już zawodowa gorzelniczka – powraca, by wziąć udział w pogrzebie babci i zobaczyć się z tajemniczą dziesięcioletnią Sunny, którą Motty adoptowała. Sunny robi niewinne wrażenie, ale w istocie jest potężniejsza niż Stella może sobie wyobrażać, i stanowi bezpośredni łącznik z zapomnianą przeszłością Stelli oraz niszczycielską wiarą jej rodziny.


AUTOR

Pasożyty umysłu Colin Wilson

Pasożyty umysłu Colin Wilson

"Od wielu miesięcy przekonany jestem, że gatunek ludzki zaatakowany został przez szczególny rodzaj nowotwora umysłu."


Staroć z lat 60., wynaleziony, bo wspomniany w antologii Motyle zła, dostępny już chyba tylko w antykwariatach, na bank na Allegro i w bibliotekach.

Opinie są różne.

Moja nie będzie entuzjastyczna.

Oprócz całego creepy pomysłu o obcych, rodem z powieści Lovecrafta, żerujących i sterujących naszymi umysłami, reszta była bardzo ciężka do przebrnięcia, ponieważ autor odjechał w swoich rozważaniach filozoficzno - kosmitologiczno (nie wiem, czy jest takie słowo...)- egzystencjalno-metafizycznych, obleczonych w dość dobrą otoczkę sci-fi, lovecraftowych opowieści i teorii spiskowych.

Chyba tylko miłośnik klimatów doceni to dzieło, ale nie ukrywam, że jest to unikat, jeśli chodzi o treść. 

"Byłem otoczony złymi, obcymi umysłami. Byłem jak nurek na dnie morza; tak zaabsorbowany poszukiwaniem skarbu w zatopionym okręcie, że nie będący w stanie zauważyć zimnych oczu ośmiornicy, wyczekującej za jego plecami."


MOJA OCENA: 5/10


KUP!

TU

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Nota wstępna

 

Faktem oczywistym i nie wymagającym żadnych uzasadnień jest, że III wolumin Cambridge History of the Nuclear Agę poświęcamy w całości nowemu wydaniu dokumentu, znanego pod nazwą Pasożyty umysłu autorstwa prof. Gilberta Austina.

Pasożyty umysłu to oczywiście dokument będący kompilacją wielu materiałów: pism, nagrań czy stenogramów rozmów z prof. Austinem. Wydanie pierwsze, obejmujące ledwie połowę obecnie prezentowanego materiału, ukazało się krótko po tym, jak prof. Austin zniknął w 2007 roku, ale jeszcze przed odnalezieniem przez kapitana Ramsaya “Pallas". W skład wydania wchodziły głównie notatki czynione na prośbę pułkownika Spencera i nagrania skatalogowane pod numerem 12xm w Bibliotece Uniwersytetu Londyńskiego. Wydanie późniejsze, które ukazało się w 2012 roku, zawierało stenogram rozmowy przeprowadzonej przez Leslie Purvison 14 stycznia 2004 roku. Pomiędzy tymi materiałami umieszczono inny artykuł, wybrany spośród dwóch napisanych przez prof. Austina dla Historical Review, oraz jego przedmowy do Refleksji Historycznych autorstwa Karela Weissmana.

Wydanie niniejsze zachowuje w całości stary tekst i jest poszerzone dodatkowo o materiały zupełnie nowe, pochodzące z tak zwanych Martinus File, będących przez wiele lat w posiadaniu Sylvii Austin i znajdujących się, obecnie w Światowym Archiwum Historycznym. Wydawca wyjaśnia za pomocą odnośników, z jakich źródeł pochodzą odpowiednie partie materiału, a także korzysta z dotąd nie opublikowanych Notatek Autobiograficznych, napisanych przez prof. Austina w 2001 roku.

Żadne wydanie Pasożytów umysłu nie stanowi wersji ostatecznej. Staraliśmy się tak zredagować materiał, aby zachować ciągłość narracji. W kilku miejscach, gdzie, jak sądziliśmy, było to szczególnie uzasadnione omawianą treścią, włączono materiały z prac filozoficznych prof. Austina oraz jeden krótki rozdział ze wstępu do Homage to Edmund Husserl, wydanym przez Austina i Reicha. Opowieść, która się z tego wyłoni, zdaje się potwierdzać, według opinii wydawców, poglądy przedstawione przez nich w New Light on the Pallas My stery. Należy jednak podkreślić z naciskiem, że nie to było ich celem. Usiłowali oni objąć całość związanych z tą sprawą materiałów wierząc, że zasadność tego ujęcia zostanie w pełni potwierdzona, gdy Northwestern University zakończy pracę nad edycją Complete Papers of Gilbert Austin.

H.S. W.P.

St. Henry's College, Combridge, 2014 rok.


Niniejszy tekst jest zapisem nagrania, którego
dr Austin dokonał na parę miesięcy przed zniknięciem.
Został on opublikowany przez H.F. Spencera.
 
Historia o tak wielkim zasięgu jak ta nie zaczyna się w jakimś konkretnym punkcie; nie potrafię też zadośćuczynić prośbie pułkownika Spencera, aby “zacząć wszystko od początku i następnie dojść aż do końca", jako że historia ta ma w zwyczaju tworzyć meandry. Być może najlepszym rozwiązaniem będzie, jeśli opowiem po prostu historię mojej bitwy z pasożytami umysłu, a całą resztę pozostawię historykom.
Tak więc, moja opowieść rozpoczyna się 20 grudnia 1994 roku. Wówczas to wróciłem do domu z zebrania Middlesex Archaeological Society, na którym wygłosiłem wykład o starożytnych cywilizacjach zamieszkujących obszary Azji Mniejszej. Był to niezwykle stymulujący i ożywczy wieczór; trudno o większą satysfakcję niż ta, która płynie z głoszenia spraw bliskich sercu przed uważnymi słuchaczami. Powinienem do tego jeszcze dodać, że do kolacji po wykładzie podano znakomite czerwone wino rocznik 1980 - by stało się całkiem jasne, że kiedy wkładałem klucz w drzwi mego mieszkania w Covent Garden, byłem w radosnym i pełnym optymizmu nastroju.
Gdy wchodziłem, zadzwonił videotelefon, ale ucichł, nim zdołałem do niego dobiec. Rzuciłem okiem na odtwarzacz, pokazywał numer abonenta z Hampstead; był to numer Karela Weissmana. Była za piętnaście dwunasta i chciało mi się spać, postanowiłem więc oddzwonić rano. Rozbierając się, czułem się jednak jakoś nieswojo. Byliśmy przyjaciółmi od dawna i wiedziałem, że często dzwonił do mnie późną nocą prosząc, bym mu coś tam sprawdził w British Museum (gdzie spędzałem większą część czasu przed południem). Tym razem jednak coś trudnego do uchwycenia nie dawało mi spokoju; już w szlafroku podszedłem do videotelefonu i nacisnąłem jego numer. Długo nie było odpowiedzi. Już zamierzałem odłożyć słuchawkę, gdy na ekranie pojawiła się twarz jego sekretarza.
- Słyszał pan już? - zapytał.
- O czym?
- Doktor Weissman nie żyje.
Wiadomość ta tak mną wstrząsnęła, że musiałem usiąść. W końcu zdecydowałem się zapytać:
- Skąd mogłem o tym wiedzieć?
- Wieczorne gazety zamieściły wiadomość.
Odpowiedziałem mu, że dopiero co wróciłem do domu.
- Ach tak - odparł. - Próbowałem się do Pana dodzwonić przez cały wieczór. Czy mógłby Pan zaraz tu przyjechać?
- Ale dlaczego? W czym mógłbym pomóc? Czy pani Weissman czuje się dobrze?
- Jest w szoku.
- Jaką miał śmierć?
Baumgart udzielił mi odpowiedzi nie zmieniając wyrazu twarzy:
- Popełnił samobójstwo.
Pamiętam, że dłuższy czas gapiłem się na niego, nie wypowiadając żadnego słowa i dopiero później krzyknąłem:
- O czym, do diabła, pan mówi? To jest niemożliwe.
- Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Proszę, niech Pan przyjedzie jak najszybciej.
Zaczął się rozłączać, więc wrzasnąłem:
- Czy chce pan, bym oszalał? Co się stało?
- Otruł się. Nic więcej nie potrafię Panu powiedzieć. Ale w liście, jaki zostawił, prosi, abyśmy się jak najszybciej z panem skontaktowali. Tak więc proszę przyjechać. Wszyscy jesteśmy bardzo zmęczeni.
Zamówiłem aerotaxi, a następnie w stanie jakiegoś odrętwienia zacząłem się ubierać, powtarzając w kółko, że to niemożliwe. Znałem Karela Weissmana od trzydziestu lat, od czasu kiedy wspólnie studiowaliśmy w Uppsali. Był to pod każdym względem człowiek niezwykły: wybitnie inteligentny, wrażliwy, cierpliwy, a nade wszystko posiadający ogromną wewnętrzną energię. Nie, to było niemożliwe. Tacy ludzie jak on nigdy nie popełniają samobójstw. Oczywiście wiedziałem, że przez ostatnie pół wieku liczba samobójstw wzrosła pięćdziesięciokrotnie i że czasami samobójstwa dokonują osoby, o których sądzimy, że nigdy by tego nie uczynili. Ale wiadomość, że Karel Weissman popełnił samobójstwo znaczyła dla mnie tyle, co twierdzenie, że dwa plus dwa równa się pięć. Nic nie zapowiadało, by targnął się na swoje życie. Pod każdym względem był jedną z najmniej neurotycznych i jednocześnie najbardziej zintegrowanych osób, jakie poznałem.
Zastanawiałem się, czy to nie było morderstwo. Czy przypadkiem nie był to zamach którejś z grup terrorystycznych Central Asiatic Powers? Słyszałem już o sprawach nawet dziwniejszych. Wiedza o terrorze politycznym stała się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych solidną nauką, a śmierć Hammelmanna i Fullera nauczyły nas, że nawet naukowcy, otoczeni specjalną opieką, nie mogą się czuć w pełni bezpieczni. Ale Karel był przecież psychologiem i, o ile wiem, nie miał żadnych powiązań z projektami realizowanymi na zamówienia rządowe. Głównym źródłem jego dochodów było potężne towarzystwo przemysłowe, które płaciło mu za opracowywanie metod leczenia nerwic dynamicznych oraz, ogólnie rzecz biorąc, za zwiększanie efektywności funkcjonowania zawodowego pracowników.
Baumgart czekał już na mnie, kiedy taksówka lądowała na dachu. Gdy tylko zostaliśmy sami, zapytałem:
- Czy to nie mogło być morderstwo?
Odparł: - Nie można tego wykluczyć, ale nie ma też podstaw, aby tak sądzić. O trzeciej po południu i profesor udał się do swego pokoju, by pisać; powiedział, że nie chce, aby mu przeszkadzano. Okno w jego pokoju było zamknięte, a ja sam siedziałem w holu przy biurku przez następne dwie godziny. O piątej jego żona przyniosła herbatę i... znalazła go martwego. Zostawił własnoręcznie napisany list, a truciznę popił wodą z toalety.
Pół godziny później byłem już przekonany, że mój przyjaciel rzeczywiście popełnił samobójstwo. Jedyną możliwością przeczącą tej hipotezie mogło być założenie, że to Baumgart go zabił - w to jednak nie wierzyłem. Baumgart był po szwajcarsku opanowany i beznamiętny, ale czułem, że był głęboko wstrząśnięty, wręcz na granicy nerwowego załamania. Żaden człowiek nie byłby w stanie tak dobrze odegrać tego, co on przeżywał. Poza tym był jeszcze ten, własnoręcznie napisany przez Karela, list. Od czasu jak Pomercy wynalazł Elektroniczne Urządzenie Porównawcze, fałszerstwa dokumentów stały się najrzadszym z przestępstw.
O drugiej nad ranem opuściłem ten pełen smutku dom, nie rozmawiając z nikim oprócz Baumgarta. Nie widziałem mego zmarłego przyjaciela; zresztą nie chciałem tego wiedząc, że twarz człowieka umierającego po zażyciu cyjanku wygląda strasznie. Tabletki, których użył, pochodziły od neurotycznego pacjenta i mogły być zabrane przez Karela jedynie tego samego dnia, rano.
List sam w sobie był dziwny. Nie zawierał ani słowa żalu z powodu podjęcia próby samobójstwa. Mimo iż pismo było chwiejne, to jednak słownictwo jakiego używał, było bardzo precyzyjne. Rozdysponował swój majątek, określił, co przekazuje synowi, a co żonie. Prosił o to, aby jak najszybciej zawiadomić o jego śmierci mnie, jako osobę sprawującą pieczę nad jego pracami naukowymi. Podał sumę pieniędzy, jaka miała zostać mi wypłacona oraz kolejną sumę, która miałaby być w razie potrzeby użyta po to, aby je opublikować. Widziałem fotokopię listu - oryginał miała policja - i byłem absolutnie przekonany, że to był jego list. Elektroniczna analiza potwierdziła to przekonanie następnego dnia.
Tak, list był w najwyższym stopniu dziwny. Długi na trzy strony, pisany z rzucającym się w oczy spokojem. Dlaczego jednak nalegał, aby natychmiast skontaktować się ze mną? Czyżby pozostawione prace zawierały jakiś klucz? Taką możliwość rozpatrywał już Baumgart, który spędził cały wieczór, dokładnie je przeglądając. Nie znalazł w nich jednak nic, co mogłoby wyjaśnić uporczywe żądanie Karela, aby się spieszyć. Duża część materiału dotyczyła Anglo-Indian Computers Corporation, jego pracodawcy. Dokumenty te, oczywiście, miały być udostępnione innym pracownikom badawczym firmy. Pozostały materiał stanowiły rozmaite prace dotyczące psychologii egzystencjalnej, transakcjonizmu Masłowa - jak i inne rozprawy; prace ukończone przez niego oraz książka, omawiająca zastosowanie środków psychodelicznych.
W ostatniej z wymienionych prac znalazłem, jak mi się wydało, klucz, którego tak poszukiwałem. Gdy Karel i ja studiowaliśmy w Uppsali, spędziliśmy dużo czasu na dyskusjach dotyczących takich problemów, jak: znaczenie śmierci, granice ludzkiej świadomości i tym podobnych. Pisałem wówczas pracę dotyczącą Egipskiej Księgi Zmarłych, której dosłowny tytuł brzmi Ru nu pert em hru i oznacza: Księga podążania naprzód za dnia. Uwaga moja skupiała się przede wszystkim na symbolice owej “ciemnej nocy duszy", na niebezpieczeństwach, które napotyka pozbawiony ciała duch w swej długiej jak noc podróży do Amentet. Karel nalegał, bym dodatkowo przestudiował jeszcze Tybetańską Księgę Umarłych - stanowiącą zupełnie inne zagadnienie - i porównał obydwie. Tymczasem, co wie każdy, kto się z tymi dziełami zetknął, Tybetańska Księga jest dokumentem buddyjskim, a zawarty w niej system religijny nie wykazuje żadnych podobieństw do religii Starożytnego Egiptu. Wydawało mi się, że takie porównanie będzie tylko stratą czasu, rodzajem bezsensownej, pedantycznej wprawki. Karelowi udało się jednak w końcu rozbudzić we mnie pewne zainteresowanie samą Tybetańską Księgą Umarłych i w konsekwencji spędziliśmy wiele długich wieczorów, dyskutując na ten temat. Środki psychodeliczne były w owym czasie prawie nieosiągalne, gdyż książka Aldousa Huxley'a, poświęcona meskalinie, wprowadziła na nie wśród nałogowców swoistą modę. Odkryliśmy jednak pewien artykuł, autorstwa Renę Daumala, opisujący jak podobne eksperymenty wykonywał on za pomocą eteru. Daumal nasączał chustkę do nosa eterem i przykładał ją następnie do nosa. Kiedy tracił świadomość, upadająca ręka powodowała szybkie ocknięcie się. Daumal próbował opisać swe doznania wywołane eterem i opis ten wywarł na nas bardzo silne wrażenie. Jego zasadniczy wniosek był zbieżny z opisami pozostawionymi przez wielu mistyków. Mimo że autor był “nieprzytomny" na skutek działania eteru, miał poczucie, że to co przeżywał, było daleko bardziej realne, niż codzienne doświadczenie świata. Obydwaj, Karel i ja - bez względu na różnice w zapatrywaniach na wiele innych kwestii - zgadzaliśmy się co do jednego: codzienne życie ma w sobie element nierealności. Doskonale wówczas rozumieliśmy słowa Chuang Tzu, który pewnego razu śnił, że jest motylem i doznawał świata tak jak motyl, a gdy się obudził nie był pewien, czy to Chuang Tzu śniło się, że jest motylem, czy to motyl śnił, że jest Chuang Tzu.
Chyba przez miesiąc, mniej więcej, Karel Weissman i ja próbowaliśmy “eksperymentować ze świadomością". Podczas ferii świątecznych przeprowadzaliśmy doświadczenie polegające na tym, aby nie spać przez trzy dni, pijąc tylko czarną kawę i paląc cygara. Rezultatem, oczywiście, była niezwykła intensywność percepcji intelektualnej. Pamiętam, że powiedziałem wówczas:
- Gdybym mógł tak żyć przez cały czas, to poezja stałaby się bezwartościowa, potrafię bowiem widzieć głębiej niż jakikolwiek poeta.
Próbowaliśmy także eteru i czterochlorku węgla. Jeśli o mnie chodzi, te doznania były znacznie mniej interesujące. Oczywiście, doświadczałem niezwykle intensywnego wglądu - jaki czasami osiągamy w momencie zasypiana - ale były to przeżycia krótkotrwałe i ulotne. Użycie eteru powodowało wielodniowy ból głowy, tak więc po dwóch eksperymentach, postanowiłem dać sobie z tym spokój. Karel utrzymywał, że jego własne doznania były, poza pewnymi różnicami, zbieżne z doznaniami Daumala. Wydaje mi się, że pamiętam, jak sformułował teorię uporządkowania szeregu kropek, którą uznał za nadzwyczaj istotną. Ale i on w końcu stwierdził, że fizyczne efekty uboczne są zbyt silne i zaprzestał eksperymentowania. Później, kiedy został psychologiem eksperymentalnym, mógł otrzymywać na zamówienie meskalinę i lizergid. Wielokrotnie namawiał mnie, bym spróbował. W tym czasie jednak miałem inne zainteresowania i odmówiłem. Chciałbym obecnie opowiedzieć coś więcej o tych “innych zainteresowaniach".
 
Ten przydługi wtręt był konieczny, by wyjaśnić, dlaczego byłem przekonany, że pojąłem ostatnią próbę mego przyjaciela. Jestem archeologiem, nie psychologiem. Ale byłem jego starym przyjacielem i kiedyś razem z nim interesowałem się problemami ludzkiej świadomości. Zapewne, podczas ostatnich chwil swojego życia, powrócił do naszych długich nocnych rozmów w Uppsali. Czy myślał o beczkach piwa, które wypijaliśmy w maleńkiej restauracyjce nad rzeką, czy może o butelkach wódki, które pijaliśmy w moim pokoju do drugiej nad ranem? Coś w tym wszystkim niepokoiło mnie: jakiś ulotny, niepojęty lęk; coś, co przywodziło mi na myśl uczucie, które zmusiło mnie, bym zadzwonił o północy do domu Karela w Hampstead. Ale tym razem nie mogłem zrobić nic, by je - rozładować, tak więc jedyne co mi zostało - to spróbować o tym zapomnieć.
W czasie pogrzebu mojego przyjaciela przebywałem na Hybrydach - zostałem tam wezwany, by zbadać znakomicie zachowane neolityczne szczątki w Harris - a gdy wróciłem, spostrzegłem na półpiętrze przed swoim mieszkaniem kilka skrzyń z posegregowanymi materiałami Weissmana. Głowę miałem pełną myśli o człowieku neolitycznym, więc gdy sięgnąłem do pierwszej i wyciągnąłem brulion zatytułowany Spostrzeganie kolorów u zwierząt poddanych deprywacji emocjonalnej, czym prędzej zamknąłem go. Wszedłem do mieszkania i otworzyłem “Archeological Journal", w którym natrafiłem na artykuł Reicha omawiający zastosowanie elektronicznego datowania bazaltowych figurek ze świątyni Bogazkóy. Byłem niezwykle podekscytowany, zadzwoniłem do Spencera z British Museum i popędziłem na spotkanie z nim. Przez następne czterdzieści osiem godzin wszystko co robiłem, wiązało się z figurkami ze świątyni i cechami pozwalającymi odróżnić rzeźby hetyckie od innych.
To, oczywiście, uratowało mi życie. Nie wątpię, że Tsathogguany oczekiwały mego powrotu i obserwowały to, co robię. Na całe szczęście umysł mój był wypełniony archeologią. Łagodnie szybował po bezkresnych przestworzach przeszłości, kołysany prądami historii. Psychologia napawała go wstrętem. Gdybym ochoczo przestudiował materiały mego przyjaciela w poszukiwaniu przyczyn jego samobójstwa, mój własny umysł zostałby przez nie zaatakowany, a następnie, w przeciągu paru godzin, zniszczony.
Nawet dzisiaj drżę, gdy tylko o tym pomyślę. Byłem otoczony złymi, obcymi umysłami. Byłem jak nurek na dnie morza; tak zaabsorbowany poszukiwaniem skarbu w zatopionym okręcie, że nie będący w stanie , zauważyć zimnych oczu ośmiornicy, wyczekującej za jego plecami. Gdybym miał inny nastrój, może bym je zauważył, jak to się stało później w Karatepe. Jednakże odkrycie Reicha tak mnie zaaferowało, że zapomniałem o poczuciu obowiązku wobec zmarłego przyjaciela.
Stwierdzam, że znajdowałem się pod ciągłą obserwacją Tsathogguanów przez wiele kolejnych tygodni. W tym właśnie czasie zdałem sobie sprawę, że jeśli chcę się uporać z kłopotami wynikającymi dla mnie z krytyki Reicha, dotyczącej mego sposobu datowania znalezisk, muszę wrócić do Azji Mniejszej. I znowu: mam poczucie, że było to zrządzenie losu. Decyzja ta musiała utwierdzić Tsathogguany w przekonaniu, że nie muszą się z mojej strony niczego obawiać. Było jasne, że Karel się pomylił w swoich rachubach; nie mógł znaleźć gorszego wykonawcy swej ostatniej woli. Miałem jednak wyrzuty sumienia wobec nieżyjącego przyjaciela i w trakcie ostatnich tygodni pobytu w Anglii raz czy dwa zmusiłem się do tego, by zajrzeć do owych skrzyń. Za każdym razem czułem to samo obrzydzenie dla kwestii psychologicznych i, w konsekwencji, zamykałem je niezwłocznie. Pamiętam, że ostatnim razem, kiedy to uczyniłem, zastanawiałem 'się, czy nie byłoby prościej poprosić dozorcę, aby spalił to wszystko w piwnicznej kotłowni. Pomysł ten jednak wydał mi się skrajnie niemoralny i zaniechałem go - trochę, prawdę mówiąc, zdziwiony, że mi to w ogóle przyszło do głowy. Nie miałem wówczas pojęcia, że to nie “ja" to wymyśliłem.
Często zastanawiałem się później, na ile wybór mnie jako wykonawcy testamentu stanowił część planu mojego przyjaciela, a na ile była to desperacka decyzja podjęta w ostatniej chwili życia. Niewątpliwie niewiele na ten temat myślał, w przeciwnym bowiem wypadku one wiedziałyby o tym. Czyżby to było nagłe olśnienie, ostatni błysk intuicji jednego z najgenialniejszych umysłów XX wieku? A może zostałem wybrany jako faute de mieux? Być może poznamy odpowiedź pewnego dnia, gdy uda nam się dotrzeć do archiwów Tsathogguanów. Przywiązałem się jednak do myśli, że to był wybór intencjonalny, majstersztyk oszustwa mego przyjaciela. Jeśli bowiem podczas tej decyzji opatrzność była po jego stronie - to przez następne sześć miesięcy, kiedy myślałem o wszystkim poza pismami Weissmana, z pewnością była po mojej.
Przed wyjazdem do Turcji wydałem polecenie, by Baumgart miał w czasie mej nieobecności swobodny dostęp do mojego mieszkania. Zgodził się bowiem przeprowadzić wstępną segregację materiałów. Rozpocząłem również negocjacje z dwoma amerykańskimi wydawnictwami z zakresu psychologii, które były zainteresowane wydaniem prac Weissmana. Następnie przez parę miesięcy przestałem myśleć o psychologii, jako że kwestie związane z datowaniem bazaltowych figurek pochłonęły całą moją uwagę. Reich urządził się w laboratorium Turkish Uranium Company w Diyarbakir. Interesował się głównie - jak dotąd - datowaniem " szczątków ludzkich i zwierzęcych metodą argonową i w tym zakresie stał się największym autorytetem światowym. Kiedy przesunął swoje zainteresowania z prehistorii na czasy panowania Hetytów, znalazł się w dziedzinie stosunkowo dla siebie nowej. Człowiek istnieje od miliona lat; inwazja Hetytów na Azję Mniejszą miała miejsce około 1900 roku p.n.e. Był zachwycony moim pojawieniem się w Diyarbakir, gdyż moja książka o cywilizacji Hetytów stanowiła w tej materii podstawowy podręcznik od czasu, kiedy ukazała się w 1980 roku.
Ja z kolei uznałem, że Reich jest fascynującym człowiekiem. Jeśli chodzi o dowolny okres pomiędzy 2500 rokiem p.n.e. a końcem 1000 roku n.e., mój intelekt czuł się jak u siebie w domu. Umysł Reicha natomiast czuł się swobodnie w dowolnym okresie począwszy od ery karbońskiej. Potrafił mówić o plejstocenie - drobne miliony lat temu - jakby to była historia najnowsza. Byłem kiedyś obecny przy tym, jak badał ząb dinozaura i rzucił uwagę, że nie jest możliwe, aby pochodził on z tak wczesnego okresu jak kreda - że umieściłby go raczej w trzeciorzędzie - to jest około pięćdziesięciu milionów lat później. Byłem obecny także przy tym, jak licznik Geigera potwierdził jego tezę. W tych sprawach miał niesamowitego nosa. Ponieważ Reich będzie odgrywał istotną rolę w tej historii, powinienem powiedzieć o nim coś więcej. Podobnie jak ja, był to potężny mężczyzna, w przeciwieństwie jednak do mnie wielkość jego postury nie wynikała z przerostu tkanki tłuszczowej. Miał bary jak zapaśnik i niezwykle wysuniętą szczękę. Głos jego zawsze stanowił niespodziankę dla słuchacza, był bowiem delikatny i raczej wysoki - rezultat, jak sądzę, jakiejś infekcji w dzieciństwie.
Zasadnicza różnica pomiędzy nami wynikała jednakże z reagowania emocjonalnego na przeszłość. Reich był naukowcem pełną gębą. Dla niego cyfry jak i pomiary były wszystkim, potrafił radować się niezmiernie, gdy odczytywał kolumny cyfr stanowiących zapis wyników pomiaru licznikiem Geigera, i to ciągnących się przez dziesięć stron. Jego ulubionym twierdzeniem było, że historia powinna stać się prawdziwą nauką. Ja z kolei nigdy nie próbowałem nawet ukrywać roli, jaką w moim życiu odgrywał element romantyczny. Archeologiem zostałem dzięki niemal mistycznemu uniesieniu. Miało to miejsce na pewnej farmie, na której przebywałem; gdzie w sypialni czytałem przypadkowo znalezioną książkę o cywilizacji Niniwy, napisaną przez Layarda. Część moich ubrań schła na sznurze rozwieszonym na podwórzu, gdy nagle usłyszany grzmot sprawił, że popędziłem na zewnątrz, aby je zabrać przed deszczem. W obrębie podwórza znajdowała się sadzawka o szarej, a nawet błotnistej wodzie. Zbierając swoje ubrania myślami przebywałem gdzieś w Niniwie i - nagle spostrzegłem tę sadzawkę. Na moment zapomniałem, gdzie jestem i co robię. Sadzawka w miarę, jak się w nią wpatrywałem, traciła całą swą swojskość i poczęła stawać się czymś równie obcym, jak morza na Marsie. Stałem gapiąc się na nią, gdy pierwsze krople deszczu spadły z nieba, marszcząc jej powierzchnię. W tym momencie doznałem nieopisanego wrażenia szczęścia i olśnienia, jakiego nie znałem nigdy przedtem. Niniwa, jak i cała historia, stały się równie realne i równie obce jak ta sadzawka. Historia stała się namacalna do tego stopnia, że czułem rodzaj pogardy dla własnej egzystencji, dla siebie stojącego tam z naręczem ubrań. Przez resztę wieczoru chodziłem jak somnambulik. Od tego momentu wiedziałem, że muszę poświęcić własne życie “babraniu się w przeszłości" i próbie odtworzenia owej, doznanej wówczas, wizji rzeczywistości.
Wszystko to - jak się za chwilę okaże - ma istotny związek z moją opowieścią. Oznaczało bowiem, że mieliśmy z Reichem zupełnie odmienne postawy wobec przeszłości; stale dostarczaliśmy sobie materiału do wzajemnych nieporozumień poprzez jakieś drobne ujawnienia swych indywidualnych temperamentów. Dla Reicha nauka zawierała w sobie wszelką poezję życia, a przeszłość przypadkiem stała się polem, na którym ćwiczył swój umysł. Dla mnie natomiast nauka była służką poezji. Mój pierwszy mistrz, Sir Charles Myers, wzmocnił we mnie tę postawę, żywiąc całkowitą pogardę dla wszystkiego, co nowoczesne. Patrząc jak pracował na wykopaliskach, odnosiło się wrażenie, że dla niego nie istnieje wiek XX; był jak złoty orzeł spoglądający na historię z jakiegoś górskiego szczytu. Wobec większości ludzi żywił głęboką antypatię; kiedyś skarżył mi się, że większość ludzi jest taka “niewykończona i nędzna". To Myers sprawił, że dla mnie prawdziwy historyk był raczej poetą niż naukowcem. Powiedział on kiedyś, że rozmyślania nad indywidualnym człowiekiem doprowadziły go do myśli o samobójstwie, że nie może pogodzić się z myślą, iż jest istotą ludzką jedynie wówczas, gdy ujmowany jest w kategoriach wzlotów i upadków cywilizacji.
Podczas tych pierwszych tygodni w Diyarbakir, gdy pora deszczowa uniemożliwiała nam jakiekolwiek prace na wykopaliskach w Karatepe, prowadziliśmy wiele długich wieczornych dyskusji, podczas których Reich pił kwartami piwo, a ja najlepszą miejscową brandy. (Nawet w tej kwestii samoistnie ujawniała się różnica naszych temperamentów).
Otóż pewnego wieczoru otrzymałem list od Baumgarta. Był bardzo krótki. Pisał w nim po prostu, że odkrył pewne materiały w papierach Weissmana, które przekonały go, że pracodawca jego na jakiś czas przed popełnieniem samobójstwa oszalał; wierzył, iż jacyś “oni" świadomi są jego działań i będą próbowali go zniszczyć. Baumgart pisał, że z kontekstu jasno wynika, że słowo “oni" nie odnosi się do istot ludzkich. Z tego powodu postanowił nie kontynuować negocjacji związanych z publikacją pism psychologicznych Weissmana, a decyzję w tej sprawie pozostawić do mego powrotu.
Faktem tym byłem zarazem zaszokowany, jak i zaintrygowany. Akurat dotarliśmy z Reichem do takiego etapu naszej pracy, kiedy mogliśmy z czystym sumieniem zrobić przerwę na odpoczynek, jednocześnie gratulując sobie wzajemnie postępów w pracach; tak więc nasza rozmowa tego wieczoru dotyczyła wyłącznie “szaleństwa" Weissmana i jego samobójstwa. Podczas pierwszej części naszej dyskusji obecni byli dwaj tureccy koledzy Reicha z Izmiru. Jeden z nich w trakcie rozmowy napomknął o dziwnym fakcie wzrostu samobójstw na rolniczych obszarach Turcji w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Fakt ten mocno mnie zdziwił; o ile bowiem procent samobójstw w środowiskach miejskich w większości krajów stale wzrastał, to populacje wiejskie, jako całość, zdawały się być odporne na tę epidemię.
Skłoniło to jednego z naszych gości, doktora Omera Fu'ada, do zreferowania nam wyników badań prowadzonych przez jego wydział, a dotyczących samobójstw wśród starożytnych Egipcjan i Hetytów. Późniejsze tablice Arzawa wspominają o epidemii samobójstw za panowania króla Mursili II (1334-1306 roku p.n.e.) i podają liczby samobójców zamieszkujących Hattusa. Co dziwniejsze, papirus Menetho, odkryty w 1990 roku w klasztorze w Es Suweida, również nawiązuje do epidemii samobójstw, jakie miały miejsce w Egipcie za panowania Horemhaba i Seti I (1350-1242 rok p.n.e.). Jego przyjaciel, doktor Muchammed Darga, był gorącym zwolennikiem owego dziwacznego przykładu historycznej szarlatanerii, jakim jest Zmierzch Zachodu Spenglera i zaczął z kolei udowadniać, że takie epidemie samobójstw mogą być dokładnie przewidziane na podstawie wieku danej cywilizacji i stopnia jej zurbanizowania. Odwołał się do jakiejś odległej metafory, mówiącej o komórkach biologicznych oraz ich tendencji do dobrowolnego obumierania, kiedy ciało traci swą zdolność reagowania na stymulację środowiska.
Uderzył mnie zupełny nonsens takiego dowodzenia, gdyż cywilizacja Hetytów miała w 1950 roku p.n.e. ledwie 700 lat, podczas gdy Egipcjanie byli co najmniej dwukrotnie starsi, kiedy miały miejsce owe epidemie. A doktor Darga wygłaszał swe “fakty" w dość dogmatyczny sposób, który mnie osobiście drażnił. Zacietrzewiłem się - być może nie bez wpływu była tu wypita brandy - i zażądałem od naszych gości podania faktów oraz liczb. Odpowiedzieli wówczas, że zrobią to z przyjemnością i poddadzą je osądowi Wolfganga Reicha. A że musieli lecieć z powrotem do Izmiru, opuścili nas dość wcześnie.
Wówczas to rozpoczęliśmy z Reichem dyskusję, która utrwaliła się w mej pamięci jako prawdziwy początek historii walki przeciw pasożytom umysłu. Reich - jak zwykle jasno - inteligentnie i sprawnie podsumował argumenty za i przeciw naszym hipotezom i zgodził się, że doktor Darga nie bardzo potrafi zachować w dyskusji kanony naukowej bezstronności. Reich kontynuował:
- Rozważmy dostępne nam fakty i liczby, dotyczące naszej cywilizacji. Cóż one mówią? Choćby, dla przykładu, liczby dotyczące samobójstw. W 1960 roku stu dziesięciu ludzi na każdy milion popełniło w Anglii samobójstwo; dwa razy tyle, co sto lat wcześniej. W 1970 roku liczba ta znowu się podwoiła, a w 1980 roku wzrosła sześciokrotnie...
Reich posiadał zadziwiający umysł; wydawało się, że zgromadził w nim wszelkie dane statystyczne dotyczące całego stulecia. Zazwyczaj liczby napawały mnie obrzydzeniem - w miarę jednak, jak go słuchałem, coś się ze mną działo. Poczułem w sobie powiew chłodu, jak gdybym nagle uświadomił sobie obecność jakiejś niebezpiecznej istoty spoglądającej na mnie. Po chwili wrażenie to minęło, ale zorientowałem się, że nadal dygoczę. Reich spytał:
- Zimno? - Zaprzeczyłem głową.
Kiedy Reich przerwał na chwilę swój wywód, aby wyjrzeć przez okno na oświetloną ulicę w dole, usłyszałem siebie mówiącego:
- Kiedy wszystko zostało powiedziane, nie wiemy prawie nic o ludzkim życiu.
Na to radośnie odparł Reich:
- Wiemy wystarczająco dużo, by dać sobie z tym radę i to wszystko, czego możesz oczekiwać.
Nie mogłem jednak zapomnieć owego muśnięcia chłodu. Powiedziałem wówczas:
- W końcu cywilizacja jest rodzajem marzenia sennego. Załóżmy, że człowiek nagle z tego snu się budzi? Czy doświadczenie tego wystarczyłoby, aby popełnić samobójstwo?
Miałem na myśli Karela Weissmana, a on wiedział o tym.
- A co z tymi zwidami potworów? - odparł. Musiałem przyznać, że to nie pasowało do mojej teorii. Nie mogłem strząsnąć z siebie zimnego szronu depresji, który mnie pokrył. Co więcej, ogarnął mnie przestrach. Czułem, że. dowiedziałem się czegoś, o czym nie mogę zapomnieć - i do czego będę musiał wrócić. Czułem też, że łatwo mogę pogrążyć się w nerwowy stan panicznego strachu. Wypiłem pół butelki brandy, a mimo to czułem się przeraźliwie trzeźwy - choć beznamiętnie mogłem zauważyć, że ciało moje było nieco pijane. Nie potrafiłem się jednak z nim utożsamić. Myśl, jaka mi przyszła do głowy, była przerażająca: że mianowicie procent samobójstw wzrastał, ponieważ tysiące ludzi “budziło się" nagle z długotrwałego snu i podobnie jak ja dostrzegało absurdalność ludzkiej egzystencji i, po prostu, odmawiało kontynuowania go. Sen o historii dobiegał końca. Ludzkość właśnie zaczynała się budzić; pewnego dnia może obudzić się na dobre i popełnić masowe samobójstwo.
Myśli te były tak okropne, że kusiło mnie, aby wrócić do pokoju i tam ponownie je przetrawić. Ale zmusiłem się, wbrew swej woli, do tego, by je przedstawić Reichowi. Nie sądzę, aby mnie do końca zrozumiał; jednak zobaczył, że znajduję się w dość niebezpiecznym stanie i z pomocą niebios wypowiedział dokładnie te słowa, które były konieczne, by przywrócić memu umysłowi spokój. To, o czym zaczął mówić, dotyczyło dziwnej roli przypadku w archeologii, koincydencji zbyt dziwnej, by można było jej użyć nawet w powieści. Mówił o tym, jak George Smith wyjechał z Londynu gnany absurdalną nadzieją znalezienia glinianych tabliczek, które uzupełniłyby epos o Gilgameszu - i jak naprawdę je odnalazł. Mówił również o “nieprawdopodobnej" historii odkrycia Troi przez Schliemanna, o odnalezieniu Nimrud przez Layarda - tak jak gdyby niewidzialna nić przeznaczenia ciągnęła ich ku tym odkryciom. Musiałem przyznać, że archeologia, bardziej niż inne nauki, skłania do wiary w cuda.
Podchwycił to skrupulatnie.
- Jeśli się z tym zgodzisz, musisz też dostrzec, że popełniasz błąd sądząc, że cywilizacja jest tylko snem, czy też rodzajem nocnego koszmaru. Sen ma swą logikę dopóki trwa, ale po przebudzeniu od razu widzimy, że był jej pozbawiony. Sugerujesz, że nasze iluzje narzucają swoją logikę życiu. Dobrze, ale historie Layarda, Schliemanna, Smitha, Champolliona, Rawlinsona czy Bosserta przeczą temu stanowczo. Zdarzyły się one naprawdę. Są prawdziwymi zdarzeniami z autentycznego życia; ich istnienie przeczące wszelkiej logice powoduje, że nadają realności życiu; żaden z pisarzy nie śmiałby wymyślić bardziej...
Miał rację i musiałem się z nim zgodzić. A kiedy myślałem o dziwnym przeznaczeniu wiodącym Schliemanna do Troi czy Layarda do Nimrud, przypomniałem sobie podobne zdarzenia z mojego życia - na przykład moje pierwsze “ważniejsze" znalezisko; tabliczkę, zawierającą paralelne teksty w języku fenickim, protohetyckim i arkadyjskim, znalezioną w Kadesz. Przypominam sobie wszechogarniające mnie wówczas odczucie przeznaczenia, doświadczenie czegoś “boskiego, co nadaje kształt naszym poczynaniom" - lub przynajmniej zachodzącego zgodnie z jakimś tajemniczym prawem przypadku - i co dane mi było przeżyć, gdy zeskrobywałem ziemię z owych glinianych tabliczek. Wiedziałem bowiem, przynajmniej pół godziny wcześniej nim znalazłem owe tabliczki, że tego dnia odkryję coś bardzo ważnego, a kiedy wbijałem łopatę w przypadkowo wybrane miejsce, byłem pewien, że nie będzie to strata czasu.
W przeciągu niespełna dziesięciu minut Reich ponownie zaraził mnie rozsądkiem i optymizmem.
Nie wiedziałem wówczas, że stoczyłem oto pierwszą, zwycięską bitwę z Tsathogguanami [...]

***

Znany archeolog Gilbert Austin dowiaduje się o śmierci swego przyjaciela, doktora Karela Weissmana. Początkowo nie wierzy, że ten mógł dokonać samobójstwa, lecz po zapoznaniu się z jego listem pożegnalnym, nie ma żadnych wątpliwości. W ostatecznej nocie opisane są dziwne zjawiska, jakie towarzyszą mu podczas jego pracy. Doktor Austin postanawia znaleźć przyczynę śmierci swojego współpracownika i ustalić okoliczności, w jakich doszło do tego zdarzenia. Co prawda okrywa kilka wskazówek pozostawionych mu przez zmarłego, lecz wkrótce zostaje wydelegowany, by odkryć zakopane miasto. Podczas prac wykopaliskowych ekipa odkrywa nietypowe zjawisko. Wykopaliska spowodowały uwolnienie potężnych i niebezpiecznych sił – stworzeń, których główną bronią była penetracja umysłu ludzkiego. Pasożyty te, stykając się bezpośrednio ze źródłami mocy, zaczynają kierować wszystkimi istotami ludzkimi...

...Trudno stwierdzić, do jakiego gatunku zaliczyć tą pozycję, gdyż zawarte w niej wątki z pewnością poruszą czytelników nie tylko gustujących w literaturze fantastycznej, ale także filozofów i metafizyków. Książka ta osnuta jest niesamowitą akcją, która nie pozwala się od niej oderwać. Pochłania nas całkowicie i sprawia, że znajdujemy się w zupełnie innej rzeczywistości. A to wszystko za sprawą języka zapożyczonego z Lovecraftowskiej literatury. Colin Wilson główny motyw swej powieści zaczerpnął właśnie z mitologii Wielkich Dawnych. Zaś koncepcję oparł na psychologii analitycznej Junga, egzystencjalizmie Heideggera oraz fenomenologii Husserla. Dzięki temu możemy odnaleźć problemy dotyczące istnienia świadomości kolektywnej i archetypów, ponadczasowości oraz bytu.
Pasożyty umysłu są niejako „książką – ostrzeżeniem”, której głównym przesłaniem jest przestroga przed tym, by to, co nowoczesne i wyspecjalizowane nie zdołało zaszkodzić gatunkowi ludzkiemu.






AUTOR


Inwazja/Invasion Apple TV+ serial

Inwazja/Invasion Apple TV+ serial

Serial zapowiada potencjał, ale na razie po kilku odcinkach mogę stwierdzić, że jest to bardziej dramat i historia zamknięta w bohaterach, niż typowe sci-fi i inwazja Obcych. 

Ale zobaczymy.

Są świetne momenty, wręcz rewelacyjne (autobus szkolny, akcja w kosmosie, szeryf na polu) i mam nadzieję, że będzie ich więcej.

Na razie polecam!


MOJA OCENA:7/10

ZOBACZ TRAILER!

TU

***

 Na Ziemię docierają kosmici zagrażający ludzkości. Wydarzenia prezentowane są w czasie rzeczywistym z perspektywy pięciu zwykłych osób próbujących zrozumieć chaos, w którym pogrąża się świat.



Intruzi Michael Marshall Smith

Intruzi Michael Marshall Smith

"Zawsze tu mieszkałem.
Przed długi czas drzewa były jedyną opowieścią.
Ale potem zjawili się najeźdźcy i wyłamali drzwi, jakby nie przychodziło im do głowy, że ktoś inny już tu mieszka i nazywa to miejsce domem."

Kto nie lubi opowieści o Obcych? I to niekoniecznie tych ze space'ów. 
Obcych w nas.

Ja lubię.

Połączenie Connelly'ego i archiwum X - moje klimaty.
Powieść intrygująca, nawet pomimo tego, że trudna, ponieważ skacząca co rozdział do innego bohatera. Ale warto być cierpliwym, bo wszystkie ścieżki prowadzą do... NICH.

Groźnych. Niebezpiecznych. Bezwzględnych. Pragnących żyć.

Ponownie.

"To intruzi, nieproszeni goście, To obcy wewnątrz innych ludzi."

Jest ciągłe uczucie niepokoju. Wszystko jest na pierwszy rzut oka ok, ale jednak coś nie gra. Świetnie podsycany lęk, który prowadzi do zaskakującego zakończenia.

Psychomachia - konflikt między ciałem a duszą. Konflikt między osobą a tym, co siedzi w niej. W środku. I nie chce wyjść.

Chce zostać.

POLECAM

MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT! 

Dudnienie niosło się na pół ulicy i aż dziw, że sąsiedzi nie protestowali — lub nie robili tego częściej i bardziej zdecydowanie. Na ich miejscu na pewno by to zrobiła, zwłaszcza że muzyka była naprawdę okropna. Czuła, że powinna od razu po wejściu udać się na górę i wrzasnąć na Josha, żeby to ściszył. Podejrzewała, że obrzuciłby ją hardym spojrzeniem nastolatka, jakby nie bardzo wiedział, kim jest, kto dał jej prawo mieszać się do jego życia i co się, u diabła, stało, że zrobiła się taka nudna i stara. Ewentualnie jako w zasadzie dobre dziecko przewróciłby tylko oczami i ściszył o jedną kreskę, tyle że w ciągu pół godziny natężenie dźwięku stopniowo osiągnęłoby poziom nawet wyższy niż wcześniej.
Zwykle takie interwencje należały na Billa — chyba że siedział zamknięty w swoim warsztacie w piwnicy lub tak jak dziś nie było go w domu, ponieważ spotkał się z kolegami z wydziału. Nie miała o to do niego żalu, częściowo dlatego, że pozwoli mu to nagrać się w kręgle, a ona nie będzie musiała w tej idiotycznej rozrywce uczestniczyć, częściowo zaś dlatego, że tego typu wyjścia zdarzały mu się bardzo rzadko. Co parę tygodni szli tylko we dwójkę wieczorem do restauracji, ale ostatnio najczęściej jedli kolację w domu, po czym Bill wstawał od stołu i z wyrazem podekscytowania na twarzy i z kluczem francuskim w dłoni ruszał do piwnicy. Czasem jego majsterkowaniu towarzyszyły dziwne dźwięki — niskie buczenie, które aż rezonowało w żołądku — ale na szczęście ostatnio to ustało. Facetowi dobrze robi, kiedy od czasu do czasu może wyskoczyć z domu i powałęsać się z kolegami, nawet jeśli są to Pete Chen i Gerry Johnson, dwaj najgorsi nudziarze, jakich spotkała w całym swoim życiu. Nie umiała sobie nawet wyobrazić, jak zrelaksowani grają w kręgle lub stoją przy barze z drinkiem w ręku, a właściwie robią cokolwiek, co nie ma bezpośredniego związku z UNIX-em lub kolbą lutowniczą. Dodatkową zaletą wyjść Billa było też to, że miała wtedy trochę czasu dla siebie. Należy się to każdej, nawet najbardziej kochającej żonie. Na dziś zaplanowała dwie godziny oglądania ulubionych programów w telewizji i ani razu nie przełączy na żaden z kanałów publicystycznych. Robiąc cotygodniowe zakupy w delikatesach na Broadwayu, specjalnie z myślą o tym kupiła kilka smakowitych przekąsek.
Gina otworzyła drzwi i wkroczyła w strefę jeszcze gorszego hałasu, przez moment zastanowiła się, czyjej synowi przychodzi w ogóle do głowy, że jego solidna, bezbarwna mama też była kiedyś ostrą zawodniczką. Że zanim zakochała się w młodym wykładowcy fizyki Billu Andersonie i rozpoczęła z nim szczęśliwe życie w cieple domowego ogniska, włóczyła się po znacznie mniej szacownych przybytkach Seattle, Tacomy i okolic, słuchając głośnej muzyki, pijąc tanie piwo i budząc się rano z głową tak obolałą, jakby ktoś walił w nią obuchem. Że zapamiętale podrygiwała na koncertach Pearl Jam i Ideal Mausoleum, a nawet Nirvany w czasach, gdy były to jeszcze miejscowe, nikomu nieznane zespoły, w których grali pełni zapału i ambicji chłopcy, a nie kościste żywe trupy. I że do dziś miała w pamięci pewien wieczór, kiedy podawana z rak do rąk płynęła nad głowami tłumu i nagle zwymiotowała. Rzucono ją wtedy na głowę, ale i tak w śmierdzącej moczem i trawą toalecie zaliczyła jakiegoś faceta, którego nie widziała nigdy przedtem ani nigdy potem.To znaczy, chyba nie. Uśmiechnęła się do siebie w duchu. To tylko dowodzi, że młodzi nie zjedli wszystkich rozumów, prawda?
* * *
Ale po godzinie miała już dosyć. Dudnienie nad głową dawało się wytrzymać, dopóki zerkała na ekran jednym okiem (przez chwilę muzyka nawet trochę przycichła, co mogło znaczyć, że zabrał się do lekcji, a z czego należało się cieszyć), ale wkrótce poziom dźwięku znów poszybował w górę, a ona właśnie zabierała się do obejrzenia powtórki odcinka serialu Prezydencki poker, którego wcześniej nie widziała. Aby orientować się w nagłych zwrotach akcji i nadążać za trajkocącymi jak karabin maszynowy aktorami, potrzebne były spokój i wolna od trosk głowa. A poza tym o wpół do dziesiątej przestawało to być zabawne.
Zaczęła od wrzaśnięcia w stronę sufitu (pokój Josha mieścił się bezpośrednio nad salonem), ale nic nie wskazywało na to, żeby ją usłyszał. Westchnęła, odstawiła talerz z resztką przekąsek na stolik i zdjęła nogi z kanapy. Na schodach miała wrażenie, że musi pokonywać fizyczny opór ściany dźwięku. Podeszła do drzwi i załomotała.
Po chwili otworzyły się i stanął w nich chudy chłopak z niezwykłą fryzurą na głowie. Przez ułamek sekundy Gina niemal go nie rozpoznała. Stojąca przed nią postać nie była już chłopcem i Gina uświadomiła sobie nagle, że wraz z Billem dzielą teraz dom nie z dzieckiem, a z młodym mężczyzną.
—      Kochanie — zaczęła. — Nie chcę się wtrącać do twoich gustów, ale skoro już musisz słuchać tak głośno, może masz coś bardziej przypominającego muzykę.
—      Hę?
—      Ścisz to!
Uśmiechnął się kwaśno, cofnął w głąb pokoju i ściszył dźwięk przynajmniej o połowę, co na tyle ją ośmieliło, że weszła do środka. Zdała sobie sprawę, że od dawna nie była w tym pokoju razem z nim.
Lata temu spędzali tu z Billem całe godziny, siedząc na podłodze i z zachwytem wpatrując się w paruletniego brzdąca, który na chwiejnych nóżkach łaził po pokoju i co chwila przynosił jakiś przedmiot z triumfalnym „Ma!”. Pamiętała też, jak później otulała go w łóżeczku i czytała bajkę albo dwie, albo trzy, i jak w pierwszych latach szkoły siadywał tu na łóżku i rozwiązywał zadania z arytmetyki.
Jakiś rok temu reguły się zmieniły i od tej chwili wszystkie wizyty w jego pokoju celem zmiany pościeli czy zabrania do prania sterty brudnych T-shirtów odbywały się już pod jego nieobecność. Zresztą miała w pamięci własne doświadczenia z okresu dorastania i chcąc uszanować prywatność swego dziecka, starała się jak najmniej tu zaglądać.
Wśród porozrzucanych ciuchów, pudełek od kompaktów i co najmniej jednego komputera w częściach dojrzała ślady świadczące, że odrabiał lekcje.
—      Jak ci idzie?
Wzruszył ramionami. Wzruszanie ramionami należało do uniwersalnego języka młodzieży, co pamiętała z własnej młodości.
—      Idzie.
—      To dobrze. A czego ty właściwie słuchasz?
Josh zarumienił się, jakby matka spytała, co to za jedna ta Connie Lingus, o której wszyscy tyle mówią*.
* Connie Lingus — w amerykańskim żargonie szkolnym oznacza nauczycielkę. Męskim odpowiednikiem jest Phil Atio.
—      Stu Rezni — mruknął obojętnie. — Grał...
—      Wiem, grał na bębnach z Fallowem. Oglądałam ich w Astorii. Jeszcze zanim ją rozebrali. Był tak wykończony, że aż spadł ze stołka.
Z przyjemnością odnotowała, że brwi jej syna powędrowały w górę, ale starała się zachować kamienną twarz.
—      Kochanie, czy dałoby się utrzymać głośność na mniej więcej ludzkim poziomie? W telewizji jest program, który chcę obejrzeć. Nie mówiąc już o przechodniach, którym przed naszym domem cieknie krew z popękanych bębenków, a przecież wiesz, jak to fatalnie wpływa na wartość nieruchomości.
—      Jasne — powiedział i tym razem autentycznie się uśmiechnął. — Przepraszam.
—      Nic się nie stało — zapewniła go, myśląc jednocześnie z czułością, że jeszcze będą z niego ludzie. Bo tak naprawdę był miłym, dobrym chłopcem. Leniem, któremu jednak w końcu udawało się robić wszystko (no, prawie wszystko), czego od niego oczekiwała. Bez cienia zarozumialstwa lubiła myśleć, że obok wielu cech odziedziczonych po ojcu trochę wziął też od niej. Chłopak już teraz spędzał mnóstwo czasu, samotnie przy czymś dłubiąc, i wyglądał na najszczęśliwszego, gdy udało mu się rozłożyć coś na części i z powrotem złożyć. Bardzo się z tego cieszyła, ale miała też nadzieję, że niedługo dostrzeże u niego objawy pierwszego porannego kaca. Człowiek nie może żyć samymi algorytmami, nawet w tych zwariowanych czasach.
—      No to nara — rzuciła.
Miała nadzieję, że nie zabrzmiało to zbyt sztucznie. Z dołu zabrzęczał dzwonek do drzwi.
* * *
Zbiegając po schodach, usłyszała, że jeszcze trochę ściszył muzykę. Uśmiechnęła się z satysfakcją i zadowolona otworzyła drzwi.
Na dworze było zupełnie ciemno i tylko latarnia na rogu ulicy rzucała pomarańczową poświatę na opadłe liście na trawniku i chodniku. Trzymające się gałęzi drzew niedobitki szeleściły w ostrych podmuchach wiatru, a zerwane wirowały w powietrzu i ścieliły się na uliczkach ich spokojnej rezydencjalnej dzielnicy.
Parę metrów od drzwi ujrzała wysoka sylwetkę w długim ciemnym płaszczu.
—      Tak? — rzuciła.
Zapaliła światło na ganku i przyjrzała się przybyszowi. Stał przed nią mężczyzna pod sześćdziesiątkę, z krótkimi ciemnymi włosami i ziemistą cerą. Jego ciemne, niemal czarne oczy były tak pozbawione głębi, jakby mu je domalowano do twarzy.
—      Szukam Williama Andersona — powiedział.
—      W tej chwili go nie ma. A pan kto?
—      Agent Shepherd, FBI — rzekł mężczyzna i zaniósł się głębokim kaszlem. — Pozwoli pani, że wejdę?
Gina nie miała zamiaru pozwolić, on jednak, nie czekając, wszedł na ganek, wyminął ją i ruszył do środka.
—      Zaraz, chwileczkę. — Zostawiła otwarte drzwi i podążyła za nim. — Chciałabym najpierw zobaczyć pańską odznakę.
Mężczyzna wyjął portfel i otworzył go, nawet na nią nie patrząc. Omiótł wzrokiem pokój i zatrzymał spojrzenie na suficie.
—      O co chodzi? — Gina bez trudu dojrzała trzy duże litery na odznace, ale nie miała pojęcia, czego w ich domu szuka agent federalny.
—      Muszę porozmawiać z pani mężem — odparł mężczyzna. Jego pozbawiony emocji ton jeszcze bardziej zwiększał absurdalność sytuacji.
Gina ujęła się pod boki. W końcu to jej dom.
—      Mówiłam, że go nie ma.
Mężczyzna obrócił się ku niej, a jego pozbawione wyrazu oczy nagle rozbłysły.
—      Pani mówiła, a ja usłyszałem. Chciałbym wiedzieć, gdzie jest. I chcę się rozejrzeć po domu.
—      Akurat! Nie wiem, co pan sobie wyobraża, ale...
Jego ręka wykonała tak gwałtowny ruch, że Gina nawet go nie dostrzegła. Dotarło to do niej dopiero, gdy dłoń zacisnęła się na jej szczęce jak imadło.
Tak ją tym zaskoczył, że gdy zaczął ją powoli ciągnąć ku sobie, nawet nie pisnęła. Potem jednak zaczęła krzyczeć, tyle że ucisk nie pozwalał jej wyartykułować ani słowa, toteż z jej ust wydobywał się tylko modulowany dźwięk.—      Gdzie on to ma? — Dotychczasowa obojętność nie znajomego przeszła niemal w znudzenie.
Gina nie miała pojęcia, o co pyta. Próbowała się wyrywać, waląc go pięściami, kopiąc i szarpiąc głową tam i z powrotem. Wytrzymał niewiele ponad sekundę, potem zamachnął się drugą ręką i wymierzył jej cios w bok głowy. W uszach usłyszała metaliczny brzęk, jaki towarzyszy odpadającemu na jezdni kołpakowi, i nogi się pod nią ugięły. Podtrzymał ją, nie pozwalając upaść, i jednocześnie wykręcił jej szczękę z taką siłą, jakby chciał ją wyłamać.
—      I tak to znajdę. — Słyszała jego głos, czując jednocześnie, jak coś wciska jej się w bok głowy. — Ale możesz zaoszczędzić mnie i sobie trochę czasu i fatygi. Gdzie on to ma? Gdzie jest jego pracownia?
—      Ja... nie wiem...
—      Mamo?
Gina i napastnik odwrócili się jednocześnie. Na schodach stał Josh. Na jego twarzy malował się grymas niedowierzania i chłopak nerwowo mrugał oczami.
—      Puszczaj moją mamę!
Gina chciała mu powiedzieć, żeby wracał na górę, żeby uciekał, ale z jej ust wydobył się tylko rozpaczliwy jęk. Mężczyzna wsadził drugą rękę do kieszeni płaszcza i zaczął z niej coś wyciągać.
Josh zeskoczył z ostatnich stopni, ruszył w stronę napastnika.
—      Puszczaj moją...
Gina zdążyła tylko pomyśleć, że jednak źle go oceniła. Jej syn nie był mężczyzną. Wyrósł i wyszczuplał, ale wciąż pozostawał dzieckiem. A potem padł strzał, który trafił go prosto w twarz.
Krzyknęła, a właściwie próbowała krzyknąć. Mężczyzna zaklął pod nosem i ciągnąc ją za sobą, wrócił do drzwi frontowych i zatrzasnął je nogą.
Potem pociągnął ją z powrotem do pokoju, gdzie na podłodze leżał jej syn szarpany konwulsjami. Miała wrażenie, jakby w głowie rozjarzyło jej się olśniewające, pulsujące światło. W tym momencie mężczyzna wymierzył jej cios prosto w szczękę i na moment wszystko zgasło.
* * *
Minęła może sekunda, może parę minut.
Poczuła, że przytomnieje, i stwierdziła, że siedzi na podłodze oparta plecami o kanapę, na której dziesięć minut temu na wpół leżała z podwiniętymi nogami. Przewrócony talerz z przekąskami był w zasięgu ręki, szczękę miała tak obolałą, że nie mogła nią poruszyć. Czuła się tak, jakby ktoś jej wepchnął do uszu długie grube gwoździe.
Napastnik kucał obok Josha, którego prawa ręka wciąż konwulsyjnie drgała, rozmazując po podłodze płynącą z głowy krew.
Do nozdrzy Giny dotarła woń benzyny. Mężczyzna przestał polewać jej syna z metalowej puszki, opróżnioną rzucił na niego i wyprostował się.
A potem na nią spojrzał.
— Twoja ostatnia szansa — powiedział. Czoło miał pokryte kroplami potu, choć w domu wcale nie było ciepło. W jednej ręce trzymał zapalniczkę, w drugiej pistolet. — Gdzie to jest?
Zapalił zapalniczkę, zbliżył do Josha i spojrzał jej w oczy. Gina wiedziała jednak, że bez względu na to, o co ten bandzior pyta, ona i tak nie przeżyje.

***

Wielowątkowy thriller spiskowy autora trylogii o Niewidzialnych.

Jack Whalen odchodzi z pracy w policji i wraz z żoną Amy przenosi się do miasteczka w górach, gdzie pracuje nad swoją powieścią. Podczas podróży służbowej Amy dosłownie zapada się pod ziemię, potem nieoczekiwanie odnajduje. Jej mętne wyjaśnienia tylko pogłębiają niepokój Jacka, że coś dziwnego wisi w powietrzu. Kiedy odwiedza go dawny kolega szkolny, Gary Fisher, obecnie adwokat, i prosi o pomoc w wyjaśnieniu sprawy spadkobiercy podejrzanego w podwójne morderstwo, Jack odmawia. Fisher nie rezygnuje – zdobywa dla Jacka bardzo niepokojące informacje o jego żonie. W tym samym czasie dziewięcioletnia dziewczynka po spotkaniu z tajemniczym mężczyzną ucieka z domu. Zachowuje się jak w transie, jest agresywna; jej poczynaniami wydaje się kierować jakaś zewnętrzna siła. Wszystko, co się dzieje, spowija nastrój grozy i nadprzyrodzonej siły, za którą stoją tajemniczy „oni”…









AUTOR


Cykl Skyward Brandon Sanderson

Cykl Skyward Brandon Sanderson

"Zapnę pasy i będę walczyć. W ten sposób, kiedy zginę, to przynajmniej umrę w kokpicie. Sięgając nieba."

Warto czytnąć cześć pierwszą nawet i dla niej samej, choć to tylko preludium do przerewelacyjnej, prześwietnej części drugiej tej niesamowicie obrazowej space opery, z prawdziwą duszą!

Na razie w cyklu ukazały się: 


Do gwiazd (tom 1)

Wśród gwiazd (tom 2)



Do gwiazd


Ta część jest bardziej skupiona na samej akcji: statki obrony, wraz ze swą załogą - Eskadrą Do Gwiazd, walczą, broniąc ostatniego bastionu ludzkości przed Kerellami - obcymi, którzy za jedyny cel obrali sobie zniszczyć ludzi.


"To stwory mające dziwny pancerz i straszliwą broń. Nasi starsi mówią, że zniszczyli nasze międzygwiezdne imperium i niemal doszczętnie nas wymordowali. Być może jesteśmy ostatnimi ocalałymi ludźmi, a Krelle postanowili nas wykończyć. Wysyłają przeciwko nam eskadry myśliwców i bombowce przenoszące bomby burzące, które niszczą jaskinie i zabijają mieszkających w nich ludzi."

Czy  aby na pewno?

Tak przynajmniej sądzi dowództwo ocalałych na planecie ludzi oraz Spensa, córka znakomitego pilota, uznanego za zdrajcę. Ona, wraz z dwójką fenomenalnych postaci, które UWIELBIAM, postanawia uratować planetę i tym samym raz na zawsze zrehabilitować się pośrednio po wielkiej zdradzie ojca.


Pomaga jej w tym (bardziej bezpośrednio, niż by się to mogło wydawać):

  • MB- 1021(zintegrowany układ sterujący, "jednostka zwiadowczo-badawcza dalekiego zasięgu, zaprojektowaną do wykonywania tajnych i samodzielnych zadań w przestrzeni kosmicznej", w skrócie M-Bot XD). Ta prawie postać jest rewelacyjna! Kocham! Robot z duszą! ("Jestem logicznie rozumującą maszyną z cienką otoczką symulowanych emocji." "-Ty masz uczucia? -Mam samodoskonalące się i autonomicznie wzmacniane procedury zapamiętywania do symulacji emocji. To umożliwia mi lepsze interakcje z ludźmi, ale nie jestem organiczną formą życia.")
oraz
  • Straszliwy Ślimak, który co prawda nic nie mówi, tylko odwzorowuje dźwięki zasłyszane, ale sama jego obecność wywołuje zaciesz;) I jest o wiele bardziej istotny - ten ślimak - niż nam się wszystkim wydaje!

Spensa ma pewien "defekt" - zdolność słuchania gwiazd "...Widzę tysiące świetlnych punkcików i mogłabym przysiąc, że to oczy, które mnie obserwują."

I ma dziewczyna rację.
TO SĄ OCZY.
I ONE OBSERWUJĄ.
Z NIENAWIŚCIĄ.

MOJA OCENA tej części: 7/10

Wśród gwiazd


TA CZĘŚĆ NATOMIAST to ISTNY ODLOT!

Wyjaśnia nam coraz więcej, jest mniej walki, więcej spisków, więcej rewelacyjnej fabuły, więcej bohaterów, więcej światów - jest soczyście, szybko, kolorowo, mega tajemniczo i niebezpiecznie!


Spensa wyrusza (niespodziewanie) wykonać misję szpiegowską na planetę wroga, wraz z M-Botem i SŚ - Straszliwym Ślimakiem, oczywiście.
Jak zakończy się to zadanie?
Jakie tajemnice wyjdą na jaw?
Czy potwory okażą się potworami?
Jakie PRAWDZIWE zagrożenie czyha w gwiazdach?

"Widzę obserwujące mnie oczy. To oczy czegoś, co tam żyje."

Czy przyjaźń jest ważniejsza od obowiązku i życia?

I kim są wnikacze?

"Pustoszą całe światy, w mgnieniu oka niszcząc całą populację."

Za końcówkę autora powinni rozstrzelać!

CZEKAM NA KOLEJNĄ CZĘŚĆ, OBGRYZAJĄC PAZURY!

Proponuję czytać z Symfonią Z Nowego Świata Dvoraka w tle!

MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Do gwiazd


Pasjonująca opowieść o nieustraszonej dziewczynie, która chce zostać pilotem myśliwca w czasach najazdu ludzkości przez okrutną rasę obcych.


Świat Spensy jest atakowany od setek lat. Obcy zwani Krellami przypuszczają jeden powietrzny atak za drugim, prowadząc niekończącą się kampanię, której celem jest zagłada ludzkości. Jedyną obroną przed nimi są eskadry myśliwców walczące z wrogiem w przestworzach. Piloci są bohaterami niedobitków ludzkiej rasy.

Spensa zawsze marzyła, że zostanie jedną z nich, że będzie latać i dowiedzie swojej odwagi. Jednak ciąży na niej niesława jej ojca – zestrzelonego przed wieloma laty pilota, który nieoczekiwanie zdezerterował, praktycznie przekreślając szanse Spensy na przyjęcie do szkoły pilotów.

Ludzie nigdy nie pozwolą Spensie zapomnieć o tym, co zrobił jej ojciec, lecz ona mimo to postanowiła latać. A Krelle właśnie to umożliwili. Podwoili liczebność swojej powietrznej armady, jeszcze bardziej zagrażając światu Spensy. Rozpaczliwa walka ludzkości o przetrwanie pozwoli spełnić jej marzenie życia…

„Skyward to przygoda, której nie chcecie przegapić. Wszystkim miłośnikom fantastyki spodoba się ten niezwykły melanż fantasy i hard SF, ukazujący, jak Spensa uczy się, co oznacza prawdziwa odwaga”.

TOR.COM

„W tym pełnym dynamicznej akcji pierwszym tomie nowej trylogii Sanderson przedstawia sympatyczną młodą bohaterkę oraz szereg niezapomnianych postaci – włącznie z zabawnym robotem mającym obsesję na punkcie grzybów – na tle dramatycznej walki o przetrwanie ludzkiej rasy”.

PUBLISHERS WEEKLY

„Brandon Sanderson jak zawsze tworzy unikalny i interesujący świat, który poznajemy wraz z dojrzewającą główną bohaterką… Świetna zabawa i pełna emocji podróż dla tych z nas, którzy w głębi serca pozostali dziećmi”.

BEST FANTASY BOOKS



Wśród gwiazd


Kontynuacja bestsellerowej powieści „Do Gwiazd”. Pasjonująca opowieść o dziewczynie skrywającej pewną tajemnicę w świecie toczącym kosmiczną wojnę z rasą okrutnych obcych, w której stawką jest przetrwanie ludzkości.



Przez całe życie Spensa marzyła o lataniu. Chciała dowieść, że jest równie dzielna jak jej ojciec. Została pilotem, ale wtedy odkryła druzgocącą prawdę o swoim ojcu. Plotki o jego tchórzostwie okazały się prawdziwe ‒ zdezerterował w trakcie bitwy z Krellami. A w zasadzie jeszcze gorzej, bo zwrócił się przeciwko swoim i zaatakował ich.

Dziewczyna jest pewna, że kryje się za tym coś więcej. Jest przekonana, że cokolwiek przydarzyło się ojcu w jego myśliwcu, może także zdarzyć się jej. Kiedy przedostała się za pierścień fortów broniących jej planetę, usłyszała gwiazdy ‒ i było to przerażające przeżycie. Spensa odkryła, że wszystko, czego uczono ją o jej świecie, jest kłamstwem. A do tego odkrywa również kilka faktów o sobie ‒ i jeśli będzie musiała, poleci na koniec galaktyki, żeby ocalić ludzkość…


Cykl: Skyward









AUTOR




Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger