"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wierzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wierzenia. Pokaż wszystkie posty
Mokosz Anna Sokalska

Mokosz Anna Sokalska

"Upadek i zgnilizna są przecież najlepszym podłożem dla najpiękniejszych kwiatów, prawda?"


Ta powieść jest jak jej okładka... Idealnie dopasowana treść do obrazu i przekazu.

Chyba trzeba było mi takiej lektury po tym wymagającym okresie przerwy.

Jak plasterek miodu dla zmysłów.

Stonowana, smutna magia. Piekna, dojrzała narracja, na granicy tajemnicy i realizmu magicznego, skrywajaca w swych podziemiach dramat i prozę życia.


"Człowiek nie od razu dostrzega ruinę, po środku której się znalazł, zwłaszcza gdy rozkład postępuje stopniowo, w ciszy, pozwalając się do niej przyzwyczajać."


Czuję się oczarowana głębią, ale przede wszystkim nastrojem, bo w tej czarownej opowieści chodziło o coś więcej, niż tylko o rzekomą zbrodnię.


"Ale ona, ona jednocześnie przerażała go i przyciągała do siebie. Z pozoru niegroźna, jak smaczna, tłusta przynęta, pod którą kryje się śmiertelnie niebezpieczny haczyk."


Wibrowało tam dużo klimatu Totalnej magii, ale w bardziej słodko-gorzkiej odsłonie.

Polecam na bardzo nastrojowe wyciszenie się.


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

W każdej prawdzie jest ziarno kłamstwa.
Stroniąca od ludzi, młoda kobieta zostaje podejrzaną w sprawie o zabójstwo męża - odnoszącego sukcesy przedsiębiorcy. Nieliczne osoby, które ją znają, wystawiają jej sprzeczne świadectwa; niektórzy twierdzą nawet, że jest wiedźmą gotową posunąć się do wszystkiego, inni, że miała doprowadzić małżonka do szaleństwa i samobójstwa swoimi licznymi romansami.
Badający jej sprawę przekupny prokurator powoli ulega tajemniczemu urokowi małomównej kobiety i zaczyna gubić się w licznych wersjach prawdy.

Abyzou/The Offering 2023

Abyzou/The Offering 2023

Bardzo fajny klimacik, troszkę przypominał mi horrorek Kronika opętania i właśnie ten klimat wygrywa, całość dość nierówna, ale przyjemnie się to oglądało w miarę, choć strasznych momentów raczej nie ma, bardziej tu chodzi o samą historię (podobną do osobnej drugiej historii o dybuku w świetnej antologii niewyjaśnionych creepy historii: Niewyjaśnione Richarda MacLeana Smitha).

Polecam na przyjemny wieczorek.


MOJA OCENA: 6/10

ZOBACZ TRAILER!

TU

***

Owiana posępną legendą, demoniczna istota o imieniu Abyzou w żydowskiej tradycji obwiniana była o powodowanie poronień i śmierć niemowląt. Kierowała się ponoć zawiścią, gdyż sama nie mogła zostać matką. Złą moc sprzed wieków nieświadomie uwalnia główny bohater filmu – Art, gdy próbuje nakłonić swego ojca, ortodoksyjnego Żyda, do sprzedaży domu pogrzebowego. Do rodzinnej kostnicy trafia tajemnicze ciało, w którym zamieszkuje starożytny demon. Przebudzony, skupia uwagę na ciężarnej żonie Arta.



Gościni Marcin Napiórkowski

Gościni Marcin Napiórkowski

"Przez umysł przebiega granica dzieląca dziwne od potwornego."

Bardzo nierówna opowieść, mająca swoje genialne momenty (jak sam pomysł, świetne SOCZYSTE fragmenty, pałające grozą), jak też i słabsze (lekkie przegadanie, rozmycie atmosfery, zbytnia "lekkość" w porównaniu z tematyką, która jest mega potencjalna). Pierwszy raz spotkałam się z takim pomysłem i bardzo mi się podobał, sama forma przekazu już dużo mniej.

Czytało się lekko i przyjemnie - może zbyt lekko, a wielka szkoda. Jeśli chodzi o porównania do Kinga - bez przesady, kompletnie nie ta półka.Tu miałam takie wrażenie, jakby do świetnego scenariusza dobrano złych aktorów i pozostał lekki niedosyt. 

Nie wystarczy małe miasteczko, które sprawia wrażenie zbyt idealnego, postacie, które są zbyt idealne, atrakcje, które wydają się spełnieniem marzeń, idealne miejsce, które jest... pułapką. Dusza jest ważna w powieści i ważna jest jej esencja - tu zaprzepaszczona gdzieś tam w którymś momencie, ale i tak jakoś dziwnie mi się nasuwa na koniec języka sformułowanie: "sympatyczna powieść" - tylko czy to dobrze, jeśli chodzi o literaturę grozy? 

Sam pomysł: ocena 8. Całość na 6, ale z symaptii.

"Monstra żerują zazwyczaj w głębinach oceanu naszej nieświadomości."

MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Małomiasteczkowy horror Marcina Napiórkowskiego! Stephen King spotyka Umberta Eco.


Kiedyś Jaworski był sfrustrowanym nauczycielem historii. Dziś znany jest jako Pan Wycieczka – twórca najpopularniejszego kanału o familijnych podróżach na YouTubie. Na oczach tysięcy followersów jego rodzina przemierza polską prowincję, w pogoni za lajkami gubiąc jednak coś ważnego…


Wypad w Beskidy nieoczekiwanie zmienia się w przerażającą przygodę, która każdego z członków rodziny skonfrontuje z wypartymi traumami i zmusi do przemyślenia swojego życia. Jaworscy chronią się przed burzą w domu starszego małżeństwa, a rano odkrywają, że dotarli do idyllicznego miasteczka, które dotychczas omijali podczas swoich podróży. Uśniejów pełen jest turystycznych atrakcji, życzliwych ludzi, sielankowego spokoju i tajemnic. Każdy członek rodziny znajdzie tu dokładnie to, czego szukał. Wkrótce jednak boleśnie sobie uświadamiają, że spełniają się tu nie tylko marzenia, ale też najgorsze koszmary.


AUTOR


W kole stań dziewczyno Nalo Hopkinson

W kole stań dziewczyno Nalo Hopkinson

"Czasami zdarzało jej się widzieć, w jaki sposób ktoś będzie umierał."

Kto zakochał się w voodoo z Harry'ego Angela, ten polubi tą historię.
I choć nie jest ona stricte o voodoo, to jest o jej karaibskiej odmianie: obeach ("system wierzeń praktykowanych wśród ludności murzyńskiej Karaibów, głównie Indii Zachodnich, charakteryzujący się wiarą we wróżby i magiczne obrządki"). 

Nie jest to też groza, choć mogłaby nią być z powodzeniem, gdyby autorka popłynęła z troszkę inną falą...
Tu bardziej chodzi o przedstawienie kultury i wierzeń afro-karaibskich, z elementami tubylczego folkloru. Bardziej przypominało to przypowieść, niż horror, chociaż nawiedzenia przez duchy Najstarszych, żywcem obdzieranie ze skóry czy też zniewolenie dusz było dość creepy.

Opowieść sama w sobie prosta, klimatyczna, choć nieco płaskawa i niewykorzystana do końca.
Ale może taka miała być.

Nie wszystko musi być horrorem.

A mogłoby  ;)

Co do dystopii - jest ona tak nikłym tłem, że właściwie nie warto o tym wspominać. Nie zrobiłoby powieści żadnej różnicy, gdyby jej nie było.

Polecam, czytało się dobrze, choć chwilami irytująco.

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

BRAK

***
Bogaci i uprzywilejowani porzucili centrum miasta, otoczyli je barykadą drogowych blokad i pozostawili na pastwę losu. Ci, którzy tam pozostali, siłą rzeczy na nowo odkrywają zapomniane sposoby na przetrwanie uprawę roli, handel wymienny, zielarstwo. Okazuje się jednak, że możni tego świata potrzebują teraz plonu ludzkich ciał, żerują więc na bezbronnych mieszkańcach ulic. Kiedy już nie ma dokąd się zwrócić, młoda kobieta musi otworzyć się na starożytne prawdy, wieczyste potęgi i tragiczną tajemnicę, która spowija jej matkę i babkę Musi wejść w targi z bogami i dać życie nowym mitom. Czarnoskóra Nalo Hopkinson, uczestniczka warsztatów Clarion, dotąd wiodła życie w kilku częściach świata, dzięki czemu nasiąkła tradycją opowieści wyrażających doświadczenia wszystkich tych, którzy na własnej ziemi czują się obcy. Jej powieść otrzymała nagrodę Locusa , wygrała również konkurs wydawnictwa Warner na najlepszą powieść fantasy.





AUTOR
↓


Kwaidan Lafcadio Hearn

Kwaidan Lafcadio Hearn

Dość krwawy zbiorek opowiadań grozy w japońskich klimatach, które trzeba lubić, ażeby w pełni się nimi cieszyć i doceniać styl.
Nie jestem zwolennikiem japońskiej kultury, ale w tym przypadku historie miały swą duszę i były nawet dość creepy, choć utrzymane w konwencji baśni i legend.
Polecam, warto zerknąć.

SPIS BAJEK

Opowieść o Mimi-Nashi-Hoichi
Oshidori
Opowieść o O-Tei
Ubazakura
Dyplomacja
O zwierciadle i dzwonie
Jikininki
Mujina
Rokuro-Kubi
Tajemnica zabrana do grobu
Yuki-Onna
Opowieść o Aoyagi
Jiu-roku-zakura
Sen Akinosukè
Riki-Baka
Horai

Studia o owadach:
Motyle
Komary
Mrówki

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Z górą siedemset lat temu, pod Dan-no-ura w cieśninie Shimonoseki, stoczona została bitwa kładąca kres długotrwałej rywalizacji pomiędzy Heikè, czyli rodem Taira, a Genji, czyli rodem Minamoto. Heikè ponieśli ostateczną klęskę, zginęli wraz z kobietami i dziećmi oraz cesarzem infantem, wspominanym dziś jako Antoku-Tenno. Od siedmiuset lat morze i wybrzeże są nawiedzone… Gdzie indziej opowiedziałem już wam o znajdywanych tam przedziwnych krabach, zwanych krabami Heikè, które mają ludzkie twarze na grzbietach, i o których mówi się, że są duszami wojowników Heikè[1]. Lecz na tym wybrzeżu widzi się i słyszy wiele innych, równie niezwykłych rzeczy. W ciemne noce tysiące upiornych ogników unosi się nad plażą lub krąży nad falami – to Oni-bi, „diabelskie ogniki” – a kiedy zrywa się wiatr, od morza dobiegaj odgłosy potężnej wrzawy, jakby bitewnego zgiełku.
W dawniejszych czasach Heikè byli nieporównanie bardziej dokuczliwi niż dzisiaj. Wynurzali się wokół statków żeglujących nocą i usiłowali je zatopić, stale czyhali na pływaków, by pociągnąć ich w głębinę. Aby udobruchać zmarłych, w Akamagaseki[2] wzniesiona została buddyjska świątynia Amidaji, a w jej pobliżu, tuż obok plaży, powstał cmentarz, gdzie postawiono pomniki opatrzone imionami utopionego cesarza i jego dostojnych wasali, a za spokój ich dusz regularnie odprawiano buddyjskie nabożeństwa. Po wybudowaniu świątyni i ufundowaniu nagrobków, Heikè sprawiali mniej utrapień, ale dalej – od czasu do czasu – przypominali o sobie dziwnymi czynami, zdradzając, iż spokoju doskonałego nie zaznali.
Przed kilkoma stuleciami w Akamagaseki mieszkał niewidomy o imieniu Hoichi, sławny z biegłości w recytacji i grze na biwie[3]. Od wczesnego dzieciństwa przyuczano go do tej sztuki, a gdy jeszcze był młodym chłopcem, prześcignął w niej swych nauczycieli. Jako zawodowy biwa-hoshi zdobył rozgłos głównie dzięki recytowaniu historii Heikè i Genji – mówiło się, że kiedy śpiewał pieśń o bitwie pod Dan-no-ura „nawet upiory nie mogły powstrzymać łez”.
W zaraniu swej kariery Hoichi był bardzo biedny, pozyskał jednakże przyjaźń i wsparcie bonzy Amidaji, który cenił poezję i muzykę, i często zapraszał go do świątyni, aby grał i recytował. Później, będąc pod wielkim wrażeniem cudownego talentu chłopca, zaproponował, by świątynia stała mu się domem, a oferta z wdzięcznością została przyjęta. Hoichiemu oddano do dyspozycji osobny pokój, w podzięce zaś za wyżywienie i mieszkanie obowiązany był w niektóre wieczory radować bonzę koncertem. Poza tym cieszył się pełną swobodą.
Pewnej letniej nocy duchownego wezwano do odprawienia buddyjskich modłów w domu zmarłego i udał się tam wraz ze swym pomocnikiem, pozostawiając Hoichiego samego w świątyni. Noc była gorąca i niewidomy szukał ochłody na werandzie sypialni. Wychodziła ona na niewielki ogród na tyłach Amidaji. Tam Hoichi oczekiwał na powrót przyjaciela i starał się zapomnieć o samotności ćwicząc na biwie. Minęła północ, lecz bonza nie wracał, a powietrze było wciąż nazbyt rozgrzane, by można było znaleźć wytchnienie pośród ścian, toteż chłopiec pozostał na werandzie. Wreszcie od strony tylnej furty dobiegł go odgłos zbliżających się kroków. Ktoś przeszedł przez ogród, podszedł do werandy i zatrzymał się dokładnie na wprost niego – lecz nie był to kapłan. Głęboki głos wypowiedział imię niewidomego – szorstko i bezceremonialnie, zwyczajem samurajów zwracających się do ludzi niższego stanu:
– Hoichi!
Przez moment chłopiec był nazbyt zaskoczony, by odpowiednio zareagować, i głos ponownie wezwał go tonem surowego rozkazu:
– Hoichi!
– Hai – odpowiedział wreszcie przestraszony. – Jestem ślepy! Nie widzę, kto mnie wzywa!
– Nie masz powodów do obaw – rzekł nieznajomy już trochę łagodniej. – Stoję obozem niedaleko tej świątyni i wysłano mnie tutaj z misją. Mój obecny pan, osobistość nadzwyczaj wysokiej rangi, przebywa obecnie w Akamagaseki z wieloma szlachetnymi dworzanami. Jego życzeniem było ujrzeć scenerię zmagań pod Dan-no-ura i dzisiaj miejsce to odwiedził. Usłyszawszy o twojej biegłości w recytowaniu opowieści o bitwie, zapragnął ją usłyszeć. Weźmiesz więc biwę i natychmiast udasz się do domostwa, gdzie oczekuje na ciebie już dostojne zgromadzenie.
W owych czasach rozkaz samuraja nie mógł być bezkarnie zlekceważony. Hoichi założył sandały, ujął biwę i podążył za nieznajomym, a ten zręcznie go prowadził, zmuszając jednocześnie do szybkiego marszu. Stalowa była dłoń, która go wiodła, a szczęk, wtórujący każdemu stąpnięciu rycerza, wskazywał, iż był on w pełnym rynsztunku bojowym – sprawiał wrażenie pałacowego gwardzisty na służbie. Pierwszy strach już przeminął i Hoichi zaczął uważać siebie za kogoś, kogo spotkało wielkie szczęście, gdyż – wspomniawszy wiadomość o „osobistości nadzwyczaj wysokiej rangi” – pomyślał, że dostojnik, który życzył sobie usłyszeć jego recytację, nie mógł być kimś niższym od daimyō[4] pierwszej klasy. Naraz jego przewodnik zatrzymał się i Hoichi zdał sobie sprawę, że znaleźli się przed wielką bramą. Zdziwił się, bowiem nie mógł przypomnieć sobie, by w tej części miasta była jakaś brama, jeśli nie liczyć głównych wrót Amidaji. „Kai-mon!”[5] – zawołał samuraj i po chwili rozległ się zgrzyt rygli. Ruszyli obaj naprzód, przemierzyli przestronny ogród i ponownie zatrzymali się przed jakimś wejściem. Gwardzista obwieścił donośnym głosem: „Czcigodni zgromadzeni! Przyprowadziłem wam Hoichiego!” Natychmiast dały się słyszeć odgłosy poruszających się stóp, rozsuwanych ekranów, otwieranych drzwi przeciwdeszczowych i głosów rozmawiających z sobą kobiet. Po ich mowie Hoichi poznał, iż są one mieszkankami szlachetnego domostwa, lecz nie był w stanie odgadnąć, dokąd go przyprowadzono. Nie pozostawiono mu jednak zbyt wiele czasu na domysły. Pomógłszy mu pokonać kilka kamiennych schodków – na ostatnim polecono, by zdjął sandały – kobieca dłoń powiodła go przez połacie wypolerowanych podłóg z desek, przez wsparte filarami zakola – nazbyt liczne, aby je wszystkie spamiętać – przez zadziwiająco rozległe przestrzenie wyłożone matami – aż na środek olbrzymiej komnaty. Wyczuł tam obecność wielu dostojnych osób – dobiegający go szelest jedwabiu podobny był szumowi liści w lesie. Słyszał również gwar przyciszonych rozmów, a język, którym się posługiwano, był językiem dworskim.
Polecono mu, by spoczął na przygotowanej dlań poduszce. Kiedy usadowił się wygodnie i nastroił instrument, głos kobiety, w której odgadł rojo – matronę sprawującą nadzór nad kobiecą służbą – zwrócił się do niego takimi słowy:
– Życzeniem naszym jest, aby z akompaniamentem biwy wyrecytowana została historia Heikè.
Ale recytacja całości wymagałaby kilku nocy, przeto Hoichi ośmielił się zadać pytanie:
– Jako że całość owej opowieści wkrótce skończona być nie może, którą jej część dostojni pragną teraz usłyszeć?
Głos kobiety odpowiedział:
– Recytuj opis bitwy pod Dan-no-ura, bowiem żałość po niej jest szczególnie głęboka.
Wówczas Hoichi podniósł głos i zaśpiewał pieśń o bitwie na morzu goryczy, w cudowny sposób zmuszając biwę, by brzmiała jak mozół wioseł i pęd okrętów, świst i furkot strzał, okrzyki i tupot mężczyzn, szczęk stali o hełmy, pogrążanie się zabitych w topieli. A z lewej i prawej strony, w przerwach w recytacji, dobiegały go pochwalne szepty: „Cóż to za wspaniały artysta! Nigdy w prowincji naszej nie słyszano podobnej gry! W całym cesarstwie nie ma drugiego pieśniarza równego Hoichiemu!” Nowe siły wstąpiły wtedy w niego i grał i śpiewał jeszcze lepiej, a wypełniona podziwem cisza pogłębiła się wokół niego. Lecz kiedy doszedł do momentu mówiącego o losie nadobnych i bezbronnych, o budzącej litość zagładzie kobiet i dzieci, i o skoku Nii-no-Amy z cesarskim dziecięciem w ramionach, wszyscy słuchacze wydali jeden przeciągły, dreszczem przejmujący okrzyk rozpaczy, po czym łkali i zawodzili tak donośnie i niepohamowanie, że przeraziła go gwałtowność żalu, którego był przyczyną. Długo jeszcze szlochano i płakano. Lecz stopniowo lamenty ucichły i w głębokiej ciszy, jaka zapadła, Hoichi ponownie usłyszał głos kobiety, którą uprzednio uznał za rojo:
– Choć zapewniano nas, że jesteś bardzo utalentowanym muzykiem, nie mającym równych sobie także w sztuce recytacji, nie przypuszczaliśmy, aby ktoś mógł być tak zręczny, jak dowiodłeś tego dzisiejszej nocy. Nasz pan z zadowoleniem raczył oświadczyć, iż zamierza obdarzyć cię hojnie. Pragnie jednak, byś śpiewał dla niego przez sześć najbliższych nocy, po którym to czasie prawdopodobnie uda się łaskawie w podróż powrotną. Przeto jutrzejszej nocy masz stawić się tu o tej samej godzinie – wysłany będzie po ciebie dworzanin, który i dziś cię przyprowadził… Jest jeszcze jedna rzecz, o jakiej polecono mi powiadomić ciebie. Życzymy sobie, abyś z nikim nie rozmawiał o swoich tu wizytach w czasie, gdy pan nasz łaskawie gości w Akamagaseki. Ponieważ podróżuje incognito[6] żąda, aby żadna wzmianka o nim nie została uczyniona… A teraz możesz już wracać do świątyni.
Kiedy Hoichi wypowiedział stosowne słowa podzięki, kobieca dłoń pokierowała jego krokami do wyjścia, gdzie oczekiwał nań ten sam samuraj, który przedtem go tu przywiódł. Towarzyszył mu aż do werandy i tam pożegnał.
Świtało już prawie, kiedy powrócił, lecz nikt jego nieobecności w świątyni nie zauważył. Bonza przekonany był, że chłopiec w nocy spał. W ciągu dnia Hoichi mógł nieco wypocząć, nie wspominał jednak ani słowem o swojej niezwykłej przygodzie. W środku następnej nocy samuraj znowu przyszedł po niego i zaprowadził przed dostojne zgromadzenie, a recytacja spotkała się z takim samym uznaniem jak poprzednio. Ale tym razem jego zniknięcie zostało przypadkowo odkryte, i gdy zjawił się nad ranem, wezwano go przed oblicze kapłana, który odezwał się tonem łagodnej wymówki:
– Bardzo niepokoiliśmy się o ciebie, przyjacielu Hoichi. Niebezpiecznie jest oddalać się o tak późnej godzinie, będąc ślepym i samotnym. Dlaczego wyszedłeś nic nam o tym nie mówiąc? Mógłbym nakazać służącym, by ci towarzyszyli. A gdzie byłeś?
– Wybacz mi, dobry przyjacielu. Musiałem zająć się pewną prywatną sprawą i nie mogłem uczynić tego o innej godzinie – odpowiedział wykrętnie chłopiec.
Duchowny był bardziej zaskoczonym niż urażonym powściągliwością Hoichiego. Czuł, że kryje się za nią coś nadprzyrodzonego i podejrzewał jakieś nieszczęście. Obawiał się, że niewidomy jest zauroczony, bądź podstępnie omotany przez złe duchy. Nie wypytywał go jednak dłużej, lecz w tajemnicy rozkazał służącym, by baczyli na niego i poszli za nim, gdyby znowu chciał opuścić świątynię po zapadnięciu zmroku.
Już następnej nocy ujrzano, jak Hoichi wymyka się, i służący, zapaliwszy latarnię, natychmiast podążyli jego śladem. Ale owa noc była deszczowa i bardzo ciemna i zanim zdołali dotrzeć do drogi, chłopiec zniknął. Bez wątpienia kroczył bardzo szybko – dziwna rzecz, zważywszy na jego upośledzenie, zwłaszcza, że droga była w bardzo złym stanie. Mężczyźni śpiesznie przemierzali ulice, rozpytując we wszystkich domach, w których Hoichi zwykł bywać, lecz nikt nie był w stanie udzielić o nim żadnej informacji. Aż nagle, gdy wracali już do świątyni ścieżką prowadzącą wzdłuż wybrzeża, usłyszeli dźwięki pełnej furii gry na biwie, dobiegające od strony cmentarza Amidaji. Zdumieli się, bowiem, jeśli nie liczyć upiornych ogników, jakie zawsze unoszą się nad tym miejscem w ciemne noce, panowała tam nieprzenikniona czerń. Pośpieszyli jednak bez wahania i w świetle latarni ujrzeli Hoichiego siedzącego samotnie na deszczu przed pamiątkowym nagrobkiem Antoku-Tenno, uderzającego w struny biwy i recytującego pełnym głosem pieśń o bitwie pod Dan-no-ura. A za nim i wokół niego, i wszędzie ponad nagrobkiem, paliły się ognie zmarłych, podobne płomykom świec. Nigdy dotąd oczom śmiertelnego człowieka nie był dany widok tak olbrzymiego zastępu Onibi…
– Hoichi San! Hoichi San! – wykrzyknęli. – Jesteś zauroczony!… Hoichi San!
Ale niewidomy nie słyszał wołania. Z wielką mocą wydobywał z biwy brzęk, dzwonienie i szczęk, coraz zapamiętałej śpiewając pieśń o bitwie pod Dan-no-ura. Słudzy schwycili go, krzycząc mu do ucha:
– Hoichi San! Hoichi San! Chodź z nami natychmiast do domu!
– Przerywanie mi w podobny sposób przed tym dostojnym zgromadzeniem nie ujdzie wam bezkarnie – odezwał się do nich Hoichi tonem nagany.
Nie zważając na niesamowitość sytuacji, mężczyźni wybuchnęli śmiechem. Z pewnością chłopak był zauroczony. Ujęli go pod ramiona, postawili na nogi i nie szczędząc sił pośpiesznie zaprowadzili do świątyni, gdzie na polecenie bonzy zdjęto zeń przemoczone odzienie, przebrano i zmuszono do posilenia się i ugaszenia pragnienia. Następnie duchowny stanowczo domagał się pełnego wyjaśnienia powodów dziwnego postępowania przyjaciela.
Hoichi długo zwlekał, lecz w końcu, widząc że jego zachowanie doprawdy zaniepokoiło i rozgniewało dobrego kapłana, postanowił przełamać swą powściągliwość i opowiedział o wszystkim, co wydarzyło się od chwili pojawienia się samuraja.
– Hoichi, mój biedny przyjacielu – rzekł bonza – znalazłeś się w śmiertelnym niebezpieczeństwie! Jakże źle się stało, że nie opowiedziałeś mi o tym wszystkim wcześniej! Twój wspaniały talent doprawdy wpędził cię w niezwyczajne tarapaty. Musisz już zdawać sobie sprawę, że nie przebywałeś na żadnym dworze, ale spędzałeś noce na cmentarzu, pośród grobów Heikè, i właśnie przed pamiątkowym pomnikiem Antoku Tenno, siedzącego na deszczu, znaleźli cię dziś nasi służący. Wszystko, co zdawało się ciebie otaczać, było iluzją – z wyjątkiem wezwania zmarłych. Posłuchawszy ich raz, oddałeś się w ich moc. Jeśli zaś po tym, co się już zdarzyło, znowu pójdziesz za wezwaniem, rozerwą cię na strzępy. Zresztą, prędzej czy później, i tak by cię zgładzili… Nie będę mógł zostać tu z tobą dzisiejszej nocy – poproszono mnie o odprawienie nabożeństwa. Lecz zanim odejdę, sprawię, aby ciało twe chroniły napisane na nim święte teksty.
Przed zachodem słońca bonza wraz ze swym pomocnikiem obnażyli Hoichiego i kaligrafując pędzelkami pokryli jego pierś i plecy, kończyny, ręce i stopy – nawet podeszwy stóp i wszystkie inne części ciała – tekstem świętej sutry Hannya-Shin-Kyo[7]. Gdy praca została ukończona, duchowny udzielił Hoichiemu takich oto wskazówek:
– Wieczorem, gdy tylko odejdę, zasiądziesz na werandzie i będziesz czekał. Zostaniesz wezwany. Lecz, cokolwiek by się wydarzyło, nie odpowiadaj i nie poruszaj się. Nic nie mów i siedź bez ruchu, jak gdyby medytując. Jeśli poruszysz się lub uczynisz nawet najmniejszy hałas, zostaniesz rozerwany na strzępy. Nie przestrasz się i nie wołaj o pomoc, nikt bowiem pomóc ci nie jest w stanie. Jeżeli zrobisz dokładnie, jak mówię, niebezpieczeństwo przeminie i niczego już nie będziesz się musiał dłużej obawiać.
Po zapadnięciu zmroku bonza z pomocnikiem oddalił się, a Hoichi zasiadł na werandzie, stosując się do zaleceń wydarzyło się od chwili pojawienia się samuraja.
– Hoichi, mój biedny przyjacielu – rzekł bonza – znalazłeś się w śmiertelnym niebezpieczeństwie! Jakże źle się stało, że nie opowiedziałeś mi o tym wszystkim wcześniej! Twój wspaniały talent doprawdy wpędził cię w niezwyczajne tarapaty. Musisz już zdawać sobie sprawę, że nie przebywałeś na żadnym dworze, ale spędzałeś noce na cmentarzu, pośród grobów Heikè, i właśnie przed pamiątkowym pomnikiem Antoku Tenno, siedzącego na deszczu, znaleźli cię dziś nasi służący. Wszystko, co zdawało się ciebie otaczać, było iluzją – z wyjątkiem wezwania zmarłych. Posłuchawszy ich raz, oddałeś się w ich moc. Jeśli zaś po tym, co się już zdarzyło, znowu pójdziesz za wezwaniem, rozerwą cię na strzępy. Zresztą, prędzej czy później, i tak by cię zgładzili… Nie będę mógł zostać tu z tobą dzisiejszej nocy – poproszono mnie o odprawienie nabożeństwa. Lecz zanim odejdę, sprawię, aby ciało twe chroniły napisane na nim święte teksty.
Przed zachodem słońca bonza wraz ze swym pomocnikiem obnażyli Hoichiego i kaligrafując pędzelkami pokryli jego pierś i plecy, kończyny, ręce i stopy – nawet podeszwy stóp i wszystkie inne części ciała – tekstem świętej sutry Hannya-Shin-Kyo[7]. Gdy praca została ukończona, duchowny udzielił Hoichiemu takich oto wskazówek:
– Wieczorem, gdy tylko odejdę, zasiądziesz na werandzie i będziesz czekał. Zostaniesz wezwany. Lecz, cokolwiek by się wydarzyło, nie odpowiadaj i nie poruszaj się. Nic nie mów i siedź bez ruchu, jak gdyby medytując. Jeśli poruszysz się lub uczynisz nawet najmniejszy hałas, zostaniesz rozerwany na strzępy. Nie przestrasz się i nie wołaj o pomoc, nikt bowiem pomóc ci nie jest w stanie. Jeżeli zrobisz dokładnie, jak mówię, niebezpieczeństwo przeminie i niczego już nie będziesz się musiał dłużej obawiać.
Po zapadnięciu zmroku bonza z pomocnikiem oddalił się, a Hoichi zasiadł na werandzie, stosując się do zaleceń duchownego. Obok siebie położył biwę i przyjąwszy pozycję medytacyjną zupełnie znieruchomiał, bacząc pilnie, by nie kaszlnąć i nie oddychać głośno. Siedział tak przez długie godziny.
Naraz od strony drogi usłyszał odgłos zbliżających się kroków. Minęły furtkę, przeszły przez ogród, zatrzymały się – dokładnie na wprost niego.
– Hoichi! – zawołał tubalny głos, ale niewidomy wstrzymał oddech i dalej siedział bez ruchu.
– Hoichi! – posępnie zabrzmiał głos po raz wtóry, za trzecim zaś razem – groźnie: – Hoichi!
Hoichi siedział nieruchomy jak kamień, a głos zamruczał:
– Nie ma odpowiedzi! To za mało!… Trzeba zobaczyć, gdzie on się podział…
Rozległ się łoskot ciężkich kroków przemierzających werandę. Kroki przybliżyły się z wolna i zatrzymały tuż obok chłopca. Na długie minuty, podczas których Hoichi czuł, jak ciałem jego wstrząsa każde uderzenie serca, zapanowała martwa cisza.
– Oto i biwa – odezwał się wreszcie szorstki głos – lecz z grajka widzę tylko… dwoje uszu! A więc to jest wyjaśnienie, dlaczego nie odpowiadał. Nie ma ust, by mówić. Nic z niego nie pozostało, tylko uszy… Zaniosę je mojemu panu jako dowód, że cesarskie rozkazy zostały wykonane tak sumiennie, jak było to możliwe…
W tym samym momencie Hoichi poczuł, jak na jego uszach zacisnęły się żelazne palce i wyrwały je! Choć ból był ogromny, nie wydał nawet westchnienia (...)

***
Opowieści grozy są częścią kulturowego dziedzictwa Japonii, z którego pełną garścią czerpią współcześni pisarze, twórcy scenariuszy i komiksów a np. jedną z inspiracji dla popularnego horroru Krąg mogła być opowieść Hearna o kimonie, które zabijało każdego, kto je na siebie włożył. Tam zabijało kimono, dzis robi to wideokaseta... Kwaidan jest zbiorem opowieści z dreszczykiem, bogato ilustrowanym rycinami przedstawiającymi najniezwyklejsze twory wyobraźni japońskich artystów.



EKRANIZACJA
↓


TRAILER
↓










AUTOR
↓



Czarny Staw Robert Ziębiński

Czarny Staw Robert Ziębiński

"Wszystko było tu niepokojące i niespotykane. 
I nie.
Nie było dobre. Dobre rzeczy nie odstraszają ptaków."

Świetna, mroczna i serio straszna powieść, nie tylko dla młodzieży. Porównywalne klimaty do świetnych creepy powieści: 

Zmorojewo, Czarny młyn, Tajemnica mroku.

Narracja płynna, bardzo dobra, trzymająca nastrój. Rewelacyjna historia, dwie płaszczyzny wydarzeń, wtedy i obecnie, grupka dzieciaków rodem z Goonies, ale takiego bardziej w klimatach Stranger Things, naprawdę przerażający staw i mieszkający tam...


No właśnie.

Kto tak naprawdę jest mieszkańcem demonicznego Czarnego Stawu?

Polecam, jedyna wada: za krótka ta przygoda!

MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Nikt nie wie, jak głęboki jest Czarny Staw.

Nikt.
No, może poza samym diabłem…

Burzliwy rozwód rodziców Kamila powoduje radykalną zmianę w jego życiu. Z wielkiego miasta wyprowadza się na dosłowny koniec świata, do rodzinnego domu matki, położonego w Czarnym Stawie. Relacje między mamą i babcią są, delikatnie mówiąc… skomplikowane. Wszystko przez to, że dziadek Kamila zaginął wiele lat temu, od tamtej pory babcia za całe zło na świecie obwinia mężczyzn.
Dzięki nowym znajomym Kamil odkrywa mroczne legendy krążące wokół lokalnego jeziora…
W okolicy dzieją się dziwne rzeczy. Dodatkowo Kamila zaczynają dręczyć koszmary, w których tonie w czarnej wodzie. Wraz z przyjaciółmi postanawia odkryć tajemnicę kryjącą się w odmętach jeziora. Niebawem okaże się, że tylko on może uratować miasteczko…
Książka zapowiada cykl powieści dla młodzieży inspirowanych postaciami z dawnych polskich legend. Pierwsi czytelnicy wskazują na podobieństwa klimatu powieści do serialu „Stranger Things”. A to chyba dobra rekomendacja…


AUTOR
↓



Pożegnanie z diabłem i czarownicą Bohdan Baranowski

Pożegnanie z diabłem i czarownicą Bohdan Baranowski

"Książka ta ma charakter pracy popularno-naukowej. Napisana została z myślą, by mógł ją czytać nie tylko specjalista, ale każdy kogo interesuje problematyka historyczno-etnograficzna.
Mimo popularyzatorskiego charakteru, książka ta stanowi wynik wieloletniej pracy badawczej. Przerobiona została nie tylko  literatura etnograficzna i historyczna oraz różnego typu źródła pisane. Autor w dużym stopniu oparł się również na badaniach terenowych, zbierając odpowiedni materiał na terenie województwa łódzkiego i terenach przyległych w ciągu 19 lat (od 1945 do 1964 r.)"

Nowe, przepiękne wydanie starego, dobrze znanego tekstu.
Zanim jednak zaczniemy się bardzo napalać na ten tytuł, należy przeczytać uważnie ten fragmencik wyżej.

To nie jest fantasy.
Ani horror.
Ani groza.

To praca popularno-naukowa.

Czyli nuda?

Chwilami tak.
A chwilami nie.

Ktoś, kto spodziewał się czegoś innego, będzie zawiedziony.

Z elementów horroru znalazłam tam tylko... ciemnotę ludzką. I cieszę się bardzo, że nie żyłam w dawnych czasach - TO BYŁA MAKABRA.

"Mogą czarownicy mocą czarta zwierzęta produkować i wyprowadzać, ale tylko niedoskonałe  - np. glizdy, robaki, muchy, komary."

Generalnie autor rewelacyjnie poradził sobie z tematem - zebrał wszystkie fakty, plotki i zeznania w całość, poparł je bardzo rozbudowaną bibliografią, która sama w sobie stanowi prawdziwą skarbnicę wiedzy.

Spis treści

Pożegnanie z diabłem i czarownicą
Rozdział I. Ofiary ciemnoty
Rozdział II. Źródła zabobonu
Rozdział III. „Diabeł w swojej postaci”
Rozdział IV. Stróż sprawiedliwości
Rozdział V. Chłop, pan i diabeł
Rozdział VI. Robotnik, fabrykant i diabeł
Rozdział VII. Opętani
Rozdział VIII. Obraz czarownicy
Rozdział IX. O czarownikach, owczarzach i znachorach
Rozdział X. „Sprowadzają na nas grady, burze i posuchy”
Rozdział XI. „Te, co niszczą niewinne zwierzęta domowe”
Rozdział XII. „Wrogowie ludzkości
Rozdział XIII. Czary miłosne
Rozdział XIV. Bękarty prasłowiańskich demonów
Rozdział XV. Pożegnanie z zabobonem

Wyjaśnienie autora

Czy polecam?
W sumie chyba tak, ale bez zbytniego entuzjazmu, gdyż wolę inne kategorie literackie czytać. 

MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

NIEDOSTĘPNY CHWILOWO

***
Diabeł i czarownica to do dziś często przywołane przez nas postaci. Określamy w żartach tak innych, przytaczamy powiedzenia, przysłowia z nimi związane.. ale czy ktokolwiek zastanawiał się, skąd te obrazy wzięły się w naszej kulturze ? Od jak dawna są w wierzeniach Słowian?

 KUP TU
↓


lejna pozycja na temat słowińskich podań i wierzeń autora książki W kręgu upiorów i wilkołaków
Diabeł i czarownica są postaciami, które przywołujemy po dziś dzień. Nie zawsze jednak mamy świadomość, jakie znaczenie odgrywają w naszej kulturze. Profesor Bohdan Baranowski wyjaśnia, jak na przestrzeni wieków kształtował się wizerunek diabła i czarownicy.
Korzystając ze źródeł zarówno pisanych, jak i przekazów tradycji ustnej, pozyskanych w bezpośrednich rozmowach, autor stopniowo rozwiązuje zagadkę kiedy, skąd i dlaczego te postacie pojawiły się w kulturze. Ujawnia, jak ewoluowały, jaki stosunek do niej miał Kościół kiedyś oraz jakie stanowisko zajmuje współcześnie.
W książce nie brakuje barwnych powiedzeń, przyśpiewek, przesądów oraz autentycznych historii, w które uwikłane były czarownice i diabły. Z perspektywy minionych lat próbuje racjonalnie wyjaśnić przyczyny przypisywania tym postaciom takich, a nie innych mocy. Pożegnanie z diabłem i czarownicą to bowiem nie tylko opowieść o zabobonach i wierzeniach, ale zarazem bogate w treść źródło cennych informacji na temat kultury, tej dawnej, jak i zupełnie współczesnej.
Kolejna pozycja na temat słowińskich podań i wierzeń autora książki W kręgu upiorów i wilkołaków
Diabeł i czarownica są postaciami, które przywołujemy po dziś dzień. Nie zawsze jednak mamy świadomość, jakie znaczenie odgrywają w naszej kulturze. Profesor Bohdan Baranowski wyjaśnia, jak na przestrzeni wieków kształtował się wizerunek diabła i czarownicy.
Korzystając ze źródeł zarówno pisanych, jak i przekazów tradycji ustnej, pozyskanych w bezpośrednich rozmowach, autor stopniowo rozwiązuje zagadkę kiedy, skąd i dlaczego te postacie pojawiły się w kulturze. Ujawnia, jak ewoluowały, jaki stosunek do niej miał Kościół kiedyś oraz jakie stanowisko zajmuje współcześnie.
W książce nie brakuje barwnych powiedzeń, przyśpiewek, przesądów oraz autentycznych historii, w które uwikłane były czarownice i diabły. Z perspektywy minionych lat próbuje racjonalnie wyjaśnić przyczyny przypisywania tym postaciom takich, a nie innych mocy. Pożegnanie z diabłem i czarownicą to bowiem nie tylko opowieść o zabobonach i wierzeniach, ale zarazem bogate w treść źródło cennych informacji na temat kultury, tej dawnej, jak i zupełnie współczesnej.
The World of Lore. Potworne istoty Aaron Mahnke

The World of Lore. Potworne istoty Aaron Mahnke

"Ten straszliwy, ponadczasowy potwór jest - i zawsze był - w każdym z nas. Mamy go we krwi, niczym przekleństwo wampiryzmu. Ale raczej to nie to, o czym zapewne pomyśleliście. To strach (...) Strach jest czymś, co rozpala tłumy i w niektórych sytuacjach może wywołać pożar."

Hit czy kit?
Z pewnością nie kit :)

Bardzo mocne 8.

Ale nie dla każdego.
Dlaczego?
Przez wzgląd na prawie dokumentalny charakter książki - to jest fabularyzowany dokument, kronika, okraszona zasłyszanymi niesamowitymi i strasznymi opowieściami, bardzo strukturą przypominająca filmy z Discovery Channel. Jest to "potworna" analiza źródeł literatury, filmu, ale także wierzeń i legend.


"Narodziło się jednak coś nowego. Potężniejszego od potwora. Coś, co rozprzestrzenia się niczym pożar i może przetrwać wieki. Legenda."

Co było dla mnie zaskoczeniem i miłą odmianą.

Druga połowa książki już mega w moich klimatach, bo dotyczy ona głównie nawiedzeń:)

Autor zwraca się bezpośrednio do nas, podtrzymując uwagę czytelnika tym miłym wybiegiem - prowadzi z nami jednostronną konwersację:) Narracja jest lekka, przyjemna, nie stroni od łagodnej ironii, zakrapianej pewną dozą subtelnego humoru. Historie opowiadane są z lekkim przymrużeniem oka. 

Ale nie zawsze.
Nie brakuje także krwawych i przerażających opisów.

"Kiedy niewytłumaczalne staje się możliwe, jest to naprawdę przerażające."

Kto i co się pojawia w tych opowieściach?

Wampiry. Wilkołaki. Czarownice. Satanizm. Voodoo. Egzorcyzmy. Opętanie. Diabeł. Zjawy. Widma. Duchy. Hipnoza. Spirytyzm. Życie pozagrobowe. nawiedzone domy. Nawiedzone statki. nawiedzona muzyka. Halloween. Zombie. Śmierć. Wierzenia. Nieśmiertelność. Samobójstwa. Kanibalizm. Plagi. Klątwy. Kosmici. Obcy. Elfy. Demony. Dżiny. Gobliny. Gremliny. Krasnale. Chochliki. Zmiennokształtni (Tricksterzy). Skinwalkerzy. Kraken. Morskie potwory. Syreny. Wendigo. Szamani. 

I wiele innych.

Prawdziwa gratka dla miłośników grozy, ponieważ jest tam to wszystko, co znamy, o czym czytamy i co kochamy:)

Są ilustracje, ale nie ma zdjęć. Jest klimat grozy, tajemnicy, niedopowiedzeń. Prawda vs fałsz?


"I na tym właśnie polega problem z takimi opowieściami. Zawsze są w nich jakieś luki. Fakty i fragmenty, których nie da się wytłumaczyć, choć staramy się logicznie je analizować. To oczywiście sprawia, że opowiadamy te historie do dzisiaj."

Serce vs rozum?

"Kiedy natrafiamy na tak głębokie pokłady ludowych wierzeń, nasz umysł staje przed dylematem: czy te wielowiekowe relacje naocznych świadków są dowodem ich prawdziwości, czy też jedynie oznaką naszej niewyobrażalnej, bezgranicznej, niemal uwarunkowanej genetycznie łatwowierności?"

Bogate źródło informacji, szczególnie, jeśli chodzi o bibliografię.

POLECAM!
Czekam na kolejne części - mam nadzieję, że pojawią się u nas dość szybko!

MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!



Zrobili tonik


Hollywood ma obsesję.
Mówiąc o obsesji, często mamy na myśli seks, przemoc, monstrualne roboty, a także — rzecz jasna — dramatyczną walkę dobra ze złem. Chodzi mi jednak o inną obsesję Hollywoodu, mianowicie o tę na punkcie wampirów.
Trzeba przyznać, że wampiry mają wiele fascynujących cech. Nieśmiertelność, bogactwo, siłę i nadludzkie umiejętności, jak zdolność latania i regeneracji. Owszem, towarzyszą temu pewne mankamenty, na przykład fatalne uczulenie na słońce, lecz wszystkie filmy, które widziałem (a wierzcie mi, oglądałem ich naprawdę wiele), ukazują wampiry jako istoty zadowolone ze swojego życia.
Po raz pierwszy zetknąłem się ze światem tych stworów pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy byłem w college’u. Kolega podsunął mi wtedy do przeczytania powieść Anne Rice Wywiad z wampirem. Pochłonąłem ją natychmiast, a potem kolejne z tego cyklu. Niewątpliwie ta doskonała książka na dziesięć lub więcej lat nadała ton przemysłowi rozrywkowemu związanemu z wampirami.
Nie będę się wypowiadał na temat wampirów występujących w cyklu Zmierzch, głównie dlatego, że nie czytałem żadnej z tych powieści. Ale powiem jedno: niezależnie od tego, jak bardzo zostały ostro ocenione przez krytykę, książki te dowodzą, że uwielbienie kultury masowej dla wszystkiego, co związane z tymi istotami, jest równie nieśmiertelne jak one same.

Wampiry w historii


Większość ludzi wyobraża sobie wampiry jako typowych Europejczyków: mówiących z cudzoziemskim akcentem, w strojach z epoki wiktoriańskiej, zamieszkujących mroczne dwory i zamczyska. Taki obraz jest powszechnie przyjęty w większości krajów Zachodu i nie mam za złe autorom filmów ani książek, że go powielają. To jednak tylko jeden z aspektów tej niezwykle złożonej legendy.
Najznamienitsza postać historyczna związana ze współczesnym pojmowaniem wampiryzmu to oczywiście Wład III, który w latach 1456-1462 rządził niewielkim wschodnioeuropejskim Hospodarstwem Wołoskim.
Wład likwidował swoich wrogów, nabijając ich na pal. Turcy osmańscy, którzy najechali jego państwo i zobaczyli lasy nadzianych na pal ofiar, nazwali go Władem Palownikiem. Jak widać, był on impulsywnym gościem. I z pewnością bardzo krwiożerczym.
Tak jak wcześniej jego ojciec, należał do organizacji zwanej Zakonem Smoka, utworzonej po to, by bronić chrześcijańską Europę przed naporem imperium osmańskiego. Włada II nazywano Drakulem albo Smokiem. Kiedy jego syn przejął władzę, odziedziczył ten przydomek i od tej pory jest znany jako Wład Drăculea, syn smoka.
Postać ta jest często kojarzona z najsłynniejszym wampirem na świecie. A to dlatego, że Wład III przynajmniej po części stał się inspiracją dla Brama Stokera, kiedy ten tworzył swoją opowieść o bohaterze nocy. Ale dojdziemy do tego później.
Korzenie większości opowieści o wampirach można odnaleźć w podaniach różnych starożytnych cywilizacji z całego świata. Źródłem niezliczonych legend o wychodzących z grobów zmarłych jest także Europa Zachodnia. Te żywe trupy wracały do naszego świata.
Po co wracały? — możecie spytać. Cóż, cieszę się, że zapytaliście. Z początku tylko po to, by straszyć żyjących, lecz z upływem wieków legenda obrosła w szczegóły. Umarli mieli powracać, by nękać swoich krewnych i sąsiadów. Niemniej kluczowym faktem jest to, że ci ożywieńcy byli konkretnymi osobami, a nie anonimowymi zombi ze współczesnych horrorów. Mieli jakąś przeszłość i cel.
W mitologii skandynawskiej znajdujemy opowieści o stworach zwanych draugr, czyli „ponownie kroczących”, które powstawały z grobów i mordowały żywych. Istoty te miały nadludzką siłę, paskudny wygląd i cuchnęły rozkładem. Potrafiły wdzierać się w ludzkie sny i podobno zawsze zostawiały przy posłaniu śpiącego jakiś przedmiot, tak by ten po przebudzeniu wiedział, że koszmar był bardziej realny, niż mu się wydawało.
Przenieśmy się jednak do czasów odleglejszych od średniowiecza. Mitologia niektórych starożytnych ludów pełna jest stworów, które — choć niekoniecznie podobne do współczesnych wampirów — mają z nimi wiele wspólnego.
Można tu przywołać choćby znany grecki mit o Empuzie, córce Hekate. Empuza uwodziła nocą młodzieńców, a potem wypijała ich krew i pożywiała się ich ciałami. W innym greckim micie pojawia się Lamia, kochanka Zeusa, na którą jego żona Hera rzuciła klątwę. W wyniku tej klątwy Lamia zaczęła chwytać i pożerać wszystkie napotkane przez siebie dzieci.
Opowieści o nieumarłych lub stworach żywiących się ludzką krwią wydają się równie odwieczne jak sama ludzkość. W legendach mieszkańców Madagaskaru, wyspy położonej przy wschodnim wybrzeżu Afryki, występuje stwór zwany ramanga, który służył dostojnikom, pijąc krew wypływającą z ich ran i zjadając obcięte przez nich paznokcie.
Tak, wyobraźcie sobie: obcięte paznokcie.
Wampiry a medycyna
Czy wampiry istnieją naprawdę? Odpowiedź na to pytanie pozostawię Czytelnikom, ale bezsprzecznie motywem większości opowieści o tych istotach jest ludzka potrzeba zrozumienia zjawisk niewytłumaczalnych. Na przykład pierwsi Europejczycy wykorzystywali mity, by wyjaśnić, dlaczego ciało zmarłego nie rozkłada się w normalnym, spodziewanym tempie. Dowody na to możemy znaleźć w Bułgarii, gdzie po otwarciu liczących ponad osiemset lat grobów znaleziono żelazne pręty tkwiące w piersiach szkieletów.
Możecie sobie wyobrazić, że kiedy pochowano kogoś uznanego za zmarłego, po czym się okazało, że ten ktoś jednak nie umarł, wieść o takim przywróconym do życia umarlaku rozchodziła się niezwykle szybko. Rezultatem tego była tafofobia, czyli lęk przed pogrzebaniem żywcem, która ogarnęła Europę i Stany Zjednoczone. Oczywiście w miarę rozwoju medycyny pojawiły się pomysły, jak temu zaradzić. Na wypadek, gdyby ktoś się przebudził i chciał się wydostać z trumny, ludzie zaczęli zakładać w grobach instalacje alarmowe.
Zdaję sobie sprawę, że pogrzebanie żywcem jest rzadkim przypadkiem. A jednak zdarzało się na tyle często, a niektórzy ludzie obawiali się tego tak bardzo, że zaczęli szukać jakiegoś rozwiązania. Jednym z takich ludzi był lekarz medycyny, niejaki Adolf Gutsmuth. W 1822 roku wymyślił „bezpieczną trumnę” do własnego użytku. I sam też ją wypróbował.
Wypróbował? Oczywiście. Doktor Gutsmuth kazał się zakopać na kilka godzin w swojej „bezpiecznej trumnie”. W tym czasie posilał się przez podłączoną do niej rurkę. Zjadł z apetytem smaczny obiad złożony z zupy, parówek i miejscowego piwa.
Niezłe miejsce na nastrojową kolację.
Kolejnym paranoikiem wynalazcą był doktor Timothy Smith z New Haven w stanie Vermont. Zbudował grobowiec, który możecie zwiedzić, jeśli będziecie przejeżdżać obok cmentarza Evergreen. Ta typowa podziemna krypta była wyposażona w cementową rurę umieszczoną nad twarzą nieboszczyka. Wylot rury nad ziemią zamykała szklana płyta.
Doktor Smith w końcu umarł z przyczyn naturalnych i został pochowany w swojej wymyślnej „trumnie z widokiem”. Wprawdzie nigdy się nie zbudził, ale pierwsi odwiedzający jego grób twierdzili, że doskonale było widać jego rozkładającą się twarz, dopóki szyba nie zmętniała od skroplonej pary.
Uwaga na marginesie: wampiry już mnie nie przerażają. Co jest według mnie naprawdę przerażające? Obudzić się w drewnianym pudle zakopanym dwa metry pod ziemią.
Współwinną opatrywania etykietą wampiryzmu typowo medycznych przypadków była dość rzadka choroba, jaką jest porfiria, lecz współczesna nauka skutecznie rozprawiła się z tym poglądem, dowodząc, że łączenie tych dwóch spraw jest za bardzo naciągane. Za podłoże mitu o wampirach uważano również inną chorobę, mianowicie wściekliznę. To zadziwiające, ale istnieje wiele podobieństw między ofiarami wścieklizny a wampirami, takich jak brak tolerancji na światło i czosnek, a także zaburzenia snu.
Chorobą silnie związaną z opowieściami o wampirach była także dość często występująca jeszcze do niedawna gruźlica. Niemniej w tym przypadku chorzy nie wykazywali objawów upodabniających ich do wampirów, trudno zatem wyjaśnić ten związek. W tym miejscu dochodzimy do jednej z moich ulubionych legend Nowej Anglii.
Panie i panowie, poznajcie Mercy Brown (...)

***


Fascynująca podróż po świecie pełnym przerażających monstrów z legend i… rzeczywistości.

Mieszkają w cieniu – w głębi lasu, w mroku nocy, w ciemnych zakamarkach naszych umysłów. Mówią o nich legendy i przesądy, średniowieczne zabobony i bajania przekazywane z pokolenia na pokolenie: o wilkołakach i wendigo, poltergeistach i wampirach, goblinach i mściwych duchach.

W tej pięknie ilustrowanej – przez M.S. Corleya – książce gospodarz bestsellerowego podcastu „Lore” i serialu jest naszym przewodnikiem w fascynującej podróży po historii tych przerażających stworów, badającym nie tylko legendy, ale także to, co one mówią o nas samych.

Aaron Mahnke prowadzi nas na odludne tereny Pine Barrens w New Jersey, zamieszkiwane przez osławionego diabła o czerwonych ślepiach. Pokazuje potworne przypadki kanibalizmu – niektóre oficjalnie udokumentowane, inne będące jedynie wytworem wyobraźni... być może. Odwiedza słabo oświetlone pokoje, w których odbywają się seanse spirytystyczne, europejskie wioski nękane przez gremliny, a nawet Key West na Florydzie, siedzibę demonicznej lalki imieniem Robert.

W swojej książce Aaaron Mahnke uświadamia nam, że czasem prawda jest bardziej przerażająca niż najbardziej wyszukane fantazje.

„Aaron Mahnke stworzył bogate kompendium, z którym zapoznać się powinien każdy miłośnik historii z dreszczykiem i wielbiciel nieokiełznanej grozy – i to w (prawie) dowolnym wieku. »Potworne istoty« to napisany z humorem, a jednocześnie przerażający elementarz istot, miejsc i zdarzeń, które mrożą krew w żyłach. Wampiryzm, zombizm, spirytystyczne seanse, kanibale, nawiedzone miejsca, pokutujące dusze, dziwaczne stworzenia – jednym słowem, wszystko, co chcielibyście wiedzieć o prawdziwych koszmarach”.
– Ksenia Olkusz, Creatio Fantastica

„Opętania, powroty zza grobu, tajemnicze wizyty, przerażające zgony. Wszyscy kochamy wywołujące dreszczyk emocji legendy o potworach – skradających się pod osłoną nocy wampirach i wyjących do księżyca wilkołakach. »The World of Lore. Potworne istoty« to zbiór błyskotliwych, czasem zabawnych a często niepokojących opowieści o znanych człowiekowi personifikacjach zła. Oprócz dawnych ludowych przekazów, Mahnke przywołuje także autentyczne historie sprzed kilkudziesięciu, a nawet kilkunastu lat, które do dziś nie znalazły logicznego wytłumaczenia, przypominając, że w każdej legendzie kryje się ziarno prawdy”.
– Damian Drabik, Mechaniczna Kulturacja



Cykl The World of Lore (tom 1)








Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger