"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
Zakochaliśmy się w nadziei Lancali

Zakochaliśmy się w nadziei Lancali

"Czas, choroba i śmierć są żałosnymi mechanikami. Lubią zaplatać stryczki ze strachu i uwielbiają grać w gry. Cienie to ich płaszcze, narzucane wam na ramiona przez ich złowrogie palce, które wciągają was w ciemność, biorąc ze sobą wasze ciało, wasz umysł i wszystko, co im się podoba.

Czas, choroba i śmierć są najlepszymi złodziejami na świecie.

Albo byli.

Dopóki nie pojawiliśmy się my. Czwórka przyjaciół, którzy nie wierzyli w bomby."


Co ja tu właśnie sobie przeczytałam...👀

Cóż to jest w ogóle za pomysł! 

Normalnie ciągle myślę o tym, jak genialnie, GENIALNIE, wszystko złożyło się w idealną całość i to, że kompletnie nawet mruknięciem ani choćby emotką nie mogę dać znać, o co tu chodzi NAPRAWDĘ chodziło, doprowadza mnie do mocnej frustracji, bo nie mogę się w pełni pozachwycać, żeby nie spojlerować... qurdę, nawet tych przepieknych cytatów pozaznaczanych nie mogę przytoczyć, bo to będzie wskazówka!

Cóż, mogę jedynie potwierdzić, że jest to kolejna, niechcąca, wypatrzona (oczywiscie po okładce) cudowna historia o śmierci, tematyka, którą zazwyczaj omijam szerokim łukiem... historia, której się nie spodziewałam. Historia z twistem tak wzruszajacym, dojrzałym, magicznym i NIESPODZIEWANYM ( choć już mniej więcej od połowy co najmniej podejrzanym), że zapamietam ją na bardzo długo.

Bardzo. Długo.

Nic więcej napisać nie mogę.


Już ze wstępu wynika, że jest to bardzo osobista opowieść.

Opowieść o śmierci. O umieraniu. O ostateczności. O życiu.

Choroba uczy, że przyczyny to tylko marne próby usprawiedliwienia nieszczęścia. Dają złudzenie, że znamy odpowiedź na pytanie "dlaczego?", ale "dlaczego?" to głośne pytanie, a śmierć jest cicha.


Piękny smutek. Nadzieja, która rozrywa serce.

Radość na przekór śmierci. 

Nadzieja i rozpacz. Ramię w ramię.

...strach to tylko duży cień z małym kręgosłupem.

Dzieciaki, które pomimo wyroku, tętnią życiem. Dzieciaki, z którymi każdy czytelnik tej cudnej opowieści będzie szedł za rękę do samego końca.

Jak Sam.

(...)

Będę pamiętać tych, których kocham, dłużej, niż dane mi było ich znać.

(...)

Jestem w totalnym szoku, że autorka ma 21 lat... Miałam mega wątpliwości, czy to aby na bank ona pisała, ale wychodzi na to, że tak!

Fenomen.

Nie wiem, co musiała przeżyć, żeby napisać tak dojrzałą i prawdziwą powieść... 

Uprzedzam niezdecydowanych i zniechęconych początkiem - narracja jest niekiedy chaotyczna, urywana,  wiem, że to celowy zabieg, ale może rozpraszać. Tylko chwilowo.

I choć w tej tematyce zdecydowanie polecam Niewidzialne życie Iwana Isajenki - niezmiennie mój nr 1, to TA magiczna historia jest moim nr 2.

PRZEPIĘKNA.

MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Czas się skończy. Rana będzie się jątrzyć. Śmierć umrze.


Gdy na tle bezlitosnego krajobrazu szpitala zakochuję się w chłopcu o promiennych oczach, staje się on moją jedyną radością w tym pogrążonym w smutku miejscu. I właśnie dlatego, kiedy popełnia samobójstwo na moich oczach, całkiem się rozpadam…


Obiecuję sobie wtedy, że już nigdy nikogo nie pokocham. Ale pojawiają się trzy wyjątki: moi przyjaciele – Sony, Neo i Coeur – mały gang zbuntowanych, umierających dzieciaków. Sony stoi na jego czele, choć ma tylko jedno płuco. Neo, porywczy pisarz poruszający się na wózku inwalidzkim, uwiecznia nasze dokonania na papierze: od kradzieży po terroryzowanie naszego pielęgniarza. Coeur jest pięknym chłopcem, umięśnionym, łagodnym olbrzymem z sercem do wymiany.


Zanim śmierć nieuchronnie zapuka do naszych drzwi, planujemy z moimi złodziejami dokonać ostatniego napadu. Chcemy uciec daleko od znęcających się rodziców, wyniszczającej straty i naszych chorób. Ale co się stanie, gdy pojawi się ktoś jeszcze? Co się stanie, gdy do naszej imprezy dołączy jeszcze jedna dziewczyna i odbierze mi mowę swoim psotnym uśmiechem? Co się stanie, gdy zobaczę słońce w jej oczach i zacznę upadać, czując przerażenie na myśl o kolejnej stracie?


AUTOR


Niewidzialne życie Iwana Isajenki Scott Stambach

Niewidzialne życie Iwana Isajenki Scott Stambach

"Nie umieraj, dopóki nie będziesz naprawdę martwa. A jeśli już musisz, niech to będzie dobra śmierć - dodałem.
- Czyli jaka?
- Taka, kiedy umiera w tobie tylko ta część, która powinna być martwa."


Czytelnik długo o niej nie zapomni...

To prawda, jedna z nielicznych, jakie można zazwyczaj przeczytać na okładkach książek.

FENOMENALNA OPOWIEŚĆ!
Czytałam jednym tchem!
Błyskotliwa, zabawna i wzruszająca!
Jedna z najpiękniejszych powieści, opartych na faktach, jakie kiedykolwiek spisano chyba...
Wszystko tu jest perfekcyjne, a sama historia... wzrusza do tygodniowych łez. I zadumy. O naszych priorytetach. O tym, co w życiu ważne. O tym, czego nie doceniamy. O tym, jak warto doceniać to, co niezauważalne. 

Przepiękna, PRZEPIĘKNA opowieść.

Książka jest pamiętnikiem poważnie okaleczonego białoruskiego chłopca, który całe życie spędził w szpitalu dla chorych dzieci. 
Ivan Isajenko urodził się 18 miesięcy po wybuchu reaktora jądrowego w Czarnobylu na Ukrainie, w 1986 r. I podobnie jak wiele noworodków z tego regionu, przyszedł na świat z licznymi problemami zdrowotnymi i deformacjami fizycznymi.

Iwan jest inny.

Iwan nie ma nóg. Nie ma jednej ręki. Dłoń drugiej posiada jedynie kciuk i dwa palce. Twarz opada, rozmywając rysy, utrudniając mówienie. A, co ważniejsze, uśmiechanie się.
A uśmiech jest ważny. 
Ważny przede wszystkim dla Natalie, jedynej pielęgniarki, która nie jest sadystką i promieniuje wręcz matczynymi emocjami i cudowną empatią.
Siedemnastoletni Ivan radzi sobie dzięki niej. 
Iwan nigdy nie spotkał się z rodzicami i nigdy nie miał gościa. Nie ma przyjaciół, z wyjątkiem właśnie siostry Natalii, która nie tylko traktuje go jak równego sobie  rozmówcę, ale przynosi mu książki, układanki i gry, aby go zająć. 
To niewiele, ale pomaga. 
Iwana mózg działa perfekcyjnie. Dzięki swojej błyskotliwości, inteligencji, sarkazmowi oraz miłości do życia Iwan trwa. Nawet TUTAJ - w zamknięciu, w zapomnieniu, w obojętności, w nienawiści. 
Z widmem śmierci. Nieuchronnej.

Pewnego dnia pojawia się w tej ponurej egzystencji światełko. Promyczek. 
Polina. 
Nastolatka wygląda normalnie, ale tylko pozornie. Dziewczyna choruje na białaczkę. Ostrą jej formę. Rokowania są krótkoterminowe...
Obydwoje odnajdują zupełnie inny świat, dzięki sobie nawzajem. Ich rozmowy i flirt wyrywają chłopca z jego samotności i po raz pierwszy w życiu odnajduje on koleżeństwo i związek z rówieśnikiem. Nic dziwnego, że zakochuje się w Polinie, a rozwijająca się relacja pary jest zarówno delikatna, jak i tragiczna...
MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Bohaterem debiutanckiej powieści Scotta Stambacha jest Iwan Isajenko, zdeformowany fizycznie siedemnastolatek o błyskotliwym umyśle i upodobaniu do wisielczego humoru, od urodzenia mieszkający w Szpitalu dla Ciężko Chorych Dzieci w Mazyrzu na Białorusi. Ponieważ każdy dzień w tym miejscu wygląda tak samo, dla zabicia nudy Iwan namiętnie czytuje książki i wszystko zamienia w grę, manipulując zdarzeniami oraz ludźmi. I dopiero pojawienie się nowej pacjentki wywraca jego spokojny, poukładany świat do góry nogami. Początkowo Iwan nie darzy Poliny sympatią. Dziewczyna podkrada mu książki. Niszczy ustalony od dawna porządek dnia. I na dodatek jest piękna. Niechęć szybko ustępuje jednak miejsca ciekawości, aż wreszcie między dwojgiem młodych ludzi rodzi się uczucie, o którym żadne z nich nie śmiało nawet marzyć. Teraz Iwan, który dotąd starał się tylko jakoś przetrwać, odgrodzony od świata murem obojętności, zaczyna pragnąć od życia czegoś więcej. Pragnie, by Polina żyła…

Historia Iwana to wzruszająca opowieść o odnajdywaniu nadziei w najbardziej nawet niesprzyjających okolicznościach. Czytelnik długo nie jej zapomni.










Dżozef - Jakub Małecki

Dżozef - Jakub Małecki

To chyba najbardziej dziwaczna opowieść o obłędzie, z jaką miałam przyjemność się zetknąć... :)
No, chyba że totalnie nie skumałam alegorii - a może jej tam nie było...?

Są to dwie opowieści, obydwie dziwnej treści, z których jedna jest tłem dla drugiej, niby wymyślonej, ale kluczowej w całej tej historii...

Czego tu nie ma: znikające sale szpitalne, traumy, opętanie, obłęd, paranoja, Drewniak i Głupiec (Kozioł i Chłopiec) - ale to już dal wtajemniczonych :)

Polecam ze względu na mega oryginalny pomysł, dwuznaczność i na wskroś krajowe klimaty (językowe :)) 

Nie każdemu przypadnie do gustu - tego jestem pewna:) 
Ja połknęłam z uśmiechem na buziaczce:)

MOJA OCENA: 7/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Mówią, że człowiek powinien umieć dostosować się do każdego środowiska, w którym przyjdzie mu żyć. Z drugiej strony takie ciągłe dostosowywanie się prowadzi do sytuacji jak ta. Przecież przychodząc do szpitala, nie będę w rozmowie z pięćdziesięcioletnim facetem używał tych samych słów, którymi operuję w gadce pod blokiem czy na siłowni. Ale potem ciach! – brutalne zderzenie, kiedy taki pacjent nagle słyszy mnie w rozmowie z moimi kumplami. Niechby tu jeszcze akurat byli moi starzy, Weronika i na przykład koleś, od którego zwykle kupuję zioło. W takiej sytuacji pewnie w ogóle nie potrafiłbym się odezwać, bo niby jakim dialektem?

Rozmyślania przerwał mi facet, który właśnie opuszczał toaletę. Prawie zderzyliśmy się w drzwiach.
– Pan… tu?
– Yyy… tak. A pan?
– Ja też. – Uśmiechnąłem się głupio. – Proszę.
– Nie, nie. Proszę – zaprosił mnie gestem do sali. W środku Kurz i Maruda oglądali wiadomości.
Weszliśmy, a Kurz wykrzyknął:
– Pan Stasiu! No wreszcie, już myślałem, że tam pana na kawałki pokroili. Dobrze wszystko?
– Witam. – Głos mężczyzny wydał mi się dziwnie chropowaty. – Dobrze to już nie będzie. Ale po japońsku, jako tako.
Uśmiechnął się do Kurza, a ja przyjrzałem się dokładnie czwartemu pacjentowi z naszej sali.

Był mocno opalony, skóra na twarzy wyglądała jak pognieciony karton – bardzo pomarszczona i niemal idealnie brązowa. Krótkie ciemne włosy kręciły się na głowie, krzaczaste brwi wyglądały dość groteskowo, a w ustach brakowało co najmniej połowy uzębienia. Na szyi, w miejscu gdzie znajduje się grdyka, bielały grube plastry.
Czwarty był dramatycznie chudy. Spod rękawów szpitalnej piżamy wystawały poorane grubymi żyłami przedramiona, piegowate i opalone chyba jeszcze bardziej niż twarz. Dłonie miał szczupłe i spracowane, pod paznokciami dostrzegłem czarne półksiężyce brudu.
– My się nie znamy jeszcze – powiedział do mnie, a w uśmiechu twarz zachowywała się jak gąbka ugniatana rękoma kogoś nadpobudliwego. Cały się marszczył, wił i skręcał na tej twarzy. – Stanisław.
– Grzesiek.
Podałem mu rękę; jakbym ściskał kawałek drewna, twardy i chropowaty. Dwa najmniejsze palce wygięła mu jakaś choroba, nie mógł wyprostować ich nawet przy powitaniu.

Pan Stanisław był inny niż większość facetów w jego wieku. Musiał mieć już koło sześćdziesiątki, ale sprawiał wrażenie gościa, który przebiegłby setkę szybciej niż ja, a ze sztangą też poradziłby sobie lepiej mimo znacznie szczuplejszej sylwetki. Wyglądał porządnie, choć zarówno dłonie, jak i fryzurę miał zaniedbane. Pamiętam, że pierwsze, co przyszło mi wtedy na myśl, to to, że ten facet jest w stu procentach prawdziwy.

Paradoksalnie, momentami jego twarz przybierała taki wyraz, jakby za chwilę miała się zwyczajnie rozpaść.

Co jakiś czas zmarszczonym obliczem pana Stasia przemykał krzywy grymas. Rozleci się, myślałem wtedy, to wszystko: policzki, czoło, nos i usta; wszystko jest za słabo ze sobą sklejone i rozsypie się nam tutaj po podłodze. Patrzyłem i czekałem. Twarz mu nie wybuchła i nie rozpadła się, ale wrażenie było naprawdę przedziwne. Nigdy wcześniej nie spotkałem człowieka o takim wyglądzie.
Pan Stachu mało się odzywał, prawie wcale. Kiedy tylko układał się na łóżku, sięgał po zniszczoną książkę o pożółkłych kartkach, wyciągał się wygodnie i zapalał lampkę. Tak sobie trwał, teraz również.

(...)

Rzuciłem piłeczką o ścianę, odbiła się koślawo i poleciała w róg pomieszczenia.
– Pan jest taki trochę małomówny, co?
– Przecież rozmawiamy – bronił się Stachu. – Chyba nawet dużo, co?
– No tak, truje pan o tych książkach, o tym Conradzie. Ale nic pan o sobie nie mówi. Nawet nie wiemy, skąd pan jest.
– A po co to komu?

Kurz odłożył gazetę i przyłączył się do rozmowy.
– No bo może się okazać, że pan jesteś jakiś morderca seryjny albo inne licho…
– O. Albo, na przykład, gwałciciel.
– Panowie, ale o czym wy w ogóle mówicie? Jaki morderca, jaki gwałciciel? Po prostu nie lubię o sobie rozmawiać, tyle. Moje życie nie jest do opowiadania, nic w nim nie było wyjątkowego.
– Przez tę francę to też może kiedyś nie będę chciał nikomu o sobie opowiadać – skwitowałem i odszukałem piłeczkę.
Rzuciłem okiem na komórkę Kurza, jeszcze godzina do obiadu.
Dziwny ten pan Stachu, co? – zagadnąłem Kurza, kiedy Czwarty poszedł za potrzebą.
– Skryty. Musiał mieć trudne życie.
– No, pewnie tak. Ale żeby być aż tak tajemniczym?
– Wiesz, mógł przeżyć jakiś wielki dramat i się w sobie zamknął. No i ucieka w te swoje książki. Mówi, że je uwielbia, ale ja uważam, że to przykre tak siedzieć z nosem między okładkami, bo los cię wyrolował.
– Myśli pan, że on je czyta, żeby przed czymś uciec?
– Nie, Grzesiu, w tym wieku już się przed niczym nie ucieka. Chyba że przed samym sobą. Ale jeśli tak, to nasz pan Stasiu chyba już wie, że nigdy nie ucieknie.
(...)

(Kurz) Wpadł z powrotem, blady jak twaróg, i głośno przełknął ślinę.
– Korytarz jest zablokowany!
– Zablokowany?
– Chodźcie.
Poszliśmy.
Lśniąca ściana, w połowie pociągnięta olejną farbą, w połowie zmatowiona emulsją, dokładnie taka sama jak wszystkie pozostałe w szpitalu, odgradzała nas od świata, przecinając korytarz w miejscu, gdzie powinna znajdować się kanciapa pielęgniarek.
Rozmawialiśmy bez słów, ja, Kurz i Czwarty. Spoglądaliśmy na ścianę, a potem na siebie, oczy rozszerzały się nam, a w myślach świtało podejrzenie, że właśnie stanęliśmy oko w oko z czymś, czego za nic nie da się wytłumaczyć. Staliśmy tak długo, aż wreszcie, jak na komendę, odwróciliśmy się i poszliśmy z powrotem do sali. Dopiero tam Stachu powiedział na głos:
– Nie wierzę.
Nie wierzył, to jasne. My również – ani ja, ani Kurz – nie mieliśmy najmniejszego zamiaru dawać wiary znikającym salom i korytarzom, które same się zamykają.
– Nie ma na co czekać, panowie. Trzeba działać – powiedziałem. – A konkretnie, wypierdolić okno i kogoś zawołać.
Chwyciłem krzesło i zanim którykolwiek z moich dwóch szpitalnych współlokatorów zdążył zaprotestować, zamachnąłem się i z całej siły przywaliłem w szybę.

I nic. Okno nawet nie drgnęło.

– Co za jaja… – W tym momencie naprawdę się już przeraziłem.
– Spróbuj jeszcze raz. – Kurz stał tuż za mną i miał taką minę, jakby właśnie narobił w spodnie od piżamy.
Wziąłem rozbieg i wpakowałem krzesło w sam środek okna – z zerowym skutkiem. Kolejne dwie próby również spełzły na niczym. Postawiłem krzesło przy ścianie i zwaliłem się na nie bezsilny. Jak to możliwe? Co to ma być?!

Jakąś godzinę później okazało się, że kibel jest zamknięty. Drzwi, zupełnie nie do ruszenia, chyba zrosły się ze ścianą – między skrzydło a futrynę nie chciała wejść nawet żyletka z golarki Kurza.
Co to, cholera, jest?! – Kurz łaził po sali i składał się już chyba wyłącznie z nerwów. Ręce splecione za głową, twarz skazańca, warga zagryziona – jeden wielki nerw.
– Kogo pan pytasz? – Czwarty siedział na jego łóżku i spoglądał to na mnie, to na niego. – Przecież my także nie wiemy.
– To kto wie?!
– A co pan taki zły? My się też trochę denerwujemy, wyobraź pan sobie.
– Sorry, bo ja już…
– Niech pan lepiej się trochę opanuje, zamiast drzeć na nas ryja – powiedziałem. – Razem w tym siedzimy i bez sensu jest się na siebie wzajemnie wkurzać.
Kurz zamilkł, może nawet się obraził. Trudno.
– Co myślisz, Grzesiu? – zapytał Czwarty i kiedy tak na niego spojrzałem, wydawało mi się, że twarz zmieniła mu się jakoś od czasu, kiedy go po raz pierwszy tu zobaczyłem. Nie potrafiłem powiedzieć, co się zmieniło, ale coś na pewno.
– No więc ja myślę, że zaraz wezmę to krzesło i przejdę się po tym, co zostało z korytarza, i będę tłukł we wszystko, co się da. Jak to jakiś dowcip, to się w końcu do jakiejś dykty dokopię, czy coś…
– No… pomysł chyba dobry…
– Nic innego nie przychodzi mi do głowy, a siedzieć tu na dupie jakoś nie mam zamiaru. Panie Leszku?
– No?
– Pójdzie pan też?
– Jasne, pójdę.
– Mam nadzieję, że się pan nie obraził, że tak na pana…
– Nie, a skąd. Po prostu wszyscy jesteśmy zmęczeni. Spoko.
– Spoko.
Poszliśmy.
Mocniej zamachnąć się nie da – myślałem, obracając się wokół własnej osi z krzesłem trzymanym oburącz za oparcie. Uderzyłem w ścianę, aż mi mrowie po dłoniach przeszło.
Zabolało, że ja nie mogę.
– I jak? – Stachu podbiegł, ręce wlepił w ścianę, jakby był iluzjonistą i chciał właśnie przez nią przejść.
Badał, badał i nic – jakieś małe zadrapanie, może minimalna rysa od nogi krzesła. Kawałeczek ukruszonego tynku. Żadnych spektakularnych dziur, za którymi mógłby siedzieć zespół operatorów ukrytych kamer.
– W mordę! – Kurz kopnął w parapet i zaraz cofnął nogę. – Przecież nikt nie zdążyłby zamurować nam korytarza w jedną noc!
– No, nie zdążyłby. Ale zdążył – skwitował Stachu.
Krok dalej, kolejny dyskobolowy zamach i sruuu. Uderzyło, metalowa noga wygięła się lekko. Mur niestety nie zareagował i na ten cios.
Stachu oparł się plecami o ścianę i powiedział:
– „Nie ma wtajemniczenia w takie misteria. Nasz obywatel musi żyć pośród niepojętego, które jest także czymś wstrętnym. A jednocześnie to niepojęte ma urok, który zaczyna na niego działać. Urzeczenie obrzydliwością, rozumiecie? Wyobraźcie sobie rosnący w człowieku żal, pragnienie ucieczki, bezsilny wstręt, poddanie się, nienawiść”.
– Co?!
– Słucham? – Stachu otrząsnął się jakoś dziwnie.
– Jakieś głupoty pan zaczął…
– Zamyśliłem się.
Kurz podszedł do mnie i położył mi rękę na ramieniu.
– Ale co z tą cholerną ścianą?!
Gdyby twórcy encyklopedii potrzebowali ilustracji do słowa wściekłość, powinni strzelić fotę Kurzowi, kiedy siedział tak na parapecie w korytarzu i zaciskał pięści w dzikiej furii.
– Ja w to naprawdę nie wierzę! – syczał chyba już do siebie, bo przecież nie do nas.
My, znaczy ja i Czwarty, szliśmy do sali. Opadłem z sił i przy grzmoceniu krzesłem o mur chyba dodatkowo nadwyrężyłem sobie bark.
– Boże, jak on marudzi – westchnąłem.
– Rzeczywiście, nie był taki wcześniej. Może tak reaguje na stres?
– Może.
W sali czekała na nas kolejna niespodzianka.
– A co to, do jas…
Półmrok, który panował w pomieszczeniu, nie pasował do pory dnia – musiała być jakaś dwunasta, może ciut później. W każdym razie środek dnia. A tu prawie całkiem ciemno.

Zerknąłem na okno i aż mnie wygięło.

Ponad połowa szyb przesłonięta była ciemnymi smugami, tamującymi częściowo dopływ światła. Podbiegłem bliżej i zamarłem w pół kroku – wstęgowata maź wspinała się powoli po szybie niczym rak albo inne gówno. Powoli, spokojnie, metodycznie. Bezlitośnie.
Stałem zdrętwiały i nie mogłem oderwać wzroku od tego, co działo się z szybą. Pomyślałem po chwili, że nie wyglądało to w sumie jak wspinająca się po oknie flegma – prędzej powiedziałbym, że to z samą strukturą szkła coś się działo.
– To się powiększa! – krzyczał Stachu. – To się wspina ku górze!
Kurz wpadł do sali i załamał ręce. Kwiknął jakoś dziko i położył się, nakrywając twarz poduszką.
Nie było na co czekać. Jednym susem znalazłem się na parapecie i wyjrzałem przez zdrowy kawałeczek szyby. Na ławce gnił nie kto inny, jak brodaty rudy menel.
– Hej! – ryknąłem i zacząłem grzmocić otwartą dłonią w szybę. – Hej tam! Nas tu ktoś zamknął. Ej! Pomocy!
Smugi zajmowały już niemal całe okno; wspinałem się na palce, waliłem w okno z całej siły, darłem się jak wariat. Menel – z tego co zdążyłem zauważyć – chyba mnie nie słyszał i zanim zdążyłem krzyknąć raz jeszcze, było już po wszystkim. Szyby zostały zapaskudzone jakimś świństwem, a w sali zapanował g ęsty półmrok.
Włączyłem lampkę nad głową, święcie przekonany, że i ona spłata mi figla. Odmówi posłuszeństwa, zgaśnie, wybuchnie albo przynajmniej zwyczajnie się zepsuje. Zaskoczyła mnie jednak i postanowiła zadziałać. Kula żółtego światła wylała się spod metalowego klosza i wyłowiła mnie z ciemności.
(...)
***
"Dżozef" Jakuba Małeckiego to intrygujące połączenie realizmu magicznego z powieścią dresiarską.

Grzesio Bednar, absolwent szkoły zawodowej na warszawskiej Pradze, spotyka na swej drodze „złych ludzi", którzy łamią mu nos i zabierają telefon. Na domiar złego napuchnięta twarz chłopaka nie podoba się pracodawcy, a dziewczyna nie potrafi zrozumieć, jak można było do niej zaraz po wypadku... nie zadzwonić. Bednar trafia do szpitala. W sali poznaje trójkę mężczyzn, przekraczających smugę cienia. „Kurz" to rzutki biznesmen, „Maruda" jest wiadomo jaki, a „Czwarty" okazuje się bibliofilem i dziwakiem - czyta bez opamiętania książki Josepha Conrada, a kiedy zaczyna gorączkować, dyktuje Grzesiowi tajemniczą opowieść. Wkrótce szpitalna rzeczywistość zaczyna przypominać świat z koszmaru klaustrofobika. Czyżby demony z majaków „Czwartego"?

"Dżozef" to pozornie lekka, wakacyjna pocztówka ze szpitala na peryferiach, którą wypełniają męskie Polaków rozmowy. Autor nie szczędzi czytelnikom blokerskich dosadności, często dorzucając szczyptę sarkazmu. Jednocześnie pokazuje, jak literatura przechodzi w rzeczywistość, a bułhakowski Mistrz radzi sobie na Czarodziejskiej Górze XXI wieku.


Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger