"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dziedzictwo Shannary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dziedzictwo Shannary. Pokaż wszystkie posty
Talizmany Shannary - Terry Brooks

Talizmany Shannary - Terry Brooks

Kultowa seria fantasy, którą must read bez zastrzeżeń (a znalazło by się ich troszkę, jeśli chodzi o narrację i samą opowieść):)

Ale co tam - najważniejsze, że jest klimat! Jest magia! Jest czar! Wciąż porywa do swojego świata fantasy...

POLECAM całą serię - czytać w kolejności!

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Nad czterema krainami zapadał zmierzch. Światło szarzało powoli, a cienie wydłużały się stopniowo. Żar późnego lata przygasał, w miarę jak ognistoczerwona kula słońca chowała się za horyzontem, a gorące, stęchłe powietrze ochłodziło się nieco. Wraz z końcem dnia nadeszła cisza, która ukoiła ziemię. Trawy i liście drżały w oczekiwaniu nadchodzącej nocy.
U ujścia Mermidonu, w miejscu gdzie rzeka wlewała się do Tęczowego Jeziora, wyrastała czarna sylwetka Strażnicy Południowej, nieprzenikniona i niema. Wody jeziora i rzeki pieścił wiatr, nie tykając jednak obelisku, jak gdyby jak najszybciej pragnął znaleźć się w jakimś bardziej przyjaznym miejscu. Powietrze wokół ciemnej wieży drżało, fale gorąca emanowały z kamienia, tworząc widmowe obrazy, które pierzchały i odpływały. Samotny myśliwy na skraju wody zerknął trwożnie w górę, kiedy mijał budowlę, i szybko poszedł dalej.
W jej wnętrzu uwijały się cieniowce pogrążone w upiornym milczeniu, skupione na swych zadaniach, zakapturzone, jakby pozbawione twarzy.
Rimmer Dall stał przy oknie, spoglądając na okrywającą się zmierzchem krainę i obserwując, jak bledną barwy ziemi, w miarę jak ze wschodu skrada się noc, aby nią zawładnąć.
Noc, nasza matka, nasza pociecha.
Stał z dłońmi splecionymi za plecami – sztywna sylwetka w ciemnych szatach, z kapturem zsuniętym z kościstej, rudobrodej twarzy. Wyglądał na surowego i pozbawionego wszelkich uczuć. Byłby zadowolony, gdyby go to obchodziło, ale już od dawna wygląd nie miał znaczenia dla pierwszego szperacza – od dawna nawet się nad tym nie zastanawiał. Jego powierzchowność się nie liczyła: mógł przybrać wygląd, jaki tylko zechciał. Liczyło się to, co płonęło w jego wnętrzu. To właśnie dawało mu życie.
Oczy Rimmera rozbłysły, kiedy wyobraził sobie, co nadejdzie pewnego dnia.
Spełnienie obietnicy.
Poruszył się nieznacznie, sam na sam z własnymi myślami w milczącej wieży. Pozostali nie istnieli dla niego, byli tylko widmami bez ciał. Poniżej, głęboko we wnętrznościach wieży, słyszał odgłos pracującej magii, cichy pomruk jej oddechu, bicie serca. Bezwiedne nasłuchiwanie stało się nawykiem przynoszącym ulgę skołatanemu umysłowi. Moc należała do nich – wydobyli ją z ziemi, oblekli w kształt i formę, nadali cel. Był to dar cieniowców i do nich tylko należał.
Pomimo druidów i całej reszty.
Usiłował zdobyć się na nikły uśmiech, ale usta nie posłuchały go i uśmiech zniknął w wąskiej linii zaciśniętych warg. Nagie palce lewej dłoni ściskały okrytą rękawicą prawicę. Moc za moc, siła za siłę. Na piersi Rimmera lśnił srebrny znak wilczej głowy.
Bum, bum, dudniła pracująca na dole magia.
Rimmer Dall odwrócił się do półmroku komnaty; nie tak dawno więził w niej Colla Ohmsforda. Teraz chłopak z Vale zniknął – uciekł, jak sam sądził; jednak naprawdę został wypuszczony i uwięziony w inny sposób. Ruszył na poszukiwanie swego brata, Para.
Tego, który władał prawdziwą magią.
Tego, którego dostanie Rimmer Dall.
Pierwszy szperacz odszedł od okna i usiadł przy drewnianym stole, a liche krzesło zatrzeszczało pod ciężarem zwalistej postaci. Dłonie złożył na blacie przed sobą i pochylił surową twarz.
Wszyscy Ohmsfordowie powrócili do czterech krain, wszyscy potomkowie Shannary, każde ze swojej wyprawy. Walker Boh wrócił z Eldwist pomimo przeszkód ze strony Pe Ella. Czarny Kamień Elfów został odzyskany, a jego magia zgłębiona Paranor został przywrócony do świata ludzi, a sam Walker Boh stał się pierwszym z nowych druidów. Z Morrowindl powróciła Wren Elessedil, przynosząc ze sobą Arborlon i elfy. Na nowo odkryła magię Kamieni Elfów, poznając tym samym swoją tożsamość i dziedzictwo. Wypełniono dwa z trzech zadań Allanona. Wykonano dwa z trzech kroków.
Ostatni miał rzecz jasna należeć do Para: odnalezienie Miecza Shannary, który ujawni całą prawdę.
Zabawy starców i duchów, rozmyślał Rimmer Dall. Zadania i wyprawy, poszukiwanie prawdy. No cóż. Znał prawdę lepiej od nich, a prawda była taka, że w ostatecznym rozrachunku nic się nie liczy, ponieważ magia jest wszystkim, a należy ona do cieniowców.
Złościło go, że pomimo tylu wysiłków, aby temu zapobiec, zarówno Paranor, jak i elfy powrócili do świata ludzi. Ci, których wysłał, aby przeszkodzili potomkom Shannary, ponieśli porażkę. Przypłacili to życiem, ale ich śmierć nie mogła złagodzić irytacji Rimmera. Być może powinien być wściekły – albo przynajmniej odrobinę zaniepokojony. Ale Rimmer Dall pewny był swojej mocy, panowania nad wydarzeniami i czasem, przekonany, że przyszłość nadal zależy od jego woli. Co prawda Teel i Pe Eli rozczarowali go, ale znajdą się inni.
Bum, bum, szeptała magia.
A więc...
Wargi Rimmera Dalia zacisnęły się. Potrzebował jedynie trochę czasu. Trochę czasu, aby pozwolić wypadkom, które już przygotował, ruszyć swoim torem, a wtedy będzie już za późno, bo druidzi i ich plany przestaną istnieć. Utrzymać Mrocznego Stryja i dziewczynę z dala od siebie nawzajem. Nie pozwolić im połączyć tego, co wiedzą. Nie pozwolić, aby zebrali siły.
Nie pozwolić, aby odnaleźli chłopaka z Vale.
Potrzebne było coś, co odwróci ich uwagę, co da im zajęcie. Albo jeszcze lepiej coś, co skończy z nimi. Armie, rzecz jasna, aby zmiażdżyć elfy i wolno urodzonych, żołnierze federacji i szperacze cieniowców oraz wszystko, co zdoła zebrać, aby ci głupcy raz na zawsze zniknęli z jego życia. A dla potomków Shannary z całą ich magią i zaklęciami druidów coś jeszcze, coś specjalnego.
Snuł te rozważania przez długie chwile, aż szary półmrok wokół niego zmienił się w noc. Na wschodzie wstał księżyc, przecinając swym sierpem czerń, a gwiazdy rozbłysły niczym srebrne główki szpilek. Ich blask przenikał ciemność komnaty, w której siedział pierwszy szperacz i przemieniał jego twarz w nagą czaszkę.
Tak, skinął wreszcie głową.
Mroczny Stryj opętany był myślą o dziedzictwie pozostawionym mu przez druidów. Trzeba wysłać kogoś, kto wykorzysta jego słabość, coś, co go zaniepokoi i zburzy jego pewność. Wyśle mu Czterech Jeźdźców.
I jeszcze dziewczyna. Wren Elessedil utraciła swego obrońcę i doradcę. Trzeba dać jej kogoś, kto wypełni tę pustkę. Jednego z wybranych Rimmera, kto ją pocieszy i ukoi jej ból, rozwieje obawy, a potem zdradzi i obedrze ze wszystkiego.
Pozostali nie byli poważnym zagrożeniem – nawet ten przywódca wolno urodzonych i góral. Bez spadkobierców Ohmsfordów nic nie zrobią. Jeśli Mroczny Stryj zostanie uwięziony w twierdzy Rimmera i skończy się krótkie panowanie królowej elfów, starannie snute plany ducha druida upadną. Allanon pogrąży się w wodach Hadeshornu wraz z resztą duchów ze swego rodu, odesłany w przeszłość, tam, gdzie jego miejsce.
Tak, pozostali byli bez znaczenia.
Ale i tak się z nimi rozprawi.
A jeśli nawet wszystkie wysiłki zawiodą, jeśli nie będzie mógł zrobić nic poza ściganiem ich, nękaniem, jak pies goniący swoją zdobycz, to wystarczy, skoro na końcu dusza Para Ohmsforda i tak wpadnie w jego ręce. Tylko tego potrzebował, aby położyć kres wszystkim nadziejom swoich wrogów. Tylko tego. Do przepaści było blisko, a chłopak już ku niej zmierzał. Jego brat stanie się kozłem ofiarnym, który doń zaprowadzi, przyciągnie niczym wilka na polowaniu. Coll Ohmsford już był we władzy zaklęcia Lustrzanego Całunu i stał się niewolnikiem magii, z której utkano opończę. Wykradł ją, aby się zamaskować, nie wiedząc, że tego właśnie oczekiwał Rimmer Dall, nie podejrzewając nawet, że opończa była śmiertelną pułapką, która obróci go ku mrocznym celom pierwszego szperacza. Coll Ohmsford będzie ścigał swego brata i zmusi go do walki. Uczyni tak, ponieważ Całun nie pozostawiał mu wyboru, zasiewając w nim ziarno szaleństwa, które mogła ukoić jedynie śmierć brata. Par będzie musiał walczyć. A ponieważ zabrakło mu magii Miecza Shannary, a zwykła broń nie powstrzyma cieniowca, w którego zmienił się jego brat, i ponieważ będzie się bał kolejnego podstępu, użyje magii pieśni.
Być może zabije własnego brata, ale tym razem zabije go naprawdę, a wtedy odkryje – kiedy już będzie za późno, aby cofnąć czas – co uczynił.
A może nie. Może pozwoli bratu uciec – i jego los się dopełni.
Rimmer Dall wzruszył ramionami. Tak czy inaczej, rezultat będzie ten sam. Tak czy inaczej, koniec z chłopakiem z Vale. Użycie magii i pasmo wstrząsów, które będą tego wynikiem, z pewnością nim zachwieją. A to uwolni magię spod jego kontroli i stanie się on narzędziem Rimmera Dalia. Rimmer Dall był tego pewny, ponieważ w przeciwieństwie do potomków Shannary i ich mentora, rozumiał magię elfów, swoją własną magię z mocy urodzenia i prawa. Rozumiał, czym jest i jak działa. Wiedział to, czego nie wiedział Par – co działo się z pieśnią, dlaczego tak właśnie się zachowywała oraz jak zerwała się z uwięzi i stała dzikim, samowolnym stworzeniem.
Par był blisko. Bardzo blisko.
Kiedy walczysz z bestią, sam stajesz się bestią.
Był niemal jednym z nich.
Już niedługo.
Istniała rzecz jasna możliwość, że chłopak odkryje wcześniej prawdę o Mieczu Shannary. Czy broń, którą nosił, którą tak łatwo oddał Rimmer Dall, była poszukiwanym przezeń talizmanem, czy falsyfikatem? Par Ohmsford ciągle jeszcze nie wiedział. Dobrze skalkulowane ryzyko zapewniało, że tego nie odkryje. A nawet jeśli, cóż mu to da? Miecze są zawsze obosieczne. Prawda może wyrządzić Parowi więcej szkody niż pożytku...
Rimmer Dall wstał i podszedł znowu do okna, cień na tle nocnej czerni, otulony przed światłem. Druidzi tego nie rozumieli, nigdy tego nie rozumieli. Allanon był anachronizmem, zanim jeszcze stał się tym, co przeznaczył mu Bremen. Druidzi – używali magii jak głupcy igrający z ogniem: zdumieni jej możliwościami, ale bojący się ryzyka, jakie ze sobą niosła. Nic dziwnego, że tak często parzyły ich jej płomienie. Ale to ich nie powstrzymywało przed odrzuceniem tajemniczego daru. Zbyt szybko osądzali innych pragnących zawładnąć jej mocą – przeważnie cieniowców – uznając ich za wrogów i niszcząc.
Jak zniszczyli samych siebie.
Jednak w wizji życia cieniowców istniała symetria i znaczenie, a magia nie była dla nich zabawką, lecz sednem ich istnienia, skwapliwie przyjętym, chronionym i czczonym. Bez półprawd i środków ostrożności, aby upewnić się, że nikt nie będzie z niej korzystał. Bez przestróg i upomnień. Bez udawania. Cieniowce były po prostu tym, czym uczyniła je magia, a tak przyjęta magia mogła uczynić z nich wszystko.
Wierzchołki drzew i urwiska Runne stanowiły ciemne garby na płaskiej, oblanej srebrem tafli Tęczowego Jeziora. Rimmer Dall spoglądał na świat i widział to, czego druidzi nigdy nie potrafili dostrzec.
Świat należał do tych, którzy mieli dość siły, aby go wziąć, utrzymać i nadać mu kształt. Po to istniał.
Oczy pierwszego szperacza zapłonęły krwawo.
Było ironią, że Ohmsfordowie służyli druidom od tak dawna, wypełniali powierzone im zadania, wyruszali na ich wyprawy, podążając za ich wizją prawdy, która nigdy nie istniała. Ich dzieje przeszły do legendy. Shea i Flick, Wil, Brin i Jair, a teraz Par. A wszystko na nic. Ale teraz koniec. Par będzie służył cieniowcom i w ten sposób przetnie raz na zawsze więzy łączące Ohmsfordów i druidów.
– Par. Par. Par.
Rimmer Dall szeptał w noc jego imię. Było litanią napełniającą umysł Dalia obrazami mocy, której nic się nie przeciwstawi.
Przez długi czas stał przy oknie i pozwalał sobie marzyć o przyszłości.
Potem nagle odwrócił się i ruszył w dół, do wnętrza wieży, na posiłek.
(...)
***
Potomkowie elfiego rodu Sannary zakończyli swoje poszukiwania: Paranor, warownia druidów, z powrotem znalazł się w świecie ludzi, elfy wróciły do czterech krain, a Par Ohmsford odnalazł legendarny Miecz Shannary. Aby jednak do końca wypełnić powierzone im przez Allanona zadanie i położyć kres śmiertelnej chorobie czterech krain, Walker Boh, Wren Elessedil i Par muszą połączyć swe siły i władzę. Garstkę zdeterminowanych bohaterów czeka ostateczna walka ze straszliwym, rozprzestrzeniającym się złem, które pragnie ich zmiażdżyć...
Cykl: Dziedzictwo Shannary (tom 4)





Królowa Shannary - Terry Brooks

Królowa Shannary - Terry Brooks

Kultowa seria fantasy, którą must read bez zastrzeżeń (a znalazło by się ich troszkę, jeśli chodzi o narrację i samą opowieść):)

Ale co tam - najważniejsze, że jest klimat! Jest magia! Jest czar! Wciąż porywa do swojego świata fantasy...

POLECAM całą serię - czytać w kolejności!

MOJA OCENA: 7/10


Elfy opuściły ludzi przed stuleciami. Sprowadzenie ich do Westlandii to trudne zadanie. Po ich dawnej siedzibie nie ma już nawet śladu, nie wiadomo też, dokąd odeszły. Według przepowiedni ukryły się w dżungli, w miejscu strzeżonym przez straszliwe demony. Pochodząca z obdarzonego magiczną mocą rodu Shannary półelfka Wren i jej przyjaciel Garth rozpoczynają poszukiwania. Wędrówka jest bardzo niebezpiczna. W dodatku nie wiadomo, czy odnalezione elfy zechcą wrócić, a jeśli tak, czy znajdzie się dla nich spokojne, bezpieczne miejsce wśród nie zawsze przyjaznych im ludzi...
Cykl: Dziedzictwo Shannary (tom 3) 














Druid Shannary - Terry Brooks

Druid Shannary - Terry Brooks

Kultowa seria fantasy, którą must read bez zastrzeżeń (a znalazło by się ich troszkę, jeśli chodzi o narrację i samą opowieść):)

Ale co tam - najważniejsze, że jest klimat! Jest magia! Jest czar! Wciąż porywa do swojego świata fantasy...

POLECAM całą serię - czytać w kolejności!

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Król Srebrnej Rzeki stał na skraju Ogrodów, którymi władał od zarania czarodziejskiej ery, i spoglądał w dół na świat śmiertelnych istot. To, co zobaczył, sprawiło, że poczuł smutek i zniechęcenie. Na całej przestrzeni kraj chorował i umierał. Żyzna, czarna ziemia zamieniała się w pył, obumierały pokryte trawą równiny, lasy stawały się ogromnym zbiorowiskiem martwych, uschniętych drzew, a jeziora i rzeki albo wstrzymywały swój bieg, albo wysychały. Także wszystkie stworzenia żyjące na tej ziemi chorowały i umierały, niezdolne utrzymać się przy życiu, ponieważ źródła pożywienia, od których były zależne, zostały zatrute. Nawet powietrze zaczynało cuchnąć.

I przez cały czas, pomyślał Król Srebrnej Rzeki, cieniowce rosną w siłę.
Pogładził karmazynowe płatki cyklamenów rosnących gęsto u jego stóp. Tuż za cyklamenami rosły całe kępy forsycji, a jeszcze dalej dereń, wiśnie, fuksje, hibiskusy, rododendrony i dalie, grządki irysów, azalii, żonkili, róż i setki innych kwiatów i roślin, a wszystko to kwitło feerią barw aż po horyzont i tam ginęło z oczu. Widać było także małe i duże zwierzęta. Ślady ich ewolucji wiodły w odległe czasy, kiedy wszystko żyło w harmonii i pokoju.
W dzisiejszym świecie, świecie czterech krain i ras, który wyłonił się z chaosu i zniszczenia wielkich wojen, zapomniano już o tych czasach. Ich jedyną pozostałością był Król Srebrnej Rzeki. Żył już, kiedy świat był nowy, a pierwsze stworzenia dopiero się narodziły. Był wtedy młody, a takich jak on było wielu. Teraz był stary i pozostał sam. Wszystko, co istniało, z wyjątkiem Ogrodów, w których żył, odeszło bezpowrotnie. Tylko one przetrwały, niezmienne, podtrzymywane przy życiu czarodziejską magią. Słowo oddało Ogrody w posiadanie Królowi Srebrnej Rzeki i przykazało mu je pielęgnować, aby przypominały o tym, co było niegdyś i co, być może, powróci któregoś dnia. Losy świata potoczą się bez nich, tak jak muszą, ale Ogrody na zawsze pozostaną nie zmienione.
A mimo to malały i kurczyły się. Było to zjawisko nie tyle fizyczne, ile raczej duchowe. Granice Ogrodów były stałe i nie podlegały zmianom, jako że Ogrody znajdowały się na równinie nietkniętej zmianami świata śmiertelnych ludzi. Były one raczej obecnością niż miejscem. Mimo to jednak uszczuplała tę obecność choroba świata, z którym były związane, ponieważ zadaniem Ogrodów i ich opiekuna było utrzymać siłę tego świata. Kiedy cztery krainy zostały zatrute, zadanie to wymagało więcej wysiłku, efekty były coraz bardziej krótkotrwałe, a ludzka wiara w istnienie Ogrodów – aczkolwiek zawsze niewielka – zaczęła całkowicie zanikać.
Król Srebrnej Rzeki bardzo nad tym bolał. Nie użalał się nad sobą. Daleko mu było do tego. Bolał nad losem ludzi z czterech krain, śmiertelnych mężczyzn i kobiet, ponieważ istniało zagrożenie, że czarodziejski świat magii zniknie dla nich na zawsze. Przez wieki Ogrody stanowiły ich schronienie w krainie Srebrnej Rzeki, a on był ich duchowym przyjacielem. Opiekował się nimi, dawał im poczucie pokoju i szczęścia, które przemieniało fizyczne granice. Dawał też obietnicę, że te dobrodziejstwa i życzliwość będą zawsze dostępne dla wszystkich w pewnych zakątkach świata. Teraz to się skończyło. Teraz nie mógł już nikogo ochronić. Zło cieniowców, trucizna, którą rozrzuciły po czterech krainach, tak nadwerężyły jego własne siły, że praktycznie uwięziony wewnątrz Ogrodów, nie był w stanie pospieszyć z pomocą tym, których tak długo chronił.
Przez jakiś czas wpatrywał się w ruiny świata, czując rosnącą rozpacz. Wspomnienia pojawiały się i znikały w jego umyśle. Był taki czas, dawno temu, kiedy cztery krainy pozostawały pod opieką druidów. Ale teraz druidzi odeszli. Garstka potomków elfów z rodu Shannary władająca tym, co pozostało z magii czarodziejskich światów, przez całe pokolenia broniła wszystkich ras, ale i oni już nie żyli.
Spróbował odegnać rozpacz i zastąpić ją nadzieją. Druidzi mogą pojawić się raz jeszcze, a w rodzie Shannary narodziły się nowe pokolenia. Król Srebrnej Rzeki wiedział, co dzieje się w czterech krainach, mimo że nie mógł sam do nich wyruszyć. Cień Allanona zwołał pozostałą garstkę dzieci Shannary, żeby odzyskać utraconą magię, i jeśli uda im się przeżyć wystarczająco długo, być może znajdą sposób, aby tego dokonać. Ale wszyscy oni znaleźli się w straszliwym niebezpieczeństwie. Wszystkim groziła śmierć. Na wschodzie, południu i zachodzie z rąk cieniowców, a na północy z rąk Uhl Belka – Króla Kamienia.
Oczy starca przymknęły się na chwilę. Wiedział, czego potrzeba, aby ocalić dzieci Shannary – aktu magii tak potężnego i zawiłego, aby nic nie było w stanie go powstrzymać. Takiego, który przemieni zapory stworzone przez ich wrogów, który przedrze się przez zasłonę oszustwa i kłamstw okrywającą wszystko, na czym tak bardzo polegała cała czwórka.
Tak, było ich czworo, nie troje. Nawet Allanon nie w pełni pojmował, co to ma oznaczać.
Odwrócił się i ruszył z powrotem w głąb swego schronienia. Idąc, pozwalał, aby pieśni ptaków, woń kwiatów i ciepło powietrza koiły jego ból. Wszystkimi zmysłami chłonął otaczające go barwy, smak i odczucia. Wewnątrz jego Ogrodów nie było praktycznie rzeczy, której nie mógłby dokonać. Ale jego magia potrzebna była na zewnątrz. Wiedział, jakie są wymagania. Przygotowując się do tego zadania, przybrał postać starca, w której od czasu do czasu ukazywał się w zewnętrznym świecie. Jego krok zmienił się w chwiejne powłóczenie nogami, oddech stał się świszczący, spojrzenie przymglone, a całe ciało odczuwało bóle gasnącego żywota. Ptasi śpiew umilkł, a małe zwierzątka stłoczone wokół niego nagle zniknęły. Całym wysiłkiem woli oderwał się od wszystkiego, w czym tkwił, i wycofał się do stanu, w którym mógłby się kiedyś znaleźć. Musiał poczuć przez chwilę ludzką śmiertelność, aby się dowiedzieć, w jaki sposób może ofiarować tę część siebie, która będzie potrzebna.
Kiedy dotarł do serca swych włości, zatrzymał się. Znajdował się tam staw krystalicznie czystej wody zasilany przez niewielki strumyk. Pił z niego jednorożec. Ziemia, w której powstał staw, była czarna i żyzna. Na skraju wody rosły maleńkie, delikatne kwiatki w kolorze świeżego śniegu. Nie miały nazwy. Na przeciwległym krańcu stawu, z kępy fioletowych traw, wyrastało niewielkie drzewo o splątanych gałęziach. Jego drobne, zielone listki otoczone były czerwoną obwódką. Na dwóch potężnych skałach, w blasku wschodzącego słońca, lśniły jaskrawo żyłki barwnego kruszcu.
Król Srebrnej Rzeki stał bez ruchu, chłonąc obecność otaczającego go życia, i zapragnął stać się jego częścią. Kiedy spełniło się jego życzenie, kiedy wszystko przeniknęło ludzką postać, którą przybrał, jak drobne fragmenty połączone niewidzialną siecią, sięgnął, aby zebrać je wszystkie razem. Jego dłonie, pomarszczona ludzka skóra i kruche kości uniosły się i przywołały magię. Poczucie starości i czasu, przypominające o śmiertelnym bycie, zniknęło.
Pierwsze podeszło do niego drzewko. Oderwało się od korzeni, przeniosło i stanęło przed nim. Stanowiło szkielet, na którym miał budować. Powoli pochyliło się, aby przybrać kształt, jakiego zażądał. Listki przylgnęły do gałęzi, spowijając je całkowicie. Potem nadeszła ziemia. Niewidzialne szpadle uniosły całe jej garście, przyklepując i formując. Potem nadeszła ruda kruszcu, tworząc mięśnie, woda na płyny ciała i płatki maleńkich kwiatków na skórę. Z grzywy jednorożca zebrał jedwab na włosy, a z czarnych pereł uczynił oczy. Magia wirowała i falowała. Jego twór powoli nabierał kształtów.
Kiedy skończył, dziewczyna stojąca przed nim była niemal doskonała. Brakowało jej jedynie życia.
Przez chwilę szukał czegoś spojrzeniem, po czym wybrał gołębicę. Chwycił ją w locie i jeszcze żywą umieścił w piersi dziewczyny, tam gdzie miało bić jej serce. Potem szybkim ruchem pochylił się do przodu, aby objąć dziewczynę, i tchnął w nią własne życie. Wreszcie cofnął się i czekał.
Pierś dziewczyny uniosła się i opadła. Przez jej ciało przeszedł dreszcz. Powieki rozchyliły się i z białej, delikatnej twarzyczki wyjrzały czarne jak węgiel oczy. Była drobniutka, niczym papierowa figurka wygładzona i ukształtowana tak, że wszystkie ostre kąty i krawędzie zostały zastąpione łagodnymi łukami. Jej włosy były tak białe, że przypominały srebro. Ich lśnienie wskazywało zresztą na obecność tego cennego kruszcu.
– Kim jestem? – zapytała cichym, śpiewnym głosem, w którym słychać było szept maleńkich strumyczków i łagodne odgłosy nocy.
– Jesteś moją córką – odpowiedział Król Srebrnej Rzeki, odkrywając we własnym wnętrzu drgnienie uczuć, o których już dawno zapomniał.
Nie powiedział jej, że jest dzieckiem ziemi, złożonym z jej elementów i stworzonym przez jego własną magię. Mogła wyczuć, kim jest, instynktami, w które ją wyposażył. Nie trzeba było żadnych innych wyjaśnień.
Spróbowała uczynić krok, a potem następny. Odkrywszy, że potrafi naruszać się szybciej, wypróbowując tę nową umiejętność na różne sposoby. Okrążyła swego ojca, spoglądając na starca ostrożnie i nieśmiało. Ciekawie rozejrzała się wokół, chłonąc widoki, zapachy, dźwięki i smak Ogrodów i odkrywając w nich pokrewieństwo, którego nie potrafiła w tej chwili pojąć.
– Czy Ogrody są moją matką? – zapytała nagle i usłyszała potwierdzenie. – Jestem częścią was obojga? – Znowu potwierdzenie.
– Chodź ze mną – odezwał się starzec łagodnie.
Razem szli przez Ogrody, odkrywając je, jak rodzic i dziecko, przyginając się kwiatom, obserwując szybkie poruszenia ptaków i zwierząt, badając ogromne, zawiłe wzory podłoża, złożone warstwy skał i ziemi oraz wzory utkane nićmi istnienia Ogrodów. Była bystra i pojętna. Interesowało ją wszystko, a dla życia odczuwała szacunek i troskę. Cieszyło go to, co widział. Wiedział, że jego dzieło jest dobre.
Po pewnym czasie zaczął zaznajamiać ją z magią. Najpierw pokazał jej własną, ale tylko maleńkie fragmenty, aby nie poczuła się przytłoczona. Potem pozwolił, aby wypróbowała przeciwko jego magii swoją własną. Była zaskoczona, dowiadując się, że ją posiada, a jeszcze bardziej zaskoczyło ją odkrycie, czego może dokonać. Nie wahała się jednak. Była pełna zapału.
– Masz imię – powiedział jej. – Chcesz wiedzieć jakie?
– Tak – odpowiedziała i stanęła, spoglądając na niego z ożywieniem.
– Nazywasz się Ożywcza. – Przerwał na chwilę. – Wiesz dlaczego?
– Tak – odpowiedziała po chwili namysłu.
Poprowadził ją do pradawnego orzecha, z którego pnia ogromnymi, postrzępionymi pasami odchodziła kora. Łagodny wietrzyk chłodził powietrze, niosąc zapach jaśminu i begonii. Usiedli razem na miękkiej trawie. Wśród wysokich traw pojawił się gryf i wsunął nos w dłoń dziewczyny.
– Jest coś, co musisz zrobić, Ożywcza – odezwał się Król Srebrnej Rzeki.
Niespiesznie i ostrożnie wyjaśnił jej, że musi opuścić Ogrody i wejść w świat ludzi. Powiedział, gdzie musi się udać i co zrobić. Opowiedział jej o Mrocznym Stryju, góralu i bezimiennych cieniowcach, o Uhl Belku i Eldwist oraz o Czarnym Kamieniu Elfów. I kiedy tak do niej mówił, odkrywając tym samym prawdę o tym, kim i czym jest, poczuł w piersi ból. Zdecydowanie ludzki ból, jakąś część swojej istoty, która przez wieki pozostawała uśpiona gdzieś w głębi. Ból przyniósł za sobą smutek, który mógł sprawić, że jego głos zadrży, a oczy napełnią się łzami. Umilkł zaskoczony, próbując zwalczyć to uczucie. Z pewnym wysiłkiem znowu zaczął mówić. Dziewczyna patrzyła na niego w milczeniu – czujna, zasłuchana, wyczekująca. Nie podejmowała dyskusji i nie stawiała żadnych pytań. Po prostu słuchała i przyjmowała to, co słyszy. Kiedy skończył, wstała.
– Rozumiem, czego się ode mnie oczekuje. Jestem gotowa.
Ale Król Srebrnej Rzeki potrząsnął głową.
– Nie, dziecko. Nie jesteś gotowa. Odkryjesz to, kiedy opuścisz to miejsce. Pomimo tego, kim jesteś i co potrafisz, jesteś wystawiona na ciosy, przed którymi nie potrafię cię ochronić. Bądź więc ostrożna, abyś sama mogła się ochronić. Strzeż się wszystkiego, czego nie rozumiesz.
– Zrobię tak – odpowiedziała.
Poszedł z nią na skraj Ogrodów, do miejsca, gdzie zaczynał się świat ludzi, i razem spojrzeli na nadciągającą zagładę. Przez dłuższy czas patrzyli bez słowa.
– Jestem tam potrzebna – powiedziała w końcu.
Ponuro skinął głową. Chociaż jeszcze nie odeszła, czuł już, że ją utracił. Ona jest tylko zlepkiem pierwiastków, pomyślał i natychmiast zdał sobie sprawę, że się myli. Była czymś więcej. Była jego częścią tak bardzo, jakby sam dał jej życie.
– Żegnaj, ojcze – powiedziała nagle i odeszła.
Wyszła z Ogrodów i zniknęła w świecie poza nimi. Nie dotknęła go, odchodząc, ani nie ucałowała. Po prostu odeszła, ponieważ wiedziała tylko, że to właśnie ma uczynić.
Król Srebrnej Rzeki zawrócił. Wysiłek zmęczył go, wyczerpał jego magię. Potrzebował czasu, aby odpocząć. Szybko zrzucił z siebie ludzkie kształty, usuwając złudną warstwę skóry i kości, wymazał z pamięci ich wspomnienie i odczucia i powrócił do swojej czarodziejskiej postaci.
Lecz mimo to uczucie, które żywił do Ożywczej, swojej córki, nie zniknęło.
(...)
***
Cztery krainy z wolna umierają, nie mogąc się obronić przed tajemniczymi, potwornymi cieniowcami. Walker Boh, władający magią potomek Shannary, ma za zadanie przywrócić do życia Paranor, dawną warownię druidów. Potrzebny mu jest do tego Czarny Kamień Elfów, który znajduje się w rękach Uhl Belka, pragnącego cały świat przemienić w kamienną pustynię. W niebezpiecznej wyprawie Walkerowi towarzyszą: Morgan Leah, którego magiczny Miecz został niegdyś złamany, Ożywcza, córka Króla Srebrnej Rzeki, oraz Ell, agent cieniowców. Czy ekspedycja ma szanse powodzenia?

Cykl: Dziedzictwo Shannary (tom 2) 
Rewelacyjny serial ze świetnym soundtrackiem - polecam - zerknij TU!






Potomkowie Shannary - Terry Brooks

Potomkowie Shannary - Terry Brooks

Kultowa seria fantasy, którą must read bez zastrzeżeń (a znalazło by się ich troszkę, jeśli chodzi o narrację i samą opowieść):)

Ale co tam - najważniejsze, że jest klimat! Jest magia! Jest czar! Wciąż porywa do swojego świata fantasy...

POLECAM całą serię - czytać w kolejności!

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Starzec siedział samotnie w cieniu Smoczych Zębów i patrzył, jak zapadający zmierzch przepędza światło dnia na zachód. Dzień był wyjątkowo chłodny jak na środek lata i zapowiadała się zimna noc. Niebo okrywały poszarpane chmury, rzucając na ziemię cienie i przesuwając się niczym zwierzęta wędrujące bez celu między księżycem a gwiazdami. Pustkę pozostałą po gasnącym świetle wypełniała cisza, jak głos, który ma się dopiero odezwać.

To cisza szepcząca o magii, pomyślał starzec.

Przed nim płonął ogień, niewielki jeszcze, ledwie zaczątek tego, którego potrzebował. Ale przecież nie będzie go kilka godzin. Przez chwilę spoglądał na igrające płomyki z wyczekiwaniem zmieszanym z niepokojem, a potem pochylił się, by dorzucić większych kawałków suchego drewna, które szybko podsyciły płomień. Pogrzebał w ognisku kijem, po czym cofnął się o krok przed żarem. Stał na granicy światła, między ogniem a gęstniejącym mrokiem - istota mogąca należeć do nich obu albo do żadnego.
Jego oczy połyskiwały, kiedy spojrzał w dal. Wierzchołki Smoczych Zębów sterczały w niebo jak kości, których ziemia nie była w stanie pogrzebać. Góry spowijała cisza, tajemniczość, która lgnęła do nich jak mgła w mroźny poranek, skrywając wszystkie sny minionych epok.
Ogień buchnął nagle iskrami i starzec strzepnął zabłąkaną grudkę żaru, mającą już na nim osiąść. Był jak wiązka luźno związanego chrustu mogąca się rozsypać w pył przy podmuchu silniejszego wiatru. Szara szata i leśna opończa wisiały na nim jak na strachu na wróble. Jego skóra była wyschnięta i brązowa, obciągnięta na kościach jak pergamin. Brodatą twarz okalała aureola siwych włosów, rzadkich i delikatnych, wyglądających na tle ognia jak strzępy gazy. Był tak pomarszczony i skurczony, że wydawał się mieć sto lat.
Naprawdę miał ich niemal tysiąc.
To dziwne, pomyślał nagle, uświadamiając sobie swój wiek. Paranor, rady plemion, a nawet druidzi - wszystko to minęło. Dziwne, że właśnie jemu dane było przetrwać.
Pokręcił głową. To było tak dawno temu, tak odległe w czasie, że ledwie rozpoznawał tę część swego życia. Uważał ją za zakończoną, zamkniętą na zawsze. Uważał się za wolnego. Teraz jednak wydało mu się, że nigdy nie był wolny. Nie mógł być wolny od czegoś, czemu co najmniej zawdzięczał, że wciąż jeszcze żyje.
Przecież gdyby nie sen druidów, jakże mógłby wciąż jeszcze tutaj stać?
Zapadająca noc przeniknęła go chłodem. Ostatni blask słońca zniknął za horyzontem i zewsząd otoczyła go ciemność. Nadszedł czas. Sny mówiły mu, że to musi nastąpić teraz, a on wierzył snom, ponieważ je rozumiał. To także była część jego dawnego życia, od której nie mógł się uwolnić - sny, wizje nieznanych światów, przestrogi i prawdy - to, co może, a czasem musi istnieć.
Odstąpił od ognia i ruszył w górę wąską ścieżką między skałami. Okryły go cienie, przylegając doń swym chłodnym dotykiem. Szedł długo wąskimi wąwozami, obok potężnych głazów, wzdłuż stromych uskoków i poszczerbionych szczelin skalnych. Kiedy znowu wyszedł na światło, znajdował się w płytkiej kamienistej dolinie, zajętej niemal w całości przez ogromne jezioro, którego szklista powierzchnia połyskiwała ostrym, zielonkawym blaskiem.
Jezioro to było miejscem spoczynku cieni dawnych druidów. Tutaj właśnie, do Hadeshorn, został wezwany.
- Niechaj to już się stanie - mruknął cicho.
Wolno i ostrożnie zaczął schodzić w głąb doliny, niepewnie stawiając kroki, z sercem tłukącym mu się w piersi. Długo go tutaj nie było. Wody przed nim się nie poruszały; duchy pogrążone były we śnie. Tak jest lepiej, pomyślał. Lepiej ich nie niepokoić.
Doszedł do brzegu jeziora i zatrzymał się. Było zupełnie cicho. Odetchnął głęboko i powietrze dobywające się z jego piersi wydało odgłos przypominający szelest liści na kamieniach. Poszukał ręką wiszącej przy pasie sakwy i rozluźnił ściągający ją sznurek. Ostrożnie sięgnął do środka i wydobył garść czarnego proszku przetykanego srebrzystym pyłem. Zawahał się przez chwile, po czym cisnął go w powietrze ponad jeziorem.
Proszek wybuchnął wysoko, rozbłyskując dziwnym światłem, które rozjaśniło wszystko wokół, jakby znowu był dzień. Nie było ciepło, tylko jasno. Światło mieniło się i tańczyło na tle nocnego nieba jak żywe stworzenie. Starzec patrzył, otuliwszy się mocniej opończą, a jego oczy błyszczały odbitym blaskiem. Kołysał się lekko w przód i w tył i przez chwilę czuł się znowu młody.
Nagle we wnętrzu światła pojawił się cień, wyłaniając się z niego bezgłośnie jak widmo; czarny kształt jakby oderwany od zalegającej wokół ciemności. Starzec wszakże wiedział, że tak nie jest. To cos nie zabłąkało się tutaj, lecz zostało wezwane. Cień zgęstniał i przybrał kształt mężczyzny obleczonego w czerń, wysokiej, złowrogiej postaci, którą każdy, kto choć raz ją widział, od razu musiał rozpoznać.
- Więc to ty, Allanonie - wyszeptał starzec. Zakapturzona twarz odchyliła się do tyłu i w świetle ukazały się wyraźne, ciemne, surowe rysy: kościste, brodate oblicze, długi, wąski nos i takież usta, posępne czoło, które wyglądało jak odlane z żelaza, i oczy poniżej, zdające się zaglądać w głąb duszy. Oczy odnalazły starca i zatrzymały się na nim.
„Potrzebuję cię”.
Głos był szeptem rozlegającym się w myślach starca, sykiem niecierpliwości i niezadowolenia. Cień porozumiewał się za pomocą samych myśli. Starzec zląkł się na chwilę i zapragnął, aby postać, którą przywołał, zniknęła. Zaraz jednak się opanował, gotów stawić czoło swym obawom.
- Nie jestem już jednym z was! - rzekł ostro, groźnie mrużąc oczy i zapominając, że nie ma potrzeby mówić na głos. - Nie możesz mi rozkazywać!
„Nie rozkazuję. Proszę. Wysłuchaj mnie. Jesteś jedynym, który pozostał, być może jedynym do czasu, aż wyznaczony zostanie mój następca. Czy rozumiesz?”
- Czy rozumiem? Któż mógłby rozumieć to lepiej ode mnie? - Starzec zaśmiał się nerwowo.
„Wciąż jest w tobie coś, czego kiedyś nie próbowałbyś podać w wątpliwość. Moc pozostanie w tobie. Na zawsze. Pomóż mi. Wysyłam sny, a dzieci Shannary nie odpowiadają. Ktoś musi do nich pójść. Ktoś musi otworzyć im oczy. Ty”.
- Nie ja! Od lat żyję z dala od plemion. Nie chcę mieć nic wspólnego z ich problemami! - Starzec wyprostował swą kruchą postać i zmarszczył czoło. - Już dawno porzuciłem te niedorzeczności !
Wydało mu się, że cień nagle unosi się i rozrasta przed jego oczami, i poczuł, że on sam odrywa się od ziemi. Wzleciał ku niebu, wysoko w noc. Nie opierał się, przywołał jednak całą siłę woli, chociaż czuł, jak gniew tamtego przepływa przezeń niczym rwąca, czarna rzeka. Głos cienia przypominał zgrzytanie kości.
„Patrz!”
Przed nim rozpościerały się cztery krainy: panorama łąk, gór, wzgórz, jezior, lasów i rzek, jasne połacie ziemi zalanej światłem słonecznym. Zaparło mu dech, gdy ujrzał to wszystko tak wyraźnie i z tak wysoka, choć wiedział, że to jedynie iluzja. Lecz światło niemal od razu zaczęło blednąć, barwy - rozmywać się. Spowiła go ciemność wypełniona gęstą, szarą mgłą i siarczanym popiołem unoszącym się z wygasłych kraterów. Krajobraz w dole utracił swój charakter, stał się jałowy i martwy. Starzec czuł, jak się ku niemu zbliża. Widoki i zapachy w dole napawały go coraz większym wstrętem. Po spustoszonej ziemi wędrowały gromady człekokształtnych istot, bardziej przypominających zwierzęta niż ludzi. Szarpały i odzierały się nawzajem, wyły i wrzeszczały. Obok nich przemykały ciemne, pozbawione ciała cienie o ognistych oczach, poruszały się wśród ludzi, łączyły się z nimi, stawały się nimi, po czym znowu się od nich odrywały. Poruszały się w makabrycznym, lecz przemyślanym tańcu. Widział, jak cienie pożerają ludzi. Żywiły się nimi.
„Patrz!”
Obraz zmienił się. Ujrzał samego siebie, wychudłego, odzianego w łachmany żebraka, stojącego przed kotłem wypełnionym dziwnym białym ogniem, który bulgotał i wirował, szepcząc jego imię. Znad kotła unosiły się opary i snując się, docierały do miejsca, gdzie stał, oplatały go i pieściły jak dziecko. Wszędzie wokół przemykały cienie, zrazu omijając go, a potem przedostając się do jego wnętrza, jakby był pustą powłoką, w której mogą do woli dokazywać. Czuł ich dotyk; miał ochotę krzyczeć.

„Patrz!”
Obraz znowu się zmienił. Ujrzał ogromny las, a w jego środku wielką górę. Na szczycie stał zamek, stary i poszarzały; jego wieże i przedpiersia wznosiły się wysoko na tle ciemnego krajobrazu. Paranor! Paranor wskrzeszony z przeszłości! Poczuł, jak wzbiera w nim coś jasnego i przepojonego nadzieją, i chciał wykrzyczeć swą radość. Lecz wokół zamku kłębiły się już opary. W pobliżu przemykały już cienie. Prastara twierdza zaczęła się kruszyć i osypywać, kamienie i zaprawa pękały jak zaciśnięte w imadle. Ziemia zadrżała i z piersi ludzi zmienionych w zwierzęta dobył się wrzask. Z wnętrza, ziemi buchnął ogień, rozdzierając wzniesienie, na którym stał Paranor, a potem rozrywając sam zamek. Powietrze wypełniły zawodzenia, jęk wydawany przez kogoś, kto utracił jedyną nadzieję, jaka mu została. Starzec rozpoznał, że tym, który zawodzi, jest on sam.
Potem obrazy zniknęły. Stał znowu nad jeziorem Hadeshorn, w cieniu Smoczych Zębów, sam na sam z duchem Allanona. Wbrew swemu postanowieniu drżał na całym ciele.
Duch wymierzył w niego wyciągnięty palec.
„Będzie tak, jak ci pokazałem, jeśli sny zostaną zlekceważone. Będzie tak, jeśli nie podejmiesz działania. Musisz pomóc. Idź do nich - do chłopca, dziewczyny i Mrocznego Stryja. Powiedz im, że sny mówią prawdę. Powiedz im, żeby tu do mnie przybyli w pierwszą noc nowego księżyca, kiedy obecny cykl się zakończy. Wtedy będę z nimi rozmawiał”.
Starzec zmarszczył czoło i coś wymamrotał, zagryzając dolną wargę. Jego palce ponownie zaciągnęły sznurek przy sakwie i wsunął ją z powrotem za pas.
- Zrobię to, ponieważ nie ma nikogo innego! - rzekł w końcu, nie próbując nawet ukryć niechęci. - Lecz nie oczekuj...!
„Tylko pójdź do nich. Nie żądam niczego więcej. O nic wiecej nie będę cię prosił. Idź”.
Cień Allanona zalśnił jasno i zniknął. Światło zgasło i dolina znów była pusta. Starzec stał przez chwilę, spoglądając w dal ponad spokojnymi wodami jeziora, po czym odwrócił się i ruszył z powrotem.
Pozostawiony przez niego ogień jarzył się jeszcze słabo wśród ciemnej nocy, kiedy wrócił. Starzec, przykucnąwszy, przypatrywał się w zamyśleniu płomieniom; pogrzebał w zbierającym się już popiele, wsłuchując się w milczenie swych myśli.
Chłopiec, dziewczyna i Mroczny Stryj - znał ich. Byli dziećmi Shannary, tymi, którzy mogli ich wszystkich uratować, którzy mogli przywrócić do życia moc. Pokręcił siwą głową. W jaki sposób miał ich przekonać? Jeśli nie chcieli słuchać Allanona, dlaczego mieliby usłuchać jego?
Znów ujrzał w myślach przerażające obrazy. Najlepiej będzie, jeśli znajdzie sposób, by zmusić ich do słuchania, pomyślał. Bo, jak lubił sobie przypominać, wiedział niejedno o wizjach, a w tych, które ukazał mu duch Allanona, zawarta była prawda. Nawet on, choć się wyparł druidów i ich magii, był w stanie ją rozpoznać.
Jeśli dzieci Shannary nie zechcą go wysłuchać, wizje te się spełnią.
(...)
***
Pieśni o dawnych bohaterach śpiewane przez Para i Colla Ohmsfordów przypominają mieszkańcom czterech krain, że kiedyś byli wolni. Lecz zależność od federacji to nie jedyne nieszczęście. Odwieczne zło powołuje do życia cieniowce - potwory, które mają zniszczyć wszelkie życie w czterech krainach. Starzec Coglin, jedyny spadkobierca pradawnej wiedzy druidów, przekazuje wszystkim parającym się magią potomkom rodu Shannary polecenie ducha Allanona, by stawili czoło niebezpieczeństwu. Potrzebny do tego jest Miecz Shannary, lecz nikt już nie pamięta, gdzie spoczywa legendarna broń...


Cykl: Dziedzictwo Shannary (tom 1)


Rewelacyjny serial ze świetnym soundtrackiem - polecam!






Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger