"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lasy. Pokaż wszystkie posty
Poroże film Scott Cooper, Guillermo del Toro /The quiet boy Nick Antosca

Poroże film Scott Cooper, Guillermo del Toro /The quiet boy Nick Antosca

"Oni nie lubią światła - powiedział. Ale światła wkrótce zgasną."


Premiera filmu w kinach 29 października tego roku. Całość opowiadania jest dostępna pod linkiem w wersji oryginalnej. 

Małe miasteczko w Oregonie. Nauczycielka zwraca uwagę na pewnego swojego ucznia, bardzo cichego chłopca, Lucasa, podejrzewając, że ma on kłopoty w domu. Jest brudny, niedożywiony i spłoszony, ale ma duży talent plastyczny. Rysuje on przerażające obrazy istoty z wielkim porożem...

Czy to jego wyobraźnia, czy rzeczywistość? 

Co kryje się w domu chłopca?

Opowiadanie jest bardzo krótkie i nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia, jakie robi trailer filmu - mam nadzieję, że to będzie klimatyczne widowisko, bo historia jest rokująca.

Edit: film jest zdecydowanie lepszy niż opowiadanie, ale i tak miałam nadzieję na troszeczkę bardziej mroczne klimaty.

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ CAŁOŚĆ!

TU

ZOBACZ TRAILER

TU

***

Ale w jego historii nie było Złotowłosej. Byli tylko Wilcy, którzy mieszkali razem w jaskini nad miastem. Wielki Wilk, Średni Wilk i Mały Wilk. Wielki Wilk był brutalem. Mały Wilk był nieśmiały. Middle Wolf był rozjemcą.


REPERTUAR KIN




AUTOR


Srebrna droga Stina Jackson

Srebrna droga Stina Jackson

"... ludzi, którzy bez powodu się uśmiechają, szczerzą zęby, żeby zwabić do siebie innych. Noszą w sobie zło."

Rewelacyjny klimat opowieści ze średnim i troszkę naciąganym zakończeniem. Połączenie kilku thrillerowatych motywów zamiast zachwycić, zniechęciło.
Ale dopiero przy końcu historii.

Zresztą nie zawsze w całej opowieści chodzi tylko o zakończenie - często liczy się cała reszta:)

Czytało się to bardzo dobrze, kilka narracji wzbogacało całość. 

Jednak spodziewałam się większego wow.
Największym plusem jest atmosfera.


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

NAWET NAJSTRASZNIEJSZA PODRÓŻ MUSI MIEĆ SWÓJ KRES


Absolutny bestseller 2018 szwedzkiego rynku, ponad 300 000 sprzedanych egzemplarzy!

Poświęciłem cały weekend na Srebrną Drogę i nie mógłbym zakochać się w niej bardziej. Oddziałuje głęboko i choć wzbudza miriady emocji, to mroczna i bezwzględna lektura.
CHRIS WHITAKER

Zdumiewająca powieść. Wspaniale napisana i absorbująca bez reszty.
JO SPAIN

Trzy lata temu córka Lellego zaginęła w odległym zakątku północnej Szwecji. Każde kolejne wakacje Lelle spędza, jeżdżąc Srebrną Drogą, rozpaczliwie szukając utraconej córki, siebie samego i odkupienia. Tymczasem siedemnastoletnia Meja przyjeżdża z matką do niewielkiego miasteczka w nadziei na nowe życie. Jest w tym samym wieku, w jakim była córka Lellego, gdy doszło do tragedii. Dziewczyna jest u progu dorosłości. Nieświadoma, że w odciętym od świata miejscu czyhają na nią zagrożenia. Jesienny mrok z wolna spowija okolicę. Losy Lellego i Mei splatają się w dramatyczny i zarazem nieodwracalny sposób, choć oboje nigdy nie podejrzewaliby, że ich ścieżki się przetną.






AUTOR



Szczelina Jozef Karika/Trhlina film 2019

Szczelina Jozef Karika/Trhlina film 2019

"Są tu miejsca, w których śpiew ptaków ogłusza, a zapach kwiatów i drzew odurza... A potem w jednej chwili przechodzi się do miejsca, w którym panuje tak wielka cisza, że aż budzi lęk, co się dzieje? Słychać tylko jej głośny szum i własny oddech, jak w pomieszczeniu dwa na dwa."

Ekranizacja bardzo dobra, oczywiście nie tak rewelacyjna, jak książka, ale surowa, troszkę trąca kinem amatorskim, ale przez to właśnie jest bardziej wiarygodna i zdecydowanie na plus działa tu muzyka! Polecam słuchawkowe oglądanie.
Jest podskórny lęk, świetna atmosfera i aktorsko też nie jest źle. 
Obejrzałam w wersji oryginalnej, ale naprawdę, wszystko do się zrozumieć (linki do filmu na blogu, ososbiście polecam wersję w dwóch częściach).

A co do samej powieści, to...

...już dawno nie czytałam TAK dobrego horroru. Poprzednia powieść autora - Strach - nie sięga tej do pięt, choć jest tak jakby kolebką tej powieści.

Klimat, jaki uwielbiam: lasy. A w tych lasach? Nie wiadomo co.

"...możesz być niestrudzony, zawzięcie opierać się wrogiej rzeczywistości, jak długo chcesz, a w końcu przegrasz z własną głową."

Skrócik.

Do autora, Jozefa Karika, pisze młody chłopak, który twierdzi, że wydarzenia przedstawione w powieści Strach, wydarzają się naprawdę. Autor, z dużą dozą sceptycyzmu, postanawia spotkać się z młodym mężczyzną i poznać jego historię.

Igor, nasz główny bohater, jest świeżo upieczonym bezrobotnym i sfrustrowanym inżynierem. Mieszka w klitce z Mią, swoją dziewczyną, poznaną na studiach. Aby zarobić jakikolwiek grosz, czekając na konkretną propozycję pracy, zgodną z jego wykształceniem, bierze wszystko, co mu podstawi pod nos urząd pracy. 
W chwilach wolnych, w ramach oderwania się od rzeczywistości i odstresowania, prowadzi blog.

Pewnego dnia jego nudna i beznadziejna egzystencja zostaje... urozmaicona;)

Podczas rozbiórki starej willi (praca ciężka i za grosze), w której dawniej mieścił się szpital psychiatryczny, Igor dokonuje ODKRYCIA.

Znajduje sejf.
Zamknięty.

Sejf zaczyna go dręczyć dniem i nocą. Chłopak zastanawia się, co może znajdować się w środku. I snuje marzenia o fortunie...

Ale jak otworzyć zamek, do którego nie ma się klucza?
Przeznaczenie wie, jak.

Igor przypadkowo znajduje pęk kluczy w innym pomieszczeniu willi. Akurat on. I okazuje się, że jedenasty klucz otwiera wrota sejfu.
Czy może wrota piekielne?

Rozczarowanie Igora sięga zenitu, kiedy w sejfie znajduje tylko jakąś starą dokumentację medyczną jednego pacjenta i nagrania gramofonowe z przeprowadzanych z nim sesji.
Pacjentem tym był Walter Fischer, który w latach trzydziestych zniknął, podczas wędrówki po górskich terenach Trybecza. Trzy miesiące później znaleziono go z licznymi ranami po poparzeniach i cięciach, w stanie głębokiego załamania psychicznego i dezorientacji. 

Po przeczytaniu akt i przesłuchaniu płyt Igor zaczyna widzieć światełko w tunelu - postanawia opublikować tą historię na blogu, licząc na milionowe odsłony i sławę.
Ale najpierw musi, po nitce do kłębka, zweryfikować autentyczność całej historii.

I to jest najgorsza decyzja, jaką podejmuje w życiu...

"Wieje, wieje, pasie się owieczka." (...)

Bardzo podobna i świetna powieść Dobro umiera w ciszy, która do tej pory przodowała w moim rankingu, spada na niższą pozycję.

Jest lęk. Jest strach. Jest narastające poczucie zagrożenia. Jest klaustrofobia. Jest panika. I szaleństwo. 

Rozum przegrywa tu z rzeczywistością.

Ciekawym elementem są też filmiki autora na YT i liczne odniesienia do artykułów, jakie pokazuje nam wujek Google.

Rewelacja - nie mogłam się oderwać!!! Oby takich więcej!

"Bo najgorszy jest strach wywołany przez coś zupełnie zwyczajnego."

MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!



***

Trybecz, pasmo górskie na Słowacji. Od dziesięcioleci krążą o nim legendy z powodu tajemniczych zaginięć. Niektóre ofiary zostały znalezione martwe. Niektóre zniknęły bez śladu. A jeszcze inne powróciły – ranne i niezdolne do życia.

Igor zdobył tytuł magistra. Po pięciu latach wreszcie może zacząć karierę jako… robotnik budowlany. Na swojej pierwszej budowie odkrywa tajemniczy sejf. Znajduje w nim płyty gramofonowe sprzed kilkudziesięciu lat. Słyszy na nich głos człowieka, który przez ponad trzy miesiące błąkał się w górach Trybecza.

Legenda, mistyfikacja czy przerażająca rzeczywistość?

Świetna powieść najpopularniejszego słowackiego pisarza. Jozef Karika staje twarzą w twarz z legendą Trybecza.

Szczelina zdobyła najważniejszą słowacką nagrodę literacką ANASOFT LITERA w kategorii Nagroda Czytelników!







TELEDYSK MARTA BIJAN


EKRANIZACJA


TRAILER


DO OBEJRZENIA CAŁOŚĆ


CZĘŚĆ PIERWSZA


CZĘŚĆ DRUGA


***




Adler. Tajemnica zamku Bazina Marta Merriday

Adler. Tajemnica zamku Bazina Marta Merriday

"Poza granicami cywilizacji wszyscy jesteśmy bestiami..."

ŚWIETNA historia, zupełnie INNA. 
Przez kilkadziesiąt pierwszych stron nie mogłam zdefiniować kategorii ani czasu akcji: przeszłość, przyszłość?

TERAŹNIEJSZOŚĆ...?!

Byłam w lekkim szoku, że napisała to polska dziewczyna i to jeszcze tak młoda :) Myślałam, że to pisała jakaś siostrzenica Dana Simmonsa ;0 (objętość i podobna stylizacja literacka). 

Tematyka podobna do Crichtona plus łagodna, ale mroczna dawka fantasy - połączenie dla mnie idealne!

Najbardziej niezwykłe w tej powieści są niesamowicie obrazowe opisy - na palcach jednej ręki mogę sobie przypomnieć podobne, które wciągają od razu do samego środka opowieści - za tą magię 9/10! Jedne z najlepszych, jakie czytałam;)


Czekam i z pewnością przeczytam drugi tom;)


MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

W małym miasteczku na południu Anglii dochodzi do krwawych incydentów. Początkowo ofiarami tajemniczych napadów są lokalne zwierzęta, jednak z biegiem czasu ataki nasilają się, aż wreszcie w noc Halloween, podczas obłędnej imprezy w ruinach klasztoru, dochodzi do prawdziwej tragedii. Policja uchyla się od rzucenia światła na sprawę, więc mieszkańcy osady sami zaczynają szukać winnych. Na zaproszenie jednego z nich, do miasteczka przybywa młody zoolog Adler, syn legendarnego szkockiego biologa i łowcy. Adler rozpoczyna prywatne śledztwo i stopniowo odkrywa mroczne sekrety okolicznych lasów. Historia szybko zmierza do zaskakującego i zgubnego końca. 


Mistrzowsko stworzona atrakcyjna rzeczywistość, w której przyroda łączy się ze światem zbudowanym przez człowieka.


Cykl: Bestiariusz Forbesa (tom 1)






Nie odpuszczaj Harlan Coben

Nie odpuszczaj Harlan Coben

"O tym, co wydarzyło się tragicznej nocy przed piętnastoma laty, wiedzieli tylko Leo i Diana. Była to noc ich śmierci. Kiedy na torach kolejowych znaleziono poszarpane ciała, zatrzymało się życie kilku mieszkańców miasta. Przede wszystkim życie Napa Dumasa, brata bliźniaka Leo. Tym bardziej że tej samej nocy zaginęła jego ukochana dziewczyna, Maura."

Uwielbiam pióro Cobena. Jeszcze nigdy się nie zawiodłam.
Rewelacyjna powieść, bardzo przypominała mi klimatem powieści Kinga, w połączeniu z serialowym Archiwum X.
I wcale nie szkodzi, że jest to thriller;)

Skrócik.

Minęło piętnaście lat od tragicznej śmierci Leo Dumasa i jego dziewczyny, Diany Styles, którzy zginęli pod kołami pociągu... 
Teraz Nap Dumas, bliźniak Leo, jest gliną, który przez te wszystkie lata nie może pogodzić się ze śmiercią brata - tragedia ta prześladuje go co noc. Coś innego także nie daje mu spokoju - zniknięcie jego ukochanej dziewczyny dzień po wypadku. Nie znalazł jej przez te wszystkie lata, a przecież m.in. dlatego został gliną... Zanim jednak nim został, spędził dużo czasu, próbując odnaleźć Maurę, wyczerpując wszelkie potencjalne środki, legalne i te nielegalne, ale bez skutku. 
Pewnego dnia pukanie do drzwi jego mieszkania sprawia, że przeszłość wali go pięścią prosto w twarz. Odwiedza go policja, twierdząc, że odciski palców Maury Wells, jego dziewczyny, znajdują się w samochodzie, znalezionym na miejscu zbrodni, przy ciele zamordowanego policjanta. Dodatkowo okazuje się, że martwy policjant to Rex Canton, jego dawny kolega z klasy. Nap zaczyna podejrzewać, że trzy śmierci jego przyjaciół z lat młodości - Leo, Diany i Rexa oraz zaginięcie Maury mają jedną wspólną cechę: wszyscy oni należeli w szkole średniej do tajemniczego Klubu Konspiracyjnego, który za główną misję obrał sobie byłą tajną bazę wojskową, ukrytą głęboko w lasach ich małego miasteczka...
Uwielbiam dialogi. Poczucie humoru. Mistrzowską narrację. Wszystkich bohaterów. Bardzo dobra klimatyczna historia!
Czytała się sama - błyskawicznie! Polecam!!!!!

MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Małe miasto. Jedna tragiczna noc. I wielka tajemnica, która przetrwała lata. Przed laty, jeszcze w szkole średniej, detektyw Napoleon „Nap“ Dumas stracił brata. Leo i jego dziewczyna Diana zostali znalezieni martwi na torach kolejowych. W tym samym czasie zniknęła bez śladu również Maura, którą Nap uważał za miłość swojego życia. Kiedy po latach od zaginięcia Maury śledczy znajdują jej odciski palców w samochodzie należącym do podejrzanego o morderstwo, Nap rozpoczyna gorączkowe śledztwo. Zamiast odpowiedzi natrafia jednak na kolejne niewiadome. Okazuje się, że nie wiedział nic ani o kobiecie, którą kochał, ani o przyjaciołach z dzieciństwa, ani o opuszczonej bazie wojskowej, w pobliżu której dorastał, a przede wszystkim – nie wiedział nic o Leo i Dianie, których śmierć jest o wiele bardziej mroczna i przerażająca, niż kiedykolwiek mógłby sobie wyobrazić. Fałszywe tożsamości, mroczne rodzinne sekrety i tajemnicze spiski – czyli wszystko to, za co czytelnicy kochają mistrza thrillerów – Harlana Cobena!










Dziewczyna, która kochała Toma Gordona/ Pokochała Toma Gordona Stephen King

Dziewczyna, która kochała Toma Gordona/ Pokochała Toma Gordona Stephen King

"Le­ża­ła na boku wśród li­ści, wil­got­nych, lecz nie tak obrzy­dli­wie zgni­łych jak pod pniem drze­wa, od­dy­cha­jąc szyb­ko i czu­jąc bi­cie ser­ca mię­dzy ocza­mi. Na­gle, prze­ra­żo­na i wy­trą­co­na z rów­no­wa­gi, zda­ła so­bie spra­wę, że wca­le nie jest pew­na, czy po­dą­ża we wła­ści­wym kie­run­ku. Oglą­da­ła się prze­cież za sie­bie, więc mo­gła w któ­rymś mo­men­cie skrę­cić. Mo­gła, ale nie mu­sia­ła.„Wróć do po­wa­lo­ne­go drze­wa – po­my­śla­ła. – Stań w miej­scu, w któ­rym spod nie­go wy­szłaś, spójrz wprost przed sie­bie i idź w tym kie­run­ku, a tra­fisz na głów­ny szlak”.Ale czy na­praw­dę? Je­śli tak, to dla­cze­go jesz­cze do nie­go nie do­szła?Po­czu­ła na­pły­wa­ją­ce do oczu łzy. Mru­gnę­ła i wiel­kim wy­sił­kiem woli po­wstrzy­ma­ła się od pła­czu. Gdy­by za­czę­ła pła­kać, nie mo­gła­by już wy­tłu­ma­czyć sama so­bie, że się nie boi. Gdy­by za­czę­ła pła­kać, wszyst­ko mo­gło­by się zda­rzyć."
Znana wcześniej pt.: Pokochała Toma Gordona.

Jedna z najbardziej klimatycznych powieści Mistrza;) Głębokie lasy, rodem wzięte z Smętarza zwierząt i Ludlow:) Cudowna narracja, prowadząca nas wgłąb nieznanych, niebezpiecznych i tajemniczych gęstwin pradawnego lasu...

Opowieść rozpoczyna się wędrówką rodzinną po narodowym parku.
Trisha, główna bohaterka, już na samym początku oddala się od reszty uczestników wycieczki - brata Pete'a i matki, którzy nieustannie kłócą się o rozwód i o inne drażliwe tematy.

Dziewczynka, schodząc ze szlaku i przystając na siusiu, chce nadgonić stracony czas i szukając rodziny, która zniknęła jej z oczu, decyduje się się na skrót, ale kończy się to poślizgiem i zjechaniem stromym nasypem w głąb lasu.

I tu się zaczyna jej koszmar...

Zostaje jej butelka wody, dwa Twinkies, gotowane jajko, kanapka z tuńczykiem, butelka Surge, poncho, Game Boy i Walkman. Słucha odtwarzacza Walkman, aby poprawić sobie nastrój, a także aby posłuchać meczu baseballowego z udziałem jej ukochanego gracza, Toma Gordona.
Dziewczyna postanawia podążyć za strumieniem z powodu tego, co przeczytała w Małym domu na prerii wiedząc, że wszystkie części wód prowadzą ostatecznie do cywilizacji.

Zaczyna swoją wędrówkę do domu, która miała trwać tylko kilak godzin...

POLECAM!!!

MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


CZERWIEC 1998


Rozgrzewka


Świat to po­twór zę­ba­ty, go­tów gryźć, gdy tyl­ko ze­chce. Tri­sha McFar­land od­kry­ła tę fun­da­men­tal­ną praw­dę w wie­ku dzie­wię­ciu lat. O dzie­sią­tej rano tego dnia na po­cząt­ku czerw­ca sie­dzia­ła na tyl­nym sie­dze­niu do­dge’a ca­ra­va­na mat­ki, w nie­bie­skiej blu­zie tre­nin­go­wej Red So­xów (z nu­me­rem 36 – nu­me­rem Toma Gor­do­na na ple­cach), ba­wiąc się swą lal­ką Moną. O dzie­sią­tej trzy­dzie­ści za­błą­dzi­ła w le­sie. O je­de­na­stej roz­pacz­li­wie pró­bo­wa­ła opa­no­wać atak pa­ni­ki, bro­niąc się przed my­ślą: „To po­waż­na spra­wa, to bar­dzo po­waż­na spra­wa”. Roz­pacz­li­wie bro­ni­ła się tak­że przed my­ślą, że kie­dy lu­dzie giną w le­sie, bywa z nimi nie­do­brze. Bar­dzo nie­do­brze. Bywa, że umie­ra­ją.
„A wszyst­ko dla­te­go, że chcia­ło mi się siu­siu” – po­my­śla­ła, ale praw­dę mó­wiąc, nie chcia­ło jej się siu­siu aż tak, poza tym mo­gła prze­cież po­pro­sić mamę i Pe­te­ra, by za­cze­ka­li na nią tę małą chwil­kę, po­trzeb­ną do ukuc­nię­cia za drze­wem. Tyle że oni znów się kłó­ci­li – ale no­wi­na, no nie? – i dla­te­go zo­sta­ła odro­bi­nę z tyłu, nie mó­wiąc im o tym ani sło­wa. Dla­te­go ze­szła ze szla­ku, za kępę wy­so­kich krze­wów, i o tym też nic im nie po­wie­dzia­ła. Uzna­ła, że na­le­ży jej się mała prze­rwa, pro­ste, praw­da? Mia­ła dość słu­cha­nia, jak się kłó­cą, mia­ła dość uda­wa­nia we­so­łej i po­god­nej, ukry­wa­nia, że ma­rzy tyl­ko o tym, by wrza­snąć na mat­kę: „Od­puść mu! Je­śli aż tak chce wró­cić do Mal­den i miesz­kać z tatą, to mu na to po­zwól, wiel­kie mi co. Gdy­bym mia­ła pra­wo jaz­dy, sama bym go od­wio­zła i wresz­cie mie­li­by­śmy chwi­lę ci­szy i spo­ko­ju!”. I co by się wów­czas sta­ło? Co by po­wie­dzia­ła mat­ka? Jaką by mia­ła minę? I Pete. Pete jest star­szy – ma pra­wie czter­na­ście lat – i cał­kiem nie­głu­pi, więc cze­mu się upie­ra? Dla­cze­go so­bie nie od­pu­ści? Pra­gnę­ła po­wie­dzieć mu jed­no: „Daj spo­kój”. A wła­ści­wie pra­gnę­ła to po­wie­dzieć im oboj­gu.
Do roz­wo­du do­szło przed ro­kiem. Sąd przy­znał mat­ce pra­wo do opie­ki nad dzieć­mi. Pe­ter gorz­ko i dłu­go pro­te­sto­wał prze­ciw prze­pro­wadz­ce z przed­mie­ścia Bo­sto­nu do po­łu­dnio­we­go Ma­ine; wła­ści­wie nie prze­rwał pro­te­stów aż do dziś. Po czę­ści rze­czy­wi­ście wo­lał miesz­kać z oj­cem i nie miał za­mia­ru zre­zy­gno­wać z tego ar­gu­men­tu, kie­ro­wa­ny bez­błęd­nym in­stynk­tem, któ­ry mu pod­po­wia­dał, że w ten spo­sób jest w sta­nie ugo­dzić mat­kę naj­głę­biej i naj­bo­le­śniej, Tri­sha wie­dzia­ła jed­nak, że nie jest to mo­tyw je­dy­ny ani na­wet naj­waż­niej­szy. Pe­ter chciał wró­cić do Bo­sto­nu przede wszyst­kim dla­te­go, że nie­na­wi­dził szko­ły w San­ford. W Mal­den szło mu jak po ma­śle. Rzą­dził klu­bem kom­pu­te­ro­wym ni­czym udziel­ny ksią­żę, miał przy­ja­ciół – dup­ków, bo dup­ków, ale była tych chło­pa­ków spo­ra gru­pa i szkol­ne ło­bu­zy nie ośmie­la­ły się ich za­cze­piać. W szko­le w San­ford nie było na­wet klu­bu kom­pu­te­ro­we­go, Pete zdo­był so­bie za­le­d­wie jed­ne­go przy­ja­cie­la, Ed­die­go Ray­bur­na, a w stycz­niu Ed­die wy­je­chał, bo jego ro­dzi­ce rów­nież się roz­wie­dli. Pete zo­stał więc sam – ofer­ma szkol­na, nad któ­rą każ­dy mógł się znę­cać do woli. A co naj­gor­sze, wszy­scy się z nie­go śmia­li. Zy­skał so­bie na­wet przy­do­mek, któ­re­go szcze­rze nie­na­wi­dził: Com­pu­World.
W te week­en­dy, któ­rych dzie­ci nie spę­dza­ły z oj­cem w Mal­den, mat­ka za­bie­ra­ła je na wy­ciecz­ki. Z po­nu­rym upo­rem, na któ­ry nie było le­kar­stwa. Tri­sha ca­łym ser­cem ma­rzy­ła o week­en­dzie bez wy­ciecz­ki, bo na wy­ciecz­kach było naj­go­rzej, ale nie spo­dzie­wa­ła się, by taki cud na­stą­pił w prze­wi­dy­wal­nej przy­szło­ści. Qu­il­la An­der­son (mat­ka wró­ci­ła do pa­nień­skie­go na­zwi­ska i za­łóż­cie się, o co chce­cie, że Pe­ter tego też nie­na­wi­dził) była ko­bie­tą, któ­ra do­sko­na­le wie­dzia­ła, cze­go chce… i do­kład­nie to do­sta­wa­ła. Pod­czas jed­ne­go z week­en­dów spę­dza­nych z oj­cem Tri­sha usły­sza­ła, jak jej tata mówi do swe­go ojca: „Gdy­by to Qu­il­la do­wo­dzi­ła pod Lit­tle Big Horn, In­dia­nie nie­źle by obe­rwa­li”. Nie po­do­ba­ło jej się, kie­dy tata mó­wił tak o ma­mie, wy­da­wa­ło się to rów­nie dzie­cin­ne, co nie­lo­jal­ne, mu­sia­ła jed­nak przy­znać, że w tej szcze­gól­nej my­śli tkwi­ło wię­cej niż ziar­no praw­dy.
W cią­gu ostat­nich sze­ściu mie­się­cy, pod­czas któ­rych jej sto­sun­ki z Pe­te­rem po­gar­sza­ły się sta­le i sys­te­ma­tycz­nie, mat­ka za­bra­ła ich do mu­zeum sa­mo­cho­dów w Wi­scas­set, do wio­ski sha­ke­rów w Gray, do ogro­du bo­ta­nicz­ne­go New En­gland Plant-A-To­rium w North Wyn­dham, do Six-Gun City – zre­kon­stru­owa­ne­go mia­stecz­ka z we­ster­nu – w Ran­dolph, w New Hamp­shi­re, na spływ ka­ja­ko­wy rze­ką Saco oraz na nar­ty do Su­gar­lo­af, gdzie Tri­sha zwich­nę­ła nogę w ko­st­ce, co do­pro­wa­dzi­ło do dzi­kiej awan­tu­ry mię­dzy ro­dzi­ca­mi. Wierz­cie mi albo nie, roz­wód to do­sko­na­ła za­ba­wa.
Cza­sa­mi, kie­dy któ­raś z wy­cie­czek na­praw­dę mu się po­do­ba­ła, Pe­ter za­my­kał gębę na kłód­kę. Stwier­dził, że Six-Gun City to „dla dzie­ci”, ale mama po­zwo­li­ła mu spę­dzić więk­szość cza­su w sali gier kom­pu­te­ro­wych, więc wró­cił do domu wpraw­dzie nie­ko­niecz­nie szczę­śli­wy, lecz przy­najm­niej mil­czą­cy. Je­śli jed­nak coś mu się nie po­do­ba­ło (a naj­bar­dziej ze wszyst­kie­go nie po­do­ba­ło mu się Plant-A-To­rium, tego dnia, wra­ca­jąc do San­ford, wku­rzał się wręcz kon­cer­to­wo), nie uwa­żał by­najm­niej za sto­sow­ne za­cho­wa­nia swej opi­nii dla sie­bie. Za­sa­da „żyj i daj żyć in­nym” nie mie­ści­ła się w jego świa­to­po­glą­dzie. W mat­ki zresz­tą też nie, a przy­najm­niej Tri­sha nig­dy nie do­strze­gła u niej usi­ło­wań, by wpro­wa­dzić tę za­sa­dę w ży­cie. Za to ona sama uzna­wa­ła ową za­sa­dę za naj­przy­dat­niej­szą w świe­cie, ale cóż w tym dziw­ne­go. Wy­star­czy­ło jed­no spoj­rze­nie na Tri­shę, by stwier­dzić: „skó­ra zdję­ta z taty”. Nie za­wsze jej się to po­do­ba­ło, prze­waż­nie jed­nak tak.
Tri­shy nie ob­cho­dzi­ło, do­kąd wy­jeż­dża­ją w so­bo­ty. By­ła­by szczę­śli­wa, gdy­by od­wie­dza­li wy­łącz­nie we­so­łe mia­stecz­ka i pola do gry w mi­ni­gol­fa, wów­czas bo­wiem kłót­nie nie by­wa­ły aż tak strasz­li­we. Mama uwa­ża­ła jed­nak, że wy­ciecz­ki po­win­ny być tak­że „kształ­cą­ce”, stąd Plant-A-To­rium i wio­ska sha­ke­rów. Nie da się ukryć, że Pete miał swo­je pro­ble­my, wśród nich zaś ten, że nie­na­wi­dził, by kształ­co­no go przy­mu­so­wo w so­bo­ty, któ­re z naj­więk­szą ra­do­ścią spę­dzał­by w po­ko­ju, gra­jąc na macu w Sa­ni­ta­rium lub Ri­ve­na. Raz i dru­gi zda­rzy­ło mu się wy­gło­sić opi­nię o wy­ciecz­ce wy­star­cza­ją­co do­bit­nie (brzmia­ło to mniej wię­cej tak: „o kant dupy po­tłuc”), by mat­ka uzna­ła za sto­sow­ne ode­słać go do sa­mo­cho­du z po­le­ce­niem „opa­no­wa­nia się”, póki ona nie wró­ci z Tri­shą.
Tri­sha mia­ła wiel­ką ocho­tę wy­tłu­ma­czyć mat­ce, że Pete jest za sta­ry, by trak­to­wać go jak przed­szko­la­ka i sta­wiać do kąta, że być może pew­ne­go dnia wró­cą do pu­ste­go sa­mo­cho­du i stwier­dzą, że po­sta­no­wił au­to­sto­pem po­wró­cić do Mas­sa­chu­setts, ale – rzecz ja­sna – mil­cza­ła. Same so­bot­nie wy­ciecz­ki były oczy­wi­ście bez sen­su, mama jed­nak nig­dy nie przy­ję­ła­by tego do wia­do­mo­ści. Pod ko­niec nie­któ­rych Qu­il­la An­der­son wy­glą­da­ła co naj­mniej o pięć lat sta­rzej niż na po­cząt­ku, w ką­ci­kach jej ust po­ja­wia­ły się na­gle głę­bo­kie bruz­dy, ma­so­wa­ła skro­nie, jak­by cier­pia­ła na do­kucz­li­wy ból gło­wy… ale nie re­zy­gno­wa­ła i nie mia­ła za­mia­ru zre­zy­gno­wać. Gdy­by była pod Lit­tle Big Horn, In­dia­nie może by i wy­gra­li, lecz dro­go za­pła­ci­li­by za to zwy­cię­stwo.
W tym ty­go­dniu wy­bra­li się do mia­stecz­ka w za­chod­niej czę­ści sta­nu. Biegł przez nie pro­wa­dzą­cy do New Hamp­shi­re Szlak Ap­pa­la­chów. Po­przed­nie­go wie­czo­ru, sie­dząc przy ku­chen­nym sto­le, mama po­ka­za­ła im fo­to­gra­fie z bro­szu­ry. Na więk­szo­ści z nich wi­dać było we­so­łych wę­drow­ców na ścież­ce lub w „punk­tach wi­do­ko­wych”. Osła­nia­li oczy i spo­glą­da­li w głąb pięk­nych le­śnych do­lin albo na wy­gła­dzo­ne przez czas, lecz nadal im­po­nu­ją­ce szczy­ty cen­tral­ne­go pa­sma Gór Bia­łych. Pete sie­dział przy sto­le i wy­glą­dał na ko­smicz­nie wręcz znu­dzo­ne­go. Na bro­szu­rę za­le­d­wie zer­k­nął z ła­ski. Mama po­sta­no­wi­ła nie do­strze­gać tego osten­ta­cyj­ne­go bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia. Tri­sha, któ­rej ostat­nio co­raz moc­niej wcho­dzi­ło to w krew, gra­ła za­chwy­co­ną roz­kosz­niacz­kę. W ogó­le mia­ła wra­że­nie, że upo­dab­nia się stop­nio­wo do uczest­ni­ków te­le­tur­nie­jów, ro­bią­cych za­wsze ta­kie wra­że­nie, jak­by mie­li zsi­kać się w majt­ki z ra­do­ści na samą myśl o wy­gra­niu kom­ple­tu garn­ków do go­to­wa­nia bez wody. A gdy­by ktoś spy­tał, jak się czu­je, po­wie­dzia­ła­by, że ni­czym klej łą­czą­cy dwie czę­ści stłu­czo­ne­go wa­zo­ni­ka. Sła­by klej.
Qu­il­la za­mknę­ła bro­szur­kę i od­wró­ci­ła ją. Na tyl­nej stro­nie okład­ki znaj­do­wa­ła się mapa. Mat­ka stuk­nę­ła pal­cem w nie­bie­ską krę­tą li­nię.
– To dro­ga nu­mer 68 – oznaj­mi­ła. – Sa­mo­chód zo­sta­wi­my na par­kin­gu, o tu. – Po­kle­pa­ła nie­bie­ski kwa­dra­cik. Te­raz przy­szła ko­lej na krę­tą czer­wo­ną li­nię. – To Szlak Ap­pa­la­chów mię­dzy dro­ga­mi 68 i 302 w New Con­way, w New Hamp­shi­re. Ma nie­ca­łe dzie­sięć ki­lo­me­trów, ozna­czo­ny jest jako śred­nio trud­ny. Aha, środ­ko­wa część ma ozna­cze­nie „trud­ny”, ale nie bę­dzie­my po­trze­bo­wa­li sprzę­tu wspi­nacz­ko­we­go i tak da­lej.
Po­stu­ka­ła w inny nie­bie­ski kwa­dra­cik. Pete de­mon­stra­cyj­nie wpa­try­wał się w ścia­nę. Sie­dział z gło­wą opar­tą na dło­ni, roz­cią­gnął mu się przy tym ką­cik ust, przez co wy­glą­da­ły jak skrzy­wio­ne w po­gar­dli­wym gry­ma­sie. W tym roku do­stał prysz­czy i miał ich na czo­le cały świe­ży rząd. Tri­sha bar­dzo go ko­cha­ła, ale cza­sa­mi – na przy­kład tego wie­czo­ru, kie­dy mama przed­sta­wi­ła im plan wy­ciecz­ki – nie­na­wi­dzi­ła go rów­nie moc­no. Bar­dzo chcia­ła mu po­wie­dzieć, że jest tchó­rzem, w koń­cu wszyst­ko się do tego spro­wa­dza­ło w grun­cie rze­czy, jak zwykł ma­wiać tata. Pe­ter ma­rzył o tym, by po­wró­cić do Mal­den z ma­łym mło­dzień­czym ogon­kiem mię­dzy no­ga­mi, był bo­wiem tchó­rzem. Mama nic go nie ob­cho­dzi­ła, sio­stra nic go nie ob­cho­dzi­ła, nie ob­cho­dzi­ło go na­wet to, że miesz­ka­nie z oj­cem wca­le nie mu­sia­ło na dłuż­szą metę oka­zać się dla nie­go do­bre. Ob­cho­dzi­ło go tyl­ko to, że jada dru­gie śnia­da­nie, sie­dząc sa­mot­nie na ław­ce szkol­ne­go bo­iska. Ob­cho­dzi­ło go tyl­ko to, że kie­dy wcho­dzi do kla­sy po pierw­szym dzwon­ku, ktoś za­wsze po­zdra­wia go sło­wa­mi: „Hej, jak ci leci, Com­pu­World? Co po­ra­biasz, pe­dał­ku?”.
– To par­king, na któ­ry wyj­dzie­my – po­wie­dzia­ła mama, albo nie za­uwa­ża­jąc, że Pete nie in­te­re­su­je się mapą, albo uda­jąc, że nie za­uwa­ża. – Au­to­bus pod­jeż­dża tu oko­ło trze­ciej. Za­bie­rze nas z po­wro­tem do sa­mo­cho­du. W dwie go­dzi­ny póź­niej je­ste­śmy w domu. Je­śli nie bę­dzie­cie zbyt zmę­cze­ni, wy­bie­rze­my się ra­zem do kina. Jak wam się to po­do­ba?
Wczo­raj wie­czo­rem Pete za­cho­wał wy­nio­słe mil­cze­nie, za to dzi­siej­sze­go ran­ka usta mu się nie za­my­ka­ły. Za­czął, kie­dy wsie­dli do sa­mo­cho­du w San­ford. Nie chce je­chać na wy­ciecz­kę, wy­ciecz­ka jest do­wo­dem osta­tecz­nej głu­po­ty, w te­le­wi­zji mó­wi­li, że po po­łu­dniu ma lać, dla­cze­go mu­szą spę­dzić so­bo­tę, włó­cząc się po le­sie, i to o tej po­rze roku, kie­dy wszę­dzie bywa naj­wię­cej ro­ba­li, co się sta­nie, je­śli Tri­sha wpad­nie w tru­ją­cy bluszcz (jak­by go to w ogó­le ob­cho­dzi­ło), i tak da­lej, i tak da­lej. Nic, tyl­ko ga­dał i ga­dał. Miał na­wet czel­ność po­wie­dzieć, że po­wi­nien sie­dzieć w domu, ucząc się do eg­za­mi­nów, choć, zda­niem sio­stry, w ca­łym do­tych­cza­so­wym ży­ciu nig­dy nie uczył się w so­bo­tę. Mama naj­pierw mil­cza­ła bo­ha­ter­sko, ale w koń­cu prze­cież za­lazł jej za skó­rę. Uda­wa­ło mu się to bez­błęd­nie, je­śli tyl­ko miał dość cza­su. Kie­dy par­ko­wa­li na ubi­tej zie­mi przy dro­dze nu­mer 68, ści­ska­ła już kie­row­ni­cę tak moc­no, że aż zbie­la­ły jej kost­ki pal­ców, i mó­wi­ła wy­so­kim, ury­wa­nym gło­sem, któ­ry Tri­sha zna­ła aż za do­brze. Mama prze­cho­dzi­ła wła­śnie z alar­mu żół­te­go w stan alar­mu czer­wo­ne­go. W każ­dym ra­zie wy­glą­da­ło na to, że dzie­się­cio­ki­lo­me­tro­wy spa­cer po la­sach za­chod­nie­go Ma­ine może się oka­zać wy­jąt­ko­wo dłu­gi.
Tri­sha pró­bo­wa­ła naj­pierw od­wró­cić uwa­gę oboj­ga, wy­gła­sza­jąc peł­ne za­chwy­tu ko­men­ta­rze na wi­dok zruj­no­wa­nych sto­dół, pa­są­cych się koni i ma­low­ni­czych przy­droż­nych cmen­ta­rzy, zo­sta­ła jed­nak tak kom­plet­nie zlek­ce­wa­żo­na, że po pro­stu mu­sia­ła za­milk­nąć. Sie­dzia­ła na tyl­nym sie­dze­niu z Moną (któ­rą oj­ciec na­zy­wał Mo­anie Ba­lo­gna) na ko­la­nach, przy­tu­lo­na do ple­ca­ka, słu­cha­jąc kłót­ni i za­sta­na­wia­jąc się, czy bę­dzie pła­kać, czy po pro­stu zwa­riu­je. Czy kłót­nia ro­dzin­na może do­pro­wa­dzić ko­goś do sza­leń­stwa? Może mat­ka ma­so­wa­ła cza­sa­mi skro­nie czub­ka­mi pal­ców nie dla­te­go, że bo­la­ła ją gło­wa, lecz po to, by po­wstrzy­mać zmę­czo­ny mózg przed sa­mo­za­pło­nem, gwał­tow­ną de­kom­pre­sją lub czymś w tym ro­dza­ju.
Tri­sha ucie­kła od rze­czy­wi­sto­ści w swe uko­cha­ne ma­rze­nie. Zdję­ła cza­pecz­kę Red So­xów i wczu­wa­jąc się w rolę, sku­pi­ła się na pod­pi­sie na dasz­ku, za­ma­szy­stym pod­pi­sie, wy­ko­na­nym mięk­kim fla­ma­strem. Był to pod­pis Toma Gor­do­na. Pe­ter lu­bił Mo Vau­gh­na, mama mia­ła sła­bość do No­ma­ra Gar­cia­par­ry, lecz fa­wo­ry­tem Tri­shy i jej taty był zde­cy­do­wa­nie Tom Gor­don. Za­wod­nik ten z za­sa­dy za­my­kał grę – wcho­dził na bo­isko w ostat­niej, dzie­wią­tej roz­gryw­ce, gdy Red Soxi wy­gry­wa­li, ale nie de­cy­du­ją­co. Tata po­dzi­wiał Gor­do­na, po­nie­waż za­wsze wy­glą­dał na ab­so­lut­nie spo­koj­ne­go – „w ży­łach tego sku­bań­ca pły­nie woda z lo­dem”, ma­wiał – więc Tri­sha też go za to po­dzi­wia­ła, do­da­jąc cza­sa­mi, że tyl­ko Gor­do­no­wi wy­star­czy śmia­ło­ści, by na­rzu­cić pod­krę­ca­ną pił­kę przy trzy i zero (tę opi­nię tata prze­czy­tał jej kie­dyś ze spra­woz­da­nia w „Bo­ston Glo­be”). O in­nych spra­wach Tri­sha roz­ma­wia­ła wy­łącz­nie z Mo­anie Ba­lo­gną i, lecz tyl­ko raz, z przy­ja­ciół­ką, Pep­si Ro­bi­chaud. Pep­si wspo­mnia­ła od nie­chce­nia, że Tom Gor­don jest „cał­kiem przy­stoj­ny”. Mo­nie Tri­sha mo­gła się zwie­rzać bez opo­rów, i je­dy­nie Mona wie­dzia­ła, że Gor­don jest naj­przy­stoj­niej­szym ży­ją­cym męż­czy­zną i że gdy­by tyl­ko do­tknął ręki Tri­shy, ona z pew­no­ścią by ze­mdla­ła, a gdy­by ją po­ca­ło­wał, choć­by w po­li­czek, to by pew­nie na­wet umar­ła.
Te­raz, gdy mat­ka i brat kłó­ci­li się za­żar­cie na wszyst­kie moż­li­we te­ma­ty: o wy­ciecz­kę, o szko­łę w San­ford, o całe ich za­chwia­ne ży­cie, Tri­sha wpa­try­wa­ła się w czap­kę, któ­rą tata ja­kimś cu­dem zdo­był dla niej w mar­cu, tuż przed po­cząt­kiem se­zo­nu ba­se­bal­lo­we­go, i w wy­obraź­ni ma­lo­wa­ła taką oto scen­kę:
„Je­stem w par­ku w San­ford, dzień jak co dzień, idę do domu Pep­si przez te­ren za­baw dla dzie­ci. Przy wóz­ku z hot do­ga­mi stoi męż­czy­zna. Jest w dżin­sach i bia­łym pod­ko­szul­ku, na szyi ma zło­ty łań­cu­szek; stoi ty­łem do mnie, ale wi­dzę, jak łań­cu­szek błysz­czy w pro­mie­niach słoń­ca, męż­czy­zna od­wra­ca się i, Boże, nie wie­rzę wła­snym oczom, to na­praw­dę on, Tom Gor­don. Nie wiem, co robi w San­ford, ale to on, tak, to on, i te jego oczy, zu­peł­nie ta­kie jak wte­dy, kie­dy wpa­tru­je się w ba­zo­we­go, cze­ka­jąc na jego sy­gnał, te oczy, uśmie­cha się, mówi, że się zgu­bił, i pyta, czy nie wiem przy­pad­kiem, jak do­je­chać do mia­stecz­ka North Ber­wick, a ja, Boże, mój Boże, trzę­sę się cała, wiem, że nie zdo­łam nic wy­krztu­sić, otwo­rzę usta, lecz nie po­tra­fię wy­po­wie­dzieć ani sło­wa, wy­dam z sie­bie tyl­ko zdu­szo­ny pisk, któ­ry tata na­zy­wa cza­sa­mi pierd­nię­ciem my­szy, ale pró­bu­ję i oka­zu­je się, że mogę mó­wić, że mój głos brzmi pra­wie nor­mal­nie, więc mó­wię…”.
Ja mó­wię, on mówi, po­tem ja mó­wię i on mówi; miło jest my­śleć o tym, jak mo­gła­by wy­glą­dać taka roz­mo­wa. Kłót­nia z przed­nie­go sie­dze­nia od­da­la się i cich­nie (Tri­sha na­uczy­ła się już, że mil­cze­nie bywa naj­więk­szym bło­go­sła­wień­stwem, ja­kie jest w sta­nie ofia­ro­wać nam świat). Dziew­czyn­ka ni­czym za­hip­no­ty­zo­wa­na wpa­tru­je się w pod­pis na dasz­ku czap­ki i kie­dy do­dge skrę­ca na par­king, ona jest bar­dzo, bar­dzo da­le­ko stąd („Tri­sha wę­dru­je po swo­im wła­snym świe­cie” –jak ma­wia tata). Nie wie jesz­cze, że zwy­kły, nor­mal­ny świat to zę­ba­ty po­twór, lecz już wkrót­ce się o tym do­wie. Te­raz jest w San­ford, nie na TR-90. Jest w par­ku, a nie u wy­lo­tu Szla­ku Ap­pa­la­chów. Jest z To­mem Gor­do­nem, nu­mer 36, wy­ja­śnia mu, jak do­je­chać do North Ber­wick, a Tom z wdzięcz­no­ści pro­po­nu­je jej hot doga – i czy może być więk­sze szczę­ście na zie­mi? (...)


***
Opętana manią wycieczek matka zabiera dziewięcioletnią Trishę i jej starszego brata do parku narodowego w masywie Gór Białych. Zajęta kłótnią z synem, nie zauważa, gdy dziewczynka schodzi z wyznaczonego szlaku i gubi się w gęstym lesie. Trisha próbuje opanować panikę, myśleć racjonalnie. Niestety, każdy kolejny krok coraz bardziej oddala ją od cywilizacji. Weekendowy spacer zmienia się w trwającą wiele dni samotną wędrówkę przez pełen zagrożeń las, podczas której Trisha racjonuje sobie żywność i pociesza się, słuchając transmisji radiowych z meczów baseballowych ze słynnym miotaczem Red Soxów, Tomem Gordonem, w którym się podkochuje. Głód, pragnienie, strach przed nieuniknioną – jak wydawałoby się – śmiercią, wywołują u niej halucynacje. Spotyka w nich przyjaciół i członków rodziny, a nawet samego Toma. Przerażona dziewczynka zaczyna w końcu wierzyć, że jej przeznaczeniem jest pokonanie Boga Zagubionych, tropiącego ją w postaci zmutowanych zwierząt…



















Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger