"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szatan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szatan. Pokaż wszystkie posty
Próba sił Cathy Cash Spellman

Próba sił Cathy Cash Spellman

"Charakter to jest to, kim się jest w ciemnościach."

Świetna ekranizacja. 

Czy powieść jest równie dobra?

Jest lepsza. 

Pomijając beznadziejny wręcz początek, suche i sztuczne dialogi, powieść zawiera MNÓSTWO treści, których nie pokazał film. 
Właściwie film przedstawia 1/13 całości - jest wyciśnięty jak cytryna i skondensowany do maximum. A i tak świetny.

W powieści znalazłam bardzo dużo informacji, kompletnie pominiętych w ekranizacji /sekty Maa Kheru, nawiedzenia, opętania, kult, bóstwa, magia, amulety/, wielu bohaterów, kompletnie pominiętych w ekranizacji /chociażby księdza Petera - rewelacyjna postać i creepy postać afrykańskiej niani, a nie tej zasuszonej wiedźmy z filmu, która odegrała jedną z głównych ról w tej historii/ i wiele wątków, których zabrakło w filmie, choćby wątku głównego: znaczenia Amuletu Izydy i jego przeciwieństwa - Kamienia Sechmet.

'Na świecie istnieje o wiele więcej sił, niż zdaje sobie z tego sprawę współczesna nauka".


Są opętania, rytuały, strach, groza, krew.
Ale jest tez miłość, oddanie, świętość i siła. Siła kobiety.

'To kobiety są silne. Przekonał się o tym na początku kapłaństwa. Kobiety trwają, cierpią, opiekują się, znoszą niesprawiedliwość. A jednak w jakiś sposób są mocniejsze. Dziwił się, że mężczyźni podtrzymują kłamstwo, że to oni są silniejszą płcią. To kobiety od narodzin do śmierci walczą z brudami świata, usiłując, stawić im czoła w nierównej grze. Pchają świat pod górę, wydobywając go z bagna. Uporczywie starają się poprawić sytuację i zaprzeczają opinii mówiącej, że są na drugim miejscu. Wystarczyłoby zapytać jakiegokolwiek duchownego, jaki panowałby na świecie system wartości, gdyby był zależny od mężczyzn, żeby usłyszeć, kto jest kucharzem, a kto kartoflem, jakby to ujęła jego pochodząca z Irlandii matka.".

Klimat, wraz z czytaniem, pogłębia się i wciąga. Powieść, na tle filmu, wydaje się kompletna i maksymalnie wyczerpująca temat. Jest bardziej brutalna i krwawa. Soczysta. 

'Człowiek jest liną rozpiętą pomiędzy zwierzęciem i nadczłowiekiem - liną nad otchłanią."

Jestem zaskoczona. Bardzo pozytywnie.

Polecam.


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Z łomocącym sercem Maggie 0’Connor trzęsącymi się rękami nastawiła alarm przeciwwłamaniowy i obróciła klucz w drzwiach małego sklepu z antykami na rogu Sześćdziesiątej Ósmej Ulicy i Madison Avenue, który był jej jedynym źródłem utrzymania. Usiłowała odzyskać panowanie nad sobą, jednak wspomnienie usłyszanego przez telefon głosu całkowicie ją rozstroiło.
Zadzwoniła do niej Jenna, jej córka. Buntownicza, krnąbrna i wrogo nastawiona Jenna, która od prawie dwóch lat nie dawała znaku życia.
Gorączkowy ton jej głosu, nie wydawał się Maggie znajomy, ale jego niemal dziecięce brzmienie wyzwoliło bolesne wspomnienia… brutalne znaki zapytania na temat tego, gdzie była… niepokojącą tajemnicę. Na dźwięk jej głosu wyobraźnię Maggie zalał przerażający kalejdoskop obrazów: Jenna, to dziecko, które kochała nad życie; Jenna, krnąbrna i pamiętliwa, przenosząca się z jednej bezskutecznej kuracji odwykowej do drugiej; Jenna, heroinistka, gotowa wyrwać człowiekowi serce, żeby zdobyć pieniądze na kolejną działkę. Maggie potrząsnęła głową, opędzając się od niepożądanych obrazów i wyszła na deszcz, żeby zatrzymać taksówkę.
- Muszę zobaczyć się z tobą dzisiaj wieczorem, mamo - oznajmiła Jenna.
Jej odseparowany od ciała głos docierał gdzieś z daleka. Czy było w nim słychać wściekłość, czy skrajne podniecenie? A może rozpacz?
- W domu. O wpół do siódmej. Bądź w domu, na miłość boską!
Potem już tylko przerywany sygnał, świadczący o tym, że jakaś rozmowa rzeczywiście się odbyła.
Kiedy zaczęło się psuć między nimi? Po raz milionowy Maggie zaczęła drążyć w swej duszy w poszukiwaniu odpowiedzi. Gdzie zniknęła cała miłość? Nie było wątpliwości, że mała dziewczynka, którą pamiętała tak wyraźnie, kochała ją dawno temu. To dziecko o połyskliwej szopie srebrnoblond włosów i oczach zielonych jak Morze Irlandzkie, kiedyś trzymało ją za rękę i sepleniąc, opowiadało różne historie - kiedyś ją kochało.
Jenna miała czternaście lat, gdy przyszedł ten niepojęty czas, kiedy zniknęło urocze dziecko, a na jego miejscu pojawił się ponury i krnąbrny nastoletni odmieniec. Czternaście lat: wiek, w którym jej ukochana córka przepoczwarzyła się w niesympatyczną, zimną istotę.
Ile razy Maggie wyciągała do niej rękę, po to tylko, by usłyszeć wrogie słowa i raniące wyrzuty?
- Jej uszy nie są nastrojone na twoją częstotliwość, kochanie -mówił
przy takich okazjach jej mąż, Jack, kręcąc z konsternacją głową. - To bardzo przykre, Maggie, ale wygląda na to, że ona nie rozumie nic z tego, co mówisz. Pewnie to jakiś głupi freudowski problem z matką.
Wyrośnie z tego, zobaczysz. Będziemy się wszyscy z tego śmiali, kiedy będziemy siwi i starzy.
Ból wywołany wspomnieniem tych słów niemal pozbawił ją tchu.
Głos Jacka nadal brzmiał w jej uszach. Jego twarz nadal tkwiła nienaruszona w jej pamięci. Czyż czas nie powinien leczyć ran? Czy z upływem czasu uczucie samotności nie powinno stawać się mniej intensywne?
Łzy zaczęły wzbierać jej w oczach, ale powstrzymała je. Cóż, nigdy już nie będą się wspólnie śmiać, nie zestarzeją się razem, nie zrozumieją, dlaczego życie potoczyło się w tak niepojętym kierunku: Jack nie żył. Mimo że nadal wyciągała do niego rękę na poduszce podczas długich, ciemnych godzin przed świtem… Mimo że rozmawiała z nim w myślach, kiedy potrzebowała pomocy. Mimo że czasami wyobrażała sobie, że on jej udziela. Jack odszedł.
Przynajmniej nie widział, jak jego mała dziewczynka, ze śladami po igle na rękach, sprzedaje swoje ciało na Ósmej Ulicy, żeby zdobyć pieniądze na heroinę. Maggie cierpiała w samotności.
Usiłując zmusić serce, by biło jakimś znośnym rytmem, zapłaciła kierowcy i postawiła kołnierz, by ochronić się przed jednostajną szarą ulewą. Potrzebny był jej spokój domowego zacisza.
Jenna stała oparta przed wejściem, trzymając w ramionach tobołek ubrań.
Tak się przynajmniej zdawało Maggie, dopóki zawiniątko nie zapłakało.
- Zimno tu na dworze! - rzuciła oskarżycielskim tonem Jenna, jakby to Maggie była odpowiedzialna za pogodę.
Żadnego przywitania. Żadnego: „Tęskniłam do ciebie, mamo. Jak ci się wiodło?”
- Przyjechałam tar szybko, jak tylko się dało, kochanie. Nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę ty dzwonisz. Tak okropnie do ciebie tęskniłam!
Otoczyła ramionami przemoczoną postać, aby za chwilę ukryć ból, kiedy Jenna wyślizgnęła się z jej objęć.
Otworzyła niepewnymi rękami drzwi i wsunęła dłoń do środka, by odszukać włącznik światła. Łzy zdusiły wszelkie słowa, które, jak sądziła, powinna wypowiadać”. Zamiast tego zapatrzyła się na maleńką istotkę w ramionach Jenny. Ona jest taka malutka, ale jak wiele ma w sobie z przeszłości i z przyszłości - pomyślała poruszona.
- Nie powiesz nic więcej, mamo? Myślałam, że się ucieszysz naszym widokiem.
Jenna, bladziutka jak opłatek, stała w przemoczonym ubraniu, z którego skapywała woda. Nadal pełna gniewu i urazy.
- Ucieszyłabym się, gdybym cię zobaczyła dwa lata temu - wybuchła Maggie, ściągając ociekający wodą płaszcz, ale od razu po żałowała swej porywczości.
Ona jest w domu - upomniała się w duchu - tylko to się liczy. Żyje.
Wszystko inne da się załatwić.
- Oczywiście, cieszę się, że cię widzę, kochanie. Jestem po pro stu oszołomiona tym, że naprawdę tu jesteś. Tak długo marzyłam o tej chwili! Och, Jenna, nie wiedziałam, czy żyjesz, czy nie… Tak bardzo się starałam ciebie odnaleźć - prywatny detektyw, policja.
Ale powiedzieli, że nie ma śladu…
Jej słowa były wyrazem zaledwie maleńkiej części bólu i cierpienia, które na zawsze zapadły w jej sercu.
Jenna już nie słuchała. Ogarniała pośpiesznie wzrokiem pokój, oceniając sytuację.
- Jestem głodna - oznajmiła, kładąc dziecko na krześle takim ruchem, jakby to było paczka z zakupami.
Maggie wzdrygnęła się, by odpędzić wrażenie nierealności, poczucie nieuzasadnionego strachu.
- A to dziecko, Jenna? To twoje?
Co za głupie pytanie! Jakby się spodziewała, że córka powie: „Nie, mamo. Znalazłam je w metrze”.
Podniosła zawiniątko ostrożnie, jakby było zrobione z nadzwyczaj kruchego materiału. Potem odsunęła mokry koc osłaniający maleńką istotkę i, oszołomiona, zapatrzyła się na jej zapierającą dech w piersiach doskonałość.
- Boże, Jenna… Ono jest takie malutkie!
- Ma dziesięć dni. Jej świadectwo urodzenia jest przypięte do kocyka.
Pomyślałam, że może ci się do czegoś przydać.
Maggie podniosła głowę i wpiła się wzrokiem w twarz córki.
- Może mi się przydać? Do czego, do diabła, miałoby mi się przydać?
Jenna odwróciła wzrok, nie zainteresowana pytaniem.
- Dostanę coś do jedzenia? Nie jadłam od jakiegoś czasu. Mała też jest głodna.
Nie dopuszczający sprzeciwu sposób mówienia jest typowy dla narkomanów, przypomniała sobie Maggie i na samą myśl o tym poczuła ściskanie w żołądku. Zachowują się tak, jakby ich mózg nastawiał się tylko na wybrane fragmenty, jak odtwarzacz płyt kompaktowych.
Usiłując stłumić niepokój, rozwinęła przemoknięty koc, ostrożnie wydobyła z niego maleństwo i przycisnęła je do piersi.
- To dziwne, ale człowiek nigdy nie zapomina, jak się trzyma niemowlę, żeby nie wiem ile czasu upłynęło - wyszeptała poruszona ciepłem maleńkiego ciała.
Jenna patrzyła na matkę, nic nie rozumiejąc i mrugając oczami, jak siedząca na skale jaszczurka.
Niepewna, co robić dalej i niebezpiecznie bliska łez, Maggie ruszyła do kuchni.
- Problemy najlepiej rozwiązywać z pełnym żołądkiem - po wiedziała cicho.
Wszystko było lepsze, niż stanie w miejscu pod spojrzeniem gniewnych, niewidzących oczu.
- Jak się nazywa twoja córka, kochanie? - zawołała przez ramię, usiłując nadać swojemu głosowi wesołe brzmienie.
- Cody. Nazwałam ją Cody.
Maggie uśmiechnęła się dopasowując imię do dziecka.
- To piękne imię… uważam, że pasuje do niej. To imię z rodziny jej ojca?
- Słuchaj - wyrzuciła z siebie dziewczyna. - Jestem tutaj tylko dlatego, że nie mam dokąd pójść.
Jej głos był napięty do jakiejś niebezpiecznej granicy. Maggie wzięła głęboki oddech i spróbowała jeszcze raz.
- Nie chciałam cię urazić, Jenna… chodzi tylko o to, że…
w ogóle nie wiem, o co chodzi. Wiem tylko tyle, że cię kocham i niezależnie od tego, w jakich jesteś kłopotach, możemy je rozwiązać…
Jenna uciszyła ją zniecierpliwionym gestem.
- Posłuchaj, mamo. Mam dziecko, ale nie mogę się nim zająć.
Muszę ją gdzieś zostawić. Na rany boskie, ona jest twoją wnuczką.
Wstrząśnięta Maggie odwróciła się ku córce, czując, jak wbrew jej woli wylewa się z niej potok słów.
- Nie mówisz tego poważnie, Jenna! Przychodzisz sobie po dwóch latach, w ciągu których nie odezwałaś się ani słowem, i próbujesz mi powiedzieć, że jesteś tu tylko dlatego, że chcesz zostawić mi swoje dziecko? To absolutnie oburzające! Gdzie byłaś do tej pory? Dlaczego nie dałaś znać, czy wszystko jest w porządku? Skąd się wzięło to dziecko? Jeśli potrzebujesz pomocy, to wiesz, że możesz na mnie liczyć…
- Potrzebuję jakiegoś miejsca, żeby zostawić dziecko - powtórzyła Jenna lodowatym tonem.
To wszystko się dzieje naprawdę - pomyślała Maggie. Krew pulsowała jej w żyłach tak mocno, że aż poczuła zawroty głowy. Instynktownie przycisnęła mocniej do siebie niemowlę, które zaczęło cichutko kwilić. Och, Jack, gdzie jesteś, kiedy cię potrzebuję?
- Ona jest cała mokra, Jenna - powiedziała spokojnie.
Nie miała pojęcia, co jeszcze mogłaby dodać, żeby poprawić sytuację.
- Masz dla niej jakieś pieluchy? Nie chciałam na ciebie krzyczeć. Zachowajmy spokój i spróbujmy rozwiązać ten problem. OK?
Jenna spojrzała uważnie na twarz matki. Podziałała na nią zmiana tonu.
- Na szafce w holu jest torba z pieluchami - odparła pospiesz nie. - Przyniosę je.
Myśląc o innych, lepszych czasach, Maggie usłyszała piszczące na parkiecie holu mokre pantofle, a potem trzaśniecie frontowych drzwi.
Wiedziała, że Jenna odeszła [...]

***

Trzymająca w napięciu historia, która może konkurować z najlepszymi dziełami Stephena Kinga.


Co byś zrobiła, gdyby twoja córka narkomanka zostawiła ci na progu nowo narodzone dziecko i znikła? Co byś zrobiła, gdyby wróciła trzy lata później i zabrała je do satanistycznej sekty? Czy byłabyś gotowa położyć na szali swą duszę, by je uratować? Maggie O'Connor musi stawić czoło tym wyzwaniom.
Będzie walczyć - nie tylko o opiekę nad malutką Cody, ale wręcz o życie dziecka.
Prawo nie stoi za nią. Ale kapłan-egzorcysta i rabin znający kabałę, wierzą jej. A w przerażających snach Maggie pojawiają się cienie strasznej staroegipskiej przepowiedni. Czas jednak ucieka. Każdy pragnie mieć to dziecko. Nawet szatan...






EKRANIZACJA
↓


TRAILER
↓


AUTOR
↓


Zakładnicy złego/Czarny sakrament. Prawdziwe historie irlandzkich opętań i egzorcyzmów Christina McKenna, David M. Kiely

Zakładnicy złego/Czarny sakrament. Prawdziwe historie irlandzkich opętań i egzorcyzmów Christina McKenna, David M. Kiely

"... zastanawiałam się nad naturą tego widmowego wszechświata i nad tym, jak to się dzieje, że egzorcysta może mieć taką moc w tym wszechświecie. Jakiego rodzaju istoty żyją w nim, na tym innym świecie? Dlaczego one czasami przenikają do naszego świata i niepokoją nas? Co dokładnie robi egzorcysta? Dlaczego niektórzy ludzie stają się celem dla istot z tamtego świata, a inni nie? Czy to wszystko jest częścią Bożego planu? Czy przyciągamy do siebie takie istoty przez naszą dobroć czy nikczemność, przez naszą ignorancję, czy przez nierozwiązane sprawy naszych przodków?"

Książka ta została wydana wcześniej, pod tytułem Czarny sakrament. Prawdziwe historie opętań i egzorcyzmów, co (moim zdaniem) powinno być zaznaczone w opisie lub w przedmowie wydawcy...
Zagraniczne wydania też posiadają dwie wersje, ale niczym one się nie różnią, przynajmniej w polskim wydaniu.

Napisana bardzo przystępną narracją, to właściwie fabularyzowane historie. Zdjęcia są nieliczne, ale i tak dodają swoje pięć groszy do autentyzmu tych opowieści. Wszystko jest przedstawione bardzo spokojnie, więc właściwie nie ma tu takich emocji /strachu/, jak przy lekturze innych powieści tej kategorii. Raczej skłania do refleksji.Trochę rysu historycznego, trochę rozważań.

Moc pokusy, ludzkiej ciekawości i głupoty.
Moc ignorancji, niewiary "postępu".

Moc wiary i modlitwy. Ale i ona nie zawsze pomaga.

Dziesięć historii rodzin/osób, które miały to nieszczęście zetknąć się ze złem.
Dwie postaci egzorcystów, którzy całe życie ze złem walczyli. 

Kanonik Wielebny William H. Lendrum
Zakonnik Ojciec Ignacy McCarthy

Historie:

1. Heather: Przypadek ducha przodków
2. Gospodyni domowa i demon Dubois
3. Chłopiec, który obcuje z demonami
4. Niespokojny duch dziewczynki o imieniu Sarah
5. Mała Lucy i rodzina zjaw
6. Otchłań piekielna pod paleniskiem
7. Pan Gant i sąsiad z piekła 
8. Heski żołnierz, który powrócił, aby dręczyć
9. Kobieta, która opuszczała swoje ciało na życzenie
10. Potworność na półwyspie Dingle

Dodatki:

Egzorcyzm i historia
Modlitwa do Michała Archanioła - wersja oryginalna i skrócona
Pancerz św. Patryka lub Lorica św. Patryka
Modlitwy egzorcyzmu

Bibliografia też jest ciekawa - pozwala wyśledzić kolejne propozycje z tej kategorii.

A na koniec skrócona wersja modlitwy do św. Michała Archanioła.

"Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu Niebieskich Zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen."

MOJA OCENA: 7/10 

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Dla osób wierzących, to lektura ku przestrodze. Dla wątpiących - wciągająca narracja z budowaniem napięcia godnym prozy Stephena Kinga.


10 porywających opowieści, omijających pokusę taniej sensacji, starannie odtworzających zaistniałe fakty i tradycyjne procedury egzorcyzmów. Książka nie pozostawia czytelnika z poczuciem bezsilności, udowadnia, że jeśli zdecydujemy się walczyć ze złem, możemy uzyskać wsparcie i wyjść z walki zwycięsko.

Autorzy książki, Kiely i McKenna, przeprowadzili niezliczoną liczbę wywiadów z ofiarami opętań, ich rodzinami, świadkami i księżmi, którzy asystowali przy dokonywaniu obrzędów egzorcyzmu. Znacząca część z opisanych tu przypadków opętań jest bardzo świeżych, a niektóre z nich wciąż jeszcze trwają. Stanowią one najbardziej zdumiewające przeżycia, jakich można w ogóle doświadczyć.

„Weź do ręki ten opowiadający o prawdziwych wydarzeniach thriller, a możesz być pewien, że już nigdy więcej nie spojrzysz na karty tarota (…) Przykuwająca uwagę i całkowicie pochłaniająca książka, od której nie sposób się oderwać. Ostrzegamy: nie czytaj tej książki nocą, kiedy jesteś sam w domu.” – „Publishers Weekly”*




↓



↓


AUTOR
↓


↓


Nie krocz za mną RoseMary

Nie krocz za mną RoseMary

"...zainteresowanie okultyzmem prowadzi do zupełnie nieoczekiwanego, niechcianego, czy nawet unikanego kontaktu z szatanem."

Pamiętnik dziewczyny, która (obciążona klątwą pokoleniową) nie chciała być drzwiami.

Opisane w tym pamiętniku zdarzenia przedstawione są w sposób spokojny, analityczny. 
I dobrze.
Bo choć autorka wspomina parę razy trochę creepy sytuacje, to jednak całość jest stonowana, dzięki czemu bez strachu można czytać całość.


"W tej książce piszę w możliwie prosty sposób o faktach, a nie o tym, czego się domyślam, czy co ktoś mi później podpowiedział, że mogło mieć miejsce."

Książka jest okraszona ciekawym wstępem i jeszcze ciekawszym posłowiem.
Polecam przeczytać każdemu, a w szczególności osobom, które udzielają się w kręgach religijnych, bądź też spirytualnych.
Wspomnienia utrzymane są w tonacji książek Malachiego, ale bardziej przystępne, z niezłym rysem historycznym.

Czytając, miałam wrażenie, że RoseMary to taka nasza polska Rosemary właśnie... W jej sytuacji, szczególnie w Stanach można się było dopatrzeć prawie identycznych zdarzeń - ona sama zresztą to zauważa.


Przestroga dla ciekawskich, którzy pragną kontaktów z zaświatami.

Polecam bardzo!


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Podróż do Nowego Jorku jest dla RoseMary ostatnią szansą na spotkanie z ciężko chorym ojcem. Dlaczego w pięknym domu elitarnej dzielnicy Upper East Side wszyscy nieznajomi są dla niej tacy mili? Kim jest opiekująca się nią, dziwna starsza pani? I skąd się wziął czarny demon w samym środku Central Parku? Ta historia wydarzyła się naprawdę. RoseMary jest – czy raczej była – medium. Z dziada-pradziada odziedziczone zdolności przekazała jej mama. Grunt, to się nimi nie przejmować – radzono dziewczynie. Ale czy ignorowanie duchów jest możliwe? Niniejsza historia, spisana na prośbę spowiednika, jest pierwszym na świecie tak obszernym świadectwem osoby egzorcyzmowanej z dziedzictwa okultyzmu. Znajdziesz w niej niezwykłą opowieść dziewczyny o jej rodzie do trzech pokoleń wstecz, a także komentarz eksperta, analizę kilku podobnych przypadków oraz posłowie salezjanina, który w swojej codziennej pracy spotyka się ze skutkami okultyzmu.


Dziecko Rosemary Ira Levin

Dziecko Rosemary Ira Levin

Klasyka horroru.
Świetna. Rewelacyjna. Z podskórnym klimatem niepokoju, który przeradza się w grozę.

Małżeństwo, ciąża, spełnienie... Dziecko szczęścia? Nie w tym przypadku.
W TYM przypadku: groza, niedowierzanie, szok, przerażenie, poczucie osaczenia i pułapki, z której nie ma wyjścia - dziecko szatana.

Szaleństwo czy porażająca rzeczywistość????

Polecam także ekranizację Polańskiego, a także bardzo dobry mini serial, jeden z moich ulubionych:)

MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!
CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział I

Rosemary i Guy Woodhouse podpisali właśnie umowę o najem pięciopokojowego mieszkania w pewnym białym domu o geometrycznych kształtach przy Pierwszej Alei, gdy od kobiety nazwiskiem Cortez otrzymali wiadomość, że zwolnił się czteropokojowy apartament w Bramfordzie. Bramford — stary, czarny, o ciężkiej architekturze — to gmaszysko pełne wysokich pokoi, cenionych ze względu na kominki i wiktoriański wystrój. Od początku małżeństwa Rosemary i Guy wpisani byli na listę oczekujących, ale w końcu stracili nadzieję.
Guy przekazał wiadomość Rosemary, opuściwszy słuchawkę telefonu i przycisnąwszy ją do piersi. Rosemary jęknęła: „coś podobnego!” i zrobiła minę, jakby miała się rozpłakać.
— Za późno — powiedział Guy do telefonu. — Właśnie wczoraj podpisaliśmy umowę.
Rosemary chwyciła go za ramię.
— Może moglibyśmy odwołać? — powiedziała. — Coś im powiedzieć?
— Pani Cortez, proszę chwileczkę zaczekać — Guy ponownie opuścił w dół słuchawkę. — Co „powiedzieć”?
Rosemary zawahała się i rozłożyła bezradnie ręce.
— No nie wiem... prawdę. Że mamy szansę przenieść się do Bramfordu.
— Kochanie — powiedział Guy — ich to nic nie obchodzi.
— Wymyśl coś, Guy. Spróbujmy, dobrze? Powiedz jej, że spróbujemy. Proszę. Zanim odłoży słuchawkę.
— Podpisaliśmy umowę, Ro. Przepadło.
— Och, proszę! Bo zaraz odłoży! — Szlochając z udawanego przerażenia, Rosemary popychała słuchawkę w stronę jego ust.
Guy roześmiał się i pozwolił słuchawce powędrować w górę.
— Pani Cortez? Okazuje się, że możemy sprawę odwołać, bo jeszcze w gruncie rzeczy nie podpisaliśmy dokumentu umowy. Nie było odpowiedniego blankietu, więc podpisaliśmy tylko nieformalną umowę. Czy możemy obejrzeć mieszkanie?
Pani Cortez objaśniła: powinni przyjść do Bramfordu między jedenastą a jedenastą trzydzieści, odszukać pana Micklasa lub Jerome’a i powiedzieć, że są osobami przysłanymi przez nią do obejrzenia 7E. Potem mają do niej zadzwonić. Podała Guyowi swój numer.
— Widzisz, jak świetnie załatwiasz sprawy? — Rosemary nakładała skarpety i żółte buty. — Jesteś wspaniałym kłamcą.
Guy, przed lustrem:
— O Boże, pryszcz.
— Nie wyciskaj.
— Ale wiesz, to tylko cztery pokoje. Bez pokoju dziecinnego.
— Wolę cztery pokoje w Bramfordzie — powiedziała Rosemary — niż całe piętro w tym... w tym białym ulu.
— Wczoraj cię zachwycał.
— Podobał mi się tylko, wcale nie zachwycał. Założę się, że nie zachwycał nawet architekta. Zrobimy w salonie część jadalnianą i będziemy mieć miejsce na piękny pokój dziecinny. Jeśli bidzie nam potrzebny.
— Będzie, i to wkrótce — powiedział Guy. Przesuwał elektryczną maszynką nad górną wargą, spoglądając w odbicie swych oczu, dużych i brązowych. Rosemary wciągnęła żółtą sukienkę i zasunęła zamek na plecach.
Znajdowali się w pokoju, który był kawalerką Guya. Na ścianie wisiały plakaty reklamowe Paryża i Werony, stał tapczan i mała kuchenka.
Był wtorek, trzeci sierpnia.

Pan Micklas okazał się małym zwinnym człowieczkiem, choć u obu rąk brakowało mu palców, co czyniło uścisk dłoni kłopotliwym — ale najwyraźniej nie dla pana Micklasa.
— O, aktor — powiedział, naciskając guzik windy środkowym palcem. — Aktorzy nas lubią. — Wymienił czterech mieszkających w Bramfordzie — wszyscy dobrze znani. — Czy widziałem pana w czymś?
— No cóż — odrzekł Guy — niedawno robiłem Hamleta, prawda, Liz? A potem był Brodziec...
— On sobie żartuje — odezwała się Rosemary. — Występował w Lutrze, w Nikt nie kocha albatrosa i w wielu telewizyjnych sztukach oraz reklamach.
— Reklamy — stwierdził pan Micklas. — Taak... to są pieniądze, prawda?
— Owszem — odparła Rosemary, a Guy dodał:
— I przygoda artystyczna.
Rosemary spojrzała nań błagalnie; odpowiedział spojrzeniem urażonej niewinności, po czym nad głową pana Micklasa zrobił grymas złośliwego wampira.
Windę — o dębowej boazerii z lśniącą miedzianą poręczą na wysokości dłoni — obsługiwał ubrany w uniform murzyński chłopiec o przyrośniętym do twarzy uśmiechu.
— Na siódme — polecił pan Micklas, zaś do Rosemary i Guya powiedział: — Mieszkanie ma cztery pokoje, dwie łazienki i pięć szaf wnękowych. Pierwotnie dom składał się z bardzo dużych apartamentów, najmniejszy miał dziewięć pokoi; teraz jednak prawie wszystkie zostały podzielone na mieszkania cztero-, pięcio- i sześciopokojowe. Siedem E ma cztery, ale dawniej było tylną częścią dziesięciopokojowego. Należy do niego ówczesna kuchnia i główna łazienka. Są ogromne, jak sami państwo zobaczą. Salon jest dawną główną sypialnią, sypialnia inną dawną sypialnią, zaś dwa dawne pokoje służby stanowią jadalnię i drugą sypialnię. Czy macie państwo dzieci?
— Zamierzamy mieć — odparła Rosemary.
— Jest tam miejsce na wspaniały pokój dziecinny z łazienką i dużą szafą. Całość została urządzona dla młodej pary, takiej właśnie jak państwo.
Winda zatrzymała się, a uśmiechnięty Murzynek obniżył ją nieco, potem podciągnął w górę, potem znów obniżył, by ustawić ją właściwie w stosunku do poręczy u wejścia. Ciągle się uśmiechając, otworzył najpierw mosiężne, potem zewnętrzne, rozsuwane drzwi windy. Pan Micklas zrobił przejście, a Rosemary i Guy weszli w słabo oświetlony korytarz o ciemnozielonych ścianach i takimże dywanie na podłodze. Robotnik spod rzeźbionych zielonych drzwi oznaczonych „7B” spojrzał na nich, po czym powrócił do zamocowywania wziernika w wyciętym otworze.
Pan Micklas poprowadził ich w prawo, a potem w lewo przez krótkie odgałęzienia ciemnozielonego korytarza. Po drodze Rosemary i Guy oglądali wytarte miejsca na tapecie, pęknięcie, którego brzegi zawijały się do środka, oglądali spaloną żarówkę w kinkiecie z rżniętego szkła i jasnozieloną łatę w ciemnozielonym dywanie. Guy spojrzał na Rosemary: Łatany dywan? Ona odwróciła głowę z promiennym uśmiechem: Wszystko mi się tu podoba, wszystko!
— Poprzednia lokatorka, pani Gardenia — rzekł pan Micklas nie oglądając się — zmarła przed kilku dniami i jej rzeczy pozostają jeszcze w mieszkaniu. Jej syn prosił mnie, by osobom oglądającym przekazać, iż dywaniki, urządzenia klimatyzacyjne i niektóre meble są do sprzedania prawie za bezcen. — Skręcił w następne odgałęzienie korytarza, wyklejone nieco lepiej wyglądającą tapetą w zielone i złote paski.
— Czy ona zmarła w tym mieszkaniu? — spytała Rose mary. — Bo nam to wcale...
— Och, nie, w szpitalu — powiedział pan Micklas. — Przez wiele tygodni leżała nieprzytomna. Była bardzo starą kobietą, umarła, nie odzyskawszy nawet świadomości. Sam chciałbym tak odejść, kiedy przyjdzie na mnie pora. Do samego końca była zupełnie sprawna; gotowała sobie posiłki, chodziła po zakupy... Była jedną z pierwszych kobiet prawników w stanie Nowy Jork.
Dotarli do klatki schodowej zamykającej korytarz. Po jej lewej stronie znajdowały się drzwi mieszkania 7E, drzwi bez rzeźbionego ornamentu, węższe niż te, które mijali. Pan Micklas nacisnął perłowy guzik dzwonka — nad którym na czarnej plastikowej tabliczce widniały białe litery napisu „L. Gardenia” — i przekręcił klucz w zamku. Mimo brakujących palców, bez trudu obrócił gałkę i uchylił drzwi.
— Proszę bardzo — powiedział, zginając się w ukłonie i trzymając drzwi otwarte na długość wyciągniętego ramienia.
Cztery pokoje mieszkania znajdowały się po obu stronach (po dwa z każdej) przedpokoju, który biegł prosto od drzwi wejściowych. Pierwsza na prawo była kuchnia, na widok której Rosemary nie mogła powstrzymać chichotu, bowiem kuchnia była równie duża, jeśli nie większa, jak całe mieszkanie, które aktualnie zajmowali. Była tam sześciopalnikowa kuchenka gazowa z dwoma piekarnikami, ogromna lodówka, monumentalny zlew, całe tuziny szafek, okno na Siódmą Aleję, prawdziwie wysoki sufit, a nawet — gdyby usunąć chromowany stół pani Gardenii, krzesła i sterty pism „Fortuna” i „Muzykalna Ameryka” — doskonałe miejsce na coś w rodzaju kącika śniadaniowego „błękit-i-kość-słoniowa”, o którym wyczytała w ostatnim numerze „Pięknego Domu”.
Naprzeciw kuchni była jadalnia lub też druga sypialnia, najwyraźniej używana przez panią Gardenię w charakterze kombinacji gabinetu z cieplarnią. Setki małych roślin, więdnących i już zwiędłych, stało na tandetnych półkach pod spiralami wyłączonych jarzeniówek. Pośród tych półek tkwiło biurko żaluzjowe zawalone książkami i gazetami — nader ładne, obszerne i wiekowe. Rosemary opuściła Guya i pana Micklasa rozmawiających u drzwi i przestępując półkę zwiędłych paproci, podeszła do biurka. Takie meble widywała na wystawach sklepów z antykami; dotykając biurka Rosemary, zastanawiała się, czy należy ono do rzeczy, które są do sprzedania „prawie za bezcen”. Dojrzała kształtne litery wypisane błękitnym atramentem na bladofioletowym papierze: niż po prostu intrygująca rozrywka, jak to przypuszczałam. Nie mogę już się przyłączyć — i Rosemary przyłapała się na tym, że myszkuje po biurku; spojrzała na pana Micklasa, który zwrócił się w jej stronę, i spytała:
— Czy to biurko należy do rzeczy, które syn pani Gardenii chciałby sprzedać?
— Nie wiem — odrzekł pan Micklas — ale zapytam go o to.
— Piękne — stwierdził Guy.
— Prawda? — powiedziała Rosemary, z uśmiechem oglądając ściany i okna. Świetne miejsce na pokój dziecinny, tak jak go sobie wymarzyła. Nieco ciemno — okna wychodzą na wąskie podwórze — ale biało-żółta tapeta ogromnie tu rozjaśni. Łazienka była mała, ale znakomita, a schowek, pełen dość krzepko wyglądających rozsad w doniczkach, był całkiem okazały.
Zawrócili do drzwi, a Guy zapytał:
— Co to za rośliny?
— Głównie zioła — odparła Rosemary. — Tu jest mięta, tu bazylia, a te... nie wiem.
Następna po lewej była szafa na ubrania gości, a po prawej sklepione wejście do salonu. Dwa wielkie okna wykuszowe znajdowały się w przeciwległej ścianie. Miały romboidalne szyby i trójstronne siedzenia w wykuszach. Po prawej stronie od drzwi widniał mały kominek o marmurowym gzymsie w białe zawijasy, a po lewej stały wysokie dębowe półki na książki.
— Och, Guy — szepnęła Rosemary, schwyciła jego dłoń i ścisnęła ją. Guy mruknął obojętnie „mm” ale oddał uścisk; pan Micklas stał za nimi.
— Kominek oczywiście działa — rzekł.
Znajdująca się po drugiej stronie sypialnia była w sam raz — jakieś cztery metry na pięć, okna na to samo małe podwórze co jadalnia-druga-sypialnia-pokój-dziecinny. Łazienka za salonem była duża i pełna białych pękatych urządzeń o miedzianych gałkach.
— Wspaniałe mieszkanie! — zawołała Rosemary, powróciwszy do salonu. Okręciła się wokoło z rozpostartymi ramionami, jakby chciała je objąć. — Zachwycające!
— Ona stara się teraz — powiedział Guy — skłonić pana do obniżenia czynszu.
Pan Micklas uśmiechnął się.
— Podnieślibyśmy go, gdybyśmy mogli. To znaczy powyżej piętnastoprocentowego wzrostu. Mieszkania o takim uroku i takiej indywidualności są dziś rzadkie jak kurze zęby. Nowe... — urwał, spoglądając na mahoniową sekreterę zamykającą przedpokój. — To dziwne — rzekł — za tą sekreterą musi być schowek. Jestem pewien. Schowków było pięć: dwa w sypialni, jeden w drugiej sypialni i dwa w przedpokoju, tu i właśnie tam. — Zbliżył się do sekretery.
Guy stanął na palcach i stwierdził:
— Ma pan rację. Widzę skraj drzwi.
— Przesunęła ją — powiedziała Rosemary. — To znaczy sekreterę; wcześniej stała tu. — Wskazała ostro zarysowany ślad na ścianie obok drzwi sypialni oraz wgłębienia w ciemnoczerwonym dywanie po czterech kulistych nogach. Słabo widoczne linie wiodły od wgłębień do czterech nóg sekretery, stojącej teraz przy wąskiej ścianie przedpokoju prostopadłej do drzwi wejściowych.
— Pomoże mi pan? — zwrócił się pan Micklas do Guya.
Powoli przesunęli mebel na jego poprzednie miejsce.
— Teraz wiem, czemu zachorowała — stwierdził Guy pchając.
— Nie mogła tego zrobić sama — odparł pan Micklas. — Miała osiemdziesiąt dziewięć lat.
Rosemary spoglądała niepewnie na drzwi szafy, którą właśnie odsłonili.
— Czy możemy ją otworzyć? — spytała. — Może to jej syn powinien.
Sekretera osiadła w czterech wgłębieniach. Pan Micklas masował swe kalekie dłonie.
— Mam przecież pozwolenie na pokazanie mieszkania — powiedział; podszedł do drzwi i otworzył je. Schowek był prawie pusty; po jednej stronie stał odkurzacz, a po drugiej trzy albo cztery drewniane deski. Górną półkę zapełniały niebieskie i zielone ręczniki kąpielowe.
— Ten, kogo zamknęła, już się wydostał — stwierdził Guy.
— Zapewne nie potrzebowała pięciu schowków — stwierdził pan Micklas.
— Ale dlaczego zamknęła swój odkurzacz i ręczniki? — spytała Rosemary.
Pan Micklas wzruszył ramionami:
— Nie sądzę, byśmy się kiedykolwiek dowiedzieli. Cóż, jej starczy umysł... — Uśmiechnął się. — Czy chcieliby państwo jeszcze coś zobaczyć lub o czymś wiedzieć?
— Tak — odezwała się Rosemary. — Jak z urządzeniami pralniczymi? Czy są może na dole?
Podziękowali panu Micklasowi, który odprowadził ich poza bramę, i Siódmą Aleją poszli wolnym krokiem ku centrum.
— Jest tańsze niż tamto — mówiła Rosemary, usiłując sprawić wrażenie, że względy praktyczne są dla niej najważniejsze.
— Ale mniejsze o jeden pokój, kochanie — stwierdził Guy.
Rosemary szła przez chwilę w milczeniu, po czym rzekła:
— Lepiej położone.
— Oj tak — przystał Guy. — Mógłbym chodzić pieszo do wszystkich teatrów.
Ożywiona nadzieją, Rosemary porzuciła męską praktyczność.
— Och Guy, weźmy je! Proszę! Proszę! To jest takie wspaniałe mieszkanie! Ta stara pani Gardenia nic w nim nie zrobiła! Salon mógłby być... mógłby być piękny, mógłby być ciepły i... och, proszę, Guy, weźmy je, dobrze?
— Dobrze, zgoda — odparł z uśmiechem Guy. — Jeśli tylko wyplączemy się z tamtego.
Uszczęśliwiona Rosemary schwyciła go za łokieć.
— Na pewno się uda! — zawołała. — Jestem pewna, że coś wymyślisz.
Guy dzwonił do pani Cortez z oszklonej budki, a Rosemary, stojąc na zewnątrz, usiłowała odczytywać ruchy jego warg. Pani Cortez powiedziała, że poczeka do trzeciej; jeśli nie zdecydują się w tym czasie, zadzwoni do następnej pary z listy oczekujących.
Poszli do „Herbaciarni Rosyjskiej” i zamówili krwawą mary i kanapki razowe z sałatką z kurczęcia.
— Możesz im powiedzieć, że zachorowałam i muszę iść do szpitala — zaproponowała Rosemary.
To jednak nie wyglądało ani na przekonywające, ani na skuteczne. Guy wymyślił historyjkę o propozycji dołączenia do trupy grającej Zadmij w róg, mianowicie propozycji czteromiesięcznego, organizowanego przez USO tournée po Wietnamie i Dalekim Wschodzie. Aktor grający Alana złamał nogę i jeśli on, Guy, znający część roli, nie dołączy i nie zastąpi tamtego, wyjazd będzie musiał ulec odroczeniu o co najmniej dwa tygodnie. A to byłby straszny wstyd, zważywszy, jak dzielnie nasze chłopaki tłuką tam czerwonych. Żona będzie musiała zostać u swoich rodziców w Omaha...
Powtórzył to sobie dwa razy i poszedł szukać telefonu.
Rosemary sączyła swój napój, trzymając pod stołem lewą dłoń z zaciśniętym kciukiem. Myślała o owym mieszkaniu z Pierwszej Alei, którego już nie chciała, i wyliczała sobie w myśli jego zalety: lśniąca nowością kuchnia, maszyna do mycia naczyń, widok na East River, klimatyzacja...
Kelnerka przyniosła kanapki.
Przewinęła się obok ciężarna kobieta w granatowej sukience. Rosemary obserwowała ją. Musiała być w szóstym albo siódmym miesiącu; mówiła coś radośnie do idącej za nią starszej kobiety objuczonej pakunkami, pewnie jej matki.
Ktoś zamachał dłonią spod przeciwnej ściany lokalu — rudowłosa dziewczyna, przyjęta do CBS na parę tygodni przed tym, jak Rosemary przestała pracować. Rosemary również pomachała dłonią. Dziewczyna przekazała jej coś ruchem warg, a kiedy Rosemary nie zrozumiała, powtórzyła raz jeszcze. Jakiś człowiek zwrócony do niej twarzą przeniósł spojrzenie na Rosemary — mężczyzna o woskowej twarzy i wyglądzie głodomora.
I oto wraca Guy, wysoki i przystojny, uśmiechnięty, cały promieniujący radosnym „tak”.
— Tak? — zapytała Rosemary, gdy usiadł naprzeciw niej.
— Tak — odrzekł. — Umowa anulowana; depozyt otrzymamy z powrotem. Mam przypilnować porucznika Hartmana z oddziałów łączności. Pani Cortez oczekuje nas o drugiej.
— Dzwoniłeś do niej?
— Dzwoniłem do niej.
Rudowłosa znalazła się nagle przy nich, zarumieniona, z rozjaśnionym wzrokiem.
— Mówiłam: „Małżeństwo wyraźnie ci służy, wyglądasz wspaniale” — powiedziała.
Rosemary, usiłując sobie przypomnieć imię dziewczyny, roześmiała się i odrzekła:
— Dziękuję! Właśnie świętujemy. Zdobyliśmy mieszkanie w Bramfordzie!

— W Bram? — zawołała dziewczyna. — Ależ ja szaleję za tym domem! Jeśli będziecie chcieli kiedyś podnająć, to ja jestem pierwsza w kolejce. Nie zapomnijcie o mnie! Ach, te dziwaczne maszkarony, te stwory pełzające po murze między oknami!
(...)
***
Dziwni sąsiedzi, niepokojące odgłosy zza ściany i sny przerażające jak horror, tajemnicze napoje, zioła o odstręczającym zapachu, śmierć przyjaciela, mroczne książki zawierające informacje, od których cierpnie skóra - czego jeszcze potrzebuje młoda, prostoduszna, oczekująca swego pierwszego dziecka kobieta, by uwierzyć, że jej mąż oddał duszę diabłu i jemu poświęcił dziecko, które ona nosi w sobie?


Na podstawie tej przejmującej powieści Roman Polański nakręcił oscarowy film z Mią Farrow i Johnem Cassavetesem w rolach głównych. Muzykę skomponował Krzysztof Komeda (między innymi słynną kołysankę).

W maju 2014 roku miał premierę miniserial w reżyserii Agnieszki Holland.




EKRANIZACJA
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/


TRAILER


MINI SERIAL


TRAILER






 





ZGARNIJ EBOOKA Z



Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger