"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Zapłata dla Flecisty George A. Romero,Daniel Kraus

Zapłata dla Flecisty George A. Romero,Daniel Kraus

"Bo była jeszcze jedna rzecz, o której wiedział każdy dzieciak: flecista zmuszał Cię, żebyś to Ty do niego przyszedł."


Ta historia byłaby idealnym scenariuszem do kolejnego sezonu American Horror Story... I to tego dziwacznego sezonu.

Niby czytało się czarownie, a jednak jakby z bólem zęba.

Narracja, która jest dużym atutem, dzięki swojej oniryczności i baśniowości, jest paradoksalnie swoim największym wrogiem, ponieważ czasami gubi się we własnych ścieżkach opowieści, chaosie i symbolicznych obrazach, a ja gubiłam się razem z nią w lotnych piaskach przekazu i ścieżek myślowych, co jednak rekompensowała mi sceneria, a także atmosfera.

Na bagnach południowej Luizjany, w wymierającym miasteczku Alligator Point, liczącym zaledwie około 140 mieszkańców, które powoli znika z mapy, nękane wykupem gruntów przez nafciarzy, plagą chorób nowotworowych, alkoholizmu i innych nieszczęść, czai się zło. Zło porywa dzieci pod osłoną nocy, pozostawiając jedynie zmasakrowane szczątki, terror i tajemnicę, przesiąkniętą rozkładem i legendą. 

Flecista.

Tylko czy to jest legenda? 

...

Niby nie było tak dobrze w trakcie czytania, drastyczne opisy i makabryczne sceny - nie mój vibe, a jednak było, ale to nie dzięki krwawym jatkom. Dziwne, ale hipnotyzujące. Może właśnie dzięki temu nadprzyrodzonemu bagiennemu potencjałowi, który mógł pokazać się w całym swoim blasku?

Przerost formy nad treścią i lekkie oderwanie od rzeczywistej puenty oraz łączenie różnych wątków, nie mających ze sobą nic wspólnego często bywa zgubny dla samej opowieści, ale coś w tych wilgotnych, dusznych i lepkich rozlewiskach Luizjany oraz postaciach bohaterów, którzy dziwnie kojarzyli mi się ze społecznością Miasteczka Salem, sprawiło, że nie można było tej powieści odłożyć na boczny tor, choć wiem, że nie będzie to przygoda dla wszystkich.

MOJA OCENA: 7/10


                                           PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Jedna legenda. Jedno miasteczko. Niektóre grzechy można spłacić tylko krwią…

Alligator Point w Luizjanie liczy zaledwie 141 mieszkańców. To miejsce odcięte od świata, otoczone zdradliwymi bagnami i duszną atmosferą narastającego lęku. Od pokoleń krąży tu legenda o Fleciście — morderczej istocie porywającej dzieci. Gdy w miasteczku dochodzi do serii brutalnych zbrodni, dawne opowieści przestają być jedynie lokalnym kolorytem przyciągającym turystów...

Młoda Renée Pontiac jako jedna z pierwszych dostrzega, że za kolejnymi zaginięciami kryje się coś znacznie bardziej przerażającego. Aby ocalić Alligator Point, mieszkańcy będą musieli zmierzyć się nie tylko z potworem czającym się pośród bagien, lecz także z niechlubną przeszłością swoich przodków — Pirates Lafitte, osławionych handlarzy niewolników…

„Romero i Kraus zaczynają od zabawnej opowieści o walce z potworami osadzonej na bagnach. Choć zmuszają nas do ciągłego oglądania się przez ramię, kończy się na tym, że spoglądamy w głąb siebie…".„Southern Review of Books”


Jeszcze bliżej Sara Gran

Jeszcze bliżej Sara Gran

"Ale czasami drzwi się otwierają, ukazując szersze perspektywy, i nie tak łatwo powiedzieć: nie. Czasami nie pozostaje ci nic innego, jak powiedzieć: tak i przekonać się, dokąd cię to zaprowadzi."


Kolejna perełka demonologii lub szaleństwa /?/, wyszperana w odmętach internetu.

I kolejna zaskakująco dobra, jak w przypadku Żółtej tapety!

Nieoczywistość.

Najlepsze paliwo dla niepewności i pożywka dla grozy!

Oszczędna w narracji, opartej na raczej bezemocjonalnym sprawozdaniu, jakby bohaterka stała obok.

Bo tak było.

A kto stał z przodu?

NAAMA.

Ale nie stała tam od razu.

"Potrzebuję jedynie sposobu, by dostać się do środka. Nietrudno to uczynić we śnie, lecz wtedy nie wiedzą, nie mają pojęcia, że ich posiadłam."

I ponownie pytanie: demon, czy załamanie nerwowe i depresja?

"Nie da się jednak zaskoczyć kogoś, kto żyje w tobie /.../ Pomóżcie mi, krzyczałam w środku, ocalcie mnie - lecz wszystkim, co dało się słyszeć, było długie: Ehem."

Każdy z pewnością odpowie sobie sam, zgodnie z intuicją, po przeczytaniu całości, ale ja... słucham i obserwuję zwierzęta💀

Bardzo polecam, tego rodzaju opowieści są podskórnymi perełkami, które odbiera się wszystkimi zmysłami, nie tylko wzrokiem.

"Teraz należę już do niej całkowicie, spoglądam na świat jej oczami, choć były kiedyś moje."


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


W styczniu opracowywałam na zlecenie mego szefa, Leona Fieldsa, nowy projekt. Dotyczył renowacji sklepu z ubraniami, mieszczącego się w pasażu handlowym na przedmieściu. Nic wielkiego. Skończyłam w piątek rano i podrzuciłam mu projekt wraz z ofertą na biurko, załączając radosną notkę - „Daj znać, co o tym sądzisz" - kiedy był w sali konferencyjnej na spotkaniu z nowym klientem.

Później tego ranka Leon otworzył gwałtownie drzwi swego gabinetu.

- Amando! - Zawołał. - Pozwól do mnie.

Poderwałam się z krzesła i szybkim krokiem przemierzyłam biuro, kierując się w stronę wydzielonej ściankami działowymi enklawy. Gdy weszłam, Leon chwycił garść leżących przed nim papierów, podniósł je i wbił we mnie spojrzenie. Jego obwisła twarz pobielała z gniewu.

- Co to, do cholery, jest?

- Nie wiem.

Wyglądało jak moja oferta - ten sam nagłówek i format. Dłonie zaczęły mi drżeć. Nie miałam pojęcia, co chodzi. Podał mi papiery. Spojrzałam na pierwszą linijkę i przeczytałam: Leon Fields to pieprzony pedał.

- Co to jest? - Spytałam.

- Ty mi powiedz - odparł, wciąż wpatrując się we mnie. - Podrzuciłaś mi to na biurko.

Poczułam, że kręci mi się w głowie.

- O czym ty mówisz? Położyłam ci na biurku projekt, nie to... Projekt wraz z ofertą.

Zaczęłam przeszukiwać gorączkowo papiery na biurku, szukając projektu, który tam położyłam.

- Co to ma być, żart?

- Amando - powiedział. - Troje ludzi widziało, jak podchodzisz do drukarki, drukujesz to, a potem przynosisz mi do gabinetu.

Czułam się, jakbym utknęła w koszmarze. Nic nie było już logiczne ani rozsądne.

- Zaczekaj - powiedziałam. Pognałam z powrotem do swego biurka, wydrukowałam projekt, sprawdziłam go i zaniosłam do gabinetu Leona. Zdążył się już nieco uspokoić i zasiąść w wielkim, obitym skórą fotelu.

Podałam mu projekt.

- Proszę. Oto co położyłam na twoim biurku dziś rano.

Spojrzał na papiery, a potem na mnie.

- Więc skąd się wzięło t o ? - Zapytał, wskazując wzrokiem rzekomą ofertę.

- Skąd mam wiedzieć? - Odparłam pytaniem na pytanie. - Pozwól mi rzucić jeszcze raz okiem.

Przeczytałam drugą linijkę: Leon Fields je gówno i bardzo to lubi.

- Niesmaczne - zauważyłam. - Może ktoś stroi sobie z ciebie żarty. Komuś wydaje się, że to zabawne.

- A może stroi sobie żarty z c i e b i e - odparował. - Ktoś zastąpił tym twój projekt. - Nagle coś mu zaświtało. - Przepraszam, że pomyślałem... - Zażenowany potoczył spojrzeniem po gabinecie. W ciągu trzech lat, jakie dla niego przepracowałam, nie słyszałam, by Leon kogokolwiek przeprosił. Ani razu.

- W porządku - odparłam. - Niby co miałeś pomyśleć?

Popatrzyliśmy sobie w oczy.

- Przejrzę projekt - powiedział - i dam ci znać.

Wyszłam z gabinetu i wróciłam do swego biurka. Nie napisałam rzekomej oferty, lecz chętnie dowiedziałabym się, kto to zrobił. Ponieważ ten ktoś się nie mylił; Leon Fields był pieprzonym pedałem, jadł gówno i zawsze podejrzewałam, że sprawia mu to nie lada frajdę.

***

Amanda ma wspaniałego męża, piękne mieszkanie i dobrą pracę. Ale skoro wszystko układa się bez zarzutu, to skąd u niej te nagłe wahania nastroju, wulgarne wmyśli czy chęć zadania bólu tym, których kocha? Jak wytłumaczyć dziwne hałasy odzywające się w domu raz po raz tylko w jej obecności? I kim jest kobieta, która nieustannie za nią chodzi? Prawda kryjąca się za tymi osobliwymi wydarzeniami jest przerażająca.

Inwazja porywaczy ciał Jack Finney

Inwazja porywaczy ciał Jack Finney

"Od czasu do czasu niezmienny porządek rzeczy bywa w niewyjaśniony sposób zakłócany."

Urocza narracja, świetna mega oryginalna historia, napisana lekko gładko i z pewną dozą dobrego humoru, co nie znaczy, że nie była creepy.

Była.

"Coś niemożliwie strasznego, a jednak całkowicie realnego zagrażało nam w sposób pozostający poza naszymi zdolnościami pojmowania i działania..."

Chyba nie ma osoby, która nie przeraziłaby się na samą myśl o tym, że może zostać zdopellgangerowany...

"Na półce leżała niewykończona Becky Driscoll. To leżał...wstępny szkic tego, co miało stać się doskonałą w każdym szczególe kopią. Wszystko uwzględnione, rozpoczęte, ale nie zakończone całkowicie."

Klasyka, której nie czyta się jak klasyki, powoli narastająca groza.

Inwazja Obcych, którzy przerażają, nie przerażając. 

Jak to podsumować?

Życie.

"...uniwersalna zdolność przystosowaniasię do wszelkich innych form życia, w każdych warunkach, jakie mogliby napotkać."

Polecam bardzo, u mnie w rankingu mega wysoko ze względu na całokształt!

"...nigdy nie wolno nawet na chwilę przyjąć, że coś, czego nie rozumiemy, nigdy się nie wydarzyło."


MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Ostrzegam cię, że to, co zaczynasz czytać, jest pełne luźnych wątków i pytań bez odpowiedzi. To wszystko nie zostanie na samym końcu zgrabnie rozwiązane i zadowalająco wyjaśnione. W każdym razie nie przeze mnie. Albowiem ja sam nie mogę powiedzieć, że rzeczywiście wiem dokładnie, co się stało i dlaczego, albo przynajmniej jak się zaczęło, skończyło – czy się skończyło – i czy mam rację co do istoty rzeczy. Jeżeli nie lubisz tego rodzaju historii, to jest mi przykro, a dla ciebie będzie najlepiej, jeśli nie będziesz czytał dalej. Wszystko, co mogę zrobić, to opowiedzieć tyle, ile wiem.

Dla mnie zaczęło się to około szóstej wieczorem w czwartek 28 października 1976 roku, kiedy wypuściłem ostatniego pacjenta (zwichnięty kciuk) bocznymi drzwiami mojego gabinetu z uczuciem, że dzień się jeszcze dla mnie nie skończył. Pragnąłem nie być lekarzem – tego rodzaju przeczucia za często mi się sprawdzały. Kiedyś wyjechałem na wakacje pewien, że będę z powrotem za dzień lub dwa – i byłem, z powodu epidemii różyczki. Innym razem położyłem się do łóżka śmiertelnie zmęczony, przeczuwając, że będę na nogach za kilka godzin, jadąc z wizytą domową – i tak było; zdarzało się często i zdarzać będzie. Wciąż jeżdżę z wizytami domowymi, jak to czyni wielu innych.

Przy biurku dopisałem notkę do historii choroby mojego pacjenta. Następnie zabrałem do umywalni spirytus apteczny i przygotowałem sobie drinka – coś, czego prawie nigdy nie robiłem. Ale zrobiłem to tamtego wieczora. Stojąc w oknie za biurkiem i patrząc w dół na ulicę Throckmorton, wysączyłem go do dna. Miałem za sobą usunięcie wyrostka robaczkowego i żadnego lunchu. Byłem rozdrażniony. Ciągle jeszcze nie przywykłem do wolnego stanu i żałowałem, że z nadejściem wieczoru nie czeka na mnie żadna przyjemność, która dawałaby nadzieję odmiany.

Tak więc, gdy usłyszałem lekkie kołatanie do zewnętrznych, zamkniętych już drzwi pokoju przyjęć, chciałem po prostu pozostać bez ruchu, aż intruz, ktokolwiek by to nie był, sobie pójdzie. Można byłoby tak postąpić, uprawiając jakikolwiek inny zawód – ale nie mój. Pielęgniarka już poszła – prawdopodobnie ścigała się z ostatnim pacjentem, kto pierwszy będzie na schodach, gładko wygrywając – a ja z jedną nogą na fotelu przez jakąś chwilę po prostu sączyłem drinka. Patrzyłem na ulicę w dole i gdy delikatne pukanie się powtórzyło, udawałem, że nie mam zamiaru na nie odpowiadać. Nie było jeszcze ciemno – do zmroku pozostało trochę czasu – lecz nie było już tak jasno jak za dnia. Zajarzyły się latarnie, ulica Throckmorton opustoszała – o szóstejprawie wszyscy tutaj wokół jedzą – a ja czułem się samotny i przygnębiony.

Wtedy ponownie rozległo się pukanie. Odstawiłem szklankę, podszedłem do drzwi i, przekręciwszy zamek, otworzyłem je. Zdaje się, że zamrugałem powiekami z głupawo otwartymi ustami, gdyż zobaczyłem Beckey Driscoll.

– Witaj, Miles. – Uśmiechnęła się zadowolona z niespodzianki, jaką mi sprawiła, i z radości, którą zobaczyła na mojej twarzy.

– Becky – wymamrotałem, cofając się, by ją wpuścić. – Miło cię widzieć. Wejdź! – Uśmiechnąłem się szeroko.

Becky poszła za mną poprzez pokój przyjęć do gabinetu.

– A cóż to takiego? – zapytałem, zamykając drzwi. – Wizyta u lekarza?

Poczułem takie odprężenie i zadowolenie, że stałem się podniecony i wylewny.

– W tym tygodniu specjalnością zakładu jest usuwanie wyrostków! – zawołałem wesoło. – Pierwszorzędna oferta!

Uśmiechnęła się. Jej figura, jak zauważyłem, podążając za nią wzrokiem, była wciąż cudowna. Becky ma wspaniały, pięknie umięśniony szkielet; zbyt szeroka w biodrach – słyszałem, jak mówiły to kobiety, ale nigdy mężczyźni.

– Nie. – Becky zatrzymała się przy moim biurku, odpowiadając na pytanie. – To nie jest w gruncie rzeczy wizyta u lekarza.

Wziąłem szklankę i uniosłem do światła.

– Jak wszyscy wiedzą, piję przez cały dzień. Szczególnie w dniach operacji. I każdy pacjent musi wypić ze mną jednego – co ty na to?

Szklanka prawie wyśliznęła mi się z ręki, kiedy Becky załkała – sucho, spazmatycznie łapiąc powietrze. Jej oczy wypełniły nagle lśniące łzy. Szybko się odwróciła; zgarbiona, zakrywając dłońmi twarz.

– Skorzystam – wyszeptała.

Po chwili zaproponowałem jej, żeby usiadła; powiedziałem to bardzo delikatnie. Becky zapadła się w skórzany fotel przed biurkiem. Poszedłem do umywalni, przygotowałem jej drinka, wróciłem i postawiłem go na oszklonym blacie biurka przed nią.

Wróciłem do swojego obrotowego fotela, przyglądając się Becky. Wtedy podniosła oczy. Skinąłem w kierunku jej szklanki, delikatnie ponaglając ją do picia. Sam wypiłem łyk, uśmiechając się do niej znad szklanki, dając jej kilka chwil na zapanowanie nad sobą. Teraz po raz pierwszy naprawdę zobaczyłem jej twarz. Zobaczyłem, że to ta sama miła buzia – kształtne kości pod skórą, te same inteligentne oczy z nieco zaczerwienionymi w tej chwili powiekami. Te same pełne, ładne usta. Jej włosy były inne – chyba jakieś krótsze – ale tak samo bujne, ciemne, prawie czarne, grube i kędzierzawe. Wyglądały jak naturalnie kręcone, choć pamiętałem, że tak nie było. Zmieniła się oczywiście: nie była już osiemnastolatką, ale dobiegała trzydziestki i na tyle też, ni mniej, ni więcej, wyglądała. Jednakże była wciąż tą samą kobietą – dziewczyną – którą znałem z liceum. Będąc w ostatniej klasie, umówiłem się z nią kilkakrotnie.

– Miło cię znowu widzieć, Becky – powiedziałem, podnosząc moją szklankę w jej kierunku i uśmiechając się. Upiłem mały łyk i spuściłem wzrok. Chciałem porozmawiać z nią o czymś niezwiązanym z kłopotem, który ją sprowadził, zanim przejdziemy do sedna.

– Ja też się cieszę, Miles.

Becky odetchnęła głęboko i oparła się wygodnie w fotelu, trzymając szklankę w dłoni. Wiedziała, do czego zmierzam i przystała na to.

– Pamiętasz, jak kiedyś przyszedłeś po mnie? Wybieraliśmy się gdzieś na przyjęcie, a ty miałeś ten napis na czole.

Pamiętałem, ale pytająco uniosłem brwi.

– Miałeś wypisane na czole „M.B. kocha B.D.” – czerwonym atramentem albo szminką czy czymś innym. Powiedziałeś, że będziesz to nosił przez cały wieczór. Musiałam się bardzo upierać, żebyś go starł.

– Taaak, pamiętam – odparłem, uśmiechając się szeroko. Pamiętałem też o czymś innym. – Becky, oczywiście słyszałem o twoim rozwodzie.Współczuję ci.

Skinęła głową.

– Dziękuję, Miles. Ja też słyszałam o twoim. I też ci współczuję.

Wzruszyłem ramionami.

– Zdaje się, że łączy nas życie w wynajętych pokojach.

– Tak. – Zdecydowała się przejść do rzeczy. – Miles, przyszłam z powodu Wilmy. – Wilma była jej kuzynką.

– W czym problem?

– Nie wiem. – Becky wpatrywała się przez chwilę w swoją szklankę, a następnie ponownie podniosła wzrok na mnie. – Ona ma... – Zawahała się. Ludzie nie cierpią nazywania tego rodzaju spraw po imieniu. – Cóż, wydaje mi się, że ty nazwałbyś to obsesją. Znasz jej wuja – wujka Irę?

– Taaak.

– Miles, ona wbiła sobie do głowy, że Ira nie jest jej wujem.

– Co masz na myśli? – Pociągnąłem ze szklanki. – Ze nie są w rzeczywistości spokrewnieni?

– Nie, nie. – Potrząsnęła niecierpliwie głową. – Mam na myśli, że ona uważa, że on jest... – uniosła ramię w geście zakłopotania – oszustem czy kimś w tym rodzaju. Kimś, kto tylko wygląda jak Ira.

Gapiłem się na Becky. Nie pojmowałem tego; Wilma była wychowywana przez ciotkę i wuja.

– Czy ona nie może powiedzieć, na czym polega różnica?

– Nie. Powiada, że on wygląda dokładnie jak wujek Ira, mówi tak samojak on, zachowuje się jak on – wszystko tak samo. Ona po prostu wie, że to nie jest Ira i tyle. Miles, to mnie doprowadza do szaleństwa!

Łzy ponownie napłynęły jej do oczu.

– Popracuj nad tym drinkiem – wymamrotałem, wskazując na jej szklankę, sam zaś wziąłem duży haust ze swojej, odchyliłem się w fotelu i, patrząc w sufit, myślałem o tym, co usłyszałem.

Wilma miała swoje problemy, ale charakteryzował ją silny charakter i była bystra. Miała około trzydziestu pięciu lat, rumiane policzki, była niska i pulchna, całkowicie pozbawiona urody. Źle się stało, że nie wyszła za mąż. Pewien jestem, że tego chciała i że byłaby wspaniałą żoną i matką, ale cóż, tak to właśnie jest. Prowadziła miejscową płatną bibliotekę i kiosk z pocztówkami – i robiła to dobrze. W każdym razie zarabiała w ten sposób na życie, co nie było łatwe w małym mieście. Wilma nie stała się zgorzkniała i skwaszona; miała przenikliwy i skłonny do żartobliwego cynizmu umysł – wiedziała, co jest co i nie oszukiwała się. Nie mogłem sobie wyobrazić Wilmy dopuszczającej do powstania u siebie problemów psychicznych, ale przecież wszystko jest możliwe. Spojrzałem na Becky.

– Co chcesz, żebym zrobił?

– Pójdź tam dziś wieczorem, Miles. – Prosząc mnie, nachyliła się do przodu poprzez biurko. – Natychmiast, jeżeli tylko możesz, zanim się ściemni. Chcę, żebyś zobaczył wujka Irę, porozmawiał z nim, znasz go przecież od lat.

Moja szklanka znajdowała się w połowie drogi do ust, ale odstawiłem ją z powrotem na biurko, przyglądając się Becky.

– Co masz na myśli? O czym ty mówisz, Becky? Czy ty też nie uważasz go za wujka Irę?

– Oczywiście. Oczywiście, że uważam. – Zaczerwieniła się. Nagle zaczęła przygryzać wargi, bezradnie potrząsając głową. – Ja nie wiem, Miles, nie wiem. Z pewnością on jest wujkiem Irą. Na pewno nim jest, ale... chodzi tylko o to, że Wilma jest taka pewna! – W tej chwili załamała ręce; coś o czym się czytuje, ale rzadko widuje. – Miles, ja nie wiem, co tam się dzieje!

Podniosłem się i obszedłem biurko, żeby stanąć przy jej fotelu.

– Chodźmy go zobaczyć – powiedziałem łagodnie. – Bądź rozsądna, Becky – dodałem i uspokajająco położyłem rękę na jej ramieniu. Przez cienką sukienkę czułem, że to ramię jest mocne, krągłe i ciepłe. Zabrałem swoją dłoń. – Cokolwiek się dzieje, nie dzieje się bez powodu, a my go znajdziemy i będzie po sprawie. Chodźmy.

***

Małe kalifornijskie miasteczko Mill Valley w hrabstwie Marin. Pewnego dnia do gabinetu miejscowego lekarza, Milesa Bennella, przychodzi jego dawno niewidziana przyjaciółka, Becky Driscoll. Jest zaniepokojona dziwnym zachowaniem swojej kuzynki, która twierdzi, że jej wujek Ira zmienił się i jest całkiem inną osobą, niczym pozbawioną uczuć i emocji skorupą. Miles decyduje się odwiedzić rodzinę Becky, chcąc zweryfikować jej opowieść, ale niczego nie może potwierdzić – nie widzi żadnych różnic ani w wyglądzie, ani w zachowaniu Iry. Kilka dni później dowiaduje się jednak, że coraz więcej osób w Mill Valley zauważa znaczące zmiany u swoich bliskich...



Żółta tapeta Charlotte Perkins Gilman

Żółta tapeta Charlotte Perkins Gilman

"Tapeta patrzy na mnie, jakby wiedziała, że potrafi człowieka doprowadzić do obłędu."

Panie i Panowie! Tak się pisze nieoczywistą grozę!

Jestem pod wrażeniem także nieoczywistym i nieoczekiwanym!

Wow💪😎💀

Klasyka czasami bywa trudna, ale zawsze udowadnia swoją wartość, pomimo upływu lat, a może właśnie dlatego.

...

Klaustrofobiczna, krótka przerażająca nowelka, z narastającym poczuciem osaczenia i szaleństwa, sączącego się ze ścian pokoju z żółta tapetą...

"Przeczucie mi podpowiada, że ten dom jest trochę dziwny."

Czy aby na pewno źrodłem jest właśnie tapeta?

"... moja bogata wyobraźnia przyzwyczajona do układania opowieści oraz swego rodzaju wyczerpanie nerwowe z pewnością wywołają niepokojące wizje, mam więc posłużyć się siłą woli oraz zdrowym rozsądkiem, aby zapanować nad tą skłonnością. Oczywiście spróbuję."

Jest to rozkminka w stylu BABADOOKA, którą uwielbiam: szaleństwo i obłęd, czy nawiedzenie kobiety przez istoty mieszkające w ścianie?

"Jestem zaniepokojona. Przyszło mi do głowy... Zaczynam uważać..."

Interpretacja dowolna, w zależności od upodobań😎

Ja mam swoją.

"Nie mam już nawet ochoty wyglądać przez okna - tyle jest pełzających kobiet, tak szybko się czołgają. Ciekawe, czy wszystkie one wydostały się zza żółtej tapety niczym ja?"

Świetna lektura, ktora powinna być podręcznikiem, jak pisać grozę bez oczywistości dla dużego grona autorów z aspiracjami.

"Tak miło jest przebywać w tym obszernym pokoju i pełzać do woli!"😯

MEGA POLECAM!


MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

„Żółta tapeta” (org. Yellow Wallpaper) to opowiadanie napisane przez Charlotte Perkins Gilman. Stworzyła ona to małe arcydzieło literackie na podstawie swoich własnych doświadczeń z depresją. Opowiada ona z psychologicznym zacięciem i dramatyczną precyzją historię kobiety chorej na depresję, która odizolowana na odludziu, zmuszona do spania w pokoju dziecięcym z zakratowanymi oknami i chorobliwie żółtą tapetą, w tajemnicy przed wszystkimi pisze pamiętnik. Pragnie intelektualnej stymulacji, aktywności, pełnego miłości zrozumienia. Jednak stopniowo żółta tapeta coraz bardziej wnika w zakamarki jej umysłu, prowadząc do zaskakującego finału.

Kolekcjoner zbrodni MAESTRIA

Kolekcjoner zbrodni MAESTRIA

"Historia przedmiotu to jego dusza /.../, ale nie każda dusza jest czysta."


Co mnie skusiło do sięgnięcia po tę opowieść?

Ano pomysł.

Świetny pomysł o kimś, kto dotykając przedmiotów, czuje przeszłość ich właścicieli, miewa wizje, nie zazwsze przyjemne i potrafi fragmentarycznie odtworzyć przeszłość.

"Są rzeczy /.../, które przechowują więcej, niż powinny."

Super sprawa.

I choć raczej jest to kryminał, gdzie wątków paranormalnych jest dla mnie zdecydowanie za mało, to jednak wykonanie, utrzymanie, czasami utrudnione przez prozaiczność i powtórzenia, klimatu tajemnicy i zamglonej unikalności pozostał do samego końca, którego się spodziewamy, ale celem tu chyba nie było zaskoczenie.

Generalnie, sama narracja też sprawia wrażenie sennej i nie do końca obecnej, dlatego cała historia jest bardzo ładnie opleciona atmosferą realności na granicy, którą łatwo przekroczyć niezauważalnie.

Był to dobrze spędzony czas i ta przygoda dość wyraźnie kojarzyła mi się z cyklem: Kroniki Medium, które także polecam.


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Niektóre przedmioty pamiętają więcej niż ludzie

Nina od lat odnawia stare przedmioty. Wie, że każda rysa, każde pęknięcie i każdy ślad zużycia mają swoje znaczenie. To jednak nie tylko zasługa intuicji. Kiedy dotyka rzeczy, widzi obrazy z przeszłości ich właścicieli – urywki cudzych historii, wspomnienia zapisane w materii.

Gdy w jej pracowni pojawia się tajemniczy klient i oddaje przedmioty oznaczone wizytówką z inicjałami P.G.H., Nina od razu wyczuwa, że coś jest nie w porządku. Rzeczy, które trafiają w jej ręce, noszą ślady cierpienia i śmierci.

Każdy kolejny artefakt prowadzi ją bliżej prawdy o mężczyźnie, który za fasadą elegancji skrywa twarz bezwzględnego mordercy. Wizje stają się coraz bardziej brutalne, a granica między przeszłością a teraźniejszością zaczyna się zacierać. Wkrótce Nina odkrywa, że nie tylko obserwuje cudze koszmary – sama staje się częścią mrocznej gry…


Piekielny dom Richard Matheson

Piekielny dom Richard Matheson

"Tego miejsca nie nazwano piekielnym domem bez powodu. Ono chce nas wszystkich pozabijać/.../"


Z racji wznowienia Vespera tylko i wyłącznie tej mini powieści o nawiedzonym domu, warto obejrzeć sobie klasykę kina: Legenda piekielnego domu (org. The Legend of Hell House) z 1973 roku, ale najpierw oczywiście przeczytać całość, dostępną w pięknym wydaniu Artefaktów: Jestem Legendą i inne utwory.

Fabuła jest taka, jaką uwielbia każdy miłośnik tematyki nawiedzonych, starych domów, czyli klasyki: grupa naukowców i medium udają się do nawiedzonej rezydencji Emerica Belasco, nazywanej „najstraszniejszym domem na świecie”.

Ich zadaniem jest zbadanie zjawisk paranormalnych i udowodnienie istnienia życia po śmierci, na zlecenie starszego, nowego właściciela posesji.

i się dzieje...😎

Czytało się to świetnie!

Jest atmosfera, jest narastający klimat grozy, pomimo debilnych i niczym nie popartych zapewnień pseudo naukowca, że "wszystko da się wytłumaczyć", jest satysfakcja z faktu, że się myli, strach, oczekiwanie i ... niedosyt!

A prawda?

Jak zawsze: sama się /o/broni.

Jest to esencja klasyki, która z powodzeniem może leżeć na tej samej półce, co opowieści Henry'ego Jamesa i Shirley Jackson oraz Daphne du Maurier!

Jeśli ktoś nie był jeszcze w Piekielnym domu, wrota stoją otworem, zarówno dla czytelników, jak i kinomanów!


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Pośród największych gwiazd na firmamencie horroru i fantasy niewiele błyszczy jaśniej niż Richard Matheson. A choć wielu czytelników zna go głównie z powieści takich jak "Jestem legendą", Piekielny „dom” i szesnastu scenariuszy serialu "Strefa mroku", to najwyższe mistrzostwo osiągnął jako autor mrożących krew w żyłach opowiadań, z których wiele znalazło się niniejszej książce. Od czasu debiutu Mathesona w 1950 praktycznie wszyscy ważniejsi autorzy fantastyki i grozy czerpią garściami z jego dokonań - przyznają się do tego Stephen King i Neil Gaiman, Peter Straub i Joe Hill, a także filmowcy, tacy jak Stephen Spielberg i J.J. Abrams.

Matheson zrewolucjonizował horror, przenosząc go z gotyckich zamczysk i otchłani nieznanego kosmosu na dobrze nam znane i bliskie ulice i przedmieścia. Przesycił opowieści o zjawiskach fantastycznych i paranormalnych mroczną znajomością natury ludzkiej, sięgając do pokładów uniwersalnej grozy samotności i zagrożenia w niebezpiecznym świecie.





Nie

CAŁY FILM 

 
Polybius Collin Armstrong

Polybius Collin Armstrong

"Nie możesz tego zobaczyć. Musisz zrozumieć. Nie mogę pozwolić, żeby to nadal mnie ścigało. Ja muszę ścigać."

Zachęta?

Nawiedzony przedmiot. Lata 80. 

Wystraczy.

Kto nie lubi opowieści o nawiedzonych przedmiotach? Nawiedzone krzesła, nawiedzone obrazy, nawiedzone lustra, nawiedzone pozytywki, nawiedzone lalki, że nie wspomnę już o nawiedzonych domach😎

A tu jest nawiedzona maszyna do gier!

Chociaż może nie do końca nawiedzona...

Bardziej chodzi tutaj o klimat Archiwum X, o pewien rodzaj eksperymentu, jak zawsze wymykający się spod kontroli. 

O grę, która ma wpływ na ludzi:

 "To jak trucizna. Im więcej jej przyjmiesz, tym szybciej działa, ale jeśli masz w sobie choć odrobinę, to już jej nie zatrzymasz."

Co ta maszyna "oferuje", oprócz dziury czasowej, znanej każdemu graczowi i dawki dopaminy?

Ma inny, ukryty cel.

"... ekran "odczytywałby" psychologiczny profil gracza na podstawie jego reakcji. Gra dostosowałaby się do niego, wywołujące emocje. Mogłaby wywołać złość. Albo paranoję. Strach. Mogłaby wyliczyć, co ukrywasz, jakie masz tajemnice. Jakie lęki, obawy. I wyciągnąć je na powierzchnię."

I jaki jest efekt takiej gry?

Szaleństwo, psychoza, masakra oraz unicestwienie każdej spokojnej do tej pory grupy społecznej, np. małego miasteczka i prawie wszystkich jego mieszkańców.

"...ludzie w nią grają i zaczynają dziwnie się zachowywać. Wszyscy inni wokół nich, którzy nie grali, też zaczynają się dziwnie zachowywać, ponieważ są przerażeni zachowaniem swoich dzieci czy sąsiadów. I już nie można rozróżnić, kto grał, a kto nie. Żadnych objawów fizycznych. Intencją było wywołanie dezorientacji. Chaosu. Skąd wiesz, czy nadal jesteś sobą?"

Super się to czytało, naprawdę było czuć klimacik miejscowości lat 80., która dość szybko zatraca swoją leniwą codzienność na rzecz... dzikich instynktów.

"Nikt nie znał sposobu na cofnięcie wpływu Polybiusa. Co sprawiało, że osoby rzeczywiście narażone na ryzyko - te, które grały - stanowiły permanentne zagrożenie dla siebie i innych/.../"

Niestety, w miarę czytania, emocje były zagadywane i przegadywane kosztem utraty klimatu grozy i tajemnicy, ale nie kosztem całej reszty, więc coś tam się ostało. Dlatego ten czas uważam za dobrze spędzony, choć /jak prawie zawsze/ mogłoby być mniej gadania, więcej prze/czucia/.

Miłośnicy tematyki i klimatyki czasów Archiwum X nie powinni być jednakże zawiedzeni.

"Polybius uchwycił się ciemności, którą w sobie nosiła. I nigdy nie zamierzał puścić."


MOJA OCENA: 6/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Rok 1982. Andi Winston właśnie rozpoczęła zmianę w obskurnym salonie gier Home Video World w niewielkim nadmorskim miasteczku Tasker Bay w Kalifornii. Ma talent do programowania i marzy o przeprowadzce do Doliny Krzemowej. Unika kontaktów z innymi, woli spędzać czas na naprawianiu automatów. Gdy do salonu zostaje wstawiona tajemnicza maszyna z grą Polybius, spokojne dotąd miejsce zaczyna pękać w szwach od graczy, z których każdy pragnie wypróbować nowy nabytek.

Napięcie w miasteczku narasta już od jakiegoś czasu: nowi deweloperzy windują ceny tak, że koszty życia w Tasker Bay stają się dla wieloletnich mieszkańców nie do zniesienia. Na domiar złego praktycznie z dnia na dzień przez miasteczko przetacza się coś na kształt epidemii: ludzie doświadczają niewytłumaczalnych napadów gniewu, paranoi i halucynacji. Ani miejscowy szeryf, ani lekarka nie mają pojęcia, co wywołuje tę nagłą przypadłość.Jakby tego było mało, do wybrzeża zbliża się potężna burza, nieustające opady zalewają większość dróg i odcinają całą okolicę od świata, a makabryczny akt przemocy pogrąża Tasker Bay w zupełnym chaosie.

Po kilku zmianach spędzonych na obserwowaniu graczy Andi nabiera przekonania, że dramatyczna sytuacja musi mieć jakiś związek z Polybiusem. Niechętnie łączy siły z Ro, synem szeryfa, i wspólnie podejmują desperacką próbę powstrzymania zagadkowej fali przemocy. Wkrótce jednak także i jedno z nich zaczyna odczuwać dziwne skutki uboczne…

Czy ktokolwiek przybędzie im na ratunek?


Przepaść Jozef Karika

Przepaść Jozef Karika

 "Nie ma w przyrodzie namiętności tak szatańsko wyuzdanej jak żądza człowieka, co drżąc na krawędzi otchłani, waha się, czy ma się w nią rzucić."

Zew pustki.

Czuliście kiedyś coś takiego?

"Jeśli istnieją miejsca o zbawiennym wpływie, uwznioślające ludzi i stymulujące wolę życia, to dlaczego miałyby nie istnieć również miejsca o działaniu odwrotnym? Miejsca stymulujące wolę śmierci, tanatos, w wyniku czego destrudo szybko i gwałtownie gromadzi się w ludzkiej psychice."

Podobała mi się ta opowieść, choć, a może właśnie dlatego, że była nieoczywista, a nieoczywistość to piękne podłoże dla grozy, nieważne, czy rzeczywistej, czy nierzeczywistej.

"Nierzeczywistość gryzie własny ogon i rodzi kolejną nierzeczywistość, która jednak jest rzeczywista."

Fatamorgana, zwidy, traumy, kompleksy, choroba psychiczna czy nawiedzona półka skalna w górach?

Kto to wie... I to jest właśnie fajne, że nikt nie wie 😎

"Już idę, mamo.

Już idę, czerwone kwiatuszku.

Co mi jest?"

Jest klimat, jest creepy, bardzo świadoma, wiarygodna emocjonalnie i osobista opowieść człowieka, który czuje góry całym sobą. Jest bardzo dużo rozkminek wewnętrznych, właściwie ciągle siedzimy sobie mniej lub bardziej wygodnie w głowie narratora, uczestnicząc w jego /fałszywych?/ mrocznych paranojach, halucynacjach, majakach...

"Poszarpane urywki, odłamki rozbitego lustra porozrzucane chaotycznie w pamięci."

A może są to obserwacje? Może to jest walka z własną fobią?

"Trzynasta komnata była głębsza, niż potrafiłem sobie wyobrazić."

Może z czymś więcej?

Z czym?

...

Jeśli człowiek już się przyzwyczai do esencji narracji i tego, że skupiamy się tu na przeżyciach wewnętrznych raczej, a akcja zewnętrzna to tylko tło, to opowieść ta robi się całkiem schizofrenicznie strasznawa.

"Niektóre przepaście nie mają dna. Skalna platforma w końcu mnie dopadła, lecz zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem."

I choć było bardzo blisko, to nadal Szczelina w twórczości Kariki jest u mnie nr.1!

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Wypad w góry to nie zawsze dobry pomysł.
Jedna chwila może zmienić wszystko... Oczywiście na gorsze!
Adam i Miro, dwaj przyjaciele, natrafiają w tatrzańskiej dolinie na ciało mężczyzny. Początkowo okoliczności wskazują na nieszczęśliwy wypadek, jednak niemy świadek tego zdarzenia, niewielka kamera turystyczna, rzuca na tragedię nowe światło.
Adam rozpoczyna prywatne śledztwo, które poprzez szereg tajemniczych zgonów z przeszłości doprowadza go z powrotem w feralną dolinę.
Czy w przerażającej górskiej legendzie o nadprzyrodzonej sile, która zrzuca ludzi w przepaść, skrywa się ziarno prawdy? Czy istnieją miejsca mogące... zabijać?

Jozef Karika przyzwyczaił już do tego, że spycha swoich czytelników w otchłań ludzkiej psychiki. Tym razem spadniemy w nią jednak wprost z owianej złą sławą półki skalnej.


Gdy staliśmy się potworami Jennifer Niven

Gdy staliśmy się potworami Jennifer Niven

 "... jak to bywa w każdym zbyt jasnym miejscu, mrok czai się na jego obrzeżach."


Smaczny blurb, intrygująca okładka, klimaty, które kuszą tajemnicą i mrokiem?

Lubię takie zachęty.

Pomysł bardzo skojarzył mi się z serią Króliczek, które uwielbiam za perfekcyjna schizę i troszkę Nocnymi godzinami Marty Bijan i oczywiscie z filmem Nawiedzony, a na bank z atmosferą przypominającą powieści C.G.Drews, więc tym bardziej w radosnych czytelniczych podskokach wskoczyłam sobie na te "warsztaty immersyjne"💪

I co?

Trafiłam na emocjonalny i psychiatryczny escape room, umiejscowiony w naprawdę przepięknie mrocznej i mega rokującej scenerii, która została zaprzepaszczona na rzecz opowieści w stylu: co się stanie, jeśli wariat/ka/ pod pretekstem geniuszu zarządza, zupełnie nielogicznie, bez przyczynowości i skutkowości grupką nieświadomych niczego dzieciaków, zagubionych egzystencjalnie, z większymi ambicjami, niż ich własne kompleksy?

No właśnie: co się stanie?

Stanie się i /pozo/stanie duży niesmak oraz poczucie zmarnowanego czasu na czytanie pseudo filozoficzno-egzystencjalnego bełkotu młodocianych z traumami, którymi kieruje pseudo inteligentna, niestabilna emocjonalnie, otulona z kolei w bełkot literacki, oderwana od rzeczywistości, przez nikogo nie sprawdzona "autorka", która sugeruje tym dzieciakom robienie rzeczy na granicy bezpieczeństwa, której naprawdę nie trzeba było przekraczać, ażeby poznać swoje wnętrze..., co bardzo inteligentnie zauważyła jedna z "ofiar" tej historii:

"Nigdzie nie jest powiedziane, że aby dobrze pisać, trzeba stanąć na środku szosy i ryzykować śmiercią. To lekkomyślność i brawura, która nie ma nic wspólnego ze snuciem opowieści ani z zaufaniem."

...

Narracja nie trzyma uwagi, cudna sceneria leży i czeka na klimat, na który tylko wysila się autorka, a który zostaje zniweczony chaotycznymi monologami i sztucznymi dialogami, bieganiną po zamku i udawaniem, że wszędzie jest groźnie, tajemniczo, ale TERAPEUTYCZNIE i CELOWO...

I choc końcowka nieco rekompensuje tego nerwa i niesmak, to jednak 3/4 bardzo irytujacej zawartości skutecznie zabija ten smak.

Nie wiem, czy polecam.


MOJA OCENA: 5/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

*** 

Ona nie żyje.
Każdy z nas miał powód, by życzyć jej śmierci
Wybrani uczniowie elitarnej szkoły w Nowej Anglii biorą udział w wyjątkowych warsztatach pisarskich prowadzonych przez Meredith Graffam – legendarną autorkę książek, reżyserkę i aktorkę, kobietę równie fascynującą, co tajemniczą.
Przez szesnaście dni, odcięci od świata w posiadłości założyciela szkoły, w mrocznej gęstwinie lasu, nad brzegiem wzburzonego oceanu, będą walczyć o jedyną w swoim rodzaju szansę na spełnienie twórczych marzeń. Każdy z nich pojawił się tu ze swoimi sekretami, gotowy, by zaryzykować wszystko.
Gdy metody Graffam stają się coraz bardziej bezwzględne, rywalizacja wymyka się spod kontroli. Uczestnicy warsztatów przekraczają kolejne granice, ujawniają najmroczniejsze tajemnice i zwracają się przeciwko sobie.
Aż w końcu zwrócą się przeciwko niej...

Czerwona zima Cameron Sullivan

Czerwona zima Cameron Sullivan

 "Wszyscy znaleźliśmy się tutaj z tego samego powodu: Bestii. Tajemniczy stwór od miesięcy terroryzował okoliczne wzgórza i pastwiska, zabijając wieśniaków na polach i podróżnych na drogach. Co ciekawe, choć było wielu świadków, to nikt nie potrafił go dokładnie opisać. Powszechnie zgadzano się tylko, że zwierz jest ogromny i przerażający."


Nie spodziewałam się tak dobrej powieści. Nie spodziewałam się tak inteligentnej powieści. Ani tak klimatycznej, pełnej mrocznej magii i świetnego poczucia humoru.

Lubię się nie spodziewać.

Chociaż zostałam wrzucona w opowieść z poczuciem, że powinnam coś już o niej wiedzieć, /nawet kilka razy sprawdzałam, czy to nie jest jakaś kontynuacja/ to narracja i duża dojrzałość warsztatu autora była tak czarowna i hipnotyczna, a przede wszytkim obrazowa i nieodkładalna, że nie poczułam się zniechęcona, jak to zazwyczaj bywa z tego rodzaju manewrami literackimi i /w/rzutami na głęboką wodę.

Uwielbiam motyw pasożyta umysłu, który jest bardzo inteligentny, posiada niejednoznaczną moralność i współgra ze swoim gospodarzem, dlatego od razu po i za-uwielbiałam zarówno Sebastiana Gravesa – człowieka wielu talentów i profesji, głównego bohatera tej epickiej opowieści, jak i jego... demona/?/😎

Kim jest Sebastian?

Profesorem i prawnikiem. Lekarzem i hieną cmentarną. Zaklinaczem duchów i Alchemikiem. A przede wszystkim jest "nosicielem" mrocznej istoty, z którą jest niezwykle kompatybilny, pod wieloma względami, /konwersacyjnymi też, ku mojej uciesze, ponieważ dialogi prowadzone we własnej głowie uważam za fascynujące!/, której dał się dobrowolnie opętać, Sarmodela. 

Satysfakcjonująca więź!

Sebastian zostaje wezwany do Gévaudan, by zgładzić krwiożerczą Bestię: potwora, którego, jak sądził, pokonał już dwadzieścia lat wcześniej, a którego dokładnie nikt nie widział. 

Narracja prowadzi nas przez czas teraźniejszy, ale też wraca do tego, co było przedtem, co stopniowo rozszerzało moją wiedzę na temat wydarzeń, które jeszcze nie nadeszły. Poznajemy dzięki tej podróży wiele fantastycznych opowieści, oprócz oczywiście tej głównej: wiedźmy, starożytne byty, klątwy, magiczne pakty, różnorakie, sprytnie połączone ze sobą wątki religijne. 

Jest też spora dawka LGBT, ale w tym przypadku kompletnie mi to nie przeszkadzało, co uważam za sukces autora.

Podsumowując.

Nigdy nie sięgnęłabym po tą powieść, gdybym sugerowałą się okładką, która zapowiadała... zwykłe fantasy.

A tu zwykłość nie ma swojego miejsca. Czułam się trochę tak, jakbym czytała Wiedźmina w mrocznym stylu, na bardzo wysokim, ale innym poziomie, więc szkoda, że nie widać tego na opakowaniu tej uczciwej, epickiej, wytrawnej i inteligentnej opowieści.

Czekam z niecierpliwośćią na kontynuację, która poniekąd się gdzieś tam między wierszami zapowiedziała chyba...


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Tajemnicza, pełna magii, demonów i seksu

Zainspirowana osiemnastowieczną legendą o Bestii z Gévaudan Czerwona Zima to obfitująca w zaskakujące zwroty akcji i zagadki, mroczna, lecz i pełna humoru powieść, doskonała dla wielbicieli sagi o Wiedźminie i książek Susanny Clarke.

W 1785 roku profesor Sebastian Grave otrzymuje wiadomość, że straszliwa Bestia z Gévaudan powróciła i francuska prowincja znów spływa krwią. Grave to pogromca potworów o ogromnym doświadczeniu. Dwadzieścia lat wcześniej był świadkiem jej zbrodni podczas długiej i krwawej zimy. Przeżył też wtedy płomienny romans z synem barona.

Teraz Sebastian znów został wezwany na łowy przez Antoine’a Avenela d’Ocerne, swego dawnego kochanka, który dzieli z nim ponurą historię Bestii i straszliwy sekret. Chcąc skończyć z Bestią raz na zawsze i mając nadzieję na odnowienie relacji z Antoine’em, Sebastian odpowiada na wezwanie.

Niektórych potworów nie da się jednak pogrzebać na zawsze…


Król smutek Joe Hill

Król smutek Joe Hill

"Nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek trafi na dobry horror o potworze." 


Dokładnie. Zgadzam się ze słowami Króla Smutek.

Czy tutaj trafiłam na dobry horror o potworze?

Nie.

Czy był to w ogóle horror?

Nie był.

A zapowiadało się nieźle: 

"Stworzenie przywołane z Długiej Ciemności, coś w rodzaju demona. Nie... to smok. Enoch Crane nazywa go różnie: durnym robalem, przebiegłym wężem, zbrojnym diabłem. Ale myślę, że opisuje zwykłego smoka, kogoś z rodzaju Smauga. Spłodzonego przez Ojca Zniszczenia, najstarszego i najpotężniejszego ze smoków."

Niestety, to była tylko zapowiedź czegoś mrocznego i na tej zapowiedzi szybko się skończyło.

Dla mnie.

...

"There something wrong with this" book...-  jakby to prawie powiedziała pani Stanton z Czerwonej Róży.

...

Wydawało mi się, że coś jest nie tak z tłumaczeniem, ale potem jednak okazało się, że to nie o tłumaczenie chodzi, tylko o całą historię. Niby było wszystko okej, a jednak nie mogłam się do końca wczuć w tą opowieść. Czołgałam się straszliwie do samego końca...

To, co miało potencjał być mroczne, mroczne nie było: bardziej kojarzyło się z fantasy, a ten rodzaj literatury, choćby nie wiem, jak mroczny, nadal pozostaje fantasy. Było parę świetnych motywów, świetnych momentów, super zaczętych wątków, które mogłyby się rozwinąć w zupełnie innym kierunku i byłoby to MEGA, ale...

Król Smutek nie do końca był straszny. Zostało obdarty, moim zdaniem ze swojego potencjału i bardziej przypominał starszego, trochę bardziej złego brata Mushu z Mulan, o ile taki by istniał.

Jedyną postacią, która miała "jaja" i bardzo pasowała do scenariusza, na który się nastawiłam w bardziej mroczną stronę, był Colin:

"Wprowadziliśmy istotę z legend, z innego wymiaru, do naszego prawdziwego świata. Rozbiliśmy rzeczywistość, jakby była szybą, w którą cisnęliśmy kamieniem. Dla mnie noc, kiedy przyzwaliśmy Króla, jest najważniejszym doświadczeniem w życiu. Najbardziej znaczącym."

Taaa, on zdawał sobie z potencjału, na który ja miałam ochotę, a którego nie dostałam: skończył się on w momencie, w którym się zaczął i w którym Król Smutek wypowiedział pierwsze zdanie...

Marudząc dalej: mogłoby być też o połowę krócej. Jasne, opowieść można przegadać, tak jak to na przykład nie raz robił Stephen King, ale tam jakoś nie miałam wrażenia, że to jest zapchajhistoria o niczym i o wszystkim, jak w Gumbo, choć Gumbo jest smaczne, bo wszystkie składniki są proporcjonalnie dobrane i doprawione.

Jak jest tu?

Kwestia smaku.

Mi nie podeszło.

...

Oczywiście w generalnym rozrachunku, pomijając moje oczekiwania, które zamieniły się w rozczarowanie, starając się obiektywnie spojrzeć na całość, choć oczywiście jest to niemożliwe: jest to długa opowieść na dłuuuuuugie jesienne wieczory, w której nie należy nastawiać się na stricte horror oraz na to, że Joe Hill tworzy tak, jak Stephen King.

Bo tak nie jest.

P.S. I nadal czuję nosem, że NOS4A2 napisał sam King, a nie Joe😎, bo jak na razie CIĄGLE jest to "jego" najlepsza powieść, jaka powstała do tej pory.


MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***
Literacki majstersztyk łączący elementy horroru i fantasy.

Pierwsza po „Strażaku” powieść Joego Hilla – napisana po 9 latach przerwy.

Stworzone z epickim rozmachem dzieło, porównywane do kultowego „To” Stephena Kinga.

PRZEDWIECZNE ZŁO
SZEŚCIORO SZKOLNYCH PRZYJACIÓŁ
I DIABELSKI PAKT, KTÓRY ODMIENI ICH ŻYCIE NA ZAWSZE

UWAŻAJ, CZEGO SOBIE ŻYCZYSZ…

Arthur Oakes to zapalony czytelnik, marzyciel i student Rackham College w stanie Maine – fikcyjnej uczelni znanej z imponującej biblioteki i pięknych starych budynków na mroźnym kampusie. Jednak jego sielankowe studenckie życie – i rozkwitający romans z Gwen Underfoot – zostaje brutalnie przerwane, gdy miejscowa dilerka narkotyków wraz ze swoim wspólnikiem zmuszają go do jednego z najgorszych przestępstw, jakie potrafi sobie wyobrazić: kradzieży rzadkich książek z biblioteki uczelni.

Zrozpaczony Arthur zwraca się o pomoc do najbliższych przyjaciół. Wspólnie obmyślają szalony, fantastyczny plan, by uwolnić Arthura z okrutnej pułapki. Bogaty i nieustraszony Colin Wren proponuje wykorzystać niepokojący, oprawiony w ludzką skórę dziennik okultysty Enocha Crane’a, by przyzwać smoka, który spełni ich rozkazy. Pozostali – odważna i piękna Alison Shiner, waleczne bliźnięta Donna i Donovan McBride oraz bystra i pewna siebie Gwen – bez wahania dołączają do Colina, by zaprzeczyć prawom rzeczywistości i sprowadzić do naszego świata istotę, której istnienie wydaje się niemożliwe.

Ale smoki to istoty podstępne i złe, a pakt, który miał uratować Arthura, zmienia się w przerażający, krwawy rytuał: co roku sześcioro przyjaciół musi złożyć nową ofiarę Królowi Smutkowi – w przeciwnym razie sami staną się jego kolejnym posiłkiem.

Fantastyczna powieść grozy, będąca przede wszystkim hołdem dla wyobraźni, przyjaźni i odwagi.

Mrożąca krew w żyłach opowieść o niebezpieczeństwach współczesnego świata, mrocznej stronie życia akademickiego i nieoczekiwanych konsekwencjach zemsty.

Joe Hill udowadnia, że talent do grozy może być dziedziczny. Ale mrok, który kreuje syn Stephena Kinga, ma zupełnie nowe oblicze.

Książka znalazła się na liście 100 najbardziej godnych uwagi książek wydanych w 2025 roku wg redaktorów „The New York Times Book Review”.

Obłędnie dobra!„The New York Times”

Wurdalak Robert Ziębiński

Wurdalak Robert Ziębiński

"...strach jest najstarszym sprzymierzeńcem wszystkiego, co chce rządzić człowiekiem."


Ta powieść sprawiła, że poczułam się jak w domu, jakbym oglądała stary film VHS z rozpoznawalnym głosem profesjonalnego lektora i nie przeszkadzało mi to, że Autor od razu rzuca Czytelnika na głęboką wodę, ponieważ jest to kontynuacja historii Czarnego Stawu, miasteczka, w którym rodzą się potwory.

Najpierw był demon ze Stawu, potem była Wiła, a teraz jest rodzina Gorchów i...?

Wurdalak.

Superpotwór w miasteczku, które udaje normalność.

...

Jak to się kończy?

Ano wcale się nie kończy. 

Ostatnie strony zapowiadają prawdziwy początek pandemonium i bynajmniej nie jest to koniec...

"Daliśmy się oszukać złu.

Wywieźć w pole.

Jak dzieci. Ale na Boga, my byliśmy dziećmi."

Fajowato się bawiłam. Świadoma narracja pełna nostalgii i odniesień, o których miałam pojęcie bardzo szybko, trafiała w punkt mojej percepcji. Czułam klimacik, zanim ujawnił on swoje źródła, cofnęłam się ciutkę w czasie i było mega odprężająco.

Bo strasznie nie było.
Było klimatycznie.

"Noc jest przestrzenią tajemnicy. A człowiek jest istotą, która łaknie tajemnicy nawet wtedy, gdy się jej lęka."


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Po latach ciszy Kamil wraca do pisania – i do przeszłości, którą chciał pogrzebać. Wspomnienie lata 2018 roku, przyjaciół, Czarnego Stawu… i koszmaru, który wtedy powrócił i nigdy nie zasnął

Wurdalak to powieść grozy o strukturze dziennika i pamiętnika – intymna relacja z dorastania na granicy światów: między dniem a nocą, racjonalnością a mitem, dzieciństwem a świadomością śmierci. Autor miesza klimat współczesnego horroru z klasyczną gotycką narracją i elementami słowiańskiego oraz arabskiego folkloru. Zło kiełkuje w szkole, przenika rodzinne domy, wślizguje się w sny – tak jak różowy księżyc Nicka Drake’a, którego melancholijne echo towarzyszy całej książce.

To historia o dojrzewaniu, ale też o tym, że każdy akt odwagi ma swoją cenę.

Wurdalak jest nie tylko powrotem do mitów i upiorów. To także opowieść o świecie, w którym dorośli utracili zdolność widzenia, a tylko dzieci – jeszcze nie do końca uformowane – potrafią dostrzec prawdę.



Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger