"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą statek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą statek. Pokaż wszystkie posty
Wyrocznia Thomas Olde Heuvelt

Wyrocznia Thomas Olde Heuvelt

"Tylko ofiara uchroni nas od zguby, lecz by tak się stało, wielu będzie musiało się poświęcić. Idźcie i ofiarujcie; idźcie i ofiarujcie hojnie."

Ten autor ma szczególną umiejętność /tak jak King/ rozpoczynania powieści od takiego zdania, że człowiek wpada głęboko pod wodę i nie zdąży nabrać powietrza, a już tonie w treści.

Tak było z powieścią tego autora Echo i tak było z pierwszym akapitem tej powieści, która potem jednak przeradza się bardziej w fantastyczną sensację, choć swym pomysłem bardzo się wybija.

To takie troszkę morskie Stranger Things.

Są momenty naprawdę straszne, są momenty naprawdę fantastyczne, są momenty dramatyczne - ta powieść to taki kogelmogel wszystkiego. Ja oczywiście życzyłabym sobie tu więcej horroru, przez wzgląda na tematykę /choć pewne powroty rodzinne były naprawdę creepy/. Za dużo troszkę sensacji, za dużo agentury, za mało strasznej grozy i czystego horroru. Szkoda, bo autor ma duży talent, jeśli chodzi o opisywanie i wymyślanie naprawdę creepy scenek. Zabrakło troszkę klimatu bardziej mrocznej grozy, oddającej podium pradawnej fantasy, w zestawieniu z ciemną stroną człowieczeństwa i brutalnością.

Nie, to jest bajeczka. 

I choć czytało się to fantazyjnie przyjemnie do samego końca, to jednak na podium nadal pozostaje przerewelacyjne Echo!

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU


***

Międzynarodowa intryga. Młodzieńcza miłość. Starożytne tajemnice. Wizja zagłady.


I czysta, mrożąca krew w żyłach groza.


W mglisty zimowy poranek, na pustym o tej porze roku polu tulipanów na obrzeżach rodzinnego miasta, trzynastoletni Luca Wolf i jego koleżanka Emma Reich odkrywają XVIII-wieczny żaglowiec. Na pierwszy rzut oka widać, że okręt, na którego burcie widnieje nazwa Wyrocznia, jest mocno sfatygowany, jakby fale wyrzuciły go na brzeg po setkach lat dryfowania. Znalezisko wydaje się nierzeczywiste, właz do ładowni jest jednak otwarty i Emma nie może się oprzeć pokusie wejścia na pokład i zbadania statku.


Gdy bije pokładowy dzwon, Emma znika w jego wnętrzu na zawsze. To samo dzieje się z kilkorgiem ich przyjaciół, ojcem Luki oraz policjantami, którzy wyruszają z ekspedycją poszukiwawczą w głąb okrętu. Kiedy bez wieści przepada jedenaście osób, śledztwo rozpoczyna tajna agencja rządowa. Wygląda na to, że międzynarodowe służby specjalne stanęły właśnie w obliczu najbardziej złowieszczej sprawy swoich czasów.


Na miejsce zostaje sprowadzony Robert Grim, emerytowany specjalista od okultyzmu, który ustala ponad wszelką wątpliwość, że Wyrocznia jest zwiastunem wieszczonej od dawien dawna zagłady – mrocznej siły uśpionej dotąd w głębinach morza. Już wkrótce Luca odkrywa, że jest łącznikiem w starciu między starożytnymi siłami…


Autor bestsellerowych powieści grozy „Echo” i „Hex” Thomas Olde Heuvelt powraca z nowym horrorem, w którym z mroków przeszłości wyłaniają się starożytne siły zdolne na zawsze odmienić nasz świat.

Tragedia Lusitanii Erik Larson

Tragedia Lusitanii Erik Larson

"A zatem przedstawiam wam historię „Lu­si­ta­nii” oraz uka­zu­ję siły, wielkie i bardzo małe, które do­pro­wa­dzi­ły do tej potwornej tragedii. Rozegrała się ona na morzu w pogodny majowy dzień 1915 roku. Prawdziwy charakter i znaczenie tych wydarzeń przez długi czas ukrywała mgła historii."

Bardzo poruszająca literatura faktu, z wyczerpująco wyjaśnionym tłem historycznym, wyjaśniającym bardzo wiele spraw, które w założeniu miały pozostać tajemnicą. Wplecione wątki fabularne "zmiękczają" nieco historię, dzięki czemu świetnie się ją czyta.

Poznajemy dwie strony medalu: sytuację "ofiary" - Lusitanii oraz "kata" - niemieckiego U-boota. Poznajemy warunki i nastroje, panujące zarówno na statku, jak i w łodzi podwodnej (masakra, tak na marginesie...)
Poznajemy ludzkie oblicza w konfrontacji z tragedią.

Polecam.

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Fascynująca opowieść o zatopieniu „Lusitanii” pióra mistrza literatury faktu i autora bestsellerów „New York Times”.

1 maja 1915 roku, w dziesiątym miesiącu pierwszej wojny światowej, „Lusitania”, luksusowy liniowiec oceaniczny, którego bogaty wystrój przywodził na myśl angielską posiadłość wiejską, wypłynął z Nowego Jorku, kierując się do Liverpoolu. Na pokładzie znalazła się rekordowa liczba dzieci. Pasażerowie wykazywali zaskakującą niefrasobliwość, choć zdawali sobie sprawę, że Niemcy ogłosiły wody wokół Wielkiej Brytanii strefą wojny, a niemieckie U-booty od miesięcy polują na statki na Północnym Atlantyku. „Lusitania” była jednym z wielkich transatlantyków tej ery – i najszybszym wówczas liniowcem – a jej kapitan, William Thomas Turner, wierzył głęboko w dżentelmeńskie zasady prowadzenia wojny, które przez ostatni wiek chroniły przed atakami cywilne statki.
Jednakże Niemcy postanowili zmienić reguły gry, a Walther Schwieger, kapitan Unterseeboot-20 był gotów do czynu. A choć supertajna brytyjska jednostka wywiadowcza wyśledziła jego U-boota, nie poinformowała o tym fakcie nikogo. Gdy U-20 i „Lusitania” zmierzały do Liverpoolu, wiele czynników wielkich i całkiem drobnych – takich jak buta, przelotna mgła, czy pilnie strzeżona tajemnica – doprowadziło wspólnie do jednego z największych nieszczęść w historii wojny na morzu.
Ta opowieść wydaje się dobrze znana, ale Erik Larson udowadnia jak bardzo się mylimy, sądząc, że wiemy na ten temat wszystko. Narracja, prowadzona na przemian z punktu widzenia myśliwego i zwierzyny, odmalowuje portret Ameryki u szczytu Ery Postępowej i przypomina wiele barwnych postaci takich jak sławny bostoński księgarz Charles Lauriat, Theodorate Pope, pionierka wśród kobiet-architektów, czy pogrążony w żałobie prezydent Woodrawa Wilsona, który obawiał się rozszerzenia światowego konfliktu na Stany Zjednoczone a równocześnie upajał się perspektywą nowej miłości.


↓





AUTOR
↓


Morski ogień Natalie C. Parker

Morski ogień Natalie C. Parker

Chyba nie miałam teraz ochoty na młodzieżówkę, ale jakoś się skusiłam, ze względu na morskie klimaty.
No i klimat był. Dobre babskie fantasy, z pirackimi zapędami w tle. Nieco przegadane i dość emocjonalne.
Intrygująca końcówka, kusząca do dalszej lektury.


MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

 TU

***

Morski ogień to zapierająca dech w piersi opowieść łącząca kobiecą siłę Wonder Woman z wybuchową akcją Mad Maxa: na drodze gniewu.


Gdy jej załoga ginie z rąk krwiożerczych żołnierzy nikczemnego Arica Athaira, zwanych Pociskami, Caledonia Styx musi sama znaleźć swój kurs pośród śmiertelnie niebezpiecznych wód. Dowodzi statkiem „Mors Navis”, którego załoga składa się z podobnych do niej dziewczyn i kobiet, które straciły rodziny i domy przez Arica. Wspólnie starają się nie tylko przeżyć, ale i pozbawić Arica jego floty uzbrojonych po zęby okrętów.

Gdy jednak najlepsza przyjaciółka Caledonii cudem przeżywa atak dzięki jednemu z Pocisków, który wraz z nią próbuje uciec, przywódczyni staje przed dylematem – czy pozwolić mu dołączyć do załogi? Czy chłopak jest kluczem do zniszczenia Arica raz na zawsze... czy też stanowi zagrożenie dla wszystkiego, co zbudowały kobiety z „Mors Navis”?

Wciągający i pełen wartkiej akcji Morski ogień przypomina o potrzebie siostrzanej solidarności i jedności w obliczu ucisku i tyranii.

„Jedna z najbardziej fascynujących powieści przygodowych roku. Piractwo kobiet w najlepszym wydaniu”. - „San Francisco Chronicle”

„Ekscytująca, porywająca akcja. Ta opowieść ani przez chwilę nie traci tempa”. - „Publishers Weekly”

„Jedna z najbardziej oczekiwanych powieści fantasy roku”. - „Entertainment Weekly”

„To spotkanie Mad Maxa i Davy’ego Jonesa. Pasjonująca historia o grupie doświadczonych przez los dziewczyn, które znajdują wsparcie w sobie nawzajem”. - „Booklist”


Cykl: Seafire (tom 1)




AUTOR
↓


Świat po powodzi Kassandra Montag

Świat po powodzi Kassandra Montag

"Świat stał się archipelagiem gór wśród bezmiaru wód."

Tytuł średni.
Okładka średnia.
A treść bardzo bardzo dobra.

Post apo. Ale zupełnie inne, niż te, które czytałam do tej pory z tej kategorii.


"W okresie, kiedy się urodziłam, woda zatopiła już wybrzeża na całym świecie. Wiele krajów utraciło wskutek tego połowę swoich terytoriów. Migranci uciekali w głąb lądów, nagle Nebraska stała się gwarnym, zatłoczonym obszarem. 
Nikt jednak nie wiedział, że najgorsze miało dopiero nadejść - wielka powódź, trwająca sześć lat.
Poziom wody podniósł się wyżej, niż ktokolwiek mógłby przewidzieć, zmieniając całe kraje w dno oceanu, a każde ich miasto w nową Atlantydę."

Wszystko dzieje się praktycznie na statku, więc może dlatego historia ta klimatem i otoczeniem bardzo przypominała mi Terrror Simmonsa, choć nie ma tu zupełnie paranormalnych sytuacji.

Jest dramat. I miłość. I nadzieja.


Narracja raczej statyczna, spokojna, ale akcja już nie:)

Polecam bardzo!
I coś tam tliło się w końcówce na tom 2 - mam nadzieję.


MOJA OCENA:8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!






***

Zapierająca dech w piersiach walka o przetrwanie w postapokaliptycznym świecie. W wyniku zmian klimatycznych świat uległ całkowitemu przeobrażeniu. Po latach powolnego podnoszenia się wód oceanicznych nadszedł straszliwy potop. Zachował się jedynie archipelag kolonii, utworzony ze szczytów górskich i otoczony bezkresną przestrzenią otwartej wody. Twarda i niezależna Myra mieszka z córką na niewielkiej łodzi. Na ląd schodzi tylko po to, żeby wymieniać się zapasami i informacjami. Jest gotowa zabić każdego, kto zagraża życiu jej i córki. Przedwcześnie dojrzała, zadziorna Pearl stanowi dla Myry jedyny powód do życia. Pomaga jej też zagłuszać bolesne wspomnienia o starszej zaginionej córce. Row zniknęła, gdy uderzył przerażający przypływ, zmiatając ich dom z powierzchni ziemi. Pewnego dnia Myra odkrywa, że Row żyje: jest przetrzymywana przez brutalny gang na dalekiej północy, w miejscu, które pozostało po dawnej Grenlandii. Myra wyrusza w niebezpieczną podróż do lodowych mórz, by uratować dziecko. W tej porywające, pełnej akcji, ale też czułości i zadumy opowieści mroczna, rozpacz łączy się z rosnącą nadzieją. Prawdziwie „nieodkładalna” książka.



AUTOR
↓





Zima pośród lodów Juliusz Verne

Zima pośród lodów Juliusz Verne

"Lajtowa" wersja Terroru Simmonsa, bez pierwiastka mystery, za to z klasyczną narracją i klasycznym podejściem do grozy:)
Czyta się szybko, choć chwilkami nużąco, jak to zazwyczaj chwilkami bywa z klasyką.


MOJA OCENA: 6/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU!



***

W porcie Dunkierki Jean Cornbutte czeka na powrót swojego syna, Louisa, kapitana La Jeune Hardie, który wyruszył na wyprawę na Daleką Północ. Ale po przybyciu statek bije czarną flagę: Louis zniknął podczas bohaterskiej akcji ratunkowej. Odmawiając pokonywania tej straty, Jean Cornbutte, wspomagany przez narzeczoną Ludwika, organizuje wyprawę pomocy: w towarzystwie nieustraszonych żeglarzy wyruszają na Grenlandię w poszukiwaniu zaginionych.








Opowieść Artura Gordona Pyma z Nantucket Edgar Allan Poe

Opowieść Artura Gordona Pyma z Nantucket Edgar Allan Poe

"... ze wszystkich bólów i nieszczęść, jakie się przytrafić mogą człowiekowi, żadne nie przysparza tak potwornych mąk fizycznych i moralnych jak pogrzebanie żywcem. Bezwzględna, ciemna noc wokół ofiary, straszliwy ucisk w płucach, duszące wilgotne wyziewy ziemi! A wszystkie te cierpienia zwiększa jeszcze przerażające poczucie, że nie ma najmniejszej nadziei, że człowiek już znajduje się w grobie. Wywołuje to w ludzkim sercu uczucie zimnej grozy i dławiącego strachu, uczucie nie do zniesienia i nie do opisania."

Jak to bywa, że niektóre klasyki, pomimo trudności przekazu i swoistej narracji, aż ociekają klimatem?
Świetne ilustracje.

POLECAM!

MOJA OCENA: 8/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!




***

"Jest to jedyna ukończona powieść amerykańskiego pisarza Edgara Allana Poe, opublikowana w 1838 roku.

Przedstawia ona historię młodego Artura Gordona Pyma, który postanawia ukryć się na pokładzie statku Grampus. Od tego momentu przydarzają mu się niezwykłe przygody, jest świadkiem katastrofy morskiej, buntu czy kanibalizmu. Opowieść rozpoczyna się całkiem konwencjonalną wyprawą morską, lecz staje się znacznie bardziej osobliwa i trudna do sklasyfikowania w ostatnich rozdziałach..."




Terror Dan Simmons

Terror Dan Simmons

"To właśnie ta nieuchwytna właściwość sprawia, że myśl o bieli, kiedy pozbawić ją łagodniejszych skojarzeń i połączyć z przedmiotem przerażającym samym w sobie, potęguje grozą do ostatnich granic. Weźmy na przykład białego niedźwiedzia z bieguna północnego albo białego rekina z tropików: cóż innego jeśli nie ich gładka, śnieżna białość czyni z nich nadprzyrodzone monstra? Ta upiorna biel nadaje niemej potworności ich wyglądu łagodność tak ohydną, bardziej nawet odrażającą niż straszną, że najgroźniejszy nawet tygrys w swym herbowym płaszczu nie obudzi trwogi tak wielkiej jak spowity bielą niedźwiedź lub rekin.HERMAN MELVILLE Moby Dick (1851)"

Historia zaczyna się zimą 1847 roku. Od ponad roku HMS Terror i HMS Erebus są uwięzione w lodzie, 28 mil na północny-zachód od King William Island. Jest znacznie zimniej niż normalnie, jedzenie jest coraz mniej, a zwierząt, na które można polować - brak. 
Oprócz naturalnych niebezpieczeństw, załogi są ścigane i atakowane przez...

Nie napiszę nic więcej ponad to - MUST READ!!!!!
Jest klimat grozy, napięcia, tajemnicy - czysty horror zmrozi każdego czytelnika!

MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!
1 
CROZIER

70°05’ szerokości geograficznej północnej, 98°231 długości geograficznej zachodniej. Październik 1847.

Komandor Crozier wychodzi na pokład i widzi, że jego statek stał się obiektem ataku duchów niebieskich. Rozedrgane fałdy światła nad jego głową i Terrorem rzucają się raptownie do przodu, a potem szybko wycofują, niczym kolorowe ramiona agresywnej, lecz wyjątkowo niezdecydowanej zjawy. Ektoplazmatyczne upiorne palce wyciągają się w stronę okrętu, otwierają, gotowe go pochwycić, a potem odsuwają się.
Temperatura wynosi minus pięćdziesiąt stopni Fahrenheita i szybko spada. Z powodu mgły, która nadciągnęła wcześniej, podczas krótkiej godziny szarówki, będącej dla nich teraz jedyną namiastką dnia, musieli usunąć i złożyć w luku trzy stengi, bramstengi, górny takielunek i najwyższe drzewca - spadające z nich sople mogły kogoś zranić, a poza tym ciężar oblepiającego je lodu groził przewróceniem statku na bok. Teraz nagie maszty wyglądają niczym odarte z gałęzi i wierzchołków drzewa, w których odbija się zorza tańcząca nad niewyraźną kreską horyzontu. Crozier obserwuje w milczeniu, jak poszarpane pola lodowe wokół statku okrywają się błękitem, który przechodzi w fiolet, potem zaś jaśnieją soczystą zielenią, niczym wzgórza, które pamięta z dzieciństwa w północnej Irlandii. Przez moment wydaje się, że odległa niemal o milę, olbrzymia pływająca góra lodowa, skrywająca Erebus, siostrzany statek Terroru, rozpala się wewnętrznym blaskiem, barwnym światłem, które wypływa z jej zimnego serca.
Crozier poprawia kołnierz i odchyla do tyłu głowę, kierowany czterdziestoletnim bez mała odruchem, który każe mu przy każdej okazji sprawdzać stan masztów i takielunku. Zauważa, że gwiazdy nad jego głową płoną zimnym, stabilnym światłem, lecz inne, położone tuż nad horyzontem, nie tylko migocą, lecz poruszają się gwałtownymi skokami, raz na lewo lub prawo, to znów w górę i w dół. Crozier widział już kiedyś coś podobnego - na dalekim południu, kiedy pływał z Rossem, ale i na tych wodach, podczas wcześniejszych ekspedycji. Pewien naukowiec towarzyszący im podczas owej wyprawy na południe, człowiek, który spędził niemal całą antarktyczną zimę na polerowaniu szkieł swej lunety, powiedział Crozierowi, że te perturbacje gwiazd są prawdopodobnie wynikiem gwałtownego załamania fal w zimnym powietrzu zalegającym nad pokrytymi lodem morzami i niewidocznymi masami zamarzniętego lądu - innymi słowy nad nowymi kontynentami, których nigdy nie widziało ludzkie oko. A przynajmniej oko białego człowieka, poprawia się w myślach Crozier.
Zaledwie przed pięcioma laty Crozier i jego przyjaciel, a później również dowódca, James Ross, odkryli taki właśnie kontynent - Antarktydę. Nazwali morze, zatoki i ląd nazwiskiem Rossa. Nazwali góry nazwiskami ich sponsorów i przyjaciół. Nadali dwóm wulkanom widocznym na horyzoncie nazwy, które nosiły ich statki - te same dwa statki - Terror i Erebus. Crozier był zaskoczony, że nie nazwali jakiejś ważnej góry czy wyspy imieniem okrętowego kota.
Nie nazwali niczego jego nazwiskiem. Tej ciemnej październikowej nocy 1847 roku nie ma żadnego arktycznego lub antarktycznego kontynentu, żadnej wyspy ani zatoki, żadnego łańcucha górskiego, wulkanu i szelfu czy chociażby bloku lodowego, które nosiłyby nazwisko Francisa Rawdona Moiry Croziera.
Crozier ma to gdzieś. W chwili gdy formułuje tę myśl, uświadamia sobie, że jest trochę pijany. Cóż, rozmyśla, odruchowo łapiąc równowagę na oblodzonym pokładzie, przechylonym dwanaście stopni na sterburtę i osiem stopni na dziób, przez ostatnie trzy lata rzadko kiedy bywałem trzeźwy. Właściwie nie trzeźwiałem od rozstania z Sophią. Ale po pijaku i tak jestem lepszym żeglarzem i komandorem niż ten biedny, pechowy gnojek, Franklin na trzeźwo, nie mówiąc już o tym jego rumianym, sepleniącym pupilku, Fiztjamesie.
Crozier kręci głową i rusza w dół oblodzonego pokładu, na dziób, w stronę jedynego człowieka na wachcie, którego sylwetkę widać w migotliwym blasku zorzy.
To Cornelius Hickey, niski mężczyzna o szczurzej twarzy, mat uszczelniacz. Wszyscy marynarze pełniący wachtę w ciemnościach arktycznej nocy wyglądają tak samo, wszyscy bowiem noszą takie same regulaminowe okrycie chroniące ich przed zimnem: warstwy flaneli i wełny przykryte ciężkim nieprzemakalnym płaszczem, niezgrabne jednopalczaste rękawice wystające z obszernych rękawów, uszanki - grube czapki z nausznikami naciągnięte mocno na głowy i obwiązane zazwyczaj szalem, spod którego wystaje tylko czubek odmrożonego nosa. Jednak każdy z marynarzy nosi ów regulaminowy strój na własny, charakterystyczny sposób - dokłada szal, który przywiózł ze sobą z domu, wciska na głowę drugą, dodatkową czapkę, wkłada pod jednopalczaste rękawice Królewskiej Marynarki Wojennej kolorowe rękawiczki, które zrobiła dlań na drutach matka lub narzeczona. Dzięki tym dodatkowym elementom Crozier nauczył się już z daleka rozpoznawać każdego spośród pięćdziesięciu dziewięciu pozostałych przy życiu członków załogi jego statku.
Hickey wpatruje się uparcie w ciemność rozciągającą się za okrytym soplami dziobem, którego koniec tkwi zanurzony w fałdzie morskiego lodu, gdyż rufa Terroru została jakiś czas temu wypchnięta w górę przez ciśnienie lodu, a dziób w związku z tym przesunął się w dół. Hickey jest tak pogrążony w myślach albo tak zmarznięty, że dostrzega swojego komandora dopiero wtedy, gdy ten staje obok niego, przy relingu, który zamienił się w ołtarz lodu i śniegu. Strzelba marynarza stoi oparta o ten ołtarz. Nikt na tym mrozie nie chce dotykać metalu, nawet przez grubą warstwę rękawic.
Hickey podrywa się, zaskoczony, gdy Crozier pochyla się ku niemu. Komandor Terroru nie widzi twarzy dwudziestosześcioletniego marynarza, ale za grubym kręgiem szala pojawia się jego oddech, obłok pary, który natychmiast zamienia się w garść drobnych kryształków lodu.
Podczas arktycznej zimy marynarze zazwyczaj nie salutują swym przełożonym, nie skłaniają nawet głowy w tradycyjnym pozdrowieniu, lecz Hickey prostuje się odruchowo i pochyla głowę przed komandorem. Ze względu na dokuczliwe zimno wachty zostały skrócone z czterech do dwóch godzin - dobry Boże, myśli Crozier, mamy tu dość ludzi, by sobie na to pozwolić, nawet przy podwojonej liczbie posterunków - sądząc jednak po spowolnionych ruchach Hickeya, młodzieniec i tak jest już przemarznięty do szpiku kości. Choć Crozier powtarzał im setki razy, że podczas wachty muszą się ruszać - chodzić, biegać w miejscu, podskakiwać, obserwując jednocześnie pola lodowe - marynarze i tak zazwyczaj stoją w bezruchu, jakby żeglowali po gorących południowych morzach, odziani w lekką bawełnę i narażeni jedynie na zwodniczy śpiew syren.
- Komandorze.
- Panie Hickey. Coś się dzieje?
- Nic poza tymi strzałami... poza tym jednym strzałem... prawie dwie godziny temu. Przed momentem słyszałem, to jest, wydaje mi się, że słyszałem... może krzyk... coś dziwnego, komandorze... zza tej góry lodowej. Zameldowałem o tym porucznikowi Irvingowi, ale on powiedział, że to pewnie tylko lód.
Crozier otrzymał przed dwiema godzinami meldunek o huku wystrzału z kierunku Erebusa i wyszedł wówczas na pokład, dźwięk ów jednak nie powtórzył się więcej, a on nie wysłał nikogo na lód. Wyprawa na zamarznięte morze w ciemnościach - gdy w labiryncie lodowych grzbietów i zastrug czaiło się to... coś... - była równoznaczna z wyrokiem śmierci. Okręty przekazywały sobie wiadomości tylko w okolicy południa, gdy mrok zamieniał się na chwilę w szarówkę. Crozier wie, że za kilka dni zostaną pozbawieni także i tego, a nad statkami zapadnie arktyczna noc. Sto dni nocy (...)

***
„Terror” odtwarza przebieg tragicznej w skutkach wyprawy badawczej z maja 1845 roku. Dwa statki – HMS Erebus i HMS Terror – pod dowództwem doświadczonego żeglarza, sir Johna Franklina, wyruszyły ku północnym wybrzeżom Kanady, celem poszukiwania Przejścia Północno-Zachodniego. To ciąg przesmyków pomiędzy wyspami Archipelagu Arktycznego, gdzie od kilkuset już lat, kosztem wielu istnień ludzkich, szukano możliwości opłynięcia Ameryki Północnej, chcąc zaoszczędzić na odległości przemierzanej drogą morską pomiędzy wybrzeżami Atlantyku i Pacyfiku. 

Na statkach zgromadzono spore zapasy żywności, które w teorii miały wystarczyć na około pięć lat. Wyposażono je w silniki, konieczne do przebijania się przez lód, i zapas węgla. Wtedy, w maju 1845 roku, ostatni raz widziano je w Anglii… Nawet dziś nie wiadomo dokładnie, jakie były losy poszczególnych uczestników owej podróży. Jednak Dan Simmons wykorzystał dostępne informacje, relacje z kilku późniejszych wypraw poszukiwawczych, skrawki wiedzy od tubylczych plemion, domysły i fantastyczne plotki… i stworzył kunsztowną opowieść o ostatnim rejsie dwóch statków, HMS Erebusa i HMS Terroru, które utknęły w lodzie, co stało się początkiem końca tej ekspedycji. 

„Terror” to pasjonująca powieść z elementami grozy, horroru i mitologii Inuitów, a jednak dająca się odczytać niczym szczegółowy dziennik pokładowy. Następujące po sobie tragiczne w skutkach wydarzenia poznajemy okiem nie tylko oficerów, szczególnie kapitana Croziera, ale również szarych członków załogi. 

Dan Simmons, zdobywca wielu nagród, między innymi Hugo Awards oraz w 1990 roku nagrody Locusa za powieść „Hyperion”, z literackim wyczuciem oraz niezwykłą pieczołowitością odtwarza przebieg jednej z najbardziej zagadkowych wypraw badawczych w całej znanej nam historii badań polarnych. 

Wydanie w twardej oprawie, które Czytelnik ma przed sobą, zostało wzbogacone o posłowie dr. hab. Grzegorza Rachlewicza z UAM oraz bogatą ikonografię ilustrującą czasy podbojów polarnych XIX wieku.

Ridley Scott, David Kajganich i Soo Hugh stworzyli serial oparty na książce Simmonsa. Polska premiera 5 kwietnia 2018 na kanale AMC Polska.





EKRANIZACJA
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/


TRAILER














Dziewczyna z kabiny numer 10 Ruth Ware

Dziewczyna z kabiny numer 10 Ruth Ware

Nie wzbudziła mojej sympatii ta opowieść, a to ze względu na główna bohaterkę - wiecznie rozhisteryzowaną "Jęczącą Martę", której zachowania były jedną wielką irytującą hiperbolą... Mega drażniąca kobieta.
Ale to chyba powinno dobrze świadczyć o autorce, skoro główna postać wzbudziła we mnie wrogość i antypatię?
Może i świadczy dobrze, ale nie będę miło wspominać tej lektury.
Wielkim plusem jest akcja, a właściwie miejsce akcji - luksusowy stateczek i poczucie klaustrofobii:)
Gdzie nie wiesz, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem.

Porównanie tego do dzieł Agathy Ch, jest dużą przesadą...

MOJA OCENA: 6/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!



Śniłam o dziewczynie unoszącej się w zimnych i ciemnych głębinach Morza Północnego, do którch nie docierało światło słoneczne, z dala od wzburzonych fal i okrzyków mew. Śniłam o jej śmiejących się oczach, teraz pokrytych bielmem i wytrzeszczonych od słonej wody, o jej pomarszczonej bladej skórze, o ubraniach porwanych na strzępy przez ostre skały.
Tylko jej długie czarne włosy pozostały niezmienione. Falowały niczym sploty ciemnych wodorostów, wplątywały się w muszle i rybackie sieci. Ich pasma, wyrzucane na brzeg jak skrawki postrzępionej liny, zwiotczałe, leżały na kamienistej plaży, podczas gdy ryk wzburzonych fal wypełniał moje uszy.
Obudziłam się pełna lęku. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, gdzie jestem. Jeszcze więcej czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że ryk, który słyszę, nie był częścią snu, że jest prawdziwy.
W pokoju panował półmrok. Wypełniała go ta sama wilgotna mgła, którą czułam we śnie. Usiadłam i poczułam na policzku chłodny powiew klimatyzacji. Hałas najwyraźniej dochodził z łazienki.
Wstałam z łóżka, drżąc odrobinę. Drzwi do łazienki były zamknięte, ale w miarę jak się do nich zbliżałam, ryk narastał, a wraz z nim moje serce biło coraz głośniej. W końcu zebrałam się na odwagę i otworzyłam drzwi na oścież. Szum prysznica wypełniał małe pomieszczenie. Po omacku poszukałam kontaktu, a gdy światło zalało łazienkę, zobaczyłam to.
Na pokrytym parą lustrze litery wysokie na jakieś piętnaście centymetrów układały się w zdanie: PRZESTAŃ WĘSZYĆ (...)


***

Jak powstrzymać mordercę, skoro nikt nie wierzy w jego istnienie?

Szeregowa dziennikarka Lo Blacklock dostaje od przełożonej życiową szansę: ma zdać relację z dziewiczego rejsu luksusowego statku wycieczkowego Aurora Borealis, którego właścicielem jest znany brytyjski milioner. Wszystko wskazuje na to, że czeka ją podróż marzeń, a jeśli dobrze się spisze, wreszcie zasłuży na upragniony awans.

Niestety już pierwszej nocy rejs zamienia się w koszmar. Krzyk dochodzący zza ściany, odgłos ciała wyrzucanego za burtę i ślady krwi na balustradzie sąsiedniej werandy sprawiają, że Lo podnosi alarm. Ale na pokładzie nikogo nie brakuje, więc załoga nie chce uwierzyć w jej wersję wydarzeń. Dziennikarka rozpoczyna śledztwo na własną rękę…

Niepokojący klimat, klaustrofobiczna sceneria i fabuła na miarę arcydzieł Agaty Christie sprawiają, że książka trzyma w napięciu do ostatniej strony.




Ostatni rejs "Fevre Dream" George R.R. Martin

Ostatni rejs "Fevre Dream" George R.R. Martin

Dobry horror o wampirach, nie takich w stylu Zmierzchu;)

Klimat utrzymany, narracja rewelacyjna - bardziej klasyka niż straszydło. Czyta się z prawdziwą przyjemnością - górna półka.


Abner Marsh wysoko wykwalifikowany kapitan parowca Mississippi, zmaga się z kryzysem finansowym, kiedy kontaktuje się z nim Joshua York, bogaty dżentelmen. Obiecuje on kapitanowi sfinansowanie i wybudowanie wspaniałej nowej łodzi rzecznej, która będzie większa, szybsza i bardzo nowoczesna.

Kiedy wreszcie budowa został ukończona, Abner jest zachwycony. Duży biały, niebieski i srebrny parowiec nazwany zostaje Fevre Dream. 
Joshua i Abner zostają kapitanami nowego statku i dzielą się obowiązkami.

Wkrótce jednak na tą idealną wydawałoby się współpracę pada cień...


Zarówno załoga, jak i pasażerowie statku zaczynają podejrzliwie patrzeć na Joshuę i znajomych z jego kręgu - niezwykłych ludzi, którzy bardzo rzadko wychodzą z kabin w ciągu dnia. 

Podejrzenia Abnera dotyczące tajemniczego partnera zaczynają rosnąć, gdy odnajduje albumy w kabinie Joshui, zawierające wycinki z gazet dotyczące  tajemniczych, niewyjaśnionych zgonów...


Konfrontacja z Joshuą ujawnia, że ​​on i jego przyjaciele są łowcami wampirów, wykorzystujących Fevre Dream jako bazę swoich działań do badania śladów tajemniczych śmierci i zniknięć...
Wszystko staje się jasne...

Czyżby?


POLECAM


MOJA OCENA: 9/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!


St. Louis

kwiecień 1857




Abner Marsh energicznie zastukał gałką hikorowej laski w kontuar, aby zwrócić na siebie uwagę hotelowego recepcjonisty.

- Mam się tu spotkać z niejakim Yorkiem - oznajmił. - O ile mnie pamięć nie myli, z Joshuą Yorkiem. Czy jest tu ktoś taki?
Recepcjonista był mężczyzną w podeszłym wieku i w okularach. Usłyszawszy stukanie, poderwał się, odwrócił i na widok Marsha uśmiechnął się szeroko.
- Proszę, proszę, kapitan Marsh we własnej osobie - rzekł jowialnym tonem. - Nie pojawiał się pan już chyba z pół roku. Słyszałem, że los nie był dla pana łaskawy. To straszne, po prostu straszne. Jestem tu od trzydziestego szóstego i jeszcze nigdy nie widziałem takiego zatoru lodowego.
- To bez znaczenia - mruknął Abner Marsh z rozdrażnieniem.
Spodziewał się takich komentarzy. Posesja Plantatora była popularnym hotelem, zwykle zatrzymywali się w nim członkowie załóg parowców. Marsh również bywał w nim częstym gościem aż do owej siarczystej zimy. Odkąd rzekę pokrył gruby zator lodowy, trzymał się z dala od Posesji i bynajmniej powodem tego nie były wygórowane ceny. Choć przepadał za podawanym tam jadłem, nie miał ochoty na spotykanie hotelowych gości, pracowników żeglugi rzecznej, pilotów, kapitanów i marynarzy, starych przyjaciół i starych rywali, którzy doskonale wiedzieli o jego ostatnich niepowodzeniach. Abner Marsh nie potrzebował niczyjego współczucia.
- Powiedz pan tylko, w którym pokoju znajdę tego Yorka - burknął, zwracając się do recepcjonisty. Mężczyzna nerwowo pokiwał głową.
- Pana Yorka nie ma teraz w pokoju, kapitanie. Znajdzie go pan w jadalni, gdyż właśnie spożywa posiłek.
- Teraz? O tej porze? - Marsh zerknął na ozdobny hotelowy zegar, po czym rozpiął mosiężne guziki surduta i wyjął swój złoty zegarek kieszonkowy. - Dziesięć minut po północy - stwierdził z niedowierzaniem. - Powiada pan, że się teraz posila?- Właśnie. Pan York to ekscentryk, ma dość osobliwy plan dnia. To człowiek nie znoszący sprzeciwu, kapitanie.
Abner Marsh parsknął drwiąco, schował czasomierz do kieszonki i odwrócił się bez słowa, przechodząc przez hol długim, ciężkim krokiem. Był potężnym, niecierpliwym mężczyzną, nie nawykłym do spotkań w interesach o północy.
Chwacko wywijał laseczką, jakby życie wcale mu ostatnio nie dopiekło i wszystko było w jak najlepszym porządku.
Jadalnia była niemal równie wytworna i pełna przepychu jak ta na parowcu, z kandelabrami z rżniętego szkła, mosiężnymi ozdobami i stołami nakrytymi nieskazitelnie białymi obrusami, na których stała porcelanowa zastawa i kryształowe naczynia. O zwykłej porze przy stołach siedziałyby grupki podróżnych i marynarzy z parostatków, lecz teraz w pomieszczeniu było pusto; prawie wszystkie lampy zostały wygaszone. Może jednak nocne spotkania miały swoje dobre strony, skonstatował Marsh, przynajmniej nikt nie będzie mu współczuł. Przy drzwiach do kuchni dwóch czarnych kelnerów rozmawiało o czymś półgłosem. Marsh zignorował ich i przeszedł na drugi koniec sali, gdzie samotnie posilał się dobrze ubrany nieznajomy.
Mężczyzna musiał usłyszeć nadchodzącego przybysza, ale nie uniósł wzroku. Był zajęty wyjadaniem z porcelanowej miseczki rzekomej zupy żółwiowej. Po kroju długiego, czarnego płaszcza widać było, że nie należał do pracowników żeglugi rzecznej. Musiał pochodzić ze wschodu, a może nawet ze Starego Kraju. Był wysoki, potężnie zbudowany, choć nie tak postawny jak Marsh, nawet na siedząco imponował posturą, lecz daleko mu było do niedźwiedziowatej sylwetki Abnera. Z początku Marsh sądził, że tamten jest stary, miał bowiem siwe włosy. Gdy jednak podszedł bliżej, okazało się, że włosy wcale nie były białe, lecz blond, o bardzo jasnym odcieniu, który nadawał jego obliczu chłopięcy wyraz. York był gładko ogolony, jego pociągłej, przystojnej twarzy nie zdobiły wąsy ani baczki, a skóra była równie jasna jak włosy. Stając przy stole, Marsh stwierdził, że nieznajomy ma delikatne, niemal kobiece dłonie.
Postukał laską w blat. Obrus stłumił dźwięk, nieco łagodząc wymowę całego gestu.
- Pan Joshua York? - zapytał Marsh.
York uniósł wzrok, ich spojrzenia spotkały się.
Abner Marsh zapamiętał tę chwilę do końca swego życia, ten krótki moment, gdy spojrzał w oczy Joshuy Yorka. W ich otchłani znikły wszystkie nurtujące go myśli i finezyjne plany. Chłopiec, starzec, dandys i cudzoziemiec, wszyscy oni przepadli w okamgnieniu i odtąd był tylko York, mężczyzna, którego miał przed sobą, człowiek pełen mocy, marzeń i intensywności.
Oczy Yorka były szare i zdumiewająco ciemne jak na tak blade oblicze. Źrenice, niewielkie jak łebki od szpilek, płonęły żywą czernią, sięgając w głąb Marsha i przytłaczając jego duszę nowym, niewyobrażalnym brzemieniem. Szarość wokół nich zdawała się żyć i poruszać niczym mgła na rzece w ciemną noc, kiedy brzeg znika, znikają światła, a cały świat dokoła przestaje nagle istnieć. Pośród tych oparów Abner Marsh dostrzegł różne rzeczy, jakieś istoty, obrazy widoczne tylko przez ułamek chwili i rozpływające się w dali. Zdawało mu się, że z owych oparów przygląda mu się coś obdarzonego chłodną, wyrachowaną inteligencją. Jednakże była tam także bestia, mroczna i przerażająca, spętana łańcuchami i gniewna, wściekle atakująca i usiłująca rozerwać woal mgieł. Śmiech, samotność i okrutna pasja - to wszystko malowało się w oczach Yorka (...)


***
Stary i zgorzkniały właściciel parowca "Fevre Dream", kapitan Abner Marsh, zabiera w rejs po Missisipi nader dziwnego pasażera. Enigmatyczny bogacz, Joshua York, swym wyglądem i zachowaniem wzbudza niewytłumaczalny niepokój. Posiłki spożywa tylko nocą, wyłącznie w towarzystwie przyjaciół, którzy nigdy nie pojawiają się na pokładzie za dnia. W czasie postojów wychodzą na jaw dziwne zbrodnie, a trop wiedzie do Joshuy Yorka. Abner powoli domyśla się, kim lub czym mogą być jego pasażerowie...











Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger