"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Zapłata dla Flecisty George A. Romero,Daniel Kraus

Zapłata dla Flecisty George A. Romero,Daniel Kraus

"Bo była jeszcze jedna rzecz, o której wiedział każdy dzieciak: flecista zmuszał Cię, żebyś to Ty do niego przyszedł."


Ta historia byłaby idealnym scenariuszem do kolejnego sezonu American Horror Story... I to tego dziwacznego sezonu.

Niby czytało się czarownie, a jednak jakby z bólem zęba.

Narracja, która jest dużym atutem, dzięki swojej oniryczności i baśniowości, jest paradoksalnie swoim największym wrogiem, ponieważ czasami gubi się we własnych ścieżkach opowieści, chaosie i symbolicznych obrazach, a ja gubiłam się razem z nią w lotnych piaskach przekazu i ścieżek myślowych, co jednak rekompensowała mi sceneria, a także atmosfera.

Na bagnach południowej Luizjany, w wymierającym miasteczku Alligator Point, liczącym zaledwie około 140 mieszkańców, które powoli znika z mapy, nękane wykupem gruntów przez nafciarzy, plagą chorób nowotworowych, alkoholizmu i innych nieszczęść, czai się zło. Zło porywa dzieci pod osłoną nocy, pozostawiając jedynie zmasakrowane szczątki, terror i tajemnicę, przesiąkniętą rozkładem i legendą. 

Flecista.

Tylko czy to jest legenda? 

...

Niby nie było tak dobrze w trakcie czytania, drastyczne opisy i makabryczne sceny - nie mój vibe, a jednak było, ale to nie dzięki krwawym jatkom. Dziwne, ale hipnotyzujące. Może właśnie dzięki temu nadprzyrodzonemu bagiennemu potencjałowi, który mógł pokazać się w całym swoim blasku?

Przerost formy nad treścią i lekkie oderwanie od rzeczywistej puenty oraz łączenie różnych wątków, nie mających ze sobą nic wspólnego często bywa zgubny dla samej opowieści, ale coś w tych wilgotnych, dusznych i lepkich rozlewiskach Luizjany oraz postaciach bohaterów, którzy dziwnie kojarzyli mi się ze społecznością Miasteczka Salem, sprawiło, że nie można było tej powieści odłożyć na boczny tor, choć wiem, że nie będzie to przygoda dla wszystkich.

MOJA OCENA: 7/10


                                           PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Jedna legenda. Jedno miasteczko. Niektóre grzechy można spłacić tylko krwią…

Alligator Point w Luizjanie liczy zaledwie 141 mieszkańców. To miejsce odcięte od świata, otoczone zdradliwymi bagnami i duszną atmosferą narastającego lęku. Od pokoleń krąży tu legenda o Fleciście — morderczej istocie porywającej dzieci. Gdy w miasteczku dochodzi do serii brutalnych zbrodni, dawne opowieści przestają być jedynie lokalnym kolorytem przyciągającym turystów...

Młoda Renée Pontiac jako jedna z pierwszych dostrzega, że za kolejnymi zaginięciami kryje się coś znacznie bardziej przerażającego. Aby ocalić Alligator Point, mieszkańcy będą musieli zmierzyć się nie tylko z potworem czającym się pośród bagien, lecz także z niechlubną przeszłością swoich przodków — Pirates Lafitte, osławionych handlarzy niewolników…

„Romero i Kraus zaczynają od zabawnej opowieści o walce z potworami osadzonej na bagnach. Choć zmuszają nas do ciągłego oglądania się przez ramię, kończy się na tym, że spoglądamy w głąb siebie…".„Southern Review of Books”


Inwazja porywaczy ciał Jack Finney

Inwazja porywaczy ciał Jack Finney

"Od czasu do czasu niezmienny porządek rzeczy bywa w niewyjaśniony sposób zakłócany."

Urocza narracja, świetna mega oryginalna historia, napisana lekko gładko i z pewną dozą dobrego humoru, co nie znaczy, że nie była creepy.

Była.

"Coś niemożliwie strasznego, a jednak całkowicie realnego zagrażało nam w sposób pozostający poza naszymi zdolnościami pojmowania i działania..."

Chyba nie ma osoby, która nie przeraziłaby się na samą myśl o tym, że może zostać zdopellgangerowany...

"Na półce leżała niewykończona Becky Driscoll. To leżał...wstępny szkic tego, co miało stać się doskonałą w każdym szczególe kopią. Wszystko uwzględnione, rozpoczęte, ale nie zakończone całkowicie."

Klasyka, której nie czyta się jak klasyki, powoli narastająca groza.

Inwazja Obcych, którzy przerażają, nie przerażając. 

Jak to podsumować?

Życie.

"...uniwersalna zdolność przystosowaniasię do wszelkich innych form życia, w każdych warunkach, jakie mogliby napotkać."

Polecam bardzo, u mnie w rankingu mega wysoko ze względu na całokształt!

"...nigdy nie wolno nawet na chwilę przyjąć, że coś, czego nie rozumiemy, nigdy się nie wydarzyło."


MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Ostrzegam cię, że to, co zaczynasz czytać, jest pełne luźnych wątków i pytań bez odpowiedzi. To wszystko nie zostanie na samym końcu zgrabnie rozwiązane i zadowalająco wyjaśnione. W każdym razie nie przeze mnie. Albowiem ja sam nie mogę powiedzieć, że rzeczywiście wiem dokładnie, co się stało i dlaczego, albo przynajmniej jak się zaczęło, skończyło – czy się skończyło – i czy mam rację co do istoty rzeczy. Jeżeli nie lubisz tego rodzaju historii, to jest mi przykro, a dla ciebie będzie najlepiej, jeśli nie będziesz czytał dalej. Wszystko, co mogę zrobić, to opowiedzieć tyle, ile wiem.

Dla mnie zaczęło się to około szóstej wieczorem w czwartek 28 października 1976 roku, kiedy wypuściłem ostatniego pacjenta (zwichnięty kciuk) bocznymi drzwiami mojego gabinetu z uczuciem, że dzień się jeszcze dla mnie nie skończył. Pragnąłem nie być lekarzem – tego rodzaju przeczucia za często mi się sprawdzały. Kiedyś wyjechałem na wakacje pewien, że będę z powrotem za dzień lub dwa – i byłem, z powodu epidemii różyczki. Innym razem położyłem się do łóżka śmiertelnie zmęczony, przeczuwając, że będę na nogach za kilka godzin, jadąc z wizytą domową – i tak było; zdarzało się często i zdarzać będzie. Wciąż jeżdżę z wizytami domowymi, jak to czyni wielu innych.

Przy biurku dopisałem notkę do historii choroby mojego pacjenta. Następnie zabrałem do umywalni spirytus apteczny i przygotowałem sobie drinka – coś, czego prawie nigdy nie robiłem. Ale zrobiłem to tamtego wieczora. Stojąc w oknie za biurkiem i patrząc w dół na ulicę Throckmorton, wysączyłem go do dna. Miałem za sobą usunięcie wyrostka robaczkowego i żadnego lunchu. Byłem rozdrażniony. Ciągle jeszcze nie przywykłem do wolnego stanu i żałowałem, że z nadejściem wieczoru nie czeka na mnie żadna przyjemność, która dawałaby nadzieję odmiany.

Tak więc, gdy usłyszałem lekkie kołatanie do zewnętrznych, zamkniętych już drzwi pokoju przyjęć, chciałem po prostu pozostać bez ruchu, aż intruz, ktokolwiek by to nie był, sobie pójdzie. Można byłoby tak postąpić, uprawiając jakikolwiek inny zawód – ale nie mój. Pielęgniarka już poszła – prawdopodobnie ścigała się z ostatnim pacjentem, kto pierwszy będzie na schodach, gładko wygrywając – a ja z jedną nogą na fotelu przez jakąś chwilę po prostu sączyłem drinka. Patrzyłem na ulicę w dole i gdy delikatne pukanie się powtórzyło, udawałem, że nie mam zamiaru na nie odpowiadać. Nie było jeszcze ciemno – do zmroku pozostało trochę czasu – lecz nie było już tak jasno jak za dnia. Zajarzyły się latarnie, ulica Throckmorton opustoszała – o szóstejprawie wszyscy tutaj wokół jedzą – a ja czułem się samotny i przygnębiony.

Wtedy ponownie rozległo się pukanie. Odstawiłem szklankę, podszedłem do drzwi i, przekręciwszy zamek, otworzyłem je. Zdaje się, że zamrugałem powiekami z głupawo otwartymi ustami, gdyż zobaczyłem Beckey Driscoll.

– Witaj, Miles. – Uśmiechnęła się zadowolona z niespodzianki, jaką mi sprawiła, i z radości, którą zobaczyła na mojej twarzy.

– Becky – wymamrotałem, cofając się, by ją wpuścić. – Miło cię widzieć. Wejdź! – Uśmiechnąłem się szeroko.

Becky poszła za mną poprzez pokój przyjęć do gabinetu.

– A cóż to takiego? – zapytałem, zamykając drzwi. – Wizyta u lekarza?

Poczułem takie odprężenie i zadowolenie, że stałem się podniecony i wylewny.

– W tym tygodniu specjalnością zakładu jest usuwanie wyrostków! – zawołałem wesoło. – Pierwszorzędna oferta!

Uśmiechnęła się. Jej figura, jak zauważyłem, podążając za nią wzrokiem, była wciąż cudowna. Becky ma wspaniały, pięknie umięśniony szkielet; zbyt szeroka w biodrach – słyszałem, jak mówiły to kobiety, ale nigdy mężczyźni.

– Nie. – Becky zatrzymała się przy moim biurku, odpowiadając na pytanie. – To nie jest w gruncie rzeczy wizyta u lekarza.

Wziąłem szklankę i uniosłem do światła.

– Jak wszyscy wiedzą, piję przez cały dzień. Szczególnie w dniach operacji. I każdy pacjent musi wypić ze mną jednego – co ty na to?

Szklanka prawie wyśliznęła mi się z ręki, kiedy Becky załkała – sucho, spazmatycznie łapiąc powietrze. Jej oczy wypełniły nagle lśniące łzy. Szybko się odwróciła; zgarbiona, zakrywając dłońmi twarz.

– Skorzystam – wyszeptała.

Po chwili zaproponowałem jej, żeby usiadła; powiedziałem to bardzo delikatnie. Becky zapadła się w skórzany fotel przed biurkiem. Poszedłem do umywalni, przygotowałem jej drinka, wróciłem i postawiłem go na oszklonym blacie biurka przed nią.

Wróciłem do swojego obrotowego fotela, przyglądając się Becky. Wtedy podniosła oczy. Skinąłem w kierunku jej szklanki, delikatnie ponaglając ją do picia. Sam wypiłem łyk, uśmiechając się do niej znad szklanki, dając jej kilka chwil na zapanowanie nad sobą. Teraz po raz pierwszy naprawdę zobaczyłem jej twarz. Zobaczyłem, że to ta sama miła buzia – kształtne kości pod skórą, te same inteligentne oczy z nieco zaczerwienionymi w tej chwili powiekami. Te same pełne, ładne usta. Jej włosy były inne – chyba jakieś krótsze – ale tak samo bujne, ciemne, prawie czarne, grube i kędzierzawe. Wyglądały jak naturalnie kręcone, choć pamiętałem, że tak nie było. Zmieniła się oczywiście: nie była już osiemnastolatką, ale dobiegała trzydziestki i na tyle też, ni mniej, ni więcej, wyglądała. Jednakże była wciąż tą samą kobietą – dziewczyną – którą znałem z liceum. Będąc w ostatniej klasie, umówiłem się z nią kilkakrotnie.

– Miło cię znowu widzieć, Becky – powiedziałem, podnosząc moją szklankę w jej kierunku i uśmiechając się. Upiłem mały łyk i spuściłem wzrok. Chciałem porozmawiać z nią o czymś niezwiązanym z kłopotem, który ją sprowadził, zanim przejdziemy do sedna.

– Ja też się cieszę, Miles.

Becky odetchnęła głęboko i oparła się wygodnie w fotelu, trzymając szklankę w dłoni. Wiedziała, do czego zmierzam i przystała na to.

– Pamiętasz, jak kiedyś przyszedłeś po mnie? Wybieraliśmy się gdzieś na przyjęcie, a ty miałeś ten napis na czole.

Pamiętałem, ale pytająco uniosłem brwi.

– Miałeś wypisane na czole „M.B. kocha B.D.” – czerwonym atramentem albo szminką czy czymś innym. Powiedziałeś, że będziesz to nosił przez cały wieczór. Musiałam się bardzo upierać, żebyś go starł.

– Taaak, pamiętam – odparłem, uśmiechając się szeroko. Pamiętałem też o czymś innym. – Becky, oczywiście słyszałem o twoim rozwodzie.Współczuję ci.

Skinęła głową.

– Dziękuję, Miles. Ja też słyszałam o twoim. I też ci współczuję.

Wzruszyłem ramionami.

– Zdaje się, że łączy nas życie w wynajętych pokojach.

– Tak. – Zdecydowała się przejść do rzeczy. – Miles, przyszłam z powodu Wilmy. – Wilma była jej kuzynką.

– W czym problem?

– Nie wiem. – Becky wpatrywała się przez chwilę w swoją szklankę, a następnie ponownie podniosła wzrok na mnie. – Ona ma... – Zawahała się. Ludzie nie cierpią nazywania tego rodzaju spraw po imieniu. – Cóż, wydaje mi się, że ty nazwałbyś to obsesją. Znasz jej wuja – wujka Irę?

– Taaak.

– Miles, ona wbiła sobie do głowy, że Ira nie jest jej wujem.

– Co masz na myśli? – Pociągnąłem ze szklanki. – Ze nie są w rzeczywistości spokrewnieni?

– Nie, nie. – Potrząsnęła niecierpliwie głową. – Mam na myśli, że ona uważa, że on jest... – uniosła ramię w geście zakłopotania – oszustem czy kimś w tym rodzaju. Kimś, kto tylko wygląda jak Ira.

Gapiłem się na Becky. Nie pojmowałem tego; Wilma była wychowywana przez ciotkę i wuja.

– Czy ona nie może powiedzieć, na czym polega różnica?

– Nie. Powiada, że on wygląda dokładnie jak wujek Ira, mówi tak samojak on, zachowuje się jak on – wszystko tak samo. Ona po prostu wie, że to nie jest Ira i tyle. Miles, to mnie doprowadza do szaleństwa!

Łzy ponownie napłynęły jej do oczu.

– Popracuj nad tym drinkiem – wymamrotałem, wskazując na jej szklankę, sam zaś wziąłem duży haust ze swojej, odchyliłem się w fotelu i, patrząc w sufit, myślałem o tym, co usłyszałem.

Wilma miała swoje problemy, ale charakteryzował ją silny charakter i była bystra. Miała około trzydziestu pięciu lat, rumiane policzki, była niska i pulchna, całkowicie pozbawiona urody. Źle się stało, że nie wyszła za mąż. Pewien jestem, że tego chciała i że byłaby wspaniałą żoną i matką, ale cóż, tak to właśnie jest. Prowadziła miejscową płatną bibliotekę i kiosk z pocztówkami – i robiła to dobrze. W każdym razie zarabiała w ten sposób na życie, co nie było łatwe w małym mieście. Wilma nie stała się zgorzkniała i skwaszona; miała przenikliwy i skłonny do żartobliwego cynizmu umysł – wiedziała, co jest co i nie oszukiwała się. Nie mogłem sobie wyobrazić Wilmy dopuszczającej do powstania u siebie problemów psychicznych, ale przecież wszystko jest możliwe. Spojrzałem na Becky.

– Co chcesz, żebym zrobił?

– Pójdź tam dziś wieczorem, Miles. – Prosząc mnie, nachyliła się do przodu poprzez biurko. – Natychmiast, jeżeli tylko możesz, zanim się ściemni. Chcę, żebyś zobaczył wujka Irę, porozmawiał z nim, znasz go przecież od lat.

Moja szklanka znajdowała się w połowie drogi do ust, ale odstawiłem ją z powrotem na biurko, przyglądając się Becky.

– Co masz na myśli? O czym ty mówisz, Becky? Czy ty też nie uważasz go za wujka Irę?

– Oczywiście. Oczywiście, że uważam. – Zaczerwieniła się. Nagle zaczęła przygryzać wargi, bezradnie potrząsając głową. – Ja nie wiem, Miles, nie wiem. Z pewnością on jest wujkiem Irą. Na pewno nim jest, ale... chodzi tylko o to, że Wilma jest taka pewna! – W tej chwili załamała ręce; coś o czym się czytuje, ale rzadko widuje. – Miles, ja nie wiem, co tam się dzieje!

Podniosłem się i obszedłem biurko, żeby stanąć przy jej fotelu.

– Chodźmy go zobaczyć – powiedziałem łagodnie. – Bądź rozsądna, Becky – dodałem i uspokajająco położyłem rękę na jej ramieniu. Przez cienką sukienkę czułem, że to ramię jest mocne, krągłe i ciepłe. Zabrałem swoją dłoń. – Cokolwiek się dzieje, nie dzieje się bez powodu, a my go znajdziemy i będzie po sprawie. Chodźmy.

***

Małe kalifornijskie miasteczko Mill Valley w hrabstwie Marin. Pewnego dnia do gabinetu miejscowego lekarza, Milesa Bennella, przychodzi jego dawno niewidziana przyjaciółka, Becky Driscoll. Jest zaniepokojona dziwnym zachowaniem swojej kuzynki, która twierdzi, że jej wujek Ira zmienił się i jest całkiem inną osobą, niczym pozbawioną uczuć i emocji skorupą. Miles decyduje się odwiedzić rodzinę Becky, chcąc zweryfikować jej opowieść, ale niczego nie może potwierdzić – nie widzi żadnych różnic ani w wyglądzie, ani w zachowaniu Iry. Kilka dni później dowiaduje się jednak, że coraz więcej osób w Mill Valley zauważa znaczące zmiany u swoich bliskich...



Polybius Collin Armstrong

Polybius Collin Armstrong

"Nie możesz tego zobaczyć. Musisz zrozumieć. Nie mogę pozwolić, żeby to nadal mnie ścigało. Ja muszę ścigać."

Zachęta?

Nawiedzony przedmiot. Lata 80. 

Wystraczy.

Kto nie lubi opowieści o nawiedzonych przedmiotach? Nawiedzone krzesła, nawiedzone obrazy, nawiedzone lustra, nawiedzone pozytywki, nawiedzone lalki, że nie wspomnę już o nawiedzonych domach😎

A tu jest nawiedzona maszyna do gier!

Chociaż może nie do końca nawiedzona...

Bardziej chodzi tutaj o klimat Archiwum X, o pewien rodzaj eksperymentu, jak zawsze wymykający się spod kontroli. 

O grę, która ma wpływ na ludzi:

 "To jak trucizna. Im więcej jej przyjmiesz, tym szybciej działa, ale jeśli masz w sobie choć odrobinę, to już jej nie zatrzymasz."

Co ta maszyna "oferuje", oprócz dziury czasowej, znanej każdemu graczowi i dawki dopaminy?

Ma inny, ukryty cel.

"... ekran "odczytywałby" psychologiczny profil gracza na podstawie jego reakcji. Gra dostosowałaby się do niego, wywołujące emocje. Mogłaby wywołać złość. Albo paranoję. Strach. Mogłaby wyliczyć, co ukrywasz, jakie masz tajemnice. Jakie lęki, obawy. I wyciągnąć je na powierzchnię."

I jaki jest efekt takiej gry?

Szaleństwo, psychoza, masakra oraz unicestwienie każdej spokojnej do tej pory grupy społecznej, np. małego miasteczka i prawie wszystkich jego mieszkańców.

"...ludzie w nią grają i zaczynają dziwnie się zachowywać. Wszyscy inni wokół nich, którzy nie grali, też zaczynają się dziwnie zachowywać, ponieważ są przerażeni zachowaniem swoich dzieci czy sąsiadów. I już nie można rozróżnić, kto grał, a kto nie. Żadnych objawów fizycznych. Intencją było wywołanie dezorientacji. Chaosu. Skąd wiesz, czy nadal jesteś sobą?"

Super się to czytało, naprawdę było czuć klimacik miejscowości lat 80., która dość szybko zatraca swoją leniwą codzienność na rzecz... dzikich instynktów.

"Nikt nie znał sposobu na cofnięcie wpływu Polybiusa. Co sprawiało, że osoby rzeczywiście narażone na ryzyko - te, które grały - stanowiły permanentne zagrożenie dla siebie i innych/.../"

Niestety, w miarę czytania, emocje były zagadywane i przegadywane kosztem utraty klimatu grozy i tajemnicy, ale nie kosztem całej reszty, więc coś tam się ostało. Dlatego ten czas uważam za dobrze spędzony, choć /jak prawie zawsze/ mogłoby być mniej gadania, więcej prze/czucia/.

Miłośnicy tematyki i klimatyki czasów Archiwum X nie powinni być jednakże zawiedzeni.

"Polybius uchwycił się ciemności, którą w sobie nosiła. I nigdy nie zamierzał puścić."


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Rok 1982. Andi Winston właśnie rozpoczęła zmianę w obskurnym salonie gier Home Video World w niewielkim nadmorskim miasteczku Tasker Bay w Kalifornii. Ma talent do programowania i marzy o przeprowadzce do Doliny Krzemowej. Unika kontaktów z innymi, woli spędzać czas na naprawianiu automatów. Gdy do salonu zostaje wstawiona tajemnicza maszyna z grą Polybius, spokojne dotąd miejsce zaczyna pękać w szwach od graczy, z których każdy pragnie wypróbować nowy nabytek.

Napięcie w miasteczku narasta już od jakiegoś czasu: nowi deweloperzy windują ceny tak, że koszty życia w Tasker Bay stają się dla wieloletnich mieszkańców nie do zniesienia. Na domiar złego praktycznie z dnia na dzień przez miasteczko przetacza się coś na kształt epidemii: ludzie doświadczają niewytłumaczalnych napadów gniewu, paranoi i halucynacji. Ani miejscowy szeryf, ani lekarka nie mają pojęcia, co wywołuje tę nagłą przypadłość.Jakby tego było mało, do wybrzeża zbliża się potężna burza, nieustające opady zalewają większość dróg i odcinają całą okolicę od świata, a makabryczny akt przemocy pogrąża Tasker Bay w zupełnym chaosie.

Po kilku zmianach spędzonych na obserwowaniu graczy Andi nabiera przekonania, że dramatyczna sytuacja musi mieć jakiś związek z Polybiusem. Niechętnie łączy siły z Ro, synem szeryfa, i wspólnie podejmują desperacką próbę powstrzymania zagadkowej fali przemocy. Wkrótce jednak także i jedno z nich zaczyna odczuwać dziwne skutki uboczne…

Czy ktokolwiek przybędzie im na ratunek?


Kropla zepsucia Robert Jackson Bennett

Kropla zepsucia Robert Jackson Bennett

 "A cały świat to zdziczały ogród, bezmyślny i oszalały."


Jest cudna magia w tych opowieściach... Pomimo przytłaczającej iloci słów oraz troszkę pozornie przygniatającej wymaganiami narracji, to wszystko płynie. 

Magia w postaci talentu przekazu oraz misternej i błyskotliwej konstrukcji zbrodni, opatulonej w fantastyczną pelerynkę-niewidkę.

Zarąbiasta druga podróż z Diniosem Kolem oraz Aną Dolabrą, którą uwielbiam😎

"Zobacz, jakie to nowe szaleństwa świat stawia na progu moich drzwi."

Kolejna kryminalna zagadka w fantazyjnym świecie pełnym Lewiatanów, które nie stanowią jednak jedynego zagrożenia. Niczym nie odbiega od częśc pierwszej, Zatruty kielich: jest równy poziom, pozbawiony monotonii, nudy i ułudy.

Jest soczyście, zabawnie, inteligentnie, tajemniczo i zaskakująco. Jest uczciwie, jest na bardzo wysokim poziomie, jest RASOWO i OBRAZOWO.

"Cóż, nasz dom jest tam, gdzie leżą zwłoki."

Kolejny raz polecam!


MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

W kantonie Yarrowdale, na samym krańcu Imperium, doszło do nieprawdopodobnej zbrodni. Bez śladu zniknął urzędnik skarbowy – porwany ze swojej kwatery, w której drzwi i okna pozostały zamknięte, w chronionym przez strażników budynku.
Aby rozwiązać sprawę, Imperium wzywa swoją najbystrzejszą i najbardziej zmienną śledczą, wspaniałą Ana Dolabra. U jej boku, jak zawsze, stoi jej skonsternowany asystent, Dinios Kol.
Wkrótce Ana odkrywa, że nie badają zaginięcia, a morderstwa – i że zabójstwo było jedynie pierwszym ruchem szachowym przeciwnika, który zdaje się przechodzić przez strzeżone drzwi niczym duch i potrafi przewidzieć każdy ruch Any, jakby widział przyszłość.
Co gorsza, zabójca najwyraźniej obrał sobie za cel nieprawdopodobnie strzeżone centrum badawcze znane jako Całun. Tutaj najtęższe umysły Imperium dokonują sekcji upadłych Tytanów, aby wykorzystać niestabilną magię zawartą w ich krwi. Upadek centrum oznaczałby straszliwe zniszczenia – a samo Imperium stanęłoby w miejscu, pozbawione magii, która pozwala obracać się jego kołom mocy.
Din widział już Anę rozwiązującą niemożliwe sprawy. Ale tym razem, gdy stawka jest wyższa niż kiedykolwiek, a Ana zdaje się być o krok za przeciwnikiem, obawia się, że jego przełożona w końcu spotkała wroga, którego nie jest w stanie pokonać.


Hazelthorn C.G. Drews

Hazelthorn C.G. Drews

 "Dawno, dawno temu drzwi zostały otwarte i z wieży z kości słoniowej wyśliznął się potwór. Ogród nie wszedł w niego, ale raczej się z niego wydostał."


Rozwalił mnie już sam początek: posłowie od autorki... Czekaj, cofinj... Nie od autorki: OD OSOBY AUTORSKIEJ...🙈

Niestety/?/, ja napiszę recenzję jako czytelnik/czka, a nie osoba czytelnicza...💩 Dobrze, że w środku powieści nie było osób zdefiniowanych dziwnie, tylko jednak "osoba autorska" posłużyła się tradycyjną formą narracyjną. 

Widzę tu pewną niekonsekwencję...

Ale ja nie o tym.

...

Sama powieść?

Jeśli chodzi o tematykę i o mroczność, to jest lepsza w tych klimatach, niż jej poprzedniczka.

Jeśli chodzi o wykonanie, jest dokładnie taka sama.

Czyli jaka?

Taka: Nie wpuszczaj lasu.

...

Mroczna baśń.

Chłopiec i ogród.

"Chłopak ulepiony z odmienności, zielonych patyków i okrutnego głodu."

Chłopiec Ogród.

Czy jest jakaś różnica?

Będzie to wiedział każdy, kto wejdzie w świat tej powieści.

Jest bardzo dużo mroku, jest na pewno świetny pomysł: ciężki, duszny, osaczający i baśniowy. Akurat właśnie ten rodzaj opowieści nazwałabym eco horrorem bardziej, niż reklamowaną w tej kategorii średnią powieść o burakach, Beta Vulgaris...

Ale i tak znowu jest trochę ZA BARDZO, jeśli chodzi o słowa i o sugestie. Ale to chyba już taki styl tej "osoby autorskiej"...🙈. Jest na pewno bardziej dojrzale, niż w poprzedniej powieści, chociaż tutaj też jest młodzież, ale już sama opowieść może niekoniecznie jest dla młodszej młodzieży.

"Cała posiadłość Hazelthorn ulega rozkładowi. A on wraz z nią gnije w jej wnętrzach."

Tą powieść polecam zdecydowanie bardziej, jeśli ktoś chce popływać sobie w klimacie grozy i nieoczywistości, brudnej, mokrej, czarnej ziemi, bluszczu i kolców ostrokrzewu, będzie bardzo zadowolony.

"Poniekąd zawsze wiedział, że za murami Hazelthorn kryje się potwór, sekret zarośnięty bluszczem, cykutą i ostrymi końcówkami liści ostrokrzewu."


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Coś jest nie tak z ogrodem…

Evander od dziecka żyje jak cień w odosobnionej posiadłości Hazelthorn pod opieką miliardera Byrona Lennox-Halla. Obowiązują go trzy zasady: nie opuszczać rezydencji, nie wchodzić do ogrodu i unikać Lauriego – wnuka Byrona, który siedem lat temu próbował go zabić, a mimo to pozostaje obiektem fascynacji chłopaka.

Po nagłej śmierci opiekuna Evander wprawdzie dziedziczy majątek, lecz… podejrzewa, że Byron został zamordowany. Laurie może być jedyną osobą, która pomoże mu odkryć prawdę, zanim nowy właściciel Hazelthorn stanie się ofiarą kolejnej zbrodni.

Tymczasem tajemnicza, mroczna przyroda zaczyna wdzierać się do wnętrza rezydencji. Wraz z ujawnianiem rodzinnych sekretów narasta groza… Niebawem ogród upomni się, by go nakarmić.

Flora Jonáš Zbořil

Flora Jonáš Zbořil

"Flora jest czymś i kimś jednocześnie.

Rośnie, ale pozostaje zagadką. Nie wiadomo, czym naprawdę jest: nową formą życia, produktem skażonego środowiska czy symbolem świata, w którym granica między naturą a technologią przestała istnieć."


Jak dla mnie? Była to groza. 

Groza na wielu płaszczyznach: zaczynając od creepy postaci Flory, która wiele pozostawiała dla wyobraźni, po przerażające resztki prawie postapokaliptycznego świata, który ludzie sami sobie zgotowali - jak zawsze zresztą.

Nowelka opowiada historię bezdzietnej pary, która na spacerze znajduje dziwne stworzenie: dziwną mieszankę odpadów i życia, która narodziła się na Stepie – zakazanej strefie, gdzie gromadzi się to, co miasto wyprodukowało i z czym nie chce mieć nic wspólnego. 

"Nie da się zapomnieć o tym, co ma się wciąż przed oczami. Wyrzucone przedmioty walają się tu, wyrwane z obiegu elektrycznego domu, z cyklu działania, z cywilizacji. Nieskończenie długo Czekają, żeby rozpłynąć się w toksyczną szlakę. Albo zrosnąć z mięsem Stepu coś zupełnie nowego."


Nadają jej imię Flora i postanawiają ją adoptować. Ale to, co zaczyna się jako rzekomy cud, stopniowo przeradza się w mroczne ostrzeżenie o tym, co to znaczy dokładnie przekraczać granice natury...

Świetny ciężki klimat niedopowiedzeń, tajemnicy i niedopowiedzeń, krótkie formy przekazu, ale bardzo sugestywne. Cały czas napięcie i oczekiwanie, ale także zawieszenie w rozwiązaniu zagadki oraz świadomość z tyłu głowy, że tu jest coś bardzo nienaturalnego. 

I niebezpiecznego.

Ewolucyjnego.

Tylko, czy my chcemy takiej ewolucji? 

To nie ma żadnego znaczenia...


MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Nastrojowa, niepokojąca i poruszająca opowieść o rodzicielstwie w dobie kryzysu klimatycznego.

Adam i Sára mieszkają na obrzeżach miasta, w miejscu nazywanym Stepem. To dziwna przestrzeń pomiędzy cywilizacją a dziką przyrodą. Ludzie porzucają tam stare sprzęty, części aut, wyrzucają odpady, które z czasem zarastają roślinnością. Pewnego dnia para znajduje tajemniczą istotę. Ma twarz i oczy, ale jej ciało jest mieszanką gliny, roślin i kabli. Nie wiadomo, gdzie kończy się żywe, a zaczyna sztuczne.

Adam i Sára nadają istocie imię Flora.

Choć początkowo wzbudza strach i niepewność, Flora szybko staje się centrum ich życia. Sára, kierowana instynktem nie do powstrzymania, otacza ją opieką. Adam jest ostrożniejszy, ale z czasem i on wchodzi w rolę opiekuna. Ich codzienność zaczyna przypominać życie rodzinne, tyle że dziecko, którym się zajmują, jest czymś całkowicie nieznanym.

Flora rośnie, zmienia się – ale pozostaje zagadką. Nie wiadomo, czym naprawdę jest. Nową formą życia? Produktem skażonego środowiska? Symbolem świata, w którym zatarła się granica między naturą a technologią?

W swoim debiucie prozatorskim czeski poeta i publicysta Jonáš Zbořil zachował poetycką wrażliwość i dzięki obrazowemu językowi stworzył sugestywne opisy krajobrazu, w którym natura powoli odzyskuje przestrzeń utraconą na rzecz człowieka.

Flora jest jednocześnie intymną historią o rodzicielstwie i egzystencjalną alegorią współczesności. Zbořil stawia pytania o to, czym jest życie, gdzie przebiega granica między tym, co ludzkie, a tym, co nieludzkie, oraz jak wygląda troska o kogoś, kogo nie potrafimy do końca zrozumieć.

To hipnotyzująca, literacka, dystopijna opowieść, która oscyluje między czułością a niepokojem, między historią o opiekuńczości i miłości a subtelnym horrorem.


Krótki pobyt w piekle Steven L. Peck

Krótki pobyt w piekle Steven L. Peck

"To Piekło nijak nie pasowało do mojego światopoglądu." 


To jest właściwie nowelka, bardzo specyficzna. Troszkę sarkastyczna, troszeczkę z przymrużeniem oka, dość zabawna chwilami, trochę straszna, ale też trochę monumentalna, a na bank refleksyjna.

I przerażająca swoim bezmiarem.

Koncepcja jest zaczerpnięta z opowiadania Borgesa o Bibliotece Babel, zawierającej nieskończoną liczbę książek: wszelkie możliwe kombinacje każdego układu liter, ciągnące się w nieskończoność półki niekończących się tomów, z których wiele to czysty bełkot. Prawie wszystkie to niezrozumiały bełkot.

Biblioteka.

Tak wygląda Piekło, do którego trafia nasz bohater.


"... jesteś tu po to, by się czegoś nauczyć. Nie próbuj zgadywać czego. To może być frustrujące i bezproduktywne."


Nie będzie ono trwało wiecznie: jest obietnica, że pobyt tutaj się skończy. Wystarczy odnaleźć historię swojego życia w tej Bibliotece, książkę, która nie jest zlepkiem niezrozumiałych słów, opisuje Twoje życie... i możesz odejść. 

To wszystko.

W tym Piekle nie jest źle w sumie. 

Na początku. 

Możesz jeść, co tylko zechcesz, poznawać nowych ludzi, zakochiwać się na miliardy lat, spać i budzić się odświeżony bez lęku śmierci, bo zmartwychwstajesz z każdym nowym dniem, nawet, jeśli zginiesz. 


"... śmierć była dla nas najświeższym wspomnieniem, czymś, czym martwiliśmy się przez całe życie. Teraz już po wszystkim. Nie żyliśmy. Znajdowaliśmy się w Piekle."


To wszystko piękne... wieczne szczęście, spokój i stabilizacja.

A co wtedy, kiedy pojawia się niebezpieczeństwo? Wieczne niebezpieczeństwo? Wieczny ból? Wieczne tortury? Wieczna strata? Wieczne "życie" bez kontekstu?

Oraz świadomość, że nigdy nie znajdziesz swojej książki?

...

Kto stworzył największe piekło w Piekle?

Człowiek.

A Piekło to Nieskończoność...


"Istnieje rozpacz, która sięga głębiej niż istnienie; przenika do szpiku świadomości, do siedziby duszy."


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Soren Johansson był zwykłym człowiekiem. Mężem, ojcem, mormonem, który wierzył, że po śmierci spotka swoich bliskich w wiecznym raju.

Potem umarł.

I obudził się w bibliotece.

Nie w piekle z ognia i siarki — w czymś znacznie gorszym. W nieskończonych korytarzach wypełnionych każdą książką, jaka kiedykolwiek mogła powstać. Każdą kombinacją każdej litery, każdego słowa, każdego zdania. Większość to bezładny szum. Ale gdzieś pośród miliardów tomów — więcej niż atomów w poznanym wszechświecie — istnieje jedna jedyna księga. Dokładna, prawdziwa, litera po literze, historia życia Sorena.

Zasada jest prosta: znajdź ją, a zostaniesz uwolniony.

Jak w miejscu zawierającym wszystkie możliwe książki odnaleźć tę jedną, która jest twoja?

Kiedy wilk wróci do domu Nat Cassidy

Kiedy wilk wróci do domu Nat Cassidy

"Nikt nie zostanie oszczędzony, kiedy w domu zjawia się wilk."


Ciężko napisać straszny horror o wilkołakach.

Z tym, że to nie jest horror o wilkołakach.

To jest bardzo dobra odmiana Firestarter, z innymi zdolnościami, chyba nawet troszkę bardziej przerażającymi w skutkach.

"Ta moc ma związek ze strachem. Czegokolwiek boi się ten chłopiec, staje się to rzeczywistością."

Chociaż może nie do końca, kiedy można to wykorzystać inaczej, ale... kto umie pokonywać strach?

...

Jest tu też dużo klimatu Z Archiwum X i atmosfera czytania lat 80-tych.

Czy było to tak samo dobre, jak przerewelacyjne Pisklęta i świetna Mary?

Było inne, ale jednak wolę, kiedy autor bardziej straszy straszliwie, a nie komiksowo.

"Miłość jest zmiennokształtnym potworem/../ wilkołakiem o bezdennym żołądku."

Końcówka świetna i zaskakująca wisienka, a scena z "nie ma cię tu" jedna z bardziej obrazowych i czadowych ever.

Oczywiście bardzo polecam czytać, ale bardziej z lekkim nastawieniem.

Autor nadal pozostaje u mnie w czołówce, jeśli chodzi o wyobraźnię, a co najważniejsze, o przekaz między linijkami!


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Jedna noc zmienia życie Jess, początkującej aktorki i kelnerki. Wcześniej martwiła się tym, czy dostanie nową rolę. Teraz próbuje ocalić małego chłopca przed jego ojcem, który zamienił się w prawdziwego potwora.
Wszystko wyglądałoby inaczej...
...gdyby nie zapomniała telefonu...
...gdyby nie wyszła wtedy z mieszkania...
...gdyby nie ignorowała intuicji.
Zamiast tego musi znaleźć schronienie dla siebie i dziecka. Bestia, która ich ściga, jest brutalna i nieustępliwa.
Czy uda im się uciec z tego surrealistycznego koszmaru?

Pola makowe Nikki Erlick

Pola makowe Nikki Erlick

"Tutaj, w Polach Makowych, rzadko kiedy zdarza się, by któreś łóżko stało puste."


Poprzedniej powieści Miara życia autorki nie przebrnęłam, chociaż pomysł był rewelacyjny, ale wykonanie nużące.

Jak było tym razem?

Pomysł ponownie świetny.

"Usytuowana w południowej Kalifornii nowa klinika o nazwie Pola Makowe - co ma nawiązywać do narkotycznych właściwości tej rośliny - od niedawna zaczęła przyciągać tysiące osób, kusząc ich bezprecedensową kuracją opartą właśnie na śnie. Pacjenci cierpiący z powodu straty, na dłuższy czas, zwykle od 4 do 8 tygodni, wprowadzani są w stan podobny do śpiączki farmakologicznej. Co obiecują Pola Makowe osobom pogrążonym w żalu? Zacznij na miesiąc, a obudzisz się wyleczony/wyleczona."

Niestety /dla mnie/ wykonanie ponownie było im głębiej, tym bardziej nużące, tak jak w przypadku poprzedniej powieści, aczkolwiek przynajmniej tę doczytałam. Jest to bardzo dobra pozycja dla ludzi, którzy są w żałobie: rozpaczliwe przypadki osób, które decydowały się na Pola Makowe i ich argumenty, które pokazywały, jak różnie można przeżywać żałobę i z jakich powodów. Całość bardzo potencjalna i świadoma, a także bardzo innowacyjna, aczkolwiek potem rozmywa się właściwie w opowieść bardziej obyczajową i już nie aż tak fascynująco - esencjonalną, jak się spodziewałam po samej tematyce i po rewelacyjnym pomyśle.

"Po leczeniu w Polach Makowych ból w dużej mierze zostaje uśmierzony. Pacjent nie będzie już cierpiał tak mocno jak wcześniej. Rzadziej będzie płakał i rozpaczał. Zawsze jednak będzie mniej lub bardziej tęsknił za utraconą osobą i odczuwał pustkę."

Można się skusić z ciekawości, bo jest to przede wszystkim studium przypadków żałoby w różnych odsłonach, bardzo osobiste, ale nastawiając się, że lekko wieje spokojną i nostalgiczną nudą.


MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU


***

Witaj w Polach Makowych, centrum eksperymentalnego leczenia żałoby.
Wiemy, że jest ci ciężko. Śmierć kogoś bliskiego. Rozpad związku. Utrata marzeń, dawnego życia, poczucia sensu… Cokolwiek cię spotkało – jesteśmy tu, by ci pomóc. Za chwilę zaśniesz na wiele tygodni. A gdy się obudzisz, smutek i żal znikną. Tak po prostu. Czy to nie… cudowne?

Do pilnie strzeżonego ośrodka położonego pośród piasków kalifornijskiej pustyni zmierza kanarkowożółty samochód, a w nim grupka nieznajomych, których los postawił sobie na drodze. Ilustratorka Ava chce odnaleźć w Polach Makowych swoją starszą siostrę, strażak Ray szuka ukojenia po śmierci brata, Sasha pragnie dowiedzieć się, dlaczego odrzucono jej podanie o przyjęcie do ośrodka, a Sky…? Sky wplątała się w to wszystko zupełnym przypadkiem.
Choć być może to wcale nie był przypadek i ta czwórka życiowych rozbitków musiała się spotkać? Dlaczego tak naprawdę wyruszyli w drogę? Jaki sekret skrywa każde z nich? Do czego się posuną, żeby posklejać swoje pęknięte serca? I przede wszystkim: czy w tajemniczym ośrodku znajdą to, czego szukają?

Król w Żółci Robert W. Chambers

Król w Żółci Robert W. Chambers

"Ale mnie się wydaje, jakobym wystąpił do ciemnej studni, o której powiada Heraklit, iż prawda w niej jest ukryta."


Jeśli był tu jakiś fenomen, ja go nie znalazłam. Skusiło mnie do tej lektury przekonanie, że serial From jest oparty na koncepcji zawartej właśnie w tych opowiadaniach.

Ja tej koncepcji nie znalazłam.

Może dlatego że nastawiłam się na coś wyjątkowego, byłam bardzo rozczarowana, a przede wszystkim bardzo zmęczona lekturą...

Ja nie wiem, czy ja polecam.

Klasycznie ciężko do przebrnięcia, oczywiście chwilami ze swoistym urokiem, ale całościowo?

Nie ogarnęłam.


MOJA OCENA: 5/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Zdaniem H. P. Lovecrafta „Żółty Znak” Chambersa to jedna z najlepszych opowieści grozy wszech czasów. A zdaniem S. T. Joshiego cały cykl czterech opowieści „Król w Żółci” to kamień milowy w dziedzinie horroru.

Robert W. Chambers (1865-1933) był pisarzem bardzo płodnym i bardzo popularnym w rodzimych Stanach Zjednoczonych na początku XX wieku. Ale dzisiaj jego powieści i nowele zostały zapomniane. Poza cyklem „Król w Żółci”.

Łączy te historie tajemnicza księga - pomysł, który zainspirował potem H. P. Lovecrafta do stworzenia legendarnego „Necronomiconu”.

A współcześnie odwołania do tekstów Chambersa znaleźć można w kultowym już serialu „Detektyw” (True Detective).

Poza tytułowym cyklem zbioru znajdziemy w tej edycji trzy inne nowele grozy: „Księżycowy Starzec”, „Posłaniec” i „Miły wieczór” - reprezentatywne dla twórczości Chambersa




Pieśń krwi Greg Bear

Pieśń krwi Greg Bear

"Nasz stary przyjaciel zmienia się w galaktykę[...] W swym ciele nosił setki miliardów inteligentnych istot."


Wznowienie z super okładką straszliwie ciężko narracyjnie napisanej powieści o przerażającej tematyce i mam nadzieję, że niezbyt aktualnej.

Ale co my wiemy o nauce, zwykłe żuczki...?

Lektura dla mniej wymagających jeśli chodzi o przekaz... Ledwo się przeczołgałam przez całość, aczkolwiek tematyka była na tyle intrygująca, że dobrnęłam do końca, z trudem jednak...

To taka trochę Inwazja porywaczy ciał, tylko mniej fascynująca i bardziej naukowa i ludzka.

"Człowiek jako jednostka może znieść tylko pewną ilość zmian. Ulepszenie, a nawet tworzenie rzeczy radykalnie nowych jest konieczne, ale rezultaty należy stosować ostrożnie, po dokładnym namyśle. Nic na siłę, nic pod przymusem. O to ideał każdy ma prawo być sobą, póki sam nie zdecyduje inaczej."


MOJA OCENA: 5/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

INTERFAZA

W każdej godzinie rodzą się i umierają miliardy bilionów maleńkich żywych istot: mikrobów, bakterii, wieśniaków natury. Życie jednej z nich nie ma znaczenia, liczy się tylko ilość - suma bytów. Nie odczuwają i nie cierpią, a śmierć ich stu bilionów nie będzie miała nigdy znaczenia takiego jak śmierć jednej istoty ludzkiej.

Wśród hierarchii stworzeń, od maleńkich mikrobów do wielkich ludzi, istnieje równowaga „woli życia”, tak jak w starym drzewie masa konarów równa się masie korzeni, a masa korzeni i gałęzi łącznie - masie pnia.

Wierzymy w to niewzruszenie, jak królowie Francji wierzyli w monarchię. Które z pokoleń sprzeciwi się tej wierze?

Anafaza

Czerwiec - wrzesień

1

La Jolla, Kalifornia

Prostokątny, czarny jak smoła znak stał na niewielkim wzniesieniu porośniętym kępami jasnozielonej ozdobnej trawy, otoczony irysami i ciemnym, ujętym w beton potokiem wypełnionym wodnymi kwiatami. Od strony ulicy wypisano na znaku czerwonymi, eleganckimi literami nazwę GENETRON, a pod nazwą motto: „Gdzie rzeczy małe powodują wielkie zmiany”.

Laboratoria i biura Genetronu mieściły się w piętrowym, bauhausowskim w stylu, betonowym budynku, którego połączone galeryjkami skrzydła otaczały z trzech stron prostokątne podwórko-ogród. Z czwartej, tuż za niedawno usypanym i nie obsadzonym jeszcze roślinami pagórkiem żyznej ziemi wznosił się trzypiętrowy, czarny, błyszczący szkłem gmach otoczony przewodami pod napięciem.

Oto dwie strony Genetronu: z jednej otwarte laboratoria, w których pracowano nad biochipami, z drugiej budynek wojskowy, w którym badano możliwość ich militarnego użycia. Nawet w cywilnych laboratoriach stosowano jednak ścisłe środki ostrożność».

Wszyscy pracownicy nosili drukowane laserowo identyfikatory, gości uważnie obserwowano.

Zarząd firmy w osobach pięciu absolwentów uniwersytetu w Stanford, którzy założyli Genetron zaledwie trzy lata po ukończeniu studiów, zdawał sobie sprawę z tego, że szpiegostwo przemysłowe może być znacznie groźniejsze niż możliwe przecieki z czarnego gmachu. A jednak całość sprawiała pogodne wrażenie. Zrobiono wszystko, by podjęte środki ostrożności były jak najmniej widoczne i dokuczliwe.

Wysoki, przygarbiony mężczyzna o rozczochranych czarnych włosach wyplątał się z ciasnego wnętrza czerwonego sportowego volvo i nim jeszcze zdążył przejść przez parking dla pracowników, kichnął dwukrotnie. Wczesne lato - trawy były już niemal gotowe, by mu obrzydzić życie. Mężczyzna swobodnie przywitał się z Walterem, chudym lecz muskularnym strażnikiem w średnim wieku, a strażnik równie swobodnie sprawdził ważność jego identyfikatora, przesuwając go przez laserowy czytnik. - Niewiele pan spał tej nocy, co, panie Ulam? - zapytał.

Vergil zacisnął wargi i potrząsnął głową.

- Bawiłem się, Walter - odpowiedział.

Oczy miał zaczerwienione, a nos spuchnięty i podrażniony od bezustannego wycierania chusteczką, która - poważnie nadużyta - spoczywała w kieszeni, zawsze gotowa do akcji.

- Nie wiem, jak ktoś taki jak pan, normalnie pracujący człowiek, może się jeszcze bawić po nocach. W środku tygodnia!

- Panie tego żądają, Walter - rzucił Vergil mijając strażnika.

Walter uśmiechnął się i skinął głową, chociaż miał poważne wątpliwości co do powodzenia Ulama niezależnie od tego, jak dobrze potrafił się on bawić. Jeśli wymagania kobiet nie zmniejszyły się drastycznie od czasów jego młodości, nikt, kto się nie golił przez tydzień, nie mógł mieć wielkiego powodzenia.

Vergil Ulam nie był bez wątpienia najbardziej pociągającym mężczyzną w Genetronie. Miał trzydzieści dwa lata, metr osiemdziesiąt pięć wzrostu i nadciśnienie, a jego cielsko wraz z dziesięcioma kilogramami nadwagi opierało się o ziemie na parze bardzo wielkich i bardzo płaskich stóp. Cierpiał na bóle w krzyżu i nigdy nie mógł się ogolić tak, by na policzkach nie pozostały czarne cienie. Natura nie obdarzyła go głosem, którym zdobywa się przyjaciół, był on twardy, chrapliwy i nieco za głośny. Dwadzieścia spędzonych w Kalifornii lat wygładziło nieco teksański akcent, w chwilach podniecenia lub irytacji przypominał on jednak boleśnie o swym istnieniu.

Jedyną zaletą Vergila były duże i piękne, szmaragdowozielone, pełne wyrazu oczy otoczone wspaniałymi, długimi rzęsami. Mogły jednak pełnić niemal wyłącznie funkcje dekoracyjne. Na co dzień zakrywały je wielkie okulary w ciemnej oprawce. Ulam był krótkowidzem.

Wbiegł po schodach, przeskakując po dwa i trzy stopnie; jego długie mocne nogi dudniły po stopniach z betonu i stali. Na pierwszym piętrze przeszedł galeryjką do głównego laboratorium wydziału biochipów, zwanego po prostu „wspólnym laboratorium”. Jego dzień zaczynał się zazwyczaj od sprawdzenia próbek umieszczonych w jednej z pięciu ultrawirówek. Ostatnia partia od sześćdziesięciu godzin poddana była wirowaniu przy 200

000 G i można ją już było analizować.

Jak na tak wielkiego mężczyznę Vergil miał zdumiewająco wrażliwe i delikatne ręce.

Usunął z wirówki kosztowny czarny, tytanowy rotor i zasunął stalową pokrywę komory próżniowej. Przeniósł rotor na warsztat i - wyjmując po kolei pięć niskich probówek, zawieszonych pod jego półokrągłym zamknięciem - przyglądał się im uważnie. W każdej z nich pojawiło się kilkanaście wyraźnie widocznych beżowych warstw.

Gęste czarne brwi Vergila wygięły się i zetknęły pod grubą oprawką okularów.

Uśmiechnął się obnażając zęby pokryte brązowymi plamkami od używanej od dzieciństwa, fluoryzowanej wody.

Telefon zadzwonił właśnie wtedy, gdy zamierzał odessać bufor i usunąć niepotrzebne warstwy. Vergil odłożył probówkę na stojak i podniósł słuchawkę.

- Laboratorium. Tu Ulam.

- Vergil, mówi Rita. Widziałam, jak wchodzisz, ale nie było cię w twojej pracowni...

- To mój drugi dom, Rito. A co?

- Prosiłeś... mówiłeś mi... żeby dać ci znać, kiedy przyjedzie pewien dżentelmen.

Chyba właśnie się zjawił.

- Michael Bernard? - spytał Ulam podniesionym głosem.

- To chyba on. Ale, Vergil...

- Już schodzę.

- Vergil...

Ulam odłożył słuchawkę, zawahał się chwilę wpatrzony w probówki i w końcu zostawił je tam, gdzie stały.

Gość czekał w sali recepcyjnej Genetronu - okrągłej, wykrojonej z parteru wschodniego skrzydła, zaopatrzonej w wielkie okna i mnóstwo aspidistrów w żółtych ceramicznych doniczkach. Poranne słońce rzucało ukośne, oślepiające promienie na błękitny jak niebo dywan, gdy Vergil wchodził od strony laboratoriów. Na jego widok Rita wstała zza biurka i gdy ją mijał, powiedziała:

- Vergil...

- Dzięki - rzucił Ulam wpatrzony w godnie wyglądającego, siwego dżentelmena stojącego obok jedynej w tym pokoju kanapy. Nie miał wątpliwości: oto Michael Bernard.

Pamiętał go ze zdjęć i z okładki Timesa sprzed trzech lat. Wyciągnął dłoń, uśmiechając się niezwykle szeroko.

- Miło mi pana poznać, panie Bernard.

Bernard potrząsnął wyciągniętą ręką, ale wydawał się zmieszany.

Gerald T. Harrison stał w szerokich, podwójnych drzwiach prowadzących do wymyślnego, przeznaczonego na pokaz biura Genetronu, przyciskając słuchawkę telefonu ramieniem do ucha. Bernard spojrzał na niego pytająco.

- Cieszę się, że dostał pan wiadomość ode mnie - mówił dalej Ulam nie dostrzegając Harrisona, który błyskawicznie zakończył rozmowę i rzucił słuchawkę na widełki. - Ranga ma swoje przywileje - powiedział uśmiechając się zbyt szeroko i zajmując miejsce u boku Bernarda, który zapytał:

- Przepraszam, jaką wiadomość?

- To Vergil Ulam, jeden z naszych najzdolniejszych pracowników podpowiedział służalczo Harrison. Wszyscy cieszymy się z pana odwiedzin, panie Bernard. Vergil, w tej sprawie o której mi mówiłeś, skontaktuję się z tobą później.

Vergil nie miał do Harrisona żadnej sprawy.

- Oczywiście - powiedział. Harrison na nowo rozdrapał starą ranę: znów zepchnięto go na drugi plan.

Bernard nie miał pojęcia o jego istnieniu!

- Później, Vergil - powtórzył znacząco Harrison. - Tak, oczywiście. - Ulam cofnął się, spojrzał błagalnie na Bernarda i w końcu chwiejnym krokiem wyszedł przez boczne drzwi.

- Kto to był? - zainteresował się Bernard.

- Bardzo ambitny gość - odpowiedział ponuro Harrison. - Ale my już mu założymy kaganiec.

Gerald T. Harrison miał swe prawdziwe biuro na parterze zachodniego skrzydła.

Wzdłuż ścian biegły półki wypełnione porządnie poukładanymi książkami. Za biurkiem, na poziomie oczu stały znane, czarne książki wydawnictwa Cold Spring Harbor z plastikowym paskiem na obwolucie. Pod spodem Harrison ustawił rzędem stare książki telefoniczne, które kolekcjonował. Kilka półek wypełniały podręczniki informatyki. Na pokratkowanym czarnym blacie biurka spoczywała skórzana suszka i monitor komputera.

Spośród twórców Genetronu tylko dwóch, Harrison i William Yng, doczekało otwarcia laboratoriów. Obaj zorientowani byli na interesy raczej niż na badania, choć ich doktorskie dyplomy wisiały na pokrytej boazerią ścianie. Harrison odchylił się w krześle i założył ręce za głowę. Ulam zauważył na jego koszuli pod pachami małe, prawie niewidoczne plamy potu.

- Vergil, to było żałosne - powiedział. Bardzo jasne włosy zaczesane miał umiejętnie tak, by zakryć przedwczesną łysinę.

- Przykro mi.

- Nie bardziej niż mnie. A więc napisałeś do Bernarda, by odwiedził laboratoria Genetronu?

- Tak.

- Dlaczego?

- Myślałem, że nasza praca może go zainteresować.

- Też tak myśleliśmy. I dlatego my go zaprosiliśmy. Nie sądzę, by wiedział o twoim zaproszeniu, Vergil.

- Najwyraźniej nie.

- Próbowałeś nas obejść?

Vergil stał przed biurkiem, wpatrzony ponuro w tył monitora. - Robisz dla nas mnóstwo użytecznej roboty. Rothwild mówi, że jesteś znakomity, może nawet niezastąpiony.

Rothwild był szefem programu biochipów.

- Ale inni twierdzą, że nie można na tobie polegać. A teraz... to.

- Bernard...

- Tu nie chodzi o Bernarda, Vergil. Chodzi o to.

Odwrócił monitor i wcisnął jeden z klawiszy komputera. Na ekranie pojawiły się zakodowane dane, wprowadzone do pamięci przez Vergila, który patrzył na nie rozszerzonymi oczami, ze ściśniętym gardłem. Trzeba mu jednak przyznać, że się nie udusił.

Zareagował ze sporym opanowaniem.

- Nie znam całości - mówił dalej Harrison - ale wygląda na to, że stawiasz sobie bardzo podejrzane cele. Może nawet nieetyczne. My tu, w Genetronie, lubimy przestrzegać zasad, zwłaszcza wobec rosnącej wartości naszej firmy. Ale nie tylko dlatego. Chciałbym wierzyć, że kierujemy etyczną kompanią.

- Nie robię nic nieetycznego, Geraldzie.

- Ach tak? - Harrison zatrzymał przesuwające się na monitorze dane. - Tworzysz nowe człony DNA w organizmach podlegających kontroli NIH*.[* NIH (National Institute of Health) - odpowiednik polskiego Państwowego Zakładu Higieny.] I pracujesz na komórkach ssaków. My tu nie pracujemy na komórkach ssaków. Nie jesteśmy odpowiednio przygotowani na ryzyko, nie w głównych laboratoriach. Ale przypuszczam, że potrafisz udowodnić mi bezpieczeństwo i nieszkodliwość twych badań. Nie tworzysz nowych zaraz, by je sprzedać rewolucjonistom Trzeciego Świata, prawda?

- Nie - odpowiedział bezdźwięcznie Vergil.

- To bardzo pocieszające. Muszę przyznać, że części tego materiału nie potrafię zrozumieć. Wygląda na to, że rozszerzasz nasz projekt BM. Być może jest tu nawet coś cennego...

Przerwał.

- Co ty u diabła robisz naprawdę, Vergil?

Ulam zdjął okulary i wytarł je rąbkiem swego laboratoryjnego fartucha. Kichnął nagle, głośno i soczyście.

Harrison wyglądał na lekko zbrzydzonego.

- Dopiero wczoraj przełamaliśmy twój kod. Niemal przypadkiem. Dlaczego to ukryłeś? Czy to coś, o czym wolałbyś nas nie informować?

Bez okularów Vergil wyglądał jak ślepa, bezradna sowa. Jąkał się, próbował coś odpowiedzieć, umilkł w końcu i tylko wysunął szczękę. Jego gęste czarne brwi ściągnęły się w wyrazie rozpaczliwego zaskoczenia.

- Wygląda na to, że robiłeś też coś na naszej maszynie genetycznej*.[* Komputer pozwalający na syntetyzowanie dowolnych sekwencji genów według zadanego programu.]

Oczywiście bez pozwolenia, ale ty nigdy nie dbałeś zbytnio o pozwolenia.

Twarz Vergila spurpurowiała.

- Dobrze się czujesz? - Harrison czuł perwersyjną przyjemność przydeptując Ulama i patrząc, jak się wije. Przez wyraz grzecznego zainteresowania na jego twarzy omal nie przebił uśmiech.

- Dobrze. Pracowałem... pracuje... nad biologiką.

- Biologiką? Nie obiło mi się o uszy.

- Boczna gałąź biochipów. Autonomiczne komputery organiczne.

Myśl o tym, że musiałby powiedzieć więcej, sprawiała Vergilowi nieznośny, fizyczny ból. Napisał do Bernarda, najwyraźniej bez rezultatu, bo pragnął przedstawić mu swe dokonania. Nie chciał przekazać ich Genetronowi na warunkach, które określała klauzula umowy o pracę. Pomysł był taki prosty, lecz opracowanie go zajęło dwa lata - dwa lata ciężkiej pracy utrzymywanej w tajemnicy.

- Jestem zaintrygowany. - Harrison obrócił monitor i znów przeglądał dane. - Nie mówimy po prostu o białkach i aminokwasach. Dłubiesz i w chromosomach. Rekombinujesz geny ssaków. Widzę, że mieszasz w to także geny bakterii i wirusów.

Jego płonące oczy zgasły. Patrzyły nieruchomo, szare i ciężkie jak głazy.

- Vergil, mógłbyś spowodować zamknięcie Genetronu teraz, natychmiast. Nie mamy zabezpieczeń, chroniących przed możliwymi skutkami tego rodzaju zabawy. Nie stosujesz się nawet do warunków systemu P-3!

- Nie ruszam genów reprodukujących!

- A są jakieś inne? - Harrison wyprostował się gwałtownie w fotelu, wściekły że Vergil próbuje mu wcisnąć kit.

- Introny. Sekwencje, które nie kodują struktury białek.

- I co z tego?

- Pracuję tylko na nich. I... dodaję więcej niereprodukującego materiału genetycznego. - Wygląda mi to na pomieszanie pojęć, Vergil. Nie mamy dowodów na to, że introny niczego nie kodują.

- Tak, ale...

- Ale... - Harrison podniósł dłoń - to nieistotne. Niezależnie od tego, czego chciałeś, pozostaje faktem, że byłeś gotów zerwać umowę o pracę, obejść nas chyłkiem i zapewnić sobie pomoc Bernarda w twych prywatnych badaniach. Czy to prawda?

Vergil nie odpowiedział.

- Zakładam, że jesteś bardzo nieskomplikowanym facetem, Vergil, przynajmniej w świecie interesów. Być może nie zdawałeś sobie sprawy z konsekwencji. Ulam przełknął głośno. Był ciągle czerwony jak rak. W uszach pulsowała mu krew, czuł wstrętną, spowodowaną strachem słabość. Kichnął dwukrotnie. - Wyjaśnię ci to, jeśli pozwolisz. Podstawiłeś dupę pod potężnego kopniaka.

Brwi Vergila uniosły się wysoko.

- Jesteś ważny dla projektu BM. Gdyby nie to, wyleciałbyś stąd w jednej chwili, a ja osobiście zadbałbym, żeby twoja noga nigdy już nie postała w żadnym prywatnym laboratorium. Ale Thornton, Rothwild i inni uważają, że jest szansa na to, żeby cię nawrócić, Vergil. Tak, nawrócić! Ochronić przed tobą samym. Nie konsultowałem się na ten temat z Yngiem. Nie będzie sprawy... jeśli zaczniesz się zachowywać przyzwoicie.

Przygwoździł Vergila spojrzeniem rzuconym spod opuszczonych brwi.

- Masz rzucić prace nadobowiązkowe. Zatrzymamy tutaj te dane, ale żądam, by wszystkie nie BM-owskie eksperymenty zostały wstrzymane, a organizmy, którymi manipulowałeś, zniszczone. Osobiście sprawdzę twoje laboratorium za dwie godziny. Jeśli tego nie zrobisz, zostaniesz wylany. Dwie godziny, Vergil. Bez wyjątków. Bez taryfy ulgowej!

- Tak jest!

- To wszystko.

2

Nikt z kolegów nie wpadłby w przesadną rozpacz, nawet gdyby Vergila wyrzucono z pracy natychmiast. Przez trzy spędzone w Genetronie lata bezustannie naruszał wszystkie zasady laboratoryjnej etykiety. Rzadko mył probówki, dwukrotnie oskarżono go o to, że nie wytarł rozlanego na laboratoryjny stół bromku etydyny (silnego mutagenu), niezbyt ostrożnie obchodził się z izotopami.

Większość ludzi, z którymi pracował, nie uważała skromności za cnotę, z którą należy się szczególnie obnosić. W końcu byli to najlepsi młodzi badacze w wielce obiecującej dziedzinie nauki i niemal wszyscy spodziewali się dojść w ciągu kilku lat do naprawdę dużych pieniędzy i własnych firm. Vergil jednak nie pasował do ich standardów. W dzień pracował, cicho i ciężko, a później pracował w nocy. Nie był człowiekiem towarzyskim, ale i nie robił sobie wrogów: po prostu ignorował większość ludzi.

Laboratorium dzielił z Hazel Overton, badaczką dokładną i czyściutką jak marzenie.

Hazel być może najmniej by za nim tęskniła, być może to ona przełamała jego kod? Nie była niedołęgą w komputerach. Ale nie miał na to żadnych dowodów i nie było sensu popadać w paranoję.

Vergil wszedł do ciemnego laboratorium. Hazel przeprowadzała fluorescencyjną identyfikację na żelu elektroforetycznym używając małej lampy ultrafioletowej. Vergil włączył światło. Dziewczyna podniosła na niego wzrok, zdjęła gogle i okazało się, że jest gotowa do kłótni.

- Spóźniłeś się - powiedziała. - A twoja część laboratorium wygląda jak nie posłane łóżko. Vergil, to...

- Kaput - skończył za nią Vergil, rzucając kitel na stołek. - Zostawiłeś kilka probówek na stole we wspólnym. Obawiam się, że już się do niczego nie nadają.

- Pieprzę to!

Hazel otworzyła szeroko oczy.

- Rany, ale humorek!

- Wsadzili mi knebel do pyska. Mam odstawić wszystkie własne prace i zniszczyć próbki albo Harrison osobiście wykopie mnie za bramę.

- To chyba postąpili sprawiedliwie? - powiedziała powracając do pracy dziewczyna, której przed miesiącem Harrison również zakazał przeprowadzania jakiś doświadczeń. - Co takiego zrobiłeś?

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, wolałbym zostać sam. - Rzucił jej nieprzyjazne spojrzenie poprzez laboratoryjny stół. - Tę robotę możesz skończyć we wspólnym.

- Mogę, ale...

- Ale jeśli się stąd nie wyniesiesz - skończył Vergil ponurym głosem - rozsmaruję twój żel po całej podłodze czubkami moich lakierków.

Hazel przyglądała mu się uważnie dłuższą chwilę i doszła do wniosku, że bynajmniej nie żartuje. Wyłączyła więc elektrody, zabrała aparaturę i od drzwi rzuciła:

- Serdecznie ci współczuję.

- Jasne.

Musiał mieć plan. Drapiąc się po szorstkim podbródku Vergil myślał, jak zminimalizować straty. Mógł poświęcić to, co i tak na nic by się mu już nie przydało, na przykład kultury E. coli. Poszedł znacznie, znacznie dalej. Trzymał je tylko jako pamiątki i rodzaj zabezpieczenia na wypadek, gdyby coś poszło źle w następnych etapach badań. Ale poszło dobrze. Nie dotarł wprawdzie do finiszu, ale widział już metę i czuł smak zwycięstwa, podobny do smaku dobrego, chłodnego wina.

Po stronie zajmowanej przez Hazel wszystko było czyściutkie i porządne. U niego rządził chaos pudełek, tubek i chemikaliów. Jedyne ustępstwo, jakie poczynił na rzecz bhp, miało postać białej, chłonnej ścierki przeznaczonej do wycierania rozlanych niebezpiecznych płynów, która zwisała z czarnego blatu, przyciśnięta za jeden z rogów słoikiem z detergentem.

Vergil stał przed białą tablicą, na której zapisywał swe pomysły, bezmyślnie drapał szorstką brodę i czytał tajemnicze notatki, które naniósł wczoraj.

„Mali inżynierowie. Tworzą najmniejsze maszyny świata. Lepsze niż BM! Maleńcy chirurgowie. Wojna z guzami. Komputery o wielkiej pamięci. (Komputery = spec tumor HA!)

Rozmiar toczka”.

Oczywiste bredzenie szaleńca, Hazel nie zwróciłaby na to uwagi. A może? Zazwyczaj na tablicy zapisywano najdziksze pomysły, idee i żarty, i każdy przygotowany był na to, że zamaże je kolejny niedoważony geniusz, a jednak... Te zapiski mogły obudzić ciekawość kogoś tak sprytnego jak Hazel. Zwłaszcza że jego praca nad BM-ami jakoś się opóźniała.

Najwyraźniej nie był wystarczająco rozważny.

BM - biochipy medyczne - miały być pierwszym zastosowanym w praktyce produktem rewolucji bioinformatycznej polegającej na włączeniu molekularnych struktur białkowych w opartą na krzemie elektronikę. W literaturze pisano o nich od lat, ale Genetron spodziewał się, że pierwsze działające egzemplarze będzie mógł przedstawić do badań i zatwierdzenia przez FDA* [* Federal Damage Agency - instytucja zajmująca się m.in. testowaniem i dopuszczaniem na rynek produktów przemysłu medycznego.] już za trzy miesiące.

A konkurentów mu nie brakowało. W tym, co zaczynało być znane jako Dolina Enzymów - biologiczny ekwiwalent Doliny Krzemowej - czyli w La Jolla i okolicy, ulokowało się co najmniej sześć firm. Niektóre zaczęły od farmacji, z nadzieją zarobienia na badaniach nad rekombinacją DNA i - wyparte z tego rynku przez starsze i bardziej doświadczone koncerny - przerzuciły się na biochipy. Genetron był pierwszą firmą powstałą w celu zajmowania się wyłącznie tym problemem.

Vergil powoli wymazywał notatki. Przez całe życie rzeczywistość konspirowała przeciw niemu, choć był na tyle uczciwy by przyznać, że na ogół on sam sprowadzał na siebie nieszczęście. Nigdy jeszcze nie udało mu się skończyć tego, co zaczął, ani w pracy, ani w życiu prywatnym.

Nie potrafił jakoś ocenić konsekwencji własnych czynów.

Wyjął cztery grube notatniki z zamykanej na klucz szuflady swego biurka i dołączył je do rosnącej kupki rzeczy, które trzeba będzie przeszmuglować z laboratorium.

Nie mógł przecież zniszczyć wszystkich dowodów! Musiał ocalić kultury białych ciałek krwi - swe specjalne limfocyty. Ale gdzie mógłby je trzymać, co mógłby z nimi zrobić poza laboratorium?

Nic. Nie miał dokąd pójść. W Genetronie było wszystko, czego potrzebował, cała aparatura, zorganizowanie zaś innego laboratorium trwałoby miesiące. Przez ten czas rezultaty jego dotychczasowej pracy dosłownie znikłyby bez śladu.

Wyszedł z pracowni tylnymi drzwiami prowadzącymi do wewnętrznego korytarza, mijając zainstalowany na wypadek zagrożenia prysznic. Inkubatory trzymano w osobnej sali, za wspólnym laboratorium. Wzdłuż ściany stało siedem emaliowanych szarych szaf, każda wielkości dużej lodówki, elektroniczne monitory cicho i skutecznie śledziły temperatury i ciśnienie parcjalne CCh w każdej z nich. W odległym kącie, pomiędzy starszymi modelami wszystkich kształtów i rozmiarów, wyszukanymi na wyprzedażach ze zbankrutowanych laboratoriów, stała Forma Scientific, błyszcząca pożółkłą stalą i białą emalią, z wypisanym na kawałku plastra i przyklejonym do drzwi nazwiskiem „Ulam” i dopiskiem „Do wyłącznego użytku”. Otworzył drzwi i wyjął stojak z naczyniami pełnymi kultur bakteryjnych.

W każdym z naczyń bakterie stworzyły nietypowe kolonie, plamy zieleni i pomarańczowe, przypominające lotnicze mapy miast: Waszyngtonu lub Paryża. Z jąder kolonii wybiegały linie, dzielące je na sekcje, różniące się budową i - jak sądził - funkcjami.

Ponieważ każda bakteria w kulturze miała potencjał intelektualny myszy, nie było niemożliwe, że stworzyły proste społeczności, w których powstał podział funkcji. Ostatnio nie poświęcał im większej uwagi, tak bardzo zajęty komórkami limfocytów B.

Były jego dziećmi. Wszystkie. A dzieci te okazały się wyjątkowymi.

Włączając palnik, biorąc naczynie w długie szczypce i niszcząc po kolei kultury E. coli nad płonącym gazem, czuł przypływ winy i mdłości.

Wrócił do laboratorium i wrzucił naczynia do sterylizatora. Dotarł do kresu. Nie mógł poświęcić nic więcej. Nienawidził Harrisona nienawiścią silniejszą od wszystkich uczuć, jakie do tej pory żywił w stosunku do innej istoty ludzkiej. Do oczu napłynęły mu łzy wściekłości.

Otworzył laboratoryjną zamrażarkę. Wyjął z niej butelkę z mieszadłem i białą plastikową tackę ze stojącymi na niej dwudziestoma dwoma probówkami. Butelka wypełniona była słomkowożółtym płynem - limfocytami w surowicy. Vergil sam skonstruował mieszadło, lepiej mieszające roztwór i uszkadzające mniej komórek - oś z kilkoma skręconymi w część spirali „skrzydłami”. Probówki wypełniał roztwór soli fizjologicznej i specjalna, skoncentrowana odżywka, podtrzymująca życie komórek obserwowanych pod mikroskopem.

Pobrał trochę płynu z butelki i ostrożnie wpuścił po kilka kropel do czterech probówek. Odstawił butelkę i mieszadło znów zaczęło się obracać.

Po podgrzaniu do temperatury pokojowej - ten proces przyspieszał zazwyczaj małym wentylatorkiem, łagodnie dmuchającym ciepłym powietrzem na tackę - zawarte w probówkach limfocyty uaktywniały się i zaczynały rozwijać, uwolnione od ujarzmiającego je chłodu. Teraz mogą się uczyć, dodawać nowe segmenty do wybranych odcinków DNA. A później, w normalnym procesie rozwoju komórki, nowe DNA zostanie przepisane na RNA, RNA posłuży jako matryca do produkcji aminokwasów, aminokwasy przekształcą się w białka...

Białka zaś staną się być może czymś więcej niż tylko jednostkami struktury komórek - inne komórki będą mogły je „czytać”. Albo samo RNA zostanie przez nie wyodrębnione i wchłonięte. Lub też - to trzecie wyjście stało się możliwe w chwili, gdy Vergil włączył fragmenty bakteryjnego DNA w chromosomy ssaków - same segmenty DNA zostaną usunięte i przekazane dalej.

Ilekroć o tym pomyślał, dostawał zawrotu głowy. Ileż możliwości będą miały komórki, by móc się ze sobą porozumieć i rozwijać swój intelekt?

Pomysł inteligentnej komórki ciągle wydawał mu się dziwny i cudowny - tym razem Vergil wstał i zamarł w bezruchu, gapiąc się w ścianę, aż wreszcie wróciła mu świadomość i mógł kontynuować pracę.

Przyciągnął mikroskop i włożył jego pipetę do jednej z probówek. Wysterowany instrument pobrał automatycznie zaprogramowaną ilość płynu, który Ulam wpuścił do łezki wyszlifowanej na szkiełku podstawowym.

Od początku wiedział, że jego pomysły nie są nierealne i nieużyteczne. Trzy pierwsze miesiące pracy w Genetronie, podczas których pomagał w stworzeniu krzemowo-białkowego interfejsu dla biochipów, przekonały go, że twórcy programu BM pominęli coś oczywistego i bardzo interesującego. Bo niby czemu ograniczać się do krzemu, białek i biochipów wielkości setnej części milimetra, gdy w każdej niemal żywej komórce istnieje funkcjonujący komputer o potężnej pamięci. Komórka ssaka zawiera łańcuch DNA składający się z wielu miliardów podstawowych par, z których każda działa jako fragment informacji. Czym jest w istocie rozmnażanie, jeśli nie skomputeryzowanym procesem biologicznym, bardzo skomplikowanym, lecz wysoce niezawodnym?

Genetron jeszcze do tego nie doszedł, a Vergil już dawno zdecydował, że wcale o tym nie marzy. Popracuje, dowiedzie swego tworząc miliardy działających komputerów komórkowych, opuści Genetron i założy własną firmę.

Po półtorarocznych przygotowaniach i studiach zaczął nocami pracować na maszynie genetycznej. Używając klawiszy komputera syntetyzował ciągi zasad tworzących ko-dony, z których każdy był podstawą prostej logiki DNA-RNA-białka.

Pierwsze ciągi biologiczne wszczepił jako okrągłe plazmidy w bakterie E. coli, które przyjęły je i włączyły w swe DNA. Następnie bakterie rozmnożyły i uwolniły plazmidy, przekazując biologikę innym komórkom. W kluczowej fazie swej pracy Vergil użył wirusowej odwrotnej transkryptazy zamykając pętlę sprzężenia zwrotnego między DNA i RNA. Nawet pierwotne, najprostsze bakterie wyposażone w biologikę używały rybosomów jako „dekoderów” i „czytników”, a RNA jako nośnika informacji. Dzięki pętli sprzężenia zwrotnego komórki stworzyły własną pamięć wraz ze zdolnością działania w oparciu o informacje czerpane z otoczenia.

Prawdziwa bomba wybuchła, gdy testował przekształcone mikroby. Zdolności obliczeniowe nawet bakteryjnego DNA wielokrotnie przewyższały możliwości ludzkiej elektroniki. Wystarczyło tylko wykorzystać istniejący potencjał. Wystarczyło jedno pchnięcie we właściwym kierunku!

Kilkakrotnie Vergil doznawał dziwnego uczucia, że jego praca przebiega zdecydowanie za łatwo, że jest mniej twórcą, bardziej sługą... Molekuły wydawały się same z siebie zajmować właściwe miejsca, a jeśli już coś się nie udawało, błąd był zawsze tak oczywisty, tak łatwy do naprawienia...

Najdziwniejszego uczucia doznał, gdy zorientował się, że tworzy coś więcej niż małe komputery. W momencie, w którym uruchomił proces, wprowadzając sekwencje genetyczne mogące składać i mnożyć wyposażone w biologikę segmenty DNA, komórki zaczęły funkcjonować jako jednostki autonomiczne. Zaczęły „myśleć” za siebie i tworzyć coraz bardziej skomplikowane „mózgi”.

Pierwsze mutanty E. coli miały zdolności intelektualne wypławka. Vergil uczył je poruszania się po prostych labiryntach w kształcie litery T, dając im w nagrodę cukier.

Szybko jednak przewyższyły wypławka. Bakterie, proste prokarionty, robiły to lepiej niż wielokomórkowe eukarionty! W ciągu miesiąca pokonywały już bardziej skomplikowane labirynty w tempie - jeśli uwzględniło się skalę - porównywalnym z tempem myszy.

Usunąwszy najdoskonalsze sekwencje biologiki z E. coli Ulam włączył je w limfocyty B, białe krwinki pobrane ze swej własnej krwi. Łańcuchy intronów - samopowielających sekwencji bazowych par, najwyraźniej nie kodujących białek, lecz mimo to stanowiących wielką część komórkowego DNA u eukariontów - zastąpił swymi specjalnymi łańcuchami.

Używając syntetycznych białek i hormonów jako środków komunikowania, przez ostatnie kilka tygodni Vergil uczył limfocyty jak najściślejszej współpracy ze sobą i ze środowiskiem - bardzo skomplikowanymi szklanymi labiryntami. Rezultaty o niebo przewyższyły jego oczekiwania. Z nieprawdopodobną szybkością limfocyty nauczyły się przechodzić labirynt, by otrzymać nagrodę w postaci odżywki.

Odczekał, aż probówki zostały wystarczająco podgrzane, by się uaktywnić, podłączył mikroskop do aparatury video i włączył pierwszy z czterech monitorów, stojących na półce nad laboratoryjnym stołem. Widział na nim bardzo dokładnie mniej więcej okrągłe limfocyty, w które zainwestował dwa lata życia. Pracowicie przekazywały materiał genetyczny przez długie rurki wyglądające jak słomki, przypominające bakteryjne pili. Niektóre z cech charakterystycznych dla E. coli zachowały się u limfocytów, nie miał pojęcia, jak. Dorosłe limfocyty nie rozmnażały się same, lecz włączały w prawdziwą orgię wymiany genetycznej.

Każdy z nich, każdy z limfocytów zawartych w probówce, którą obserwował, miał potencjalne zdolności intelektualne małpy rezusa. Wprawdzie prostota ich działań wcale o tym nie świadczyła, ale w końcu żyło się im bardzo łatwo.

Rozmawiał z nimi skomplikowanym językiem chemicznego treningu, uczył je i rozwijał - aż do końca. Ich krótkie życie dobiegło kresu. Rozkazano mu je zabić. Nic trudnego. Mógł dodać do zbiorników detergentu i rozpuścić ich błonę komórkową. Zostałyby poświęcone ku chwale grupki ostrożnych, krótkowzrocznych i niewątpliwie głupich jak but biurokratów.

Oddychając chrapliwie Vergil patrzył na zajęte swymi sprawami limfocyty.

Były piękne. Były dziećmi zrodzonymi z jego krwi, wychowanymi tak troskliwie, tak troskliwie udoskonalonymi, a on sam, osobiście, wstrzyknął materiał biologiki co najmniej tysiącowi z nich. Pracowicie zmieniały teraz wszystkich swych towarzyszy, którzy zmieniali swych towarzyszy i tak dalej, i tak dalej...

Jak szympansica Washoe, ucząca swe dzieci amerykańskiego języka migowego, przekazywały z pokolenia na pokolenie pochodnię możliwej inteligencji. Jak dowie się, czy będą kiedyś mogły użyć tego potencjału?

Pasteur.

- Pasteur - powiedział głośno. - Jenner.

Uważnie przygotował strzykawkę. Ściągając brwi przebił bawełnianą zatyczkę zamykającą pierwszą probówkę i zanurzył igłę w roztworze. Wyciągnął tłoczek. Pięć, dziesięć, piętnaście centymetrów jasnego płynu wypełniło strzykawkę.

Vergil trzymał ją przed oczami przez kilka minut, wiedząc, że postępuje pochopnie.

Do tej pory, pomyślał zwracając się do istot, które stworzył, żyłyście bardzo, bardzo łatwo.

Może nawet zbyt łatwo? Siedziałyście w roztworze, popierdując wokół i mając w obfitości wszystkie hormony, których potrzebowałyście. Nie musiałyście nawet pracować na życie. Żadnych trudnych prób, żadnych testów. Nie musiałyście używać tego, czym was obdarzyłem.

Więc co ma zamiar zrobić? Włączyć je w ich naturalne środowisko? Wstrzykując limfocyty w swój krwiobieg mógł nie tylko przeszmuglować je z laboratoriów Genetronu, lecz także odzyskać później w ilości wystarczającej, by wznowić eksperymenty.

- Hej, Vergil. - Ernesto Villar zapukał we framugę drzwi i wsadził głowę do laboratorium. - Mamy ten film z żyły szczura. Zbieramy się w 233. - Postukał palcami we framugę i uśmiechnął się promiennie. - Czuj się zaproszony. Potrzebujemy naszego miejscowego mędrca.

Ulam opuścił strzykawkę i patrzył w przestrzeń.

- Vergil?

- Przyjdę - powiedział Ulam bezbarwnie.

- Tylko się tak nie podniecaj - odpowiedział mu Villar opryskliwie. - Nie będziemy wstrzymywać premiery w nieskończoność - dodał i znikł.

Vergil słyszał jego kroki, oddalające się w korytarzu.

Doprawdy, pochopnie.


***

Vergil Ulam to biologiczny geniusz. Pracując dla korporacji Genotron, stworzył coś, na co świat nie był gotów: myślące komórki zdolne do przebudowy ludzkiego organizmu. Gdy jego rewolucyjny program badawczy zostaje skasowany jako zbyt niebezpieczny, naukowiec podejmuje desperacką decyzję - wstrzykuje swoje dzieło do swojego krwiobiegu.
Początkowo inteligentne limfocyty czynią cuda: ciało Vergila odzyskuje zdrowie, zmysły się wyostrzają, a granice ludzkich możliwości przesuwają się dalej niż kiedykolwiek wcześniej. Wkrótce jednak komórki zaczynają się mnożyć, organizować i przejmować kontrolę, budując złożone struktury. Vergil Ulam przestaje być człowiekiem. Staje się wszechświatem.
Nowa inteligencja szybko odkrywa istnienie "zewnętrznego" świata - i dochodzi do wniosku, że nadszedł czas przemian. Nieodwracalnych.

Pieśń krwi to wizjonerski cyberpunkowy biothriller o końcu człowieka, jakiego znamy, i narodzinach czegoś nieskończenie doskonalszego. Greg Bear z chirurgiczną precyzją pokazuje świat, w którym największym zagrożeniem nie jest sztuczna inteligencja lecz ta, która powstaje w nas samych.



Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger