"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współczesna. Pokaż wszystkie posty
Czarne skrzydła czasu Diane Setterfield

Czarne skrzydła czasu Diane Setterfield

"Tyk!

Cóż to za upiorny zegar, że tak boleśnie odlicza sekundy?
Tyk!
Cóż za morze czasu między tyknięciami. Każde tyknięcie może być ostatnie.
Tyk!
Nie wolno mu dopuścić, żeby zegar stanął.
Tyk!
Ale jak go nakręcić? Pomacał się po kieszonce na piersi, szukając zegarka... Ale co to takiego? W kieszonce zegarka nie było! Tykanie dochodziło z jego piersi!
Tyk!
A każde tyknięcie może być ostatnie...
Tyk!"


Wznowienie powieści: Człowiek, którego prześladował czas, z klimatyczną okładką serii butikowej. Zauważyłam, że Albatros kocha wznowienia...

Specyficznie hipnotyzująca opowieść o tajemniczym panu Blacku, śmierci i... krukach.

Bohaterem jest William Bellman, który jako dziesięcioletni chłopiec kruka z procy i to wydarzenie zawarzyło na całym jego życiu, które na początku wydaje się być błogosławione - szczęśliwe małżeństwo z piękną kobietą, ojciec silnych i zdrowych dzieci, sukces w biznesie. 
Jednak...
Wokół niego panoszy się śmierć. Umierają jego znajomi, bliscy, pracownicy. I na każdym pogrzebie męczy go widok pojawiającego się obcego mężczyzny w czerni, uśmiechającego się tylko do niego. 

Kiedy po pewnym czasie dochodzi do konfrontacji, uśmiechnięty nieznajomy ma propozycję dla Williama - tajemniczy układ, o nazwie "Bellman & Black"...

Styl poetycki, troszkę magii narracyjnej w stylu Zafona. Nie wszystkim przypadnie do gustu, bo jest to spokojna, bardzo spokojna opowieść o przemijaniu.

Refleksja i zaduma, a przy tym ciekawość - jak skończy się historia głównego bohatera i jego prześladowcy /?/?

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Tajemnicza i mroczna powieść autorki książek „Trzynasta opowieść” i „Była sobie rzeka”.
Rozmiar zbrodni jest nieistotny, kiedy to los wymierza sprawiedliwość.
Kiedy William Bellman był dzieckiem, dopuścił się nieprzemyślanego aktu okrucieństwa – strzałem z procy uśmiercił kruka. Wybryk – drobny, jak sądził William – natychmiast odszedł w niepamięć w ferworze znacznie bardziej zwyczajnych dziecięcych zabaw. Po latach William założył rodzinę i nieźle prosperujący biznes i wydawało się, że los jest mu przychylny…
Tragedia lubi jednak uderzać znienacka. Gdy śmierć zaczyna zbierać żniwo wśród jego krewnych, a przy życiu zostaje już tylko najmłodsza i najbardziej kochana córka, William już wie, że to koniec szczęśliwej passy.
Rozpaczliwie próbując ocalić jedyną cenną rzecz, jaka mu jeszcze pozostała, William Bellman wchodzi w spółkę z tajemniczym nieznajomym w czerni. Dość dziwna okazja, z jeszcze dziwniejszym partnerem, na założenie zdecydowanie makabrycznego biznesu…
Czy jeden nieprzemyślany akt okrucieństwa może położyć się cieniem na całym ludzkim życiu?




Czy mnie słyszysz? Elena Varvello

Czy mnie słyszysz? Elena Varvello

"Usiadłem w głębi autobusu i odwróciłem się - za zakurzoną szybą ujrzałem, jak podnosi rękę i porusza nią wolno w geście pożegnania. Obraz nawiedzający mnie w snach stał się podobny do rozdarcia, którego nie umiałem zaszyć, kiedy mój ojciec zatrzymał ją, zapytał, dokąd idzie, i wywiózł do lasu."

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie ta książka.

Sposób opowiadania historii inny, niekonwencjonalny, powodujący, że choć teoretycznie już od samego początku, wiemy, kto, to w praktyce nie wiemy, dlaczego i czy to na pewno jest tak, jak sugeruje narrator. 
Narracja utrzymuje non stop wewnętrzny niepokój /zaskórniaczek rasowy/ oraz ciekawość - o co tak naprawdę tu chodzi? Dominuje tu atmosfera niepokoju i ciągłego napięcia.

Fakt, że wszystko jest relacją nastoletniego syna, powoduje podkręcenie emocji i wzruszeń.

Jest małe miasteczko. Wszystko dzieje się pewnego lata. Jest miłość. Jest oddanie. Jest lojalność. Jest szaleństwo. Jest zbrodnia. Jest walka. Jest kara.

Nie mogę napisać więcej, bo nie lubię spojlerów.
Duszny klimat upalnego lata małego miasteczka w północnych Włoszech utrzymany na najwyższym poziomie!

Polecam, kolejna mega trafiejka tego roku.
Okładka idealnie w punkt oddaje klimat całej historii!

MOJA OCENA: 9


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


W lasach

W sierpniu 1978 roku, tego lata, kiedy poznałem Annę Trabuio, mój ojciec zaciągnął do lasu dziewczynę.
Zatrzymał furgonetkę na poboczu szosy — to było przed zmierzchem — zapytał dziewczynę, dokąd idzie, i zaproponował, że ją podwiezie.
Wsiadła do samochodu, bo go znała.
Widziano go, jak jedzie na zgaszonych światłach w stronę miasteczka, potem jednak samochód skręcił w stromą polną drogę. Ojciec zmusił dziewczynę, żeby wysiadła, i powlókł ją ze sobą.
Czekaliśmy na niego z matką, martwiąc się, że coś mu się przytrafiło.
Podczas gdy ja wpatrywałem się w ciemność za szybą salonu, ona wykonała kilka telefonów. — Jeszcze nie wrócił.
Zastałem ją opartą o ścianę korytarza, ze słuchawką przyciśniętą do piersi. — Zobaczysz, że nic się nie stało — powiedziała, próbując się uśmiechnąć, jak gdyby już słyszała nadjeżdżającą furgonetkę, kroki ojca na podwórzu.
Zadzwoniła na izbę przyjęć w najbliższym szpitalu i odetchnęła z ulgą, kiedy powiedziano jej, że go tam nie ma.
Podgrzała kawę i usiedliśmy przy stole w kuchni. Miała na sobie niebieską sukienkę z długimi rękawami i wzorem w zielone palmy, które wyglądały, jak gdyby zaraz miała je porwać gwałtowna wichura.
— Nie martw się — powiedziała.
Wróciłem do salonu, wyciągnąłem się na kanapie i zapadłem w niespokojną drzemkę, z której szybko się zbudziłem.
Matka stała na podwórzu.
— Dlaczego nie idziesz do łóżka? — spytała.
— Odechciało mi się spać.
Objęła mnie ramieniem i spojrzała w górę: — Popatrz, jakie czyste niebo.
— Zimno ci? — spytałem.
Sierpniowa noc była gorąca, ale matka drżała.
Poszła się położyć, a ja próbowałem czytać komiks.
Pół godziny później wyszła ze swojego pokoju. Na plecy miała narzucony koc. Potrząsnęła głową: — To bez sensu, nie jestem w stanie spać — zamknęła się w łazience, po czym zeszła do kuchni i zawołała: — Chcesz tu do mnie przyjść?
Otuliła się szczelniej kocem.
W ciszy przed świtem usłyszeliśmy nadjeżdżającą furgonetkę.
Odwróciła się w stronę drzwi, wyprostowała plecy, zrzuciła z siebie koc i przeczesała palcami włosy.
— Całe szczęście. Dzięki Bogu. — Patrzyłem, jak wstaje, obciąga sukienkę i wychodzi na podwórze: — Kochanie, gdzie ty się podziewałeś?
Wyszedłem za nią. Zatrzymałem się na ganku, pod zaświeconą żarówką, próbując dojrzeć sylwetkę ojca w ciemnościach. Czułem złość, a zarazem ulgę, miałem ochotę go uderzyć i powiedzieć, że mnie nie obchodzi: — Mogłeś zostać tam, gdzie byłeś! — a zarazem chciałem podbiec i upewnić się, że nic mu się nie stało.
Powoli wynurzyli się w świetle i patrzyłem, jak wchodzą do domu.
Miałem szesnaście lat.
Ojca od dawna już nie ma, ale to właśnie wtedy — niecały rok od zwolnienia go z pracy i od zaginięcia chłopca — wszystko się rozpadło.

***
Książka, dzięki której Włosi pokochali thrillery.
Wciągająca, klimatyczna jak romans, głęboka jak powieść psychologiczna.
Szesnastoletni Elia mieszka z rodzicami w niewielkim przemysłowym mieście na północy Włoch, które żyje tematem tajemniczej śmierci małego chłopca. W tym czasie ojciec Elii, Ettore, traci pracę, wycofuje się z dotychczasowego życia i popada w obłęd. Znika na długie godziny w starej furgonetce, która powoli staje się jego domem. Pewnego dnia zaprasza do samochodu młodą dziewczynę, a światła reflektorów znikają w pobliskim lesie…
Policja szybko łączy fakty i zaczyna uważać Ettore za głównego podejrzanego także w sprawie zamordowanego chłopca.
Elia po trzydziestu latach wraca pamięcią do przełomowych wakacji. Próbuje rozwikłać tajemnice z przeszłości, analizując krok po kroku zachowanie ojca i wszystkie nawet najdrobniejsze wydarzenia.

Co wydarzyło się upalnego lata 1978 roku? Jakie tajemnice skrywał Ettore? Czy Elia wybaczy ojcu?

Czy mnie słyszysz? to thriller, który we Włoszech uznano za prawdziwe literackie wydarzenie. Varvello nie tylko skonstruowała wciągającą i mrożącą krew w żyłach fabułę, potrafiła też przekonywająco opisać historię dojrzewania nastolatka uwikłanego w pierwszą poważną, choć zakazaną miłość. To znakomite studium skomplikowanych rodzinnych relacji i zła, które może zakiełkować w każdym.




Ziemia przeklęta Phillip Lewis

Ziemia przeklęta Phillip Lewis

"To miasteczko duchów i zabobonów. Są tu Schody Diabła i Skała Wężowego Jęzora, i Strumień Abbadona, który porwał całą rodzinę podczas potwornej powodzi w 1916 roku. A wyżej, za strumieniem, na skraju miasteczka, rozciąga się obszar zwany Barrowfields, Pola Kurhanów, gdzie z niewyjaśnionych powodów nie rośnie nic poza płożącym się mchem pokrywającym skały i skamieniałe pniaki, które bardziej łatwowierni mieszkańcy biorą za nagrobki z zamierzchłych czasów. Inni mówią, że tysiąc lat temu wielki podmuch wiatru przybył znad gór i wyrwał z gleby drzewa i poniósł ze sobą wszelką dobroć, żeby już nic nie mogło tu znowu wyrosnąć. Niemal wszyscy uważają, że to ziemia przeklęta."

Bardzo magnetyzująca, rasowa, SOCZYSTA i na poziomie lektura o miłości syna do ojca. Głównie. Ale nie tylko. 

Świetny klimat, bardzo dobrze przedstawione uczucia, bardzo obrazowo i wyczerpująco. Cała historia ma swoje wzloty i upadki (pierwsze 3 części rewelacyjne, potem troszkę nudnawy spadek formy), ale generalnie - kawał DOBREJ literatury o życiu, o porażkach i sukcesach, o ulotnych chwilach uniesień i spełnienia. Ale głównie o porażkach raczej...

Polecam.

MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!




Prolog

Biurko stoi nietknięte, tak jak je pozostawił. 
Kruk, czy co to tam jest, wciąż wisi na ścianie. Wolfe. Poe. Chopin. Pierwsze wydanie Obcego, z ceną wyciętą z obwoluty, wytartymi krawędziami i przekrzywionym grzbietem. 
Pierwsze wydanie "Spójrz ku domowi, aniele", z autografem autora, które cenił bardziej niż jakąkolwiek inną książkę. 
Pierwsze wydanie Tales of Mystery and Imagination podpisane przez Harry’ego Clarke’a krwistoczerwonym atramentem. 
Biblia Króla Jakuba, w czarnej skórzanej oprawie. 
Trzy świece; kaskady stopionego wosku. 
Butelka absyntu marki Hill’s, pusta. Dwie butelki wódki, puste. Butelka hiszpańskiego wina, również pusta. Zapałki w tekturowej książeczce. Lampa, bez żarówki. Pięćdziesiąt jeden dzienników, gęsto zapisanych. Strona tytułowa nieopublikowanej powieści z adnotacją po łacinie. 
Dziewięć lat nagromadzonego kurzu i garstka zdjęć, które musiały coś dla niego znaczyć. 
Otwieram Obcego, żeby przeczytać dedykację, którą sam napisałem. Przewracam stronę i spoglądam na pierwszy wers książki: „Dzisiaj umarła mama”. 
Zaczynam rozumieć

(...)

A tu fragment, który moim zdaniem, oddaje cały klimat i charakter tej opowieści...


Rankiem słyszysz nieustające pianie koguta, które napływa z odległej doliny. Idziesz samotną gruntową drogą wzdłuż taniego płotu z drutu kolczastego, nierównego, z kołtunami z grzywy czy ogona konia zaczepionymi o kolce; lepka trojeść w rowie, marchew zwyczajna rosnąca wśród wysokiej trawy i koniczyny., a przy drodze stoi drzewo surmii i dzika jabłoń, i dereń starszy od ciebie.
Wieczorem ciemność osiada wcześnie na ziemi, podczas gdy słońce chowa się za górami, a przenikliwy wiatr zrywa się do lotu. Dźwięki ostatnich przejeżdżających samochodów rozpływają się w nicość, a strumień za domem płynie jak woda w klepsydrze. A gdy jesień zostaje zastąpiona przez zimę i niebo jest białe od rana do nocy i pierwszy śnieg zaczyna sypać z bladych niebios, życie i nadzieja są w odwrocie.

Jest smutek w Old Buckram. Bezbarwność, która żyje w dalekich północno - zachodnich górach. Jest bezruch, jakiego nie doznałem w żadnym innym miejscu na świecie. Zawsze tam jest, czając się tuż za fasadą zgiełku i tumultu dnia. A jednak bezruch ten nie niesie ze sobą pocieszenia. Nie jest to senny spokój, który ogarnia świat, gdy ziemia odwraca się od słońca i wszystko, co żywe, znajduje schronienie i ciepło, i sen. Nie, to jest bezruch niepokoju. Przerażająca cisza nicości i samotności.

Z dowolnego miejsca w górach dojrzysz białe mgły wznoszące się i kłębiące nad dolinami; całe rzędy geometrycznie doskonałych choinek pokrywają zbocza wzgórz; niegdyś zielone góry na pierwszym planie przybierają błękitny odcień we wspaniałej oddali. Zobaczysz pozbawione liści drzewa drżące w niewidzialnym zimowym wietrze. Poczujesz zapach dymu drzewnego z tak wielu odległych ognisk. Zobaczysz poryte koleinami drogi i martwą trawę na podwórzach. I zobaczysz stado kruków szukających pożywienia na pozbawionym życia polu. Ale wszystko to zobaczysz w bezruchu.

Jesteś sam w tym miejscu. Każdy, kto przeżył tu więcej niż jedną zimę, wie o tym aż za dobrze. Nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle tu wróciłem. Chyba człowiek nigdy nie może tak do końca opuścić danego miejsca.

(...)
***

Kunsztowna, wielowątkowa opowieść o dojrzewaniu, przywodząca na myśl klasyczne utwory Thomasa Wolfe’a i Williama Styrona. Phillip Lewis to wyrazisty nowy głos w amerykańskiej beletrystyce.

Tuż przed narodzinami Henry’ego Astera jego ojciec – człowiek o wyrafinowanych ambicjach literackich – w towarzystwie młodej ciężarnej żony niechętnie powraca do małego miasteczka w Appalachach, gdzie spędził dzieciństwo oraz młodość, i osiedla się wraz z rodziną w ogromnym, złowieszczym domu ze szkła i żelaza, przycupniętym wysoko na zboczu góry. To tam mały Henry dorasta, godzinami przesiadując w gabinecie swego błyskotliwego ojca. Jednak gdy tragedia wpędza mężczyznę w głęboką depresję i skłania go do odejścia, jego pozbawiony złudzeń syn również ucieka z posępnej rezydencji i latami unika powrotu do rodzinnych stron, zanim zrozumie, że i on musi wrócić do swoich korzeni.













Szklany klosz Sylvia Plath

Szklany klosz Sylvia Plath

Dla człowieka siedzącego pod szklanym kloszem, znieczulonego na wszystko, zatrzymanego w rozwoju jak embrion w spirytusie, całe życie jest jednym wielkim, złym snem.


Ta powieść tak długo się rozkręcała, że aż mnie znużyła. Nie dostałam tego, czego się spodziewałam: była tylko ciężkawa narracja i nudne wewnętrzne snucia...
Zawód i rozczarowanie...


MOJA OCENA: 4/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Rozdział 1

Upalne to było lato, dziwne lato, w którym stracono Rosenbergów, a ja siedziałam w Nowym Jorku i nie bardzo wiedziałam, po co i dlaczego. Głupio mi się robi na myśl o karze śmierci. Sama wzmianka o tym, że można uśmiercić człowieka za pomocą prądu, przyprawia mnie o mdłości, a w gazetach o niczym innym nie pisali – wielkie nagłówki wybałuszały na mnie oczy z każdego rogu ulicy, ze zjazdów do kolejki podziemnej, ziejących zapachem palonych fistaszków i gazu ziemnego. 
Nie miałam powodu utożsamiać się z Rosenbergami, ale mimo woli wciąż wyobrażałam sobie, jak to jest, kiedy kogoś smaży się żywcem prądem, puszczonym po wszystkich nerwach.
Byłam pewna, że jest to najstraszliwsza tortura, jaką można zadać człowiekowi. 
Sam Nowy Jork był wystarczająco ohydny. 
dziewiątej rano nie było już śladu po niby to wiejskim powietrzu, co nie wiadomo jakim sposobem wkradało się nocą do miasta. Rozwiewało się, znikało z pamięci niczym słodki sen. Na dnie granitowych kanionów rozpalone ulice dygotały w słonecznym pyle. Dachy samochodów skrzyły się i skwierczały, suchy, piekący kurz zapylał oczy, drażnił krtań.
W biurze i w radiu mówiono nieustannie o sprawie Rosenbergów, tak że nie można się było od nich ani na chwilę odczepić. Czułam się więc tak jak wtedy, kiedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłam ludzkie zwłoki. Później przez wiele tygodni głowa tego truposza – a raczej resztki jego głowy – wyzierała nagle w czasie śniadania spoza jaj na bekonie, wyłaniała się zza sylwetki Buddy'ego Willarda – który był przede wszystkim odpowiedzialny za to, że tego trupa obejrzałam – i po pewnym czasie poczułam się tak, jak gdybym ciągnęła za sobą tę straszną głowę na sznurku, jak czarny, beznosy śmierdzący octem balon na uwięzi.
Tego lata byłam pewna, że dzieje się ze mną coś niedobrego, bo jedyna rzecz, jaka trzymała się mojej mózgownicy, to ci Rosenbergowie i jeszcze to, jaka jestem głupia, że zakupiłam masę kosztownych, niewygodnych sukien, wiszących teraz w szafie jak śnięte ryby, i jeszcze, że wszystkie te moje małe sukcesy w college'u rozprysły się w zetknięciu z zimnym marmurem i szkłem fasad drapaczy na Madison Avenue niczym bąbelki szampana.
A nazywało się, że przeżywam najlepszy okres swojego życia.
Nazywało się, że jestem obiektem zazdrości tysięcy absolwentek college'u jak Ameryka długa i szeroka, bo one tylko marzą o tym, żeby kuśtykać po brukach nowojorskich w czarnych lakierkach na zbyt wysokich obcasach numer trzydzieści siedem, zakupionych u Bloomingdale'a w czasie przerwy obiadowej wraz z paskiem z takiej samej czarnej lakierowanej skóry i czarną lakierowaną torebką, żeby była całość. 
A kiedy, na dodatek, w piśmie, w którym cała nasza dwunastka pracowała tego lata, ukazała się moja fotografia – ja z koktajlem w ręku, wciśnięta w przyciasną bluzkę z imitacji srebrnej lamy, wpuszczoną w namarszczoną spódniczkę z białego tiulu, otoczona grupą wspaniale zbudowanych młodych, anonimowych Amerykanów, specjalnie, rzecz prosta, na okazję tę wynajętych – było dla wszystkich oczywiste, że bawię się na sto dwa.
To może się zdarzyć tylko w naszym kraju, mówiono.
Bo popatrzcie. 
Oto dziewczyna, która dziewiętnaście lat życia spędza na zabitej deskami prowincji, tak biedna, że nie może sobie nawet pozwolić na zaabonowanie magazynu, dostaje stypendium, studiuje pierwszorzędnym college'u, otrzymuje jedną nagrodę, potem drugą i wreszcie wysyłają ją do Nowego Jorku, gdzie zaczyna sterować tym miastem jak własnym samochodem.
Tylko że ja nie sterowałam ani tym miastem, ani w ogóle niczym, nawet własnym losem. Po prostu telepałam się z hotelu do redakcji, z redakcji na przyjęcie, z przyjęcia do hotelu, z hotelu do pracy jak bezwolny trolejbus. Powinnam się była chyba cieszyć tym wszystkim i przejmować jak inne dziewczyny, ale jakoś nie umiałam wykrzesać z siebie żadnej reakcji. Było mi obojętnie i bardzo pusto – tak musi być w oku cyklonu.
Absolutna cisza w samym środku szalejącego żywiołu (...)

***

Jedna z kultowych i najczęściej cenzurowanych książek XX w., żelazna pozycja literatury feministycznej, niezaprzeczalny evergreen dla kolejnych generacji wchodzących dorosłość. Szklany klosz jest uważany przez czytelników na całym świecie za ostatni akord w tragicznej biografii Sylvii Plath – miesiąc po premierze książki autorka popełniła samobójstwo.

Główna bohaterka, dziewiętnastoletnia Esther Greenwood z Bostonu, zostaje nagrodzona przez poczytny magazyn miesięcznym pobytem w Nowym Jorku. Jej zadaniem jest staż w redakcji, poza tym ma poznawać miasto, brać udział w wydarzeniach kulturalnych i spędzać miło czas. Jednak neurotyczny temperament Esther sprawia, że konfrontacja jej aspiracji i marzeń z rzeczywistością prowadzi do dramatycznego finału.

 






Lwica Katherine Scholes

Lwica Katherine Scholes

Pomimo bardzo ciekawej tematyki, nie przebrnęłam... Ponownie przekaz pozostawił wiele do życzenia. Było nudno.

MOJA OCENA: -


PRZECZYTAJ FRAGMENT!




Rozdział pierwszy

Północna Tanzania, Afryka Wschodnia
 
Angel szarpnęła linę umocowaną do uzdy wielbłąda, żeby sprawdzić, czy węzeł zawiązany wokół pnia drzewa mocno trzyma. Zwierzę pochyliło łeb i delikatnie złapało wargami ucho dziewczynki. Uśmiechnęła się i poklepała wielbłądzicę po szorstkiej szyi. Jej wzrok pobiegł w stronę miski z mlekiem, którą postawiła w cieniu. Tłusty płyn z pianką na wierzchu, bielejący w ciemnym drewnianym naczyniu, przypomniał jej, jaka jest głodna. Podeszła pospiesznie do pobliskiego drzewa i uwolniła przywiązanego przy nim młodego wielbłąda.
Malec natychmiast podbiegł do matki i zaczął niecierpliwie trącać wymię. Wielbłądzica nie zwracała na niego uwagi. Nie przeszkadzały jej również sakwy i koce przytroczone do boku siodła.
Interesowały ją jedynie delikatne listki na czubkach gałęzi ciernistego drzewa. Chwytała je mięsistymi wargami, zrywała i wsuwała do pyska.
– Łakomczuch z ciebie, Mama Kitu – powiedziała Angel. Po czym uśmiechnęła się do malucha, który ssał chciwie, głośno chrząkając. – I z ciebie też, Matata.
Odwróciła się od wielbłądów, sięgnęła po miskę z mlekiem i trzymając ją w obu rękach, zeszła po niewielkim pagórku ku zbitym ciasno skałkom. Nie miała butów, ale poruszała się pewnie po leżących na ziemi ostrych kamieniach. Dochodząc do skał, przystanęła i spojrzała w dół na pustynny płaskowyż. Było wcześnie, słońce stało nisko nad horyzontem. Ukośne promienie przenikały przez przymglone powietrze, malując ziemię różnymi kolorami. Piasek na żółto, krawędzie skał na złoto i różowo, a cienie między nimi w ciemnofioletowe i brązowe łaty.
Wzrok Angel poszybował w stronę odległego horyzontu i góry w kształcie piramidy. Jej zbocza miały barwę przydymionego błękitu, a szczyt pokrywała biała lawa, która wyglądała jak czapa śniegu. Właśnie tam zmierzały. Widziały ją przez cały dzień między pokrytymi futrem uszami Mamy Kitu.
Była to Ol Doinyo Lengai, Góra Boga. Święta góra Masajów.
Wyszedłszy zza skał, skierowała się do wielkiego, płaskiego kamienia, przy którym po turecku siedziała jej matka. Kamień przypominał kształtem stół i wyglądał, jakby go tu ktoś specjalnie umieścił, żeby turyści mogli się zatrzymać i podziwiać widok. Laura miała na sobie bawełnianą tunikę i spodnie, takie jak Angel, a na głowie wzorzysty zawój. Pochylała się w przód i odganiała muchy z placków chlebowych i daktyli leżących na kamieniu.
Angel podała matce miskę z mlekiem.
– Dziękuję – odrzekła, po czym uniosła naczynie do ust i upiła łyk. Gdy je opuściła, na ustach pozostała jej biała pianka. – Uhm, nie zgrzyta w zębach – dodała z aprobatą w głosie.
– Pilnowałam, żeby piasek nie dostał się do środka – oznajmiła Angel.
– Bardzo dobrze.
– To dlatego, że nie jestem już mała – rzekła rezolutnie dziewczynka. – I zobacz. – Rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu, trącając językiem ruszający się przedni ząb.
Laura przyjrzała mu się z uwagą.
– Powinnaś pozwolić mi go wyrwać.
– Nie – odparła Angel, kręcąc głową.
– Możesz go połknąć – ostrzegła Laura. – A wówczas nie przyjdzie do ciebie zębowa wróżka.
Angel spojrzała na nią zaskoczona.
– Kto to jest zębowa wróżka?
Laura sięgnęła po jeden z placków chlebowych i podała córce razem z miską mleka.
– W Anglii rodzice opowiadają dzieciom, że jeżeli włożą mleczne zęby pod poduszkę, wróżki w nocy je zabiorą, a w zamian zostawią monety.
– Robiłaś tak? – spytała Angel. – I przychodziły?
– Czasami – odpowiedziała Laura. – Ale nie za każdym razem.
Mówiąc to, zdjęła zawój z głowy. Był to kawałek barwnego materiału kitenge, którym okrywały się miejscowe kobiety, niegdyś w jasnych kolorach, teraz wyblakły i wystrzępiony na brzegach. Długie blond włosy w tym samym odcieniu co córki opadły jej na ramiona. Były sztywne i zakurzone. Laura przeczesała je palcami, owinęła głowę materiałem i starannie wsunęła długie pasma pod zawój. Potem spojrzała na córkę.
– O co chodzi? – spytała.
Angel marszczyła czoło.
– Tylko że my nie mamy poduszek.
– Nic nie szkodzi. Zresztą tu chyba nie mają zębowych wróżek.
Dziewczynka zmrużyła oczy w zamyśleniu.
– Chyba mają.
Laura uśmiechnęła się.
– Jedz. Nieprędko się teraz zatrzymamy.
Gdy Angel zatopiła zęby w placku chlebowym, kobieta wstała.
– Manyata[1] jest na końcu tego płaskowyżu – oznajmiła, wskazując na bielejący w oddali szczyt. – Musimy dotrzeć tam przed nocą.
– Może zabiją dla nas kozę – rzekła Angel z pełnymi ustami, rozsypując okruszki chleba.
– Zjadłybyśmy gulasz mięsny.
– Nie spodziewają się nas – odparła Laura.
Mała spojrzała na matkę z niepokojem w niebieskich oczach.
– Może nie wpuszczą nas do wioski.
– Wpuszczą. Wódz jest bratem Walaity. Gdy mu powiemy, kim jesteśmy, i przekażemy podarunki, które siostra dla niego przygotowała, z radością nas powita.
Angel wstała i podążyła za wzrokiem Laury wpatrzonym w przestrzeń.
– Powiedz mi jeszcze raz, co będziemy robić – poprosiła.
Laura położyła dłoń na głowie córki.
– Zaprowadzimy Mamę Kitu i Matatę do bomy[2], gdzie trzymają zwierzęta. Potem rozstawimy namiot przed chatą wodza.
– Ale nie zostaniemy tam.
– Nie. Jutro zostawimy wielbłądy w manyacie i ruszymy do wodospadu. Tam zaczekamy, aż ktoś nas podwiezie do głównej drogi.
– A kto nas podwiezie? – Angel skakała podekscytowana, czekając na odpowiedź matki.
– Wazungu. Biali ludzie uczestniczący w safari. Kobiety w okularach przeciwsłonecznych i z różową szminką na ustach oraz mężczyźni z wielkimi aparatami fotograficznymi.
Angel zachichotała.
– A co jeszcze będą mieli?
– Nie pamiętam.
– Co będziemy robiły na głównej drodze?
– Złapiemy autobus do miasta.
– Do miasta – westchnęła cicho Angel. – Pojedziemy do miasta…
– Ale jeżeli się nie pospieszymy, nigdzie nie pojedziemy.
Laura zebrała resztki jedzenia i dała znak córce, żeby wzięła pustą miskę po mleku.
Potem ruszyła w stronę wielbłądów.
Angel poczłapała za nią, machając miską zawieszoną na kawałku sznurka z sizalu, przeciągniętego przez otwór wydrążony w krawędzi. Nagle usłyszała stłumiony okrzyk zaskoczenia i spostrzegła, że matka stoi nieruchomo, patrząc na krzewy rosnące tuż przy jej nodze. Zaniepokoiła się, że matka stanęła w pół kroku i nie idzie dalej. Podbiegła do niej, przyciskając miskę do piersi.
– Uważaj – ostrzegła ją Laura. – Był tu wąż, ale uciekł. – Wyraźnie pobladła i drżała. – Coś poczułam. Chyba mnie ugryzł.
Podciągnęła nogawkę spodni. Na wysokości łydki widniały dwa małe, czerwone ślady.
Angel spojrzała na matkę. W szeroko otwartych oczach Laury czaił się strach.
– Nie zauważyłam go – powiedziała drżącym głosem. – Był taki szybki, a potem uciekł.
– Musisz się położyć – oznajmiła Angel. – Nie możesz chodzić, jeśli wąż cię ugryzł.
Laura wciągnęła powietrze w płuca, po czym wolno je wypuściła.
– Tak, masz rację.
Usiadła na ziemi, starając się nie ruszać chorą nogą. Ściągnęła zawój z głowy, usiłując rozplątać węzeł, lecz nie była w stanie. Angel wzięła od niej szal, rozwiązała go i podała matce.
Laura zaczęła owijać nim nogę od kolana ku śladom ugryzienia.
Potem obie przyjrzały się dwóm rankom. Skóra wokół nich była lekko spuchnięta.
– Boli cię? – spytała Angel.
– Nie bardzo – odparła Laura. – Prawie wcale. – Wzięła głęboki oddech. – Może to nie był jadowity wąż. Nie wiem, jakie występują na tym terenie. – Popatrzyła na nogę. – Może było to niegroźne ukąszenie. Czasami wąż gryzie, ale nie ma już jadu. Czasami nie zdąży wbić się głęboko.
Ten był bardzo szybki. – Uśmiechnęła się do córki uspokajająco. – Powinnyśmy jechać dalej. Oprę nogę o siodło i nie będę nią ruszała.
Angel kiwnęła głową.
– Musimy dojechać do manyaty.
– Tak, musimy – przyznała Laura.
Angel wbiegła na wzniesienie, gdzie stały wielbłądy. Dobrze, że zatrzymały się jedynie na krótki postój. Gdyby musiała zwijać namiot i sama załadować wszystkie rzeczy, trwałoby to wieki.
A tak wystarczyło jedynie odwiązać Mamę Kitu i przyprowadzić ją do Laury. Rytmiczne stąpanie wielbłąda uspokajało ją. Mama Kitu była dobrą wielbłądzicą – można jej było zaufać.
Nawet w okresie rui nie kopała i nie gryzła właścicieli. Nie trzeba jej było krępować i zawsze się dawała łatwo złapać. Gdy doszły do miejsca, gdzie leżała Laura, Mama Kitu posłusznie uklękła na dany przez Angel znak.
Matata, wyczuwając wiszące w powietrzu napięcie, krążył niespokojnie wokół matki.
Angel usiłowała go odpędzić, bojąc się, że nadepnie na Laurę.
– Idź sobie! – zawołała, machając rękami, lecz nie zwracał na nią uwagi. – Idź sobie!
A sio! – krzyknęła ponownie. Jej głos odbił się echem w nieruchomym powietrzu. Zaczęła się coraz bardziej denerwować.
– Już dobrze, Angel. Musisz zachować spokój i pomóc mi.
W głosie matki zabrzmiał znajomy ton, którego używała podczas pracy z ludźmi.
Spokojny i zdecydowany, dodający sił. Angel kiwnęła głową, postanawiając, że będzie dzielna.
Gdy Laura usadowiła się na wyłożonym kocami siodle, Angel usiadła przed nią i chwyciła linę przywiązaną do uzdy Mamy Kitu. Matka objęła córkę, gdy wielbłądzica zaczęła prostować nogi, po czym oparła się o jedną z toreb umocowanych z tyłu, wyciągnęła nogę w przód i oparła ją o drewnianą ramę. Angel uniosła nogę, robiąc Laurze miejsce, ale nadal utrzymywała równowagę.
Gdy schodziły ze wzniesienia, matka jęknęła z bólu. Angel obejrzała się przez ramię.
– Będzie łatwiej na płaskim terenie – pocieszyła ją Laura z lekkim uśmiechem.
Mama Kitu zeszła ze wzgórza. Dalej grunt był płaski, ale zasypany kamieniami, tu i ówdzie rosły karłowate drzewa. Angel spoglądała przed siebie, na koniec płaskowyżu. Każdy krok przybliżał je do manyaty. Oczyma wyobraźni ujrzała, jak wchodzą do wioski. Będą tam ludzie, którzy im pomogą. Tylko co zrobią? Wszystko zależało od tego, czy ten wąż był groźny i ile jadu zdołał wpuścić. Przypomniała sobie pasterza z wioski nad rzeką, którego ugryzła żmija.
Przez wiele dni leżał w chacie i jęczał z bólu. W końcu przeżył. Mnóstwo ludzi umiera jednak od ugryzienia węża. Każdy to wie. Dlatego ludzie zabijają każdego węża, który pojawia się w pobliżu ich domów.
Angel poczuła przypływ gniewu. Dlaczego mama nie uważała? Sama nieustannie suszyła jej głowę o to, żeby starannie mocowała moskitierę, nie wchodziła do stojącej wody i patrzyła pod nogi, zwłaszcza gdy chodziła boso (...)


***
Gdy Emma Lindberg przyjeżdża do Afryki odwiedzić ośrodek badawczy, gdzie przed laty zmarła jej matka, pragnie jedynie ukoić ból. Zamiast tego zostaje wciągnięta w poszukiwania zaginionego dziecka. Razem z masajskim weterynarzem Danielem Oldeani wyrusza w podróż po dzikich pustkowiach północnej Tanzanii. Ich wspólne odkrycie całkowicie zmieni wiarę Emmy w to, jak działa świat. Życie małej dziewczynki ocalą niezwykłe poczynania lwicy. A to tylko początek.








ZGARNIJ EBOOKA Z



Kolekcja nietypowych zdarzeń Tom Hanks

Kolekcja nietypowych zdarzeń Tom Hanks

Nie oceniam, bo nie doczytałam. Objadłam się smakiem...
Zdecydowanie wolę go w wersji kinowej, niż literackiej.
Opowiadania zwykłe. Bardzo zwykłe. Ale to nie wada. Wadą jest to, że są nudne po prostu i takie... opowiedziane, bez szału...


MOJA OCENA: -



PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Trzy tygodnie męki

DZIEŃ 1

Anna powiedziała, że jest tylko jedno miejsce, gdzie można znaleźć sensowny prezent dla MDywiza – Antique Warehouse, nie tyle skład starych skarbów, ile regularny pchli targ w dawnym Lux Theater. Zanim HBO, Netflix i stu siedmiu innych dostawców rozrywki przyczyniło się do jego plajty, godzinami przesiadywałem w tym niegdyś wspaniałym pałacu kinowym i oglądałem filmy. Teraz ciągną się tam stragany rzekomych antyków. Odwiedziliśmy z Anną wszystkie boksy.
MDywiz miał właśnie zostać naturalizowanym Amerykaninem, co było dla nas tak samo ważne jak dla niego. Dziadkowie Steve’a Wonga otrzymali obywatelstwo w latach czterdziestych dwudziestego wieku. Mój tata uciekł przed pomniejszymi oprychami spod czerwonej gwiazdy z Europy Wschodniej w latach siedemdziesiątych, a w zamierzchłych czasach przodkowie Anny przewiosłowali północny Atlantyk w poszukiwaniu czegoś jeszcze do złupienia w Nowym Świecie. Legenda rodzinna Anny głosi, że odkryli Martha’s Vineyard.
Mohammed Dayax-Abdo miał być niedługo tak amerykański jak sz-Abdo-tka, więc chcieliśmy mu znaleźć jakąś staroć, suwenir patrioty, wyraz dziedzictwa i humoru jego nowej ojczyzny. Moim zdaniem stary wózek Radio Flyer w drugim boksie był doskonały.
– Przekaże go w spadku swojemu amerykańskiemu potomstwu – wyjaśniłem.
Ale Anna nie zamierzała zadowolić się pierwszą lepszą starzyzną. Szukaliśmy więc dalej. Kupiłem amerykańską flagę z czterdziestoma ośmioma gwiazdami, z lat czterdziestych. Flaga miała przypominać MDywizowi, że proces kształtowania się jego przybranej ojczyzny nigdy się nie kończy – że na jej obfitującej w owoce ziemi zawsze znajdzie się miejsce dla porządnego obywatela, tak jak na niebieskim kantonie w lewym górnym rogu obok czerwonych i białych pasów zmieszczą się dodatkowe gwiazdy. Anna się zgodziła, ale nie przerywała poszukiwań, polując na prezent, który będzie dużo bardziej wyjątkowy. Zależało jej na unikacie, czymś zupełnie niepowtarzalnym. Trzy godziny później uznała, że wózek to jednak dobry pomysł.
Kiedy wyjeżdżaliśmy z parkingu moim volkswagenem busem, rozpadało się. Wracać musieliśmy powoli, bo wycieraczki są tak stare, że na szybie zostawały zacieki. Burza ciągnęła się do wieczora, więc zamiast pojechać do domu, Anna została u mnie, przesłuchała stare taśmy mojej mamy (które wypaliłem na płytach CD) i ubawiła się jej eklektycznym gustem, kiedy po Pretendersach polecieli O’Jaysi, a potem Taj Mahal.
A kiedy Iggy Pop zaczął śpiewać Real Wild Child, zapytała:
– Masz jakąś muzykę z ostatnich dwudziestu lat?
Zrobiłem burrito z szarpaną wieprzowiną. Anna piła wino. Ja piłem piwo. Rozpaliła w moim piecu Franklina, twierdząc, że czuje się jak osadniczka na prerii. Siedzieliśmy na kanapie przy zapadającym zmroku rozświetlanym jedynie płomieniami i słupkami poziomu dźwięku na moim odtwarzaczu, które skakały z zieleni na pomarańcz i niekiedy czerwień. Wiele kilometrów od nas burzowe niebo rozświetliła błyskawica.
– Wiesz co? – zagaiła Anna. – Jest niedziela.
– Wiem – odparłem. – Żyję chwilą.
– Podziwiam cię za to. Bystrość. Opiekuńczość. Luz graniczący z lenistwem.
– Przeszłaś od komplementów do obelg.
– Zamiast „lenistwa” dajmy „rozmarzenie” – poprawiła się, popijając wino. – Rzecz w tym, że cię lubię.
– Ja też cię lubię. – Zastanawiałem się, czy ta rozmowa do czegoś zmierza. – Czy ty ze mną flirtujesz?
– Nie – wyjaśniła Anna. – Składam ci propozycję. To zupełnie inna sprawa. Flirt to połów. Może coś złowisz, a może nie. Propozycja to pierwszy krok do dobicia targu.
Musicie wiedzieć, że znamy się z Anną od liceum (St. Anthony Country Day! Crusaders, do boju!). Nie chodziliśmy ze sobą, ale mieliśmy wspólnych znajomych i darzyliśmy się sympatią. Po kilku latach college’u i jeszcze kilku opieki nad mamą zdobyłem licencję i przez chwilę udawałem, że robię w nieruchomościach. Pewnego dnia trafiła do mnie, szukając biura do wynajęcia dla swojego studia graficznego, a ja byłem jedynym agentem, któremu ufała, bo rozstałem się z jej kumpelą bez zbędnych nieprzyjemności.
Anna nadal była bardzo ładna. Nigdy nie straciła szczupłego, twardego ciała trójboistki, którą kiedyś była. Przez cały dzień oprowadzałem ją po biurach do wynajęcia, z których żadne jej się nie podobało, a ja nie rozumiałem dlaczego. Widziałem, że jest ciągle tak samo pełna determinacji, skupiona na celu i spięta jak za czasów szkolnych w SACD. Skrzętnie wychwytywała najdrobniejsze szczegóły i była gotowa poruszyć niebo i ziemię, i wszystko inne zresztą też, jeżeli tylko zaszła taka potrzeba. Dorosła Anna była męcząca. Dorosła Anna nie była w moim typie tak bardzo, jak nie była w nim Anna nastoletnia.
Jednak, co ciekawe, zostaliśmy przyjaciółmi znacznie bliższymi niż w dzieciństwie. Jestem jednym z tych leniwców samotników, którym dzień potrafi przeciec między palcami, a oni nie mają poczucia, że zmarnowali choć sekundę. Tuż po sprzedaży domu mamy i zainwestowaniu pieniędzy odpuściłem sobie swój niby-biznes i rozpocząłem Najlepsze Życie pod Słońcem. Wystarczy kilka cyklów prania i mecz hokeja na NHL-u i mam popołudnie z głowy. W czasie, który zajmują mi rozważania nad białymi i kolorowymi rzeczami, Anna zdąży wyłożyć strych płytami gipsowo-kartonowymi, złoży zeznanie podatkowe, zrobi domowy makaron i zorganizuje w internecie wymianę ubrań. Śpi zrywami od północy do świtu i wystarcza jej energii, żeby przez cały dzień zasuwać jak górnik na przodku. Ja śpię snem sprawiedliwego jak najdłużej się da i codziennie o wpół do trzeciej po południu ucinam sobie drzemkę.
– Teraz cię pocałuję. – Anna zrobiła to, co zapowiedziała.
To był nasz pierwszy raz, jeśli nie liczyć cmoknięć w policzek przy okazji przelotnych objęć. Tego wieczoru zaproponowała mi zupełnie nową wersję siebie, a ja zamarłem zaskoczony.
– Hej, odpręż się – wyszeptała. Jej ręce znalazły się na moim karku. Pachniała bosko i smakowała winem. – Dziś jest szabat. Dzień odpoczynku. To nie będzie praca.
Znów się pocałowaliśmy, ale tym razem byłem opanowanym i chętnym uczestnikiem. Objąłem ją i przyciągnąłem. Wtuliliśmy się w siebie rozluźnieni. Odszukaliśmy szyje i wróciliśmy z nich do ust. Nie całowałem się tak od blisko roku, kiedy moja Zła Kobieta Mona nie tylko mnie rzuciła, ale zwędziła mi gotówkę z portfela (Mona miała problemy, ale jeśli chodzi o całowanie, była bajeczna).
– Zuch dziecina – westchnęła Anna.
– Szabat szalom – westchnąłem ja. – Powinniśmy to zrobić lata temu.
– Nie zaszkodziłoby nam chyba nieco golizny – wyszeptała Anna. – Rozbierz się.
Rozebrałem się. Kiedy ona też się rozebrała, było po mnie (...)


***

POKOCHALIŚCIE GO JAKO FORRESTA GUMPA, TERAZ POKOCHACIE GO JAKO PISARZA.


Tom Hanks gotów na literackiego Oscara.
W debiutanckim zbiorze siedemnastu opowieści Tom Hanks dowodzi, że świat nie ma żadnych granic.
Stworzeni przez niego bohaterowie są tak samo różnorodni i nieoczywiści jak jego aktorskie kreacje. Podróżują wokół ziemskiej orbity samodzielnie zbudowaną rakietą albo cofają się w czasie do 1939, tam zakochują się i decydują pozostać.
Dla Hanksa znaczenie mają zarówno dziesięcioletni Kenny, który w swoje urodziny po raz pierwszy lata awionetką, rozwódka rozpoczynająca życie na nowo, jak i bułgarski emigrant Assan, który dociera do Nowego Jorku i próbuje tam przetrwać bez znajomości języka.
Z dystansem i inteligentnym humorem aktor przygląda się również swojej rodzimej branży filmowej, której przedstawiciele budzą popłoch w księgowości wielomilionowymi gażami i monstrualnym ego. Podsłuchuje dziennikarzy, gdy z sentymentem wspominają złotą erę zawodu.
Tom Hanks w swoich zaskakujących i bezpretensjonalnych krótkich prozach udowadnia, że jest nie tylko genialnym aktorem, ale także wyśmienitym prozaikiem, twórcą świadomym i zdystansowanym, pełnym mądrej empatii wobec ludzkich słabości i tęsknot. Panuje nad językiem, bawi się nim, igra frazą i (z) czytelniczą czujnością.
Opowiadania spaja motyw maszyny do pisania – wehikułu marzeń, przedmiotu o magicznej mocy otwierania na świat, przekraczania barier czasu i przestrzeni, w końcu – czynienia nieśmiertelnym. Autor pozwala nam wierzyć, że maszyna do pisania to narzędzie, które w rękach właściwej osoby może wpłynąć na losy świata.
W erze smartfonów, iPadów i laptopów Hanks pokazuje, jak wielką radość można czerpać z tradycyjnego pisania. I jeszcze większą – z czytania.





ZGARNIJ EBOOKA Z 




Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger