"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lśnienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lśnienie. Pokaż wszystkie posty
Lśnienie - audiobook/superprodukcja - Stephen King/ Audioteka

Lśnienie - audiobook/superprodukcja - Stephen King/ Audioteka

Coś niesamowitego!!! Tak doskonała robota, że aż zatyka:) Przez połowę audiobooka jest spokojnie, mamy czas oswoić się z głosami bohaterów i z interpretacją powieści. Potem jest już jazda bez trzymanki i nie da się tego słuchać "do poduszki"... POLECAM!!!!!!

MOJA OCENA: 10/10



Powieść uważana przez wielu czytelników za horror wszech czasów – tym razem w formie słuchowiska z udziałem największych gwiazd współczesnego polskiego kina. Jack Torrance, były nauczyciel, a obecnie poszukujący weny pisarz, otrzymuje pracę dozorcy w opuszczonym na okres zimowy górskim hotelu Panorama. Kiedy burze śnieżne odcinają od świata rodzinę Torrance’ów, obdarzony telepatycznymi zdolnościami Danny, pięcioletni syn Jacka, odkrywa, że hotel jest nawiedzony, a duchy powoli doprowadzają jego ojca do obłędu. Sytuacja staje się coraz bardziej napięta, aż pewnego dnia mężczyzna przestaje nad sobą panować... W 1980 roku Stanley Kubrick podjął się ekranizacji „Lśnienia”, główną rolę w filmie zagrał demoniczny Jack Nicholson. W 1997 roku Stephen King, który zarzucał Kubrickowi ominięcie wielu istotnych faktów z książki, zrealizował miniserial telewizyjny na podstawie własnej powieści i scenariusza. Stephen King (ur. 1947 w Portland) napisał ponad pięćdziesiąt książek i wszystkie zyskały status światowych bestsellerów. Znajdują się między nimi: „Carrie”, „Miasteczko Salem”, „Misery”, „Pod kopułą”, „Dallas `63” czy „Lśnienie”, którego kontynuacją jest „Doktor Sen”. King zręcznie wiąże w swoich historiach elementy grozy, literatury science fiction, baśni i sensacji. Jego powieści doczekały się wielomilionowych nakładów, tłumaczeń na przeszło 30 języków, prawie każda z nich została zekranizowana. Autor uchodzi dziś za niekoronowanego króla literatury z gatunku horroru. Mieszka w Bangor w stanie Maine z żoną, powieściopisarką Tabithą King.

Zrealizowana przez Audiotekę superprodukcja “Lśnienie” otrzymała Nagrodę Audiobook Roku 2016 Magazynu Literackiego KSIĄŻKI.

OSTRZEŻENIE
Ze względu na treść audiobooka oraz efekty dźwiękowe, które potęgują charakter tytułu zalecamy wstrzymanie się od słuchania audiobooka w sytuacjach wymagających niezachwianego skupienia jak np. podczas prowadzenia pojazdu.
Scenariusz i reżyseria: Janusz Kukuła, Polskie Radio S.A.
W rolach głównych:
Jack Torrance – Adam Woronowicz
Wendy Torrance – Agata Kulesza
Danny Torrance – Bernard Lewandowski
Dick Hallorann – Mariusz Bonaszewski
Stuart Ullman – Marian Opania
Narrator – Krzysztof Gosztyła


W pozostałych rolach:
Krzysztof Banaszyk, Marek Barbasiewicz, Adam Bauman, Anna Bojara, Tomasz Borkowski, Izabella Bukowska-Chądzyńska, Paweł Ciołkosz, Damian Damięcki, Marta Dudź, Marta Dylewska, Elżbieta Gaertner, Jakub Jankiewicz, Barbara Kałużna, Ewa Kania, Elżbieta Kępińska, Elżbieta Kijowska, Mikołaj Klimek, Julia Kołakowska-Bytner, Miłosz Konkel, Maciej Kowalik, Jan Kulczycki, Wojciech Machnicki, Olaf Marchwicki, Andrzej Mastalerz, Aleksander Mikołajczak, Janusz Rafał Nowicki, Tomasz Olejnik, Jan Pęczek, Krzysztof Plewako-Szczerbiński, Marcin Przybylski, Aleksandra Radwan, Ewa Serwa, Zbigniew Suszyński, Paweł Szczesny, Sebastian Świerszcz, Kinga Tabor, Marcin Troński, Anna Wodzyńska, Przemysław Wyszyński, Diana Zamojska, Wojciech Żołądkowicz.







Lśnienie - Stephen King

Lśnienie - Stephen King

Szkoda, że nie ma skali ocen do miliona...(((( Absolutny nr 1!:-)
"Bo tu w Panoramie ciągle coś się działo. Tutaj wszystkie pory stapiały się w jedną. Bez końca trwała sierpniowa noc roku 1945, ze śmiechem i trunkami, i olśniewającą garstką wybrańców losu, którzy jeździli w górę i w dół windą, pili szampana, obrzucali się konfetti i serpentynami. I szary czerwcowy świt w jakieś dwadzieścia lat później, kiedy najęci przez mafię rewolwerowcy nieprzerwanie dziurawili kulami poszarpane, skrwawione ciała trzech mężczyzn przeżywających męczarnie bez kresu. W łazience przy pokoju na drugim piętrze rozwalona w wannie kobieta czekała na gości. W Panoramie wszystko w jakiś sposób żyło, jakby ją nakręcono srebrnym kluczykiem. Zegar chodził. Zegar chodził."
Lśnienie jest pierwszą częścią cyklu o tej samej nazwie. O drugiej części (Doktor Sen) nie będę wspominała ani teraz, ani nigdy... :(((

Stephen nie raz podkreślał, że postać Jacka wzorowana była na nim samym i to z niezbyt wesołego okresu, pełnego alkoholu, narkotyków i substancji stymulujących...
Historia ta jest arcydziełem, jeśli chodzi o narastający klimat grozy. Jest tym bardziej straszna, ponieważ brak w niej dosadności (której nie znoszę w horrorach i grozie...). Wszystko dzieje się "między wierszami"i nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Nastrój wprowadzany jest subtelnie i nieprzerwanie. Wraz z bohaterami jesteśmy wciągnięci i zamknięci w tym nawiedzonym hotelu.
Tak, nawiedzonym hotelu. W powieści nie ma mowy TYLKO I WYŁĄCZNIE o szaleństwie głównego bohatera, jak to jest w przypadku beznadziejnej interpretacji Kubricka, od której nawet sam Mistrz odcina się "rencami i nogami".  Twierdził on, że filmowa wersja nie ma nic wspólnego z jego powieścią, a sam Jack Nicholson straszy aparycją sam w sobie, nie może więc grać Jacka Torreance'a, gdyż ten powinien wyglądać, "jak normalny facet" XD
W ekranizacji jest MNÓSTWO błędów i to nie tylko spowodowanych "reżyserską wersją autorską". Przykładowo nr pokoju 217 w filmie nie mógł zostać wykorzystany, ponieważ nie zgodził się na to właściciel Hotelu Stanley twierdząc, że po wyświetleniu filmu na wielkim ekranie NIKT nie będzie chciał w takim pokoju zamieszkać (sądzę, że się mylił XD) Nr 217 zastąpiono takim nr pokoju, który w hotelu w rzeczywistości nie istniał:)
Polecam za to miniserial Lśnienie, produkcji ABC w reżyserii Micka Garrisa, gdzie Stephen King był autorem scenariusza - nie chciał bowiem popełnić takiego błędu, jak w przypadku Kubricka, któremu "tylko" sprzedał prawa do ekranizacji. TEN serial jest czystym odzwierciedleniem powieści!!!!! Interpretacja aktorska postaci jest rewelacyjna, a całość ogląda się z ciarami, mimo że produkcja ta jest z 1997 roku, więc brak w niej efektów specjalnych rodem z Dnia Niepodległości - za to jest NASTRÓJ rodem z kingowskiej krainy grozy:)
Jest jeszcze jedna interpretacja, na którą chciałabym zwrócić Waszą uwagę - audiobook Superprodukcja Audioteki - Lśnienie! Zrealizowana przez Audiotekę superprodukcja “Lśnienie” otrzymała Nagrodę Audiobook Roku 2016 Magazynu Literackiego KSIĄŻKI. I słusznie! Pan Krzysztof Gosztyła wymiata w tym audiobooku! Generalnie mógłby sam wszystko czytać, a i tak Lśnienie nie wyszłoby z kategorii Horror:) Sam tworzy nastrój grozy, a jego interpretacja przebiła moją wyobraźnię:) I pisze to ja, która zasypiała przy każdym audiobooku! 

Prawdziwy Hotel Panorama nazywa się Stanley Hotel


MOJA OCENA: 10/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Rozmowa z pracodawcą

Jack Torrance pomyślał: nadgorliwy kutasina.
Ullman mierzył pięć stóp i pięć cali, a poruszał się z pełnym zaaferowania pośpiechem, który zdaje się wyłączną cechą wszystkich niskich i korpulentnych mężczyzn. Przedziałek miał prościutki, ciemne ubranie dyskretne, lecz budzące zaufanie. Jestem kimś, do kogo można się zwracać w kłopotliwych sprawach – mówiło to ubranie do klienta. Do pracownika przemawiało zwięźlej: to należy zrobić dobrze, pamiętaj. Stuart Ullman nosił w butonierce czerwony goździk, zapewne w tym celu, aby żaden przechodzień nie wziął go za miejscowego przedsiębiorcę pogrzebowego. Kiedy Jack słuchał Ullmana, przyznawał w duchu, że prawdopodobnie nie mógłby lubić nikogo po tamtej stronie biurka – w danych okolicznościach.
Ullman zadał mu pytanie, którego nie zrozumiał. To źle; osoby typu Ullmana rejestrują takie potknięcia w umyśle i rozpatrują je później.
– Słucham?
– Pytałem, czy pańska żona w pełni pojmuje, jakie pan bierze na siebie obowiązki. Oczywiście jest jeszcze pański syn. – Spojrzał na leżące przed nim podanie. – Daniel. Żony ta myśl ani trochę nie przeraża?
– Wendy to niezwykła kobieta.
– A wasz syn też jest niezwykły?
Jack uśmiechnął się szczerze, promiennie, jakby był agentem reklamy.
– Tak nam się przynajmniej wydaje. Jak na pięciolatka, wykazuje sporą samodzielność.
Ullman nie odwzajemnił uśmiechu. Wsunął podanie Jacka z powrotem do teczki. Teczka powędrowała do szuflady. Na biurku nie pozostało już teraz nic prócz bibularza, telefonu, lampki do czytania i koszyka na wpływającą i odchodzącą korespondencję. Obie przegródki koszyka również były puste.
Ullman wstał i podszedł do segregatora w rogu.
– Pozwoli pan tutaj, panie Torrance. Popatrzymy na plany pięter.
Przyniósł pięć dużych arkuszy i położył je na lśniącym orzechowym blacie biurka. Jack stanął po tej samej stronie co Ullman i bardzo wyraźnie poczuł zapach jego wody kolońskiej. Wszyscy moi ludzie używają juchtu angielskiego albo nie używają niczego, przyszło mu do głowy całkiem bez powodu i musiał się ugryźć w język, żeby nie ryknąć śmiechem. Z kuchni za ścianą dobiegały ciche odgłosy; po lunchu pracowano tam na zwolnionych obrotach.
– Piętro najwyższe – zaczął Ullman raźnym tonem. – Strych. Teraz nie ma tam absolutnie nic prócz rupieci. Po zakończeniu drugiej wojny światowej Panorama kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk i chyba każdy kolejny dyrektor wyrzucał wszystkie niepotrzebne graty na strych. Proszę o zastawienie tam pułapek i wyłożenie trutki na szczury. Niektóre pokojówki z trzeciego piętra twierdzą, że słyszały jakieś szelesty. Nie daję temu wiary nawet na chwilę, powinniśmy jednak mieć stuprocentową pewność, że w Panoramie nie ma ani jednego szczura.
Jack trzymał język za zębami, choć podejrzewał, że nie ma na świecie hotelu bez choćby paru szczurów.
– Naturalnie pod żadnym pozorem nie pozwoli pan synowi wchodzić na strych.
– Nie – odparł Jack i znów przywołał na twarz promienny uśmiech agenta reklamy. Upokarzająca sytuacja. Czy ten nadgorliwy kutasina rzeczywiście uważa, że on, Jack, pozwoliłby synowi myszkować po strychu, pełnym pułapek na szczury, starych rupieci i Bóg wie czego jeszcze?
Ullman szybko wsunął plan strychu pod pozostałe arkusze.
– Panorama ma sto dziesięć pomieszczeń dla gości – objaśniał metodycznie. – Trzydzieści, same apartamenty, mieści się tutaj, na trzecim piętrze: dziesięć, włącznie z apartamentem prezydenckim, w skrzydle zachodnim, dziesięć w części środkowej i jeszcze dziesięć w skrzydle wschodnim. Z każdego roztacza się wspaniały widok.
Czy mógłbyś przynajmniej zrezygnować z tego reklamiarstwa?
Ale milczał. Zależało mu na tej pracy.
Ullman schował plan trzeciego piętra pod spód i zajęli się piętrem drugim.
– Czterdzieści pokoi – poinformował Ullman. – Trzydzieści dwójek i dziesięć jedynek. A na pierwszym piętrze po dwadzieścia każdego rodzaju. Plus trzy bieliźniarki na każdym piętrze, magazyn na samym końcu wschodniego skrzydła hotelu na drugim piętrze i jeszcze jeden na końcu zachodniego skrzydła na piętrze pierwszym. Jakieś pytania?
Jack pokręcił głową. Ullman sprzątnął plany drugiego i pierwszego piętra.
– A teraz parter. Pośrodku jest recepcja. Za nią biura. Hol, licząc od recepcji, ma w obie strony po osiemdziesiąt stóp długości. Tu, w skrzydle zachodnim, mieści się sala jadalna i salon Kolorado. Sale bankietowa i balowa są w skrzydle wschodnim. Pytania?
– Tylko w związku z podziemiem – odparł Jack. – Dla dozorcy zaangażowanego na zimę ten poziom jest najważniejszy. Rzec można, tam rozgrywa się akcja.
– To wszystko pokaże panu Watson. Plan wisi na ścianie w kotłowni. – Ullman zmarszczył się groźnie, może po to, aby dać do zrozumienia, że jako dyrektor nie zaprząta sobie głowy tak przyziemnymi aspektami funkcjonowania hotelu, jak ogrzewanie i kanalizacja. – Chyba nieźle byłoby i tam zastawić kilka pułapek. Chwileczkę…
Nabazgrał coś w bloczku wyjętym z wewnętrznej kieszeni marynarki (każda kartka miała gruby czarny nadruk „Z biura Stuarta Ullmana”), oddarł arkusik i wrzucił do przegródki koszyka przeznaczonej na odchodzącą korespondencję. Kartka spoczęła tam osamotniona. Bloczek ponownie zniknął w kieszeni marynarki, jakby na zakończenie sztuki magicznej. Patrz, mały Jackie, raz jest, raz go nie ma. Ten facet to kawał ważniaka.
Zajęli swoje poprzednie miejsca, Ullman z jednej strony biurka, Jack z drugiej, pytający i pytany, petent i niechętny urzędnik. Ullman złożył wypielęgnowane rączki na bibularzu i patrzył prosto na Jacka – mały łysiejący mężczyzna w bankierskim garniturze i szarym stonowanym krawacie. Przeciwwagą kwiatka w butonierce była wpięta w drugą klapę szpilka z wykonanym złotymi literkami prostym napisem „Personel”.
– Będę z panem całkiem szczery, panie Torrance. Albert Shockley to wpływowy człowiek i ma duże udziały w Panoramie, która po raz pierwszy w swej historii przyniosła w tym sezonie zysk. Pan Shockley zasiada również w radzie nadzorczej, choć nie jest hotelarzem, do czego pierwszy by się przyznał. Ale swoje życzenia w sprawie dozorcy wyraził całkiem jasno. Chce, żeby pan nim został. I ja pana zaangażuję. Gdyby mi wszakże dano wolną rękę, nigdy bym tego nie zrobił.
Jack zacisnął spocone pięści na kolanach i pocierał jedną o drugą. Nadgorliwy kutasina, nadgorliwy kutasina, nadgorliwy…
– Chyba nie przypadłem panu do serca, panie Torrance. Ja się tym jednak nie przejmuję. Pańskie uczucia do mnie na pewno nie mają wpływu na to, że w moim przekonaniu nie nadaje się pan do tej pracy. W sezonie trwającym od piętnastego maja do trzydziestego września Panorama zatrudnia stu dziesięciu pracowników na pełnym etacie, można więc powiedzieć, że na każdy pokój hotelowy przypada jeden z nich. Jak sądzę, niewielu mnie lubi, a podejrzewam, że niektórzy mają mnie po trosze za drania. Nie bardzo się mylą w ocenie mojego charakteru. Muszę być po trosze draniem, żeby zarządzać tym hotelem tak, jak na to zasługuje.
Popatrzył na Jacka, spodziewając się usłyszeć komentarz, a Jack znowu przywołał na twarz uśmiech agenta reklamy, szeroki i obelżywy.
– Panoramę budowano od roku 1907 do 1909 – powiedział Ullman. – Najbliżej położone miasto, Sidewinder, leży czterdzieści mil stąd na wschód. Droga do miasta jest zamknięta mniej więcej od końca października czy od listopada aż gdzieś do kwietnia. Hotel wybudował Robert Townley Watson, dziadek naszego obecnego konserwatora. Mieszkali tu Vanderbiltowie, Rockefellerowie, Astrorowie, Du Pontowie. Apartament prezydencki zajmowało czterech prezydentów. Wilson, Harding, Roosevelt i Nixon.
– Hardingiem i Nixonem zbytnio bym się nie chlubił – mruknął Jack. Ullman zmarszczył brew, ale ciągnął, nie zważając na niego:
– Pan Watson nie dawał sobie rady i sprzedał hotel w roku 1915. Potem sprzedawano go w latach 1922, 1929 i 1936. Stał pusty do końca wojny, kiedy to nabył go i całkowicie odrestaurował HoracyDerwent, milioner i wynalazca, pilot, producent filmowy i przedsiębiorca.
– Znam to nazwisko – powiedział Jack.
– Tak. Wszystko, czego się tknął, zamieniało się w złoto… z wyjątkiem Panoramy. Wpakował w nią ponad milion dolarów, zanim pierwszy powojenny gość przekroczył te progi, i z chylącego się ku ruinie zabytku zrobił atrakcję turystyczną. To Derwentowi hotel zawdzięcza boisko do roque’a, które – jak widziałem – podziwiał pan po przyjeździe.
– Roque’a?
– Jest to brytyjski przodek naszego krokieta, proszę pana. Krokiet to skundlona odmiana roque’a. Jak głosi legenda, Derwent nauczył się reguł tej gry od swojego sekretarza do spraw towarzyskich i oszalał na jej punkcie. Nasze boisko jest zapewne najpiękniejsze w Ameryce.
– W to nie wątpię – rzekł Jack z powagą. Boisko do roque’a, od frontu żywopłoty strzyżone tak, by przypominały zwierzęta, i co jeszcze? Zaczynał mieć wyżej uszu pana Stuarta Ullmana, widział jednak, że Ullman nie skończył. Zamierzał powiedzieć swoje aż do ostatniego słowa.
– Derwent stracił trzy miliony, po czym sprzedał Panoramę grupie kalifornijskich akcjonariuszy. Równie źle na niej wyszli. Po prostu nie byli hotelarzami. W roku 1970 kupił ją pan Shockley z grupą swoich wspólników i mnie przekazał kierownictwo. Przez parę lat i my mieliśmy deficyt, lecz stwierdzam z przyjemnością, że obecni właściciele nigdy nie przestali pokładać we mnie zaufania. W zeszłym roku wyszliśmy na zero. A w tym roku, po raz pierwszy od prawie siedmiu dziesięcioleci, Panorama przyniosła zysk.
Jack przypuszczał, że ten pedancik ma powód do dumy, ale znów poczuł przypływ antypatii, jaką od początku wzbudzał w nim Ullman.
– Nie widzę związku między bezsprzecznie barwnymi dziejami Panoramy a pańskim przeświadczeniem, że nie nadaję się do tej pracy – powiedział.
– Panorama przynosiła tak duże straty między innymi dlatego, że każdej zimy traci na wartości. Zmniejsza to stopę zysku o wiele bardziej, niż pan sobie wyobraża. Zimy są tutaj nieopisanie surowe. Żeby uporać się z tym problemem, zaangażowałem na całą zimę dozorcę do obsługi kotła oraz ogrzewania kolejno poszczególnych części hotelu. Miał usuwać powstające szkody, dokonywać napraw, stawiać czoło żywiołom. Stale być przygotowany na nieprzewidziane wypadki. Na pierwszą zimę nająłem rodzinę, a nie samotnego mężczyznę. Doszło do tragedii. Strasznej tragedii.
Ullman chłodno otaksował Jacka wzrokiem.
– Popełniłem błąd. Gotów jestem to przyznać. Ten człowiek pił.
Jack poczuł, że powoli wypływa mu na usta gorączkowy uśmiech – absolutne przeciwieństwo szerokiego uśmiechu agenta reklamy.
– Czyżby? Dziwię się, że Al panu nie powiedział. Ja już nie piję.
– Tak. Pan Shockley mi mówił. Mówił też o pańskiej ostatniej posadzie…. nazwijmy ją ostatnim odpowiedzialnym stanowiskiem. Uczył pan angielskiego w szkole przygotowawczej w Vermoncie. Wpadł pan w złość, bo chyba nie muszę się wdawać w szczegóły. Ale tak się składa, że w moim przekonaniu przypadek Grady’ego ma z tym związek, dlatego też poruszyłem sprawę… hm, pańskiej przeszłości. Na pierwszą zimę, na przełomie roku 1970 i 1971, po odnowieniu Panoramy, ale przed otwarciem pierwszego sezonu, zatrudniłem tego… tego nieszczęśnika nazwiskiem Delbert Grady. Zajął pomieszczenia, do których wprowadzi się pan z żoną i synem. On miał żonę i dwie córki. Moje zastrzeżenia budziła przede wszystkim ostra zima i fakt, że rodzina Gradych będzie odcięta od świata przez pięć do sześciu miesięcy.
– Ale właściwie tak nie jest, prawda?– Ale właściwie tak nie jest, prawda? Są tu przecież telefony i przypuszczalnie krótkofalówka. A Park Narodowy w Górach Skalistych leży w zasięgu helikoptera, z pewnością zaś na tak dużym terenie muszą mieć jeden czy dwa helikoptery.
– Nic mi o tym nie wiadomo – odparł Ullman. – W hotelu jest krótkofalówka, Watson pokaże ją panu wraz z listą właściwych pasm częstotliwości, na których mógłby pan w razie potrzeby wzywać pomocy. Do Sidewinder wciąż jeszcze prowadzą stąd nadziemne linie telefoniczne i prawie każdej zimy w tym czy innym miejscu zostają zerwane, a naprawa trwa na ogół trzy do sześciu tygodni. W szopie ze sprzętem stoi też śniegołaz.
– Więc właściwie hotel nie jest odcięty.
Pan Ullman zrobił urażoną minę.
– Przypuśćmy, że pański syn czy żona potknie się na schodach i dozna pęknięcia czaszki. Czy wtedy będzie pan uważał to miejsce za odcięte od świata?
Jack zrozumiał, o co chodzi. Śniegołazem dałoby się dotrzeć do Sidewinder najprędzej w półtorej godziny… może. Helikopter Parkowej Służby Ratowniczej mógłby tu przylecieć za trzy godziny… w najbardziej sprzyjających warunkach. Podczas zadymki w ogóle nie zdołałby wystartować, a nie sposób liczyć na rozwinięcie maksymalnej prędkości śniegołazem, nawet gdyby się ktoś odważył przewozić ofiarę wypadku w temperaturze, powiedzmy, dwudziestu pięciu stopni poniżej zera – na wietrze czterdziestu pięciu.
– W przypadku Grady’ego – podjął Ullman – rozumowałem chyba bardzo podobnie jak pan Shockley w pańskim przypadku. Samo odosobnienie może mieć zgubny wpływ na mężczyznę. Lepiej mu będzie z rodziną. W razie kłopotów, myślałem, są duże szanse na to, że nie zaistnieje nic tak pilnego, jak pęknięcie czaszki, zranienie narzędziem z napędem mechanicznym czy konwulsje. Ciężka grypa, zapalenie płuc, złamana ręka, nawet wyrostek robaczkowy nie wymagałyby takiego pośpiechu. Podejrzewam, że to, co się stało, było następstwem zgromadzenia przez Grady’ego bez mojej wiedzy dużych zapasów taniej whisky i dziwnej choroby, zwanej przez stare wygi więzienną. Zna pan to określenie? – Ullman przywołał na twarz protekcjonalny uśmieszek, gotów udzielić wyjaśnień, jak tylko Jack przyzna się do swej ignorancji, więc Jack z radością odpowiedział szybko i zwięźle:
– Jest to żargonowe określenie reakcji klaustrofobicznej, która może nastąpić, kiedy ludzie długo przebywają razem w zamknięciu. Klaustrofobia uzewnętrznia się niechęcią do osób zajmujących to samo pomieszczenie. W skrajnych przypadkach może ona wywoływać halucynacje i skłaniać do aktów gwałtu; popełniano morderstwa z tak głupich powodów, jak przypalony posiłek czy sprzeczka o to, na kogo wypada kolej pozmywać naczynia.
Ullman wydał się lekko zbity z tropu, co świetnie zrobiło Jackowi. Postanowił go jeszcze nacisnąć, lecz w duchu obiecał Wendy, że zachowa spokój.
– Sądzę, że tu popełnił pan błąd. Czy zrobił im krzywdę?
– Zabił najpierw wszystkie trzy, proszę pana, a potem siebie. Dziewczynki zarąbał siekierą, żonę zastrzelił z dubeltówki, siebie również. Miał złamaną nogę. Niewątpliwie tak się spił, że zleciał ze schodów. – Ullman rozłożył ręce i z obłudną miną popatrzył na Jacka.
– Czy miał średnie wykształcenie?
– Prawdę powiedziawszy, nie miał – odrzekł Ullman sztywno. – Myślałem, że jednostka, nazwijmy ją, bez polotu nie będzie do tego stopnia wrażliwa na niewygody, na samotność…
– Na tym polegał błąd – skonstatował Jack. – Człowiek nierozgarnięty jest bardziej podatny nachorobę więzienną, tak jak łatwiej mu zastrzelić kogoś przy kartach czy ot, tak sobie obrabować. On się nudził. Kiedy spadnie śnieg, może najwyżej oglądać telewizję czy stawiać pasjansa i oszukiwać, jeśli nie odkryje wszystkich asów. Nie ma nic do roboty, więc dogryza żonie, czepia się dzieci i pije. Zasypia z trudem, bo panuje cisza. Toteż pije, aby zasnąć, i budzi się z kacem. Staje się drażliwy. A jak na przykład ogłuchnie telefon, wiatr zerwie antenę telewizyjną, to pozostaje mu tylko rozmyślanie, oszukiwanie przy pasjansie, no więc złości się coraz bardziej. W końcu… paf, paf, paf.
– Podczas gdy człowiek wykształcony, taki jak pan?…
– Oboje z żoną lubimy czytać. Muszę pracować nad sztuką, którą piszę, o czym zapewne powiedział panu Al Shockley. Danny ma swoje układanki, książeczki do kolorowania i radio kryształkowe. Chcę uczyć go czytania i chodzenia po śniegu w rakietach. Wendy też pragnie się tego nauczyć. O tak, chyba potrafimy znaleźć sobie zajęcie i nie działać jedno drugiemu na nerwy, jeśli nawali telewizja. – Urwał. – I Al nie kłamał, mówiąc, że już nie piję. Owszem, piłem dawniej i zaczynało to wyglądać poważnie. Ale przez ostatnie czternaście miesięcy nie tknąłem nawet piwa. Nie zamierzam przywozić tu alkoholu, a jak spadnie śnieg, i tak nie będę miał okazji go kupić.
– Tu przyznaję panu rację – rzekł Ullman. – Dopóki jednak będziecie w hotelu we trójkę, mnożyć się będą możliwości kłopotów. Choć mówiłem o tym panu Shockleyowi, odparł, że bierze na siebie odpowiedzialność. Teraz mówię o tym panu, a pan najwyraźniej też chce wziąć na siebie odpowiedzialność.
– Tak.
– W porządku. Godzę się, skoro nie mam wyboru. Mimo to nadal wolałbym z nikim niezwiązanego studenta na rocznym urlopie. No, może się pan nada. A teraz przekażę pana Watsonowi, który pana oprowadzi po podziemiu i terenie wokół hotelu. Chyba że nasunęły się panu jeszcze jakieś pytania?
– Nie. Żadne.
Ullman wstał.
– Mam nadzieję, że nie czuje pan urazy. Mówiąc to wszystko, nie kierowałem się względami osobistymi. Chodzi mi tylko o dobro Panoramy. To wspaniały hotel. Chcę, żeby taki pozostał.
– Nie. Nie czuję urazy. – Jack znowu błysnął zębami w uśmiechu agenta reklamy, ale się ucieszył, że Ullman nie podaje mu ręki. Czuł urazy. Najróżniejsze.
(...)
***
Powieść uważana przez wielu czytelników za horror wszech czasów. Jack Torrance, były nauczyciel, a obecnie poszukujący weny pisarz, otrzymuję pracę dozorcy w opuszczonym na okres zimowy górskim hotelu Overlook. Kiedy burze śnieżne odcinają od świata rodzinę Torrance'ów, obdarzony telepatycznymi zdolnościami Danny, pięcioletni syn Jacka, odkrywa, że hotel jest nawiedzony, a duchy powoli doprowadzają jego ojca do obłędu. Sytuacja staje się coraz bardziej groźna, aż pewnego dnia mężczyzna przestaje nad sobą panować...

Cykl: Lśnienie (tom 1)





EKRANIZACJA 
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/


TRAILER


MINI SERIAL


TRAILER


POLECAM TAKŻE REWELACYJNEGO AUDIOBOOKA/SUPERPRODUKCJĘ!!!!
/KLIKNIJ ZDJĘCIE/







ZGARNIJ EBOOKA W



Doktor Sen - Stephen King

Doktor Sen - Stephen King

Bardzo mnie rozczarowała ta książka, a tak na nią czekałam...((( Co nie znaczy, że nie jest świetna, na swój sposób:)

MOJA OCENA: 6/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Kiedy rzępoliłem na gitarze rytmicznej w zespole o nazwie The Rock Bottom Remainders, na koncertach grywał z nami Warren Zevon. Warren był miłośnikiem szarych T-shirtów i filmów typu Kingdom of the Spiders. Nalegał, żebym to ja śpiewał główny wokal w jego sztandarowym kawałku, Werewolves of London, który wykonywaliśmy na bis.
Przekonywałem, że nie jestem godzien. On uparcie twierdził, że tak. Poinstruował mnie:
„Tonacja G-dur i wyj od serca. Co najważniejsze: graj jak Keith”.
Nigdy nie będę umiał grać jak Keith Richards, ale zawsze dawałem z siebie wszystko i z Warrenem u boku, wtórującym mi nuta w nutę i śmiejącym się do rozpuku, zawsze dawałem z siebie wszystko.
Warrenie, ten skowyt jest dla Ciebie, gdziekolwiek jesteś. Brak mi Ciebie, przyjacielu.
Staliśmy w punkcie zwrotnym. Półśrodki nic nam nie dały. Anonimowi Alkoholicy (Wielka Księga)
Aby żyć, musieliśmy być wolni od gniewu. [Jest on] wątpliwym luksusem normalnych mężczyzn i kobiet. Anonimowi Alkoholicy (Wielka Księga)
Sprawy wstępne STRACH to skrót od „stul uszy, ratuj, co się da, i chodu”. stare powiedzenie Anonimowych Alkoholików

Skrytka
1
Drugiego dnia grudnia roku, kiedy w Białym Domu urzędował hodowca orzeszków ziemnych z Georgii, doszczętnie spłonęła Panorama, jeden z największych luksusowych hoteli w Kolorado. Spisano go na straty. Po przeprowadzonym dochodzeniu szef służby przeciwpożarowej hrabstwa Jicarilla za przyczynę pożaru uznał wadliwy kocioł centralnego ogrzewania. W czasie gdy zdarzył się ten nieszczęśliwy wypadek, hotel był zamknięty na zimę i przebywały w nim tylko cztery osoby. Trzy przeżyły. John Torrance, dozorca hotelu poza sezonem, zginął podczas nieudanej (i heroicznej) próby spuszczenia pary z kotła, gdy jej ciśnienie osiągnęło katastrofalnie wysoki poziom z winy niesprawnego zaworu bezpieczeństwa.
Dwojgiem z ocalałych byli żona i mały synek dozorcy. Trzecim – szef kuchni Panoramy, Richard Hallorann, który przerwał sezonową pracę na Florydzie i przyjechał do Torrance’ów, z powodu, jak to określił, „silnego przeczucia”, że ta rodzina jest w opałach. Oboje dorośli odnieśli poważne obrażenia w eksplozji. Tylko dziecko wyszło z niej bez szwanku.
Przynajmniej fizycznego.
2
Wendy Torrance i jej syn otrzymali odszkodowanie od korporacji będącej właścicielem Panoramy. Niewysokie, ale wystarczające, żeby mieli z czego żyć przez trzy lata, bo tyle czasu Wendy nie mogła pracować z powodu doznanych urazów kręgosłupa. Prawnik, z którym się skonsultowała, przekonywał, że gdyby odrzuciła ofertę i zagrała ostro, mogłaby dostać dużo więcej, gdyż korporacja nade wszystko pragnęła uniknąć procesu. Ona jednak, podobnie jak rzeczona korporacja, chciała tylko zostawić tę koszmarną zimę w Kolorado za sobą. Wróci do zdrowia, oświadczyła, i tak też się stało, chociaż bóle pleców prześladowały ją do końca życia. Pogruchotane kręgi i połamane żebra zrastają się, ale nigdy nie przestają o sobie przypominać.
Winifred i Daniel Torrance trochę pomieszkali na Środkowym Południu, po czym los rzucił ich do Tampy. Dick Hallorann (ten od silnych przeczuć) czasem przyjeżdżał z Key West, żeby się z nimi spotkać. A przede wszystkim żeby rozmawiać z małym Dannym. Łączyła ich więź.
Pewnego dnia w marcu 1981 roku Wendy zadzwoniła wczesnym rankiem do Dicka i spytała, czy mógłby przyjechać, ponieważ Danny obudził ją w środku nocy i powiedział, żeby nie wchodziła do łazienki.
A potem w ogóle przestał się odzywać.
3
Obudził się, bo chciało mu się siku. Na zewnątrz wiał silny wiatr. Było ciepło – jak prawie zawsze na Florydzie – ale tego dźwięku nie lubił. Przypominał mu Panoramę, w której wadliwy kocioł centralnego ogrzewania był najmniejszym z zagrożeń.
Mieszkali z matką w ciasnym mieszkaniu na piętrze czynszówki. Danny wysunął się z małego pokoju sąsiadującego z sypialnią mamy i przeszedł na drugą stronę korytarza. Wiatr dmuchnął mocniej i konająca palma obok budynku zaklekotała liśćmi. To był dźwięk jak grzechot kości. Kiedy nikt nie korzystał z prysznica ani sedesu, zawsze zostawiali drzwi łazienki otwarte, bo zepsuł się zamek. Tej nocy były zamknięte. Nie dlatego jednak, że w środku była jego matka. Wskutek obrażeń twarzy, których doznała w Panoramie, ostatnimi czasy chrapała – cichym „kwiip-kwiip” – i Danny słyszał to z jej sypialni.
Zamknęła je przez pomyłkę, to wszystko, tłumaczył sobie.
Wiedział, że wcale nie, nawet wtedy (był chłopcem o silnych przeczuciach i równie silnej intuicji), ale czasem trzeba uzyskać pewność. Czasem trzeba zobaczyć. Nauczył się tego w Panoramie, w pokoju na piętrze.
Wyciągnął rękę, która wydawała się zbyt długa, zbyt rozciągliwa, zbyt bezkostna, przekręcił gałkę i otworzył drzwi.
Tak jak się tego spodziewał, była tam kobieta z pokoju 217. Siedziała nago na sedesie.
Rozkraczona, miała uda blade i napęczniałe, a pod brzuchem kępkę szarych włosów. Szare były też jej oczy, jak dwa stalowe lustra. Zielonkawe piersi zwisały jak dwa balony, z których zeszło powietrze. Na widok Danny’ego usta kobiety rozciągnęły się w uśmiechu.
„Zamknij oczy – poradził mu kiedyś Dick Hallorann. – Jeśli zobaczysz coś złego, zamknij oczy i powiedz sobie, że tego nie ma, a kiedy je otworzysz, to zniknie”.
Ale to nie poskutkowało w pokoju 217, kiedy miał pięć lat, i nie poskutkuje teraz.
Wiedział to. Czuł jej zapach. Rozkładała się.
Kobieta – wiedział, jak się nazywa, pani Massey – dźwignęła się na sine stopy i wyciągnęła do niego ręce. Fałdy skóry zwisały u jej ramion, prawie ściekały. Uśmiechała się jak na widok starego znajomego. Albo może czegoś smacznego do jedzenia.
Z pozornym spokojem Danny po cichu zamknął drzwi i cofnął się. Patrzył, jak gałka przekręca się w prawo… w lewo… znowu w prawo… i nieruchomieje.
Miał już osiem lat i nawet przerażony był w stanie zachować choć trochę rozsądku. Po części dlatego, że w głębi ducha spodziewał się, że to się stanie. Chociaż zawsze sądził, że zjawi się Horace Derwent. Albo może barman, ten, którego jego ojciec nazywał Lloydem. Pewnie powinien był się domyślić, że to jednak będzie pani Massey, nawet zanim to się w końcu stało.
Bo ze wszystkich nieumarłych istot z hotelu Panorama ona była najgorsza.
Racjonalna cząstka jego umysłu powiedziała mu, że ta kobieta to tylko fragment niepamiętanego koszmaru, który zawędrował za nim na jawę i do łazienki. Cząstka ta przekonywała, że jeśli otworzy drzwi znowu, w środku nie będzie nikogo. Na pewno, bo przecież teraz już się obudził. Ale inna cząstka, cząstka, która jaśniała, wiedziała, że to nieprawda.
Panorama jeszcze z nim nie skończyła. Co najmniej jeden z jej mściwych duchów podążył za nim aż na Florydę. Kiedyś znalazł tę kobietę leżącą w wannie. Wyszła z niej wtedy i próbowała go udusić swoimi zimnymi, śliskimi (ale przerażająco silnymi) palcami. Jeśli on teraz otworzy drzwi łazienki, ona dokończy dzieła.
Wybrał rozwiązanie pośrednie i przyłożył ucho do drzwi. Najpierw nie było nic. Potem usłyszał słaby dźwięk.
Martwe paznokcie drapiące drewno.
Na miękkich nogach poszedł do kuchni, stanął na krześle i wysikał się do zlewu. Potem obudził mamę i powiedział jej, żeby nie wchodziła do łazienki, bo jest tam coś złego. Zrobiwszy to, wrócił do łóżka i zagrzebał się głęboko w pościeli. Chciał zostać tam na zawsze i wstawać tylko po to, żeby wysikać się do zlewu. Teraz, kiedy ostrzegł mamę, nie widział potrzeby, żeby z nią rozmawiać.
Matka znała ten numer z nieodzywaniem się. Danny odstawił go już kiedyś, po tym jak wszedł do pokoju 217 w hotelu Panorama.
– A z Dickiem porozmawiasz?
Leżąc w łóżku, spojrzał na nią i skinął głową. Matka zadzwoniła, mimo że była czwarta rano.
Nazajutrz późnym popołudniem przyjechał Dick. Przywiózł coś. Prezent.
4
Po tym, jak Wendy zadzwoniła do Dicka – dopilnowała, by syn słyszał każde jej słowo – Danny znów zasnął. Choć miał już osiem lat i chodził do trzeciej klasy, ssał kciuk. Serce ją bolało na ten widok. Podeszła do drzwi łazienki. Stała i patrzyła na nie. Bała się – Danny ją wystraszył – ale musiała się załatwić, a nie zamierzała skorzystać ze zlewu jak on. Na samą myśl o tym, jak by wyglądała, balansując na krawędzi blatu kuchennego z tyłkiem wiszącym nad miską zlewozmywaka (nawet jeśli nikt nie mógłby jej zobaczyć), zmarszczyła nos.
W jednej dłoni trzymała młotek z jej małej wdowiej skrzynki z narzędziami. Kiedy przekręciła gałkę i pchnęła drzwi, wzniosła go. Łazienka była pusta, oczywiście, ale deska sedesu leżała opuszczona. Wendy nigdy nie zostawiała jej w tej pozycji, zanim kładła się spać, bo wiedziała, że gdyby w nocy przyszedł Danny, w może dziesięciu procentach przytomny, pewnie zapomniałby deskę podnieść i całą by zasikał. Poza tym śmierdziało. Okropnie. Jakby szczur zdechł w ścianie.
Zrobiła krok do przodu, potem drugi. Zobaczyła jakiś ruch i obróciła się z wzniesionym młotkiem, żeby uderzyć tego (to) kto przyczaił się za drzwiami. Ale to był tylko jej cień. Boi się własnego cienia, drwili czasem ludzie, ale kto miał do tego większe prawo niż Wendy Torrance? Po wszystkim, co widziała i przez co przeszła, wiedziała, że cienie mogą być niebezpieczne. Mogą mieć kły.
W łazience nie było nikogo, lecz zobaczyła rozmazaną brudną plamę na desce sedesu i drugą na zasłonie prysznica. W pierwszej chwili pomyślała, że to odchody, ale gówno nie jest żółtawosine. Przyjrzała się uważniej i zobaczyła strzępki mięsa i zgniłej skóry. Plamy były też na macie łazienkowej; miały kształt śladów stóp. Śladów zbyt małych, żeby zostawił je mężczyzna.
– O Boże! – wyszeptała.
A jednak skorzystała ze zlewu.
5
Wyciągnęła syna z łóżka w południe. Zdołała wmusić w niego trochę zupy i pół kanapki z masłem orzechowym, ale potem położył się z powrotem. Wciąż nie chciał nic mówić.
Hallorann przyjechał krótko po piątej po południu swoim teraz już leciwym (ale nienagannie utrzymanym i wypolerowanym na oślepiający połysk) czerwonym cadillakiem. Wendy czekała przy oknie, wypatrując go, tak jak kiedyś wypatrywała męża, zawsze z nadzieją, że Jack wróci do domu w dobrym nastroju. I trzeźwy.
Zbiegła po schodach i otworzyła drzwi w chwili, kiedy Dick już miał wcisnąć przycisk domofonu podpisany TORRANCE 2A. Rozpostarł ramiona i Wendy od razu padła w jego objęcia. Pragnęła zostać w tym bezpiecznym uścisku przez co najmniej godzinę. Może nawet dwie.
Puścił ją i odsunął na długość ramienia.
– Dobrze wyglądasz, Wendy. Jak się miewa mały mężczyzna? Zaczął się odzywać?
– Nie, ale z tobą porozmawia. Nawet jeśli początkowo nie na głos, możecie… – Zamiast dokończyć, zrobiła pistolet z palców i wymierzyła w jego czoło.
– Niekoniecznie – powiedział Dick. Jego uśmiech obnażył nową, błyszczącą sztuczną szczękę. Panorama odebrała mu większą część poprzedniej tej nocy, kiedy eksplodował kocioł.
To Jack Torrance wymachiwał drewnianym młotkiem, który pozbawił Dicka protezy, a Wendy umiejętności chodzenia bez lekkiego utykania, ale oboje rozumieli, że prawdziwym winowajcą był hotel. – Ma dużą moc, Wendy. Jeśli zechce się przede mną zamknąć, zrobi tak i już. Wiem to z własnego doświadczenia. Poza tym byłoby lepiej, żebyśmy rozmawiali ustami. Lepiej dla niego. A teraz opowiedz, co się stało.
Zrobiwszy to, Wendy zabrała go do łazienki. Zostawiła plamy, żeby sam je zobaczył, tak jak postąpiłby glina na patrolu zabezpieczający miejsce zbrodni dla techników. Bo tu rzeczywiście doszło do zbrodni. Przeciwko jej synowi.
Dick długo patrzył, niczego nie dotykając, po czym kiwnął głową.
– Zobaczmy, czy Danny jest na nogach.
Nie był, ale jego radosna mina w chwili, kiedy zobaczył, kto siedzi obok niego na łóżku i potrząsa jego ramieniem, sprawiła, że Wendy zrobiło się lżej na sercu.
(cześć Danny mam dla ciebie prezent)
(dzisiaj nie mam urodzin)
Wendy obserwowała ich. Wiedziała, że rozmawiają, ale nie wiedziała o czym.
– Wstawaj, kochany – powiedział Dick. – Przejdziemy się po plaży.
(Dick ona wróciła pani Massey z pokoju 217 wróciła)
Dick jeszcze raz potrząsnął jego ramieniem.
– Mów na głos, Dan. Mama się o ciebie martwi.
– Co to za prezent? – spytał Danny.
Dick się uśmiechnął.
– Już lepiej. Lubię cię słyszeć, Wendy też.
– Tak. – Tylko tyle ośmieliła się powiedzieć. Inaczej usłyszeliby, że głos jej drży.
– Pod naszą nieobecność możesz posprzątać w łazience – powiedział do niej Dick.
– Masz gumowe rękawice?
Skinęła głową.
– To dobrze. Włóż je.
6
Do plaży były trzy kilometry. Parking otaczały tandetne nadmorskie atrakcje – budki z ciastkami i hot dogami, sklepiki z pamiątkami – ale zbliżał się koniec sezonu i interes słabo się kręcił. Mieli prawie całą plażę dla siebie. W czasie jazdy Danny trzymał na kolanach podarowany mu prezent – podłużną, dość ciężką paczkę zawiniętą w srebrny papier.
– Rozpakujesz to potem, najpierw trochę pogadamy – powiedział Dick.
Szli tuż poza zasięgiem fal, po twardym, połyskującym piasku. Danny wolno stawiał kroki, bo Dick był już dość stary. Pewnego dnia umrze. Może nawet wkrótce.
– Jeszcze parę lat pociągnę – zapewnił go Dick. – O to się nie martw. A teraz powiedz mi, co się stało w nocy. Niczego nie pomijając.
Nie trwało to długo. Normalnie najtrudniej byłoby znaleźć słowa, żeby wyrazić ogarniające go przerażenie i to, jak mieszało się ono z duszącym uczuciem pewności: teraz, kiedy go odszukała, nigdy nie odejdzie. Ale ponieważ jego rozmówcą był Dick, Danny słów nie potrzebował, choć one też się znalazły.
– Ona wróci. Ja to wiem. Będzie wracać i wracać, aż mnie dorwie.
– Pamiętasz, jak się poznaliśmy?Choć zaskoczony zmianą tematu, Danny skinął głową. Hallorann oprowadził jego i jego rodziców po hotelu Panorama pierwszego dnia po ich przyjeździe. Wydawało się, że to było bardzo dawno temu.
– I pamiętasz, jak pierwszym razem przemówiłem w twojej głowie?
– Pewnie.
– Co wtedy powiedziałem?
– Zapytałeś, czy chcę pojechać z tobą na Florydę.
– Właśnie. I jakie to było uczucie, dowiedzieć się, że już nie jesteś sam? Że nie jesteś jedyny?
– Wspaniałe – powiedział Danny. – To było super.
– Uhm – przytaknął Hallorann. – No jasne.
Przez chwilę szli w milczeniu. Małe ptaszki – ćwirki, jak nazywała je matka Danny’ego – wbiegały w fale i wybiegały z powrotem na brzeg.
– Nie zdziwiło cię to, że zjawiłem się wtedy, kiedy mnie potrzebowałeś? – Dick Hallorann spojrzał w dół na Danny’ego i uśmiechnął się. – Nie. Pewnie, że nie. Bo i niby dlaczego? Byłeś tylko dzieckiem, ale teraz jesteś już trochę starszy. Dużo starszy pod pewnymi względami. Posłuchaj mnie, Danny. Świat jest tak urządzony, żeby panowała w nim równowaga.
Ja w to wierzę. Jest takie powiedzenie: kiedy uczeń jest gotowy, zjawia się nauczyciel. Ja byłem twoim nauczycielem.
– Byłeś kimś dużo ważniejszym – powiedział Danny. Wziął Dicka za rękę. – Byłeś moim przyjacielem. Uratowałeś nas.
Dick zignorował te słowa… przynajmniej pozornie.
– Moja babcia też jaśniała… pamiętasz, jak ci to powiedziałem?
– Tak. Mówiłeś, że mogliście prowadzić długie rozmowy bez otwierania ust.
– Zgadza się. Ona uczyła mnie. Ją uczyła jej prababcia, jeszcze w czasach niewolnictwa.
Pewnego dnia, Danny, przyjdzie kolej na ciebie, żebyś został nauczycielem. Zjawi się uczeń.
– Chyba że wcześniej dorwie mnie pani Massey – powiedział Danny ponuro.
Doszli do ławki. Dick usiadł.
– Dalej nie odważę się pójść; potem mógłbym nie mieć siły wrócić. Usiądź. Opowiem ci pewną historię.
– Nie chcę żadnych historii. Ona wróci, nie rozumiesz? Będzie wracać i wracać, i wracać.
– Zamknij usta i otwórz uszy. Może się czegoś nauczysz. – Dick uśmiechnął się szeroko, obnażając nową, błyszczącą protezę. – Myślę, że zrozumiesz, o co chodzi. Głupi to ty nie jesteś, kochany.
(...)
***
Kontynuacja bestsellerowego „Lśnienia”.
Pamiętacie małego chłopca obdarzonego niezwykłą mocą? Chłopca nękanego przez duchy? Chłopca uwięzionego w odludnym hotelu wraz z opętanym ojcem? Możecie już poznać jego dalsze losy!
Grupa staruszków nazywająca się Prawdziwym Węzłem przemierza autostrady Ameryki w poszukiwaniu pożywienia. Z pozoru są nieszkodliwi – emeryci odziani w poliester, nierozstający się ze swoimi samochodami turystycznymi. Jednak Dan Torrance już wie, a rezolutna dwunastolatka Abra Stone wkrótce się przekona, że Prawdziwy Węzeł to prawie nieśmiertelne istoty żywiące się substancją wytwarzaną przez poddane śmiertelnym torturom dzieci obdarzone tym samym darem, co Dan. 
Nękany przez mieszkańców hotelu Panorama, w którym jako dziecko spędził jedną straszliwą zimę, Dan przez dziesięciolecia błąka się po Ameryce, usiłując zrzucić z siebie odziedziczone po ojcu brzemię beznadziei, alkoholizmu i przemocy. Ostatecznie odnajduje swoje miejsce w małym miasteczku w New Hampshire, we wspierającej go grupie Anonimowych Alkoholików i w domu opieki, gdzie zachowana z lat dzieciństwa resztka mocy pozwala mu nieść ulgę umierającym w ostatnich chwilach ich życia. Staje się znany jako „Doktor Sen”.
Kiedy Dan poznaje efemeryczną Abrę Stone, jej nadzwyczajny dar budzi drzemiące w nim demony i każe mu stanąć do boju o jej duszę i przetrwanie. To epicka batalia między dobrem i złem, krwawa, pełna rozmachu opowieść, która zachwyci miliony miłośników „Lśnienia” i zadowoli każdego, kto dopiero teraz wkracza w świat tej już klasycznej pozycji w dorobku Kinga.

Cykl: Lśnienie (tom 2)





ZGARNIJ EBOOKA W 



Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger