"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odcienie magii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odcienie magii. Pokaż wszystkie posty
Wyczarowanie światła Victoria Schwab

Wyczarowanie światła Victoria Schwab

"W mitach bohater przeżywa. Zło zostaje pokonane, świat naprawiony. Czasami są potem radosne uroczystości, a czasami są pogrzeby. Martwych się grzebie. Żywi idą dalej. Nic się nie zmienia. Wszystko się zmienia. To jest mit. Tu nie było mitu."

Pomimo tego, iż tom ten jest nauczką, że serie powinny być wydawane i czytane od razu, jedna po drugiej, jest moc:)
Jest magia. Mnóstwo magii. Chyba najwięcej jest jej własnie w tej części.
Jest walka. Zła i dobra.
Kto zwycięży w ostatecznej rozgrywce?
I czy jest ona ostateczna?

POLECAM czytać całość za jednym zamachem - narracja na poziomie, klimat utrzymuje się ciągle:)

MOJA OCENA: 7/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!


I

Delilah Bard — od zawsze złodziejka, ostatnio magini, a pewnego dnia, przy odrobinie szczęścia, pirat — biegła najszybciej, jak potrafiła.
„Trzymaj się, Kell” — myślała, pędząc przez ulice Czerwonego Londynu, ciągle kurczowo trzymając w dłoni kawałek kamienia, który swego czasu był częścią ust Astrid Dane. Symbolem skradzionym w innym życiu, kiedy magia i pojęcie wielu światów były dla Lili czymś nowym. Gdy właśnie odkryła, że ludźmi można zawładnąć, związać ich ze sobą jak sznurem albo zamienić w kamień.
W oddali wybuchały fajerwerki, którym towarzyszyły wiwaty, śpiewy i muzyka — odgłosy miasta świętującego zakończenie Essen Tasch, turnieju magów. Miasta nieświadomego, jakie okropieństwo rozgrywa się w jego sercu. Za plecami Lili, w pałacu, książę Arnes — Rhy — umierał, co oznaczało, że gdzieś, w innym świecie, umierał również Kell.
„Kell!” — Imię zadźwięczało w jej głowie z całą mocą rozkazu i błagania.
Dotarła do drogi, której szukała, i zatrzymała się z nożem w ręku, przyciskając ostrze do wnętrza dłoni. Serce waliło jej w piersi, gdy odwróciła się plecami do panującego rozgardiaszu, a do najbliższej ściany przyłożyła krwawiącą dłoń — wciąż wraz z kawałkiem kamienia.
Wcześniej dwukrotnie odbywała taką podróż, lecz zawsze jako pasażerka.
Zawsze przy użyciu magii Kella.
Nigdy własnej.
I nigdy sama.
Teraz nie było jednak czasu na myślenie ani na strach i na pewno nie było na co czekać.
Pierś jej falowała, tętno szalało. Lila przełknęła ślinę i zbierając się na odwagę, wypowiedziała słowa. Słowa, do których miał prawo jedynie mag krwi. Antari. Ktoś taki jak Holland. Jak Kell.
— AsTravars.
Magia przemknęła w górę po jej ramieniu i przez klatkę piersiową, a potem miasto wokół się zachwiało, a w miarę jak świat znikał, zmieniała się grawitacja.
Lila sądziła, że przejście będzie łatwe lub przynajmniej ­zwyczajne.
Że będzie czymś, co można przetrwać albo nie.
Myliła się.

II

W sąsiednim świecie Holland tonął.
Siłą woli próbował wydobyć się na powierzchnię, szybko jednak pociągnęła go z powrotem w dół, w ciemną wodę, czyjaś twarda jak żelazo moc. Walczył, szarpał się i z trudem łapał powietrze, tracąc siły wraz z każdym gwałtownym ruchem, wraz z każdym desperackim szarpnięciem. To było gorsze niż umieranie, ponieważ umieranie ustępuje pola śmierci, a ta walka jakoś się nie kończyła.
Nie było światła. Ani powietrza. Holland nie miał sił. Wszystko mu zabrano, od wszystkiego odcięto, pozostawiwszy jedynie ciemność, a gdzieś poza torturą jakiś głos krzyczał jego imię.
Głos Kella…
Zbyt odległy.
Uścisk osłabł, ręka się ześlizgiwała i Holland znowu zaczął tonąć.
Jedyne, czego kiedykolwiek pragnął, to przywrócenie magii; chciał, żeby jego światu oszczędzono powolnej, nieubłaganej śmierci — śmierci spowodowanej najpierw lękiem przed innym Londynem, a potem lękiem przed własnym miastem.
Chciał jedynie ujrzeć odbudowę własnego świata.
Odrodzenie!
Znał legendy — marzenia — o magu na tyle potężnym, że mógłby tego dokonać. Na tyle silnym, że potrafiłby ponownie wprowadzić powietrze w wygłodniałe płuca miasta, przyspieszyć bicie jego umierającego serca.
Odkąd pamiętał, tylko tego chciał.
Odkąd pamiętał, chciał być tym magiem.
Chciał nim być, jeszcze zanim ciemność rozkwitła w jego oku, piętnując go znakiem mocy. Jako dziecko stawał na brzegu rzeki Sijlt, rzucając kamienie na zamarzniętą powierzchnię i wyobrażając sobie, że to właśnie on roztrzaska lód. Jako dorosły mężczyzna stawał w Srebrnym Lesie i modlił się o siłę do ochrony swego domu. Nigdy nie chciał być królem, chociaż w opowieściach mag zawsze nim był. Nie chciał rządzić światem. Chciał go jedynie uratować.
Athos Dane nazwał to arogancją — tej pierwszej nocy, kiedy Hollanda, broczącego krwią i na wpół przytomnego, zaciągnięto do komnat nowego władcy.
„Arogancja i pycha — drwił Athos, kiedy wyrył swoją klątwę w skórze Hollanda. — Cechy, które trzeba wyplenić”.
I to właśnie robił. Łamał Hollandowi jedną kość po drugiej, każdego dnia, po kolei. Aż jedynym, czego antari chciał, bardziej niż możliwości uratowania własnego świata, bardziej niż sił do przywrócenia magii, bardziej niż czegokolwiek, było prag­nienie, żeby to się skończyło.
To było tchórzostwo, wiedział o tym, ale tchórzostwo przychodzi znacznie łatwiej niż nadzieja.
A w tamtej chwili w pobliżu mostu, kiedy Holland stracił czujność i pozwolił rozpieszczonemu młodemu księciu Kellowi wbić sobie w pierś metalową sztabę, pierwszą rzeczą, jaką poczuł — pierwszą, ostatnią i jedyną rzeczą, jaką poczuł — była ulga.
Że to się nareszcie skończyło.
Tylko że nic się wcale wtedy nie skończyło.
Trudno jest zabić antarich.
Kiedy się obudził, leżąc w martwym ogrodzie, w martwym mieście, w martwym świecie, pierwsze, co poczuł, to ból. Drugim uczuciem była wolność. Uścisk Athosa Dane’a zniknął, a on, Holland żył… był rozbity, lecz żywy.
I zdany na własne siły.
Uwięziony w zranionym ciele w świecie bez wyjścia, skazany na łaskę innego króla. Tym razem jednak miał wybór!
Szansę na naprawienie wszystkiego.
Na wpół martwy stanął przed onyksowym tronem, przemówił do króla wyrzeźbionego z kamienia i wymienił wolność na sposobność uratowania swojego Londynu, na możliwość ponownego zobaczenia swego miasta w stanie kwitnącym. Zawarł porozumienie, zapłacił własnym ciałem i duszą. A wraz z mocą króla-cienia w końcu wskrzesił magię i jego świat rozkwitł kolorem, nadzieja jego ludu na nowo się rozbudziła, jego miasto zostało odbudowane.
By je chronić, zrobił wszystko, co mógł, i oddał wszystko, co miał.
Ale to i tak nie było dość.
Nie dla króla-cienia, który zawsze chciał więcej, który codziennie rósł w siłę i łaknął chaosu, magii w jej najprawdziwszej formie, mocy bez kontroli.
Holland tracił kontrolę nad potworem w swojej skórze.
Zrobił więc jedną jedyną rzecz, jaką zrobić mógł.
Zaoferował Osaronowi inne ciało.
„Bardzo dobrze… — powiedział król, demon, bóg. — Ale jeśli ta osoba nie da się przekonać, zatrzymam twoje ciało na własność”.
I Holland wyraził na to zgodę — jak mógł się nie zgodzić?
Wszystko dla Londynu.
A Kell — samolubny, infantylny, uparty Kell, złamany, bezsilny i unieruchomiony przez ten przeklęty kołnierz — ciągle odmawiał.
Oczywiście, że odmawiał.
Oczywiście…
Wówczas król-cień uśmiechnął się ustami Hollanda, a on, Biały antari, walczył, wszystkimi siłami, które potrafił wezwać, ale niestety, umowa była umową, porozumienie zostało zawarte i Holland poczuł, że Osaron rzuca się w górę — jednym ostrym ruchem — on sam zaś został zepchnięty w dół, w ciemną otchłań własnego umysłu, wciśnięty pod nurt woli króla-cienia.
Bezradny, uwięziony w ciele, zgodnie z zawartą umową, niezdolny zrobić nic poza obserwowaniem, odczuwaniem i tonięciem.
— Holland!
Głos Kella załamał się, kiedy młody książę naparł zmaltretowanym ciałem na konstrukcję, w ten sam sposób, w jaki zrobił to Holland dawno temu, gdy po raz pierwszy związał go ze sobą Athos Dane.
Złamał go. Klatka odebrała Kellowi większą część posiadanej mocy; kołnierz wokół szyi odciął resztę. W oczach młodego księcia dostrzegł przerażenie i desperację, która go zaskoczyła.
— Holland, draniu, staw opór!
Holland spróbował, lecz jego ciało nie należało już do niego, a umysł, zmęczony umysł, opadał w dół, w dół, w dół…
„Poddaj się” — powiedział król-cień.
— Pokaż mi, że nie jesteś słaby! — Przeciskał się głos Kella. — Dowiedź, że nie jesteś ciągle tylko niewolnikiem czyjejś woli!
„Nie możesz ze mną walczyć”.
— Naprawdę przeszedłeś całą tę drogę z powrotem, żeby w ten sposób przegrać?
„Już zwyciężyłem”.
— Holland!
Holland nienawidził Kella, a w tym konkretnym momencie ta nienawiść niemal wystarczała, żeby podciągnąć go w górę, ale nawet gdyby chciał zareagować na przynętę ze strony drugiego antariego, Osaron pozostawał nieubłagany.
Holland usłyszał wtedy własny głos, lecz — naturalnie — nie był to jego głos. Pokrętna imitacja ze strony monstrum noszącego jego skórę. W ręku Hollanda była karmazynowa moneta, symbol innego Londynu, Londynu Kella, a Kell przeklinał i rzucał się w więzach, aż jego pierś falowała, a z nadgarstków ciekła krew.
Bezcelowe.
To wszystko było bezcelowe.
Po raz kolejny Holland stał się więźniem we własnym ciele.
— Po prostu zamieniłeś jednego pana na drugiego. — Głos Kella rozbrzmiał echem w ciemnościach.
Poruszali się teraz, Osaron kierował ciałem Hollanda. Drzwi zamknęły się za nimi, ale wołania Kella wciąż odbijały się od drewna, słowa rozpadały się w zniekształcone sylaby i zdławione okrzyki.
W korytarzu stała Ojka, ostrząc swoje noże. Podniosła głowę, ukazując półksiężycowatą bliznę na policzku i dwubarwne oczy — jedno żółte, drugie czarne. Antari stworzony ich rękoma — za sprawą ich miłosierdzia.
— Wasza Królewska Mość — powiedziała, prostując się.
Holland usiłował się zbuntować, usiłował przepchnąć własny głos przez ich — jego i potwora — wargi, ale kiedy się odezwał, padły słowa Osarona.
— Strzeż drzwi. Nie pozwól nikomu przejść.
Na czerwonych jak szrama ustach Ojki błysnął uśmiech.
— Jak sobie życzysz, panie.
Pałac rozmył się, a chwilę później znaleźli się na zewnątrz, mijając posągi bliźniaków Dane u podstawy schodów, poruszając się szybko pod sinawym niebem przez ogród otoczony obecnie drzewami zamiast ciał.
Co by się z tym stało bez Osarona i bez niego, Hollanda? Czy miasto dalej by rozkwitało? A może rozpadłoby się jak pozbawione życia ciało?
„Proszę — błagał cicho. — Ten świat mnie potrzebuje”.
„Ten świat nie ma sensu — powiedział Osaron głośno, a Holland poczuł napływ mdłości, ponieważ był w ich wspólnej głowie jedynie myślą, nie zaś słowem. — Jest już martwy — kontynuował król. — Zaczniemy od nowa. Znajdziemy świat wart naszego potencjału”.
Dotarli do muru ogrodowego i Osaron wyjął sztylet z pochwy przy ich pasie. Ukąszenie ciała przez stalowe ostrze było niczym, jak gdyby Holland został już odcięty od własnych zmysłów, zagrzebanych zbyt głęboko, by poczuł cokolwiek poza uściskiem Osarona. A jednak, kiedy palce króla-cienia pokryły się smugami krwi i podniosły monetę Kella do muru, Holland z trudem zawalczył po raz ostatni.
Nie był w stanie odzyskać swego ciała… jeszcze nie… nie całego ciała — ale być może całego nie potrzebował.
Jedna ręka. Pięć palców.
Wrzucił każdy gram siły, każdą krztynę woli w tę jedną kończynę i w połowie drogi do muru ręka się zatrzymała, zawisając w powietrzu.
Krew ściekała po nadgarstku Hollanda. Znał słowa niezbędne do zniszczenia ciała, do zmienienia go w lód, w popiół czy w kamień.
Musiał jedynie nakierować rękę ku własnej piersi.
Musiał jedynie nadać kształt magii…
Czuł, jak Osarona przepełnia irytacja. Irytacja, lecz nie wściekłość, jak gdyby ten ostatni zryw, ten wielki protest lekko go tylko zaswędział.
„Jakież to nudne”.
Holland ciągle walczył, zdołał nawet przesunąć rękę o centymetr czy dwa.
„Odpuść, Holland” — ostrzegła istota w jego głowie.
Antari wcisnął resztki siły woli w swoją rękę, przeciągając ją o kolejny centymetr.
Osaron westchnął.
„To nie musiało tak wyglądać”.
Wola Osarona uderzyła Hollanda jak obuchem. Jego ciało nie poruszyło się, lecz umysł trzasnął w tył, przygwożdżony miażdżącym bólem. Nie był to ból, który Holland wcześniej czuł setki razy, taki, o którym wiedział, że istnieje gdzieś poza nim, na zewnątrz, taki, przed którym potrafił uciec. Ten ból wrósł w jego serce. Rozpalał się, nagle i żywo, a każdy nerw parzył takim gorącem, że Holland krzyczał i krzyczał, i krzyczał we własnej głowie, aż wreszcie ciemność litościwie zamknęła się nad nim, wciągając go w dół.
I tym razem Holland nie starał się wynurzyć na powierzchnię.
Tym razem pozwolił swemu ciału zatonąć (...)

***
Ostateczna bitwa między światłem i ciemnością w spektakularnym finale bestsellerowej trylogii, zaliczanej do najlepszych dzieł fantasy ostatniej dekady.

Ciemność przypuszcza atak na kolejny ze światów, tym razem ten najjaśniejszy z nich – pulsujący od magii Czerwony Londyn, szczęśliwe królestwo rządzone przez wspaniałych Mareshów, niszcząc i tak delikatną równowagę sił, która dotąd istniała w czterech Londynach.

Po tragedii Kell – uważany za ostatniego żyjącego antariego – musi dokonać licznych wyborów i podjąć ważne decyzje: komu pomagać, wobec kogo zachować lojalność, przed kim się ugiąć. Lila Bard – do niedawna uważana za zwyczajną (choć nigdy przeciętną) dziewczynę z Szarego Londynu – przetrwała i rozkwitła dzięki serii magicznych prób. Teraz jednak musi nauczyć się kontrolować świeżo odkryte zdolności – zanim magia całkowicie ją przytłoczy.

Starożytny wróg powraca i wyciąga ręce po kwitnące miasto, a upadły bohater stara się ocalić własne, z pozoru martwe królestwo. Zhańbiony kapitan Alucard Emery z „Nocnej Iglicy” musi więc zebrać załogę i wyruszyć na poszukiwanie ratunku, który wydaje się niemożliwy. Rozpoczyna się walka nie tylko z zewnętrznym nieprzyjacielem, lecz także z własnym, opętanym ludem…

Najlepsza powieść 2017 roku wg „Kirkus Reviews”.

„Bezbłędna proza... Słodko-gorzkie wnioski pasują do tej fantastycznej, obfitującej w emocje serii, która na nowo definiuje gatunek nazywany epopeją”.
– Publishers Weekly

„Rozpaczliwe gambity, bitwy toczone przy udziale magii i całkowite poświęcenie dla idei zmieniają tę powieść w lekturę naprawdę ekscytującą, aż do końca trzymającą w niepewności”.
– Kirkus Reviews

„Przepełniona niezwykłymi wydarzeniami i emocjami powieść o trudnościach i ich przełamywaniu, o bolesnej miłości i gniewie, i o polityce, która wydaje się tak bliska”.
– NPR

Cykl: Odcienie magii (tom 3)









Zgromadzenie cieni - Victoria Schwab

Zgromadzenie cieni - Victoria Schwab

Inna, niż cześć pierwsza, ale czy gorsza?
Nie.

Mniej mroczna, więcej magiczna i bardziej... rozrywkowa:)
Ale końcówka... WOW!

Teraz tylko czekać wieki na część trzecią...
POLECAM całą serię!

MOJA OCENA: 8/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Morze Arnezyjskie

Delilah Bard ciągle pakowała się w kłopoty.
Zawsze myślała, że ten sposób jest lepszy niż czekanie, aż kłopoty same ją znajdą, chociaż dziś, dryfując pośrodku oceanu w małej dwuosobowej łódce bez wioseł, bez widoku lądu i ze sznurami więżącymi jej nadgarstki, zaczynała zmieniać zdanie.
Noc była bezksiężycowa, morze i niebo ze wszystkich stron odbijały gwiaździstą ciemność; różnicę pomiędzy górą a dołem na dobrą sprawę wyznaczało jedynie falowanie wody pod kołyszącą się łodzią.
Zazwyczaj w takim nieskończonym otoczeniu Lila czuła się jak w centrum wszechświata. Ale tej nocy, unosząc się na falach, miała ochotę wrzeszczeć.
Patrzyła jednak tylko spod na wpół przymkniętych powiek na migoczące w oddali światła, których czerwonawy odcień odróżniał latarnie statku od poświaty gwiazd. Obserwowała, jak statek — jej statek — powoli, lecz zdecydowanie odpływa.
Ogarnęła ją panika, ale nie zamierzała się jej poddać.
„Jestem Delilah Bard — myślała, kiedy sznury wbijały jej się w skórę. — Jestem złodziejką, podróżniczką i piratem. Weszłam w trzy różne światy i przeżyłam. Przelewałam krew królów i trzymałam w rękach magiczne przedmioty. A łajba pełna mężczyzn nie potrafi dokonać tego, co ja. Nie potrzebuję żadnego z was”.
„Cholera, jestem jedyna w swoim rodzaju!”
Czując się dostatecznie wzmocniona tą myślą, odwróciła się plecami do statku i zapatrzyła w rozciągającą się przed nią noc.
„Mogło być gorzej” — rozumowała, tuż przed tym, nim poczuła, jak zimna woda obmywa jej botki. Spojrzała w dół i zobaczyła, że w dnie łodzi jest dziura. Otwór był pozornie nieduży, ale jego rozmiar stanowił niewielką pociechę; przez mały otwór woda może zatopić łódkę tak samo skutecznie, tyle że nie tak szybko.
Lila jęknęła i zerknęła na szorstki sznur zaciśnięty mocno na przegubach jej dłoni, po dwakroć wdzięczna, że te łotry pozostawiły jej wolne nogi, nawet jeśli jej ruchy ograniczała okropna... sukienka. Cienkie zielone paskudztwo z pełną spódnicą, zbyt dużą ilością jedwabnej koronki i talią tak obcisłą, że ledwie mogła oddychać, myśląc: „Dlaczego, na litość boską, kobiety to sobie robią?!”.
Woda w łódce podniosła się nieco wyżej i Lila postanowiła się skoncentrować na problemie. Zrobiła wdech, na tyle, na ile pozwalał strój, i szczegółowo rozważyła swój mizerny, szybko nasiąkający wodą stan posiadania: jedna beczka piwa ale (prezent pożegnalny), trzy noże (wszystkie ukryte), pół tuzina flar (zostawionych przez mężczyzn, którzy wysłali ją na ocean w tej łódce), wyżej wspomniana sukienka (niech ją szlag) oraz zawartość jej spódnic i kieszeni (przedmioty niezbędne, jeśli miała przetrwać).
Wzięła jedną z flar — przedmiotów podobnych do fajerwerków, które, potarte o dowolną powierzchnię, wyzwalały strumień barwnego światła. Nie eksplozję koloru, ale jednolity snop, na tyle silny, że ciął ciemność jak nóż. Każda flara powinna się spalać przez kwadrans, a ich różne kolory określał na otwartej wodzie stosowny kodeks: żółte dla tonącego statku, zielone dla choroby na pokładzie, białe dla wszelakiego niebezpieczeństwa i czerwone na okoliczność ataku piratów.

Na pokładzie były flary w każdym kolorze i Lila przez chwilę przesuwała po nich palcami, rozważając dostępne opcje. Przez moment obserwowała podnoszącą się wodę, po czym zdecydowała się na flarę żółtą, wzięła ją w obie ręce i potarła o burtę małej łodzi.
Rozbłysło światło, gwałtowne i oślepiające, rozdzierające świat na dwoje — na złocistą biel flary i gęstą czarną nicość wokół niej. Lila przez dłuższą chwilę przeklinała, mrugając, by przegonić wywołane blaskiem łzy, a flarę trzymała wysoko, z dala od twarzy. Później zaczęła odliczać. Akurat kiedy oczy w końcu przyzwyczaiły się do jasności, flara osłabła, zamigotała i zgasła. Lila zlustrowała horyzont, szukając jakiegoś okrętu, żadnego jednak nie było, a poziom wody w łodzi nadal wolno, lecz nieubłaganie podnosił się po cholewce jej buta. Wzięła drugą flarę — białą, na oznaczenie niebezpieczeństwa — i przesunęła nią po drewnie, równocześnie osłaniając sobie oczy. Potem odliczała upływające minuty, wpatrując się w noc za łodzią i szukając oznak życia.
— No przypłyń — szeptała. — Chodź tutaj, chodź tutaj, chodź... — Słowa utonęły w syku gasnącej flary i znów zapadła ciemność.

Lila zacisnęła zęby.
Po poziomie wody w małej łodzi oceniała, że ma jedynie kwadrans (czyli czas użytkowania jednej flary), zanim naprawdę będzie jej groziło zatonięcie.
Wtedy coś przesunęło się wzdłuż drewnianej burty łódki. Coś z zębami.
„Jeśli istnieje jakiś bóg — pomyślała — jakaś niebiańska istota, jakaś boska moc czy ktokolwiek nad nami. lub pod nami. ktoś, kto może po prostu chciałby, żebym przeżyła kolejny dzień, z litości albo dla rozrywki, teraz jest dobry moment na interwencję”.
Z tą myślą uniosła czerwoną flarę — tę, która oznaczała atak piratów — i zapaliła ją, zalewając noc wokół siebie upiornym szkarłatnym światłem. Na sekundę przypomniała sobie rzekę Isle w Londynie. Nie w jej Londynie (jeśli tamto posępne miasto mogła kiedykolwiek nazwać własnym) ani w przerażająco wyblakłym Białym, skąd pochodzili Athos i Astrid oraz Holland, ale w jego Londynie. Londynie Kella.
Kell niczym ta flara mignął w jej wspomnieniach — kasztanowe włosy, nieustanna marsowa zmarszczka między brwiami, jedno oko niebieskie, jedno czarne. Antari. Mag. Chłopiec. Książę.
Wpatrywała się w czerwone światło flary, aż wyimaginowany obrazek zniknął. Miała teraz pilniejsze problemy. Woda się podnosiła. Flara gasła. Jakieś cienie przesuwały się obok łodzi.
Dokładnie w chwili, kiedy czerwone światło „pirackiej” flary zaczęło się wyczerpywać, Lila zobaczyła wyczekiwany statek.
Najpierw był prawie niewidoczny — ledwie pasemko mgły na powierzchni morza — szybko jednak mgła przybrała zarys fantomowego okrętu. Wypolerowany do połysku czarny kadłub i lśniące czarne żagle niemal się nie wyróżniały na tle nocy, latarnie na pokładzie były zaś tak niewielkie i przyćmione, że można by je pomylić z blaskiem gwiazd. Dopiero kiedy zbliżył się na tyle, że zamierające światło flary zatańczyło na jego ciemnych powierzchniach, okręt nabrał kształtów. A wtedy niemal już dotykał małej łodzi.
W gasnącym błysku Lila dostrzegła nazwę wymalowaną na kadłubie połyskliwą farbą. Is Ranes Gast.

„Miedziany Złodziej”.

Ze zdumienia i ulgi aż szerzej otworzyła oczy. Uśmiechnęła się nieznacznym, sekretnym uśmieszkiem, a później przybrała stosowniejszą minę — coś pomiędzy wdzięcznością a błaganiem, z odrobiną ostrożnej nadziei.
Flara zamigotała i zupełnie zgasła, ale okręt znajdował się na tyle blisko, że widać już było twarze mężczyzn pochylających się nad barierką.
—    Tosa! — zawołała Lila po arnezyjsku, wstając tak, by nie rozkołysać małej tonącej łódki.
„Pomocy”. Rzadko dopuszczała do głosu własną bezbronność, ale ze wszystkich sił starała się udawać bezradną istotę teraz, kiedy mężczyźni patrzyli z góry na nią, uwięzioną na niewielkiej, wypełnionej wodą przestrzeni, w przemoczonej zielonej sukience i ze związanymi nadgarstkami. Poczuła się niedorzecznie.
—    Kers la? — spytał jeden z marynarzy, zwracając się bardziej do pozostałych niż do Lili. „A cóż to takiego?”
—    Podarek? — spytał drugi.
—    Trzeba się będzie podzielić — wymamrotał trzeci.
Kilku innych wygłosiło nieco mniej przyjemne uwagi i Lila napięła mięśnie, równocześnie zadowolona, że marynarze mówią oceanicznym slangiem i z akcentem, który uniemożliwiał jej wychwycenie wszystkich słów, nawet gdyby znała ich znaczenie.
—    Co robisz tam, na dole? — spytał jeden z nich, mężczyzna o skórze tak ciemnej, że jego sylwetka niemal zlewała się z nocą.
Jej arnezyjski wciąż był daleki od doskonałości, ale cztery miesiące na morzu, w otoczeniu ludzi, którzy nie mówili po angielsku, bez wątpienia go poprawiły.

—    Sensan — odpowiedziała. „Tonę”, co wywołało śmiech wśród członków gromadzącej się załogi. Wyraźnie jednak nie śpieszyli się z wciągnięciem jej na pokład. Podniosła ręce, pokazując im sznur. — Chętnie skorzystam z pomocy — pokład. Podniosła ręce, pokazując im sznur. — Chętnie skorzystam z pomocy — wyrecytowała powoli wyuczoną formułę.
—    Właśnie widzę — odparł pierwszy mężczyzna.
—    Kto wyrzuca takie ślicznotki? — dorzucił drugi.
—    Może całkiem ją wykorzystali.
—    Nie!
—    Ejże, dziewczyno! Jesteś cała czy nieco naruszona?
—    Lepiej sprawdźmy!
—    Co to za krzyki? — zagrzmiał czyjś głos i chwilę później przy burcie okrętu pojawił się chorobliwie chudy mężczyzna o głęboko osadzonych oczach i rzedniejących czarnych włosach. Przez szacunek dla niego marynarze się wycofali, on zaś zacisnął ręce na drewnianej barierce i popatrzył na Lilę. Otaksował spojrzeniem ją, jej sukienkę, sznur, beczkę i łódź.
Kapitan, bez dwóch zdań.
—    Wyraźnie masz kłopoty — zawołał do niej. Nie wysilał głosu, lecz ten i tak się niósł, a arnezyjski akcent mężczyzny był lekki, lecz niewątpliwy.
—    Cóż za spostrzegawczość — odkrzyknęła, zanim zdążyła się zastanowić. Bezczelność stanowiła ryzyko, lecz Lila bez względu na sytuację zawsze świetnie potrafiła odczytywać sygnały. I rzeczywiście, chudzielec się uśmiechnął. — Mój statek przejęto — kontynuowała — a mój nowy nie przetrwa długo, jak widzisz...
Przerwał jej.
—    Może łatwiej będzie rozmawiać, jeśli wejdziesz tutaj, na górę?
Lila z ulgą pokiwała głową. Zaczynała się obawiać, że odpłyną i zostawią ją tutaj, żeby się utopiła. Co, sądząc po sprośnych słowach i lubieżnych spojrzeniach członków załogi, może byłoby faktycznie lepszą opcją; chociaż nie, tu, na dole, Lili nie czekało nic, a tam, na górze, miała przynajmniej szansę.
Ktoś przerzucił przez burtę linę, której obciążony koniec wylądował w podnoszącej się wodzie obok jej stóp. Lila złapała linę i użyła jej do przyciągnięcia swojej łódki do burty okrętu, gdzie opuszczono drabinkę, zanim jednak zdążyła się na nią wspiąć, dwaj mężczyźni zeszli i wskoczyli do łódki, co spowodowało, że ta zaczęła tonąć znacznie szybciej. Żaden z nich nie wydawał się tym faktem zaniepokojony. Jeden wziął beczkę z piwem, a drugi — ku wielkiej konsternacji Lili — zajął się nią. Przerzucił ją sobie przez ramię i musiała się mocno powstrzymywać — a przecież nigdy nie cechowała się szczególnym opanowaniem — żeby nie wbić mu noża w plecy, zwłaszcza gdy jego ręce zawędrowały pod jej spódnicę i sunęły w górę.
Zamiast tego wbiła więc sobie paznokcie w dłonie i do czasu, aż mężczyzna postawił ją w końcu na pokładzie okrętu obok czekającej beczki („Cięższa, niż na to wygląda — wymamrotał — i tylko w połowie tak delikatna. ”), zrobiła sobie w skórze osiem małych półksiężyców.
—    Łajdak — warknęła pod nosem po angielsku. Mężczyzna puścił do niej oko i mruknął coś o delikatności, tam gdzie potrzeba, a Lila w myślach poprzysięgła, że go zabije. Powoli.
A potem się wyprostowała i zobaczyła, że stoi w kręgu ma-rynarzy.
Nie, nie marynarzy, oczywiście.

Piratów!

Brudni, spłowiali od morskiej soli i słońca, o pociemniałej skórze, w wyblakłych ubraniach, a każdy z wizerunkiem noża wytatuowanym na szyi. Znak piratów „Miedzianego Złodzieja”. Lila naliczyła wokół siebie siedmiu, pięciu zajmowało się olinowaniem i żaglami, poza tym zakładała, że kilku przebywa pod pokładem. Osiemnastu? Około dwudziestu.
Chudy jak szczapa mężczyzna wyszedł z kręgu i zrobił krok do przodu.
—    Solase — powiedział, rozkładając ręce. — Chociaż moi ludzie mają sporo odwagi, brakuje im manier. — Wyciągnął ręce ku jej ramionom w zielonej sukience. Pod paznokciami miał krew. — Trzęsiesz się.
—    Miałam kiepską noc — odrzekła, a obserwując szorstkich członków załogi, żywiła nadzieję, że sytuacja się jeszcze bardziej nie pogorszy.
Chudzielec uśmiechnął się, szczerząc, co zadziwiające, pełen komplet zębów.
—    Anesh — zauważył — ale teraz jesteś w lepszych rękach.
Sporo słyszała o załodze „Miedzianego Złodzieja”, więc podejrzewała, że nie jest
to prawda, udawała jednak niczego nieświadomą.
—    Czyje to miałyby być ręce? — spytała, kiedy chudy jak szkielet osobnik chwycił jej palce, uniósł dłoń i przycisnął popękane wargi do jej kłykci, ignorując szczelnie zaciśnięty wokół jej przegubów sznur.
—    Baliz Kasnov — przedstawił się. — Znamienity kapitan „Miedzianego Złodzieja”.
Idealnie. Kasnov był legendarną postacią na Morzu Arnezyjskim. Załogę miał małą, ale złożoną z ludzi bystrych, słynących z upodobania do wślizgiwania się na pokłady statków, podcinania gardeł w najciemniejszych godzinach przed świtem, wymykania się z ładunkiem i pozostawiania za sobą trupów, by sczezły. Może wyglądał na półżywego z głodu, ale był łasy na skarby, szczególnie na towary konsumpcyjne, a Lila wiedziała, że „Miedziany Złodziej” żegluje w stronę Sol, miasta na północnym wybrzeżu, w nadziei na wciągnięcie w zasadzkę jakiś szczególnie duży transport przednich trunków.
—    Baliz Kasnov — powtórzyła, wymawiając imię i nazwisko w taki sposób, jakby nigdy przedtem go nie słyszała.
—    A ty? — spytał.
—    Delilah Bard — odparła. — Poprzednio ze „Złotej Rybki”.
—    Poprzednio? — naciskał, podczas gdy jego ludzie, najwyraźniej znudzeni faktem, że dziewczyna nadal jest w pełni ubrana, zaczęli dobierać się do beczki z piwem. — No cóż, panno Bard — powiedział, otaczając jej ramiona jednoznacznym gestem. — Może opowiesz mi, jak się znalazłaś w tej małej łódce? Morze nie jest miejscem dla takich przyzwoitych młodych dam jak ty.
—    Vaskens — wyznała. „Piraci”. Jak gdyby nie miała pojęcia, że słowo to doskonale pasuje do jej obecnych towarzyszy. — Ukradli mój statek. To był prezent od mojego ojca z okazji ślubu. Mieliśmy popłynąć do Faro... Wyruszyliśmy dwie noce temu... Ale tamci pojawili się znikąd, wtargnęli na „Złotą Rybkę”. — Wcześ-niej przećwiczyła całą tę przemowę, nie tylko słowa, lecz także pauzy. — I. zabili mojego męża. Mojego kapitana. Wybili większość mojej załogi. — Tutaj Lila pozwoliła sobie na zdanie po angielsku: — To się wydarzyło tak szybko.
Speszyła się, jakby zdanie wymsknęło się jej niechcący.
Ale przyciągnęła uwagę kapitana, który dał się złapać niczym ryba na haczyk.
—    Skąd jesteś?
—    Z Londynu — odparła, starając się mówić z wyraźnym akcentem. Przez grupę przeszedł pomruk. Lila kontynuowała, zdecydowana dokończyć swoją historię: — „Rybka” to mały statek — wyjaśniała — ale drogocenny. Po brzegi załadowany zapasami na miesiąc. Jedzenie, napitki. pieniądze. Jak wspomniałam, to był prezent. A teraz zniknął.
Ale nie na zawsze, co to, to nie. Lila zerknęła ponad relingiem. Jej statek był plamą na dalekim horyzoncie. Już się nie oddalał, raczej zdawał się czekać. Piraci podążyli za jej spojrzeniem głodnym wzrokiem.
—    Ilu ludzi? — spytał Kasnov.
—    Dostatecznie dużo — odparła. — Siedmiu? Ośmiu?
Piraci uśmiechnęli się łakomie, a ona wiedziała, co sobie myślą. Było ich dwukrotnie więcej i mieli okręt, który skrywał się w ciemności jak cień. Gdyby mogli schwytać ten umykający łup... Wyczuwała, że Baliz Kasnov przypatruje się jej głęboko osadzonymi oczyma. Spojrzała na niego i przez głowę przeszła jej myśl, czy on nie potrafi przypadkiem uprawiać magii. Większość statków można było ochronić przy użyciu kilku zaklęć — zapewniających bezpieczeństwo i komfort ludziom — ale z zaskoczeniem odkryła, że większość mężczyzn, których spotkała na morzu, miało niewielki talent do magii żywiołów. Alucard powiedział jej, że biegłość w czynieniu czarów jest umiejętnością niezwykle cenną i że ci najbardziej utalentowani wybierają zazwyczaj jakąś działalność zarobkową na lądzie. Magowie na morzu niemal zawsze skupiali się na żywiołach z nim związanych — wodzie i powietrzu — lecz tylko nieliczni potrafili odwrócić bieg rzeczy, a w końcu większość i tak wybierała dobrą, staroświecką stal. Co Lila oczywiście potrafiła docenić, skoro nawet obecnie miała przy sobie kilka ukrytych ostrzy.
—    Dlaczego cię oszczędzili? — spytał Kasnov.
—    A oszczędzili? — sprzeciwiła się.
Kapitan oblizał wargi. Wiedziała, że już postanowił, co zrobi z jej statkiem, teraz zaś decydował, co zrobić z nią. Załoga „Miedzianego Złodzieja” nie słynęła z miłosierdzia.
—    Baliz. — odezwał się jeden z piratów, mężczyzna o skórze ciemniejszej niż pozostali. Ścisnął ramię kapitana i wyszeptał mu coś do ucha. Do Lili dotarło jedynie kilka z wymamrotanych słów. „Londyńczycy”. „Bogata”. I „okup”.
Usta Kasnova rozciągnęły się w leniwym uśmiechu.
—    Anesh — powiedział, kiwając głową. A później rzucił do całej załogi: — Żagle na maszt! Kurs na południowy zachód! Mamy do złowienia złotą rybkę.
Mężczyźni zagrzmieli z aprobatą.
—    Moja pani — przemówił, prowadząc Lilę ku schodom. — Za tobą ciężka noc. Pozwól, że ci pokażę moją kajutę, gdzie na pewno będzie ci wygodniej.
Kiedy kapitan wiódł ją pod pokład, usłyszała za sobą odgłos otwieranej beczki
i nalewanego piwa i szeroko się uśmiechnęła.
* * *
Kasnov, dzięki Bogu, nie ociągał się z wyjściem.
Zostawił ją w swoich kwaterach ze sznurem wciąż na nadgarstkach i ulotnił się, zamykając za sobą drzwi na klucz. Po drodze Lila z ulgą naliczyła pod pokładem tylko trzech mężczyzn. Oznaczało to piętnastu na całym okręcie.
Przysiadła na krawędzi kapitańskiej koi i policzyła do dziesięciu, do dwudziestu, do trzydziestu, podczas gdy nad głową nadal słyszała kroki, a „Miedziany Złodziej” skręcił w stronę jej uciekającego statku. Ci tutaj nawet się nie potrudzili, żeby poszukać u niej broni, co uznała za nieco aroganckie, gdy wydobyła ostrze ze swojego botka, po czym jednym wprawnym ruchem obróciła je w palcach i przecięła sznur. Upadł na podłogę, ona zaś pocierała przeguby dłoni, nucąc pod nosem szantę o Sarows, zjawie, która rzekomo nawiedza w nocy zbłąkane statki.

Skąd możesz wiedzieć, kiedy Sarows nadchodzi?(Idzie, idzie, idzie po pokładzie?).

Ujęła stan swojej sukienki w obie ręce i szarpnęła, oddzierając spódnicę, pod którą miała obcisłe czarne spodnie (nad każdym kolanem widniała przypięta pochewka z nożem), wciśnięte w botki. Chwyciła ponownie ostrze i wsunęła je w gorset na plecach, przecinając wstążki, dzięki czemu znów mogła oddychać.

Kiedy wiatr zamiera, lecz jeszcze śpiewa ci w uszach, (W uszach, w głowie, we krwi, w kościach).

Rzuciła zieloną spódnicę na koję i rozcięła ją od rąbka po wystrzępiony pas. Tam, w koronce, ukryła pół tuzina cienkich patyczków, które miały uchodzić za fiszbiny, a wyglądały bardziej jak flary, lecz nie były ani jednymi, ani drugimi. Wsunęła ostrze z powrotem do wysokiego buta i wyjęła patyczki.

Kiedy prąd jest słaby i statek dryfuje,(Dryfuje, odpływa, odpływa samotnie).

Nad głową usłyszała głuchy odgłos, jakby upadło coś ciężkiego. A potem drugi i kolejny, gdy zaczęło działać wypite piwo. Podniosła kawałek czarnej tkaniny, potarła z jednego boku węglem drzewnym i zawiązała ją sobie na twarzy.
Kiedy księżyc i gwiazdy skryją się przed ciemnością,

(Ponieważ ciemność wcale nie jest pusta).(Nie jest pusta nic a nic).

Ostatnią rzeczą, jaką wyjęła z fałd zielonej spódnicy, była maska. Czarna, skórzana, zakrywająca całą twarz, prosta, poza rogami wykręcającymi się nad czołem z dziwną i przerażającą gracją. Lila przyłożyła maskę do nosa i zawiązała ją.

Skąd możesz wiedzieć, kiedy Sarows nadchodzi?(Idzie, idzie, idzie po pokładzie?).

W narożniku kapitańskiej kajuty stało oparte o ścianę zwierciadło, ze starości na wpół przesrebrzone, i Lila dostrzegła w nim swoje odbicie, gdy na schodach rozległy się odgłosy kroków.

Dlaczego ty nie, ty nie, ty nie zobaczysz jej nadejścia,(Wcale nie zobaczysz, jak nadchodzi).

Uśmiechnęła się pod maską. A potem się odwróciła i przycisnęła plecami do ściany. Potarła patyczek o drewno, podobnie jak wcześniej flary, lecz w przeciwieństwie do flar patyczek się nie rozświetlił, pojawiły się za to kłęby bladego dymu.
W następnej minucie drzwi kapitańskiej kajuty gwałtownie się otworzyły, ale piraci byli zbyt wolni. Lila rzuciła świecę dymną na środek pokoju i usłyszała, że mężczyźni potykają się i kaszlą, po czym... dym ich po prostu powalił.
„Dwóch z głowy” — pomyślała, przestępując nad ciałami.
„Trzynastu do pokonania”.
(...)
***
Upłynęły cztery miesiące, odkąd w ręce Kella wpadł czarny kamień. Cztery miesiące, odkąd przecięły się ścieżki antariego i dziewczyny z Szarego Londynu, Delilah Bard. Cztery miesiące, odkąd książę Rhy został ranny, Kell i Lila pokonali rządzące Białym Londynem bliźniaki Dane, a kamień wraz z umierającym Hollandem wrzucili w otchłań Londynu Czarnego.

Pod wieloma względami sytuacja prawie wróciła do normalności, chociaż... Rhy spoważniał, a Kella dręczą wyrzuty sumienia. Antari nie przemyca już przedmiotów między światami – jest nerwowy, nawiedzany przez sny z udziałem złowieszczej magii, skupiony na myślach o Lili, która zniknęła mu z oczu w porcie, tak jak zawsze tego pragnęła. 

Tymczasem w Czerwonym Londynie trwają przygotowania do Igrzysk Żywiołów, spektakularnego i kosztownego międzynarodowego turnieju – mającego na celu rozrywkę i zachowanie dobrych stosunków z sąsiednimi mocarstwami. Na zawody przybędzie wielu gości, a wśród nich starzy przyjaciele na pewnym statku pirackim. 

Jednakże, podczas gdy wszyscy w Czerwonym Londynie skupiają się na czekających ich emocjach sportowych i towarzyszących igrzyskom przyjęciach, w innym Londynie rozkwita życie, a ci, którzy mieli rzekomo odejść na zawsze, powracają. Jak cień, który znika w nocy, lecz pojawia się znów kolejnego dnia, tak odżywać zdaje się Czarny Londyn. Tyle że magia wymaga równowagi, więc by odrodził się Czarny Londyn, inne miasto musi upaść...
Cykl: Odcienie magii (tom 2)

Mroczniejszy odcień magii - Victoria Schwab

Mroczniejszy odcień magii - Victoria Schwab

Pomimo trudnego i zniechęcającego (dla mnie) początku, cieszę się, że wytrwałam:)

Rewelacyjna i nietypowa opowieść fantasy z bardzo oryginalnym wątkiem, ale pełna magii!
Mało jest świetnych serii fantasy, ale ta do nich zdecydowanie należy!

POLECAM - nie można jej ominąć:)

MOJA OCENA: 8/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!

— Kamień pochodzi z miasta znanego jako Czarny Londyn.
— Wspomniałeś o innych Londynach — zadumała się, jak gdyby koncept wydał jej się ciekawy i zupełnie prawdopodobny. Nie peszyła się łatwo. — Ile ich jest?

Kell przeczesał palcami kasztanowe włosy. Sterczały pod dziwnymi kątami, ponieważ zmokły na deszczu i wyschły podczas snu.
— Istnieją cztery światy — odparł. — Myśl o nich jako o różnych domach zbudowanych na tym samym fundamencie. Mają ze sobą niewiele wspólnego oprócz położenia i faktu, że każda wersja miasta leży nad tą samą rzeką w tym samym wyspiarskim państwie i w każdym świecie to miasto nazywa się Londyn.
— To musi być dezorientujące.
— Tak naprawdę nie jest, jeśli mieszkasz tylko w jednym z nich i nigdy nie musisz myśleć o innych. Ale ponieważ ja przemieszczam się pomiędzy światami, używam kolorów, aby je rozróżnić. W Szarym Londynie mieszkasz ty. Czerwony jest mój. Biały jest Hollanda. A Czarny nie należy do nikogo.
— A dlaczego tak jest?
— Ponieważ to miasto upadło — odparł, pocierając kark w miejscu, gdzie wisiał zerwany przez Hollanda sznur. — Pogrążyło się w mroku. Jeśli chodzi o magię, Lila, powinnaś przede wszystkim zrozumieć, że ona nie jest martwa. Jest żywa. Żyje w innym sensie niż ja czy ty, ale nadal bardzo mocno żyje.
— Czy dlatego magia się rozgniewała, kiedy spróbowałam się jej pozbyć? — spytała dziewczyna.
Kell zmarszczył czoło. Nigdy wcześniej nie widział magii aż tak żywej.
— Jeszcze trzy stulecia temu — odrzekł powoli, dokonując obliczeń (miał wrażenie, że było to dawniej, ponieważ tak długo okres ten nazywano po prostu „przeszłością”) — te cztery światy były ze sobą splecione. Magia i ci, którzy się nią posługiwali, mogli stosunkowo łatwo przechodzić między tymi światami przez któreś z licznych źródeł.
— Źródeł?
— Złóż ogromnej naturalnej mocy — wyjaśnił. — Niektóre były małe i dyskretne, na przykład zagajnik na Dalekim Wschodzie czy wąwóz na kontynencie europejskim, inne zaś — bardzo rozległe, jak twoja Tamiza.
— Tamiza? — spytała Lila z drwiącym prychnięciem. — Jako źródło magii?
— Może największe na świecie — odparł poważnie Kell. — Tutaj może nie wygląda jakoś szczególnie, ale gdybyś mogła ją zobaczyć taką, jaka płynie w moim Londynie… — Zawiesił głos. — Jak już wspomniałem, drzwi łączące światy były otwarte i ludzie mogli swobodnie podróżować pomiędzy czterema Londynami. Ale nawet mimo stałej wymiany mieszkańców miasta nie były zupełnie równe, jeśli chodzi o moc. Jeżeli prawdziwa magia była ogniem, najbliższy ideałowi był Czarny Londyn. — Zgodnie z tym wywodem drugie miejsce pod względem mocy zajmował Biały Londyn i Kell wiedział, że niegdyś tak być musiało, chociaż teraz nie mógł sobie tego wyobrazić. — Wierzono wówczas, że moc płynie tam nie tylko silnym strumieniem we krwi, lecz także tętni we wszystkim niczym druga dusza. Aż w pewnym momencie stała się zbyt silna i pokonała swojego „gospodarza”. Świat cechuje się równowagą — ciągnął — ludzkość po jednej stronie, magia po drugiej. Współistnieją one we wszystkim, co żywe, a w świecie idealnym utrzymują pewien rodzaj harmonii, w której jedno nigdy nie osiąga przewagi nad drugim. Ale większość światów nie jest idealna. W Szarym Londynie, czyli twoim, ludzkość się wzmocniła, a magia osłabła, natomiast w Czarnym Londynie — przeciwnie. Tamtejsi ludzie nie tylko mieli magię w swoich ciałach, lecz pozwalali jej także wejść we własne umysły, a wtedy ona uczyniła z nich swoich niewolników, karmiąc się ich ciałami i podsycając swą moc. Ludzie stali się naczyniami, kanałami do wykonywania jej woli i dzięki nim magia urzeczywistniała swoje zachcianki, zacierając granice, niszcząc je, tworząc, co chciała, a uszkadzając i unicestwiając wszystko inne.

Lila chodziła po pokoju, nic nie mówiąc, tylko słuchając.

— Ta zła moc magii roznosiła się jak zaraza — kontynuował Kell — więc pozostałe trzy światy odcięły się i szczelnie zamknęły drzwi do innych miejsc, by zapobiec rozprzestrzenianiu się plagi. — Nie powiedział, że to właśnie Czerwony Londyn zamknął dostęp, zmuszając inne miasta do pójścia w swoje ślady. Nie wyznał też, że Biały Londyn utknął z tego powodu pomiędzy zamkniętymi przez Czerwony drzwiami a szalejącą magią Czarnego Londynu. Nie powiedział, że świat schwytany w pułapkę musiał samotnie walczyć z mrokiem. — Gdy moc źródeł ograniczono, a drzwi zamknięto, pozostałe trzy miasta zostały odizolowane i zaczęły się rozwijać odmiennie, aż każde stało się takie, jakim jest dziś. Ale tego, co stało się z Czarnym Londynem i resztą jego świata, możemy się tak naprawdę jedynie domyślać. Magia potrzebuje żywego gospodarza i może się dobrze rozwijać tylko wówczas, kiedy wokół także kwitnie życie, dlatego większość osób przypuszcza, że zaraza zebrała obfite żniwo, pozostawiając po sobie zgliszcza. Ale nikt nic nie wie na pewno. 
Z czasem Czarny Londyn stał się legendą. Historią o duchach. Baśnią. Opowiadaną tak wiele razy, że niektórzy nawet nie uważają go za realnie istniejące miejsce.
— Ale ten kamień…? — podsunęła Lila, ciągle spacerując po pokoju.
— Ten kamień nie powinien istnieć — odparł Kell. — Kiedy drzwi zostały zamknięte, wszystkie relikty z Czarnego Londynu wytropiono i dla pewności zniszczono.
— Najwyraźniej nie wszystkie — wytknęła mu Lila.
Kell potrząsnął głową.
— Biały Londyn podobno zabrał się za to zadanie z jeszcze większym zapałem niż moje miasto. Musisz zrozumieć, mieszkańcy Białego bali się, że drzwi nie wytrzymają, że magia się przedrze i ich zniszczy. Rozpoczęli więc czystkę, która nie ograniczyła się jedynie do przedmiotów i artefaktów. Podcięli też gardło każdej osobie, którą choćby podejrzewali o posiadanie reliktów, a nawet o jakikolwiek kontakt z zepsutą magią Czarnego Londynu. — Podniósł palce do czarnego oka. — Mówi się, że niektórzy uważali za symbol złej magii również nasz znak i wywlekali antarich nocą z ich domów. W ten sposób wymordowali całe pokolenie takich jak ja i zbyt późno zrozumieli, że bez powszechnie dostępnych drzwi tylko ci magowie mogliby im zapewnić łączność między światami. — Opuścił rękę. — Ale tak, masz rację, najwyraźniej nie wszystkie przedmioty zniszczono. — Zastanowił się, czy właśnie w tym celu kamień nie został rozłupany, czy ktoś nie próbował go zniszczyć, nie udało mu się, więc go gdzieś zakopał, a później ktoś inny odkryłtalizman i wydobył na światło dzienne… — Ten kamień nie powinien istnieć i nie wolno pozwolić mu przetrwać. Jest…
Lila zatrzymała się.
— Zły?
Kell potrząsnął głową.
— Nie — powiedział. — Jest vitari. W pewnym sensie, przypuszczam, jest czysty. Ale to czysty potencjał, czysta moc, czysta magia.
— I ani trochę człowieczeństwa — powiedziała Lila. — Żadnej harmonii.
Kell skinął głową.
— Czystość bez równowagi nie przynosi niczego dobrego. Szkody, jakie ten talizman może poczynić w nieodpowiednich rękach… — „W każdych rękach!”, dopowiedział w myślach. — Magia kamienia jest magią zniszczonego świata. On nie może tu zostać.
— No cóż — odparła Lila — co zamierzasz zrobić?

Kell zamknął oczy. Nie wiedział, kto natknął się na kamień, ale rozumiał strach tych ludzi. Na wspomnienie o talizmanie w rękach Hollanda — i na myśl o nim w rękach Athosa czy Astrid — aż mu skręcało żołądek. Całą skórą pragnął dotyku kamienia, łaknął go, i to go przerażało bardziej niż cokolwiek.
Czarny Londyn upadł z powodu takiej właśnie magii. Jakież okropieństwa przyniosłaby pozostałym Londynom? Do głodującego Białego, dojrzałego Czerwonego albo bezbronnego Szarego?

Nie, kamień należy zniszczyć.

Ale jak? Nie przypominał innych reliktów. Nie był przedmiotem, który można wrzucić w ogień lub zmiażdżyć toporem. Jak wskazuje jego wygląd, ktoś już wcześniej próbował aktu zniszczenia. Ale odłamanie części najwyraźniej nie osłabiło jego działania, co oznaczało, że nawet gdyby Kellowi udało się go roztrzaskać, powstałoby jedynie więcej kawałków, z których każdy byłby bronią. Kamień nie wydawał się zwykłym symbolem; miał swoje życie — i własną wolę — co pokazał więcej niż raz. Tylko silna magia mogłaby zniwelować jego działanie. Ale skoro talizman sam był tworem magii, Kell wątpił, czy inna magia byłaby w stanie kiedykolwiek go unicestwić.
O ból głowy przyprawiała go świadomość, że kamienia nie można zniszczyć, a jednak należy się go jakoś pozbyć. Odesłać go tam, gdzie nie będzie mógł wyrządzić żadnej szkody. Istniało tylko jedno miejsce, w którym kamień będzie bezpieczny i przestanie zagrażać wszystkim wokół.

Wiedział już, co musi zrobić. Gdzieś w głębi duszy wiedział o tym wcześniej — od chwili, kiedy talizman trafił w jego ręce.
— Należy do Czarnego Londynu — oznajmił. — Muszę go tam odnieść.
Lila przekrzywiła głowę.
— Ale jak? Nie wiesz, co zostało z miasta, a nawet gdybyś wiedział… Mówiłeś mi, że dostęp do tego świata jest całkowicie zamknięty.
— Rzeczywiście, nie wiem, co z niego zostało, ale magii antari początkowo używano do tworzenia drzwi pomiędzy światami. Więc zapewne i jej użyto do ich zamknięcia. Nasuwa się zatem oczywisty wniosek, że ta sama magia może je ponownie otworzyć. Albo przynajmniej utworzyć szczelinę.
— Więc dlaczego nie zrobiłeś tego wcześniej? — rzuciła z błyskiem w oku. — Dlaczego żaden z was tego nie spróbował? Wiem, że jest was niewielu, ale nie powiesz mi, że w ciągu stuleci, które upłynęły od zamknięcia drzwi, żaden antari nie był ciekawy i nie starał się tam wejść.

Kell zastanowił się nad jej wyzywającym uśmieszkiem i poczuł wdzięczność, że — dla dobra ludzkości — Lila nie miała związków z magią, ponieważ na pewno dokonałaby takiej próby. Co do niego samego, naturalnie, był ciekaw. Gdy dorastał, chyba tak naprawdę nie dawał wiary, że Czarny Londyn w ogóle istnieje albo że kiedykolwiek istniał — już wtedy drzwi były zamknięte od bardzo długiego czasu. Ale jakież dziecko nie pragnie sprawdzić, czy bajki, których słucha przed snem, przypadkiem nie są prawdą? Tyle że nawet gdyby Kell naprawdę chciał się wedrzeć do Czarnego Londynu — a nie chciał, w każdym razie nie tak bardzo, by ryzykować spotkanie z panującym za drzwiami mrokiem — nie miał możliwości pokonania zabezpieczeń.
— Może i niektórzy byli wystarczająco ciekawi — wyjaśnił. — Ale widzisz, do stworzenia drzwi każdy antari potrzebuje dwóch rzeczy. Pierwsza to krew, drugą zaś jest symbol z miejsca, w które chce się pójść. A jak ci wspomniałem, wszystkie symbole z Czarnego Londynu zniszczono.
Lili aż się rozszerzyły oczy.
— Ale kamień jest takim symbolem.
— Tak, kamień jest symbolem — powtórzył za nią.
Wskazała na ścianę, przez którą przeszedł, gdy zjawił się w pokoju po raz pierwszy.
— Więc otwierasz drzwi do Czarnego Londynu i co? Wrzucasz kamień do środka? Więc na co, u diabła, czekasz?
Kell potrząsnął głową.
— Nie mogę stworzyć drzwi stąd tam.
Lila prychnęła z irytacją.
— Ale przecież przed chwilą twierdziłeś…
— Pomiędzy Szarym i Czarnym znajdują się pozostałe Londyny — tłumaczył. Na stole obok łóżka dostrzegł małą książkę. Musnął kciukiem kilka stronic. — Światy są jak kartki papieru — wyjaśnił. — Ułożone jeden za drugim. — Dokładnie w ten sposób zawsze o nich myślał. — Trzeba przemieszczać się w odpowiedniej kolejności. — Ścisnął kilka kart w palcach. — Szary Londyn — powiedział, pozwalając opaść jednej kartce. — Za nim Czerwony. — Pozwolił opaść drugiej. — Biały. — Trzecia strona zatrzepotała, spadając. — No i Czarny. — Reszta kartek opadła.
— Więc musisz przez nie wszystkie przejść! — oświadczyła Lila.

(...)
I tak zaczyna się ta przygoda...:)
                                                         ***
Jedna z najlepszych powieści fantastycznych 2015 roku wg Barnes&Noble!

Intrygująca powieść fantasy, w której magicznej wizji równoległych Londynów dorównuje oryginalna kreacja barwnych bohaterów.

Witajcie w Szarym Londynie – brudnym i nudnym, pozbawionym magii, rządzonym przez szalonego króla Jerzego III. Istnieje też Czerwony Londyn, w którym w równej mierze szanuje się życie i magię, oraz Biały, miasto wycieńczone wojnami o magię. A niegdyś, dawno temu, istniał jeszcze Czarny Londyn... Teraz jednak nikt o nim nawet nie wspomina.

Oficjalnie, Kell jest podróżnikiem z Czerwonego Londynu – jednym z ostatnich magów, którzy potrafią przemieszczać się pomiędzy światami – i działa jako posłaniec między Londynami i ambasador Czerwonego królestwa rodziny Mareshów. Nieoficjalnie, uprawia przemyt – bardzo niebezpieczne hobby, o czym przekonuje się na własnej skórze, kiedy wpada w pułapkę wraz z zakazanym przedmiotem z Czarnego Londynu. Ucieka więc do Szarego, gdzie z kolei naraża się Lili Bard, złodziejce o wielkich aspiracjach. To właśnie z nią Kell wyrusza w podróż do alternatywnej krainy, której stawką jest uratowanie wszystkich światów…

Cykl Odcienie magii (tom 1)






Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger