"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magic. Pokaż wszystkie posty
Chłopiec ze śniegu Chloë Mayer

Chłopiec ze śniegu Chloë Mayer

Wzruszająca, ale przede wszystkim mroczna i magiczna prawie zimowa opowieść z rodzaju powieści realizmu magicznego o... braku miłości i jego niszczycielskiej sile.

Braku miłości matki do syna.
Braku miłości żony do męża.
Braku miłości w życiu.

Tło wojenne jest tylko tłem, więc jeśli ktoś się spodziewa tego rodzaju historii, to się zawiedzie. Tak naprawdę opowieść toczy się wewnątrz matki. Wewnątrz syna. 

Narracje są dwie. Dwie bardzo osobiste. Ta druga - dziecka - jest bardzo magiczna i dodaje mnóstwo uroku tej dramatycznej historii, pełnej śmierci...

Polecam, choć narracja nie każdemu może przypaść do gustu, ponieważ tak to właśnie bywa z realizmem magicznym, pełnym alegorii...


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Z Królowej Śniegu Hansa Christiana Andersena:

„…To był zły czarownik! Jeden z najgorszych, sam diabeł. Pewnego dnia wpadł w świetny humor, zrobił bowiem lustro, które posiadało tę właściwość, że wszystko dobre i ładne, co się w nim odbijało, rozpływało się na nic, a to, co nie miało żadnej wartości i było brzydkie, występowało wyraźnie i stawało się jeszcze brzydsze. Najpiękniejsze krajobrazy wyglądały w tym lustrze jak gotowany szpinak, najlepsi ludzie byli szkaradni albo stali na głowach bez tułowia. Twarze w tym lustrze były tak wykrzywione, że nie można ich było rozpoznać; ten, kto miał piegi, mógł być pewien, że pokryją mu cały nos i policzki. Diabeł zaś uważał, że to było ogromnie zabawne. Skoro tylko przez głowę człowieka przeleciała jakaś zacna, dobra myśl, już twarz w lustrze wykrzywiała się, a diabeł-czarownik śmiał się ze swego sprytnego wynalazku. Wszyscy, którzy chodzili do szkoły diabła, gdyż założył czarcią szkołę, opowiadali na prawo i lewo, że stał się cud; uważali, że dopiero teraz będzie można dowiedzieć się, jak naprawdę wygląda świat i ludzie. Biegali wszędzie z lustrem i w końcu nie było ani jednego człowieka, ani jednego kraju, który by nie został w nim opacznie odbity. Przyszło im do głowy, by polecieć do nieba i zabawić się kosztem aniołów i Pana Boga. Im wyżej lecieli z lustrem, tym bardziej wszystko się wykrzywiało, zaledwie mogli je utrzymać, lecieli wyżej i wyżej, coraz bliżej aniołów i Boga; wtedy lustro zadrżało tak strasznie, że wypadło im z rąk na ziemię, gdzie rozprysło się na tysiące milionów, bilionów i jeszcze więcej okruchów. Teraz dopiero wyrządzili o wiele większą krzywdę niż przedtem, gdyż niektóre kawałki były mniejsze od ziarnka piasku i pofrunęły daleko w świat; gdy wpadły komuś do oka, tkwiły w nim, i wtedy człowiek ten widział wszystko na odwrót albo spostrzegał tylko to, co było w danym przedmiocie złe, gdyż każdy odłamek lustra miał tę właściwość co całe lustro; byli ludzie, którym taki odłamek wpadł do serca, i wtedy działo się coś okropnego: serce stawało się jak kawałek lodu”

Kent, 1944

Rozdział pierwszy

„Posłuchajcie! Zaczynamy. Kiedy bajka się skończy, będziemy wiedzieli więcej, niż wiemy teraz…
Pośród wielkiego miasta, gdzie jest tyle domów i tyle ludzi, że nie ma dość miejsca, aby każdy miał swój mały ogródek, i dlatego większości ludzi musi wystarczyć doniczka
z kwiatami, mieszkało dwoje biednych dzieci”.
– z Królowej Śniegu

„Kiedy miała dwanaście lat, czarownica zamknęła ją w wysokiej wieży znajdującej się w głębi lasu.
Do wieży tej nie było ani drzwi, ani schodów,
miała ona tylko maleńkie okienko…”
– z Roszpunki

Annabel zbierała płatki magnolii z trawnika od frontu, kiedy dostrzegła na ulicy dziwną procesję.
Nie mogła znieść widoku przekwitłych kwiatów; leżały na trawie w wilgotnym blasku wiosennego słońca jak wyrzucone na brzeg morza martwe białe ryby. Wyszła więc z domu – jak codziennie podczas krótkiego kwitnienia drzewa w maju – żeby je pozbierać.
I właśnie wtedy, stojąc przed swoim domkiem, z garściami płatków mięsistych niczym z materiału, uniosła głowę, by ujrzeć grupę idącą ulicą w jej kierunku.
Patrzyła na nią przez chwilę, ale szybko odzyskała panowanie nad sobą i pospieszyła do domu, żeby – sama będąc niewidoczna – przyjrzeć się jej lepiej przez okno wykuszowe.
Przecinając trawnik, wciąż spoglądała na zbliżających się mężczyzn. Było ich siedmiu i mieli na sobie mundury. Niemieccy żołnierze, i tak po prostu szli ulicą.
Eskortowało ich dwóch brytyjskich oficerów, więc nie musiała się obawiać, że to jakaś inwazja. Wiedziała z radia, że w większości miast, na obrzeżach, znajdują się obozy jenieckie, i słyszała, że we wsi, a konkretnie na farmie starego pana Dawsona, też taki powstał. Dziwiło ją jednak, dlaczego pierwsza partia Niemców przybywa na piechotę.
Wpadła przez otwarte drzwi frontowe do środka, a potem do salonu, gdzie stanęła przy oknie, oparta płasko o ścianę. Potem wychyliła się lekko, częściowo zasłonięta przez mur, a częściowo przez firanki, i wyjrzała na ulicę.
Żołnierze znajdowali się jeszcze trochę za daleko, żeby można było zobaczyć ich twarze, ale Annabel zmrużyła oczy przed słońcem, licząc, że coś dojrzy. Ze strachu i podniecenia, które stanowiły odurzające połączenie, serce boleśnie zabiło jej w piersi. Czuła się nie w porządku, jakby robiła coś złego, ale pragnęła choćby zerknąć na jeńców, gdy będą przechodzić.
Można by odnieść wrażenie, że urzędnicy państwowi dowiedzieli się o istnieniu wsi dzięki wojnie. Najpierw do Bambury nieprzerwanym strumieniem wysyłano ewakuowane dzieci, a teraz ekspediowano tu szkopów. Czy powinna się ich bać? Teraz, gdy Reggie walczył na froncie, była w domu sama z dziewięcioletnim synem. A farma Dawsona leżała nie tak daleko. Zastanawiała się, czy staruszek się nie martwi, że ma tylu fryców w pobliżu domu na farmie, w którym mieszkał, odkąd jego żona zmarła na raka.
Po wsi oczywiście krążyły plotki. Ludzie się bali, że Niemcy będą uciekać, a potem zaszyją się gdzieś, aby ciemną nocą, gdy miejscowi zasną, podrzynać im gardła. Kiedy jednak przed paroma tygodniami zaczęto wznosić pierwsze baraki z blachy falistej, sprzeciw był słaby. Może ludzie byli patriotami i widzieli w tym jeszcze jedną ofiarę, którą trzeba ponieść.
Annabel nie zwracała wielkiej uwagi na tę gadaninę, ale teraz patrzyła jak urzeczona.
Zbliżali się… tak… jeszcze moment…
Uświadomiła sobie, że wstrzymuje oddech; mieli przejść tuż przed jej oknem od frontu!
Wytężała wzrok, aż ze smugi, jaką stanowiły twarze, powoli wyłoniły się ich rysy.
Właśnie mijali jej dom, w odległości zaledwie kilku stóp od miejsca, w którym się kryła. Dwaj Brytyjczycy sprawiali wrażenie odprężonych; idąc, machali rękami przy bokach. Annabel nie była pewna, co spodziewała się wyczytać z twarzy Niemców, ale ich twarze nie zdradzały emocji, a kilku nawet nonszalancko ze sobą gawędziło. Żaden nie miał skutych rąk.
Wyobraziła sobie, że nawet gdyby nie byli w mundurach, określiłaby ich jako mieszkańców kontynentu. Coś w zarysie ich szczęk, oczach, zachowaniu wydawało się obce, w jakiś sposób egzotyczne. Ludzie o dziwnych nazwiskach, z odległych miejsc. Gdyby nie butelkowozielone epolety, ich szare bluzy mogłyby niemal uchodzić za zwykle blezery; nosili je rozpięte, jakby wybrali się na przyjemny spacer.
Kiedy jeden z jeńców – wyższy od pozostałych, o ciemnoblond włosach – przypadkiem spojrzał w jej stronę, Annabel gwałtownie cofnęła się za ścianę i odwróciła twarz w stronę pokoju. Odczekała chwilę, zanim wznowiła obserwację. Czy inne kobiety też patrzyły, ukryte za firankami?
Wciąż mocno biło jej serce. Czuła się dziwnie niezakotwiczona i próbowała się odnaleźć, patrząc na swoje zwykłe otoczenie, jak gdyby ten ładny salon – kanapy, biurko, barek – stanowił bezpieczny port.
Nie mogąc dłużej się powstrzymywać, ponownie odwróciła się do okna. Niemcy już przeszli. Patrzyła z rodzajem niechętnej fascynacji, jak idą dalej drogą, skręcają i znikają z pola widzenia.
W pewnej chwili do pokoju musiał wejść Daniel i kiedy się odezwał, aż podskoczyła.
– Co robisz?
Zerknęła na niego, a potem znowu wyjrzała na ulicę. Ten chłopak wciąż się do niej podkradał.
– Nic. Przyjechali jacyś jeńcy i właśnie przechodzili. Już ich nie ma.
Z okrzykiem podbiegł do okna i odsłonił firankę. Ale widział tyle co ona; ulica była pusta, nic nie świadczyło, że w Bambury dzieje się coś niezwykłego. Tylko niewinne domki w wiejskiej scenerii, ładne i nijakie, jak rysunek na pudełku krówek.
– Nikogo nie ma – odparł zawiedziony, puszczając firankę.
Annabel spojrzała na dziecko, jego bladą buzię pod ciemną czupryną i duże niebieskie oczy patrzące na nią z wyrzutem.
Oparła się o ścianę – tak roztrzęsiona, jakby biegła. Zdała sobie sprawę, że nadal ściska w dłoniach płatki magnolii, zmięte już i zawilgocone od potu (...) 


***

Rok 1944. Daniel i jego matka, Annabel, pozostają w domu w spokojnej angielskiej wiosce. Tymczasem ojciec chłopca walczy na froncie wojny, która choć tak odległa, wydaje się otaczać bohaterów ze wszystkich stron.

Kiedy matka i syn poznają Hansa, niemieckiego jeńca pracującego w pobliskim gospodarstwie, w ich życiu wreszcie coś zaczyna się dziać, choć dla każdego z nich spotkanie oznaczać będzie coś zupełnie innego. Annabel pozwoli otrząsnąć się z mroku depresji, w której tkwiła, odkąd urodził się Daniel. Dla chłopca, który radzi sobie z samotnością, uciekając w świat bajek i fantazji, Hans jawi się jako tajemniczy książę w przebraniu. Jednak Danielowi często trudno odróżnić rzeczywistość od fantazji, a Hans ma plan, by wykorzystać chłopca i jego matkę dla własnych celów.




ZGARNIJ EBOOKA Z



Więzień nieba - Carlos Ruiz Zafón

Więzień nieba - Carlos Ruiz Zafón

Bajkowa opowieść, mgliste klimaty, tajemnica, świetna narracja - czego chcieć więcej? Czarodziej Zafon...

MOJA OCENA: 10/10



Zawsze wiedziałem, że pewnego dnia powrócę na te ulice, by opowiedzieć historię człowieka, który stracił duszę i imię pośród cieni owej Barcelony zanurzonej w mętnym śnie czasu popiołów i milczenia. To są strony napisane ogniem pod osłoną miasta przeklętych, słowa wyryte w pamięci tego, który powrócił spośród zmarłych z przyrzeczeniem wbitym w serce i z ceną przekleństwa. Kurtyna idzie w górę, publiczność milknie i zanim cień rozpostarty nad ich losem spełznie z teatralnej machinerii, białe zjawy obsadzone jako statyści wychodzą na scenę ze śmiechem komedii na ustach i z tą świętą naiwnością kogoś, kto wierzy, że akt trzeci jest zarazem aktem ostatnim, zaczynają nam snuć opowieść wigilijną, nieświadome, że wraz z ostatnią stroną atramentowy oddech opowieści wciągnie je powoli i nieubłaganie ku sercu ciemności. 
Juliân Carax, Więzień Nieba (Éditions de la Lumière, Paryż 1992) 
(...)

***
Rok 1957. Interesy rodzinnej księgarni Sempere i Synowie idą tak marnie jak nigdy dotąd. Daniel Sempere, bohater „Cienia wiatru“, wiedzie stateczny żywot jako mąż pięknej Bei i ojciec małego Juliana. Następny w kolejce do porzucenia stanu kawalerskiego jest przyjaciel Daniela, Fermín Romero de Torres, osobnik tyleż barwny, co zagadkowy: jego dawne losy wciąż pozostają owiane mgłą tajemnicy. Ni stąd, ni zowąd przeszłość Fermina puka do drzwi księgarni pod postacią pewnego odrażającego starucha. Daniel od dawna podejrzewał, że skoro przyjaciel nie chce mu opowiedzieć swej historii, to musi mieć ważny powód. Ale gdy Fermín wreszcie zdecyduje się wyjawić mroczne fakty, Daniel dowie się „rzeczy, o których Barcelona wolałaby zapomnieć“.


Jednak niepogrzebane upiory przeszłości nie dadzą się tak łatwo wymazać z pamięci. Daniel coraz lepiej rozumie, że będzie musiał się z nimi zmierzyć. I choć zakończenie powieści wydaje się ze wszech miar pomyślne, to Ruiz Zafón mówi nam wprost, że „prawdziwa Historia jeszcze się nie skończyła. Dopiero się zaczęła“.





Gra anioła - Carlos Ruiz Zafón

Gra anioła - Carlos Ruiz Zafón

Bajkowa opowieść, mgliste klimaty, tajemnica, świetna narracja - czego chcieć więcej? Czarodziej Zafon...


MOJA OCENA: 10/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Pisarz nigdy nie zapomina dnia, w którym po raz pierwszy przyjmuje pieniądze lub pochlebstwo w zamian za opowieść. Nigdy nie zapomina tego momentu, kiedy po raz pierwszy słodka trucizna próżności zaczyna krążyć mu w żyłach, wierząc, że jeśli zdoła ukryć swój brak talentu, sen o pisarstwie zapewni u dach nad głową, ciepłą strawę pod wieczór i ziści jego największe marzenie: ujrzy swoje nazwisko wydrukowane na nędznym skrawku papieru, który zapewne go przeżyje. Pisarz skazany jest na wieczne wspominanie tej chwili, bo właśnie wtedy został zgubiony na zawsze, a za jego duszę już wyznaczono cenę. 
Mój pierwszy raz zdarzył się pewnego grudniowego dnia 1917 roku. Miałem siedemnaście lat i pracowałem w „La Voz de la Industria”, lichej gazecie, której redakcja dogorywała w mocno już zniszczonym budynku, niegdyś fabryce kwasu siarkowego. Jego mury wydzielały jeszcze owe szczególne gryzące opary, które przeżerały meble, ubrania, duszę, a nawet przepalały podeszwy. Sylwetka gmachu wyzierała zza gąszczu aniołów i krzyży cmentarza na Pueblo Nuevo, tworząc zarys jakby jeszcze jednego grobowca widocznego na tle setek kominów przemysłowych, które nieustannie zaciągały barcelońskie niebo szkarłatno - czarnym zmierzchem. 
Tego wieczora, który miał odmienić moje życie, don Basilio Moragas, zastępca naczelnego, wezwał mnie tuż przed zamknięciem numeru do ciemnej klitki położonej w głębi redakcji, służącej mu zarówno za gabinet, jak i za palarnię cygar. Don Basilio obdarzony był wyjątkowo przerażającym wyglądem i sumiastymi wąsami, z nikim się nie cackał i wyznawał teorię, że nadużywanie przysłówków i przymiotników właściwe jest dewiantom i osobom cierpiącym na awitaminozę. Odkrywszy dziennikarza, który przejawiał skłonności do zbyt kwiecistej prozy, zsyłał go na trzy tygodnie do działu nekrologów. Jeśli mimo to delikwent ponownie wchodził na drogę przestępstwa, don Basilio skazywał go na dożywotnią pracę w kąciku praktycznej gospodyni. Baliśmy się go wszyscy, a on świetnie o tym wiedział. 
- Wzywał mnie pan, don Basilio? - spytałem nieśmiało. Spojrzał na mnie spode łba. Przekroczyłem próg gabinetu przesyconego wonią potu i tytoniu - w tej właśnie kolejności. Don Basilio, nie bacząc na moją obecność, z czerwonym ołówkiem w dłoni, kontynuował redakcję leżącego przed nim artykułu. Przez kilka minut miażdżył tekst poprawkami, o ile nie bezlitosnymi skreśleniami, co raz to cedząc przez zęby kolejne przekleństwo, jakby był sam w gabinecie. Nie wiedząc, jak się zachować, ruszyłem ku opartemu o ścianę krzesłu. 
- Kazałem panu siadać? - burknął don Basilio, nie unosząc wzroku. Natychmiast odstawiłem krzesło i wstrzymałem oddech. Zastępca naczelnego westchnął, upuścił czerwony ołówek, odchylił głowę i spojrzał na mnie jak na bezużyteczny śmieć. 
- Słyszałem, że pan pisze. Przełknąłem ślinę, a gdy wreszcie otworzyłem usta, wydobył się z nich ledwo słyszalny głosik: - Troszeczkę, sam nie wiem, to znaczy, chcę powiedzieć, że owszem, piszę... - Tuszę, iż pisze pan lepiej, niż mówi. A co właściwie pan pisze, jeśli mogę zapytać? - Kryminały. To znaczy... - Pojmuję. 
Trudno opisać spojrzenie, jakim obrzucił mnie don Basilio. Przypuszczam, że okazałby większy entuzjazm, gdybym mu powiedział, że lepię szopki ze świeżego gówna. Ponownie westchnął i wzruszył ramionami. - Vidal twierdzi, że nie jest z panem aż tak źle. A nawet, że jest całkiem dobrze. 
Rzecz jasna, zważywszy, że przyszło nam żyć w czasach literackiej posuchy, nie ma co się łudzić. Ale skoro Vidal twierdzi, co twierdzi... Pedro Vidal był gwiazdą „La Voz de la Industria”. Pisał cotygodniową kronikę wypadków, jedyną godną lektury rubrykę w całej gazecie. Zarazem był autorem kilkunastu, cieszących się jaką taką popularnością, powieści o gangsterach z Ravalu, którzy utrzymywali nieformalne związki z damami z wyższych sfer. Zawsze w nieskazitelnym jedwabnym garniturze i lśniących włoskich butach, poruszał się i zachowywał niczym amant filmowy, blondyn, z włosami, jakby wyszedł prosto od fryzjera, elegancko przystrzyżonym wąsikiem i z wiecznym uśmiechem osoby, która czuje się dobrze we własnej skórze i na tym świecie. Pochodził z dynastii reemigrantów, którzy za oceanem zbili fortunę na cukrze, a powróciwszy do kraju, pomnożyli ją, elektryfikując miasto. Jego ojciec, patriarcha klanu, był jednym z większościowych akcjonariuszy dziennika, dla niego samego zaś redakcja była placem zabaw, na którym mógł zabić zżerającą go nudę kogoś, kto przez całe życie nie musiał przepracować choćby jednego dnia. Nieważne dlań było, że rodzina dzień w dzień traciła na dzienniku pieniądze, tak jak pojawiające się coraz liczniej na ulicach Barcelony samochody traciły olej; zaspokoiwszy swoje szlacheckie aspiracje, dynastia Vidalów oddawała się kolekcjonowaniu banków i parcel o wielkości małych księstw w dzielnicy Ensanche. 
Pedro Vidal był pierwszą osobą, której pokazałem swoje literackie próbki; właściwie jeszcze jako dziecko pracowałem wówczas, roznosząc po redakcji kawę i papierosy. Zawsze miał dla mnie chwilę, czytał to, co mu przynosiłem, i udzielał mi rad. Z czasem zostałem jego pomocnikiem, pozwalał mi przepisywać swoje teksty. To on oświadczył, że jeśli pociąga mnie rosyjska ruletka literatury, pomoże mi stawiać pierwsze kroki. Dotrzymując obietnicy, rzucił mnie teraz w szpony don Basilia, redakcyjnego potwora. 
- Vidal jest romantykiem, który wierzy w to głęboko antyhiszpańskie bajdurzenie o zasługokracji, czyli dawaniu szansy tym, którzy naprawdę na nią zasługują, a nie pierwszemu z brzegu znajomemu. Gdybym był tak nadziany jak on, też zgrywałbym poetę. Gdybym miał chociaż setną część forsy, której mu zbywa, zająłbym się pisaniem sonetów, a zwabione moją dobrodusznością i uprzejmością ptaszki zlatywałyby się, by jeść mi z ręki. - Pan Vidal to wielki człowiek - zaprotestowałem. - To mało powiedziane. Prawdziwy z niego święty, bo nie zważając na pańską mizerię, od tygodni truje mi głowę, jaki to utalentowany i pracowity jest nasz redakcyjny beniaminek. Wie, że w rzeczywistości mam miękkie serce, poza tym obiecał mi, że jeśli dam panu szansę, podaruje mi pudełko cygar Cohiba. A jeśli Vidal tak mówi, dla mnie to jakby sam Mojżesz zszedł z góry z kamiennymi tablicami w ręku. Tak więc dlatego, że mamy Boże Narodzenie, a po trosze także i po to, by zamknąć wreszcie gębę pańskiemu przyjacielowi, proponuję, by zadebiutował pan jak prawdziwy bohater: na przekór wiatrom i burzom. - Dziękuję bardzo, don Basilio. Zapewniam, że nie będzie pan żałował... - Nie tak prędko, kurczaczku. A co pan właściwie myśli o nadużywaniu przymiotników i przysłówków? - Sądzę, że jest przestępstwem, na które w kodeksie karnym zabrakło paragrafu - odparłem z nadgorliwością neofity. Don Basilio pokiwał głową. - Czeka pana wielka przyszłość, Martin. Ma pan jasno wytyczone priorytety. A w tym zawodzie przeżywają tylko ci, którzy mają priorytety zamiast zasad. Wyłuszczę panu, o co chodzi. Niech pan usiądzie i zmieni się w słuch, bo nie będę powtarzał dwa razy.
(...) 
Autor „Cienia wiatru“ ponownie przenosi
 czytelników do Barcelony Cmentarza Zapomnianych Książek. Obdarowuje nas niezwykłą intrygą, romansem i tragedią, prowadzi poprzez labirynt tajemnic, gdzie czar książek, namiętności i przyjaźnie splatają się w mistrzowskiej opowieści.








ZGARNIJ EBOOKA Z



Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafón

Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafón

Bajkowa opowieść, mgliste klimaty, tajemnica, świetna narracja - czego chcieć więcej? Czarodziej Zafon...

MOJA OCENA: 10/10

Wciąż pamiętam ów świt, gdy ojciec po raz pierwszy wziął mnie ze sobą w miejsce zwane Cmentarzem Zapomnianych Książek. Szliśmy ulicami Barcelony. Byty pierwsze dni lata 1945 roku. Miasto codziennie dusiło się pod naporem szarego jak popiół nieba i słonecznego żaru, zalewającego Ramblę Santa Mónica strumieniem płynnej miedzi.- Danielu, to, co dzisiaj zobaczysz, masz zachować wyłącznie dla siebie - ostrzegł mnieojciec. - Nikomu ani słowa. Nikomu. Nawet twojemu przyjacielowi Tomasowi.- Nawet mamie? - spytałem cichutko.Ojciec westchnął, ukryty za tym swoim smutnym uśmiechem, który jak cień towarzyszył mu nieodłącznie przez całe życie.- Nie, oczywiście, że nie - odparł, spuszczając głowę. - Przed nią nie mamy tajemnic. Mamie możesz mówić wszystko.
Szalejąca tuż po wojnie domowej epidemia cholery zabrała mi mamę. Pochowaliśmy ją na cmentarzu Montjuic w dniu moich czwartych urodzin. Pamiętam tylko, że padało przez cały dzień i całą noc, a kiedy zapytałem tatę, czy niebo też płacze, nie był w stanie słowa z siebie wykrztusić. Mimo upływu sześciu lat nieobecność mamy była dla mnie wciąż jakimś omamem, krzykiem ciszy, której nie potrafiłem jeszcze zagłuszyć słowami.
Mieszkaliśmy z ojcem na ulicy Santa Ana, tuż przy placu kościelnym. Nasze małe mieszkanie mieściło się bezpośrednio nad antykwariatem specjalizującym się w sprzedaży zarówno rzadkich egzemplarzy dla bibliofilów, jak i książek używanych. Ten magiczny bazar odziedziczony po dziadku miałem z kolei ja przejąć po ojcu, który nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Wyrastałem pośród książek, zaprzyjaźniając się z niewidzialnymi postaciami żyjącymi na rozsypujących się w proch stronach, których kolor mam do tej pory na palcach. Jeszcze jako mały dzieciak nauczyłem się zasypiać, opowiadając mamie w półmroku pokoju, co takiego zdarzyło się w ciągu dnia, co spotkało mnie w szkole, czego nowego się nauczyłem. Nie mogłem usłyszeć jej głosu ani poczuć jej dotyku, ale jej aura i ciepło obecne były w każdym zakątku mieszkania, a ja, podzielając wiarę tych, którzy mogą jeszcze zliczyć swój wiek na palcach obu rąk, wiedziałem, że wystarczy zamknąć oczy i zacząć mówić do mamy, a ona, gdziekolwiek by się znajdowała, na pewno mnie usłyszy. Tata siedząc w pokoju jadalnym, słyszał mnie czasami i płakał skrycie.
Pamiętam, że tego czerwcowego dnia obudził mnie mój własny krzyk. Serce łomotało mi tak, jakby dusza chciała wyrwać się z piersi i uciec schodami w dół. Tata przybiegł natychmiast i wystraszony, przytulił mnie do siebie, usiłując uspokoić.
- Nie mogę przypomnieć sobie jej twarzy. Nie mogę przypomnieć sobie twarzy mamy -wyszeptałem bez tchu.Tata objął mnie jeszcze mocniej.- Nie bój się, Danielu, spokojnie. Ja pamiętam za nas obu. Spojrzeliśmy na siebie, szukając słów, które nie istniały. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że mój ojciec starzeje się, a jego oczy, te zawsze przymglone i zagubione oczy, nieustannie patrzą wstecz. Wstał, rozsunął zasłony, by wpuścić chłodne światło świtu.
- No, dość tego. Pospiesz się, Danielu, ubieraj się. Chcę ci coś pokazać - powiedział.- Teraz? O piątej rano?
- Istnieją takie miejsca, które trzeba i można oglądać jedynie w ciemnościach.
(...)
W letni świt 1945 roku dziesięcioletni Daniel Sempere zostaje zaprowadzony przez ojca, księgarza i antykwariusza, do niezwykłego miejsca w sercu starej Barcelony, które wtajemniczonym znane jest jako Cmentarz Zapomnianych Książek. Zgodnie ze zwyczajem Daniel ma wybrać, kierując się właściwie jedynie intuicją, książkę swego życia. Spośród setek tysięcy tomów wybiera nieznaną sobie powieść „Cień wiatru” niejakiego Juliana Caraxa. 



Zauroczony powieścią i zafascynowany jej autorem Daniel usiłuje odnaleźć inne jego książki i odkryć tajemnicę pisarza, nie podejrzewając nawet, iż zaczyna się największa i najbardziej niebezpieczna przygoda jego życia, która da również początek niezwykłym opowieściom, wielkim namiętnościom, przeklętym i tragicznym miłościom rozgrywającym się w cudownej scenerii Barcelony gotyckiej i renesansowej, secesyjnej i powojennej.






ZGARNIJ EBOOKA Z


Inframundo - Marta Alicja Trzeciak

Inframundo - Marta Alicja Trzeciak

Tą magiczną (chyba) opowieść czyta się, jak na haju...:) Nie wiadomo, co jest prawdą, a co wyobraźnią... BARDZO DZIWNA HISTORIA, ale na tyle intrygująca, że doczytałam do końca, choć w generalnym rozrachunku...
Polecam nie tylko niestandardowym czytelnikom:)

MOJA OCENA: 6/10

Greta jest marzycielką śniącą na jawie, kochającą ponad wszystko stare filmy oraz ich bohaterów, z którymi potrafi rozmawiać dzięki swojej bujnej wyobraźni. Pracuje w starym, tajemniczym kinie „Inframundo”, z którym wiążą się jej najpiękniejsze wspomnienia i najważniejsze przeżyte chwile. Greta żyje jednocześnie w dwóch światach – realnym, który nie ma dla niej większego znaczenia oraz wyimaginowanym – pełnym jej ukochanych bohaterów filmowych i wątków z produkcji kinowych, które przesłaniają jej codzienność.

Kiedy umiera właścicielka kina, okazuje się, że od tej pory będzie ono należało do Grety oraz jej przyjaciół. Z czasem „Inframundo” ujawnia przed kobietą coraz więcej skrywanych tajemnic…

Powieść kierowana jest przede wszystkim do wkraczających w dorosłość młodych ludzi, którzy pełni są niepewności co do wyboru przyszłej drogi życiowej oraz do wszelkiej maści marzycieli.





Magiczne lata/Chłopięce lata - Robert McCammon

Magiczne lata/Chłopięce lata - Robert McCammon

Ta książka jest na równi z Kingiem - nie boje się tego napisać:-) Tak magicznej podróży do kraju dzieciństwa nie powstydziłby się nawet Mistrz K. ;_) Pełna magii, dziecięcego spojrzenia na świat, wzruszająca do łez... Wątek kryminalny poboczny, jak dla mnie, naładowanie emocjami i retrospektywna podróż w najlepsze lata naszego życia - bezcenna:-)

MOJA OCENA: 10/10

„Magiczne lata” to kronika życia dwunastoletniego Cory'ego Mackensona, mieszkającego w miasteczku Zephyr w Alabamie.

Pewnego marcowego ranka Cory jest świadkiem tajemniczego wypadku: w głąb miejscowego jeziora stacza się samochód z zamkniętymi wewnątrz zmasakrowanymi zwłokami. Prześladowany myślą, że w jego wspaniałym Zephyr ukrywa się morderca, chłopiec postanawia zdemaskować sprawcę zbrodni. Nie dysponuje jednak żadnymi śladami, więc próbuje odnaleźć mordercę, analizując życie i zwyczaje mieszkańców swojego miasteczka.

Ogromną rolę w rozwikłaniu zagadki odegrają sny, które nawiedzają ojca Cory'ego – również świadka wydarzeń, oraz Damę – ponadstuletnią Murzynkę, uważaną przez miejscowych za kogoś w rodzaju czarownicy.

Jednak „Magiczne lata” to nie tylko zajmująca powieść sensacyjna i interesująca powieść grozy, ale także spostrzegawcza, pełna fantazji i uczucia opowieść o życiu 
i dojrzewaniu, umieszczona na tle fascynującego portretu Ameryki lat sześćdziesiątych XX-wieku.

„Magiczne lata” to jedna z tych powieści, do których sięgamy z łezką w oku, aby przypomnieć sobie jak piękne i niezapomniane emocje rodziły się w nas, gdy byliśmy młodzi. Jak wyjątkowy był świat, gdy patrzeliśmy na niego naszymi młodzieńczymi oczami.










Córka przeznaczenia - Alice Hoffman

Córka przeznaczenia - Alice Hoffman

Jak zwykle magiczna i niepowtarzalna, chociaż niby taka zwykła historia, ale z elementami z zaświatów:-) Uwielbiam wszystkie jej powieści i jeszcze ani razu się nie zawiodłam:-)

MOJA OCENA: 10/10

Lila Grey odczytuje ludzkie losy z herbacianych fusów. Rae Perry jest samotną, odartą ze złudzeń kobietą, która nosi pod sercem dziecko niegodnego zaufania mężczyzny.Głęboko skrywane tajemnice i samotność popychają te dwie kobiety ku sobie i wytwarzają między nimi niezwykle silna więź. Dla Lili spotkanie z Rae będzie także próbą rozliczenia się z przeszłością i zaakceptowania prawdy o dziecku, które utraciła.








Druga natura - Alice Hoffman

Druga natura - Alice Hoffman

Rewelacyjna historia, dająca szerokie pole do popisu dla wyobraźni. Długo o tej książce pamiętałam i myślałam:-)

MOJA OCENA: 10/10

Jest piękny i niewinny, lecz psychiatrzy zamykają go w szpitalnej izolatce i traktują jak dzikie zwierzę. Robin Moore, borykająca się z rozwodem i stwarzającym problemy nastoletnim synem, zadziwia nawet samą siebie, gdy pod wpływem impulsu ratuje tego człowieka, który wychował się w dzikiej głuszy i dostosowaniem do świata ludzi przypomina małe dziecko. Robin przemyca go do swojego domu na przedmieściu i bezpiecznie ukrywa. Jednak przybycie dziwnego, dzikiego mężczyzny zbiega się z pasmem straszliwych i wstrząsających wydarzeń, które burzą spokojną egzystencję okolicznych mieszkańców, a także zupełnie zmieniają poglądy Robin na miłość i istotę człowieczeństwa...







Król rzeki - Alice Hoffman

Król rzeki - Alice Hoffman

Film nie był tak dobry i klimatyczny, jak ta książka!

MOJA OCENA: 10/10

Miasteczko Haddan, ekskluzywne prywatne liceum oto miejsce akcji tej intrygującej powieści. Życie w szkole rządzi się własnym prawami, każdy uczeń dokładnie zna swoje miejsce w hierarchii, tradycja to świętość. I tylko jeden z pierwszoklasistów to lekceważy. Zapłaci za to życiem, a śledztwo ujawni tajemnice, od których dreszcz przeszywa ciało.


 





Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger