"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Upiór południa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Upiór południa. Pokaż wszystkie posty
Upiór południa. Czas mgieł Maja Lidia Kossakowska

Upiór południa. Czas mgieł Maja Lidia Kossakowska

Tym razem, ostatnia historia rozgrywa się w szpitalu psychiatrycznym, w środku lasu.
Czy aby na pewno? :)
Dominuje duszny klimat zagrożenia i uczucia, że coś tu nie bardzo gra...
Jaka rzeczywistość ukaże się, kiedy opadną Mgły?
Zaskakująca!!!!

I w tej ostatniej części poznajemy tajemnicę misji Upiora Południa...

Na upiorną kolekcję składają się: 

  • "Upiór Południa. Czerń",
  •  "Upiór Południa. Pamięć Umarłych", 
  • "Upiór Południa. Burzowe Kocię",
  •  "Upiór Południa. Czas mgieł".

POLECAM!

MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

„Siła wraża krzywdę czyni”
Bertran de Born, „Sirventes o rękawicy”

„Nagle zatrzymały mnie rozpostarte, twarde ramiona. Uderzyłem czołem w coś, co brzęknęło blaszanie i upadłem na kolana. Wyczułem pod nimi elastyczną giętkość łodyg kwietnych, pewnie późnych georginii. Więc wyciągnąłem dłonie i odnalazłem przed sobą
czworogranny słup. Jąłem wspinać się po nim palcami, aż natrafiłem
ramię poprzeczne. Klęczałem przed krzyżem”.
Tadeusz Konwicki, „Sennik współczesny”

Czas Mgieł

Nataniel ściskał rączkę swojej niewielkiej walizki niczym dłoń ostatniego przyjaciela.
Rozglądał się niepewnie.
Żar lał się z bladego, cynowego nieba topiąc pusty dworzec w morzu gorąca.
Mały spłachetek peronu sterczał spośród zielska niczym samotna wyspa. Biały budynek dworca wydawał się wyschły i skurczony od słońca i wiatru, porzucony wśród łąk jak ogryziona kość. Farba odłaziła płatami od ścian, odsłaniając szare liszaje desek.
Nataniel odgarnął lepkie strąki włosów ze spoconego czoła. Czas był spojrzeć prawdzie w oczy. Nikt na niego nie czekał.
Jedyne pasażerki, które wraz z nim wysiadły z pociągu, dwie z wiejska odziane staruszki, kolebiące się pod ciężarem koszy jajek i masła, dawno już zniknęły w zaroślach okalających stacyjkę. Zielona, sielska cisza pochłonęła odlegle posapywanie lokomotywy. Między podkładami pieniło się zielsko, szyny zrudziały od rdzy.
Mógłbym przysiąc, że nic tędy nie przejeżdżało od wieków, pomyślał z nagłym niepokojem.
Martwota dworca wydała mu się naraz przytłaczająca, niemal wiekuista. Powietrze drgało upałem, zamazywało kontury przedmiotów, zabudowania zdawały się migotać, nierzeczywiste niczym złudzenie. Czarne dziury okien zachodziły bielmem brudnych, potłuczonych szyb.
To kompletna ruina, stwierdził ze zdziwieniem Nataniel.
Stał bezradny na betonowej wyspie peronu, oblepiony słonecznym blaskiem, niezdolny do podjęcia żadnej decyzji. Nie mógł się otrząsnąć z nieprzyjemnego wrażenia, że śni, a podróż, którą odbył, tak naprawdę była jedynie halucynacją.
Walizka ciążyła mu w dłoni, więc poruszył zaciśniętymi na rączce palcami. Jakoś nie potrafił się zdobyć, żeby postawić bagaż na ziemi, zupełnie jakby był kotwicą utrzymującą go w rzeczywistości.
- Na litość boską - szepnął do siebie. - Przecież przyjechałem tym cholernym pociągiem.
Dlaczego nikt po mnie nie wyszedł? Jak się nazywa ta dziura? Ciche? Szare? Ciemne? Do diabła, zapomniałem.
Zadrżał, a w głębi duszy ocknął się nagły lęk, zimny, groźny, niedobry. Bo chociaż ciało dobrze pamiętało każdą deskę twardej jak kamień ławki w przedziale, umysł niczego dokładnie nie pamiętał. Owszem, swobodnie tasował odległe wspomnienia, dzieciństwo, wczesną młodość, rodzinny dom, bliskich, ale te obrazy nie układały się w żadną spójną historię. Przypominały album z fotografiami. Im bliżej teraźniejszości, bardziej rozmytymi, nieczytelnymi, jakby ktoś prześwietlił klisze. W pewnym miejscu zaczynała się wielka opalizująca dziura, obejmująca okres kilku miesięcy, czas, który zwykle mieści się pomiędzy przeszłością a chwilą obecną. Przerażająca pustka zupełnej amnezji.
Nataniel czuł, że doznał wtedy jakiejś dojmującej straty, ale nie potrafił jej sobie uświadomić.
Nawet wspomnienia z odbytej przed chwilą podróży zachodziły już mgłą, blakły. Roiły mu się jako półsenne obrazy, zamazany katalog strzępów. Poważne brązowe twarze, poorane niczym wiosenne pola. Dłonie o spękanych paznokciach statecznie zaplecione na pałąkach koszy wyładowanych gdaczącym i syczącym drobiem. Poczerniałe drewniane ławki i monotonna smuga krajobrazu za oknem.
Wszechobecny zapach świeżej ziemi i cebuli wypełniał szczelnie przedział, lepki i natrętny. Ślad tej woni pozostał jeszcze na jego koszuli, ukryty w zagnieceniach materiału.
Cała podłoga wagonu była zastawiona stertami tobołów, węzełków i koszy. Pamiętał, że on sam tkwił wciśnięty w kąt pod oknem, nie mając gdzie podziać nóg, podczas gdy dorodna gęś przysiadła na jego butach.
Ale skąd przyjechał? Gdzie wsiadł do pociągu? Nie miał pojęcia.
Jedyne, co kołatało mu w głowie, to cel podróży. Kretyńska, pretensjonalna nazwa pensjonatu, w którym miał się stawić. „Purpurowa Magnolia”. Szczyt tandety, kojarzący się z nadmiarem różowego koloru i mdłymi posiłkami serwowanymi o zbyt wczesnych porach.
Wiedział też, że tak naprawdę nie był to przytulny hotelik w modnym kurorcie, ale położona na uboczu eksperymentalna klinika psychiatryczna. Został tu skierowany na obserwację. Przymusową obserwację.
Zrobili ze mnie wariata, pomyślał z goryczą. Biednego świra, któremu trzeba przecież pomóc. Co za draństwo.
Sporo słyszał o takich specjalnych szpitalach. Lęk przed zamknięciem w podobnej umieralni prześladował go od lat, powracał w najmniej spodziewanych chwilach niczym dotknięcie zimnej, trupiej ręki. Teraz ta ręka zaciskała palce na jego ramieniu, prowadząc go ku nieuniknionemu, wprost w paszczę „Purpurowej Magnolii”.
Zdumiewające, że na peronie nie czekał pluton biało umundurowanych pielęgniarzy o barach bokserów i mordach złych psów. W końcu był więźniem, mięsem do rozszarpania, jednostką zbędną i niebezpieczną. W pociągu miał przecież eskortę. Pamiętał jak przez mgłę dwóch rosłych, milczących tępaków w skórzanych marynarkach. Łapy niby granitowe otoczaki i kwadratowe gęby, drewniane jak maski. Siedzieli obok, na sąsiedniej ławce, ćmiąc pety. To chyba nie mogli być jacyś przypadkowi podróżni, nie z tymi oczami jak u psów szykujących się do walki. Rzeczywiście z nim jechali czy tylko tak mu się wydawało? Teraz niczego już nie był pewien. Ale, do diabla, musieli z nim jechać. Przecież nie puściliby go samego, nawet gdyby był związany i nadany pocztą jak paczka. Znal ich metody.
Pewnie po drodze stwierdzili, że z niego nic już nie będzie, że jest pusty, niepotrzebny jak śmieć. Że nikomu niczym nie jest w stanie zagrozić. Nawet ich pieprzonej idei. Dlatego nie wysiedli, nie przekonali się, czy ich kumple odbiorą go na dworcu. Wykopali go po prostu z pociągu i pojechali dalej. Tymczasem tutejsi tajniacy nawet się nie pofatygowali na peron.
Nie po cierpiącego na amnezję, bezbronnego wariata.
Lekceważą mnie, zrozumiał z bólem. Wiedzą, że nie odważę się uciec. Jak po sznurku pójdę tam, dokąd mi każą.
To była przykra, kwaśna, podszyta tchórzem prawda, której musiał jednak stawić czoła.
Nie stać go było na bohaterstwo.
Rozprażone niebo wylewało na peron kubły żaru. Nataniel westchnął. Powinien ruszyć tyłek, poszukać tej cholernej „Magnolii”. W końcu nie może tu tkwić w nieskończoność.
Gęstwina krzaków zamykała stacyjkę zielonym murem. Powlókł się niechętnie w jej kierunku i rozgarnąwszy kurtynę liści, przełazi na drugą stronę.

* * *

Przed sobą zobaczył piaszczystą drogę, rozciągniętą wśród pól jak zdechły wąż. Ciemna obręcz lasu dławiła horyzont. Wielka lipa rozsiadła się na skraju traktu, przysadzista, podobna do wiejskiej baby. W rowie jak oszalałe cykały świerszcze. Blade kwiaty o mięsistych liściach roztaczały słodki, mdlący aromat padliny. Od upału kręciło się w głowie. Parne powietrze wdzierało się do płuc niechętnie, dławiące jak knebel.
Co za kąt zapadły, pomyślał ponuro Nataniel. Ostatnie zadupie świata.
Oślepiony słońcem dopiero po chwili zauważył, że w cieniu drzewa coś się poruszało.
Zatopiona częściowo w zielsku, przekrzywiona niebezpiecznie dwukółka o wyglądzie antycznego rydwanu. Posępny kary koń z wysiłkiem wyciągał chudą szyję, usiłując dosięgnąć chwastów w rowie. Na koźle w niedbałej pozie spoczywał ubrany na czarno mężczyzna.
Wachlując się kapeluszem, spoglądał w stronę lasu.
Na widok pojazdu i woźnicy Nataniel uczuł nieprzyjemny skurcz w okolicy mostka.
Przed sekundą nie było tu tej bryczki, stwierdził z niepokojem. Przecież nie mogłem jej nie zauważyć. Stoi za blisko. Szkapa z dwukółką to nie zapomniany parasol czy pakunek, który łatwo przeoczyć. Mam ataki katalepsji czy co? Chryste, chyba rzeczywiście wariuję.
Mężczyzna siedzący na koźle odwrócił się nagle w jego stronę i pomachał na powitanie.Niemożliwe, żeby przyjechał po mnie, pomyślał Nataniel, który spodziewał się raczej zakratowanej karetki.
Ruszył jednak niespiesznie w stronę bryczki. Walizka ciężko obijała mu się o nogi.
- Przepraszam, czy dojdę tędy do pensjonatu „Purpurowa Magnolia”?
Woźnica miał przystojną, orlą twarz, która pewnie zachwyciłaby niejedną kobietę.
Wydawał się całkowicie pozbawiony wieku, jakby dryfował gdzieś swobodnie między trzydziestką a sześćdziesiątką. W zębach trzymał grube, drogie cygaro.
- Pan przyjechał na kurację, prawda? Proszę wybaczyć, że nie wyszedłem po pana na peron, ale źle znoszę upały, a pociągi przychodzą tutaj bardzo niepunktualnie. Nazywam się Lampet. Leonidas Lampet. Jestem dyrektorem kliniki.
Wyciągnął dłoń. Miał zdecydowany, mocny uścisk. W ogóle sprawiał wrażenie człowieka, który dobrze wie, czego chce. Wyglądał jak gwiazdor filmowy, pewien swej sławy i talentu. Nawet odzywał się głębokim, miękkim głosem, stworzonym, aby rozbrzmiewać z ekranu w ciemności sali kinowej.
Tylko to absurdalne nazwisko, pomyślał Nataniel. Pseudonim szarlatana. „Cudowna kuracja doktora Lampeta troski twe, bracie, w radość przemieni”. Już pana nie lubię, szanowny dyrektorze.
- Miło mi poznać pana - ciągnął doktor, okraszając przemowę olśniewającym uśmiechem, spreparowanym tak, żeby powalać na kolana rzesze rozanielonych paniuś. - Nie pytam, czy przyjemnie minęła panu podróż, bo oczywiście nie mogła minąć przyjemnie. Komunikacja to jedna z tutejszych niedogodności. To ciche miejsce, położone z dala od miast, cywilizacji.
Świat prostych ludzi. I przyrody. Proszę tylko spojrzeć na ten krajobraz.
Powiódł wzrokiem po polach z taką dumą, jakby je osobiście stworzył.
Nataniel milczał. Skoro nie znalazł się tutaj z własnej woli, nie musiał silić się na uprzejmość.
Przynajmniej tyle, stwierdził z goryczą.
Niezrażony Lampet uśmiechał się wciąż serdecznie i filmowo.
- Proszę, niech pan wsiada. Zapewniam, że bryczka nie jest tak niewygodna, na jaką wygląda. Czy to pański jedyny bagaż?
Wskazał na walizkę.
- Tak - przyznał Nataniel, a w tej samej chwili głęboko pod mostkiem znów uczuł bolesne tąpnięcie lęku. Zdał sobie nagle sprawę, że nie ma pojęcia, co się znajduje w walizce.
Chyba ubrania, pomyślał niepewnie. Dobry Boże, naprawdę potrzebuję psychiatry.
Lampet nijak nie dał po sobie poznać, że zauważył nagłe zmieszanie pacjenta.
- Wobec tego niech pan wrzuci bagaż do tyłu. Mało tam miejsca, ale walizka na pewno się zmieści.
Nataniel posłusznie spełnił polecenie i wgramolił się na siedzenie bryczki. Pot zalewał mu oczy, mokra koszula lepiła się do pleców, a w umyśle kłębiły się, zderzając ze sobą, sprzeczne myśli i odczucia. Im usilniej starał się przywołać w pamięci wspomnienia ostatnich dni, tym bardziej był skołowany. W opalizującej mgle wyświetlał się uporczywie jeden napis.
Amnezja.
Lampet ściągnął lejce, zmuszając konia do uniesienia łba znad rowu pełnego zielska.
Szkapa niechętnie targnęła głową, zadrobiła w miejscu, kopyta ześlizgnęły się po pochyłości, a dwukółka zachybotała niebezpiecznie.
- Cerber, bądź łaskaw uważać! - fuknął doktor. - Wywrócisz nam pacjenta!
Zwierzak wyszczerzył żółte zęby w złośliwym grymasie, ale wrócił posłusznie na drogę, jakby zrozumiał reprymendę.
- Nazwał pan konia Cerber? - zdziwił się Nataniel.
Lampet uśmiechnął się kwaśno.
- To imię doskonale do niego pasuje. Musi pan przyznać, że ma bardzo infernalny wygląd. Zresztą w zeszłym wcieleniu mógł być psem.
- No to awansował - mruknął Nataniel, który nie lubił psów. Wielkie czarne pyski z obnażonymi kłami jakoś źle mu się kojarzyły. - W następnym zostanie pewnie lekarzem.
Doktor się nie roześmiał. Zmierzył pacjenta przenikliwymi, bardzo ciemnymi oczami, które zdawały się nie mieć dna, jak czyste nocne niebo. Mimo upału Nataniel poczuł na plecach dreszcz chłodu.
- Pan się myli, przyjacielu. To nie ja jestem pańskim wrogiem. Mam nadzieję, że w końcu się pan o tym przekona.
No i znaleźliśmy się w domu, zrozumiał Nataniel z goryczą podbarwioną rozczarowaniem, bo Lampet zdołał go odrobinę zaintrygować. Znów te same głupie frazesy.
- Już to przerabiałem - warknął. - Pewnie sam nim jestem, co?
Kąciki ust lekarza drgnęły, jakby usłyszał coś zabawnego, ale wrodzone poczucie taktu nie pozwoliło mu się roześmiać. Zaciągnął się głęboko cygarem. Jego rysy zatonęły w kłębach dymu niczym w woalce.
- Och, nie - rzucił swobodnym tonem. - Starał się pan bardzo, ale nie (...)

***

Amnezja. Wspomnieniom wstęp wzbroniony!
Milkną działa. Demony wojny, opite krwią jak bąki, wpełzają w swoje leża. Ale Ci, którzy przetrwali, nie zaznają wybawienia.
Rozdarte wybuchami ciała, śmiertelne krzyki wrogów, pomordowani koledzy. Chcą wrócić! Wyłamać zamknięte amnezją furtki wspomnień. A może ty także już nie żyjesz?
Nadchodzi mgła, a z nią upiory przeszłości. Czasami lepiej nie pamiętać.

Ostatnia z czterech opowieści cyklu "Upiór Południa", zapisków znad krawędzi świata związanych wspólnymi motywami upału i demonów. 


Cykl: Upiór południa (tom 4) 




Upiór południa. Burzowe Kocię Maja Lidia Kossakowska

Upiór południa. Burzowe Kocię Maja Lidia Kossakowska

Ta część typowo fantasy, ale duszne klimaty utrzymane.

W tą przygodę zabiera nas Burzowy Kot. 
Gdzie?
Do krainy pięknej i mrocznej jednocześnie, gdzie dobro równoważy zło.
Czy dobro zawsze wygrywa?
Niestandardowe i nieoczekiwane zakończenie! Jak zawsze cudowny klimat, który przenika przez strony przez skórę do wyobraźni, a rysunki w tym pomagają:)

 Na upiorną kolekcję składają się: 

  • „Upiór Południa. Czerń”, 
  • „Upiór południa. Pamięć Umarłych”,
  •  „Upiór południa. Burzowe Kocię”,
  •  „Upiór południa. Czas mgieł”.

POLECAM!

MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

„Była noc i w powietrzu unosił się ten tajemniczy zapach śniętych ryb, jaki wydycha ocean. Właśnie taki był ocean; nie rozgraniczał wyraźnie życia od śmierci. Przybywałeś nad Ocean Odpowiedzialności, szukając odpowiedzi, a przypływ syczał: życie, śmierć, życie, śmierć, życie, śmierć - i wybierałeś, a prawda była taka, że jedno zawsze trochę łączyło się z drugim”.
William Browning Spencer, „Zod Wallop”

„I wtedy wydało mi się, że obok mnie idzie coś o wiele większego niż Garsecg. Lecz tak nie było.
To nie był właściwie wąż, ptak też nie. Nie potrafię tego lepiej opisać. To coś było piękne i straszne. Nie pamiętam wszystkich kolorów, które i tak się zmieniały, ale bez względu na to, jakie były, zawsze zachowywały swoje najciemniejsze odcienie. Niebieski był ciemniejszy niż zwykle jest czarny, podobnie złoty, właściwie brązowozłoty przesycony głębokim połyskiem, do którego, miało się wrażenie, można było wpaść. I ciemny, jakby się oglądało coś złotego w środku burzy, a jednocześnie coś równie ulotnego jak dym”.
Gene Wolfie, „Rycerz”

Burzowe Kocię
Burzowe Kocię pojawiło się w oknie akurat w chwili, gdy pierwsze krople deszczu, stalowoszare i ciężkie, niczym pociski kałasznikowa, natarczywie uderzyły w szyby.
Siedziało skulone na zewnętrznym parapecie, bure, mokre i kosmate jak mały troll. Błękitna flara błyskawicy przejechała po chmurach, topiąc świat w upiornym, elektrycznym blasku, jakby gdzieś wysoko, w niebie Pana Boga i Jego aniołów, urwał się neon z napisem:
„Witajcie w Raju! Aloha!” i zleciał na dół, ciągnąc za sobą snop wyładowań, a wtedy zielone oczy zwierzątka zapłonęły jak diody w starym radiu.
Troy Harlows z wysiłkiem odwrócił głowę ku oknu. Był raczej poczciwy z natury, więc gdyby mógł, wstałby, żeby wpuścić kota do środka. Ale nie mógł. Obie nogi miał paskudnie połamane, a całkiem niedawno wydłubano mu z klatki piersiowej trzy kule karabinowe.
Odkąd odzyskał przytomność, wszyscy z kółko powtarzali, jakie spotkało go szczęście.
Troy, pogrążony w głębokim, mętnym morzu obojętności, z powodu bólu i poważnych urazów ciała, na ogół nie protestował. Zresztą nie nawykł do narzekań, lub, broń Boże, użalania się nad sobą. Tylko czasami, w nocy, gdy jego towarzysz z łóżka obok, Norman Gretz, jęczał i mamrotał w oparach śpiączki, Troy zastanawiał się, czy kogoś z trzykrotnie przestrzeloną klatką i skomplikowanymi złamaniami goleni, kto spędził ostatnie osiem miesięcy w ciężkiej niewoli, rzeczywiście można nazwać szczęściarzem.
Lecz własne, przykre skądinąd, położenie nie napełniało go goryczą. Troy naprawdę był głęboko wdzięczny losowi, że udało mu się zamienić betonową, wilgotną i duszną celę na szarą, nieprzyjazną i nieco obskurną salę szpitalną.
- Nie ma porównania, stary - powiedział do nieprzytomnego Normana, gdy tylko mógł poruszyć popękanymi, spieczonymi wargami i w miarę artykułować dźwięki. - Chłopie, przysięgam, że nie ma porównania.
Gretz zaskomlał przez sen jak szczeniak. Troy, oczywiście, nie spodziewał się niczego innego. Mówił do Normana, nie oczekując odpowiedzi, tak jak przedtem przemawiał do mrówki, pęknięcia w ścianie i kratki wentylacyjnej w celi. Nauczył się tego w niewoli i choć zdawał sobie sprawę, że nieprzyjemnie zbliża się do granicy ześwirowania, nie przestawał, bo pomagało.
Z początku wzdłuż łóżka Normana ustawiano uroczyście duży, biały parawan.
Przypominał ekran w kinie letnim, albo suszące się na sznurze prześcieradło, za którym Troy i jego starsza siostra Janice w dzieciństwie bawili się w teatr cieni. Oczywiście, Janice zawsze w końcu wpadała w szał i rzucała się na niego z pięściami, wyskakując zza rozwieszonej bielizny podstępnie i niespodziewanie, niczym rozjuszony biały niedźwiedź zza załomów spiętrzonej kry.
Gretz natomiast leżał za parawanem nieruchomy i skupiony, jakby postanowił odgrywać postać z hinduskiej czy indonezyjskiej mitologii, jakiegoś Buddę czy Baśwaśwarę w trakcie medytacji, i tak się w tym zapamiętał, że nie potrafił już przerwać zabawy. Przez jakiś czas Harlows wyobrażał sobie, jak Norman wstrzymuje oddech, licząc powolne, słabe uderzenia serca i myśli: „Jeszcze trochę. Wytrzymam jeszcze trochę i zaraz wrzasnę »Pobite gary!
Pobite gary!«, a potem zerwę się z tego cholernego barłogu, śmiejąc się jak szalony. Ale będą mieli miny! Ja cię! Jednak jeszcze nie teraz. Jeszcze trochę wytrzymam. Poczekam na odpowiedni moment”. Lecz odpowiedni moment nigdy nie nadchodził. Za to pewnego dnia znikł parawan. Wytoczył się na skrzypiących kółkach, równie majestatycznie jak niegdyś nadjechał, popychany przez dwóch posępnych sanitariuszy. Widocznie personel szpitala uznał, że Troy i Norman, przez kilka tygodni pobytu w jednym pokoju, nawiązali wystarczająco familiarne stosunki, żeby zrezygnować ze złudzenia prywatności, które dawał wiotki, przejrzysty żagiel płóciennego ekranu.
Odtąd Harlows widział profil uśpionego towarzysza bielejący niezdrową bladością skóry pośród poduszek, a nie, jak dotąd, w negatywie cienia, na tle parawanu. Co, oczywiście, nie przeszkadzało nadal prowadzić z Normanem miłych pogawędek.
- Biedny kotek - powiedział teraz z troską w głosie. - Wygląda jak brudny mop. Mokry kot to najbardziej żałosne stworzenie na świecie. Pewnie mu zimno. Miałeś kiedyś kota, Norman? Ja miałem. Właściwie nie ja, ale moja matka. Nazywał się Manolo i cholernie lubił tuńczyka. Koty są w porządku. Może nie tak jak psy dla dorastającego dzieciaka, ale w porządku. Zdecydowanie lepsze niż króliki albo żółwie.
Gretz przemilczał temat wyższości kotów nad żółwiami, ale Troy się nie przejął.
- Słuchaj... - zaczął, lecz w tym momencie z nieba zleciał z hukiem kolejny niebieski neon, oświetlając parapet bryzgami ogłuszającej bieli.
Harlows wytężył wzrok.
- Hej! Czekaj! - zawołał ze zdumieniem. - Przecież on siedzi po naszej stronie szyby! Jak tu wlazł, mały cwaniak? Pomyśl tylko, Norman. Chyba będziemy mieli kota. Przynajmniej póki siostra Moore nie zrobi z niego wycieraczki.
- Gaaaa - powiedział Gretz.
Przycupnięty w rogu między ścianą i framugą, kotek wpatrywał się w Harlowsa z uwagą.
Zielone, nieruchome oczy zdawały się okrągłe jak u sowy. Nastroszona, mokra sierść miała nietypową barwę. Brunatno-szarą, z rudymi zaciekami plam. Jakby ktoś rozsypał piach na rozmiękłej od błota polnej drodze. Pyszczek, niczym maska weneckiego arlekina, był dwukolorowy, z jednej strony ciemny, z drugiej piaskowy, co nadawało stworzeniu groteskowego wyrazu.
- Bardzo śliczny to ty nie jesteś - stwierdził Troy. - Wyglądasz jak gremlin z tego starego filmu. Tego, no... cholera, nie pamiętam tytułu. Janice go nie znosiła. Jak wszystkiego innego na świecie. Nie przypominasz sobie, Norman?
Norman sobie nie przypominał.
Zwierzątko z powagą polizało łapkę. Gest był tak stanowczy i zdecydowany, jakby przyklejało znaczek na kopercie z ważną petycją. „Drogi Kocie Feliksie, w puszce z karmą, którą tak zawzięcie reklamujesz, znalazłem wczoraj kawałek starej ścierki. Oczywiście wiem, że nie możesz osobiście kontrolować jakości wszystkich swoich produktów na rynku, ale skoro tak wielką uwagę przykładasz podobno do jakości...”.
Troy parsknął śmiechem i zakaszlał głucho. Kiedy się śmiał, okropnie bolało go w piersi.
- Wiesz co? - zwrócił się do kociaka, gdy kaszel minął, a ból trochę zelżał. - Nazwę cię Gremlin. Przypominasz stwora z tamtego filmu, a skoro wlazłeś do środka przez zamknięte okno, musisz mieć smykałkę do majsterkowania. Tak, Gremlin to odpowiednie imię. Tylko się nie przyzwyczajaj, bo rano siostra Moore cię znajdzie i wyrzuci na dwukolorowy pysk, choćby na dworze szalało tornado.
Kot obrócił ku niemu poważną, skupioną twarz klauna.
- Różnie mnie nazywano, Jakubie, ale nigdy nie przydawano mi miana pośledniego stwora z kiepskiej mitologii - powiedział czysto i wyraźnie. - Osobiście wolałbym Burzowe Kocię. Takie imię noszę w Krainie Opodal. Skoro mamy spędzić ze sobą nieco czasu, byłbym wdzięczny, gdybyś zechciał zwracać się do mnie w ten sposób.
- Rany! - jęknął Troy, zapadając się głęboko w poduszki (...)


***
Opiekun Ogrodu, by posiąść wiedzę świata wystrugał oczy z pnia uschniętego Drzewa Życia i zastąpił nimi własne. Prawda go oślepiła. Wie wszystko, ale niczego nie pojmuje. Zapomniał, że Przestrzeń ma duszę...


Nie wytrzymasz... Umysł zniewolony kieratem przesłuchań, tortur i obezwładniającej świadomości klęski chce uciec. Umrzesz... Może już umarłeś. A może to tylko majaki dogorywającego komandosa? Odlot po lekach? Gdzie jesteś?
INTUBACJA! ADRENALINA! DEFIBRYLATOR! STRZAŁ! JESZCZE RAZ!! JESZCZE!!! TRACIMY GO!!!!

Trzecia z czterech opowieści cyklu „Upiór Południa”, zapisków znad krawędzi świata związanych wspólnymi motywami upału i demonów.


Cykl: Upiór południa (tom 3) 






Upiór południa. Pamięć umarłych Maja Lidia Kossakowska

Upiór południa. Pamięć umarłych Maja Lidia Kossakowska

Nie myślałam, że tak się stanie, ale druga część jeszcze lepsza, niż pierwsza!

Zupełnie inna tematyka - klimaty Westren.
Albo Bad Wiedźmin. Albo Bad Solomon Kane. Albo ktokolwiek fantasy/groza Bad. Dobry dla dobrych/ Zły dla złych.
Rewelacyjna, rewelacyjna opowieść, wzbogacona podsycającymi wyobraźnię rysunkami;) Znowu za krótka!

Na upiorną kolekcję składają się: 
  • "Upiór Południa. Czerń", 
  • "Upiór Południa. Pamięć Umarłych", 
  • "Upiór Południa. Burzowe Kocię",
  • "Upiór Południa. Czas mgieł".
POLECAM!

MOJA OCENA: 10/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!
„Słyszy w swym sercu narastającą nawałnicę, potężną jak łoskot bębnów. Jak głębokie westchnienie wiatru wśród drzew jest jego początek, potem ukazują się oczom, niesieni na chmurze widmowego pyłu. Przelatują przed nim, pochyleni w siodłach, wywijając szablami pod furkoczącymi wstęgami pochylonych lanc. Z wrzawą i bezgłośnym wrzaskiem przelatują jak fala, której grzebień jak krater wybuchającego świata najeżony jest rozszalałymi łbami koni i uniesioną bronią. Przelatują, zniknęli, pył unosi się kłębami ku niebu i
znika pośród nocy, która nadeszła już w pełni”.

William Faulkner „Światłość w sierpniu”
„Tak, tak, on na pewno był obłąkany, chociaż nie tak znów bardzo. Bo w złym się zawsze kryje myśl praktyczna: złodziej czy kłamca, czy nawet morderca ma swe prawidła mocniej zaszczepione, niż kiedykolwiek maje cnota; czemuż więc obłęd nie miałby ich też?”

William Faulkner „Absalomie, Absalomie”

Pamięć Umarłych
Wóz kołysze się na wybojach, koła podskakują, obijając się o kamienie. Jest tak upalnie, że blade, bezchmurne niebo zdaje się rozpływać jak woda, parować niczym wrzątek wylany na rozgrzaną blachę. Młoda kobieta wachluje się palmowym liściem. W drugiej dłoni trzyma pęk kwiatów, blaknących, więdnących w rozpalonym powietrzu niczym zmazana porannym słońcem tęcza.
To łąkowe, swojskie kwiaty, nazrywane o świcie w schludnym, wesołym ogródku wiejskiej dziewczyny.
Zupełnie jak jętki czy motyle, stwierdza bez smutku, obojętnie. Są świeże tak krótko. To całkiem bez sensu, wieźć je tutaj, w głąb tej upalnej pustki. Zupełnie bez sensu. Tak samo jak te coroczne wyprawy.
Ale nic nie mówi. Poprawia tylko wstążkę podróżnego czepka.
Siedzący obok na koźle woźnica także milczy. Pod szerokim rondem kapelusza ukrywa pospolitą, nieco obwisłą, źle dogoloną twarz człowieka, który przekroczył już sześćdziesiątkę.
Dwa dorodne, ładnie utrzymane kasztany idą spokojnym stępem. Mężczyzna ich nie popędza. Widać, że nigdzie się nie spieszy.
Dziewczyna wzdycha, mości się wygodniej na twardym siedzeniu. To jedyny przejaw zniecierpliwienia, który pozwala sobie okazać.
Napiłabym się zimnej lemoniady, myśli tęsknie. Bardzo zimnej. Najchętniej na ocienionej, chłodnej werandzie domu.
Mężczyzna zdaje się czytać w jej umyśle, bo obraca ku niej głowę.
- Jesteś spragniona? Chcesz wody?
- Nie. Na razie nie - odpowiada, bo na samą myśl o ciepłej, cuchnącej skórą cieczy z bukłaka czuje skurcz żołądka. - Daleko jeszcze? Doskonale zna drogę, ale pyta i tak, żeby zaakcentować swoje znużenie, niechęć i złość.
Woźnica wskazuje batem.
- Za tymi skałami. Już niedługo będziemy na miejscu.
Pozwala sobie na krótki, odrobinę tylko kpiący uśmiech, bo dziewczyna kapryśnie wydyma usta i znów wierci się na siedzeniu, jakby na znak dezaprobaty chciała się schować, zapaść w głębi lekkiej perkalowej sukienki, żeby nie uczestniczyć w czymś, czego nie pragnie i nie umie zrozumieć.
Między skałami jest chyba jeszcze goręcej niż na równinie. Powietrze wydaje się równie ciężkie, nieruchome jak otaczające podróżnych kamienie.
Kobieta wachluje się omdlewającym gestem. Kwiaty na jej kolanach zamieniają się w wiotkie, wyssane z koloru zjawy. Duchy roślin, żałosne wspomnienia o wesołym wiejskim ogródku.
To niedaleko. Niedaleko, myśli. Jeszcze trochę i wszystko się skończy. Będziemy mogli wracać. Do domu. Do zimnej lemoniady i ocienionej werandy. Do sensownych, zrozumiałych czynności, jakże innych niż ta absurdalna, odbywana co roku pielgrzymka.
Mężczyzna powozi spokojny, niewzruszony, zdawałoby się, zadowolony. Jakby upał go nie dotyczył. Nawet się nie poci.
To tak jakby miał misję, przychodzi do głowy dziewczynie. Jakbyśmy naprawdę udawali się do tajemniczego, świętego miejsca. Sanktuarium, które zna tylko on. Bo nie ja. Nie ja.
Jeden z koni potyka się, chrapie nerwowo. Woźnica łagodnie ściąga lejce. Jego ciche, pełne skupienia opanowanie udziela się zwierzętom. Wyrównują krok, żwawy i miarowy, jakby to była wieczorna przejażdżka po mieście.
To tutaj, już zaraz, myśli wyczekująco mężczyzna. A potem się uśmiecha. Trochę gorzko, trochę drwiąco.
Myślałby kto, że jadę się zobaczyć z dawno niewidzianym przyjacielem. No, no, naprawdę można by tak sądzić.
Sterta kamieni wygląda tak naturalnie w pustym, surowym krajobrazie, jakby była jego przyrodzoną częścią. Tylko krzywy drewniany krzyż wskazuje, że w tym miejscu znajduje się grób.
Mężczyzna zatrzymuje wóz w cieniu pobliskiej skałki, sterczącej z ziemi niczym zepsuty ząb. Zeskakuje z kozła i rusza ku kamiennemu nagrobkowi, nawet nie spętawszy koni.
Zmęczone kasztany opuszczają łby. Wyglądają teraz jak miedziane posągi. Posągi nieruchomego oczekiwania.
Też wolałyby być w domu, mówi sobie dziewczyna.
Niechętnie gramoli się z siedzenia.
Jestem cała mokra, złości się rozdrażniona, przepełniona niechęcią. Cała mokra, spocona, purpurowa z gorąca i brzydka. Przez niego. Przez jego dziwactwa.
Starszy mężczyzna nie ogląda się na nią. Prostuje, mocuje krzyż, starannie układa kawałki łupka, które się obsunęły. Jest w tym jakaś szorstka troskliwość, charakterystyczna dla pielęgniarza okrywającego rannego żołnierza w szpitalu polowym, zakonnicy posługującej umierającemu żebrakowi. Nawet nie spogląda ku swojej towarzyszce, zajęty, pogrążony w zamyśleniu.
Kobieta podchodzi, pochyla się, żeby położyć kwiaty. Tak samo martwe jak ten bezimienny człowiek otulony rozpaloną słońcem, ciężką obojętnością kamieni.
Nawet nie wiem, kto tam leży, myśli nie pierwszy raz, już bez zdumienia, bez ciekawości.
Minęło tyle lat, tyle lat, a on mi nigdy nie powiedział.
- Dlaczego ciągle tu przyjeżdżamy? - pyta właściwie wbrew sobie, nie oczekując żadnej sensownej odpowiedzi.
Mężczyzna unosi wzrok. I śmieje się. Tak, naprawdę, śmieje się cicho, jakby powiedziała coś bardzo zabawnego, jakby była dzieckiem próbującym wybadać, zrozumieć świat dorosłych.
- Bo umarli mają dobrą pamięć - mówi, a potem odwraca się i idzie do wozu, zostawiając ją nadąsaną, zirytowaną, pocącą się mimo wachlarza z palmowych liści i podróżnego czepka (...)

***
"On nie chce pastora. Na sam jego widok zaśmiał się jak dziki, a potem powiedział, że tam, gdzie się wybiera, takie znajomości byłyby wyjątkowo źle widziane..."
MORDERSTWO
Pragnęli wejść w posiadanie. Zlecili morderstwo. Potem uznali, że bezpieczniej będzie sprzątnąć także zabójcę.
ŻAR
Żar leje się z nieba. Ogień spopiela ludzkie wnętrza, trawione strachem i pragnieniami. Znikąd ukojenia.
GORĄCZKA
Spiekota. Gorączka. Dławiący zapach więdnących kwiatów i ludzkiej śmierci. Piekielny gorąc…

Druga z czterech opowieści cyklu "Upiór Południa", zapisków znad krawędzi świata związanych wspólnymi motywami upału i demonów.

Cykl: Upiór południa (tom 2)





Upiór południa. Czerń Maja Lidia Kossakowska

Upiór południa. Czerń Maja Lidia Kossakowska

Rewelacja!
Prawdziwe zaskoczenie kompatybilną wersją okładki i treści! Rzadko to się zdarza;)

Świetne przedstawienie obłędu (czy aby na pewno?) reportera wojennego rezydującego w Afryce. Rozum, obowiązek i praca vs. szaleństwo, trauma, voodoo i stare bóstwa. 
Co jest prawdą a co ułudą?
Jaki jest ratunek: kozetka u psychiatry czy rasowe rytuały vooddo? 
Nietypowa narracja pierwszoosobowa głównego bohatera dodaje tylko pikanterii opowieści i podkręca jej i tak niesamowity klimat!!!!

Jedna z lepszych lektur grozy, jakie przeczytałam ostatnio!
Zamierzam sięgnąć po pozostałe części, które są odrębnymi opowieściami. Boskie okładki!

Na cykl „Upiór Południa” składają się:
1. Czerń
2. Pamięć Umarłych
3. Burzowe Kocię
4. Czas mgieł

POLECAM! 

MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Preludium

Na twoim miejscu bym tego nie robił.
To nie jest groźba ani ostrzeżenie. Ja nie grożę ani nie ostrzegam. To proste stwierdzenie faktu.
Na twoim miejscu nie robiłbym tego, chłopie.
Nie pakowałbym się w te historie. Jasne, wydają się atrakcyjne, egzotyczne, pociągające. Po prostu fajne. I zapewne są takie.
Ale nie dla ciebie.
Pustynia patrzy na mnie czerwoną, wyschłą kataraktą spękanej ziemi. W oddali majaczą blade, błękitne i fioletowe masywy gór Atlas. Wyglądają jak uśpione wielbłądy. Szosy prawie nie widać. To ta spękana, cienka tasiemka wypłowiałego burego asfaltu, rzucona na rudy lateryt gleby. A tamta cienka kreska na horyzoncie, przypominająca zbyt zamaszysty ślad ołówka na delikatnej powierzchni akwareli, to rzymski akwedukt. Lubię to miejsce. Ruiny pośrodku czerwonej pustki. Odpręża mnie tutejszy nastrój, lekko nostalgiczny, kwaśnawy aromat zatęchłego grobu. Siedzę w kucki na szczycie marmurowego krużganka. Czekam.
Mam tu na co czekać.
Ty nie masz czego szukać.
Podnoszę głowę, przymykam powieki. Wiatr się wzmaga. Niesie z rozpalonego wnętrza kontynentu drobiny piasku. Można się nim upić, tym wiatrem. Zachłysnąć, oszołomić, do głębi nałykać zwierzęcym szaleństwem, zapomnieć. Nafukać lepiej niż jakimkolwiek kwasem, który miałeś w wilgotnych, słabych dłoniach dzieciaka z dobrego domu.
Nie lubię cię.
Wkurzasz mnie. Przeszkadzasz. Zaburzasz mój niespokojny odpoczynek, moje niecierpliwe wyczekiwanie. Moją chwilę ciszy przed sztormem. Pstrykasz te swoje idiotyczne zdjęcia, ten bezmyślny testament zdychających w upale wakacji. Twoja brzydka, naburmuszona laska gapi się na starożytne kolumny z miną zblazowanego klienta burdelu wybrzydzającego nad przebrzmiałą urodą panienek. Wachluje się mapą turystyczną, że niby tak jej nudno i gorąco.
Znam takie jak ona. Płaska, pospolita twarz bez śladu makijażu, na opitolonych jak po tyfusie mysich włosach szmaciany kapelusz gwizdnięty z pogrzebu niemowlęcia, bezkształtna bluzka, workowate spodnie do kolan i sandały, które wyglądają, jakby ubogi Mandingo wyciął je ze starej opony. Kwintesencja współczesnej kobiecości. Panna Jesteś Tego Warta.
Vagina Dolorosa.
Wiesz co? Ona też mnie wkurza.
Coś mi się zdaje, że wybraliście się w niewłaściwe miejsce o bardzo niewłaściwej porze.
Niewiedza niczego nie usprawiedliwia. Przeciwnie. Jeśli jesteś, kurwa, za durny, żeby się tego domyślić, to pewnie nie masz prawa żyć. Bezlitosna matka przyroda już o to zadba, chłopie. Tak mi się jakoś widzi.
Poprawiam poły skórzanego płaszcza, bujam się na obcasach kowbojek. Mały, płaski, przezroczysty skorpion przebiega po kamieniach. Jaszczurka, złota, metaliczna jak elegancki długopis, leży tuż koło mojego buta, pijąc gorąco wprost z marmuru i powietrza. Niebieski pasek na jej boku przypomina ślad flamastra. Marker podkreślający jej krótkie, nieważne istnienie.
Takie jak twoje, bracie.
Poprawiasz pingle na szerokim nosie przygłupa i pstrykasz te swoje foty, jakby ci to mogło zastąpić porządny seks albo dobrą bójkę.
Swojej odętej księżniczki oczywiście nie wolno ci sfotografować. Ona sobie nie życzy. To głupie, nie będzie się mizdrzyć, a poza tym nie, bo taki ma kaprys.
Jeśli o mnie chodzi, to mógłbym najwyżej wgnieść jej mordę butem w piasek i zobaczyć, co z tego wyniknie.
Nic specjalnego, obawiam się.
Ale tobie zostaje machanie cyfrówką nad stelą grobową jakiegoś pieprzonego rzymskiego legionisty sprzed dwudziestu wieków.
W powietrzu unosi się coraz więcej kwarcowego, rudego pyłu. Naciągam kapelusz głębiej na czoło. Szerokie rondo zasłania mi pół twarzy. Leniwym gestem sięgam do kieszeni, wyjmuję papierosa. Strzela zippo, ogień parzy palce, którymi staram się osłonić go od wiatru.
Wiatr. Pachnie pustynią. Siłą, dzikością, szaleństwem. Groźbą, gniewem i aktami desperacji.
Zbrodnią. Zamykam z lubością oczy, chłonę każdy suchy, gorący powiew. Nadchodzi to, na co tak długo czekałem.
Hamsin.
To moja pora. Czas upału i niezdrowych zmysłów. Ładowania akumulatorów na cały pieprzony rok. Czas wynajdowania nowych historii.
Upuszczam peta na antyczny bruk ulicy. Wpada prosto w koleinę wyżłobioną w kamieniu przez koła setek rydwanów.
Nie widzisz mnie, choć siedzę jak gargulec prawie nad twoją głową. Jasne, że nie widzisz.
Nie rzucam cienia.
Dobra. Chyba trzeba zejść i się przywitać. Nazywają to ponoć dobrym wychowaniem.
Zeskakuję z muru na marmurowe płyty chodnika. Jedna pęka pod moim ciężarem na równe połowy. Łuuup, mówią moje buty.
– Aaaaa – bezmyślnie rozdziawiasz usta.
Złota jaszczurka przestraszona śmiga do dziury pod kamieniami. Wąski, lśniący pocisk z rozgrzanego na słońcu mosiądzu.
W powietrzu czuć zapowiedź burzy.
Patrzę na Boga za jego biurkiem, jak robi notatki w swoim bloku, ale Bóg nie ma racji.
Nie jesteśmy czymś szczególnym. 
Nie jesteśmy też byle czym ani śmieciem. 
Po prostu jesteśmy
Chuck Palahniuk: Fight Club

***
 Ukuwu patrzy na mnie z uwagą.
– Panie Wilczynsky, pański martwy przyjaciel i młodzi wojownicy nie przestaną pana nawiedzać, jeśli nie oczyści pan swego umysłu i duszy ze wspomnień o ich śmierci. Pan jest silnym, odważnym mężczyzną. Myśl, że dzieci o mało pana nie zabiły, że miały pana całkowicie w swoich rękach, zdanego na ich łaskę, ciąży panu i zatruwa umysł. Nie zdołał pan uratować swoich przyjaciół, ponieśli śmierć lub zostali na zawsze okaleczeni przez istoty uważane w pańskiej kulturze za niewinne i słabe. Przyznaję, to bardzo ciężkie doświadczenie.
Odcisnęło trwałe piętno w pańskiej psychice. W pewien sposób wstrząsnęło pańskim poczuciem własnej wartości, zachwiało wiarę w męskość. Ale ja mogę pomóc panu przez to przejść. Pozbyć się lęku, otworzyć drogę pańskiej dawnej osobowości. Pan się chowa za maską człowieka wypalonego, pogodzonego z losem, a z drugiej strony to nowe, zwykłe życie wcale panu nie odpowiada. Orisze wyczuwają tę niepewność, ten konflikt. Staje się pan dla nich naczyniem, kanałem, którym mogą wniknąć do naszego świata. Dlatego doznaje pan opętania. Pańska prawdziwa natura buntuje się, przejawia w postaci wojownika, a nie biernego obserwatora. Afryka obnaża pańską duszę i jej ukryte potrzeby. Dobrze się stało, że wreszcie znów zdecydował się pan tu przyjechać.
Milczę wstrząśnięty. Szczęka mi pewnie opadła jak łycha koparki.
Ukuwu siedzi na rzeźbionym w lamparty i słonie krześle, życzliwy, pewny siebie, wszechwiedzący.
Sympatyczny, dobiegający sześćdziesiątki, schludny Bóg o dłoniach księgowego.
– Skąd... skąd pan wie? – udaje mi się wykrztusić po dłuższym czasie. – Marla panu powiedziała?
Potrząsa głową.
– Ależ skąd. Nie miałem okazji poznać bliżej pani Bjornsen. Zaś pani Okoro, o ile wiem, wcale się nie orientuje w sytuacji.
Pochyla się ku mnie nisko, a ja mam idiotyczne wrażenie, że właśnie umarłem i zaraz usłyszę wyrok Sądu Ostatecznego.
– Nikt nie musiał mi o niczym mówić, panie Wilczynsky. – Uśmiecha się przyjaźnie. – Ja jestem po prostu naprawdę dobrym babalawo. A teraz proszę wziąć do ust łyk dżinu i splunąć na czaszkę, którą pan wybrał. Dzięki temu nawiąże pan magiczną łączność z przedmiotem, który pomoże panu uporać się z lękami i poczuciem winy.
Pluję terapeutycznie na żółtawą kość z łba niegdysiejszego lamparta, ale moje lęki wcale nie stają się mniejsze. Przeciwnie. W kolekcji pojawia się następny.
Przed tym dziwacznym magicznym psychiatrą, który w kombinacji kresek wyrytych w świeżej glinie ogląda sobie moje życie, jakby było plikiem wideo.
Naprawdę dobry babalawo przesłał moje juju prosto do hotelu, przez posłańca Ajiriego.
Kazał mi też przekazać, że wróżby wypadły pomyślnie i zgadza się przeprowadzić rytuał oczyszczający.
Obracam w dłoniach czaszkę drapieżcy, ozdobioną czerwoną i żółtą ochrą, karabinową łuską, paciorkami na drucie, zwęglonymi kawałkami drewna. Wygląda gorzej niż czerep cukrowego nieboszczyka z Meksyku. W oczodoły ma wmontowane jakieś obłe czarne otoczaki, więc patrzy na mnie kamiennym wzrokiem inkwizytora.
Sprzymierzyłeś się z diabłem, Wilczyński? Przyznaj się, zanim skarzesz na zatracenie nieśmiertelną duszę!
Rzecz w tym, że nie wiem, bracie lamparcie.
Naprawdę nie wiem.
– To nie będzie typowy rytuał oczyszczający – mówi Ukuwu. – Taki mógłby tylko panu zaszkodzić. Nie wezwałem tancerzy ani bębnistów. Potrzeba nam ciszy i skupienia. Pańska dusza łaknie równowagi, nie zgiełku. Gu to starożytny bóg, nieopanowana siła. Nie wolno nam zbytnio jej pobudzać.
A ja jestem niewolnikiem Gu. Podlegam jego władzy i kaprysom (...)

***
Malaria szepcze do mnie czule, lód w mojej głowie zaraz rozsadzi mózg, czuję jak tyka niewidzialny zegar uzbrojonej bomby. Krwi!!!
Korespondenci wojenni - akolici obłąkanego, żądnego krwi boga, zwanego opinią publiczną.
Jego kaprys rzuca ich poza śmierć, czas i zaświaty. Wprost do prywatnej piwnicy Pana Boga, by odkryć krainę Pana Kałasznikowa. Ale i on jest tu tylko sługą.
Afryka to prastary kontynent. Duchy, przodkowie, demony, orisza. Wszyscy tu są. I skądś muszą czerpać energię, by żyć.
To jeszcze szaleństwo, czy już opętanie?
Pierwsza z czterech opowieści cyklu "Upiór Południa", zapisków znad krawędzi świata związanych wspólnymi motywami upału i demonów. Na upiorną kolekcję składają się: „Upiór Południa. Czerń”, „Upiór Południa. Pamięć Umarłych”, „Upiór Południa. Burzowe Kocię”, „Upiór Południa. Czas mgieł”.

Cykl: Upiór południa (tom 1) 



ZGARNIJ EBOOKA Z



Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger