"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą epoka fin de siecle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą epoka fin de siecle. Pokaż wszystkie posty
Runa Vera Buck

Runa Vera Buck

"Gdzież indziej znaleźć można tak bogaty i idealny do tego rodzaju badań materiał? (...) Jak wszyscy wiecie, ów wielki azyl obejmuje ponad pięć tysięcy osób, z czego większość opisaną jako nieuleczalny (...) Innymi słowy: jesteśmy w posiadaniu bogato wyposażonego, żywego muzeum patologii."

"Mroczne początki psychiatrii..."
Eufemizm.
To horror był, a nie mrok.
Strasznie, STRASZNIE było żyć w tamtej epoce...
Czytając tą powieść, włos mi się jeżył na głowie i to nie ze względu na wątek kryminalny, tylko na opisy.
Opisy przypadków psychiatrycznych.
A najbardziej opisy metod ich "leczenia".
Makabra z masakrą...

A wszystko to w "szpitalu" Salpêtrière.

"Salpêtrière może i było najsłynniejszym szpitalem w całej Francji, może i najnowocześniejszym, lecz nic nie mogło ukryć faktu, że w całej tej nowoczesności leżały blisko cztery tysiące chorych, starych i obłąkanych, którzy jęczeli, bo umierali, albo płakali, bo jeszcze żyli."

Pamiętam, że przy oglądaniu serialu Penny Dreadful byłam wstrząśnięta fragmentami, pokazującymi metody, mające na celu "ulżenie" pacjentom, ale ten tekst przebił nawet je...
I te totalnie bzdurne teorie... 

"... skoro psychika jest czymś fizycznym, to musi istnieć możliwość przeprowadzenia na niej operacji (...)"

Matulu! Wg nich każda kobieta powinna być leczona... Terminy, takie jak: histeria kobieca, psychoza onanistyczna, prasowanie jajników, kąpiele w zamkniętych wannach z lodowatą wodą, wycinanie łechtaczki przyprawiały mnie o gęsią skórkę, a sposoby ich "leczenia"...

Ale, jak twierdził tamtejszy "specjalista":

"Dopiero dziś, w raz z postępem nowoczesnej medycyny, jesteśmy w stanie rozpoznać prawdziwą przyczynę schorzenia i udostępnić pacjentce odpowiednią terapię."

Tak, tak, ja wiem, że trzeba było się uczyć, ale to przechodzi wszelkie pojęcie.
I choć jest to historia fikcyjna, to jednak szpital ten istniał naprawdę, Dr Charcot istniał naprawdę i tylko niebiosa wiedzą, co tam się działo... 
Była to wylęgarnia sadystów w białych kitlach... Może i nie wszyscy, ale chyba wszyscy z czasem zamieniali się tam w psychicznie chore jednostki.

Sama opowieść chwilami jest nużąca, dlatego ocena niżej, bo za samą tematykę powinna ona wynosić 10/10.

Opowieści jest kilka. Poznajemy różne punkty widzenia i rożne historie, które powoli łączą się w całość.

Paryż 1884. W klinice neurologicznej Salpêtrière, dr Charcot eksperymentuje z histerycznymi pacjentami. Jego pokazy hipnozy przyciągają turystów z całej Europy. Jest prawdziwym "szołmenem" - jego widowiska "lecznicze" są prawdziwą sensacją.
Ale pewnego dnia trafia do niego Runa, dziewięcioletnia dziewczynka, która jest odporna na wszystkie metody "leczenia" i działania doktora. Nie reaguje tak, jak powinna reagować. Jest bierna. I oporna. Nieugięta. 
Jori Hell, szwajcarski student medycyny, wyczuwa w tej sytuacji swoją szansę zdobycia tytułu doktora, i /także z osobistych pobudek/ proponuje to, co dotąd było nie do pomyślenia: jako pierwszy lekarz chce "wyciąć szaleństwo" z mózgu pacjenta.
A tym pacjentem ma być właśnie Runa.

Jest też postać dociekliwego byłego policjanta, Monsieur Lecoqa, który mimowolnie zostaje wplątany w rozwikłanie zagadki zniknięcia pewnej bogatej kobiety, z tajemniczym dzieckiem u boku...

Jest też postać chórzysty Maxime Chevrier - poety, który zostaje zainspirowany pewnym tajemniczym śpiewnikiem, znalezionym w kościele, zapisanym dziwnymi literami, rysunkami i runami... To on spisuje całą historię.

Jest i rodzeństwo, z którego dociekliwa młodsza siostra sprowadza niebezpieczeństwo na resztę, ale i pomaga uzupełnić braki w tej koszmarnej układance...

Jest tajemnica. Jest śledztwo. Są zabójstwa.
I jest Runa.

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Paryż, rok 1884.

Doktor Charcot na oddziale neurologicznym kliniki Salpêtrière przeprowadza eksperymenty na histeryczkach.

Jego pokazy hipnozy ściągają widzów z całej Europy; znany neurolog niczym magik sprawia, że pacjentki tańczą przed zgromadzoną publicznością. Któregoś dnia na oddział trafia Runa, mała dziewczynka, która opiera się wszelkim metodom terapeutycznym. Jori Hell, szwajcarski student medycyny, widzi w tym szansę na zdobycie upragnionego tytułu doktora i wysuwa śmiałą propozycję zabiegu, który do tej pory wydawał się nie do pomyślenia. Chce jako pierwszy lekarz w historii medycyny operacyjnie usunąć obłęd z mózgu pacjentki.

Nie wie jednak, że Runa zostawiła wmieście tajemnicze wiadomości, ściągając na siebie uwagę innych osób. Zna też najmroczniejszą tajemnicę Joriego…

Vera Buck po mistrzowsku łączy literaturę z historią medycyny.

Fascynujące tło historyczne: Paryż dziewiętnastego wieku, słynny zakład dla obłąkanych La Salpêtrière i mroczne początki psychiatrii.




SCENA "TERAPII" Z PENNY DERADFUL
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/





Alienista Caleb Carr

Alienista Caleb Carr

"Wy­obraź so­bie, po­wie­dział, że wchodzisz do du­żego, dość zniszczo­nego po­mieszcze­nia, rozbrzmie­wa­ją­cego gło­sami lu­dzi, któ­rzy bez ustanku mamro­czą coś pod no­sem. Na­gle ci lu­dzie padają na twarz, nie­któ­rzy z łka­niem. Gdzie jesteś? W za­kładzie dla obłą­ka­nych, odparła bez na­my­słu Sara. Ow­szem, przy­znał Kre­izler, ale równie do­brze mo­żesz być w ko­ściele. W pierwszym miejscu ta­kie za­cho­wa­nie bę­dzie sza­lone, w dru­gim nie tylko normalne, lecz także jak najbardziej godne sza­cu­nku."

Kolejne zaskoczenie.

Otwieram ebooka, patrzę, a tam prawie 1000 stron... Myślę sobie: Zestarzeję się z tą opowieścią chyba... Mając na uwadze niezbyt lekkiego Trupiarza, byłam pewna, że ta historia będzie równie cieżkawo pisana, a jeszcze ta objętość...

Ale tak nie było.

Rewelacyjnie napisana. Lekko. Wciągająca. Studium wszystkiego, co łączy się ze zbrodnią. I nie tylko. 
Klimat kapie z każdej literki, nawet nie ze strony. 

Narracja pierwszoosobowa Johna Moore'a, reportera kryminalnego The New York Times.
Powieść zaczyna się 8 stycznia 1919 roku, w dniu pogrzebu Theodore'a Roosevelta, komisarza policji. Moore i Laszlo Kreizler, słynny aliensta wspominają czasy z Rooseveltem, który był ich przyjacielem, ale ich wspomnienia w rezultacie koncentrują się na jednej sprawie: wiośnie 1896 roku i ich polowaniu na  seryjnego zabójcę, który grasował w Lower East Side na Manhattanie. 

Ofiara, Georgio "Gloria" Santorelli, był 13-letnim chłopcem, który prostytuował się, przebierając się za dziewczynkę; nadgarstki chłopca są związane za plecami, a on klęczy z twarzą wciśniętą w chodnik. Chociaż farba do makijażu i puder na jego twarzy są wciąż nienaruszone, oczy są wyłupione, prawa ręka jest odcięta, jego genitalia są odcięte i wepchane między szczęki, ma ciężkie rany na całym ciele, jego gardło zostało poderżnięte , a jego pośladki są "odcięte". 

Policjant na miejscu zdarzenia, detektyw sierżant Connor, wyjaśnia, że ​​morderstwa takich ofiar są zwykle ignorowane.

Na prośbę Roosevelta, Moore i Kreizler, spotykają się następnego ranka w biurze Roosevelta, aby omówić sprawę. Komisarz postanawia zbadać sprawę, ale ponieważ Kreizler ma tak wątpliwą reputację jako alienista, a dochodzenie stanie się politycznie nie do przeprowadzenia, zakłada dla nich bazę operacyjną poza posterunkiem policji. Politycznie Roosevelt nie może sobie pozwolić na udział w śledztwie i nie bierze udziału w codziennych operacjach.

Kreizler rekrutuje młodych detektywów, którzy są otwarci na nowe metody i w szeregi alienisty wstępuje, Sara Howard, pierwsza kobieta, która została zatrudniona przez policję, oraz Marcus i Lucjusz Isaacson - dwaj żydowscy bracia, którzy zostali zatrudnieni, gdy Roosevelt zaczął usuwać skorumpowanych funkcjonariuszy policji z posterunku. 
Isaacsonowie wprowadzają do śledztwa zaawansowane metody, takie jak system Bertillona i pobieranie odcisków palców, chociaż nie były one popularne w departamentach policji w Nowym Jorku ani nie były akceptowane w sądach.

Grupa zaczyna badać ofiary, których /okazuje się/ było więcej/, licząc na zrozumienie umysłu mordercy poprzez wnikliwą analizę jego ofiar.

Dochodzą do oszałamiających wniosków...

Powieść jest opowiadana z perspektywy czasu, a Moore komentuje wydarzenia i ich wpływ na późniejszą historię.

Przeczytałam w jeden wieczór.
Wszyscy autorzy kryminałów powinni uczyć się tworzenia atmosfery i prowadzenia czytelnika przez mroczne zagadki od pana Carr'a.

POLECAM BARDZO!!!!

MOJA OCENA: 9/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!



ROZDZIAŁ 1

8 stycznia 1919

The­odore leży w ziemi.
Te słowa nie do­cie­rają do mnie, jak wcze­śniej wi­dok jego tru­mny opu­szcza­nej do piaszczy­stego dołu na cmenta­rzu nie­opo­dal Sa­ga­more Hill, miejsca, które ko­chał najbardziej na świe­cie. Kiedy tam sta­łem tego po­po­łu­dnia, w zimnym stycznio­wym wie­trze wie­ją­cym znad cie­śniny Long Island, my­śla­łem so­bie, że to ja­kiś żart, że za­raz wy­ła­mie wieko, oślepi nas tym absu­rdalnym wy­szcze­rze­niem zę­bów, ogłu­szy ostrym, szcze­kli­wym śmie­chem. A po­tem za­woła, że jest robota, że „trzeba dzia­łać!”, i zo­sta­niemy odko­mende­ro­wani do obrony ja­kie­goś za­po­mnia­nego ga­tu­nku traszki przed dra­pieżnym ma­gna­tem prze­my­sło­wym, który uparł się zbu­do­wać cu­chnącą fa­brykę na te­re­nach lę­go­wych tych ma­łych pła­zów. Nie by­łem odo­sobniony w mo­ich fanta­zjach; wszy­scy obecni spo­dzie­wali się cze­goś po­do­bnego, mieli to wy­pi­sane na twa­rzach. Do­nie­sie­nia pra­sowe wska­zują, że większość kraju i duża część świata czuje to samo. Myśl, że The­odore Ro­ose­velt nie żyje, jest wła­śnie taka – nie do przy­ję­cia.
W rze­czy­wi­sto­ści, czego nikt nie chciał przy­znać, The­odore gasł już od dawna, odkąd w ostatnich dniach Wielkiej Jatki zginął jego syn Qu­entin. Ce­cil Spring-Rice za­u­wa­żył kie­dyś, w swej najlepszej bry­tyjskiej mie­szance sympa­tii i uszczy­pli­wo­ści, że Ro­ose­velt przez całe ży­cie „miał ja­kieś sześć lat”; a Herm Ha­ge­dorn stwierdził, że gdy la­tem 1918 roku Qu­entin zo­stał ze­strze­lony z nieba, „umarł w The­odo­rze chło­piec”. Jadłem dziś ko­la­cję w Delmo­nico z Laszlem Kre­izle­rem i za­cy­to­wa­łem mu uwagę Ha­ge­do­rna. Po­tem przy dwóch ko­lejnych da­niach ra­czył mnie dłu­gimi, cha­rakte­ry­stycznie na­miętnymi wy­ja­śnie­niami, dla­czego śmierć Qu­entina była dla The­odore’a wię­cej niż po pro­stu bo­le­sna: czuł się też głę­boko winny, winny tego, że wpoił swym dzie­ciom fi­lo­zo­fię „ofiarnego ży­cia” tak sku­tecznie, iż czę­sto z rozmy­słem na­ra­żały się na nie­bezpie­czeństwo, aby spra­wić radość uko­cha­nemu ojcu. The­odore ciężko zno­sił ból straty, za­wsze o tym wie­dzia­łem. Ile­kroć mu­siał sta­wić czoło śmierci ko­goś bli­skiego, wy­da­wało się, iż może nie prze­żyć tych zma­gań. Lecz do­piero dziś wie­czo­rem, słu­cha­jąc Kre­izlera, zro­zu­mia­łem, w ja­kim stopniu również wątpli­wo­ści mo­ralne były nie do znie­sie­nia dla dwu­dziestego szó­stego pre­zy­denta, który cza­sem zda­wał się uwa­żać sie­bie za wcie­loną Spra­wie­dli­wość.
Laszlo Kre­izler… Nie chciał przyjść na po­grzeb, choć Edith Ro­ose­velt by­łaby mu rada. Za­wsze szcze­rze lu­biła tego, jak go na­zywa, „czło­wieka-za­gadkę”, zna­ko­mi­tego le­ka­rza, który swymi czterdziesto­letnimi bada­niami nad lu­dzkim umy­słem tak głę­boko za­nie­po­koił tak wiele osób. Kre­izler na­pi­sał do Edith; tłu­ma­czył, iż nie­zbyt po­doba mu się idea świata bez The­odore’a, a że ma już sześćdzie­siąt cztery lata i prze­żył ży­cie, pa­trząc po­nu­rej rze­czy­wi­sto­ści pro­sto w oczy, po­zwoli so­bie zi­gno­ro­wać fakt odejścia przy­ja­ciela. Edith po­wie­działa mi dzi­siaj, że list Kre­izlera wzru­szył ją do łez, po­nie­waż uświado­miła so­bie, jak silne mu­siały być wrodzona życzli­wość i za­pał The­odore’a, skoro do­tarły do odludka, który nie­mal wszystkim innym wy­da­wał się całko­wi­cie nie­przy­stępny.
Paru chłopców z „Ti­mesa” chciało, bym wziął udział w oko­liczno­ścio­wej ko­la­cji, ale ci­chy wie­czór z Kre­izle­rem uzna­łem za dużo bardziej na miejscu. Wzno­si­li­śmy kie­liszki nie z no­stalgii za wspólnym no­wo­jorskim dzie­ciństwem, bo Laszlo i The­odore po­znali się do­piero na Ha­rvardzie. Nie, wspo­mina­li­śmy z Kre­izle­rem wio­snę 1896 roku – pra­wie ćwierć wieku temu! – i se­rię wy­padków, które wciąż jeszcze wy­dają się zbyt dzi­waczne, aby mo­gły się zda­rzyć, na­wet w tym mie­ście. Przy de­se­rze i porto (i ja­kież to wzru­sza­jące, znów jeść ko­la­cję w Delmo­nico, do­brym sta­rym Delu, który te­raz, jak i my, najlepsze dni ma już za sobą, ale w owych cza­sach był ki­piącą ży­ciem sceną kilku z na­szych najważniejszych spo­tkań) obaj śmia­li­śmy się i krę­ci­li­śmy gło­wami, na­dal zdu­mieni, że wy­szli­śmy z tej próby bez szwanku; i na­dal za­smu­ceni, co wi­dzia­łem w twa­rzy Kre­izlera i czu­łem we wła­snej piersi, na wspo­mnie­nie lu­dzi, któ­rym się to nie udało.
Nie da się tego opi­sać w pro­sty spo­sób. Mógłbym po­wie­dzieć, że z perspektywy czasu wy­daje się, iż drogi ży­ciowe na­szej trójki, i wielu innych osób, wiodły nie­u­bła­ga­nie i nie­u­chronnie ku temu wła­śnie do­świadcze­niu; ale wówczas za­trą­ciłbym o de­terminizm psy­cho­lo­giczny i za­kwe­stio­no­wał istnie­nie wolnej woli – po­wró­cił, innymi słowy, do fi­lo­zo­ficznego dy­le­matu, który prze­wi­jał się uporczy­wie przez całe to koszmarne po­stę­po­wa­nie ni­czym je­dyna możliwa do za­nu­ce­nia me­lodia w tru­dnej operze. Mógłbym też stwierdzić, że w ciągu tych mie­sięcy Ro­ose­velt, Kre­izler i ja, wspo­ma­gani przez kilku spo­śród najlepszych lu­dzi, ja­kich kie­dy­kolwiek zna­łem, po­dą­ży­li­śmy tro­pem morderczego po­twora, by na ko­niec sta­nąć twa­rzą w twarz z prze­ra­żo­nym dzieckiem. Nie, można to zro­bić tylko w je­den spo­sób: mó­wiąc całą prawdę, co­fa­jąc się do tej pierwszej ma­ka­brycznej nocy i pierwszych zma­sa­kro­wa­nych zwłok; co­fa­jąc się jeszcze da­lej na­wet, do na­szych za­jęć z pro­fe­so­rem Ja­me­sem na Ha­rvardzie. Tak, trzeba to wszystko ujawnić i wreszcie uświado­mić spo­łe­czeństwu.
Spo­łe­czeństwo może nie być tym za­chwy­cone; w rze­czy sa­mej, to wła­śnie z obawy przed pu­bliczną re­akcją tyle lat za­cho­wy­wa­li­śmy milcze­nie. Większość ne­kro­lo­gów The­odore’a także nie wspo­mniała o tych wy­da­rze­niach. Wy­mie­nia­jąc jego osią­gnię­cia jako pre­zesa no­wo­jorskiego Za­rządu Ko­mi­sa­rzy Po­li­cji od 1895 do 1897 roku, tylko „He­rald” – któ­rego pra­wie nikt dziś nie czyta – do­dał wsty­dli­wie: „i, oczy­wi­ście, wy­ja­śnie­nie sprawy okropnych morderstw z 1896 roku, które tak za­szo­ko­wały mia­sto”. Z dru­giej strony, The­odore ni­gdy nie przy­pi­sy­wał so­bie tej za­sługi. To prawda, miał do­sta­tecznie otwarty umysł, aby, mimo skru­pu­łów, po­wie­rzyć śledztwo czło­wie­kowi, który po­tra­fił rozwią­zać za­gadkę. Pry­watnie jednak za­wsze przy­zna­wał, że tym czło­wie­kiem był Kre­izler.
Nie bardzo mógł to zro­bić pu­blicznie. The­odore wie­dział, że Ame­ry­ka­nie nie by­liby skłonni mu uwie­rzyć ani na­wet wy­słu­chać szcze­gó­łów sprawy. Za­sta­na­wiam się, czy będą te­raz. Kre­izler w to wątpi. Kiedy mu oznajmi­łem, że za­mie­rzam spi­sać tę hi­sto­rię, parsknął swoim sardo­nicznym chi­cho­tem i po­wie­dział, że tylko prze­rażę i odstrę­czę czy­telni­ków, nic wię­cej. Nasz kraj, stwierdził, mało się zmie­nił od 1896 roku, mimo wy­siłków ta­kich lu­dzi, jak The­odore, jak Jake Riis i Lincoln Steffens, i wielu innych po­do­bnych im mężczyzn i ko­biet. Zda­niem Kre­izlera wszy­scy na­dal ucie­kamy – w chwi­lach sa­motno­ści my, Ame­ry­ka­nie, ucie­kamy równie szybko i z równym lę­kiem jak dawniej, ucie­kamy przed ciemno­ścią, o któ­rej wiemy, iż czyha za pro­giem tylu na po­zór spo­kojnych do­mostw, przed koszma­rami wciąż wszcze­pia­nymi w umy­sły dzieci przez lu­dzi, któ­rych te z rozkazu Na­tury da­rzą mi­ło­ścią i za­u­fa­niem, ucie­kamy co­raz prę­dzej i co­raz liczniej ku prze­są­dom, re­li­giom i fi­lo­zo­fiom, które obie­cują wy­ma­zać owe lęki i koszmary, i wy­ma­gają w za­mian je­dy­nie nie­wolni­czego odda­nia. Czy na­prawdę Kre­izler może mieć ra­cję…?
Staję się enigma­tyczny. Do po­czątku więc!



ROZDZIAŁ 2

Nie­lu­dzkie ło­mo­ta­nie do drzwi domu mo­jej babki przy Wa­shington Squ­are North 19 o godzinie dru­giej w nocy 3 marca 1896 roku wy­cią­gnęło z sy­pialni najpierw słu­żącą, a po­tem samą babkę. Ja le­ża­łem w łóżku, już nie pi­jany, ale jeszcze nie całkiem trze­źwy, bo nie zdą­ży­łem się po­krze­pić snem, i świadom, że kto­kolwiek stoi pod drzwiami, ma ra­czej sprawę do mnie niż do babki. Za­ko­pa­łem się jednak w oble­czone lnem po­du­szki z na­dzieją, że wkrótce da spo­kój i odejdzie.
– Pani Mo­ore! – do­bie­gło mnie wo­ła­nie słu­żą­cej. – Co za okropny ru­mor. Mam otwo­rzyć?
– Pod żadnym po­zo­rem – odrze­kła babka su­ro­wym to­nem, oddzie­la­jąc każde słowo. – Obudź mo­jego wnuka, Harriet. Pewnie za­po­mniał o ja­kimś karcia­nym długu!
Po­sły­sza­wszy zbli­ża­jące się kroki, uzna­łem, że le­piej bę­dzie wstać. Mieszka­łem u babki mniej wię­cej dwa lata, od kra­chu mo­jego na­rze­czeństwa z panną Ju­lią Pratt z Wa­szyngtonu, i sta­ru­szka co­raz bardziej sceptycznie odno­siła się do spo­sobu, w jaki spę­dzam wolny czas. Po­wta­rza­łem jej wie­le­kroć, że jako re­daktor kro­niki po­li­cyjnej „New York Ti­mesa” mu­szę odwie­dzać za­ka­zane dzielnice i domy i prze­sta­wać z osobni­kami po­dejrza­nej kondu­ity; lecz babka za do­brze pa­mię­tała mą wcze­sną młodość, aby wie­rzyć tym – przy­znaję – na­cią­ga­nym wy­ja­śnie­niom. Stan, w ja­kim na ogół wra­ca­łem do domu, utwierdzał ją w opinii, że to oso­bi­sta skłonność, a nie obo­wią­zek za­wodowy, pcha mnie co wie­czór ku dansingom i zie­lo­nym sto­li­kom Tenderlo­inu[1]. Sły­sząc jej uwagę o kartach, uświado­mi­łem so­bie, że mu­szę się za­pre­zento­wać jako mężczy­zna trze­źwy i za­jęty po­ważnymi spra­wami. Po­spiesznie wdzia­łem cza­rne chińskie ki­mono, przy­gładzi­łem moje krótkie włosy i otwo­rzy­łem drzwi w chwili, gdy słu­żąca zna­la­zła się przy nich.
– Ach, Harriet – po­wie­dzia­łem spo­kojnie, trzy­ma­jąc dłoń w rozcię­ciu ki­mona. – Nie ma po­wodu do pa­niki. Prze­glą­da­łem wła­śnie no­tatki do arty­kułu i odkry­łem, że po­trze­buję pewnych ma­te­ria­łów. To na pewno go­niec z re­dakcji.
– John! – za­grzmiała babka, gdy Harriet z za­kło­po­ta­niem skinęła głową. – Czy to ty?
– Nie, babciu – odparłem, zbie­ga­jąc po schodach wy­ło­żo­nych gru­bym perskim dy­wa­nem. – Doktor Holmes.
Doktor H. H. Holmes był nie­opi­sa­nie sadystycznym mordercą i oszu­stem, ocze­ku­ją­cym wła­śnie w Fi­ladelfii na po­wie­sze­nie. Z ja­kie­goś nie­wy­tłu­ma­cza­lnego po­wodu babka lę­kała się, iż może on uciec z wię­zie­nia przed spo­tka­niem z ka­tem i przy­je­chać do No­wego Jorku, aby ją za­bić. Przy­sta­ną­łem w drzwiach jej sy­pialni i po­ca­ło­wa­łem sta­ru­szkę w po­li­czek, co przy­jęła bez uśmie­chu, choć spra­wi­łem jej przy­jemność.
– Nie bądź zu­chwały, John. To twoja najmniej sympa­tyczna ce­cha. I nie myśl, że mnie udo­bru­chasz tymi mę­skimi sztu­czkami.
Znów rozle­gło się wa­le­nie w drzwi, a po­tem ja­kiś chło­pięcy głos za­wo­łał mnie po na­zwi­sku. Babka mocniej zmarszczyła brwi.
– Kto to, u li­cha, jest i czego, u li­cha, chce?
– Są­dzę, że to go­niec z re­dakcji – po­wie­dzia­łem, podtrzy­mu­jąc moje kłamstwo, ale i mnie nie­po­ko­iła tożsa­mość mło­dego czło­wieka, który tak się pa­stwił nad fronto­wymi drzwiami.
– Z re­dakcji? – po­wtó­rzyła babka, nie wie­rząc mi za grosz. – Do­brze, skoro tak, to otwórz.
Szybko, choć ostrożnie, zsze­dłem do sieni, gdzie uświado­mi­łem so­bie, że znam głos, który mnie woła, lecz na­dal nie mo­głem go sko­ja­rzyć z osobą. Fakt, że był to głos młody, by­naj­mniej nie do­dał mi otu­chy – nie­któ­rzy spo­śród najbardziej nie­bezpiecznych zło­dziei i morderców, ja­kich spo­ty­ka­łem w No­wym Jorku roku 1896, mieli jeszcze mleko pod no­sem.
– Pa­nie Mo­ore! – za­wo­łał po­nownie chło­pak, wzmacnia­jąc wa­le­nie pię­ścią kilkoma zdro­wymi kopnia­kami. – Mu­szę mó­wić z pa­nem Johnem Schuy­le­rem Mo­ore’em!
Sta­łem już na cza­rno-bia­łej marmu­ro­wej po­sadzce, z dło­nią na za­su­wie.
– Kto tam? – za­py­ta­łem.
– To ja, pro­szę pana! Ste­vie!
Z westchnie­niem ulgi otwo­rzy­łem ciężkie drewniane wie­rzeje. Za nimi, w sła­bym świe­tle lampy ga­zo­wej – je­dy­nej w ca­łym domu, któ­rej babka nie po­zwo­liła za­stą­pić ża­rówką elektryczną – stał Ste­vie Taggert, znany jako Ste­vie Pa­lacz. Do je­de­na­stego roku ży­cia Ste­vie zdą­żył na­psuć krwi po­li­cji w piętna­stu re­wi­rach, po­tem jednak wy­pro­wadził go na lu­dzi i za­tru­dnił u sie­bie jako stangreta oraz chłopca na po­syłki zna­ko­mity le­karz i alie­ni­sta, a mój przy­ja­ciel, doktor Laszlo Kre­izler. Ste­vie opie­rał się o jedną z bia­łych ko­lu­mie­nek ganku i dy­szał – coś wy­raźnie chło­paka prze­ra­ziło.
– Ste­vie! – wy­krzykną­łem, wi­dząc, że jego długa grzywa pro­stych brą­zo­wych wło­sów jest zle­piona po­tem. – Co się stało?
Z tyłu zoba­czy­łem małą ka­na­dyjską ko­la­skę[2] Kre­izlera, za­przę­żoną w cza­rnego wa­ła­cha imie­niem Fre­de­rick. Koń był, po­do­bnie jak Ste­vie, mo­kry od potu, który pa­ro­wał w chłodnym marco­wym po­wie­trzu.
– Czy doktor Kre­izler jest z tobą?
– Pan doktor po­wie­dział, że ma pan ze mną je­chać! – odparł po­spiesznie Ste­vie, zła­pawszy już oddech. – Na­tychmiast!
– Ale do­kąd? Jest druga w nocy…
– Na­tychmiast!
Zro­zu­mia­łem, że nie jest w sta­nie ni­czego mi wy­ja­śnić, więc ka­za­łem mu za­cze­kać. Kiedy się ubie­ra­łem, babka krzy­czała do mnie przez drzwi sy­pialni, że co­kolwiek „ten dzi­waczny doktor Kre­izler” i ja za­mie­rzamy ro­bić o dru­giej w nocy, na pewno nie jest to nic przy­zwo­itego. Sta­ra­jąc się nie zwra­cać na nią uwagi, wy­sze­dłem z domu i otu­lony twe­edo­wym płaszczem wsko­czy­łem do po­wozu.
Nie zdą­ży­łem jeszcze usiąść, gdy Ste­vie za­ciął Fre­de­ricka dłu­gim ba­tem. Po­le­cia­łem do tyłu na rdzawe skó­rzane sie­dze­nie i mia­łem ochotę zbesztać chło­paka, ale znów za­sta­no­wił mnie wy­raz lęku na jego twa­rzy. Ze­bra­łem się w so­bie, bo po­wóz tu­rko­tał po ko­cich łbach Wa­shington Squ­are z dość nie­po­ko­jącą szybko­ścią. Ko­ły­sa­nie i wstrząsy ze­lżały tylko mini­malnie, gdy wje­cha­li­śmy na dłu­gie, sze­ro­kie płyty Broadwayu. Zmie­rza­li­śmy w stronę śródmie­ścia, w stronę śródmie­ścia i na wschód, ku tej czę­ści Manhattanu, gdzie Laszlo Kre­izler upra­wiał swoje rze­mio­sło i gdzie im da­lej się za­pu­szcza­łeś, tym bardziej nędzne i podłe sta­wało się ży­cie: Lo­wer East Side.
Przez chwilę my­śla­łem, że coś się przy­tra­fiło Laszlowi. To mo­głoby tłu­ma­czyć rozdrażnie­nie, z ja­kim Ste­vie po­pę­dzał Fre­de­ricka – wie­dzia­łem bo­wiem, że za­zwy­czaj traktuje ko­nia z bezbrze­żną ła­godno­ścią. Kre­izler był pierwszym czło­wie­kiem, któ­remu udało się wy­do­być ze Ste­viego coś wię­cej niż złość i agre­sję, i bez wątpie­nia wy­łącznie dzięki niemu smarkacz opu­ścił ów za­kład na Randalls Island eu­fe­mi­stycznie na­zy­wany „schro­ni­skiem dla chłopców”. Prócz tego, że był, jak na­pi­sano w ra­porcie po­li­cyjnym, „urodzo­nym za­kałą spo­łe­czeństwa, zło­dzie­jem, kie­szonkowcem, pi­ja­kiem, ni­ko­ty­nistą, na­ga­nia­czem” – członkiem gangu szu­le­rów, zwa­bia­ją­cym na­iwnych do gry – za­nim skończył dzie­sięć lat, już w za­kładzie Ste­vie za­ata­ko­wał i ciężko oka­le­czył jednego ze strażni­ków, który, jak twierdził, pró­bo­wał go wy­ko­rzy­stać. („Wy­ko­rzy­sta­nie” w dzienni­karskim ję­zyku sprzed ćwierć wieku nie­mal za­wsze ozna­czało gwałt.) Po­nie­waż strażnik miał żonę i dzieci, za­kwe­stio­no­wano prawdo­mówność chłopca, a w końcu jego po­czy­talność – i wtedy na scenę wkro­czył Kre­izler, je­den z najwy­bitniejszych ówcze­snych ekspertów od psy­chia­trii są­do­wej. Na rozpra­wie Kre­izler po mi­strzowsku odma­lo­wał obraz ży­cia Ste­viego na ulicy od chwili, gdy w wieku lat trzech zo­stał po­rzu­cony przez matkę, bardziej oddaną opium niż sy­nowi. Mowa Kre­izlera zro­biła na sę­dzi lepsze wra­że­nie od ze­znań po­tu­rbo­wa­nego strażnika, lecz zgodził się zwolnić Ste­viego do­piero wtedy, gdy Kre­izler wy­ra­ził go­to­wość wzię­cia chłopca do sie­bie i po­rę­czył za jego przy­szłe spra­wo­wa­nie. My­śla­łem wówczas, że Laszlo kompletnie osza­lał; ale w ciągu za­le­dwie roku Ste­vie stał się zu­pełnie innym chło­pa­kiem. I jak nie­mal każdy, kto pra­co­wał dla Kre­izlera, przy­wią­zał się do swego opie­kuna, mimo tego szcze­gólnego emo­cjo­na­lnego dy­stansu, który tak bardzo zbi­jał z tropu wielu jego znajomych.
– Ste­vie, gdzie jest doktor Kre­izler?! – za­wo­ła­łem, prze­krzy­ku­jąc stu­kot kół po­wozu o wy­tarte kra­wę­dzie gra­ni­to­wych płyt. – Czy coś mu się stało?
– W Insty­tu­cie! – odparł chło­pak; jego nie­bie­skie oczy były sze­roko otwarte.
Laszlo prakty­ko­wał w Insty­tu­cie Dzie­cię­cym Kre­izlera, za­ło­żo­nym prze­zeń w la­tach osiemdzie­sią­tych i bę­dą­cym po­łą­cze­niem szkoły z ośrodkiem badawczym. Mia­łem już spy­tać, co tam robi o tej godzinie, ale ugry­złem się w ję­zyk, bo prze­la­ty­wa­li­śmy pę­dem przez wciąż ru­chliwe skrzy­żo­wa­nie Broadwayu i Ho­u­ston Street. Jak ktoś kie­dyś słu­sznie za­u­wa­żył, można by tu­taj strze­lić z pi­sto­letu w do­wolnym kie­ru­nku bez obawy, że trafi się w uczci­wego czło­wieka.
– Je­dziemy do Insty­tutu? – krzykną­łem.
Ste­vie tylko ostro skie­ro­wał ko­nia w lewo, w Spring Street, gdzie pod dwoma czy trzema ka­ba­re­tami prze­szkodzi­li­śmy w inte­re­sach: pro­sty­tu­tki uda­jące tancerki uma­wiały się na późniejsze schadzki w ta­nich ho­te­lach z ja­ki­miś nie­szczę­snymi, na ogół przy­jezdnymi głu­pcami. Ze Spring Street Ste­vie skrę­cił w De­lancey – wła­śnie po­sze­rzaną, aby mo­gła przy­jąć ruch z no­wego mo­stu Williamsburskiego, któ­rego bu­dowę nie­dawno za­częto – a po­tem prze­mknę­li­śmy obok kilku ciemnych już te­atrów. Z każdej mi­ja­nej prze­cznicy do­bie­gał mnie rozpaczliwy, obłą­kany gwar pi­jackich spe­lu­nek: plu­ga­wych nor, gdzie przy za­stę­pu­ją­cej szynkwas bru­dnej de­sce sprze­da­wano po pięć centów za kie­li­szek podły bimber, za­pra­wiony czym się dało – od benzyny po kamforę. Ste­vie nie zwolnił tempa – zmie­rza­li­śmy, jak się wy­da­wało, na sam kra­niec wy­spy.
Podją­łem ostatnią próbę do­wie­dze­nia się cze­goś:
– Nie je­dziemy do Insty­tutu?!
Ste­vie w odpo­wie­dzi po­trzą­snął głową, po czym znów strze­lił z bata. Wzru­szy­łem ra­mio­nami i usiadłem, aby przy­trzy­mać się bo­ków po­wozu. By­łem cie­kaw, co tak bardzo prze­stra­szyło tego chłopca.
De­lancey Street po­pro­wadziła nas obok po­za­my­ka­nych stra­ga­nów, na któ­rych w dzień sprze­da­wano owoce i ubra­nia, i da­lej, w jedną z najgorszych czę­ści Lo­wer East Side, przy na­brzeżu po­wy­żej Corle­ars Hook. Po obu stro­nach ulicy rozcią­gało się ża­ło­sne mo­rze ma­łych ba­ra­ków i tandetnych no­wych czynszó­wek. Re­jon ten był ty­glem różnych imi­granckich kultur i ję­zy­ków; na po­łu­dnie od De­lancey prze­wa­żali Irlandczycy, bardziej na północ, bli­żej Ho­u­ston – Wę­grzy. Od czasu do czasu ko­ściół ta­kiego czy innego wy­zna­nia wy­ła­niał się mię­dzy rzę­dami po­nu­rych do­mów, które na­wet tej mroźnej nocy były udra­po­wane sznu­rami z pra­niem. Prze­ście­radła i czę­ści garde­roby, za­marznięte nie­mal na sztywno, wy­krę­cały się na wie­trze pod ką­tem, który mógł się wy­dać nie­na­tu­ralny, ale prawdę po­wie­dziawszy, w ta­kim miejscu nic nie było nie­na­tu­ralne. Znajdo­wa­li­śmy się w dzielnicy, która nie­wiele wie­działa o pra­wach, lu­dzkich czy bo­skich, która bu­dziła radość go­ści i mieszkańców do­piero wtedy, gdy mo­gli oglą­dać jej upadek z oddali, po uda­nej ucieczce.
Przy końcu De­lancey Street za­pach mo­rza i świe­żej wody oraz fe­tor odpadków, które co­dziennie po pro­stu spy­chano z kra­wę­dzi Manhattanu, mie­szały się ze sobą, two­rząc cha­rakte­ry­styczny za­pach tego ścieku, który na­zy­wamy East Ri­ver. Wkrótce wy­ro­sła przed nami ja­kaś duża, po­chyła konstru­kcja: wiadukt rodzą­cego się mo­stu Williamsburskiego. Bez za­trzy­my­wa­nia, i ku mo­jemu prze­ra­że­niu, Ste­vie po­gnał ko­nia na osza­lo­waną jezdnię; podkowy i koła za­stu­kały o de­ski zna­cznie gło­śniej niż prze­dtem o ka­mień.
Skompli­ko­wany la­bi­rynt sta­lo­wych przy­pór wiadu­ktu wy­niósł nas dzie­siątki stóp w górę w nocne po­wie­trze. Gdy znów po­czą­łem się za­sta­na­wiać, do­kąd, u li­cha, je­dziemy – wie­żom mo­stu bo­wiem da­leko było do ukończe­nia, a otwarcie ca­ło­ści miało na­stą­pić do­piero za kilka lat – na­gle za­ma­ja­czył przede mną kształt przy­po­mina­jący mury du­żej chińskiej świą­tyni. Ta szcze­gólna bu­do­wla, wznie­siona z olbrzy­mich gra­ni­to­wych blo­ków i uwieńczona dwiema przy­sadzi­stymi wie­żami, z któ­rych każdą ota­czał de­li­katny pierścień sta­lo­wej ga­le­ryjki, była manhattańskim przy­czółkiem mo­stu, który miał w przy­szło­ści trzy­mać je­den ko­niec wiązki gru­bych sta­lo­wych lin dźwi­ga­ją­cych środkowe przę­sło. W pewnym sensie jednak moje sko­ja­rze­nie ze świą­ty­nią nie było nie­do­rze­czne: po­do­bnie jak most Bro­oklyński, któ­rego go­tyckie łuki ry­so­wały się ku po­łu­dniowi na tle nocnego nieba, ta nowa prze­prawa przez East Ri­ver była miejscem, gdzie wielu robotni­ków oddało ży­cie za Inży­nie­rię, nową re­li­gię, która w ciągu ostatnich piętna­stu lat stwo­rzyła podnie­bne cuda na ca­łym Manhatta­nie. Nie wie­dzia­łem wsze­lako, że krwawa ofiara zło­żona tej wła­śnie nocy na szczy­cie za­chodniego przy­czółku mo­stu Williamsburskiego miała zu­pełnie inny cha­rakter.
W po­bliżu wejścia do wież, w li­chym świe­tle paru ża­ró­wek elektrycznych, stało z la­tarniami w dło­niach kilku po­li­cjantów, któ­rych małe mo­siężne odznaki wska­zy­wały na przy­na­leżność do Trzy­na­stego Ko­mi­sa­riatu (minę­li­śmy go przed chwilą na De­lancey Street). To­wa­rzy­szył im sierżant z Piętna­stki, co z miejsca wy­dało mi się dziwne – w ciągu dwóch lat pro­wadze­nia kro­niki kry­mina­lnej „Ti­mesa”, nie mó­wiąc już o spę­dzo­nym w No­wym Jorku dzie­ciństwie, prze­ko­na­łem się, iż każdy z miejskich ko­mi­sa­ria­tów po­li­cji za­zdro­śnie strzeże swego te­renu. Je­śli Trzy­na­stka we­zwała czło­wieka z Piętna­stki, mu­siało się dziać coś szcze­gólnego.
Przy tej gru­pce nie­bie­skich płaszczy Ste­vie wreszcie ścią­gnął cu­gle, ze­sko­czył z ko­zła i wziąwszy ciężko dy­szą­cego Fre­de­ricka za uzdę, po­pro­wadził go na po­bo­cze, do olbrzy­miej sterty ma­te­ria­łów bu­do­wla­nych. Chło­pak z na­wyku mie­rzył po­li­cjantów nie­ufnym wzro­kiem. Sierżant z Piętna­stego Ko­mi­sa­riatu, wy­soki Irlandczyk, któ­rego zie­mi­sta twarz wy­różniała się tylko tym, że nie zdo­biły jej bujne wąsy, tak po­pu­larne wśród stró­żów prawa, wy­stą­pił na­przód i przyjrzał się Ste­viemu ze zło­wro­gim uśmie­chem.
– Czy to nie mały Ste­vie Taggert? – spy­tał z silnym akcentem. – Chyba pan ko­mi­sarz nie cią­gnął mnie taki ka­wał drogi, że­bym ci na­tarł uszu, co, Ste­vie, ty ju­cho?
Wy­siadłem z po­wozu i podsze­dłem do Ste­viego, który po­słał sierżantowi po­nure spojrze­nie.
– Nie przejmuj się, Ste­vie – po­wie­dzia­łem jak najbardziej współczu­ją­cym to­nem. – Pod skó­rza­nym hełmem czę­sto mieszka głu­pota. – Chło­pak rozchmu­rzył się nieco. – Ale chętnie bym usły­szał, co tu ro­bimy.
Ste­vie ru­chem głowy wska­zał wieżę północną.
– Tam. Pan doktor po­wie­dział, że ma pan wejść na górę.
Ru­szy­łem ku drzwiom osadzo­nym w gra­ni­to­wej ścia­nie, ale Ste­vie na­dal stał przy ko­niu.
– Nie idziesz?
Chło­pak wzru­szył ra­mio­nami i odwró­cił się, wyjmu­jąc z kie­szeni po­gnie­cio­nego pa­pie­rosa.
– Już to wi­dzia­łem. I starczy mi na ca­lu­chne ży­cie.
Z ro­sną­cym nie­po­ko­jem skie­ro­wa­łem się do drzwi, lecz w progu za­trzy­mała mnie ręka sierżanta.
– A kim to pan jest, że się rozjeżdża z ma­łym Pa­la­czem o ta­kiej nie­przy­zwo­itej godzinie? Miarkuj pan, to miejsce prze­stępstwa.
Po­da­łem mu moje na­zwi­sko i za­wód, na co wy­szcze­rzył zęby, odsła­nia­jąc impo­nu­jącą złotą plombę.
– Aaa, dżentelmen z prasy, i to z sa­mego „Ti­mesa”! No cóż, pa­nie Mo­ore, sam le­dwo co tu do­tarłem. Pilne we­zwa­nie, wi­dać ni­komu innemu nie mo­gli za­u­fać. Na­zy­wam się Flynn, sierżant Flynn, nie ja­kiś tam po­ste­ru­nkowy. Pro­szę, pójdziemy ra­zem. A ty się za­cho­wuj, Ste­vie, bo wy­lą­du­jesz z po­wro­tem na Randalls Island, za­nim zdą­żysz splu­nąć!
Ste­vie odwró­cił się do ko­nia.
– Idź się go­nić – mru­knął na tyle gło­śno, że sierżant go usły­szał.
Flynn zro­bił w tył zwrot z morderczym wy­ra­zem twa­rzy, ale zmi­ty­go­wał się, przy­po­mniawszy so­bie o mo­jej obecno­ści.
– Nie­po­prawny smarkacz, pa­nie Mo­ore. Po­ję­cia nie mam, czemu taki czło­wiek jak pan się z nim za­daje. Chyba że po­trze­bny panu łącznik ze świa­tem prze­stępczym. Do góry, sir, i pro­szę uwa­żać, ciemno tu jak w gro­bie!
Istotnie, było ciemno. Po­ty­ka­jąc się, po­ko­ny­wa­łem strome schody, na któ­rych szczy­cie ma­ja­czyła ko­lejna po­stać w skó­rza­nym hełmie. Do­strze­głszy nas, po­ste­ru­nkowy z Trzy­na­stego Ko­mi­sa­riatu odwró­cił się i za­wo­łał do ko­goś:
– To Flynn, sir. Już jest.
We­szli­śmy do ma­łego po­mieszcze­nia za­wa­lo­nego ko­złami do cię­cia drewna, de­skami, mnó­stwem ni­tów oraz ka­wałków me­talu i drutu. Z sze­ro­kich okien rozta­czał się wi­dok na wszystkie strony – mia­sto za nami, rzekę i nie­do­kończone wieże mo­stu przed nami. Dru­gie drzwi pro­wadziły na ga­le­ryjkę oka­la­jącą wieżę. Nie­opo­dal za­jął miejsce wą­sko­oki, brodaty sierżant słu­żby śledczej, Pa­trick Connor, któ­rego zna­łem z mo­ich wi­zyt w Kwa­te­rze Głównej Po­li­cji przy Mu­lberry Street. Obok niego, spo­glą­da­jąc na rzekę i ko­ły­sząc się lekko z rę­koma za­ło­żo­nymi za plecy, stała dużo bardziej znajoma po­stać: The­odore.
– Sierżancie Flynn – po­wie­dział Ro­ose­velt, nie zmie­nia­jąc po­zy­cji. – Nie­stety, we­zwa­li­śmy pana z po­wodu ohydnej zbrodni. Ohydnej.
Moje po­czu­cie dyskomfortu wzro­sło, gdy The­odore odwró­cił się do nas. W jego po­wierzchowno­ści nie było nic nie­zwy­kłego: kosztowny, nieco dandy­sowski kra­cia­sty garni­tur, w ja­kich wówczas gu­sto­wał; oku­lary, które po­do­bnie jak oczy za nimi były zbyt małe w sto­su­nku do mocnej, kancia­stej cza­szki; oka­załe wąsy je­żące się pod sze­ro­kim no­sem. Nie­mniej jego twarz miała na­der dziwny wy­raz. Na­gle do­tarło do mnie: zęby. Jego zwy­kle kła­piące zęby – nie było ich wi­dać. Za­ci­skał szczęki jakby w na­miętnej wście­kło­ści lub w po­czu­ciu winy. Coś bardzo wstrzą­snęło Ro­ose­veltem.
Na mój wi­dok wpadł w jeszcze większą konsterna­cję.
– Co… Mo­ore! Co ty tu, u dia­ska, ro­bisz?
– Ja też się cie­szę, że cię wi­dzę, Ro­ose­velt – zdo­by­łem się na żart, wy­cią­ga­jąc doń rękę.
Uści­snął ją, lecz tym ra­zem nie oblu­zo­wał mi ra­mie­nia w sta­wie.
– Co… Och, wy­bacz, Mo­ore. Oczy­wi­ście nie­zmiernie mi miło cię wi­dzieć, nie­zmiernie. Ale kto ci po­wie­dział…?
– Co mi po­wie­dział? Zo­sta­łem po­rwany i przy­wie­ziony tu­taj przez chło­paka Kre­izlera. Na jego po­le­ce­nie, bez słowa wy­ja­śnień.
– Kre­izler! – mru­knął The­odore nieco na­tarczy­wym to­nem, spo­glą­da­jąc przez okno z wy­ra­zem za­kło­po­ta­nia, wręcz lęku, zu­pełnie dlań nie­ty­po­wym. – Tak, Kre­izler tu był.
– Był? To zna­czy, że już po­szedł?
– Nim ja przy­sze­dłem. Zo­sta­wił no­tatkę. I ra­port. – The­odore po­ka­zał mi kartkę, którą ści­skał w le­wej ręce. – Wstępny ra­port, w każdym ra­zie. Był pierwszym le­ka­rzem, któ­rego udało im się zna­leźć. Ale nie mógł już nic zro­bić…
Ują­łem go za ra­mię.
– Ro­ose­velt. O co chodzi?
– No wła­śnie, pa­nie ko­mi­sa­rzu, ja też chciałbym to wie­dzieć – do­dał sierżant Flynn z odpy­cha­ją­cym uni­że­niem w gło­sie. – I tak nie­wiele śpimy w Piętna­stce, więc chętnie bym…
– Do­brze – po­wie­dział The­odore, zbie­ra­jąc się w so­bie. – Ja­kie ma­cie żo­łądki, pa­no­wie?
Ja nic nie odrze­kłem, a Flynn za­żarto­wał głu­pio, że na­oglą­dał się już w ży­ciu ma­ka­bry; ale oczy The­odore’a pa­trzyły z nie­wzru­szoną po­wagą. Wska­zał nam drzwi na ga­le­ryjkę. Sierżant śledczy Connor odsu­nął się i Flynn wy­szedł pierwszy.
Mimo nie­po­koju po­my­śla­łem najpierw, że wi­dok z ga­le­ryjki jest jeszcze bardziej nie­zwy­kły niż z okien wieży. Za wodą le­żał Williamsburg, nie­gdyś spo­kojne pro­wincjo­na­lne mia­steczko, dzi­siaj dy­na­miczna część me­tro­po­lii, która za kilka mie­sięcy miała zo­stać ofi­cjalnie przy­łą­czona do Wielkiego No­wego Jorku. Na po­łu­dniu, znowu, most Bro­oklyński; da­lej, na po­łu­dnio­wym za­cho­dzie, nowe dra­pa­cze chmur przy Printing Ho­use Squ­are, a pod nami spie­nione, cza­rne fale rzeki…
I na­gle to zoba­czy­łem (...)

***

Nowy Jork, 1896 rok. Miastem wstrząsają makabryczne zabójstwa chłopców-prostytutek. Skorumpowani policjanci prowadzą oficjalne śledztwo, ale niezależnie od nich działa tajna grupa powołana przez Theodore'a Roosevelta, późniejszego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Najważniejszy w tej grupie jest tytułowy alienista – dziś powiedzielibyśmy psychopatolog – Laszlo Kreizler, który wykorzystuje całą swą wiedzę, by przeniknąć najmroczniejsze zakamarki umysłu mordercy i w ten sposób wpaść na jego trop. 

„Alienista” – napisany zarówno w duchu klasycznych kryminałów, jak „Milczenie owiec” – znakomicie łączy elementy powieści historycznej, psychologicznej i thrillera, dając przy tym niesamowity obraz Nowego Jorku w epoce wielkich przemian.

Nowoczesny kryminał w historycznych dekoracjach. Zawojował czytelników na całym świecie! Na Netflixie serial nakręcony dla TNT na jego podstawie. W rolach głównych: Daniel Brühl, Luke Evans i Dakota Fanning!

Caleb Carr oprócz bestsellerowego „Alienisty” napisał również „Anioła ciemności” i „Miasteczko Surrender” – obie powieści nawiązują do wątków podjętych w „Alieniście”.

„Pierwszorzędna opowieść o zbrodni i karze”.
– Entertainment Weekly

„Caleb Carr zabiera nas w czasy, kiedy dopiero rodziło się nowoczesne dochodzenie kryminalne i dziennikarstwo śledcze”.
– The Detroit News



Dr Laszlo Kreizler (tom 1)




EKRANIZACJA
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/


TRAILER











Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger