"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nawiedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nawiedzenie. Pokaż wszystkie posty
Jeszcze bliżej Sara Gran

Jeszcze bliżej Sara Gran

"Ale czasami drzwi się otwierają, ukazując szersze perspektywy, i nie tak łatwo powiedzieć: nie. Czasami nie pozostaje ci nic innego, jak powiedzieć: tak i przekonać się, dokąd cię to zaprowadzi."


Kolejna perełka demonologii lub szaleństwa /?/, wyszperana w odmętach internetu.

I kolejna zaskakująco dobra, jak w przypadku Żółtej tapety!

Nieoczywistość.

Najlepsze paliwo dla niepewności i pożywka dla grozy!

Oszczędna w narracji, opartej na raczej bezemocjonalnym sprawozdaniu, jakby bohaterka stała obok.

Bo tak było.

A kto stał z przodu?

NAAMA.

Ale nie stała tam od razu.

"Potrzebuję jedynie sposobu, by dostać się do środka. Nietrudno to uczynić we śnie, lecz wtedy nie wiedzą, nie mają pojęcia, że ich posiadłam."

I ponownie pytanie: demon, czy załamanie nerwowe i depresja?

"Nie da się jednak zaskoczyć kogoś, kto żyje w tobie /.../ Pomóżcie mi, krzyczałam w środku, ocalcie mnie - lecz wszystkim, co dało się słyszeć, było długie: Ehem."

Każdy z pewnością odpowie sobie sam, zgodnie z intuicją, po przeczytaniu całości, ale ja... słucham i obserwuję zwierzęta💀

Bardzo polecam, tego rodzaju opowieści są podskórnymi perełkami, które odbiera się wszystkimi zmysłami, nie tylko wzrokiem.

"Teraz należę już do niej całkowicie, spoglądam na świat jej oczami, choć były kiedyś moje."


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


W styczniu opracowywałam na zlecenie mego szefa, Leona Fieldsa, nowy projekt. Dotyczył renowacji sklepu z ubraniami, mieszczącego się w pasażu handlowym na przedmieściu. Nic wielkiego. Skończyłam w piątek rano i podrzuciłam mu projekt wraz z ofertą na biurko, załączając radosną notkę - „Daj znać, co o tym sądzisz" - kiedy był w sali konferencyjnej na spotkaniu z nowym klientem.

Później tego ranka Leon otworzył gwałtownie drzwi swego gabinetu.

- Amando! - Zawołał. - Pozwól do mnie.

Poderwałam się z krzesła i szybkim krokiem przemierzyłam biuro, kierując się w stronę wydzielonej ściankami działowymi enklawy. Gdy weszłam, Leon chwycił garść leżących przed nim papierów, podniósł je i wbił we mnie spojrzenie. Jego obwisła twarz pobielała z gniewu.

- Co to, do cholery, jest?

- Nie wiem.

Wyglądało jak moja oferta - ten sam nagłówek i format. Dłonie zaczęły mi drżeć. Nie miałam pojęcia, co chodzi. Podał mi papiery. Spojrzałam na pierwszą linijkę i przeczytałam: Leon Fields to pieprzony pedał.

- Co to jest? - Spytałam.

- Ty mi powiedz - odparł, wciąż wpatrując się we mnie. - Podrzuciłaś mi to na biurko.

Poczułam, że kręci mi się w głowie.

- O czym ty mówisz? Położyłam ci na biurku projekt, nie to... Projekt wraz z ofertą.

Zaczęłam przeszukiwać gorączkowo papiery na biurku, szukając projektu, który tam położyłam.

- Co to ma być, żart?

- Amando - powiedział. - Troje ludzi widziało, jak podchodzisz do drukarki, drukujesz to, a potem przynosisz mi do gabinetu.

Czułam się, jakbym utknęła w koszmarze. Nic nie było już logiczne ani rozsądne.

- Zaczekaj - powiedziałam. Pognałam z powrotem do swego biurka, wydrukowałam projekt, sprawdziłam go i zaniosłam do gabinetu Leona. Zdążył się już nieco uspokoić i zasiąść w wielkim, obitym skórą fotelu.

Podałam mu projekt.

- Proszę. Oto co położyłam na twoim biurku dziś rano.

Spojrzał na papiery, a potem na mnie.

- Więc skąd się wzięło t o ? - Zapytał, wskazując wzrokiem rzekomą ofertę.

- Skąd mam wiedzieć? - Odparłam pytaniem na pytanie. - Pozwól mi rzucić jeszcze raz okiem.

Przeczytałam drugą linijkę: Leon Fields je gówno i bardzo to lubi.

- Niesmaczne - zauważyłam. - Może ktoś stroi sobie z ciebie żarty. Komuś wydaje się, że to zabawne.

- A może stroi sobie żarty z c i e b i e - odparował. - Ktoś zastąpił tym twój projekt. - Nagle coś mu zaświtało. - Przepraszam, że pomyślałem... - Zażenowany potoczył spojrzeniem po gabinecie. W ciągu trzech lat, jakie dla niego przepracowałam, nie słyszałam, by Leon kogokolwiek przeprosił. Ani razu.

- W porządku - odparłam. - Niby co miałeś pomyśleć?

Popatrzyliśmy sobie w oczy.

- Przejrzę projekt - powiedział - i dam ci znać.

Wyszłam z gabinetu i wróciłam do swego biurka. Nie napisałam rzekomej oferty, lecz chętnie dowiedziałabym się, kto to zrobił. Ponieważ ten ktoś się nie mylił; Leon Fields był pieprzonym pedałem, jadł gówno i zawsze podejrzewałam, że sprawia mu to nie lada frajdę.

***

Amanda ma wspaniałego męża, piękne mieszkanie i dobrą pracę. Ale skoro wszystko układa się bez zarzutu, to skąd u niej te nagłe wahania nastroju, wulgarne wmyśli czy chęć zadania bólu tym, których kocha? Jak wytłumaczyć dziwne hałasy odzywające się w domu raz po raz tylko w jej obecności? I kim jest kobieta, która nieustannie za nią chodzi? Prawda kryjąca się za tymi osobliwymi wydarzeniami jest przerażająca.

Żółta tapeta Charlotte Perkins Gilman

Żółta tapeta Charlotte Perkins Gilman

"Tapeta patrzy na mnie, jakby wiedziała, że potrafi człowieka doprowadzić do obłędu."

Panie i Panowie! Tak się pisze nieoczywistą grozę!

Jestem pod wrażeniem także nieoczywistym i nieoczekiwanym!

Wow💪😎💀

Klasyka czasami bywa trudna, ale zawsze udowadnia swoją wartość, pomimo upływu lat, a może właśnie dlatego.

...

Klaustrofobiczna, krótka przerażająca nowelka, z narastającym poczuciem osaczenia i szaleństwa, sączącego się ze ścian pokoju z żółta tapetą...

"Przeczucie mi podpowiada, że ten dom jest trochę dziwny."

Czy aby na pewno źrodłem jest właśnie tapeta?

"... moja bogata wyobraźnia przyzwyczajona do układania opowieści oraz swego rodzaju wyczerpanie nerwowe z pewnością wywołają niepokojące wizje, mam więc posłużyć się siłą woli oraz zdrowym rozsądkiem, aby zapanować nad tą skłonnością. Oczywiście spróbuję."

Jest to rozkminka w stylu BABADOOKA, którą uwielbiam: szaleństwo i obłęd, czy nawiedzenie kobiety przez istoty mieszkające w ścianie?

"Jestem zaniepokojona. Przyszło mi do głowy... Zaczynam uważać..."

Interpretacja dowolna, w zależności od upodobań😎

Ja mam swoją.

"Nie mam już nawet ochoty wyglądać przez okna - tyle jest pełzających kobiet, tak szybko się czołgają. Ciekawe, czy wszystkie one wydostały się zza żółtej tapety niczym ja?"

Świetna lektura, ktora powinna być podręcznikiem, jak pisać grozę bez oczywistości dla dużego grona autorów z aspiracjami.

"Tak miło jest przebywać w tym obszernym pokoju i pełzać do woli!"😯

MEGA POLECAM!


MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

„Żółta tapeta” (org. Yellow Wallpaper) to opowiadanie napisane przez Charlotte Perkins Gilman. Stworzyła ona to małe arcydzieło literackie na podstawie swoich własnych doświadczeń z depresją. Opowiada ona z psychologicznym zacięciem i dramatyczną precyzją historię kobiety chorej na depresję, która odizolowana na odludziu, zmuszona do spania w pokoju dziecięcym z zakratowanymi oknami i chorobliwie żółtą tapetą, w tajemnicy przed wszystkimi pisze pamiętnik. Pragnie intelektualnej stymulacji, aktywności, pełnego miłości zrozumienia. Jednak stopniowo żółta tapeta coraz bardziej wnika w zakamarki jej umysłu, prowadząc do zaskakującego finału.

Przepaść Jozef Karika

Przepaść Jozef Karika

 "Nie ma w przyrodzie namiętności tak szatańsko wyuzdanej jak żądza człowieka, co drżąc na krawędzi otchłani, waha się, czy ma się w nią rzucić."

Zew pustki.

Czuliście kiedyś coś takiego?

"Jeśli istnieją miejsca o zbawiennym wpływie, uwznioślające ludzi i stymulujące wolę życia, to dlaczego miałyby nie istnieć również miejsca o działaniu odwrotnym? Miejsca stymulujące wolę śmierci, tanatos, w wyniku czego destrudo szybko i gwałtownie gromadzi się w ludzkiej psychice."

Podobała mi się ta opowieść, choć, a może właśnie dlatego, że była nieoczywista, a nieoczywistość to piękne podłoże dla grozy, nieważne, czy rzeczywistej, czy nierzeczywistej.

"Nierzeczywistość gryzie własny ogon i rodzi kolejną nierzeczywistość, która jednak jest rzeczywista."

Fatamorgana, zwidy, traumy, kompleksy, choroba psychiczna czy nawiedzona półka skalna w górach?

Kto to wie... I to jest właśnie fajne, że nikt nie wie 😎

"Już idę, mamo.

Już idę, czerwone kwiatuszku.

Co mi jest?"

Jest klimat, jest creepy, bardzo świadoma, wiarygodna emocjonalnie i osobista opowieść człowieka, który czuje góry całym sobą. Jest bardzo dużo rozkminek wewnętrznych, właściwie ciągle siedzimy sobie mniej lub bardziej wygodnie w głowie narratora, uczestnicząc w jego /fałszywych?/ mrocznych paranojach, halucynacjach, majakach...

"Poszarpane urywki, odłamki rozbitego lustra porozrzucane chaotycznie w pamięci."

A może są to obserwacje? Może to jest walka z własną fobią?

"Trzynasta komnata była głębsza, niż potrafiłem sobie wyobrazić."

Może z czymś więcej?

Z czym?

...

Jeśli człowiek już się przyzwyczai do esencji narracji i tego, że skupiamy się tu na przeżyciach wewnętrznych raczej, a akcja zewnętrzna to tylko tło, to opowieść ta robi się całkiem schizofrenicznie strasznawa.

"Niektóre przepaście nie mają dna. Skalna platforma w końcu mnie dopadła, lecz zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem."

I choć było bardzo blisko, to nadal Szczelina w twórczości Kariki jest u mnie nr.1!

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Wypad w góry to nie zawsze dobry pomysł.
Jedna chwila może zmienić wszystko... Oczywiście na gorsze!
Adam i Miro, dwaj przyjaciele, natrafiają w tatrzańskiej dolinie na ciało mężczyzny. Początkowo okoliczności wskazują na nieszczęśliwy wypadek, jednak niemy świadek tego zdarzenia, niewielka kamera turystyczna, rzuca na tragedię nowe światło.
Adam rozpoczyna prywatne śledztwo, które poprzez szereg tajemniczych zgonów z przeszłości doprowadza go z powrotem w feralną dolinę.
Czy w przerażającej górskiej legendzie o nadprzyrodzonej sile, która zrzuca ludzi w przepaść, skrywa się ziarno prawdy? Czy istnieją miejsca mogące... zabijać?

Jozef Karika przyzwyczaił już do tego, że spycha swoich czytelników w otchłań ludzkiej psychiki. Tym razem spadniemy w nią jednak wprost z owianej złą sławą półki skalnej.


Portret zła Graham Masterton

Portret zła Graham Masterton

"To był wtorek, w Connecticut padał wtedy deszcz."


Co było pierwsze: jajko czy kura?

Portret Doriana Greya czy Portret Grayów z Darien?

...

Nawiedzony obraz, kto nie skusi się takim tematem?

"Waldegrave najwyraźniej odkrył formułę, dzięki której Ci, którzy obiecali prowadzić życie pełne zepsucia i diabelstwa, mogli przetrwać wieczność, niestarzejąc się przy tym ani o dzień."

Ja się skusiłam 😎 i nie żałuję, bo było to soczyście wyśmienite i klimatycznie uczciwe!

Baaaaaardzo zalatywało tu Trupią otuchą, którą uwielbiam!

"Te duże powinny być martwe, ale jeszcze nie umarły."

Jestem mega pozytywnie zaskoczona tą opowieścią w stylu starego, dobrego Pana M. Jest tu wszystko, czego można byłoby się spodziewać po tego rodzaju historii!


Bardzo polecam!


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Pierwsze ciało odnaleziono w Europie. Kiedyś ofiara była piękną młodą dziewczyną, ale ktoś z niezwykłą starannością zdarł z niej żywcem skórę, pozostawiając jedynie śliskie, zakrwawione zwłoki.

Drugie ciało odnaleziono w Nowej Anglii… Wkrótce kolejne, lecz tym razem ofiara znajdowała się w stanie zaawansowanego rozkładu.

Kiedy tajemniczy, rozpadający się obraz zostaje powiązany z zabójstwami, wydaje się, że policjant prowadzący śledztwo postradał zmysły. Jednak to niszczejące malowidło skrywa przerażającą rodzinną tajemnicę…



Zofiówka. Przebudzenie zła Justyna Jelińska

Zofiówka. Przebudzenie zła Justyna Jelińska

Zofiówka ist­nieje naprawdę, a każdy, kto odwie­dził to miej­sce, potwier­dzi, że ma ono nie­po­wta­rzalną i tajem­ni­czą aurę. Byle szum czy kro­pla desz­czu spa­da­jąca z sufitu na pod­łogę mogą dawać poczu­cie czy­jejś obec­no­ści. 


Cały pomysł?

Super!

Zapowiadający się klimacik, a nawet gdzieś tam istniejący?

Dobry.

Tematyka bardzo podobna do Sesji 9, a czy wykonanie lepsze, czy podobne?

Podobne, niestety...

Narracja tej całej potencjalnej opowieści to największy mankament. Kompletnie ze mną nie współgrała: nie było flow, nie było połączenia, były tylko literki i dużo tego, co /mnie osobiście/ drażni w tego rodzaju przekazie, dlatego całościowy odbiór nie był tak rewelacyjny, jak założenie i okładka. Nie było tu wspólnego porozumienia nadawca-odbiorca, co może z czasem się wyrobi. 

Albo i nie.

Bo każdy ma swoich odbiorców. I dobrze.

Zawsze warto przeczytać fragment w ramach eksperymentu, czy zaiskrzy.

Ale plus za końcówkę.


MOJA OCENA: 5/10 


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Jedyne, czego możesz być pewien, to własny strach

Najnowszy horror Justyny Jelińskiej

Grupa żądnych sensacji youtuberów wyrusza na kolejną wypra­wę urbexową. Ich celem jest Zofiówka – opuszczony zakład dla nerwowo chorych w Otwocku – miejsce owiane mroczną legendą, w którym wyczuwalna obecność ciemnych sił splata się satanistycznymi obrzędami. Zło czai się wszędzie.

Z pozoru rutynowy urbex błyskawicznie wymyka się spod kontroli. Gdy jeden z członków grupy znika bez śladu, a pozostali zaczyna­ją doświadczać niewytłumaczalnych zjawisk, zaciera się granica między przygodą a koszmarem.

Mroczne ruiny, które zmienią również Ciebie.


Dziesiąta ofiara Ola Kuczyńska

Dziesiąta ofiara Ola Kuczyńska

"... to miasto jest nafaszerowane złą energią."


Zaskakująco dobra była to opowieść, jeśli chodzi o cały pomysł i universum małego nawiedzonego miasteczka, pełnego Martwych Ludzi /no kto nie uwielbia?/. Świetna nazwa Przylepiec😎

Całość czyta się bardzo zgrabnie i choć nie ma tu podskórnego elementu grozy, który uwielbiam, to groza jest, ale bardziej namacalna: niektóre sceny bardzo obrazowe, dobry pomysł z pamiętnikiem ofiary. Narracja robi się chwilkami całkiem zwyczajna i spokojna, ale wisienka na torcie w postaci zakończenia warta uśmiechu.

Generalnie polecam: bardzo fajna, potencjalnie rozwojowa opowieść horroru pełnego mściwych duchów, bez oszustw.


MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Redfern od lat spowijają mroczne legendy: o zaginionych ludziach, przeklętej ziemi i duchach, które nigdy nie zaznały spokoju. Mieszkańcy są w szoku po odkryciu, które lokalna policja określa jako jedną z najbardziej makabrycznych zbrodni w historii regionu, gdy w opuszczonej posiadłości pośród lasu odnaleziono dziesięć ciał. Dziewięć z nich nosiło ślady wyjątkowo brutalnych obrażeń. Ofiary były porozrywane, okaleczone, a według wstępnych ustaleń śledczych wszystkie zwłoki pozbawiono serc.

Dziesiąte ciało odnaleziono w kącie tego samego pomieszczenia. Był to młody mężczyzna, Anthony Murray, 21-letni mieszkaniec Redfern, którego powieszono.

Śledztwo trafia w ręce detektywa Eliota Mercera – człowieka naznaczonego stratą, dręczonego przez przeszłość i własne demony. Wśród ofiar znajduje się Tony Murray, który od zawsze widział to, czego inni nie potrafili zobaczyć.

Im bardziej Mercer zagłębia się w sprawę, tym wyraźniej zaciera się granica między rzeczywistością a koszmarem. Bo pewne sekrety powinny pozostać pogrzebane, a niektóre martwe dusze nigdy nie odchodzą.

W miejscu, gdzie przeszłość wciąż oddycha, prawda może okazać się bardziej przerażająca niż sama śmierć.

W Redfern nic nie jest tym, czym się wydaje.

Sesja 9 Christian Francis

Sesja 9 Christian Francis

"Przez kolejne lata Szpital Stanowy w Denvers stał nietknięty, gnijący aż do fundamentów. Zły duch nawiedzający lokalną społeczność. Spoczywał na granicy miasta w cichej złości. Uśpiona bestia, z którą nikt nie ośmielił się skonfrontować."


Bardzo lekko się to czytało i dość przyjemnie, ale jakoś tak bez stuprocentowego klimatu, jaki powinien być odczuwalny w tego rodzaju opowieściach, bo pomysł jest mega super.

Film był w podobnej tonacji, co jest oczywiste. Generalnie polecam, jeśli ktoś lubi lekkie /choć takie nie powinny być w tej tematyce/ opowieści o opuszczonych szpitalach psychiatrycznych, szaleństwie i dwuznaczności.


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

„Sesja 9” to adaptacja amerykańskiego horroru psychologicznego z 2001 roku w reżyserii Brada Andersona. Ekipa zajmująca się usuwaniem azbestu podejmuje się zlecenia w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym Danvers State Hospital. Ich pracy towarzyszą narastające napięcie i tajemnicze wydarzenia. Tytuł nawiązuje do serii sesji terapeutycznych ze szczególną pacjentką, której tragiczną przeszłość poznajemy równolegle z doświadczeniami zespołu.

Brytyjski autor horrorów, Christian Francis, znany z powieści opartych m.in. na „Titan Find”, „Wishmaster” i „Vamp” rozwija scenariusz filmu „Session 9”, ukazuje portrety psychologiczne bohaterów, zabiera Czytelnika w mrok i sekrety ponurych, szpitalnych korytarzy.



FILM


Nadprzyrodzone. Śledztwo w sprawie duchów Will Storr

Nadprzyrodzone. Śledztwo w sprawie duchów Will Storr

 "... jeżeli przyjmę, że duchy istnieją, twarde mury mojego zdroworozsądkowego i racjonalnego świata runą jak olbrzymie domino rzeczywistości. Bo jeśli nie umieramy wtedy, kiedy umieramy, to nic nie jest takie, jakie się wydaje, i wszystko można zakwestionować. Cała logiczność znika [...] Muszę zatem znaleźć odpowiedzi. Bo na razie nawiedzają mnie pytania."

Demonolodzy w wersji amerykańskiej?

Zaskakująco dobre i zaskakujące działające na wyobraźnię toto było. Czytamy sobie o różnych przypadkach. Czytamy sobie o różnych podejściach. Czytamy sobie o różnych sytuacjach, które można sobie interpretować niezależnie od tego, co nam sugeruje autor.

Jest tutaj dużo takich nawet dosyć strasznych historii. Niektóre są naprawdę klimatyczne i dość działające na wyobraźnię. Szkoda tylko, że nadmienionych i nierozwiniętych, ale każdy może sobie doczytać w temacie, bo początek już ma.

Ja bym tego nie traktowała w kategoriach reportażu. Jeśli ktoś się nastawi, że to takie opowieści o duchach, będzie miał o wiele lepszy odbiór. Ale opowieści o duchach w stylu demonologów troszkę. 

Podobało mi się podejście autora, który wszedł w ten świat z nastawieniem: w nic nie wierzę. Udowodnijcie mi, że coś istnieje 😎

Czy się dowiedział i uwierzył?

...

Oczywiście, jak to z reportażami bywa, wkrada się pewna monotonia, ale każdy rozdział oferuje prawie inną historię i to też dodaje rumieńców. Przy niektórych historiach chce się zostać troszeczkę dłużej i dociekać więcej. Przy niektórych nie, ale generalnie pozycja warta przeczytania dla miłośników tematu i nie tylko.

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Kiedy Will Storr wyrusza do Filadelfii, by na zlecenie magazynu „Loaded” napisać artykuł o łowcy duchów, ma nadzieję trafić na fantastyczną historię amerykańskiego ekscentryka. Nie zdaje sobie sprawy, że właśnie zaczyna się przygoda jego życia, a następne kilka lat spędzi wśród badaczy zjawisk nadprzyrodzonych, duchoholików, demonologów, druidów, szamanów, parapsychologów i świadków opętań, że będzie poszukiwał demonów, widm, poltergeistów i zjaw kryzysowych, odwiedzał cmentarze i nawiedzone domy, a wreszcie – spierał się z watykańskimi egzorcystami, filozofami i psychiatrami.

Nie wie, że przyjdzie mu zakwestionować wszystko, w co do tej pory wierzył, a za każdym razem, kiedy wyda mu się, że odkrył prawdę, znów wydarzy się coś, co przyprawi jego racjonalne „ja” o duchowy zawrót głowy. Nie spodziewa się też, że najbardziej przerażające okaże się pytanie: czy to możliwe, że duch nie istnieje? Że jesteśmy tylko materią?


Mary. Przebudzenie grozy Nat Cassidy

Mary. Przebudzenie grozy Nat Cassidy

"To, że coś istnieje w twojej głowie, Mary, nie oznacza, że nie dzieje się naprawdę."

Zarypisty wstęp który od razu zrozumiałam bo miałam takie same klimaty jak autor jeśli chodzi o film Carrie poprzedzał powieść, która okazała się cieżkim kalibrem.

Ale nie w odbiorze, bo czytało się to rewelacyjnie, prawie jak kingowskie opowieści, ze szczególnym nastawieniem na Szpital Królestwo, choć nie wiem, dlaczego to akurat tak mi się skojarzyło.

Ciężkim, bardzo mrocznym i nie do końca rozsupłanym nieoczywistym, nasączonym dwuznacznością i złem pod przykrywką dobra lub też odwrotnie - tego nie wiemy do sameego końca - tematem była tu sama Mary. 

I dopiero po przeczytaniu całości stwierdzam, na czym polegał fenomen tej bohaterki, która we wstępie została porównana do Carrie, choć przez całą historię ani razu nie miałam absolutnie żadnego skojarzenia z Carrie.

Ciężar.

Jest on ciągle gdzieś tam rysowany, chowany pod powierzchnią, gdzieś sobie tam przenika i chowa, sygnalizuje, żeby w końcu pokazać się z całym swoim dramatyzmem.

I fenomenem.

Ta powieść posiada jesestwo Carrie.

"Tuż pod powierzchnią umysłu-w mojej własnej mentalnej pustej przestrzeni-strach zaczyna miotać się w ciemnościach."

Drugim fenomenem przeze mnie uwielbianym jest nieoczywistość. Wysuwa się tu ona na pierwszy plan, nawet przed dramatem, co jest świetnym zabiegiem, bo cały czas niby wiadomo, o co chodzi, ale jednak gdzieś tam się tli coś jeszcze, w zakamarkach umysłu i przeczuć.

Nie tylko głównej bohaterki.

"Nie pamiętam ani przeszłości, ani teraźniejszości. Jak mogę wiedzieć, kim jestem, skoro nie wiem, kim byłam?"

Czytało się to nie szybko, emocjonalnie klimatycznie, grozowo i obrazowo, choć jak zawsze będę wspominała tą bardzo świadomą i dojrzałą powieść, na pierwszy plan wysunie się słowo - ciężar.

"... tylko nie róbmy nic naprawdę Złego, bo nie jestem gotowa na rezygnację z tego, czego mnie wyuczono, i wciąż pragnę być Dobra."

P.S. Jestem fanką cioci Nadine.


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Mrożąca krew w żyłach powieść, łącząca w sobie przerażające schematy małej społeczności znanej z „Midsommar“ i powolnego popadania w obłęd jak w „American Psycho“


„Mary to książka inna niż jakiekolwiek wcześniej: thriller o seryjnym mordercy, który jest w połowie opowieścią o duchach, a w połowie horrorem o opętaniu, z rezydencją zbudowaną jak labirynt i sektą zamieszkującą pustynię Ameryki... Mary to horror o przekwitaniu, który rzuca tak potrzebne światło na zaniedbany typ postaci poprzez czarny humor i sceny wspaniałej rzezi“. - Esquire


Mary jest cichą kobietą w średnim wieku, która stara się wtopić w tło. Chce być niewidzialna, niewyróżniająca się. Na tyle nieinteresująca, aby nikt nie zwrócił na nią uwagi. Ale ostatnio w Mary wszystko się zmienia. Uderzenia gorąca i bóle w całym ciele, to nie jedyne schorzenia, które utrudniają jej codzienność. Kobieta nie może spojrzeć w lustro, bo od razu mdleje. Najgorsze są jednak głosy w jej głowie... nakłaniające ją do robienia okrutnych rzeczy. Kiedy zostaje zwolniona z pracy, decyduje się wrócić do rodzinnego miasta. Liczy na to, że pomoże jej to znaleźć spokój i pogodzić się ze swoją przeszłością. Zamiast tego, problemy się nasilają. Zaczyna mieć wizje przerażających zjaw kobiet. Pojawia się ich coraz więcej i wszystko wydaje się być połączone z seryjnym mordercą, który zmarł pół wieku temu.


Obowiązkowa lektura dla fanów horrorów



Coś się dzieje w naszym domu Josh Malerman

Coś się dzieje w naszym domu Josh Malerman

 "... Druga Mamusia chyba schowała się w szafie. Kiedyś myślałam, że tam mieszka.. Ale jednego razu, jak spytałam, co się stanie, jeśli wpuszczę ją do serca, powiedziała, że pójdę tam, skąd ona przyszła. Zamienimy się miejscami."


To było REWELACYJNE!

To jest STRASZNY horror w STRASZNYM wydaniu i z nietypową narracją, która potęguje uczucie, że na wszystko patrzy się jakby przez dziurkę w kartonowym pudełku... A w tym pudełku dzieją się STRASZNE rzeczy!

Zarąbiasty zabieg z innowacyjną narracją/mistrzostwo!/, prowadzoną przez dziecko - uwielbiam to, choć wiem, że jest to bardzo trudna sztuka, która w tym przypadku udała się w 200% i za to chyba najbardziej 10/10! 

Jestem bardzo mocno zachwycona rasowością tej opowieści, która nie oszukuje - w każdym zdaniu jest naprawdę grozowa i przerażająca. W swoim spokoju relacji okiem dziecka, w swojej dziecięcej rzeczowości jest TYM BARDZIEJ przerażająca.

Proste słowa opisują demoniczne sytuacje, które od razu ułożyły mi się w głowie filmowo, z ciarami na skórze! Niektóre sceny są NAPRAWDĘ creepy, niby jednoznaczne, a jednak coś tam się jeszcze tli...

Świetne jest też to, że wszystko dzieje się od razu realnie i nie mamy wrażenia długo, że to są tylko wymysły małej dziewczynki...

Takie historie prowadzone w takim klimacie trafiają do mnie najbardziej.

Zakończenie??

MIODZIO koloru bezdennej czerni i pustki...

Ta powieść zasługuje na max punktów, bez ściemy - to fakt.

MEGA POLECAM! 


MOJA OCENA: 10/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

„Ta książka to potwór, który mieszka w twojej szafie”

Grady Hendrix, autor bestsellerów „Jak sprzedać nawiedzony dom” oraz „Final Girls. Ostatnie ocalałe”


„Jedna z najbardziej przerażających książek, jakie kiedykolwiek czytałem. Obiecuję, że wasze serce będzie szybciej bić”

Thomas Olde Heuvelt, autor bestsellerów „Hex” oraz „Wyrocznia”


Nowa powieść mistrza grozy!


DRUGA MAMUSIA MA PYTANIE...


TYM RAZEM BELLA MUSI DAĆ JEJ ODPOWIEDŹ.


Bella ma osiem lat, a rodzina jest dla niej całym światem. Kocha swoją mamę, tatę i babcię Ruth. Jednak jest jeszcze druga mamusia, która mieszka w szafie dziewczynki. To coś złego i strasznego, co codziennie pyta, czy może wejść do jej serduszka. I jest zmęczone tym, że dziewczynka mówi „nie”.


Kiedy w domu zaczynają dziać się przerażające rzeczy, Bella rozumie, że jeśli znowu odmówi drugiej mamusi, to karę za to poniesie jej rodzina. Potwór z szafy rośnie w siłę i zaczyna się niecierpliwić.


„Coś się dzieje w naszym domu” to mrożący krew w żyłach horror napisany z perspektywy ośmioletniej dziewczynki.


Zaleca się czytanie przy włączonym świetle i zamkniętej szafie.



Mistrz sceny Paulina Ziarko

Mistrz sceny Paulina Ziarko

"Zło zbyt często lubiło przekształcać niewinne zabawy w śmiertelne rozgrywki."

Druga część utrzymana w tonacji pierwszej, może troszkę mniej mroczna, bo związana ze środowiskiem cyrkowym, ale przez to bardziej klimatyczna.

Tak jak poprzednio - pomysły są dobre, sceny są creepy, ale troszkę brakuje tu duszy i takich płynnych przejść między treścią a mną. No i to bardziej urban groza.

Jednakże.

Obiecująco się zapowiada ta seria, więc na bank sięgnę po kolejną część, o ile powstanie.


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Każdy z nas uwielbia cyrk – te emocje, kolory, muzykę. Zazdrościmy artystom talentu i wolności. Ale co, jeśli do naszego miasta przyjedzie trupa pełna niepokojących tajemnic?


Flora stara się spełniać swoją rolę jako medium i całe dnie spędza z tragicznymi wspomnieniami dusz. Gdy do Międzysłowia przyjeżdża wędrowna trupa cyrkowa, mieszańcy robią wszystko, aby być na każdym występie. Sama Flora nie jest nimi żywo zainteresowana, dopóki się nie dowiaduje, że artyści mogą ukrywać pewną księgę, która w niewłaściwych rękach będzie siać spustoszenie w obu światach – zarówno wśród żywych, jak i umarłych.

Gdy w międzyczasie na jaw wychodzą tajemnicze porwania obejmujące cały kraj, jedyna istniejąca poszlaka prowadzi właśnie do cyrku.


Czy coś, co miało być tylko zabawą, może być drogą do koszmaru?




Aveline Jones i Wiedźmi Krąg Phil Hickes

Aveline Jones i Wiedźmi Krąg Phil Hickes


Tym razem też się nie zawiodłam, chociaż ta część była mniej ponura i straszna niż część 1, ale klimatu nie zabrakło. Super, że ciągle powstają nowe opowieści dla dzieciaków, które poruszają wyobraźnię i wnoszą pozytywne i ważne priorytety, bez zbędnej dziecinady.

Kolejna piękna okładka, kolejna dobra historia (ponownie smutna nieco) - czekam na więcej!

Polecam - z czystym sumieniem można robić takie prezenty młodszym i troszkę starszym.

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Odkryj tajemnice Wiedźmiego Kręgu i dowiedz się, czy czarownice istnieją naprawdę!


Aveline Jones to prawdziwa łowczyni przygód! Żadna opowieść o duchach, upiorne miejsce oraz podejrzani mieszkańcy nie umkną jej uwadze. Dlatego gdy jej mama wynajmuje letni domek w Norton Wick – wiosce, która słynie z tajemniczej kamiennej konstrukcji, nazywanej Wiedźmim Kręgiem, musi się o niej koniecznie dowiedzieć czegoś więcej! W jakim celu powstał krąg i co ma wspólnego z wiedźmami? Czy było to miejsce odprawiania magicznych rytuałów? Aveline zaczyna bliżej przyglądać się tej zagadkowej budowli.


W tym czasie poznaje Hazel, intrygującą miejscową dziewczynę, która zaskakująco dużo wie na temat wiedźm, kamiennego kręgu oraz… magii. Dziewczyny wspólnie badają Wiedźmi Krąg i spędzają razem czas. Aveline jednak zaczyna dostrzegać, że jej nowa koleżanka znacznie różni się od innych osób, które do tej pory poznała. Jej tajemniczość wzbudza w dziewczynie coraz większy niepokój. Kim tak naprawdę jest Hazel i jakie skrywa sekrety? Co ma wspólnego z Wiedźmim Kręgiem?


Daj się wciągnąć w niezwykłą przygodę i odkryj tajemnice skrywane od tysięcy lat. Sprawdź, co się wydarzy, gdy nieoczekiwanie prawda zacznie wychodzić na jaw!


Seria o Aveline Jones to przepełnione upiornym klimatem opowieści dla wszystkich młodych czytelników, którzy podczas lektury uwielbiają czuć dreszczyk emocji! Poznaj również pierwszy tom: „Aveline Jones i duch z Malmouth”.


Abyzou/The Offering 2023

Abyzou/The Offering 2023

Bardzo fajny klimacik, troszkę przypominał mi horrorek Kronika opętania i właśnie ten klimat wygrywa, całość dość nierówna, ale przyjemnie się to oglądało w miarę, choć strasznych momentów raczej nie ma, bardziej tu chodzi o samą historię (podobną do osobnej drugiej historii o dybuku w świetnej antologii niewyjaśnionych creepy historii: Niewyjaśnione Richarda MacLeana Smitha).

Polecam na przyjemny wieczorek.


MOJA OCENA: 6/10

ZOBACZ TRAILER!

TU

***

Owiana posępną legendą, demoniczna istota o imieniu Abyzou w żydowskiej tradycji obwiniana była o powodowanie poronień i śmierć niemowląt. Kierowała się ponoć zawiścią, gdyż sama nie mogła zostać matką. Złą moc sprzed wieków nieświadomie uwalnia główny bohater filmu – Art, gdy próbuje nakłonić swego ojca, ortodoksyjnego Żyda, do sprzedaży domu pogrzebowego. Do rodzinnej kostnicy trafia tajemnicze ciało, w którym zamieszkuje starożytny demon. Przebudzony, skupia uwagę na ciężarnej żonie Arta.



Gościni Marcin Napiórkowski

Gościni Marcin Napiórkowski

"Przez umysł przebiega granica dzieląca dziwne od potwornego."

Bardzo nierówna opowieść, mająca swoje genialne momenty (jak sam pomysł, świetne SOCZYSTE fragmenty, pałające grozą), jak też i słabsze (lekkie przegadanie, rozmycie atmosfery, zbytnia "lekkość" w porównaniu z tematyką, która jest mega potencjalna). Pierwszy raz spotkałam się z takim pomysłem i bardzo mi się podobał, sama forma przekazu już dużo mniej.

Czytało się lekko i przyjemnie - może zbyt lekko, a wielka szkoda. Jeśli chodzi o porównania do Kinga - bez przesady, kompletnie nie ta półka.Tu miałam takie wrażenie, jakby do świetnego scenariusza dobrano złych aktorów i pozostał lekki niedosyt. 

Nie wystarczy małe miasteczko, które sprawia wrażenie zbyt idealnego, postacie, które są zbyt idealne, atrakcje, które wydają się spełnieniem marzeń, idealne miejsce, które jest... pułapką. Dusza jest ważna w powieści i ważna jest jej esencja - tu zaprzepaszczona gdzieś tam w którymś momencie, ale i tak jakoś dziwnie mi się nasuwa na koniec języka sformułowanie: "sympatyczna powieść" - tylko czy to dobrze, jeśli chodzi o literaturę grozy? 

Sam pomysł: ocena 8. Całość na 6, ale z symaptii.

"Monstra żerują zazwyczaj w głębinach oceanu naszej nieświadomości."

MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Małomiasteczkowy horror Marcina Napiórkowskiego! Stephen King spotyka Umberta Eco.


Kiedyś Jaworski był sfrustrowanym nauczycielem historii. Dziś znany jest jako Pan Wycieczka – twórca najpopularniejszego kanału o familijnych podróżach na YouTubie. Na oczach tysięcy followersów jego rodzina przemierza polską prowincję, w pogoni za lajkami gubiąc jednak coś ważnego…


Wypad w Beskidy nieoczekiwanie zmienia się w przerażającą przygodę, która każdego z członków rodziny skonfrontuje z wypartymi traumami i zmusi do przemyślenia swojego życia. Jaworscy chronią się przed burzą w domu starszego małżeństwa, a rano odkrywają, że dotarli do idyllicznego miasteczka, które dotychczas omijali podczas swoich podróży. Uśniejów pełen jest turystycznych atrakcji, życzliwych ludzi, sielankowego spokoju i tajemnic. Każdy członek rodziny znajdzie tu dokładnie to, czego szukał. Wkrótce jednak boleśnie sobie uświadamiają, że spełniają się tu nie tylko marzenia, ale też najgorsze koszmary.


AUTOR


Gęsia skórka serial 2023

Gęsia skórka serial 2023

Na pewno serial, który z odcinka na odcinek rozkręca się coraz bardziej - generalnie ogląda się lekko, czasem zabawnie, nie zawsze strasznie.
Atutem jest klimacik małego miasteczka (przepiękne swojskie klimaty, szczególnie chata Biddle i knajpka Nory) oraz tracklista - świetnie się słucha w tle tych wszystkich kawałeczków.
Polecam, nie jest to zmarnowany czas - kino zdecydowanie familijne, ale przyjemne dla oka i ucha.


MOJA OCENA: 6/10

ZOBACZ TRAILER!


***

Zainspirowany bestsellerową serią książek R.L. Stine'a, "Gęsia skórka" śledzi grupę pięciu licealistów w małym miasteczku Port Lawrence, którzy odkrywają mroczne sekrety związane z tragiczną śmiercią nastoletniego chłopca o imieniu Harold Biddle, która miała miejsce trzy dekady wcześniej. Po zorganizowaniu

 imprezy Halloween w starym domu Biddle'ów nastolatkowie znajdują się w nowej, nawiedzonej rzeczywistości, w której muszą połączyć siły, aby uratować miasto, dowiadując się czegoś o sobie i swoich rodzicach. 


SOUNDTRACK



Mów do mnie/Talk to me film 2022

Mów do mnie/Talk to me film 2022

Bardziej niepokojący niż straszny - i to akurat jest na plus. Nie ma tu ducha wyskakujacego z pudełka jak Filip z konopii, ale jest klimat stałego zagrożenia i poczucia, że coś jest nie tak...

I nie znam osoby, której nie przerażałyby czarne spojówki...

Polecam, seans idealny na 23.00 😎


MOJA OCENA: 7/10

ZOBACZ TRAILER!

TU

***

Tajemnicza zabalsamowana ręka pozwala grupie przyjaciół wprowadzać w swoje ciała duchy nieżywych. Jednak kiedy złamią reguły gry, życie każdego z nich zamieni się w koszmar.



Ukryty wymiar/Event Horizon Steven E. McDonald

Ukryty wymiar/Event Horizon Steven E. McDonald

"Ten statek zaginął w głębokiej przestrzeni kosmicznej siedem lat temu. Gdyby Titanic wpłynął do portu w Nowym Jorku, uznałbym to za bardziej wiarygodne."

Statek kosmiczny, powracający jak widmo po siedmiu latach nieobecności w naszej Galaktyce.

Gdzie się podziewał?
W Ukrytym Wymiarze.

Kto nie kocha takich opowieści???!!!

Statek badawczy Event Horizon, który został stworzony po to, by mógł się poruszać szybciej niż światło, pokonywać zagięcia czasoprzestrzeni i poznawać tym samym inne wymiary kosmosu, pojawia się nagle w naszej przestrzeni kosmicznej i zaczyna nadawać sygnał tajemniczej transmisji sugerujący, że na pokładzie jest ktoś (?) żywy.

Na pokład statku widmo wyrusza kilkuosobowa ekipa poszukiwawczo-ratunkowa wraz z jego twórcą, doktorem Weirem, który obsesyjnie badał zniknięcie swojego "dziecka" przez te wszystkie lata.

"Weir i jego zespół stworzyli coś, co było bardziej gotyckim monstrum niż statkiem kosmicznym, coś o łukowatych dźwigarach i dziwnych kątach, o ciemności i głębi, której gołe oko i umysł nie były w stanie oszacować."

Pierwsze, na co napotyka ekipa po wejściu na statek jest ząb trzonowy, który wraz z korzeniem i resztkami ludzkiej tkanki swobodnie dryfuje w próżni statku...

I tak zaczyna się prawdziwy koszmar całej załogi i czytelnika!

A koszmary ożywają.

"Czekam - powiedziała, a jej głos wypełnił rzeczywistość podtekstem krzyku, syczenia i pełzających głosów. 
Jego dusza rozpadła się na kawałki."

Co znajdzie załoga malutkiego statku na pokładzie potwora? 

Ciemność, mrok i szaleństwo pochodzące z Innego Miejsca: "W końcu jedynym sposobem na poradzenie sobie z ciemnością była walka na jej własnych warunkach, w martwym punkcie, poddając się temu ostatniemu zanurzeniu w nieznane" ponieważ napęd statku, którym była sama "uwięziona" czarna dziura tworzył bramę... do piekła.
"Ten statek [...] zna nasze skerety. Wie, czego się boimy. Jest w naszych głowach [...] ten statek wyszedł poza nasz wszechświat, poza rzeczywistość. Kto wie, gdzie był... co widział. [...] I co ze sobą przywiózł."

Powieść jest równie przerażająca, jak film. Szkoda, że nikt w Polsce nie pokusił się o wydanie tej jednej z najbardziej przerażających wizji Czarnej Dziury, jaką można sobie chyba tylko wyobrazić!

"Tam, dokąd zmierzamy, nie będziemy potrzebowali oczu, żeby widzieć."

Ocena ze względu na sentyment oraz niezmiennie przez lata przeświadczenie, że jest to jeden z najbardziej przerażających horrorów wszech ever czasów. Dla mnie.


MOJA OCENA: 10/10

ZOBACZ TRAILER!

TU

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Prolog

 

Kosmos jest głęboki.

Płynąc w dół przez noc, myśl ta przyszła nieproszona, wystrzeliła przez zamęt. Ciemność była niemożliwa, wypełniała wszechświat, wlewała się w dół i na wskroś, przytłaczała. Pod płaszczem rozsądku wzbierał bezmyślny strach, mrożąca krew w żyłach fala, która pochłaniała wszystko, co stanowiło o racjonalności i inteligencji. Nastąpił zawrót głowy, nie-świat wirował, mijał w nieznośnym pędzie, nie miał początku ani końca.

Kosmos jest głęboki.

Ciemność zamarła, rozmyła się. Wszelki ruch i światło gwiazd rozbłysły. Z jasności nie dało się czerpać ciepła, było tylko zimno, które przenikało do duszy, skuwając ją lodem. Naukowy umysł mógłby znaleźć lukę w terrorze, spekulując na temat tego zjawiska, gorączkowo pracując nad sprowadzeniem go do zbioru danych statystycznych. Oczywiście, że było zimno: tutaj, w próżni, temperatura ledwo przekraczała zero absolutne.

Przestrzeń kosmiczna jest głęboka.

Znowu ten szept, zdający się wypełniać wszechświat. Unoszenie się, obracanie w tej nierzeczywistości, chronionej przed zimnem i próżnią. Brak kontroli, brak woli, obracanie się wbrew woli. Błękit wypełnił przestrzeń gwiazd, połączył się, stał się świecącą niebieską kulą. Daleko, a potem bliżej w oku umysłu, na tyle blisko, by zobaczyć wzory potężnych wiatrów. Neptun stał na tle gwiezdnego krajobrazu, błękitny majestat w rozgwieżdżonej misie nieba.

To był więc koszmar, a nie sen; raczej przerażenie niż uwolnienie. W dzisiejszych czasach, kiedy czas stępił wrażenia i odrętwienie stało się sposobem na życie, łatwiej było to zaakceptować. Tablica nie została wymazana, ale nie było już potrzeby odczuwania czegokolwiek, i to było dobre.

Większy ruch, pogrążanie się bezradnie w kierunku Neptuna, wciąganie. Znowu naukowy umysł próbował ratować sytuację, rozważając składniki atmosfery, prędkość wiatru, masę planety. Cichy strumień faktów i liczb nie spowodował tym razem ustąpienia przerażenia, a krzyk podniósł się, by zginąć w zimnej ciszy kosmosu. Fragmentaryczna racjonalna myśl: to było normalne, tak powinno być.

Znów ustał ruch. Neptun, boleśnie błękitny, pełen energii swych monstrualnych wiatrów, wypełnił niebo. To był znajomy obraz, z czasów, gdy w niebie wyrwano dziurę i wrzucono do niej życie. Żadna ofiara nie wydawała się wystarczająca, by przebłagać tego rozgniewanego boga.

Na tle błękitu pojawiła się ciemna plama. Dryfował, obracał się, podchodził bliżej, na tyle blisko, by dostrzec kontury statku, ostre i wyraźne, jeszcze jeden znajomy obiekt na tym nieznanym terenie. Kąty uformowane z tytanu, stali i plastiku. Ten dryfujący statek kosmiczny nie był mały, nigdy nie był pomyślany jako jednostka kompaktowa. Gotycka złożoność od końca do końca odzwierciedlała pasję i dziwność jego projektantów i konstruktorów, wewnętrzny świat jego głównego twórcy.

Ruch naprzód nie ustawał. Coraz bliżej i bliżej, potem w metal, w lodowatą ciemność, a następnie w niebieskie światło wpadające przez okna, które nie musiały tam być. Nie było grawitacji, nie było podtrzymywania życia, a jedyne światło pochodziło z zimnego blasku Neptuna. Wokół błyskały i migotały niebieskie światła, poruszając się powoli i z gracją w powietrzu, kawałki i odłamki metalu, szkła i lodu uwolnione w wyniku jakiejś nieznanej katastrofy. To było Gravity Couch Bay, wyłożone wysokimi pojemnikami ze szkła i stali, współczesna wersja trumny Śpiącej Królewny. W tych trumnach nikt teraz nie drzemał, nie działały też żadne z niezliczonych przyrządów.

W ciemnej plamie trwał ruch. Błyski czerwieni rozproszyły wszechogarniający błękit Neptuna. To był mostek, zatłoczony instrumentami, powietrze wypełnione drobinkami pyłu i lodu. Neptun wypełniał grube kwarcowe szyby, oświetlając zakamarki i szczeliny. Jedyną ulgę w mroźnym błękicie przynosiło pojedyncze czerwone światło, migające w kółko, jaskrawe, krwawe, będące znakiem pracującego sygnalizatora awaryjnego.

Inne światła migotały teraz, jakby statek zdawał sobie sprawę z obecności intruza na pokładzie. Cienie krążyły po mostku, to znów znikały, zmywane przez blask.

Było tu coś jeszcze. Światła migotały i rzucały cienie, ale jeden z tych cieni nie był nieruchomy. Unosił się w powietrzu.

Kosmos jest głęboki.

Obraca się bez woli, bez kontroli. Przy konsoli steru znajdowała się postać, zawieszona w mikrograwitacji, delikatnie opadająca. Mężczyzna w kombinezonie lotniczym, który wydawał się absurdalnie pognieciony, rękawy odsunięte do tyłu, niewyraźne ciemniejsze plamy na tkaninie. Ramiona mężczyzny były rozłożone szeroko, zastygłe w miejscu, jakby jego ostatnią czynnością było odepchnięcie czegoś... lub, być może, przytrzymanie czegoś, co nie chciało się utrzymać w miejscu.

Z gracją zamrożona postać obróciła się. Twarz mężczyzny rozmyła się z cienia w ostrym świetle Neptuna. Był doskonale zakonserwowany w tym środowisku, oczywiście, to był jeden szczegół, którego nie można było przeoczyć.

Oczy zniknęły, zostały wyrwane, gałki oczne poczerniały, jakby przez kauteryzację. Śmierć była traumatyczna i szybka, ofiara została złapana i zamrożona w akcie krzyku. Odwróciwszy się, zwłoki przybliżyły się, twarz była wystarczająco rozpoznawalna mimo okaleczenia.

Przestrzeń jest głęboka.

Zanurzył się z powrotem w ciemności, a potem w szarej rzeczywistości, obudzony, spocony, skomlący. Chwytając się rzeczywistości, odnalazł jej uchwyt w postaci swojego imienia: dr William Weir, okryty hańbą twórca zaginionego Event Horizon (Horyzont Zdarzeń), który był powodem jego koszmarów.

Imię bezokiego umarłego.

 

Rozdział Pierwszy

 

Dr William Weir otworzył oczy i spojrzał na szary wszechświat. Po raz kolejny bezdyskusyjnie wyładował się na bladej rzeczywistości, wyładował się na przyziemnym świecie, który na swój ponury sposób był równie zły, jak świat, który żył w jego snach.

Leżąc na łóżku, w pościeli zmiętej na jego smukłym ciele, wpatrywał się w słabo widoczny sufit swojej kawalerki. Z biegiem lat ta część przebudzenia stała się rytuałem. Sufit był jego ikoną, jego mandalą, tak pozbawioną cech charakterystycznych, że odkrył, iż pomaga mu się skupić. Przez lata sufit pomagał mu odnaleźć drogę do jednego pomysłu za drugim. Wiele poranków spędził, leżąc bezsennie, z obrazami i rozwiązaniami kłębiącymi się w jego nadaktywnym mózgu, podczas gdy Claire...

Odwrócił głowę, marszcząc czoło, gdy krople potu spływały strumieniami i wdzierały się w rysy twarzy. Sny zbierały swoje żniwo, nawet wtedy, gdy nie pamiętał nic więcej poza uczuciem niepokoju. Kiedy się obudził, mógł wyprzeć niepokój, a nawet przerażenie, na tył głowy, zakopując je pod faktami i liczbami.

Podniósł się lekko, na tyle, by dosięgnąć włącznika lampki nocnej i pstryknąć go kciukiem. Nagła jasność halogenowego światła zmusiła go do zmrużenia oczu. Kontury mieszkania stały się wyraźne, a on skrzywił się, próbując zaprzeczyć ostremu bólowi, który zawsze pojawiał się, gdy zapalał światło. Ból minie, zawsze tak było.

Oprawione w ramki fotografie zajmowały szafkę nocną, nie pozostawiając miejsca na nic poza lampą. Spoglądanie na zdjęcia stało się częścią jego porannego rytuału, tak samo jak wpatrywanie się w sufit i skupianie się na sobie. Zdjęcia były wszystkim, co mu pozostało, jeśli nie liczyć wystroju mieszkania. Niewiele miał z tym wspólnego, nie przejmował się szczegółami, byle tylko dobrze się czuć przez ten krótki czas, który tam spędził.

Na szafce nocnej leżało jeszcze jedno zdjęcie, nieoprawione w ramkę. Podniósł je i położył się z powrotem na łóżku, ignorując zimne miejsca, w których pocił się w pościel. Wpatrywał się w zdjęcie, próbując odnaleźć się tam, obok niej, obok Claire. W chwili robienia zdjęcia wyglądała na chorą, jej skóra była blada i woskowa, starzała się przed czasem. Uśmiechała się odważnie do aparatu, pomimo tego, jak się czuła, pomimo depresji. Zawsze była silna, gotowa do walki, by wydostać się z zakrętów, w które czasami wpychało ją życie.

Zamknął oczy, przyciskając fotografię do czoła, pragnąc, by czas się cofnął, by wszystko się zmieniło, pragnąc, by ich życie potoczyło się inaczej dwa lata temu, dziesięć lat temu, od samego początku.

"Tęsknię za tobą" - wyszeptał, a jego ramiona się zatrzęsły.

Odłożył fotografię na bok i ponownie otworzył oczy. Nic się nie zmieniło, nic się nie zmieniło i nigdy się nie zmieni. Reguły jego fizycznego świata nie pozwalały na takie rzeczy i nie pozwalały mu cofnąć czasu. W jego świecie nie istniała żadna siła wyższa niż prawa fizyki.

Odepchnął prześcieradło i powoli podniósł się z łóżka, próbując się rozprostować, ignorując drobne oznaki starzenia się pleców i stawów. Zaprzeczanie procesowi starzenia się - a raczej ignorowanie tego, co fizyczne, na rzecz tego, co mózgowe - doprowadziło go na pewien czas do obsesji na punkcie stopniowej degradacji ciała. To w końcu wygasło, pozostawiając mu tylko okresowe e-maile z siłowni o odnowieniu członkostwa i sporadyczne pseudo-zaniepokojone uwagi od homeopaty.

Wszedł do łazienki, zwyczajowo wykonując ćwierć obrotu, aby przejść przez wąskie drzwi, i nie zawracał sobie głowy ich zamykaniem. W zwolnionym tempie szybko się wysikał, po czym szybko umył ciało, zmywając z niego ślady potu i nagromadzony brud.

Rozłożył swój zestaw do golenia, napełniając kubek parzącą wodą. Starannie spienił twarz i podniósł prostą brzytwę o perłowej rączce. Powolnym, ostrożnym ruchem otworzył ją, odbijając skrawki swojej pokrytej bruzdami twarzy. Obrócił lekko brzytwę w dłoniach, zobaczył twarde, zimne odbicie swoich oczu.

Odrzucając ten obraz, spojrzał w lustro i przyłożył krawędź brzytwy do twarzy, goląc się gładkimi, równymi pociągnięciami. Ten sposób golenia był anachronizmem, postrzeganym jako afektacja, tolerowanym lub ignorowanym przez tych, którzy wiedzieli o jego skłonnościach. Kiedyś Weir wolał ten sposób golenia, dziś był to już tylko nawyk. Golenie się w ten sposób było kolejnym wymuszeniem precyzji, kolejnym elementem w planie kształtującym jego życie. Podobnie jak wiele innych elementów tego planu, golenie to stało się odruchem.

Kapanie. Zaskoczony tym dźwiękiem, podniósł maszynkę z dala od twarzy, a jego oddech na chwilę się zatrzymał. Wyraźnie słyszał szept powietrza przechodzący przez kratkę wentylatora w łazience. Kapanie. Spojrzał w bok na swoje odbicie, skupiając się na wannie ukrytej w rogu maleńkiej łazienki. Kapanie. Powoli odwrócił się, wpatrując się w nią.

Czuł, że jest mu bardzo zimno, ale wiedział, że temperatura się nie zmieniła.

Woda sączyła się z kranu, łącząc się w duży, nieporęczny bąbel, zanim ustąpiła pod naporem grawitacji. Dziwne, pomyślał, że grawitacja wymaga od nas tak wiele, że kiedy odpoczywamy, zasypiamy.

Kapanie.

Odwrócił się z powrotem do lustra i wznowił golenie, powoli, dokładnie i gładko. Spryskał twarz wodą i wytarł się do sucha, a kiedy skończył, odrzucił ręcznik na wieszak. Zauważył, że łazienka wymaga sprzątania, ale nie miał ochoty często się do tego zabierać. Wziął grzebień i niedbale przeczesał włosy, układając je z powrotem na miejsce. Był naukowcem, a nikogo tak naprawdę nie obchodziło, jak naukowiec wygląda. Proszę tylko dostarczyć superbombę, doktorze, a my pominiemy pańskie naruszenie zasad ubioru.

Z łazienki do szafy, zmiana ubrań, połowiczne wygładzanie zagnieceń. Ubrany, poszedł do aneksu kuchennego, otworzył maleńką lodówkę i bezradnie wpatrywał się w jej bezładne wnętrze. Był pewien, że powstają tam nowe formy życia; tymczasem badanie dało tylko zwykłe dane archeologiczne. Pewnego dnia będzie musiał włożyć tam coś świeżego albo zorganizować ekipę od skażeń biologicznych, która usunie lodówkę.

Otworzył szafkę, wyjął pudełko płatków owsianych błyskawicznych, dodał do nich mleko w proszku, wodę, sól i zbyt dużo cukru, po czym naświetlał mieszankę w mikrofalówce, aż stała się odpowiednio nieapetyczna i nabrała konsystencji przypominającej mokre, słodzone trociny. Nabierając do ust łyżkę tego niepożądanego paliwa i przeżuwając ponuro, podszedł do okna. Jeszcze jedna porcja zbyt słodkiej papki, a potem ostatnia część porannego rytuału.

Wyciągnął rękę i otworzył żaluzje zasłaniające okno. Gwiaździsty krajobraz wpadał do środka, nadając kolor jego szaremu światu. Gwiazdy były główną atrakcją tej części habitatu na Stacji Dziennej - Ziemia leżała poniżej nich, po stronie "południowej", a z jego kwatery widać było jedynie wesołą poświatę przy dolnej krawędzi okna, jeśli tylko odpowiednio się pochyliło. Weir nigdy nie zadawał sobie trudu, by próbować uchwycić tę poświatę i nigdy tak naprawdę nie patrzył na krajobraz gwiezdny, nigdy tego nie robił, jego umysł zawsze zaprzątało coś innego. Obecnie, gdy patrzył w tę stronę, jego umysł był zazwyczaj pusty, pogrążony w snach i koszmarach. Mimo to teraz nic do niego nie docierało, tylko twarda jasność zbyt wielu gwiazd widzianych przez próżnię.

Skończył owsiankę, skierował się do aneksu kuchennego i włożył miskę do zmywarki. Kilka innych, pokrytych różną ilością zbutwiałej owsianki, stało już na górnej półce. Ostrożnie zamknął maszynę i nalał sobie szklankę letniej wody.

Wideofon zabrzęczał gniewnie, zaskakując go. Postawił szklankę na blacie kuchennym i podszedł do telefonu. Ledwie pamiętał ostatni telefon, który odebrał - nikt do niego nie dzwonił, chyba że czegoś potrzebował. Większość ludzi, których znał lub z którymi pracował, starała się nie potrzebować niczego od niego.

Wideofon znów zabrzęczał. Pociągnął za dolną wargę, marszcząc czoło na pustym ekranie urządzenia. Niecierpliwie przeskanował tabliczkę z nazwą - Microsoft-NYNEX - po czym, gdy rozległo się trzecie brzęczenie, machnął ręką nad czujnikiem odbioru połączenia.

Powiedział "Tu Weir" i zdziwił się, że jego głos brzmiał jak zakurzony i nieużywany. Zanotuj sobie, Billy Weir: musisz się bardziej integrować.

Ekran zaświecił się i wyczyścił. Weir nie był zaskoczony widokiem twarzy, która się pojawiła - nie mógł sobie wyobrazić powodu, dla którego miałby do niego dzwonić ktoś inny niż adiutantka admirała Hollisa, Lyle. Być może obsługa techniczna stacji, ale oni odpowiadali tylko na wezwania służbowe, a on od jakiegoś czasu nie wykonywał żadnego z nich.

Twarz Lyle, atrakcyjna, ciemna, zbyt młoda jak na stanowisko, które zajmowała w szeregach Dowództwa Lotnictwa i Kosmonautyki Stanów Zjednoczonych, wpatrywała się w niego bez wyrzutów sumienia, opanowana. Lyle nigdy nie starała się ukryć, jak bardzo jest tolerancyjna w rozmowach z Weirem, nigdy nie pozwalała Weirowi zapomnieć, jak cenna jest każda chwila jej czasu. Lyle siedziała po prawicy Boga. Hollis nigdy nie zrobił nic, żeby jego adiutant stracił to przekonanie.

Lyle uśmiechnęła się i powiedziała, a jej głos dobiegał z głośnika wideofonu: "Doktorze Weir, admirał Hollis chciałby się z panem jak najszybciej spotkać".

Weir zamknął na chwilę oczy, zasłaniając twarz Lyle. Wiedział. Poza wszelką nadzieją na racjonalne wyjaśnienie, wiedział. Hollis powinien był nauczyć asystentki, żeby nie starała się ukrywać tajemnic za maską dyplomaty.

Otworzył oczy, skinął chłodno głową i machnął ręką na czujnik odkładania słuchawki. Jak najszybciej, to na razie nic więcej, jak tylko MilSpeak, więc do diabła z Lyle, jeśli adiutantka miała problem z jego manierami.

Westchnął, przeczesał ręką nieuporządkowane włosy i wstał, by wyjść na spotkanie swojemu losowi.


Rozdział Drugi

 

Przejście przez Stację Dzienną nie mogło być dla Weira wystarczająco szybkie. Wątpił, czy dla admirała Hollisa również. Hollis nie był przyzwyczajony do czekania na cokolwiek, na co miał ochotę.

Ściany metra zamajaczyły na zewnątrz dworcowego środka transportu, ale Weir, zawieszony na pasku w pustym wagonie, nie zwracał na nie uwagi, woląc spędzić czas na rozmyślaniach w zakamarkach umysłu. Już wcześniej miał nadzieję, ale tym razem była to pewność, zimna i jasna, wiedza przekazana mu w formie snu. Mechanizm był nieznany, coś, co mógłby odrzucić bez zastanowienia, zanim zaczął badać pomysły, które dotyczyły sposobów odrzucania lub rekonfiguracji praw czasoprzestrzeni.

Znalazł drogę w dół króliczej nory do Krainy Czarów i był nieustannie zachęcany, pieniędzmi, materiałami i udogodnieniami, aż wszystko poszło strasznie źle. Mimo to nie mogli odebrać mu prawdy: to on znalazł króliczą norę i on wskazał drogę.

Transport wywiózł go do miejsca przeznaczenia, do sekcji dowodzenia USAC. Wokół niego przepływali ludzie, zajęci swoimi sprawami, nie zwracając na niego uwagi. Żadnego gwizdka bosmanów na mostku, tylko kilka lekceważących spojrzeń tu i tam, a poza tym ślepa ignorancja. Wątpił, by wielu z tych, którzy znajdowali się w strefie dowodzenia, wiedziało, kim jest. Jeszcze raz spojrzał na swoją odznakę bezpieczeństwa, upewniając się, że jest na swoim miejscu. Wszystko, czego potrzebował, to jakiś nadgorliwy ochroniarz, który by go znielubił.

W dowództwie znał się na rzeczy, od lat. Zerknął na ścienne wyświetlacze, ledwie przyswajając obrazy, i zanotował datę i godzinę. 23 sierpnia 2046 roku. Siedem lat od... Głęboko w trzewiach ogarnęło go zimne uczucie, jakby zebrała się tam rtęć.

Wszedł powoli do głównej recepcji. Zaczął się przedstawiać, ale uśmiechnięty mężczyzna za biurkiem zignorował go i wbił palec w terminal wideo znajdujący się przy jego prawej ręce. Weir stanął niepewnie pośrodku pieczęci USAC, którą - w ramach rażącego marnotrawstwa pieniędzy podatników - wydrukowano na wykładzinie z włókna syntetycznego. Symbole, pieczęcie i kody, według których żyli ludzie. Tak wiele rzeczy, którymi można gardzić, tak mało czasu, aby zrobić cokolwiek poza zaprzedaniem duszy za szansę na główną szansę. Wojskowa mentalność nie pozwoliłaby dobremu człowiekowi zatonąć całkowicie, ale zawsze było o jedną procedurę za dużo, gdy trzeba było uporządkować bałagan.

Weir obserwował podwójne drzwi do biura Hollisa, starając się nie chwiać nogami w oczekiwaniu. Po kilku chwilach jedne z drzwi otworzyły się i wyszła z nich Lyle, która szybko podeszła do Weira. Lyle wciąż miała dyplomatyczną minę, wciąż coś ukrywała. Weir spojrzał na nią z oburzonym wyrazem twarzy, mając nadzieję, że Lyle odniesie wrażenie, że jest równie mało zorientowany, jak ona.

Zanim weszli do biura Hollisa, wymienili tylko skinienia głową. W tym tempie, pomyślał Weir, będziemy mieli konferencję w języku migowym i chrząknięciach.

Biuro Hollisa nadal robiło wrażenie, zauważył Weir. Po jednej stronie znajdowała się ściana wideo, obecnie pusta. Inne monitory rozmieszczone w pokoju wyświetlały widoki Ziemi z kilku różnych BlackSatów. Biurko Hollisa było ciemnym monolitem stojącym z tyłu pomieszczenia, obiektem jeszcze bardziej imponującym niż złowieszcza ściana wideo. Na blacie leżały porozrzucane urządzenia, rozmieszczone wokół imponującej czarnej lampy biurkowej, która świeciła halogenowym blaskiem. Światła w biurze były przytłumione, tak że legowisko Hollisa zajmowało najbardziej widoczne miejsce.

Za biurkiem, w kałuży światła rzucanego przez lampę biurkową, siedział admirał John Hollis, wyglądający jak niedźwiedź siejący zamęt. Z czasem Weir nauczył się ufać Hollisowi, mimo że admirał zachowywał się szorstko. W przeciwieństwie do wielu ludzi, Hollis nie interesował się tym, co było dobre dla zapewnienia rocznego przydziału środków, i miał solidne pojęcie o tym, co jest, a co nie jest rozsądne w trakcie realizacji projektu. Hollis był wybawcą Weira, gdy wszystko poszło w diabły.

Weir zatrzymał się na środku biura. Pieczęć USAC na ścianie błyszczała w świetle biurka. Lyle minęła Weira i stanęła przed ścianą wideo, z rękami założonymi za plecami, nie uśmiechając się, nie ruszając się.

Hollis pochylił się do przodu, obserwując Weir jak zatroskany wujek. Weir zdał sobie sprawę, że minęło już trochę czasu, odkąd się widzieli. Włosy Hollisa przerzedziły się, a na twarzy admirała można było dostrzec głębsze rysy.

Hollis zacisnął dłonie i spróbował się uśmiechnąć. "Jak się masz, Bill?". Głos Hollisa był łagodny, miły.

Automatycznie Weir odpowiedział: "Dobrze". Jego głos brzmiał płasko, gubiąc się w ogromnym biurze.

Nastąpiła długa, nieprzyjemna pauza. Hollis czekał, obserwując Weira, który nie miał nic więcej do powiedzenia i nie miał ochoty ani chęci na wymyślanie pogawędek, żeby zapewnić rozrywkę swojemu ulubionemu mosiężnemu kapelusznikowi.

Hollis zerknął na Lyle. Weir zauważył, że adiutantka ledwie drgnęła. Było oczywiste, że Lyle nie mogła dać admirałowi żadnych wskazówek co do następnego kroku.

Hollis spojrzał z powrotem na Weira, westchnął i usiadł z powrotem na swoim krześle, bezczynnie bawiąc się ołówkiem. Weir poczuł nutkę współczucia dla admirała - nie ma łatwych decyzji, nie ma prostego podejścia do wszystkiego. Mimo to chciałby, żeby to spotkanie już się skończyło.

Hollis ponownie zerknął na Lyle, po czym zwrócił się z powrotem do Weira. Pochylił się do przodu i odłożył ołówek na biurko, po czym powiedział: "Przepraszam za tak szybkie zawiadomienie, ale mamy coś, co wymaga pańskiej natychmiastowej uwagi". Admirał skinął ostro na swoją asystentkę. "Lyle?"

To jest to, pomyślał Weir.

Lyle wyciągnęła z rękawa pilota i gestykulowała nim. Ściana wideo zapaliła się, spowijając biuro bladoniebieską poświatą, która szybko się połączyła. Układ Słoneczny zamigotał, obrócił się, zamknął. Lyle wycelowała i wystrzeliła, a obraz przechylił się i przyspieszył, zbliżając się do ósmej planety. Wirtualne granice otoczyły wybrany obszar, sprawiając, że stał się on coraz większy, powiększony do tego stopnia, że mieszkańcy biura wydawali się karłowaci.

W samym centrum ściany wideo, zamkniętej w pudełku wypełnionym gwiazdami, Neptun świecił niebiesko i zimno, a wiatry metanowe zmieniały układ wzorów na jego pochmurnej powierzchni.

Na bliskiej orbicie wokół planety mrugała czerwona kropka.

Odsuwając się od ściany wideo i patrząc uważnie na Weira, Lyle podjęła wątek. "Dziś rano o godzinie trzeciej TDRS1 wykrył na orbicie Neptuna automatyczną radiolatarnię nawigacyjną nadającą w odstępach dwuminutowych".

Przechodząc obok biurka Hollisa, Lyle podniosła stos papierów, szybko je przejrzała, wybrała mały stosik i przekazała Weirowi, który przejrzał je pośpiesznie, wracając, aby potwierdzić dane, które mu przekazano.

"Niesamowite..." mruknął Weir. Podniósł wzrok znad papierów, spojrzał na Lyle, na ścianę wideo, z powrotem na papiery, na Hollisa. W klatce piersiowej miał pustkę, ale serce było ogromne i skórzaste, waliło mu bezradnie w piersi. "To są te same współrzędne, co przed zniknięciem statku... to, to się stało?". Przełknął, ciężko, próbując wymusić kontrolę, próbując uchwycić się naukowego podejścia, zanim rosnące podniecenie sprawiło, że zaczął się trząść. "To nie jest jakaś mistyfikacja?".

Hollis położył rękę płasko na biurku, przyglądając się Weirowi twardym, twardym spojrzeniem, które miało w sobie niebezpieczną nutę. Weir odwrócił głowę i zobaczył, że Lyle wygląda teraz na zdenerwowaną.

"Nie sprowadziłbym cię tu na podstawie oszustwa" - powiedział Hollis. Dłoń admirała zacisnęła się w pięść, a on spojrzał na nią z góry, jakby zaczęła żyć własnym życiem i stała się zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego. Weir aż nazbyt dobrze pamiętał, że dziwne i niezwykłe wydarzenia nie były zbyt dobrze odbierane przez Hollisa. "Houston potwierdził kody telemetryczne i identyfikacyjne.

Weir zrobił kilka kroków w kierunku biurka Hollisa, potem jeden do tyłu, odwracając się, by spojrzeć na ścianę wideo. "To Event Horizon" - powiedział Weir, starając się złapać oddech, próbując zmusić serce do zwolnienia tempa. "Wrócił".

Hollis ciężko westchnął, na chwilę zamknął oczy, po czym otworzył je, aby spojrzeć na Weira. "Ten statek zaginął w głębokiej przestrzeni kosmicznej siedem lat temu. Gdyby Titanic wpłynął do portu w Nowym Jorku, uznałbym to za bardziej wiarygodne". Hollis przerwał, czekając, czy Weir ma coś do powiedzenia. Naukowiec poprzestał na przeczesaniu palcami włosów, próbując je ułożyć na swoim miejscu. "Houston chce, aby Aerospace wysłał ekipę poszukiwawczo-ratowniczą i zbadał źródło transmisji. Jeśli to naprawdę jest Event Horizon, spróbują go uratować".

Nastąpiła kolejna pauza. Weir odwrócił się, by spojrzeć na Lyle, która przyglądała mu się uważnie, a potem na Hollisa. Czego spodziewali się od niego ci wojskowi? To była jakaś głupia gra, w którą musieli grać, prowadzona według tajemnych reguł. Jeśli chodzi o niego, Hollis i Lyle mogli przejść przez swój kawałek, a potem mogli się sprzymierzyć i dotrzeć tam, gdzie naprawdę powinni być.

"Musisz przygotować szczegółowy raport o systemach statku dla ekipy ratunkowej" - powiedział Hollis. Tak to było: napisać raport i odejść.

Nie tak to miało działać.

Weir odwrócił się całkowicie od ściany wideo, podchodząc do biurka Hollisa. Admirał usiadł wyprostowany, rzucając Weirowi ostre spojrzenie. Ludzie mogliby, pomyślał Weir, pomylić masę admirała ze zwiotczeniem, nie zdając sobie sprawy, że pod mundurem kryje się twardy mężczyzna. Hollis był cholernie dobrym człowiekiem, ale nie było w nim niepotrzebnych miękkich krawędzi.

"Z całym szacunkiem," powiedział Weir miękko, patrząc Hollisowi w oczy, "pisemna odprawa nie jest w stanie przewidzieć wszystkich zmiennych w takiej misji. Muszę jechać z nimi".

Lyle zrobiła krok w stronę Weira, który odwrócił głowę, nieufnie spoglądając na młodą kobietę. Lyle miała zszokowany wyraz twarzy, taki, jaki pojawia się, gdy uświadamia sobie, że kolejna osoba w pomieszczeniu jest niebezpiecznym psychotykiem, a nie zwykłym milczkiem.

"Doktorze Weir - powiedziała Lyle ostrym głosem - nie ma pani doświadczenia w ratownictwie".

"Ale ja znam ten statek" - powiedział Weir, chcąc, aby kobieta się wycofała. "Nie możecie wysłać tam samej ekipy poszukiwawczo-ratowniczej i oczekiwać, że im się uda. To by było jak..." Zawahał się, szukając jakiegoś porównania, ale podał pierwsze, które się nasunęło. Zawsze był kiepski w studenckich zespołach dyskusyjnych. "To jak wysłanie mechanika samochodowego do pracy przy wahadłowcu".

Lyle stała teraz z nim twarzą w twarz, zdecydowana zmusić Weira do wycofania się i zapomnienia o tym obłędnym pomyśle, że ma wyruszyć w daleką przestrzeń kosmiczną. "Nie wiem, w jaki sposób wysłanie pana miałoby zwiększyć ich szanse".

Weir nie miał zamiaru ustąpić. Wrócił jego statek. Jego statek. Lyle nie mogła tego zrozumieć. "Ja zaprojektowałem ten statek." Wziął głęboki oddech, wpatrując się w Lyle, potem w Hollisa, a potem znów w Lyle. "Włożyłem w ten projekt czternaście lat badań. Przez ostatnie siedem badałem wszystkie możliwe scenariusze, próbując odkryć, co poszło nie tak".

Oczy Lyle zwęziły się. Adiutantka wydawała się przekonana, że zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki. "Twoje pragnienie odzyskania reputacji nie ma tu nic do rzeczy".

Weir tak długo tłumił gniew w małych zakamarkach duszy, że był przekonany, iż nie może już stracić panowania nad sobą. Teraz, gdy wściekłość zaczęła płonąć w nim białym ogniem, zdał sobie sprawę, że przyjął błędne założenie: jego gniew czekał tylko na właściwy powód.

"Nie chodzi tu o moją reputację!" - powiedział do Lyle, a na dokładkę rzucił okiem na Hollisa. "Tu w ogóle nie chodzi o mnie!".

Odwrócił się z powrotem do Lyle, zaciskając pięści i stawiając stopy. Niech myślą, że jest wojowniczy, a nawet niebezpieczny. Muszą zrozumieć. Stawka dla wszystkich była zbyt wysoka. "Event Horizon" - mówił dalej, dobierając słowa, jakby mówił do idiotów - "został stworzony z jednego powodu: aby poruszać się szybciej niż światło. Bez tego nigdy nie dotrzemy do nowych gwiazd, nie skolonizujemy nowych planet. Ewolucja ludzkości zakończy się tutaj". Spojrzał od Lyle do Hollisa. Obydwaj obserwowali go z zachwytem, z uwagą lub z obu stron. "Muszę polecieć."

Hollis westchnął i usiadł z powrotem, kręcąc głową. "To nie takie proste." Podniósł rękę, gdy Weir spojrzał na niego gniewnie i zaczął mówić. "Lyle, odtwórz nagranie dla doktora Weira".

Lyle wróciła do biurka Hollisa, sięgnęła po jeden z rozrzuconych sprzętów. Wyglądała jak kobieta z misją. Weir obawiał się, że misja ta może polegać na upewnieniu się, że ekipa ratunkowa podróżuje bez przeszkód.

"Kontrola nawigacyjna próbowała wywołać statek" - powiedziała Lyle. Nacisnęła jakiś przycisk i spojrzała na Weira, wskazując mu krzesło. Weir usiadł. "To była jedyna odpowiedź.

Fale dźwięków popłynęły z głośników w biurze. Na początku Weir pomylił je ze wzmocnionym białym szumem, ale potem uświadomił sobie, że z potoku szumu wyłaniają się inne rzeczy: odgłosy, które sprawiły, że aż odchylił się na krześle, dźwięki tak pierwotne, że musiał walczyć, aby nie zareagować instynktownie. Piskliwe, skrzeczące głosy, ledwo słyszalne, które zmroziły go do kości i sprawiły, że włosy na rękach i karku stanęły mu dęba. Złapał się za boki krzesła, ręce miał zablokowane.

Straszliwa mieszanina dźwięków nagle się urwała, stając się niczym więcej jak tylko szumem. Weir opadł z powrotem na krzesło, kuląc się, wstrząśnięty usłyszanymi dźwiękami. Coś w tych głosach w jakiś sposób dotarło do niego, dotykając zimnych części jego duszy.

Zadrżał, przypominając sobie, że widzi siebie unoszącego się bez oczu na mostku Event Horizon.

Lyle wyłączyła nagranie. W biurze panowała niemal cisza, słychać było tylko odgłosy stacji dziennej. Cisza trwała przez chwilę, a żadne z nich nie odważyło się od razu odezwać.

W końcu Lyle uprzejmie odchrząknęła. Była blada i ściągnięta, jej maska zsunęła się. "Od czasu pierwszej transmisji nie było żadnego kontaktu. Tylko radiolatarnia, co dwie minuty".

Weir pomyślał, że z pewnością też się z tego cieszą. Ta jedna transmisja wystarczyła im aż nadto. Usiadł, koncentrując się. "Załoga? Czy oni jeszcze żyją?".

Hollis pochylił się do przodu, bliżej lampy biurkowej. Admirał nie wyglądał najlepiej. "Ktoś wysłał tę wiadomość".

"Admirale," powiedział Weir, zbierając wszystkie swoje siły, całe swoje przekonanie, "musi mnie pan wsadzić na ten statek".

Hollis przyglądał mu się uważnie, jak łowca oceniający ofiarę. Muszę wyglądać jak rozgrzana śmierć. Weir uśmiechnął się lekko, czując gorzki humor tej myśli.

Lyle cofnęła się w jeden z ciemniejszych zakamarków, celowo nie uczestnicząc w tej wymianie zdań, unikając jakiejkolwiek odpowiedzialności za wydarzenia wykraczające poza tę chwilę. Zdał sobie sprawę, że Lyle się boi, choć być może nie potrafi lub nie chce wyrazić tego strachu słowami. Hollis też się bał, ale nie chciał dać się podpuścić strachowi.

Hollis mocno zacisnął prawą pięść na biurku, przyglądając się jej. "To jest wbrew mojej lepszej oceny," powiedział, i spojrzał na Weira, "ale przekażę postanowienie człowiekowi poniżej. Do końca dnia poznasz moją decyzję".

Gówno prawda, pomyślał Weir, wiedząc, że Hollis już podjął decyzję i nie będzie musiał podróżować dalej w łańcuchu pokarmowym USAC. Uśmiechnął się lekko, ale myślami był już przy Event Horizon, przy jego powrocie, przy tym, co mogą znaleźć, gdy statek ratowniczy dotrze do Neptuna. Tam mogą być ważne odpowiedzi.

"Dziękuję, Jack" - powiedział cicho Weir, podnosząc się z krzesła.

"Nie dziękuj mi" - powiedział Hollis, wyglądając na zakłopotanego. "Nie wyświadczam ci żadnej przysługi."

Weir skinął głową, niepewny, czy powinien próbować wymierzyć własny pożegnalny strzał. Nie zdecydował się na to, więc po prostu odwrócił się i skinąwszy na czającą się w cieniu Lyle, wyszedł, wyłaniając się w zbyt jasnym zgiełku dowództwa.

Jego dzieło powróciło.

Wkrótce wszystko znów będzie dobrze."

***

2046 A.D.: Seven years ago an experimental space vessel disappeared under mysterious circumstances. Now the ship has been found orbiting Neptune. When a salvage team is sent to investigate, they encounter the ultimate horror that lurks behind the Event Horizon. Paramount's major motion picture will be released in August and stars Sam Neill, Laurence Fishburne, Kathleen Quinlan, Richard T. Jones and Joely Richardson.









Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger