"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Southern Reach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Southern Reach. Pokaż wszystkie posty
Ukojenie Jeff VanderMeer

Ukojenie Jeff VanderMeer

Spektakularne zakończenie mega serii!


Połączenia Archiwum X, serialu Lost i przygody prosto z powieści "Ruiny" Scotta Smitha.
Kto nie czytał, zazdroszczę - niesamowita przygoda!!!
Portal do tajemniczej Strefy X. Kolejne zaginione ekspedycje. Tajemnica. Przygoda. Niebezpieczeństwo. Nieznane... Groza. Niedowierzanie. Zrozumienie.
Klimat 200%, aż czuć tropiki tej przerażającej wyspy X!

MOJA OCENA: 10/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!
000X. DYREKTORKA,
DWUNASTA EKSPEDYCJA

Tuż za tobą, a jednak poza twoim zasięgiem: szum i syk morskiej piany, mocny zapach oceanu, skrzyżowane kształty mew, ich nagłe, denerwujące wrzaski. Zwyczajny dzień w Strefie X, niezwykły dzień – dzień twojej śmierci – i oto jesteś, oparta o górę piasku, częściowo osłonięta niszczejącym murem. Na twarzy czujesz ciepło słońca, a nad sobą masz oszałamiający widok: latarnię morską, która góruje nad własnym cieniem. Niebo o głębokiej barwie niedopuszczającej niczego poza swoim błękitnym więzieniem. W ranie na twoim czole połyskuje lepki piasek. W ustach czujesz coś cierpkiego, krtaniowego, i to coś wycieka na zewnątrz.
Czujesz się odrętwiała i pokonana, lecz twój żal miesza się z dziwną ulgą: przebyłaś tak długą drogę, zatrzymałaś się tutaj, nie wiedząc, jak to się skończy, a mimo to... odpoczywasz. Nareszcie. Wszystkie twoje plany z Southern Reach, dręczący i nieustanny strach przed porażką albo czymś gorszym, cena, którą zapłaciłaś... to wszystko wycieka teraz na piasek obok ciebie pod postacią chropowatych czerwonych pereł.
Krajobraz wzbiera ku tobie, wygina się za twoimi plecami, żeby na ciebie spojrzeć. Miejscami rozbłyskuje, wiruje albo zmniejsza się do maleńkiego punkcika, by po chwili znowu nabrać ostrości. Twój słuch też nie jest taki jak kiedyś – osłabł wraz z poczuciem równowagi. Mimo to dzieje się coś niepojętego, czarodziejska sztuczka: z krajobrazu wydobywa się jakiś głos i czujesz na sobie czyjeś spojrzenie. Szept brzmi znajomo: „wszystko w porządku u ciebie w domu?”. Myślisz jednak, że pytanie zadaje ktoś obcy i ignorujesz je. Nie podoba ci się to, co może pukać do drzwi.
O wiele gorszy jest rwący ból ramienia po spotkaniu w wieży. Ta rana cię zdradziła, to przez nią wskoczyłaś w ten jaskrawy błękit, mimo że nie chciałaś. Jakaś forma komunikacji, jakiś mechanizm spustowy złożony z rany i roztańczonego płomienia zbliżającego się przez trzciny zdradziły twoją niezależność. W twoim domu rzadko panował taki chaos, a mimo to wiesz, że nawet jeśli coś cię opuści w ciągu najbliższych kilku minut, pozostanie coś innego. W tym miejscu rozpłynięcie się w niebie, w ziemi, w wodzie nie gwarantuje śmierci.
Do cienia latarni morskiej dołącza inny cień.
Wkrótce rozlega się skrzypienie butów, popadasz w dezorientację i krzyczysz: „Unicestwienie! Unicestwienie!”, miotając się na wszystkie strony, aż w końcu uświadamiasz sobie, że klęcząca przed tobą zjawa to jedyna osoba odporna na tę sugestię.
– To tylko ja, biolożka.
„Tylko ty”. Tylko biolożka. Tylko twoja nieposłuszna broń rzucona na mury Strefy X.
Podnosi cię do pozycji siedzącej, przyciska ci do ust manierkę z wodą, wyciera krew, kiedy odkasłujesz.
– Gdzie geodetka? – pytasz.
– Została w obozie – mówi.
– Nie chciała z tobą iść?
Już się nie boisz, nie boisz się niczego.
– Byłaś płomieniem płynącym przez słone bagna, przez ruiny wioski. Płonącym powoli płomieniem, błędnym ognikiem, który sunął przez moczary i wydmy, sunął bez końca, nie jak coś ludzkiego, ale jak coś wolnego...
Sugestia hipnotyczna mająca ją uspokoić, nawet jeśli zdziała najwyżej tyle ile pokrzepiająca dziecięca rymowanka.
Podczas rozmowy co chwila opadasz z sił i tracisz wątek. Mówisz rzeczy, których nie chcesz powiedzieć, starasz się nie wypaść z roli – z roli osoby, jaką zna biolożka, konstruktu, jaki dla niej stworzyłaś. Pewnie nie powinnaś się już przejmować rolami, lecz tę jedną musisz jeszcze odegrać.
Biolożka ma do ciebie pretensje, ale ty nie możesz mieć pretensji do niej.
– Jeśli to była katastrofa, sama pomogłaś do niej doprowadzić. Po prostu spanikowałaś i dałaś za wygraną.
To nieprawda – nigdy nie dałaś za wygraną – ale potakująco kiwasz głową, myśląc o licznych błędach.
– Tak. Tak. Powinnam była wcześniej zauważyć, że się zmieniasz. – To prawda. – Powinnam była cię wysłać z powrotem do granicy. – Nieprawda. – Nie powinnam była tam schodzić z antropolożką. – Nieprawda, nie do końca. Nie miałaś wyjścia, kiedy antropolożka wymknęła się z obozu, żeby dowieść swojej wartości.
Wykasłujesz jeszcze więcej krwi, ale teraz to już właściwie bez znaczenia.
– Jak wygląda granica?
Dziecinne pytanie. Odpowiedź na nie nic nie znaczy. Oprócz granicy nie ma niczego. Nie ma żadnej granicy.
„Powiem ci, kiedy do niej dotrę”.
– Co naprawdę się dzieje, kiedy ją przekraczamy?
„Nie to, czego mogłabyś się spodziewać”.
– Czego nam nie powiedzieliście o Strefie X?
„Niczego, co mogłoby wam pomóc. W zasadzie niczego”.
Słońce jest niewyraźną aureolą bez środka, głos biolożki rozbrzmiewa i cichnie, piasek w twojej zaciśniętej prawej dłoni jest zimny i jednocześnie gorący. Ból, który wraca falami, atakuje co dwie mikrosekundy, jest tak intensywny, że już go nawet nie ma.
W końcu sobie uświadamiasz, że straciłaś zdolność mówienia. A jednak nadal tu jesteś, przygaszona i daleka, jakbyś była dzieckiem leżącym na kocu na tej samej plaży, w czapce nasuniętej na oczy. Kołysanym do snu przez rytmicznie narastające odgłosy wody i bryzy równoważące upał, który faluje na twoim ciele, rozprzestrzenia się w twoich kończynach. Wiatr w twoich włosach jest doznaniem równie odległym jak targanie wiatrem chwastów wyrastających ze skały w kształcie głowy.
– Przykro mi, ale muszę to zrobić – mówi do ciebie biolożka, prawie jakby wiedziała, że wciąż ją słyszysz. – Nie mam innego wyjścia.
Czujesz lekkie szarpnięcie, a potem pociągnięcie i delikatne ukłucie, kiedy biolożka pobiera próbkę twojego zainfekowanego ramienia. Z ogromnej i nieprzebytej odległości docierają do ciebie jej ręce, biolożka przeszukuje ci kieszenie. Znajduje twój dziennik. Znajduje twój ukryty pistolet. Znajduje twój żałosny list. Co o nich pomyśli? Może zupełnie nic. Może po prostu wyrzuci list do wody, a pistolet razem z nim. Może zmarnuje resztę życia na analizowanie twojego dziennika.
Ona wciąż mówi.
– Nie wiem, co ci powiedzieć. Jestem zła. Boję się. Przyprowadziłaś nas tutaj i miałaś okazję podzielić się ze mną tym, co wiesz, ale się nie podzieliłaś. Nie chciałaś. Powiedziałabym „spoczywaj w spokoju”, ale wątpię, żebyś miała go zaznać.
Potem odchodzi, a ty za nią tęsknisz, tęsknisz za ciężarem istoty ludzkiej tuż obok, za przewrotnym błogosławieństwem ukrytym w jej słowach, ale twoja tęsknota nie trwa długo, bo coraz bardziej gaśniesz, wtapiasz się w krajobraz jak niechętna zjawa, słyszysz cichą, delikatną muzykę w oddali i coś, co wcześniej do ciebie szeptało, szepcze znowu, a potem rozpływasz się na wietrze. Zespoliło się z tobą coś w rodzaju obcej uwagi, którą łatwo byłoby pomylić z atomami powietrza, gdyby nie to, że wydaje się jakby skupiona, zdeterminowana. Radosna?

Coś unosi cię nad nieruchome jeziora, wzbijasz się nad mokradła, migoczesz zielonymi rozbłyskami na tle brzegu oceanu w słońcu późnego popołudnia... by potem zawrócić i pomknąć ku lądowi i jego cyprysom, ku jego czarnej wodzie. Następnie znowu gwałtownie się wzbijasz, kierujesz się w stronę słońca, jego rozkołysanego wirowania, i w końcu bezwładnie spadasz, obracasz się, żeby patrzeć na zbliżającą się szybko ziemię, rozciągniętą nad migotaniem i powolnym falowaniem trzcin. Przez chwilę myślisz, że zobaczysz tam Lowry’ego, rannego, ocalałego członka pierwszej ekspedycji sprzed wielu lat, pełznącego ku bezpiecznej granicy. Zamiast niego zauważasz jednak tylko biolożkę maszerującą ścieżką w zapadającym mroku... i czekającego na nią, pojękującego w męczarniach, zmienionego psychologa z jedenastej ekspedycji. Ponosisz za to taką samą winę jak inni, twoja wina jest nieodwracalna. Niewybaczalna.
Zataczasz koło i latarnia morska zaczyna się szybko zbliżać. Powietrze drży, przeciskając się z jej obu stron, a następnie przybiera nowy kształt, wiecznie poszukujący, nieustannie badający, wznoszący się wysoko tylko po to, by znowu opaść i w końcu zatoczyć łuk niczym znak zapytania, żebyś mogła być świadkiem własnego całopalenia: widzisz skuloną postać, z której wycieka światło. Cóż za smutna istota, śpi tam, rozpływa się. Zielony płomień, sygnał zagrożenia, szansa. Nadal szybujesz? Nadal umierasz czy już umarłaś? Nie potrafisz rozsądzić.
Ale szept jeszcze z tobą nie skończył.
Nie ma cię tam na dole.
Jesteś na górze.
I wciąż trwa przesłuchanie.
Przesłuchanie, które będzie się powtarzało, dopóki nie udzielisz wszystkich odpowiedzi (...)

***
Przez trzydzieści lat uczestnicy kolejnych ekspedycji, którzy mieli zbadać Strefę X, zabijali się nawzajem, umierali lub popełniali samobójstwo. Tajemniczy obszar rozszerza się, stanowiąc zagrożenie dla świata zewnętrznego.

Czy ostatnia wyprawa, która wyrusza, aby znaleźć zaginionego członka poprzedniej ekspedycji, odkryje w końcu, co tak naprawdę dzieje się w Strefie X? A może rozwiązanie zagadki kryje się w dzienniku Latarnika?

Nie wierz zmysłom. Strefa X zmienia każdego

„Southern Reach” to niezwykła trylogia, łącząca literaturę grozy i klasyczną fantastykę. Została doceniona przez fanów i krytyków na całym świecie, a prawa do jej ekranizacji kupiła wytwórnia Paramount Pictures.

Cykl: Southern Reach (tom 3)



EKRANIZACJA 2018
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/


TRAILER









Ujarzmienie Jeff VanderMeer

Ujarzmienie Jeff VanderMeer

Ciąg dalszy niepokojącej przygody...
Ciąg dalszy niepokojącego klimatu...


Połączenia Archiwum X, serialu Lost i przygody prosto z powieści "Ruiny" Scotta Smitha.
Kto nie czytał, zazdroszczę - niesamowita przygoda!!!
Portal do tajemniczej Strefy X. Kolejne zaginione ekspedycje. Tajemnica. Przygoda. Niebezpieczeństwo. Nieznane... Groza. Niedowierzanie. Zrozumienie.
Klimat 200%, aż czuć tropiki tej przerażającej wyspy X!


MOJA OCENA: 10/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!
000

W snach Kontrolera jest wczesny ranek, niebo ma głęboki niebieski kolor, rozjaśniony tylko odrobiną światła. Kontroler stoi na klifie i wpatruje się w otchłań zatoki. Za każdym razem jest inaczej. Jego wzrok sięga wiele kilometrów w głąb wody. Widzi pływające tam oceaniczne olbrzymy przypominające łodzie podwodne, dzwoniaste storczyki albo szerokie kadłuby statków, milczące, w ciągłym ruchu. Ich rozmiary sprawiają wrażenie takiej mocy, że nawet stojąc wysoko w górze, czuje zamęt powodowany ich obecnością. Godzinami wpatruje się w te kształty, ruchy, słuchając szeptów, które docierają do niego pod postacią echa... a potem spada. Powoli, zbyt powoli, bezdźwięcznie spada ku ciemnej wodzie, nie powodując plusku, nie marszcząc powierzchni. I spada dalej.
Czasami trwa to dłużej niż sam sen, jakby się zagapił, a wtedy cicho powtarza swoje imię, dopóki nie wróci do niego prawdziwy świat.

001. SPADANIE

Pierwszy dzień. Początek jego ostatniej szansy.
– To te, które przeżyły?
Kontroler stał obok wicedyrektorki Southern Reach za naznaczonym smugami lustrem weneckim i wpatrywał się w trzy osoby siedzące w pokoju przesłuchań. Były to kobiety, które wróciły z dwunastej ekspedycji do Strefy X.
Wicedyrektorka, wysoka, chuda, czarnoskóra i po czterdziestce, nie odpowiedziała na jego pytanie, co wcale go nie zaskoczyło. Odkąd zjawił się rano, poświęciwszy poniedziałek na rozpakowanie się, nie zaszczyciła go ani jednym słowem ponad to, co absolutnie konieczne. Nie obdarzyła go nawet nadprogramowym spojrzeniem, nie licząc chwili, w której poprosił ją i resztę personelu, żeby zwracali się do niego per „Kontroler”, a nie „John” czy „Rodriguez”. Wtedy na niego spojrzała i wywołując powściągliwe uśmiechy na twarzach współpracowników, odparła:
– W takim razie mów mi Patience, nie Grace.
Zainteresowało go to odejście od prawdziwego imienia w stronę innego, które także coś znaczyło[1].
– Nie ma potrzeby – powiedział. – Mogę ci mówić po prostu Grace.
Był pewny, że jej dopiekł. Odpłaciła mu, nieustannie nazywając go „pełniącym obowiązki” dyrektora. Miała rację: między jej zarządzaniem a objęciem przez niego stanowiska ziała przepaść, dolina czasu i formularzy do wypełnienia, procedur do wykonania, poszukiwań i zatrudniania personelu. Na razie kwestia władzy pozostawała niejasna.
Kontroler wolał nie kojarzyć wicedyrektorki ani z cierpliwością, ani z gracją czy łaską. Wolał ją traktować jak abstrakcję, jeśli nie obstrukcję. Zmusiła go do obejrzenia starego filmu szkoleniowego poświęconego Strefie X, choć z pewnością wiedziała, że nagranie zawiera tylko podstawowe, nieaktualne informacje. Wyraźnie dała do zrozumienia, że ich stosunki będą oparte na wrogości. Przynajmniej z jej strony.
– Gdzie je znaleziono? – spytał ją teraz, mimo że tak naprawdę chciał spytać, dlaczego nie trzymają ich osobno.
Ponieważ brakuje tu dyscypliny, ponieważ twoją agencję od dawna zjadają szczury? Są w piwnicy i gryzą, co popadnie.
– Przeczytaj akta – powiedziała, wyraźnie dając do zrozumienia, że powinien już je znać.
Potem wyszła z pokoju.
Zostawiła Kontrolera sam na sam z teczkami na stole – i z trzema kobietami za szybą. Oczywiście przeczytał akta, lecz liczył na to, że uda mu się przeniknąć przez mury obronne wicedyrektorki, a może nawet poznać jej myśli. Zresztą przeczytał też część jej kartoteki, lecz wciąż nie mógł jej rozgryźć, mógł ją oceniać tylko po tym, jak na niego reagowała.
Chociaż minęły zaledwie cztery godziny jego pierwszego dnia pracy, Kontroler już czuł się skażony obskurnym, dziwnym budynkiem ze zniszczoną zieloną wykładziną i przestarzałymi opiniami innych poznanych członków personelu. Wszystko przenikała jakaś martwota, nawet naturalne światło, które niemrawo przeciskało się przez wysokie, prostokątne okna. Jak zwykle miał na sobie czarną marynarkę i wizytowe spodnie, białą koszulę z błękitnym krawatem i czarne, wypastowane rano buty. Zastanawiał się, po co zadał sobie tyle trudu. Nie lubił takich myśli – bo przecież schludność nic go nie kosztowała – tyle że trudno je było stłumić.
Kontroler długo obserwował trzy kobiety, choć ich wygląd niewiele mu mówił. Dostały identyczne uniformy, trochę przypominające wojskowe mundury, a trochę fartuchy woźnych. Ogolono im głowy, jakby dotknęła je jakaś plaga, na przykład wszawica, a nie coś bardziej tajemniczego. Ich twarze miały identyczny wyraz, choć równie dobrze można by powiedzieć, że w ogóle były pozbawione wyrazu. Lecąc samolotem, powtarzał sobie, że nie powinien używać ich imion i nazwisk. Na początku chciał na nie patrzeć wyłącznie przez pryzmat ich funkcji. Reszta przyjdzie później. Tylko że nigdy nie potrafił zachować dystansu. Lubił się zagłębiać, szukać poziomu, na którym szczegóły ukazują się wyraźnie, nie oślepiając jednak swoim światłem.
Geodetkę znaleziono w jej domu, siedziała na krześle na tarasie.
Antropolożka zapukała do drzwi gabinetu męża.
Biolożka była na zarośniętej działce kilka przecznic od domu, wpatrywała się w zniszczony mur z cegły.
Podobnie jak członkowie wcześniejszych ekspedycji żadna z kobiet nie pamiętała, jak przeszła przez niewidzialną granicę i wydostała się ze Strefy X. Żadna z nich nie wiedziała, jak ominęła blokady, płoty i inne przeszkody umieszczone wokół granicy przez wojsko. Żadna nie miała pojęcia, co się stało z czwartą członkinią ekspedycji – psycholożką, która tak naprawdę była także dyrektorką Southern Reach i lekceważąc głosy sprzeciwu, poprowadziła ekspedycję incognito.
W zasadzie w ogóle niewiele pamiętały.
Tamtego ranka, jedząc śniadanie w zakładowej stołówce, Kontroler spojrzał przez olbrzymie okno na dziedziniec z mnóstwem kamiennych stolików, a potem na ludzi przesuwających się powoli w kolejce – miał wrażenie, że jest ich zbyt mało jak na tak wielki budynek.
– Dlaczego nikt się nie cieszy z powrotu ekspedycji? – spytał Grace.
Zmierzyła go przeciągłym zbolałym spojrzeniem, jakby miała do czynienia z wyjątkowo tępym uczniem na zajęciach wyrównawczych.
– A jak myślisz, Kontroler, dlaczego? – Zdołała już nadać jego przezwisku sarkastyczne brzmienie, więc czuł się tak, jakby utopił jedną z wędek dziadka, skazując ją na utkwienie w szlamie na dnie jeziora. – Już raz przez to wszystko przechodziliśmy. Mimo dziewięciu miesięcy zadawania pytań nie zdołaliśmy się niczego dowiedzieć. A oni cały czas umierali. Jak byś się czuł?
Długie miesiące dezorientacji, a potem śmierć wskutek wyjątkowo złośliwej odmiany raka.
W odpowiedzi powoli pokiwał głową. Oczywiście miała rację. Jego ojciec umarł na raka. Kontroler nie wziął pod uwagę, jaki wpływ mogło to wywrzeć na personel. Dla niego to wciąż była abstrakcja, jedynie słowa w raporcie przeczytane podczas lotu.
Wykładzina w stołówce była ciemnozielona, opatrzona stylizowanym wzorem w jasnozielone strzałki prowadzące na dziedziniec.
– Dlaczego tu jest tak ciemno? – spytał. – Gdzie się podziewa całe światło?
Ale na razie Grace miała dość jego pytań.
Gdy jedna z trzech kobiet – biolożka – lekko podniosła głowę i spojrzała na szybę, jakby go widziała, Kontroler odwrócił wzrok, czując coś w rodzaju zawstydzenia. Interesowały go tylko jako elementy zagadki do rozwikłania i traktował je raczej bezosobowo, lecz być może one odbierały to inaczej, może czuły, że są obserwowane.
Nikt go nie uprzedził, że pierwszego dnia pracy będzie przesłuchiwał zdezorientowane kobiety, które wróciły ze Strefy X, ale przecież musiał się tego domyślać, gdy zaproponowano mu to stanowisko. Od znalezienia uczestniczek ekspedycji minęło prawie sześć tygodni, a przed przysłaniem ich do Southern Reach przez miesiąc poddawano je badaniom w placówce na północy. Dokładnie w tym samym czasie Kontrolera skierowano do Centrali na dwutygodniowe szkolenie obejmujące całe dni, które odeszły w niepamięć, gdyż nic się w ich czasie nie działo, jakby na tym polegał plan. Później wszystko przyspieszyło i odtąd Kontrolera nie opuszczało wrażenie pośpiechu.
Odkąd przyjechał, te i inne szczegóły budziły w nim coś w rodzaju daremnej irytacji. Głos, jego najważniejszy kontakt na najwyższym szczeblu, sugerował na początku szkolenia, że z uwagi na przeszłość Kontrolera to będzie łatwa misja.Southern Reach zmieniło się w zacofaną, zaściankową agencję strzegącą uśpionej tajemnicy, którą chyba już nikt się nie przejmował, gdyż teraz skupiano się na terroryzmie i zniszczeniu środowiska naturalnego. Głos, jak zwykle szorstko, opisał cel misji słowami: „aklimatyzacja, ocena, analiza, a następnie dogłębne poznanie”, co od jakiegoś czasu nie wchodziło w zakres obowiązków Kontrolera.
Kontroler zaczynał karierę, która – co tu kryć – miała potem lepsze i gorsze chwile, jako agent działający w terenie: zajmował się obserwowaniem komórek terrorystycznych w kraju. Później przeniesiono go do syntezy danych i analizy organizacji – rozpracował co najmniej dwadzieścia spraw, banalnie podobnych, i nie wolno mu było o nich rozmawiać. Sprawy niewidoczne dla opinii publicznej: tajna historia niczego. Coraz częściej zajmował się jednak bezpośrednim rozwiązywaniem trudnych zadań, przede wszystkim dlatego, że chyba lepiej wychodziło mu określanie konkretnych problemów innych ludzi niż radzenie sobie z własnymi, ogólniejszej natury. W wieku trzydziestu ośmiu lat słynął właśnie z tego – o ile w ogóle z czegokolwiek słynął. Nie musiał śledzić spraw od początku do końca, ale teraz właśnie na tym mu najbardziej zależało: na dogłębnym poznaniu. Tyle że nikt tak naprawdę nie lubi ludzi rozwiązujących problemy – „Hej, pokażę ci, co robisz źle” – zwłaszcza jeśli wszyscy uważają, że ten, kto je rozwiązuje, powinien najpierw uporać się z własnymi.
Początki zawsze wyglądały dobrze, ale z końcami bywało różnie.
Głos nie wspomniał, że Strefa X leży za granicą, która wciąż, po przeszło trzydziestu latach, stanowiła zagadkę. Kontroler odkrył to dopiero podczas przeglądania akt i oglądania niepotrzebnego filmu szkoleniowego.
Nie wiedział też, że wicedyrektorka znienawidzi go za zajęcie miejsca zaginionej dyrektorki. Choć tego powinien był się akurat domyślić. Strzępy informacji w kartotece Grace wskazywały na to, że jej rodzice należeli do niższych warstw klasy średniej, najpierw uczyła się w szkole publicznej, a potem musiała się starać bardziej niż inni, żeby zdobyć obecną pozycję. Natomiast Kontroler przynależał do pewnej tajemniczej dynastii, co oczywiście rodziło niechęć. Nie sposób jednak zaprzeczać faktom, nawet jeśli z bliska ta dynastia bardziej przypominała dziedziczoną franczyzę.
– Są gotowe. Chodźmy.
Znowu zjawiła się Grace, rozkazując mu od progu.
Wiedział, że istnieje wiele różnych sposobów, by złamać opór współpracownika albo jego wolę. I że prawdopodobnie będzie musiał wypróbować je wszystkie.
Sięgnął po dwie z trzech teczek leżących na stoliku i nie odrywając wzroku od biolożki, czując opór stawiany palcom, przedarł je na pół, po czym wyrzucił do kosza.
Za plecami usłyszał coś w rodzaju zduszonego okrzyku.
Dopiero teraz się odwrócił – i stanął oko w oko z całą niemą złością wicedyrektorki. W jej oczach zauważył jednak także ostrożność. Dobrze.
– Grace, dlaczego wciąż korzystacie z papierowych akt? – spytał, robiąc krok naprzód.
– Polecenie dyrektorki. Czemu je podarłeś?
Zignorował pytanie.
– Grace, dlaczego mówiąc o Strefie X, boicie się używać takich słów jak „obcy” czy „istoty pozaziemskie”?
Sam też wolał ich nie używać. Odkąd poznał prawdę, czasami czuł, jak w jego wnętrzu otwiera się wielka, pusta otchłań wypełniona jedynie jego własnym wołaniem i okrzykami niedowierzania. Ale nikomu o tym nie powiedział. Od kochanek, członków rodziny, a nawet od obcych ludzi słyszał, że jego twarz jest stworzona do gry w pokera. Miał jakieś sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Był opanowany. Zwarte, umięśnione ciało upodabniało go do sportowca. Mógł przebiec wiele kilometrów i w ogóle tego nie odczuwał. Szczycił się swoją zdrową dietą i tym, że dość często uprawia sport, choć lubił też whisky.
Grace pozostała nieugięta.
– Brakuje nam pewności. Nie wolno niczego przesądzać.
– Nawet po tylu latach? Chcę przesłuchać tylko jedną z nich.
– Co? – zdziwiła się.
Siła w dłoniach zmieniła się w siłę w rozmowie.
– Nie potrzebuję pozostałych akt, wystarczy mi rozmowa tylko z jedną z nich.
– Musisz przesłuchać wszystkie.
Jakby jeszcze nie rozumiała.
Odwrócił się i sięgnął po trzecią teczkę.
– Nie. Potrzebuję tylko biolożki.
– To błąd.
– Siedemset pięćdziesiąt trzy to nie błąd – powiedział. – Podobnie jak siedemset dwadzieścia dwa.
Zmrużyła oczy.
– Coś z tobą nie tak.
– Każ zostać biolożce – powiedział, ignorując ją, lecz naśladując jej ton. „Wiem o czymś, o czym ty nie wiesz”. – Pozostałe odeślij do kwater.
Grace wpatrywała się w niego, jakby był gryzoniem, i nie mogła się zdecydować, czy czuje obrzydzenie, czy litość. Po chwili jednak sztywno pokiwała głową i wyszła.
Odprężył się, wypuścił powietrze. Musiała wykonywać jego polecenia, lecz jeszcze przez kilka następnych tygodni, których potrzebował na pełne wdrożenie się, miała sprawować kontrolę nad podwładnymi i mogła go przetestować na tysiąc sposobów.
To alchemia czy prawdziwa magia? Czyżby się mylił? I czy to w ogóle miało znaczenie? Przecież nawet jeśli się mylił, wszystkie trzy kobiety były dokładnie takie same.
Owszem, to miało znaczenie.
To była jego ostatnia szansa.
Tak mu powiedziała matka, zanim tu przyjechał (...)


***
Strefa X nadal broni swoich tajemnic. Southern Reach, podupadająca rządowa agencja, do kolejnej próby zbadania terenu przydziela Kontrolera. Dla Johna Rodriqueza, śledczego po przejściach, to ostatnia zawodowa szansa. Poczynania nowego szefa nadzoruje tajemniczy Głos domagający się regularnych raportów. Okazuje się, że nie tylko w Strefie X działają siły zmieniające ludzki umysł. Czy mężczyzna będzie w stanie je ujarzmić?

Nie wierz zmysłom. Strefa X zmienia każdego.

„Ujarzmienie” to druga część bestsellerowej trylogii Jeffa VanderMeera. Literatura grozy i klasyczna fantastyka najwyższej próby. Już pierwszy tom – „Unicestwienie” – został doceniony przez fanów i zyskał entuzjastyczne recenzje krytyków na całym świecie.



Cykl: Southern Reach (tom 2)



EKRANIZACJA 2018
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/


TRAILER









Unicestwienie Jeff VanderMeer

Unicestwienie Jeff VanderMeer

"Nasza misja była prosta: miałyśmy kontynuować zgłębianie tajemnic Strefy X na zlecenie rządu, powoli badając teren wokół obozu."

Połączenia Archiwum X, serialu Lost i przygody prosto z powieści "Ruiny" Scotta Smitha.
Kto nie czytał, zazdroszczę - niesamowita przygoda!!!
Portal do tajemniczej Strefy X. Kolejne zaginione ekspedycje. Tajemnica. Przygoda. Niebezpieczeństwo. Nieznane... Groza. Niedowierzanie. Zrozumienie.
Klimat 200%, aż czuć tropiki tej przerażającej wyspy X!

Ekranizacja nieco odbiega od powieści i początek jest dość przydługawy, ale potem wszystko nabiera tempa;) 

MOJA OCENA: 10/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Wieża, której nie powinno tam być, wbija się w ziemię tuż obok miejsca, gdzie czarny sosnowy las zaczyna ustępować pola grzęzawisku, dalej zaś trzcinie i powyginanym wiatrem drzewom na słonych bagnach. Za bagnami i siecią naturalnych kanałów jest ocean, a nieopodal na wybrzeżu stoi niszczejąca latarnia morska. Cała ta część kraju została opuszczona kilkadziesiąt lat temu z powodów, które niełatwo opisać. Nasza ekspedycja weszła do Strefy X po ponaddwuletniej przerwie i większość sprzętu poprzedników zdążyła zardzewieć, ich namioty i szałasy prawie zupełnie się rozpadły. Myślę, że patrząc na ten niezmącony krajobraz, żadna z nas nie przeczuwała zagrożenia.
Przybyłyśmy we czwórkę: biolożka, antropolożka, geodetka i psycholożka. Byłam biolożką. Tym razem w wyprawie uczestniczyły same kobiety, dobrane jako element skomplikowanego zbioru zmiennych decydujących o wysyłaniu ekspedycji. Psycholożka, najstarsza z nas, pełniła funkcję kierowniczki wyprawy. Przed przekroczeniem granicy wprowadziła nas w stan hipnozy, która miała nam pomóc zachować spokój. Później przez cztery dni mozolnie maszerowałyśmy w stronę wybrzeża.
Nasza misja była prosta: miałyśmy kontynuować zgłębianie tajemnic Strefy X na zlecenie rządu, powoli badając teren wokół obozu.
Ekspedycja mogła potrwać kilka dni, miesięcy, a nawet lat, w zależności od różnych bodźców i uwarunkowań. Wzięłyśmy ze sobą zapasy na pół roku, a to, co wcześniej zgromadzono w obozie, wystarczyłoby nam jeszcze na dwa lata. Poza tym zapewniano nas, że w razie potrzeby możemy się żywić tym, co uda nam się wyhodować. Miałyśmy wyłącznie żywność wędzoną, w puszkach albo w torebkach. Najdziwaczniejszym z naszych sprzętów był przypięty do paska przyrząd mierniczy, w który zaopatrzono każdą z nas: mały, czarny, metalowy prostokąt z przeszklonym otworkiem pośrodku. Gdyby szkiełko zaczęło świecić na czerwono, miałybyśmy pół godziny na wycofanie się w „bezpieczne miejsce”. Nie powiedziano nam, co ten przyrząd mierzy ani czego powinnyśmy się bać, jeśli rozbłyśnie na czerwono. Po kilku godzinach tak się do niego przyzwyczaiłam, że zupełnie o nim zapomniałam. Zabroniono nam korzystania z zegarków i kompasów.
Gdy dotarłyśmy do obozu, zaczęłyśmy od wymienienia przestarzałego lub zepsutego sprzętu na ten, który przyniosłyśmy, i od rozbicia namiotów. Odbudowę szałasów przełożyłyśmy na później, najpierw chciałyśmy się upewnić, że Strefa X na nas nie oddziałuje. Członkowie poprzedniej ekspedycji w końcu się stąd wynieśli, jeden po drugim. Po jakimś czasie wrócili do rodzin, więc nie można powiedzieć, że przepadli. Po prostu zniknęli ze Strefy X i w tajemniczy sposób zjawili się z powrotem po drugiej stronie granicy. Nie byli w stanie opowiedzieć o szczegółach tej podróży. „Transfer” nastąpił w ciągu półtora roku i żadna z wcześniejszych wypraw nie doświadczyła niczego podobnego. Do – jak to określali nasi zwierzchnicy – „przedwczesnego zakończenia ekspedycji” mogły doprowadzić nieznane zjawiska, więc musiałyśmy przetestować swoją odporność na lokalne warunki.
Poza tym należało się zaaklimatyzować w nowym środowisku. W lesie niedaleko obozu żyły niedźwiedzie czarne i kojoty. Rozlegało się krakanie, z gałęzi drzewa wzbijał się do lotu spłoszony ślepowron i chwila nieuwagi kończyła się nadepnięciem na jednego z jadowitych węży, które występowały tu w co najmniej sześciu gatunkach. Mokradła i strumienie stanowiły kryjówkę dla olbrzymich pływających gadów, więc przy pobieraniu próbek wody pamiętałyśmy, żeby nie wchodzić zbyt głęboko. W zasadzie jednak żadna z nas nie przejmowała się takimi aspektami ekosystemu. Niepokoiły nas inne sprawy. Dawno temu istniały tu miasta, napotykałyśmy upiorne ślady ludzkich siedlisk: butwiejące chaty z zapadniętymi czerwonawymi dachami, zardzewiałe szprychy zakopanego do połowy koła wozu oraz ledwie widoczne zarysy czegoś, co dawniej było zagrodą dla bydła, a teraz jedynie ozdobą warstw iłu usianego sosnowym igliwiem.
O wiele gorsze okazało się jednak niskie, głośne zawodzenie o zmierzchu. Wiejący od oceanu wiatr i dziwny bezruch w głębi lądu ograniczały naszą zdolność oceny kierunku i ten dźwięk zdawał się przenikać czarną wodę, którą nasiąkały cyprysy. Była ona tak ciemna, że mogłyśmy się w niej przejrzeć, i w ogóle się nie poruszała, zastygła jak szkło. Odbijały się w niej brody szarego mchu ciasno oplatającego cyprysy. Spoglądając nad tym terenem w stronę oceanu, widziałyśmy jedynie czarną wodę, szarość cyprysowych pni oraz ciągły nieruchomy deszcz spływającego na ziemię mchu. I słychać było tylko to niskie zawodzenie. Nie sposób sobie tego wyobrazić, jeśli się tam nie było. Nie sposób też pojąć piękna tego wszystkiego, a gdy dostrzegasz piękno w pustkowiu, zachodzi w tobie jakaś zmiana. Pustkowie próbuje cię ujarzmić.
Jak wspomniałam, tuż obok miejsca, gdzie las zalała woda, która kawałek dalej przemieniła go w słone bagna, znalazłyśmy wieżę. Nastąpiło to czwartego dnia po dotarciu do obozu, gdy miałyśmy już pewne rozeznanie w terenie. Ani mapy, które ze sobą przyniosłyśmy, ani rozmokłe, umazane sosnowym pyłkiem dokumenty pozostawione przez naszych poprzedników nie zapowiadały takiego znaleziska. Był tam otoczony pasem trawiastych zarośli, częściowo schowany pod opadłym mchem z lewej strony szlaku, okrągły blok z jakiegoś szarawego kamienia wyglądającego na mieszankę cementu i zmielonych muszli. Miał mniej więcej dwadzieścia metrów średnicy i wystawał około dwudziestu centymetrów nad ziemię. Na powierzchni nie wyryto i nie napisano niczego, co w jakikolwiek sposób określałoby jego przeznaczenie lub tożsamość jego twórców. Za umieszczonym po północnej stronie kamiennego bloku prostokątnym otworem ukazywały się spiralne schody wiodące na dół, w ciemność. Wejście przysłoniły pajęczyny prządek i fragmenty roślin naniesione przez porywisty wiatr, lecz z wnętrza dolatywało chłodne powietrze.
Na początku tylko ja widziałam w tym czymś wieżę. Nie wiem, dlaczego akurat to słowo przyszło mi do głowy, bo przecież konstrukcja wnikała w głąb ziemi. Równie dobrze mogłam ją uznać za bunkier albo za zakopany budynek. Gdy tylko zobaczyłam schody, przypomniałam sobie jednak latarnię morską na wybrzeżu i nagle oczyma duszy ujrzałam ostatnią ekspedycję, jej uczestników odchodzących stąd jeden po drugim i ziemię, która jakiś czas wcześniej przesunęła się w spójny, z góry zaplanowany sposób, tak by latarnia morska pozostała tam, gdzie zawsze była, a jej podziemna część znalazła się w głębi lądu. Gdy tam stałyśmy, te obrazy ukazały mi się wraz z ogromem skomplikowanych szczegółów i patrząc wstecz, uznaję to za pierwszą irracjonalną myśl, jaka przyszła mi do głowy po dotarciu do naszego celu.
– To niemożliwe – powiedziała geodetka, wpatrując się w swoje mapy.
Zwarty półmrok późnego popołudnia spowił ją chłodną ciemnością i nadał jej słowom ton bardziej naglący niż w innych okolicznościach. Słońce zapowiadało, że wkrótce będziemy musiały użyć latarek, żeby to zbadać, choć mnie brak naturalnego światła ani trochę nie przeszkadzał.
– A jednak to widzimy – odrzekłam. – Chyba że mamy zbiorowe halucynacje.
– Trudno określić model architektoniczny – powiedziała antropolożka. – Materiały są niejednoznaczne, wskazują na pochodzenie lokalne, ale niekoniecznie na lokalne budownictwo. Bez wejścia do środka nie dowiemy się, czy to coś prymitywnego, nowoczesnego lub może pół na pół. Poza tym nie jestem pewna, czy udałoby mi się oszacować wiek tej budowli.

Nie byłyśmy w stanie zawiadomić przełożonych o tym odkryciu. Jedną z zasad obowiązujących uczestników ekspedycji do Strefy X było powstrzymywanie się od wszelkich prób nawiązania kontaktu ze światem zewnętrznym, ponieważ obawiano się nieodwracalnego skażenia. Nie miałyśmy ze sobą wielu sprzętów na obecnym poziomie rozwoju technologicznego. Nie wzięłyśmy telefonów komórkowych ani satelitarnych, komputerów, kamer i skomplikowanych przyrządów mierniczych – miałyśmy tylko te dziwne czarne gadżety wiszące przy paskach. Nasze aparaty fotograficzne wymagały stworzenia prowizorycznej ciemni. Zwłaszcza brak telefonów komórkowych sprawiał, że prawdziwy świat wydawał się bardzo odległy. Zawsze wolałam jednak żyć bez nich. Jeśli chodzi o broń, miałyśmy noże, zamkniętą skrzynkę ze starymi pistoletami i karabin szturmowy – ten ostatni był niechętnie poczynionym ustępstwem wobec standardów bezpieczeństwa.
Oczekiwano od nas po prostu prowadzenia zapisków – takich jak te – w dzienniku takim jak ten: lekkim, ale prawie niezniszczalnym, z wodoodpornymi kartkami, elastyczną czarno-białą okładką, niebieskimi poziomymi liniami i czerwoną pionową kreską tworzącą margines z lewej strony. Te dzienniki miały albo wrócić razem z nami, albo czekać na następną ekspedycję. Zaznaczono, że należy w nich zamieszczać jak najwięcej informacji kontekstualnych, żeby nasze doniesienia mógł zrozumieć nawet człowiek niemający pojęcia o Strefie X. Poza tym zabroniono nam pokazywania wpisów innym uczestniczkom. Przełożeni uważali, że zbyt intensywna wymiana wrażeń może wypaczyć naszą percepcję. Ale ja wiedziałam z doświadczenia, jak beznadziejne jest to dążenie, ta próba wykorzenienia tendencyjności. Nic, co żyje i oddycha, nie jest naprawdę obiektywne – nawet w próżni, nawet jeśli mózgiem rządzi wyłącznie pełne poświęcenia pragnienie prawdy.
– Ekscytujące znalezisko – wtrąciła psycholożka, zanim zdążyłyśmy powiedzieć o wieży coś więcej. – Też jesteście podekscytowane?
Nigdy wcześniej nas o to nie pytała. W czasie szkolenia zadawała raczej pytania w rodzaju: „Czy w sytuacji zagrożenia będziecie w stanie zachować spokój?”. Myślałam wtedy, że gra jakąś rolę, ale jest kiepską aktorką. Teraz to wrażenie stało się jeszcze silniejsze, jakby bycie naszą liderką z jakiegoś powodu ją stresowało.
– Zdecydowanie ekscytujące… i niespodziewane – powiedziałam, starając się jej nie przedrzeźniać, co jednak nie do końca mi się udało.
Ze zdziwieniem poczułam rosnące napięcie, przede wszystkim dlatego, że w porównaniu z moją wyobraźnią i marzeniami takie znalezisko wydawało się dość banalne. Przed przekroczeniem granicy fantazjowałam o bardzo wielu rzeczach: o ogromnych miastach, dziwacznych zwierzętach, a raz, kiedy byłam chora, o olbrzymim potworze, który wynurzył się z fal, by zniszczyć nasz obóz.
Geodetka tylko wzruszyła ramionami i nie odpowiedziała na pytanie psycholożki. Antropolożka pokiwała głową, jakby się ze mną zgadzała. Właz do wieży prowadzącej w głąb ziemi zdawał się obiecywać czyjąś obecność, pusta powierzchnia miała w sobie coś, co potem długo opisywałyśmy. Ta obecność przejawiała się podobnie jak niewielka gorączka, doskwierała nam wszystkim.
Podałabym wam imiona trzech pozostałych uczestniczek, gdyby to miało jakiekolwiek znaczenie, ale tylko geodetka przetrwała dłużej niż parę dni. Zresztą zawsze mocno nas zniechęcano do używania imion: miałyśmy się skupić na celu, a „wszystkie osobiste sprawy należało odsunąć na bok”. Imiona przynależały do świata, z którego przybyłyśmy, a nie do osób, którymi stałyśmy się w Strefie X.
***

Pełna grozy opowieść, która stawia pytania o tożsamość, relacje z innymi i własne ograniczenia.

Powstała po tajemniczym Wydarzeniu Strefa X rządzi się własnymi, nieznanymi ludziom prawami. Członkowie jedenastu pierwszych ekspedycji do Strefy umierali, popełniali samobójstwa lub zabijali się nawzajem. Ci, którzy przetrwali, nie pamiętali, jak przebiegał ich powrót. Dwunastą wyprawę tworzą wyłącznie kobiety. Czy im uda się odkryć tajemnice Strefy? Jakie sekrety kryje niezwykła flora i fauna tego miejsca? A może to ona je stworzyła i nim rządzi? Jedno jest pewne: Strefa X wpływa na ludzkie umysły i zmienia każdego.


„Unicestwienie”, pierwsza część nowej trylogii Jeffa VanderMeera, to obowiązkowa pozycja dla miłośników klasycznej fantastyki – książek Silverberga, Harrisona, braci Strugackich i Lema – oraz dla fanów literatury grozy najwyższej próby. 


Wciągająca opowieść o spotkaniu z Nieznanym, które zamienia się w spotkanie z samym sobą. Historia, która stawia pytania o tożsamość, relacje z innymi i własne ograniczenia. To podróż w głąb Strefy X i w głąb psychiki głównej bohaterki.



Cykl: Southern Reach (tom 1)







EKRANIZACJA 2018
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/


TRAILER









Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger