"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Portret wiedźmy K.S. Shay

Portret wiedźmy K.S. Shay

"Jeśli pozbędę się mocy, nie zdoła zmienić mnie w potwora."


Bardziej to było w stylu fantasy niż grozy i mystery. Nie jest to klimat, jaki znajdziemy na przykład w powieściach o Czarownicach z Mayfair. Czuć tutaj bardziej atmosferę Księgi Wszystkich Dusz, chociaż bardziej jest to young adultowe chit-chatowanie, z magią czarownic w tle, która została zdetronizowana przez akcję i gadanie.

Ponownie.

Czyta się to okej, bardzo szybko, bardziej jak przygodowe fantasy, ale są elementy troszkę bardziej nastrojowe, niż tylko akcja i szybkie dialogi, choć w mniejszości.

W generalnym rozrachunku nie uważam tego czasu za aż tak bardzo stracony, chociaż oczywiście moje klimaty i oczekiwania sięgają troszeczkę głębiej, bardziej w stylu kusztownego pióra Anne Rice, ponieważ uważam, że tego rodzaju tematyka zasługuje na głębię, mrok i rasowość, a nie powierzchowność i kolorowanie słowem, a nie atmosferą i akcją.

Jestem już chyba za stara na takie młodzieżowo-romansowe odmiany wiedźmiej magii.

W tym przypadku jest to idealny scenariusz na długi serial na Netflixie.


MOJA OCENA: 5/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Kiedyś magia była dla niej czymś instynktowym. Teraz traci przez nią kontrolę nad własnym umysłem.

Maeve Ryan była najpotężniejszą wiedźmą swojego pokolenia. Przez jedno źle rzucone zaklęcie zrujnowała jednak swoją reputację i została naznaczona dziką magią. Siłą, która powoli odbiera wiedźmom rozum i zamienia je w przerażające zjawy.

Jedyne, czego dziewczyna pragnie, to pozbyć się swojej mocy. Na zawsze.

Próbując dociec, dlaczego nieudane zaklęcie zaczęło wyniszczać Maeve, jej przyjaciółka Ash trafia na ślad nierozwiązanej od dziesięcioleci zagadki kradzieży dzieł sztuki. Gdy znika w pustej ramie skradzionego obrazu, Maeve musi zaryzykować wszystko i podążyć za nią.

Nauczyciele Freida McFadden

Nauczyciele Freida McFadden

"Moje życie było skończone

Gdy pojawiła się ona

Młoda i piękna

Z gładkimi dłońmi

I różowymi policzkami

Pozwoliła mi odnaleźć siebie

I odebrała mi oddech

Swoimi wiśniowymi ustami

Zwróciła mi życie"


Kurczę, mega lekkie ma pióro ta autorka. W jej kolejne opowieści wchodzi się jak do znanego escape roomu, w którym czai się znane-nieznane.

Nieodkładalna pozycja tym razem dla mnie, jedna z lepszych, choć jeszcze wszystkich nie czytałam.

Bardzo obrazowa: od razu układało się filmidło przed oczami, a to też jest zaleta warsztatu pióra Freidy.

Świetnie spędzony czas niby na oczywistym, gdzie nawet twist był w miarę przewidywalny, do momentu naprawdę ostatnich zdań na kartach tej historii, kiedy to pojawiłą się całkiem smaczna i zaskakująco niespodziewanie soczysta wisienka na torcie.

Czytane w odstępach czasu powieści autorki naprawdę dają dużą i bardzo przyjemną odskocznię od rzeczywistości, pewniaka dobrze spędzonego czasu i gwarancję rozrywki na poziomie odmóżdżacza.

Polecam!


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Lekcja pierwsza: NIE UFAJ NIKOMU.

Eve wiedzie dobre życie. Każdego ranka całuje męża, Nate’a, i wychodzi uczyć matematyki w miejscowej szkole. Wszystko jest tak, jak być powinno. Z jednym wyjątkiem…

Rok wcześniej w liceum w Caseham wybuchł skandal – szeptano wtedy o romansie nauczyciela z uczennicą. W centrum całej afery znalazła się nastoletnia Addie. Tylko Eve wie, że za obrzydliwymi plotkami kryje się coś o wiele mroczniejszego.

Addie nie można ufać. Kłamie. Rani ludzi. Niszczy im życie.

Tak mówią wszyscy. Tyle że nikt tak naprawdę nie zna tej dziewczyny. Nikt nie odkrył sekretów, które mogłyby ją pogrążyć.

A Addie zrobi wszystko, by prawda nigdy nie wyszła na jaw.

Faworyci Layne Fargo

Faworyci Layne Fargo

"Nazywajcie mnie, jak chcecie. Nic mnie to już nie obchodzi. Moja historia należy do mnie, a ja opowiem ją tak, jak jeździłam na lodzie: na swój sposób, na moich warunkach.

I zobaczymy, kto ostatecznie zwycięży."


To troszkę tak jest z tą powieścią, jakby patrzyło się na piękną nastolatkę, która ma szansę przeobrazić się z ładnego kaczątka w pięknego łabędzia, ale jakoś tak lotki nie do końca wyrosły. Szkoda trochę, że taka potencjalnie rewelacyjna powieść pozostała /dla mnie/ jedynie bardzo dobra. A mogła być rewelacyjna.

Był to materiał na bardziej rasowe emocje: nastawiałam się na troszkę więcej głębi, a dostałam romans z łyżwiarstwem figurowym w tle, choc wolałąbym dostać łyżwiarstwo figurowe, niekoniecznie z romansem w tle. Gdzieś tam przebijała się dorosłość i dojrzałość. Gdzieś tam czuć było powagę tematu i jej potencjał. Gdzieś tam śmigały całkiem dobrze przestawione i poprowadzone postaci. Gdzieś tam...

Wszystkie super wątki zostały tak troszkę potraktowane po macoszemu, kończyły się, zanim się zaczynały, ucięte, nierozwinięte, napomknięte... a szkoda, bo pomimo mojego marudzenia, czytało się to bardzo dobrze, więc gdzieś tam magia drzemała i przetrwała.


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Wszyscy myśleli, że jej pierwszą miłością był Heath Rocha.
Nie.
Jej pierwszą miłością było łyżwiarstwo.

Katarina Shaw nie miała znanego nazwiska, pieniędzy ani wsparcia rodziny, ale zawsze wiedziała, że jej przeznaczeniem jest zostać łyżwiarką olimpijską. Kiedy spotkała Heatha Rochę, samotnego dzieciaka, który utknął w systemie opieki społecznej, natychmiast poczuli niezwykłą więź, która uczyniła z nich potężny duet na lodzie. Trzymali się łyżwiarstwa – i siebie nawzajem – aby uciec od przeszłości. Zaczęli jako ukochani z dzieciństwa, skończyli jako mistrzowie tańca na lodzie. Urzekali buntowniczym stylem, a wyjątkowa chemia między nimi fascynowała tłumy. Do czasu gdy na igrzyskach olimpijskich szokujący incydent zniszczył ich burzliwą relację...
Dziesięć lat później nieautoryzowany film dokumentalny ponownie rozpala publiczną obsesję na punkcie Shaw i Rochy. Jeśli Kat chce, by jej historia „należała do niej”, musi przerwać milczenie.

Ludzie ich nienawidzili. Chcieli nimi być. Nie mogli oderwać od nich wzroku. A Kat i Heath niszczyli się nawzajem.

https://go.buybox.click/linkclick_2868_9?&url=https%3A%2F%2Fwww.legimi.pl%2Febook-faworyci-fargo-layne%2Cb1468960.html
Rozległy świat Erin E. Craig

Rozległy świat Erin E. Craig

 "Ta Kraina miała w sobie coś osobliwego; niesamowitą czujność powodującą, że włoski na karku stawały dęba. To nie był ląd, który można było zdobyć, wbrew temu, co obiecywał odkrywca. Był to ląd, którego Należało się bać."



Bardzo fajnie czyta się powieści tej autorki, a ta opowieść jest chyba bardziej mroczna niż Drobne przysługi.

Dwie narracje. Wcześniejsza, opisująca jak powstała cała Osada i jak to wszystko się zaczęł i oczywiście teraźniejszość. A żeby wiedzieć, jaka będzie przyszłość to trzeba doczytać do końca tą bardzo dobrą opowieść.

Początek - czułam się tak jakbym wpłynęła na wyspę King Konga. Bardzo dobra atmosfera jest już wyczuwalna od pierwszych stron.


"Ta ziemia, ze wszystkimi jej darami I obietnicami, nie może zostać zawłaszczona.

Konsekwencje dalszych wypraw okazują się zbyt wysokim ryzykiem.

Według wszelkich relacji przekazywanych przez wędrowców, zarówno rodzimych jak i obcych, ta ziemia została wzgardzona, choć czy przez Boga, czy przez diabła, tego nie wiem.

Nigdy nie powinienem był stawiać stóp na jej przeklętych brzegach."


Redcap. Drzewo, dla którego przypłynęło tutaj wielu. Wyprawą jak u Krzysztofa Kolumba. Nie wszyscy przeżyli, a ci którzy dopłynęli na nieznany ląd, zostali tutaj już na zawsze. I tak właśnie powstała osada Mistaken: przeklęta wioska, strzeżona przed potworami z lasu przez dziwny krąg kamieni.

Kamienie Strażnicze - prezent od Łaskawych, chroniący przed Jasnookimi, którzyprzybywali zawsze nocą i spadali z nieba, "uderzali szybko przynosząc krzyki i pozostawiając ciszę."

Kamienie strażnicze wyznaczają granice bezpieczeństwa. Tylko co w przypadku, kiedy te granice zaczynają się zawężać, a Kamienie przemieszczać? 

Czy można wydostać się spod ich wpływu bez narażania życia?

Czy można uciec z Mistaken?

Jeśli tak, to kto może to robić i dlaczego ma taką moc? I co mieszka poza Kamieniami, w gęstym lesie?

Kim albo czym są tak naprawdę Jasnoocy?

Kim są Łaskawcy?

I kim jest Greer?

Mnóstwo tajemnic, mnóstwo tropów, a wszystko to w gęstej głuszy leśnej, pośrodku dzikiej zimowej przyrody, pełnej potworów, które mają podwójne oblicza.

Nie każdy potwór z definicji okazuje się potworem.

Super samo się przeczytało, jak młodzieżówka, chociaż to młodzieżówka nie jest, czyli było lekko było intrygująco, mrocznie, fantastycznie, baśniowo, obrazowo i mega działająco na wyobraźnię.

Polecam.


MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Tak jak wszyscy inni mieszkańcy, Greer Mackenzie jest uwięziona w osadzie Mistaken.

Leżąca na skraju Ameryki Północnej maleńka miejscowość cieszy się bogactwem naturalnych zasobów, dzięki którym mieszkańcy żyją w dobrobycie. Lecz przychodzi im ponieść za to pewną cenę. Niestety lasy napełniające ich sakiewki kryją niebezpieczne potwory nazywane Jasnookimi, winne sprowadzenia całkowitej zagłady na pobliskie mieściny. Na szczęście założyciele Mistaken zawarli sojusz z tajemniczymi Łaskawymi, dzięki czemu Kamienie Strażnicze otaczające miasteczko zatrzymują Jasnookich na zewnątrz… ale jednocześnie utrzymują obywateli w środku. Każdy, kto spędzi noc w osadzie, należy do niej już na zawsze.


Greer, kartografka i ekscentryczna marzycielka, od zawsze pragnęła poznać świat poza granicami, do których została przykuta. Wiedziała jednak, że ani jej, ani jej wieloletniej miłości, Ellisowi Beaufortowi, nigdy nie zostanie to dane. Aż do dnia, kiedy mieli wreszcie rozpocząć wspólne życie… Lecz zamiast przeżywać chwile radości, Greer patrzy z przerażeniem, jak jej ukochany, ścigany przez potworną bestię, znika za Kamieniami Strażniczymi. Wiedziona potrzebą ratowania ukochanego, znajduje sposób, by po raz pierwszy w życiu wydostać się z Mistaken i wyruszyć w podróż przez zimną i bezlitosną dzicz. Tyle że ona również staje się zwierzyną – nie tylko dla bezlitosnych Jasnookich, lecz także sekretów kryjących się za założeniem miasteczka oraz jej własnym pochodzeniem.


Posmak Daria Lavelle

Posmak Daria Lavelle

 "... a smaki zmarłych wydały się bardziej żywe niż cokolwiek innego w tym martwym pokoju.


Niepowtarzalność tej powieści polega przede wszystkim - i tylko - na pomyśle.

Posmak na języku jako znak od zmarłego ojca?

Potrawy, które materializują i przywołują zmarłych?

Tak. Pomysł jest super.


"Posmaki pojawiały się w ustach Konstantina jak wiadomości, za każdym razem przywoziły na myśl inną potrawę. Były coraz częstsze. Coraz intensywniejsze. Przychodziły nieproszone i osiadały w gardle jak widma."


Chłopak, który wykorzystuje tą dziwną moc, jaką odkrył u siebie bardzo intensywnie po śmierci ojca i zakłada własną restaurację.

Kulinarna podróż z Konstantinem Duhownym: prawdziwy kucharz, który karmi ciało i duszę.

Kolacja z duchami.


"Straciłeś kogoś?

Jesteś w żałobie, wspomnienia sprawiają ci ból?

Opłakujesz stratę od dawna i nie umiesz odpuścić?

Chcesz jeszcze raz powiedzieć bliskiej osobie, co czujesz?

Możemy pomóc.

Zjedz ostatni wspólny posiłek supper w Clubie w Hell's Kitchen.

Ty przynosisz wspomnienia, my zapraszamy twoje duchy { w sensie dosłownym}."



I wszystko mogłoby być zajefajne, ale nie jest. Dla mnie.

To nie jest horror. To nie jest nawet groza. Bardziej jest to nostalgiczna opowieść z duchami w tle, o tęsknocie która trwa, o stracie i o konsekwencjach tych uczuć.  

Wrażenia?

Świetny, innowatorski pomysł zbagatelizowany lekko współczesnym podejściem, pełną chaosu głośną narracją skipandstones, bez głębi, rekompensowanej wzruszającymi scenami i smutkiem. Tak naprawdę przeczytałam dramat, zakrapiany duchami, żałobą, kulinarnym bełkocikiem i poczuciem straconego czasu troszkę, biorąc pod uwagę moje napalenie na tą opowieść.

I wyszłam z tej restauracji z lekkim niesmakiem.

Można przeczytać z ciekawości inności tematyki i sprawdzenia, jak można przypalić dobrą potrawę.


MOJA OCENA: 5/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Wyobraź sobie, że możesz zjeść ostatni posiłek z kimś, kogo straciłeś.

Konstantina Duchovnego nawiedzają smaki – wyczuwa w ustach potrawy, których nigdy nie jadł, a nawet nie miał szansy spróbować. Wkrótce odkrywa, że to duchy porozumiewają się z nim za pośrednictwem swoich ulubionych dań. Co więcej, gdy uda mu się idealnie odtworzyć smak takiego widmowego posiłku, zjawy materializują się na jedno, ostatnie spotkanie, trwające nie dłużej niż do ostatniego kęsa.

Co Konstantin zrobi z tak niezwykłym talentem? Być może jego życiową misją jest pojednanie żywych z tymi poza światem. Szkopuł jednak w tym, że nie umie gotować. Wejście w świat nowojorskiej gastronomii przypomina wyprawę przez wyjątkowo nieprzyjazny krąg piekła, ale to wcale nie nauka zawodu jest największym problemem Konstantina. Prawdziwe niebezpieczeństwa czają się bowiem w ukryciu – po tej i po tamtej stronie życia.

Historia o duchach, opowieść o miłości i stracie, melancholijna i pełna humoru, słodko-gorzka i apetyczna, pachnąca tęsknotą, doprawiona szczyptą magii – po prostu niepowtarzalna.

Bon appétit.
Wystarczy tylko sięgnąć.



Mary Reilly Valerie Martin

Mary Reilly Valerie Martin

 "Jak jeden człowiek może być dwoma osobami - jedną dobrą, łagodną, wielkoduszną, a drugą dbającą tylko o swe przyjemności, a te przyjemności to dręczenie bliźnich?"


Piszę sobie na świeżo opinię, tak jak lubię i stwierdzam mega obiektywnie, że ten rodzaj klasyki czyta się z dziką rozkoszą. 

Jak można operować słowem, żeby wywołać grozę, opowiadając o właściwie zwykłych rzeczach? 

Właśnie tak.

Świetny klimat, powoli narastające napięcie, które prowadzi do końca, opartego na faktach (z tego, co zrozumiałam w posłowiu...) 

Kto nie zna, przynajmniej pobieżnie historii doktora Jekyll'a i pana Hyde'a? 

"J a jestem twoim panem. J a jestem twoim panem. Jeszcze tego nie wiesz?"

Polecam też ekranizację, film stary, ale niezapomniany, z rewelacyjną rolą Julii Roberts!

"...wiem, że nie ma ratunku. Pan Edward Hyde nigdy nas nie opuści. Wszystko w tym domu robimy po to, by ukryć miejsce, gdzie on ciągle jest. Mówi o nim to, że nigdy o nim nie mówimy."

Dostępność chyba tylko na Allegro lub w bibliotekach - brzydka okładka, skrywająca cudną, ciarkowatą treść, czytającą się samą. 

Przepiękne okładki wydań zagranicznych... ech...


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

NIEDOSTĘPNY

***

Mary Reilly jest wielkim osiągnięciem kreatywności ślizgającej się radośnie po cienkim lodzie. Największą zasługą autorki jest to, iż przedstawia Mary Reilly i jej życie służącej niezwykle przekonująco."


EKRANIZACJA

TRAILER

***





AUTOR

Bachantka na panterze. Historia zakazanej miłości śląskiego rzeźbiarza i jego pięknej modelki Gabriela Anna Kańtor

Bachantka na panterze. Historia zakazanej miłości śląskiego rzeźbiarza i jego pięknej modelki Gabriela Anna Kańtor

"Nasza miłość rosłą wraz z tą rzeźbą, z jej wyłanianiem się z białych czeluści marmurowej bryły."


Zaczęłam czytać sobie toto tak od razu z buta, mając z tyłu głowy fakt, że nie przepadam za tematyką sztuki, historii i literatury faktu...

A jednak.

Urocza, słodko gorzka historia, oparta na faktach z ... zakończeniem (nie mogę napisać jakim, wiadomo dlaczego).

Czytało się to samo, bardzo w klimacie Rozważnej i romantycznej. Taka prosta, dobra i szczera opowieść, ze śladowym rysem historycznym, bardziej oparta na emocjach i uczuciach. 

Polecam miłośni(cz)kom romantycznych opowieści. 


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Bachantka na panterze - to prawdziwa perełka; pierwsza w dziejach literatury powieść historyczna o rzeźbiarzu Theodorze Erdmannie Kalide, nazywanym „śląskim Michałem Aniołem”. Urodził się w roku 1801, w Chorzowie na Górnym Śląsku. Jego talent bardzo szybko zauważono i wysłano go, jako osiemnastolatka, na stypendium do Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie. Tam powstawały jego wielkie dzieła, takie jak Śpiący lew, Chłopiec z łabędziem i Dziewczynka z lirą, ale przede wszystkim Bachantka na panterze - jedna z najwspanialszych, najbardziej śmiałych, kontrowersyjnych rzeźb w historii sztuki. Emanowała tak potężną zmysłowością i erotyzmem, że z jej powodu na wiele lat przekreślono karierę i cały wcześniejszy dorobek wielkiego rzeźbiarza, zaś jego modelkę wyklęto i skazano na zapomnienie. Ile trzeba było mieć w sobie miłości do kobiety, by - ryzykując całą swoją karierę - oddać w marmurze hołd jej pięknu? Jak bardzo trzeba było zaufać ukochanemu mężczyźnie, by poważyć się na zapozowanie mu do tak zuchwałej rzeźby? Które z nich zaryzykowało więcej? Połowa XIX wieku, Berlin. Sztuka i miłość. Rzeźba, która stała się legendą.




AUTOR


American Crime Story: Impeachment serial (2021)/A Vast Conspiracy: The Real Story of the Sex Scandal That Nearly Brought Down a President Jeffrey Toobin

American Crime Story: Impeachment serial (2021)/A Vast Conspiracy: The Real Story of the Sex Scandal That Nearly Brought Down a President Jeffrey Toobin

Impeachment: American Crime Story to trzeci sezon telewizyjnej antologii kryminalnej FX American Crime Story. Składa się z 10 odcinków.

Tym razem przedstawiono sprawę skandalu romansu Clinton-Lewinsky. Sezon opiera się na książce A Vast Conspiracy: The Real Story of the Sex Scandal That Nearly Brought Down a President Jeffreya Toobina.

Jameryka dzika i polityka. Kompletnie nie moja bajka, ale cóż - wsiąkłam wzięłam!

Dlaczego?

Oczywiście głównie dzieki fantastycznej kreacji mojej ukochanej aktorki Sarah Paulson, grającej Lindę Tripp! Ona nakręca cały ten sezon bez dwóch zdań!

Są tu emocje, których się nie spodziewałam po w sumie dość nudnym, wydawałoby się, temacie.

Ponownie nieodkładalny, jak w przypadku jednak jak do tej pory najlepszego (jak dla mnie) sezonu pierwszego i odkładalnego, troszkę monotonnego sezonu drugiego. 


MOJA OCENA: 8/10

ZOBACZ TRAILER!

TU

***


***



AUTOR


Zagubiony ptak Jowita Kosiba

Zagubiony ptak Jowita Kosiba

"Wybiegła na pustą przestrzeń i w tym momencie piorun, który przeszył ciężkie szare niebo, rozdzierając je na pół, na moment ją oślepił. W jego blasku dostrzegła zarys budowli – wielkiej, majestatycznej i całkowicie czarnej."

Napaliłam się na okładkę, a tu okazało się, że to KOMPLETNIE nie mój typ tematyczny.
Jest odrobinkę wątków mystery, bardzo obiecujących i klimatycznych, ale cała reszta /jak dla mnie/ niepotrzebnie rozwleczona.
Narracja marszowa, ponownie nie moja bajka, mega rozciągnięta. Dialogi jak z elementarza.
Szkoda, bo gdzieś tam przebijał się potencjał dla mojego typu literatury - przykładowo bardzo dobry wątek rodziny pułkownika i dzieciaków, szczególnie sióstr.

Jestem przekonana, że miłośnikom tajemnic, dramatów rodzinnych i romantycznych wątków opowieść ta przypadnie do gustu. Jest ona troszkę podobna w stylu do Damy z wahadełkiem.

Okładka świetniasta.


MOJA OCENA: 5/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
W snach Klaudii, dwudziestodziewięcioletniej absolwentki wydziału sztuk pięknych, regularnie pojawia się stary dwór, otoczony umarłym ogrodem. Dziewczyna nie przywiązuje większej wagi do tych iluzorycznych wizji do dnia, w którym zobaczy ów dwór na jawie. Zaintrygowana, postanawia wszcząć prywatne śledztwo na temat jego przeszłości. Badając historię tego opuszczonego i nieprzyjaznego miejsca, zanurza się w głąb innej historii, znacznie mroczniejszej, która powiedzie ją do odkrycia szokującej prawdy o najbliższych jej osobach i o sobie samej.


AUTOR
↓




Niebezpieczne związki Pierre Choderlos de Laclos

Niebezpieczne związki Pierre Choderlos de Laclos

"„Na jakie bezdroża może nas zawieść pierwsze uniesienie! Szczęśliwy, moja piękna przyjaciółko, kto jak ty nauczył się nigdy mu nie ulegać!”

Arcydzieło konwersacji. 
Wykwintne. Wyrafinowane. Kurtuazyjnie żmijowate.

UWIELBIAM.


Chciałabym tak umieć mówić i sączyć jad między wierszami, z niewinnym uśmiechem na pąsowych ustach...


Skrócik.

"U źródeł intrygi leży urażona ambicja pięknej markizy de Merteuil. Aby zemścić się na mężczyźnie, który przedłożył nad jej wdzięki świeżość i niewinność wychowanego w klasztorze dziewczęcia, namawia swojego dawnego kochanka, wicehrabiego de Valmont, aby uwiódł Cecylię de Volanges – właśnie ową cnotliwą i naiwną pannę. Pragnie, aby młody małżonek znalazł w swoim łożu zamiast zawstydzonej dziewicy wyrafinowaną libertynkę. Valmont początkowo odmawia, gdyż nudzi go perspektywa łatwej zdobyczy, zwłaszcza że zafascynowany jest niedostępną pięknością – prezydentową de Tourvel. W przeciwieństwie do markizy, która jedynie udaje cnotliwą i pobożną damę, pani de Tourvel rzeczywiście zasługuje na swoją znakomitą reputację; dlatego też cyniczny Valmont traktuje ten podbój jako wielkie wyzwanie. Markiza musi więc działać innymi sposobami: jako przyjaciółka matki Cecylii często widuje młodą dziewczynę. Stopniowo zdobywa zaufanie dziewczyny, staje się powiernicą i doradczynią. Widząc odwzajemnione zainteresowanie młodej panny kawalerem Danceny, podsyca je i steruje wydarzeniami, by wzniecić ogień uczucia Cecylii."

POLECAM, jedno z najlepszych dzieł klasycznych.

MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Część pierwsza
List I

Cecylia Volanges do Zofii Carnay w klasztorze urszulanek w ***

Widzisz, droga przyjaciółko, że dotrzymuję danego słowa i że czepeczki i stroiki nie pochłonęły tak dalece całego mego czasu, aby mi go nie zostało zawsze dla ciebie pod dostatkiem. A przecież w tym jednym dniu napatrzyłam się więcej strojów niż w ciągu czterech lat, które spędziłyśmy razem w klasztorze. Mama zasięga we wszystkim mego zdania; czuję, że jestem w jej oczach daleko mniej pensjonarką niż poprzednio. Mam własną pannę służącą, pokój i salonik wyłącznie dla siebie; piszę do ciebie na prześlicznym biureczku, do którego dostałam klucz i gdzie mogę chować i zamykać, co mi się podoba. Mama oznajmiła, że będę ją widywała codziennie przy wstawaniu; wystarczy, jeżeli będę uczesana do obiadu, i wówczas uwiadomi mnie co dzień, gdzie mam się z nią spotkać popołudniu. Resztą czasu mogę rozrządzać zupełnie do woli; mam swoją harfę, rysunki i książki, jak w klasztorze; z tą różnicą, że nie ma matki Annuncjaty, która by mi sypała bury, i że, gdybym chciała, mogłabym nic nie robić od rana do wieczora; że jednak nie mam przy sobie mojej Zosi, z którą bym mogła śmiać się i gawędzić, wolę przeto skracać czas jakimś zatrudnieniem.
Jest zaledwie piąta; z mamą mam się spotkać dopiero o siódmej; czasu więc byłoby aż nadto, gdybym tylko miała coś do zwierzenia! Ale jeszcze nic a nic nie wiem; gdyby nie przygotowania, na jakie patrzę codziennie, i nie mnóstwo robotnic, które kręcą się tu wyłącznie tylko dla mnie, mogłabym myśleć, że nikomu się nie śni wydawać mnie za mąż i że to była zwykła gadanina poczciwej Józefy. Jednakże matka powtarzała mi tak często, że panienka powinna zostawać w klasztorze aż do chwili zamążpójścia, że skoro mnie odebrano, Józefa musi chyba mieć słuszność.
Jakiś pojazd zatrzymał się przed bramą i mama kazała mnie zawołać natychmiast do siebie. Czyżby to miał być... Jestem nieubrana, ręce mi drżą i serce tłucze się we mnie. Pytam panny służącej, czy nie wie, kto jest u matki. „Owszem — odparła — pan C***”. To mówiąc, zaczęła się śmiać. Och, mam jakieś przeczucie, że to on. Wrócę zaraz, aby ci opowiedzieć, jak się wszystko odbyło. Wiem przynajmniej już, jak się nazywa. Spieszę, aby nie dać na siebie czekać zbyt długo. Do widzenia, za małą chwileczkę.
Toż będziesz sobie żartować z głupiutkiej Cesi! Och, jakże się zawstydziłam! Ale i ty byłabyś się złapała tak samo. Wszedłszy, ujrzałam czarno ubranego pana, który stał koło mamy. Ukłoniłam się najwdzięczniej, jak mogłam i zatrzymałam się w miejscu, niby wrośnięta w posadzkę. Możesz sobie wyobrazić, jak mu się przyglądałam! „Pani — rzekł do matki, oddając mi ukłon — córeczka jest zachwycająca i tym żywiej przychodzi mi odczuwać łaskę, jaką mnie pani darzy”. Na to tak wyraźne oświadczenie poczęłam drżeć na całym ciele, nie mogłam utrzymać się na nogach; na szczęście, spostrzegłam w pobliżu fotel: usiadłam, cała czerwona i pomieszana. Ledwiem zdążyła to uczynić, już człowiek ten znalazł się u moich kolan. Wówczas twoja biedna Cesia straciła do reszty głowę; byłam, jak mówi mama, zupełnie nieprzytomna. Zerwałam się, wydając przeraźliwy krzyk... Ot, jak wtedy, podczas burzy, pamiętasz? Na to mama parsknęła śmiechem, mówiąc: „Co tobie, dziecko? Usiądźże i podaj panu nogę”. Moja złota, pokazało się, że ten pan, to po prostu szewc. Nie umiem ci opisać, jak bardzo się zawstydziłam: na szczęście nikogo nie było prócz mamy. Sądzę, iż skoro wyjdę za mąż, nigdy nie wezwę już tego szewca.
Przyznaj, że my, doprawdy, dużo wiemy o świecie! Do widzenia. Już blisko szósta; panna służąca mówi, że czas się ubierać. Do widzenia, Zosiu droga; kocham cię tak, jak gdybym jeszcze była w klasztorze.
PS Nie wiem, przez kogo posłać list: zaczekam, aż przyjdzie Józefa.
Paryż, 3 sierpnia 17**

List II

Markiza de Merteuil do wicehrabiego de Valmont w zamku ***
Wracaj, drogi wicehrabio12, wracaj; cóż ty tam robisz, co możesz robić u starej ciotki, która cały majątek zapisała już na twoje imię? Ruszaj natychmiast w drogę: potrzebny jesteś. Przyszła mi do głowy wspaniała myśl i tobie pragnę powierzyć wykonanie. Te kilka słów powinny by wystarczyć: aż nazbyt zaszczycony wyborem powinien byś stawić się z całym pośpiechem, aby na kolanach odebrać me rozkazy. Ale ty nadużywasz mej dobroci, nawet wówczas, kiedy przestałeś z niej korzystać, i w wyborze, jaki mam przed sobą, albo wieczystej nienawiści, albo bezgranicznego pobłażania dla ciebie, jedynie szczęściu swemu zawdzięczasz, iż dobroć moja bierze górę. Zatem spieszę wtajemniczyć cię w swoje zamysły: lecz przysiąż, że, jako wierny rycerz, nie pogonisz za żadną inną przygodą, póki tej nie doprowadzisz szczęśliwie do końca. Jest ona zaprawdę godną bohatera: masz służyć razem miłości i zemście; słowem, będzie to jedno dzieło więcej do umieszczenia w twoich pamiętnikach: tak, w twoich pamiętnikach, gdyż chcę koniecznie, aby kiedyś ukazały się w druku i sama podejmuję się je spisywać. Ale zostawmy je na razie, a wróćmy do tego, co mnie w tej chwili zaprząta.
Pani de Volanges wydaje za mąż córkę: to jeszcze tajemnica: ale zwierzyła mi ją od wczoraj. I kogo, myślisz, wyszukała za zięcia? Hrabiego de Gercourt. Któż by powiedział, że ja mam zostać kuzynką Gercourta? Po prostu nie posiadam się z wściekłości... Jak to! Nie domyślasz się jeszcze? O głowo niepojętna! Czyżbyś mu już przebaczył przygodę z intendentową? A ja, czyż nie więcej jeszcze mam przyczyn użalać się na niego, ty potworze? Ale panuję nad gniewem i nadzieja zemsty rozpogadza mą duszę.
Sto razy musiała ci się dać we znaki, tak samo jak i mnie, owa nadęta uroczystość, z jaką Gercourt rozprawia o tym, co za wszelakie przymioty musi posiadać jego przyszła żona, oraz głupia zarozumiałość, która każe mu mniemać, iż on właśnie zdoła uniknąć nieuniknionego losu. Znasz jego śmieszne urojenia na punkcie klasztornego wychowania i jeszcze o wiele śmieszniejszy przesąd co do chłodnego temperamentu blondynek. W istocie, mogłabym się założyć, że, mimo sześćdziesięciu tysięcy renty małej Volanges, nigdy nie przyszłoby mu na myśl małżeństwo, gdyby panna była brunetką lub gdyby nie chowała się w klasztorze. Przekonajmy go zatem, że jest tylko głupcem i... czymś więcej: zostałby nim z pewnością prędzej czy później; nie o to się też kłopocę; lecz byłoby zabawne, gdyby już od tego rozpoczął. Jakżebyśmy się przednio bawili nazajutrz, słysząc, jak się chełpi! Bo będzie się chełpił z pewnością; a przy tym, skoro już raz ty się zajmiesz postanowieniem pierwszych kroków tej dziewczyny, trzeba by dziwnego nieszczęścia, aby Gercourt nie stał się z czasem, jak tylu innych, przedmiotem zabawy całego Paryża.
Zresztą bohaterka tego nowego romansu zasługuje w zupełności na twoje starania: jest naprawdę ładna; ot, dzieciak piętnastoletni, istny pączek róży; nieprawdopodobnie naiwna i bez najmniejszej sztuki: ale was mężczyzn taka rzecz nie odstrasza: ma przy tym w spojrzeniu jakąś tkliwą omdlałość, doprawdy bardzo obiecującą. Dodaj do tego, że ja ją polecam; nie pozostaje ci nic, jak tylko podziękować i posłuchać.
List ten dostanie się do twoich rąk jutro rano. 
Rozkazuję, abyś jutro, o siódmej wieczór, zjawił się u mnie. Nie przyjmę nikogo przed ósmą, nawet mego panującego kawalera: on nie ma dosyć głowy na tak ważne przedsięwzięcie. Widzisz, że miłość mnie nie zaślepia. O ósmej zwrócę ci swobodę, o dziesiątej zaś wrócisz, aby wieczerzać wraz z pięknym przedmiotem twoich zabiegów: matka i córka będą jutro u mnie. Do widzenia; minęło już południe. Niebawem przestanę się tobą zajmować.
Paryż, 4 sierpnia 17**


POSŁUCHAJ 


***
Czy miłość może zabić? U źródeł intrygi leży urażona ambicja pięknej markizy de Merteuil. Aby zemścić się na mężczyźnie, który przedłożył nad jej wdzięki świeżość i niewinność wychowanego w klasztorze dziewczęcia, namawia dawnego kochanka, wicehrabiego de Valmont, aby uwiódł Cecylię de Volanges - właśnie ową cnotliwą i naiwną pannę. Pragnie, aby młody małżonek znalazł w swoim łożu zamiast zawstydzonej dziewicy wyrafinowaną kochankę. Valmont początkowo odmawia, gdyż nudzi go perspektywa łatwej zdobyczy, zwłaszcza że zafascynowany jest niedostępną pięknością - prezydentową de Tourvel. W przeciwieństwie do markizy, która jedynie udaje cnotliwą i pobożną damę, pani de Tourvel rzeczywiście zasługuje na swoją znakomitą reputację; dlatego też cyniczny Valmont traktuje ten podbój jako wielkie wyzwanie. Markiza musi więc działać innymi sposobami: jako przyjaciółka matki Cecylii często widuje młodą dziewczynę. Stopniowo zdobywa zaufanie dziewczyny, staje się powiernicą i doradczynią. Widząc odwzajemnione zainteresowanie młodej panny kawalerem Danceny, podsyca je i steruje wydarzeniami, by wzniecić ogień uczucia Cecylii…



EKRANIZACJA
↓


TRAILER
↓


AUTOR
↓



Vera Elizabeth von Arnim

Vera Elizabeth von Arnim

"Spotkali się na gruncie wspólnego nieszczęścia, a przedstawiła ich sobie sama Śmierć."

Tak.
To była literatura obyczajowa.
To był romans.

Ale przede wszystkim był to psychiczny, pełen mroku HORROR.

Ileż emocji mych pochłonęła ta powieść, z nieoczekiwaną zmianą akcji!

A zaczęło się tak słodko, tekstami typu: "drżące usta", "trzepoczące powieki", "stany omdlenia", "nieziemskiego oddania", że czytając to, z przyjemnością cofnęłam się w czasie, kiedy to dżentelmeni i przecudowna sztuka konwersacji władały naszym światem.

Myślałam, że to będzie odstresowująca lekturka, w stylu co najmniej Emmy, Małych kobietek lub historii Wilkie Collins...

To sobie pomyślałam.

Słodka sielanka mniej więcej od połowy powieści zamienia się powoli w niepokój, który stanowi tylko przedsionek piekła, jakie czeka główną, słodką naszą bohaterkę.

Piękny styl powieści przekazuje nam już mniej cudną rzeczywistość...

Nie mogę napisać nic więcej, żeby nie zdradzić zbyt dużo. Wspomnę jedynie, że jest to dramat głównie trzech osób: słodkiej Lucy, jej oddanej ciotki oraz tajemniczego Everarda, właściciela ponurej posiadłości The Willows...

Polecam bardzo, jedno z większych zaskoczeń literackich.

MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Dwudziestodwuletnia Lucy Entwhistle nie zdążyła jeszcze otrząsnąć się po niespodziewanej śmierci ojca, kiedy los stawia na jej drodze uczynnego Everarda Wemyssa. Nowy znajomy staje się dla niej opoką w trudnych chwilach i wkrótce też… jej mężem. Jedyną rysą na małżeńskim szczęściu Lucy jest mroczna postać pierwszej żony Wemyssa, Very, która zmarła w tajemniczych okolicznościach. Jednak dopiero po zamieszkaniu w „The Willows”, wspaniałej rezydencji Wemyssa i w miarę odkrywania kolejnych cech osobowości swojego ukochanego, Lucy zaczyna poważnie się zastanawiać: co tak naprawdę przydarzyło się Verze?


Vera, napisana przez Elizabeth von Arnim na podstawie własnych małżeńskich doświadczeń, to zarazem czarna komedia i ponure studium romantycznych złudzeń, za których sprawą żony poddają się despotyzmowi mężów.







AUTOR
↓


Samarytanin Dete Meserve

Samarytanin Dete Meserve

Czytało się z oczekiwaniem, że będzie to coś głębszego.
Niestety /dla mnie/ - okazało się to obyczjowo-romansową przygodą.
Lekką w odbiorze. Ale szału wielkiego nie ma;)
Ciekawy pomysł, moim zdaniem ciutkę zmarnowany. Nie sięgnę po kolejną część;)

MOJA OCENA: 5/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!






***

Dziennikarka Kate Bradley czuje, że trafiła na przełomowy dla jej kariery temat, kiedy dowiaduje się, że dziesięciu przypadkowych mieszkańców Los Angeles znienacka obdarowano niebagatelną darowizną w wysokości 100 000$.
Żadna z tych osób nie potrafi wskazać, kto stoi za hojnym darem. Im głębiej Kate wnika w sprawę, tym trudniej jest znaleźć odpowiedzi na mnożące się pytania, a temat staje się coraz bardziej podejrzany.
Dziennikarka powoli zacznie wątpić w pobudki zarówno obcych, z którymi rozmawiała, swojej rodziny, jak i własne. Sprawa, która wydawała się być po prostu materiałem na świetny reportaż, zacznie dotyczyć także jej osobiście. Czy uda jej się odkryć kim jest tajemniczy Miłosierny Samarytanin?


Cykl: Tajemnica Kate Bradley (tom 1)







ZWIASTUN




Zdobywam zamek Dodie Smith

Zdobywam zamek Dodie Smith

"Kiedy zasiadłyśmy do jedzenia, powiedziałam, że to musi być niezwykłe nie uważać siebie za interesującą osobę. - Nigdy nie czuła się pani interesująca, panno Marcy? Zamyśliła się, przeżuwając ogromny kęs jedzenia. - Chyba się czułam, gdy byłam małą dziewczynką. Moja ukochana matka zawsze mówiła, że jestem bardzo egocentryczna. I wiecznie niezadowolona! - Teraz pani nie jest. Co panią zmieniło? - Bóg zesłał mi prawdziwe zmartwienie, moja droga."

Moje osobiste 9 - tzn, że nie każdy może mieć takie odczucia, jak ja względem tej książki.
Ale jakaż to miła odmiana po tych wszystkich thrillerowych jednokopytkowcach!


Cudowna. Magiczna. Wspaniała. Romantyczna. 

Początkowo dość ciężko wbić się w klimat, tym bardziej, że okładka naszego polskiego wydania zupełnie nie odzwierciedla klimatu lat 30. XX wieku - myślałam, że to współczesna opowieść. Ale w trakcie czytania nasiąkałam powoli nastrojem, atmosferą - jak gąbka!


Historia przedstawia losy siedemnastoletniej Brytyjki - Cassandry Mortmain i jej ekscentrycznej rodziny, która mieszka w podupadłym zamku i stara się tam przeżyć. Jej ojciec, James, pisarz, desperacko próbuje powtórzyć sukces swojej pierwszej powieści, jednak od dwunastu lat nie udało mu się nic napisać. 
Piękna siostra Cassandry - Rose nienawidzi tej biedy. Przybrana matka dziewczyn, Topaz, modelka, także nie zarabia zbyt dużo.
Szansa pojawia się w osobach zamożnego Amerykanina Simona Cottona, prawowitego właściciela zamku oraz jego brata Neila. 
Rose postanawia rozkochać w sobie Simona i wyjść za niego za mąż, co w jej mniemaniu pomoże uratować posiadłość, a jej zagwarantować życie w dostatku.

Jednak nie wszystko idzie po jej myśli...

Rewelacyjna główna bohaterka - dziewczyna z ogromną wyobraźnią, wrażliwością i spostrzegawczością - jej pamiętnik czyta się jednym tchem!
Chwilami naprawdę zabawna /scenka z niedźwiedzim futrem, przykładowo:))

Przez sześć miesięcy 1934 roku Cassandra Mortmain prowadzi dziennik, zapełniając trzy bezcenne zeszyty osobistymi, przejmującymi wpisami dotyczącymi jej domu, zrujnowanego zamku Suffolk i jej ekscentrycznej i bez grosza przy duszy rodziny. Do czasu zakończenia ostatniego pamiętnika, w domu Mortmainów następują wielkie zmiany...

Jest to opowieść o dojrzewaniu, w której Cassandra nieświadomie opisuje proces dojrzewania.

Przeczytana w jeden wieczór - ekranizacji nie widziałam, musicalu też nie, ale mam w planach:)


MOJA OCENA: 9/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!
I

Piszę, siedząc na kuchennym zlewie. To znaczy – trzymam w nim nogi; reszta mnie siedzi na blacie suszarki, którą wymościłam kocykiem naszego psa i ocieplaczem na dzbanek do herbaty. Nie mogę powiedzieć, żeby było mi naprawdę wygodnie, no i jest coś przygnębiającego w zapachu karbolowego mydła, ale tylko do tej części kuchni dochodzi jeszcze trochę światła dziennego. I wiem już, że siedzenie w miejscu, gdzie się wcześniej nigdy nie siedziało, może być inspirujące – swój najlepszy wiersz napisałam na kurniku. Ale i tak nie był to dobry wiersz. Stwierdziłam, że moja poezja jest tak zła, że nie wolno mi pisać nic więcej.
Krople z dachu padają z pluskiem do beczki na deszczówkę przy tylnym wejściu. Widok przez okno nad zlewem bardzo mnie przygnębia. Za mokrym ogrodem na dziedzińcu widać zrujnowane mury na brzegu fosy. Za fosą błotniste pola uprawne ciągną się po skraj ołowianego nieba. Powtarzam sobie, że ten cały deszcz, który pada ostatnio, jest dobry dla przyrody i wiosna wybuchnie u nas lada moment. Próbuję wyobrazić sobie liście na drzewach i dziedziniec pełen słońca. Niestety, im więcej zieleni i złota widzę oczyma duszy, tym bardziej bezbarwny wydaje mi się dzisiejszy zmierzch.
Poprawia mi się nastrój, kiedy przenoszę wzrok z okien na kuchenny ogień, bo blisko niego moja siostra Rose prasuje – mimo iż oczywiście nie może tam dobrze widzieć i szkoda by było, gdyby przypaliła swoją jedyną koszulę nocną. (Ja mam dwie, ale jedna jest bez pleców). Rose szczególnie ujmująco wygląda w świetle rzucanym przez ogień, bo jest osobą o jasnej karnacji, ma delikatnie zaróżowioną skórę i złote włosy, bardzo jasne i lekkie jak puch. Chociaż mnie już trochę spowszedniała, to wiem, że uchodzi za piękność. Ma prawie dwadzieścia jeden lat i jest mocno rozgoryczona życiem. Ja mam siedemnaście lat, wyglądam młodziej, a czuję się starsza. Nie jestem pięknością, ale moje rysy twarzy są regularne.
Właśnie powiedziałam Rose, że nasza sytuacja jest właściwie całkiem romantyczna – dwie dziewczyny w takim dziwnym i samotnym domu. Odparła, że nie widzi nic romantycznego w tym, że siedzimy zamknięte w rozsypującej się ruinie, otoczonej morzem błota. Muszę przyznać, że nasz dom jest niezbyt odpowiednim miejscem do życia. Jednak ja go kocham. Sam dom powstał w czasach Karola II, ale został dobudowany do resztek czternastowiecznego zamku, zburzonego przez Cromwella. Cała wschodnia ściana jest częścią zamku. Są w niej dwie okrągłe wieże. Wartownia zachowała się nietknięta i odcinek starych murów pełnej wysokości łączy ją z domem. Wieża Belmotte, pozostałość jeszcze starszego zamku, nadal stoi na wzgórzu nieopodal. Jednak nawet nie spróbuję dokładnie opisać naszego niezwykłego domu, dopóki nie będę miała więcej wolnego czasu, niż mam teraz.
Prowadzę ten pamiętnik częściowo po to, by ćwiczyć świeżo poznaną metodę stenografowania, częściowo zaś po to, by uczyć się, jak pisać powieść – zamierzam opisać wszystkie osoby i przytoczyć rozmowy. Mojemu stylowi wyjdzie na dobre, jeżeli będę pisać szybko, bez długiego zastanawiania się, bo dotychczas moje opowiadania były strasznie sztywne i nieśmiałe. Kiedy raz ojciec okazał się tak dobry, że przeczytał jedno z nich, dowiedziałam się, że mój styl łączy w sobie dostojność z desperackimi próbami, żeby pisać śmiesznie. Poradził mi, żebym się zrelaksowała i pozwoliła słowom płynąć.
Chciałabym znaleźć sposób na to, żeby ojcu również płynęły słowa. Wiele lat temu napisał niezwykłą książkę pod tytułem Boje Jakuba – mieszankę beletrystyki, filozofii i poezji. Książka odniosła wielki sukces, zwłaszcza w Ameryce, gdzie ojciec zarobił mnóstwo pieniędzy, jeżdżąc z odczytami na jej temat. Wydawało się wówczas, że zostanie naprawdę poważnym pisarzem. Ale przestał pisać. Mama sądziła, że było to spowodowane czymś, co się zdarzyło, kiedy miałam około pięciu lat.
Mieszkaliśmy wtedy w małym domku nad morzem. Ojciec właśnie wrócił z drugiej tury odczytów w Ameryce. Pewnego popołudnia piliśmy herbatę w ogrodzie i ojciec bardzo głośno zaczął się złościć na mamę, akurat wtedy, kiedy miał kroić ciasto. Wymachiwał nożem do ciasta w jej stronę tak groźnie, że nadgorliwy sąsiad przeskoczył płot, by interweniować, i został powalony. Ojciec wyjaśnił w sądzie, że zabijanie kobiety srebrnym nożem tak, by zapiłować ją na śmierć, wymagałoby zbyt długiej i mozolnej pracy, no i został całkowicie oczyszczony z zarzutu jakiejkolwiek intencji zamordowania mamy. Cała sprawa wydawała się wszystkim bardzo śmieszna, tylko sąsiad wcale nie był ubawiony. Ale ojciec popełnił błąd: okazał się zabawniejszy od sędziego, a że nie ulegało wątpliwości, iż poważnie uszkodził sąsiada, to został posłany do więzienia na trzy miesiące.
Kiedy wyszedł, był miły jak zawsze – a nawet milszy, bo miał o wiele lepszy nastrój. Ale poza tym mnie wcale nie wydawał się zmieniony. Jednak Rose pamięta, że już zaczął stronić od ludzi – wtedy właśnie wynajął na czterdzieści lat ten zamek, wspaniałe miejsce do bycia odludkiem. Po wprowadzeniu się miał zacząć nową książkę. Ale czas mijał i nic się nie działo, aż zdaliśmy sobie sprawę, że zrezygnował i nawet nie próbuje pisać – i od lat nie chce rozmawiać o takiej możliwości. Większość czasu spędza w pokoju wartowni, gdzie zimą jest lodowato, bo nie ma tam kominka; kuli się tylko koło piecyka naftowego. O ile się orientujemy, nie robi nic innego poza czytaniem powieści detektywistycznych z wiejskiej biblioteki. Przynosi mu je panna Marcy, bibliotekarka i nauczycielka. Bardzo go podziwia i mawia, że „jest mu bardzo ciężko na duszy”.
Osobiście nie wiem, jak może się zrobić „bardzo ciężko na duszy” zaledwie po trzech miesiącach więzienia – w każdym razie w przypadku gdy człowiek ma tyle energii, ile miał ojciec; a wydawało się, że miał jej jeszcze dużo, kiedy go wypuszczono. Ale teraz już mu się wyczerpała, a jego nietowarzyskość stała się prawie chorobą. Często myślę, że wolałby nie spotykać nawet domowników. Cała jego naturalna wesołość znikła. Czasami udaje fałszywą pogodę ducha, co mnie krępuje, ale zazwyczaj jest albo ponury, albo drażliwy – chyba wolałabym, żeby wpadał w złość, jak kiedyś. Och, biedny ojciec, on naprawdę zasługuje na współczucie. Mógłby przynajmniej popracować trochę w ogrodzie. Zdaję sobie sprawę, że nie kreślę tu sprawiedliwego obrazu ojca, ale uchwycę go później.
Mama zmarła osiem lat temu z zupełnie naturalnych przyczyn. Myślę, że musiała być tajemniczą osobą, bo moje wspomnienia o niej są bardzo mgliste, a ja raczej świetnie wszystko pamiętam. (Doskonale pamiętam wypadek z nożem do ciasta: uderzyłam leżącego sąsiada swoją małą drewnianą łopatką. Ojciec zawsze mówi, że za to dostał dodatkowy miesiąc).
Trzy lata temu (albo może cztery? Wiem, że jedyny towarzyski zryw ojca nastąpił w 1931 roku) została nam przedstawiona nasza macocha. Byłyśmy bardzo zaskoczone. To słynna modelka malarzy, która twierdzi, że na chrzcie dano jej imię Topaz. Nawet jeżeli to prawda, nie ma takiego prawa, które zmuszałoby kobietę, by przy takim imieniu pozostać. Jest bardzo piękna, z masą włosów tak jasnych, że prawie białych, i całkiem niezwykłej bladości. Nie stosuje makijażu ani nawet pudru. W Tate Gallery są dwa obrazy z nią: Macmorrisa zatytułowany Topaz w nefrytach, gdzie ma wspaniały nefrytowy naszyjnik; drugi, H.J. Allardy’ego, prezentuje jej akt na starej sofie wypchanej końskim włosiem, która – jak mówi Topaz – była bardzo kłująca. Nazywa się to Kompozycja; ale Allardy namalował ją jeszcze bledszą, niż jest, i Dekompozycja lepiej by pasowało.

W rzeczywistości nie ma nic niezdrowego w bladości Topaz; ona po prostu wygląda, jakby należała do jakiejś nowej rasy. Ma głęboki głos – to znaczy mówi udawanym niskim głosem. Należy to do jej artystycznej pozy, razem z malowaniem i grą na lutni. Ale jej dobroć jest zupełnie nieudawana, jak również jej gotowanie. Bardzo, bardzo ją lubię – miło jest to pisać, kiedy ona właśnie pojawia się na kuchennych schodach. Ma na sobie odwieczną pomarańczową suknię popołudniową. Jej jasne proste włosy spływają po plecach do pasa. Zatrzymała się na najwyższym schodku i powiedziała: „Och, dziewczęta...” z aksamitną intonacją każdego słowa.
W tej chwili siedzi na stalowym trójnogu i wygarnia popiół. Różowe światło sprawia, że wygląda bardziej zwyczajnie, ale ślicznie. Ma dwadzieścia dziewięć lat i miała dwóch mężów przed naszym ojcem (nigdy się o nich dużo nie dowiemy), wydaje się jednak bardzo młoda. Może dlatego, że jej twarz ma taki nieodgadniony wyraz.
W kuchni jest teraz przepięknie. Ogień płonie równo za kratkami pieca i w okrągłym otworze na płycie, skąd zostały zdjęte fajerki. Sprawia, że pobielone ściany są różowe, a ciemne belki sklepienia matowozłote. Najwyższa belka znajduje się mniej więcej trzydzieści stóp nad ziemią. Rose i Topaz są jak dwie małe figurki w wielkiej jarzącej się jaskini.
Rose przysiadła na osłonie paleniska i czeka, aż żelazko się zagrzeje. Wpatruje się w Topaz z wyraźną niechęcią. Często potrafię powiedzieć, co myśli Rose, i założyłabym się, że teraz zazdrości Topaz jej pomarańczowej sukni popołudniowej i nie cierpi swojej kusej, starej bluzki i spódnicy. Biedna Rose nienawidzi większości rzeczy, które ma, i zazdrości większości rzeczy, których nie ma. Prawdę mówiąc, ja jestem równie niezadowolona, ale aż tak nie zwracam na to uwagi. W tej chwili, patrząc na nie obydwie, czuję się bezgranicznie szczęśliwa; wiem, że mogę dołączyć do nich tam w cieple, a jednak pozostaję tu w chłodzie.
Ojej. Właśnie odbyła się tam mała scena. Rose poprosiła Topaz, by pojechała do Londynu zarobić trochę pieniędzy. Topaz odpowiedziała, że nie uważa, żeby gra była warta świeczki, bo życie jest tam bardzo drogie. To prawda, że nie udaje jej się nigdy zaoszczędzić więcej niż na parę prezentów dla nas – jest niezwykle szczodra.
– Dwóch malarzy, którym pozuję, przebywa za granicą – mówiła dalej – a ja nie lubię pracować dla Macmorrisa.
– Dlaczego? – zapytała Rose. – Przecież on płaci lepiej od innych, prawda?
– No i powinien, biorąc pod uwagę, jaki jest bogaty – powiedziała Topaz. – Ale nie lubię mu pozować, bo on tylko mnie portretuje. Wasz ojciec uważa, że malarze aktów malują moje ciało i myślą o swojej pracy, a Macmorris maluje moją głowę i myśli o moim ciele. I to jest szczera prawda. Miałam z nim sporo kłopotów i nie chciałabym, żeby to dotarło do waszego ojca.
– Myślę, że warto mieć trochę kłopotów, by zarobić prawdziwe pieniądze – powiedziała Rose.
– No, gdybyś sama zobaczyła, co to za kłopoty, kochanie... – Topaz zawiesiła głos.
Musiało to bardzo rozgniewać Rose, zwłaszcza że ona nigdy nie miała nawet cienia szansy na tego rodzaju kłopoty. Nagle dramatycznie odrzuciła głowę do tyłu i powiedziała:
– Chętnie spróbuję. Może was to zainteresuje, że od pewnego czasu rozważam, czy się nie sprzedać. Jak będzie trzeba, to pójdę na ulicę.
Zwróciłam jej uwagę, że nie może iść na ulicę w bezludnych ostępach hrabstwa Suffolk.
– Ale jak Topaz będzie tak dobra, pożyczy mi na bilet do Londynu i da parę wskazówek...
Topaz odparła, że nigdy nie była na ulicy i że raczej tego żałuje, bo – „trzeba upaść na dno, by wznieść się na wyżyny” – co jest charakterystycznym dla niej wyrażeniem, ale trzeba dużo dobrej woli, by spokojnie tego słuchać.
– A i tak – powiedziała Topaz do Rose – jesteś ostatnią dziewczyną, która miałaby brać na siebie ciężką harówkę niemoralnego życia. Jeżeli naprawdę przemawia do ciebie ten pomysł, żeby się sprzedać, to lepiej znajdź bogatego mężczyznę i cnotliwie wyjdź za niego za mąż.
Ten pomysł oczywiście przyszedł Rose do głowy, ale zawsze miała nadzieję, że mężczyzna będzie na dodatek przystojny, romantyczny i uroczy. Przypuszczam, że desperacka obawa, iż nigdy nie spotka żadnego nadającego się na męża mężczyzny, nawet okropnego i biednego, sprawiła, że teraz nagle zalała się łzami. A że płacze mniej więcej raz na rok, to naprawdę powinnam była iść do niej i ją utulić, ale chciałam zapisać to wszystko w pamiętniku. Zaczynam dostrzegać, że pisarze łatwo stają się bezduszni.
W każdym razie Topaz spisała się w utulaniu o wiele lepiej, niż ja bym potrafiła, bo wcale się nie spieszę, by przytulać ludzi do swojej piersi. Topaz była jak najlepsza matka, pozwalając Rose wypłakać się w tę swoją aksamitną pomarańczową popołudniową suknię, która wiele już przeszła w swoim życiu. Rose będzie później wściekła na siebie, bo ma przykrą skłonność do pogardzania Topaz, ale w tej chwili są dla siebie nadzwyczaj miłe. Rose składa prasowanie, tłumiąc szloch, a Topaz nakrywa stół do kolacji, omawiając niepraktyczne sposoby zarabiania pieniędzy – takie jak dawanie we wsi koncertu na lutni albo kupowanie prosiaka na raty.
Ja włączam się do rozmowy, kiedy daję ręce odpocząć, ale nie mówię nic szczególnie ważnego.
Znowu pada. Stephen idzie do nas przez podwórko. Mieszka z nami od małego, jego matka była naszą pokojówką w czasach, gdy jeszcze mogliśmy sobie na to pozwolić, a kiedy umarła, on nie miał się gdzie podziać. Hoduje dla nas warzywa, dogląda kur i wykonuje tysiąc drobnych robót – nie wyobrażam sobie, jak byśmy poradzili sobie bez niego. Ma teraz osiemnaście lat, bardzo jasne włosy i szlachetny wygląd, ale odrobinę głupawy wyraz twarzy. Zawsze był mi niezwykle oddany. Ojciec nazywa go moim lubym. On jest taki jak moje wyobrażenie Sylwiusza w Jak wam się podoba – ale ja nie jestem wcale podobna do Febe.
Właśnie wszedł Stephen. Pierwsze, co zrobił, to zapalił świecę i postawił na parapecie koło mnie, mówiąc:
– Nie trzeba psuć oczu, panienko Cassandro.
Potem upuścił ciasno zwinięty kawałeczek papieru na mój pamiętnik i serce mi zamarło, bo wiedziałam, że to będzie wiersz. Domyślam się, że pracował nad nim w stodole. Jest napisany jego starannym, prawie pięknym pismem. Tytuł: „Do Panienki Cassandry”, autor: Stephen Colly. Jest to czarujący wiersz... Roberta Herricka.
Co mam zrobić ze Stephenem? Ojciec twierdzi, że wyrażanie własnego „ja” jest żałosne, ale ja myślę, że tak naprawdę głównym pragnieniem Stephena jest po prostu być miłym dla mnie; wie, że cenię poezję. Powinnam mu powiedzieć, że wiem, iż on tylko przepisuje wiersze – robił to przez całą zimę, mniej więcej co tydzień – ale nie mam serca sprawiać mu przykrości. Może jak nadejdzie wiosna, będę mogła zabrać go na spacer i uświadomić mu to w jakiś mało zniechęcający sposób. Tym razem wybrnęłam, nie mówiąc, jak zwykle, żadnych nieszczerych słów pochwały, tylko aprobująco uśmiechając się do niego przez całą kuchnię. Teraz pompuje wodę do kotła i wygląda na bardzo szczęśliwego.
Źródło jest pod kuchenną podłogą, istnieje tam od najwcześniejszych dni zamku; dostarcza wody od sześciuset lat i mówią, że nigdy nie wyschło. Rzecz jasna, musiało już być wiele pomp. Obecna została przywieziona, kiedy w czasach wiktoriańskich zakładano tu instalację (podobno) ciepłej wody.
Cały czas jestem odrywana od pisania. Topaz właśnie napełniła czajnik, ochlapując mi nogi, a mój brat Thomas wrócił ze szkoły w pobliskim miasteczku King’s Crypt. Jest niezgrabnym piętnastoletnim chłopcem i trudno go uczesać z przedziałkiem, bo jego włosy rosną w kępkach. Mają taki sam mysi kolor jak moje; tyle że moje są posłuszne.
Kiedy Thomas wszedł, przypomniałam sobie, dzień po dniu, moje niedawne powroty ze szkoły. W jednej chwili ponownie przeżyłam dziesięć mil jazdy w ślimaczym tempie trzęsącym małym pociągiem, a potem pięć mil na rowerze od stacji w Scoatney. Jak ja nienawidziłam tego w zimie! Ale w jakiś sposób chciałabym znaleźć się z powrotem w szkole: również dlatego, że chodziła do niej córka kierownika kina i czasem wprowadzała mnie na seans za darmo. No i w ogóle brak mi samej szkoły – była zadziwiająco dobra jak na takie spokojne, małe, prowincjonalne miasteczko. Miałam stypendium, tak jak i Thomas ma teraz w swojej szkole; jesteśmy stosunkowo rozgarnięci.
Deszcz mocno uderza o szyby. Tu przy mojej świeczce wydaje się, że na zewnątrz jest całkiem ciemno. I dalsza część kuchni jest bardziej mroczna teraz, kiedy czajnik zakrywa otwór płyty kuchennego pieca. Dziewczęta siedzą na podłodze i przez kratki robią grzanki na wolnym ogniu. Dookoła każdej głowy widać jaśniejszy krąg tam, gdzie ogień prześwituje przez włosy.
Stephen skończył pompować wodę i dokłada do kotła – wielki staroświecki ceglany piec ogrzewa kuchnię i dodatkowo daje gorącą wodę. Kiedy grzeje się ten piec i pali się pod kuchnią, jest to najcieplejsze miejsce w całym domu; dlatego tak często tu siedzimy. Zresztą nawet w lecie jemy posiłki w kuchni, bo meble z jadalni zostały sprzedane ponad rok temu.
O, mój Boże, Topaz naprawdę gotuje jajka. Nikt mi nie powiedział, że kury wysłuchały naszej modlitwy. Ach, wspaniałe kury! Myślałam, że na kolację będzie tylko chleb z margaryną, a ja nie mogę się przyzwyczaić do margaryny tak, jakbym chciała. Dziękuję niebiosom, że nie ma jakiejś formy chleba tańszej od chleba.
Jak dziwnie jest wspominać, że kiedyś posiłek zwany tea oznaczał dla nas popołudniową herbatę – ciasteczka i cienko krojony chleb z masłem, podawane w salonie. Teraz jest to posiłek tak solidny, jak tylko się da, bo musi wystarczyć do śniadania. Jemy ten posiłek, kiedy Thomas wraca ze szkoły. Stephen zapala lampę. Za sekundę różowy poblask zniknie z kuchni. Ale światło lampy też jest piękne.
Lampa już zapalona. Kiedy Stephen niósł ją do stołu, mój ojciec pojawił się na schodach. Owinąwszy ramiona starym pledem w szkocką kratę, przyszedł z wartowni po murach zamkowych. Mruczał: „Herbata, herbata. Czy panna Marcy przyniosła już książki z biblioteki?” (jeszcze nie). Potem powiedział, że ma całkiem skostniałe ręce. Nie ze skargą, raczej z lekkim zdziwieniem, chociaż trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek, żyjąc w zamku zimą, może się dziwić, że mu kostnieje jakaś część ciała. I kiedy schodził do nas, strzepując deszcz z włosów, poczułam, że bardzo go kocham. Niestety, nie czuję tego zbyt często.
Ciągle jeszcze wygląda wspaniale, chociaż jego piękne rysy trochę zaczynają ginąć w tłuszczu, a twarz... blaknie. Kiedyś miał tak żywą karnację jak u Rose.
Teraz gawędzi z Topaz. Z przykrością zauważam, że jest w takim fałszywie radosnym nastroju, chociaż myślę, że obecnie biedna Topaz z wdzięcznością przyjmie nawet ten jego fałszywie radosny nastrój. Uwielbia ojca, a on zdaje się tak mało nią interesować.
Będę musiała zejść z blatu suszarki przy zlewie – Topaz potrzebuje ocieplacza na dzbanek do herbaty, a nasz pies Heloiza przyszedł i zobaczył, że pożyczyłam sobie jego kocyk. Nasz pies to ona, bulterierka, śnieżnobiała z wyjątkiem miejsc, gdzie różowiutka jak cukierek skóra prześwituje przez krótką sierść. No, już dobrze, Heloizo, kochanie, będziesz miała swój kocyk. Spogląda na mnie z miłością, wyrzutem, zaufaniem i radością. Jak ona potrafi wyrazić tak wiele tymi swoimi dwoma małymi skośnymi oczkami?
Kończę tę notatkę, siedząc na schodach. Uważam, że warto zaznaczyć, że nigdy nie byłam szczęśliwsza – pomimo troski o ojca, współczucia dla Rose, zakłopotania z powodu poezji Stephena i braku podstaw do jakiejkolwiek nadziei, jeżeli chodzi o perspektywy dla naszej rodziny w ogóle. Być może jest tak, bo zaspokoiłam swoje twórcze potrzeby; a może to dlatego, że wiem, że na kolację będą jajka (...)

***
Jest to historia siedemnastoletniej Cassandry, która mieszka z rodziną w okazałym zamku, w bardzo niedystyngowanej biedzie. Doskonaląc swój talent literacki, przez sześć burzliwych miesięcy zapełnia pamiętnik zabawnymi, przejmującymi i wzruszającymi wpisami, które układają się w kronikę życia jej ekscentrycznej rodziny.


„Zdobywam zamek ma jedną z najbardziej charyzmatycznych narratorek, z jaką kiedykolwiek się spotkałam”. J.K. Rowling, autorka serii o Harrym Potterze

„Stwierdzenie, że nie byłem w stanie odłożyć tej książki, nie jest oryginalne, ale jak najbardziej prawdziwe. Jej siła leży w szczególe. Książka jest jak dobra rzeźba: im dłużej się patrzy, tym więcej się dostrzega.” Christopher Isherwood, autor powieści „Samotny mężczyzna” i „Pożegnanie z Berlinem”

„To wspaniała książka. Świeża, jakby została napisana dzisiaj i tak klasyczna, jak powieści Jane Austen.” Donald E. Westlake, autor kryminałów o perypetiach Johna Dortmundera

Zdobywam zamek – jedno z najbardziej zachwycających zjawisk w literaturze angielskiej można by żartobliwie nazwać blogiem nastolatki z epoki przedkomputerowej. Jest to historia siedemnastoletniej Cassandry, która mieszka z rodziną w okazałym zamku, w bardzo niedystyngowanej biedzie. Doskonaląc swój talent literacki, przez sześć burzliwych miesięcy zapełnia pamiętnik zabawnymi, przejmującymi i wzruszającymi wpisami, które układają się w kronikę życia jej ekscentrycznej rodziny.

Debiutancka powieść Dodie Smith jest dziś równie błyskotliwa i dowcipna jak wtedy, kiedy opublikowano ją po raz pierwszy. W Anglii, od chwili premiery w 1948 roku, miała 28 oficjalnych wydań książkowych i dziewięć jako audiobook na kasetach i płytach CD.





EKRANIZACJA
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/


TRAILER



MUSICAL





 


 














Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger