"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smoki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smoki. Pokaż wszystkie posty
Król smutek Joe Hill

Król smutek Joe Hill

"Nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek trafi na dobry horror o potworze." 


Dokładnie. Zgadzam się ze słowami Króla Smutek.

Czy tutaj trafiłam na dobry horror o potworze?

Nie.

Czy był to w ogóle horror?

Nie był.

A zapowiadało się nieźle: 

"Stworzenie przywołane z Długiej Ciemności, coś w rodzaju demona. Nie... to smok. Enoch Crane nazywa go różnie: durnym robalem, przebiegłym wężem, zbrojnym diabłem. Ale myślę, że opisuje zwykłego smoka, kogoś z rodzaju Smauga. Spłodzonego przez Ojca Zniszczenia, najstarszego i najpotężniejszego ze smoków."

Niestety, to była tylko zapowiedź czegoś mrocznego i na tej zapowiedzi szybko się skończyło.

Dla mnie.

...

"There something wrong with this" book...-  jakby to prawie powiedziała pani Stanton z Czerwonej Róży.

...

Wydawało mi się, że coś jest nie tak z tłumaczeniem, ale potem jednak okazało się, że to nie o tłumaczenie chodzi, tylko o całą historię. Niby było wszystko okej, a jednak nie mogłam się do końca wczuć w tą opowieść. Czołgałam się straszliwie do samego końca...

To, co miało potencjał być mroczne, mroczne nie było: bardziej kojarzyło się z fantasy, a ten rodzaj literatury, choćby nie wiem, jak mroczny, nadal pozostaje fantasy. Było parę świetnych motywów, świetnych momentów, super zaczętych wątków, które mogłyby się rozwinąć w zupełnie innym kierunku i byłoby to MEGA, ale...

Król Smutek nie do końca był straszny. Zostało obdarty, moim zdaniem ze swojego potencjału i bardziej przypominał starszego, trochę bardziej złego brata Mushu z Mulan, o ile taki by istniał.

Jedyną postacią, która miała "jaja" i bardzo pasowała do scenariusza, na który się nastawiłam w bardziej mroczną stronę, był Colin:

"Wprowadziliśmy istotę z legend, z innego wymiaru, do naszego prawdziwego świata. Rozbiliśmy rzeczywistość, jakby była szybą, w którą cisnęliśmy kamieniem. Dla mnie noc, kiedy przyzwaliśmy Króla, jest najważniejszym doświadczeniem w życiu. Najbardziej znaczącym."

Taaa, on zdawał sobie z potencjału, na który ja miałam ochotę, a którego nie dostałam: skończył się on w momencie, w którym się zaczął i w którym Król Smutek wypowiedział pierwsze zdanie...

Marudząc dalej: mogłoby być też o połowę krócej. Jasne, opowieść można przegadać, tak jak to na przykład nie raz robił Stephen King, ale tam jakoś nie miałam wrażenia, że to jest zapchajhistoria o niczym i o wszystkim, jak w Gumbo, choć Gumbo jest smaczne, bo wszystkie składniki są proporcjonalnie dobrane i doprawione.

Jak jest tu?

Kwestia smaku.

Mi nie podeszło.

...

Oczywiście w generalnym rozrachunku, pomijając moje oczekiwania, które zamieniły się w rozczarowanie, starając się obiektywnie spojrzeć na całość, choć oczywiście jest to niemożliwe: jest to długa opowieść na dłuuuuuugie jesienne wieczory, w której nie należy nastawiać się na stricte horror oraz na to, że Joe Hill tworzy tak, jak Stephen King.

Bo tak nie jest.

P.S. I nadal czuję nosem, że NOS4A2 napisał sam King, a nie Joe😎, bo jak na razie CIĄGLE jest to "jego" najlepsza powieść, jaka powstała do tej pory.


MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***
Literacki majstersztyk łączący elementy horroru i fantasy.

Pierwsza po „Strażaku” powieść Joego Hilla – napisana po 9 latach przerwy.

Stworzone z epickim rozmachem dzieło, porównywane do kultowego „To” Stephena Kinga.

PRZEDWIECZNE ZŁO
SZEŚCIORO SZKOLNYCH PRZYJACIÓŁ
I DIABELSKI PAKT, KTÓRY ODMIENI ICH ŻYCIE NA ZAWSZE

UWAŻAJ, CZEGO SOBIE ŻYCZYSZ…

Arthur Oakes to zapalony czytelnik, marzyciel i student Rackham College w stanie Maine – fikcyjnej uczelni znanej z imponującej biblioteki i pięknych starych budynków na mroźnym kampusie. Jednak jego sielankowe studenckie życie – i rozkwitający romans z Gwen Underfoot – zostaje brutalnie przerwane, gdy miejscowa dilerka narkotyków wraz ze swoim wspólnikiem zmuszają go do jednego z najgorszych przestępstw, jakie potrafi sobie wyobrazić: kradzieży rzadkich książek z biblioteki uczelni.

Zrozpaczony Arthur zwraca się o pomoc do najbliższych przyjaciół. Wspólnie obmyślają szalony, fantastyczny plan, by uwolnić Arthura z okrutnej pułapki. Bogaty i nieustraszony Colin Wren proponuje wykorzystać niepokojący, oprawiony w ludzką skórę dziennik okultysty Enocha Crane’a, by przyzwać smoka, który spełni ich rozkazy. Pozostali – odważna i piękna Alison Shiner, waleczne bliźnięta Donna i Donovan McBride oraz bystra i pewna siebie Gwen – bez wahania dołączają do Colina, by zaprzeczyć prawom rzeczywistości i sprowadzić do naszego świata istotę, której istnienie wydaje się niemożliwe.

Ale smoki to istoty podstępne i złe, a pakt, który miał uratować Arthura, zmienia się w przerażający, krwawy rytuał: co roku sześcioro przyjaciół musi złożyć nową ofiarę Królowi Smutkowi – w przeciwnym razie sami staną się jego kolejnym posiłkiem.

Fantastyczna powieść grozy, będąca przede wszystkim hołdem dla wyobraźni, przyjaźni i odwagi.

Mrożąca krew w żyłach opowieść o niebezpieczeństwach współczesnego świata, mrocznej stronie życia akademickiego i nieoczekiwanych konsekwencjach zemsty.

Joe Hill udowadnia, że talent do grozy może być dziedziczny. Ale mrok, który kreuje syn Stephena Kinga, ma zupełnie nowe oblicze.

Książka znalazła się na liście 100 najbardziej godnych uwagi książek wydanych w 2025 roku wg redaktorów „The New York Times Book Review”.

Obłędnie dobra!„The New York Times”

Ogień i krew. Część 1 i 2 George R.R. Martin

Ogień i krew. Część 1 i 2 George R.R. Martin

Widowisko.

To jest fenomenalne, jak z nudnej zwykłej kroniki rodu, pozbawionej żywej narracji i ze śladowymi ilościami dialogu można zrobić coś nieodkładalnego?

Nie wiem.

To jest przykład na magię słowa.

Uwielbiam serial Ród Smoka, który jest dziełem teatralnym raczej: grą nastrojem i twarzą i jest on właśnie dlatego taki, bo dostosowany został do formy powieści - moim zdaniem.

Piękna gra aktorów bez słów, sceny epickie, niezapomniane, ciarkowe, wieloznaczne i wielomówiące zbliżenia - to wszystko jest fenomenalnym odzwierciedleniem tych kronik, które porywają cię do swojego świata i sprawiają, że chcesz poznać historię tych rodów od samego początku, poznać ich duszę, ich emocje i żądze.

I w tym przypadku fajnie było czytać książkę dopiero po serialu, bo wszystko się tak ekstra wizualizowało i kompletnie nie przeszkadzały mi lekkie niedociągnięcia.

Serial jest uwieńczeniem tej nieziemsko napisanej historii rodu Targaryenów. 


MOJA OCENA: 9/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***




Paskuda & Co Magdalena Kozak

Paskuda & Co Magdalena Kozak

Jakież niekonwencjonalne przerobienie konwencjonalnej baśni:)
Super pomysł, czyta się z nieustającym uśmiechem na twarzy. 
Polecam - narracja bardzo dobra;)

Rewelacyjne rysunki:)

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Księżniczka siedziała na parapecie wąskiego okna Wieży. Znudzonym wzrokiem wodziła po doskonale znanym krajobrazie. Wciąż te same pola, lasy i smętne bajora z topniejącego śniegu. Dzisiaj słoneczko przygrzewało już nieco mocniej, jakby właśnie się dowiedziało, że najwyższy czas na przedwiośnie, i postanowiło nadrobić wszystkie poprzednie zaniedbania. 
Księżniczka ziewnęła. Poprawiła tradycyjny hennin w kształcie wysokiego stożka z ciągnącym się niemiłosiernie muślinowym welonem, który zawsze o wszystko zawadzał i darł się przy byle okazji. 
– Pomocy, pomocy – obwieściła beznamiętnym tonem, bardziej z poczucia obowiązku niż rzeczywistej nadziei na wsparcie. – Ratunku. 
– Cicho tam – powiedział Strażnik, również trzymając się obowiązującej konwencji. 
Siedział po turecku na wyliniałej trawie pod Wieżą, wystawiając twarz na ożywcze promienie słońca. Położył włócznię na skrzyżowanych kolanach, oparł się rękami o rozmiękłą ziemię. W zębach zgryzał jakieś źdźbło niewiadomego pochodzenia. 
Księżniczka wychyliła się z okna i z bezbłędnym wyczuciem napluła mu na sam środek hełmu. 
– A masz – stwierdziła. – Kacie, oprawco. 
Strażnik nie przejął się tym hańbiącym czynem ani odrobinę. 
– Eee tam. Wielkie mi co. Jak mi hełm zardzewieje, Książę Pan kupi mi nowy. Nie masz co się wysilać. 
Westchnęli oboje. Rzeczywiście, w ogóle nie było się po co wysilać. 
Powiało tradycyjnym wczesnowiosennym chłodem. Strażnik wstał, przeciągnął się. Podszedł do Wieży, otworzył małe, kamienne drzwiczki i zniknął we wnętrzu ciemnej izdebki. 
Księżniczka westchnęła raz jeszcze, zrezygnowana. Rozejrzała się po zastygłej w bezruchu okolicy. Nic się nie działo, absolutnie nic. 
Po chwili Strażnik wyszedł, opatulony grubym kocem. Popatrzyła na niego z zazdrością. Takiemu to dobrze, koc fajna rzecz... Też by się tak zawinęła, ale jej nie wypadało. Wiało w tej Wieży jak cholera, a ona nic, tylko te muśliny i batysty, musi być przecież zwiewna i powiewna. Pociągnęła nosem. No tak, kolejny katar. 
Strażnik zapatrzył się gdzieś w pole. 
– Oo... – powiedział sennie. – Znowu jedzie. Jakieś coś. 
Księżniczka wbiła wzrok w dal. Dostrzegła mikroskopijną kropkę na horyzoncie. 
– Aha – potwierdziła. – Ale może to nie do mnie... – pocieszyła się złudnie. 
– Daj spokój – zrugał ją Strażnik. – Ile chcesz tu siedzieć, co? Lata lecą, a ty ciągle w tej Wieży. Inne w twoim wieku to już mają mężów i dzieci, i w ogóle... Stroją się, na bale chodzą... – podpuszczał ją sprytnie. 
Ziewnęła. 
– I dzień w dzień muszą uśmiechać się do jakiegoś palanta, kłaniać mu się w pas i mówić: o tak, panie mężu – rzuciła z pogardą. – Brrrr... Nie dla mnie. 
– Jasne – powiedział zgryźliwie Strażnik. – Siedź tu sobie, siedź. Pewnie ci się wydaje, że ta placówka jest szczytem również moich marzeń. 
– Obchodzą mnie twoje marzenia... – zadrwiła ostentacyjnie. 
Nie odpowiedział. 
Kropka rosła, zbliżając się, ujawniała szczegóły swojej tożsamości. Bez wątpienia Rycerz na koniu. Księżniczka popatrzyła z dezaprobatą. Przeszła na drugą stronę Wieży, tę od jeziora. 
– Te, Paskuda – zawołała głośno, wychyliwszy się przez okno. – Rycerz jedzie. 
Nic się nie stało. 
– Paskuda! – powtórzyła Księżniczka. – Wstawaj! Micha! Podano do stołu! 
Woda zabulgotała. Z gwałtownym plaśnięciem z głębiny wynurzyło się olbrzymie, zaspane oko, na wpół przykryte zieloną, chropowatą powieką. Załypało niepewnie, po czym jakby oprzytomniało nieco. Podążyło w górę, wyłaniając się z wody razem z drugim okiem i resztą potwornego pyska. 
– Mniam? – zapytała Paskuda nieufnie. 
– Tak, mniam – westchnęła Księżniczka. – Znowu przywlokło jakiegoś łowcę przygód... 
– Mniam! – zgodziła się z nagłym entuzjazmem Paskuda. 
Wstała powoli, przeciągając się wśród ogłuszającego szumu przelewającej się wody. Ogromne, zielone, kostropate cielsko zachrzęściło, zazgrzytało. Paskuda z wyraźną przyjemnością rozłożyła błoniaste, podobne do nietoperzych skrzydła i spojrzała prosto w przedwiosenne słońce. 
– Schowaj się, głupia! – ofuknęła ją Księżniczka. – Jak cię teraz zobaczy, spierniczy, zanim zdąży zrozumieć, co widział. I na tym będzie koniec, po obiedzie, zero mniam, kapujesz? 
Paskuda obrzuciła ją złym spojrzeniem, zanurzyła się jednak posłusznie (...)

***

Za górami, za lasami, w niedostępnej krainie król srogi córę swą nadobną w brylantowej wieży z kości słoniowej uwięzić kazał. Niezwyciężonego rycerza, o czarnym sercu, dla ochrony przed chmarą zalotników jej przydał i smoka srogiego przy wieży ulokował. Jednak piękny i mężny królewicz niczego się nie uląkł...


Tyle można przeczytać w oficjalnych kronikach, ale wiemy przecież kto płaci kronikarzom.
Naprawdę było tak:

Król, owszem srogi, córa... o całkiem miłej aparycji, wieża – średni standard niedofinansowanego dewelopera, niezbyt kwalifikowany strażnik, a smok... A smok był faktycznie srogi. I paskudny…

Dowcipne i pełne ciepła opowieści o Księżniczce, Strażniku i smoku, którzy – skazani na swoje towarzystwo – muszą odkryć siebie i innych na nowo. O rodzącej się solidarności, przyjaźni i, oczywiście, miłości.





Dziewczynka, która wypiła księżyc Kelly Barnhill

Dziewczynka, która wypiła księżyc Kelly Barnhill

"Dawno, dawno temu żyła sobie dziewczynka, która nie miała wspomnień. Dawno, dawno temu żył sobie smok, który nigdy nie dorastał. Dawno, dawno temu żyła sobie babcia, która nie mówiła prawdy. Dawno, dawno temu żył sobie bagienny potwór, który był starszy od świata i kochał świat i wszystkich ludzi na tym świecie, ale nie zawsze wiedział, co należy powiedzieć (...)Dawno, dawno temu żył sobie mężczyzna w długiej szacie, o sępiej twarzy. Dawno, dawno temu żyła sobie kobieta z krokwi (...) Dawno, dawno temu była sobie mroczna wieża, która przeszywała niebo i spowijała wszystko szarością. Tak. To wszystko jedna opowieść."

Spodziewałam się, że magia tej opowieści mnie powali.
Na początku tak było.
Potem jednak, w miarę czytania, zrobiło się nieco monotonnie, czyli nudnawo.
Wiadomo, że baśnie, czytane wieczorami, zazwyczaj usypiały i w moim przypadku tak prawie się stało:)
Jednakże plejada postaci, sam pomysł i historia jest bardzo ciekawa, choć czytałam bardziej magiczne i porywające opowieści. 
Az się prosi ekranizacja:)

Słabsze 7 - za rozczarowanie i za wysokie oczekiwania:)


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


1.
W którym rozpoczyna się pewna opowieść

Tak.
W tym lesie mieszka wiedźma. Mieszka tam od zawsze.
Przestaniesz się wiercić? Och, na gwiazdy! Nie znam drugiej takiej wiercipięty.
Nie, serdeńko, nie widziałam jej. Nikt jej nie widział. Od wielu lat. Zrobiliśmy, co tylko możliwe, żeby nigdy jej nie zobaczyć.
Możliwe, choć straszne.
Nie każ mi tego mówić. Zresztą i tak już wiesz.
Och, nie wiem, skarbie. Nikt nie wie, czemu pragnie dzieci. Nie wiemy, czemu się upiera, że to zawsze musi być najmłodsze spośród nas. Nie możemy jej przecież tak po prostu zapytać. Nikt jej nie widział. Pilnujemy, żeby nikt jej nie zobaczył.
Oczywiście, że ona istnieje. Cóż za pytanie! Spójrz na te lasy! Jakie zdradliwe! Trujący dym, leje, wrzące gejzery i straszliwe niebezpieczeństwa, gdziekolwiek spojrzeć. Myślisz, że to dzieło przypadku? Bzdura! To sprawka Wiedźmy. Jeśli nie będziemy jej posłuszni, to co się z nami stanie?
Naprawdę muszę ci to tłumaczyć?
Wolałabym nie.
No już, już, nie płacz. Przecież Rada Starszych po ciebie nie przyjdzie. Jesteś za duża.
Z naszej rodziny?
Tak, skarbie. Dawno temu. Jeszcze zanim się urodziłaś. Śliczny był z niego chłopczyk.
A teraz kończ kolację i bierz się do pracy. Jutro czeka nas wczesna pobudka. Dzień Ofiary nie czeka na nikogo, a wszyscy musimy być obecni, żeby podziękować dziecku, które daruje nam jeszcze jeden rok.
Twój brat? Miałabym o niego walczyć? Przecież wtedy Wiedźma zabiłaby nas wszystkich i jak by to się dla nas skończyło? Poświęcić jedno lub poświęcić wszystkich. Tak działa ten świat. Nie zmienimy tego, choćbyśmy próbowali.

Dość tych pytań. Zmykaj już. Głupie dziecko.

2.
W którym nieszczęsna kobieta traci zmysły

Tego ranka Najstarszy Gherland z niczym się nie spieszył. Wszak Dzień Ofiary przypadał raz na rok, a on lubił prezentować się doskonale podczas uroczystej procesji do przeklętego domu oraz potem, w trakcie posępnego powrotu. Zachęcał pozostałych Starszych, by szli za jego przykładem. Pospólstwo powinno zobaczyć prawdziwe widowisko.
Starannie nałożył róż na zapadnięte policzki i podkreślił oczy grubymi kreskami z antymonowego proszku. Wyszczerzył się do lustra, dla pewności, czy nie ma niczego między zębami. Uwielbiał to lustro. Jedyne w całym Protektoracie. Nic nie sprawiało Gherlandowi większej przyjemności niż posiadanie na wyłączność czegoś niepowtarzalnego. Lubił być wyjątkowy.
Najstarszy miał bardzo wiele przedmiotów, których nie posiadał żaden inny mieszkaniec Protektoratu. Na tym polegała jedna z zalet jego stanowiska.
Protektorat – przez jednych nazywany Królestwem Cattail, przez innych zaś Miastem Smutków – był wciśnięty między zdradziecki las z jednej strony a rozległe Moczary z drugiej. Większość mieszkańców Protektoratu żyła z Moczarów. Matki powtarzały swym dzieciom, że zapuszczanie się na Moczary to ich szansa na przyszłość. Może nieszczególnie spektakularna, ale lepsza taka niż żadna. Na Moczarach roiło się od pędów zirinu wiosną, kwiatów zirinu latem i cebulek zirinu jesienią – oraz całego mnóstwa leczniczych i magicznych roślin, które można było zebrać, ususzyć i sprzedać kupcom zza lasu. Ci transportowali dary Moczarów do Wolnych Miast, daleko od Protektoratu. Sam las był straszliwie niebezpieczny, a przebyć go można było jedynie Drogą.
Droga zaś należała do Starszych.
To znaczy: należała do Najstarszego Gherlanda, a pozostali Starsi mieli w niej swój udział. Do Starszych należały również Moczary. I sady. I domy. I targowiska. Nawet ogródki.
Dlatego właśnie rodziny z Protektoratu wyplatały sobie obuwie z trzciny. Dlatego w czasach głodu karmiły swoje dzieci gęstym, pożywnym moczarowym bulionem, w nadziei, że Moczary je wzmocnią.
Dlatego właśnie Starsi i ich bliscy byli wyrośnięci, silni i rumiani – oni żywili się wołowiną, masłem i piwem.
Rozległo się pukanie do drzwi.
– Wejść – wymamrotał Najstarszy Gherland, poprawiając szatę.
W drzwiach stanął Antain, jego siostrzeniec. Ten bezrozumny chłopak szkolił się na Starszego, lecz tylko dlatego, że Gherland, w chwili słabości, obiecał to jego jeszcze bardziej bezrozumnej matce. Nie, nie powinien tak o nich myśleć. Antain był prawie trzynastoletnim, dość miłym młodzieńcem. Ciężko pracował i wszystko chwytał w lot. Świetnie radził sobie z liczbami. Miał zręczne dłonie i potrafił w mgnieniu oka zbudować wygodną ławkę dla zmęczonego Starszego. Wbrew sobie Gherland czuł rosnący, niewytłumaczalny sentyment do tego chłopca.
Ale.
Antain miał głowę pełną wielkich pomysłów i efektownych spostrzeżeń. Oraz pytań. Gherland zmarszczył brwi. Antain był – jak by to ująć? – zbyt przenikliwy. Jak tak dalej pójdzie, trzeba go będzie uciszyć, nieważne, że to krewny. Myśl ta ciążyła Gherlandowi niczym kamień.
– WUJU GHERLANDZIE! – W głosie Antaina słychać było prawdziwy entuzjazm.
– Uspokój się, chłopcze! – warknął Najstarszy. – To poważne wydarzenie!
Chłopiec przygasł. Jego rozradowana twarz, która zawsze przypominała Gherlandowi psi pysk, wydłużyła się. Najstarszy oparł się pokusie, żeby poklepać go łagodnie po głowie.
– Przysłano mnie – podjął Antain bardzo cichym głosem – abym ci przekazał, że pozostali Starsi są gotowi. A pospólstwo czeka już wzdłuż drogi. Stawili się wszyscy.
– Co do jednego? Nikt się nie wymigiwał?
– Po tym, co zaszło w zeszłym roku, wątpię, żeby ktokolwiek próbował – odparł Antain i aż się wzdrygnął.
– Szkoda. – Gherland raz jeszcze zerknął do lustra, poprawiając róż na policzkach. Lubił od czasu do czasu udzielić lekcji mieszkańcom Protektoratu. Wszystko od razu stawało się jasne. Dotknął obwisłych fałd poniżej podbródka i zmarszczył brwi. – Dobrze, siostrzeńcze – rzekł, obracając się ze wspaniałym szelestem szat; opracowanie tego efektu zajęło mu ponad dekadę. – Ruszajmy zatem. Dziecko samo się nie poświęci.
I dostojnym krokiem wyszedł na ulicę, a Antain dreptał za nim.

Zazwyczaj Dzień Ofiary przebiegał z należytą pompą i powagą. Dzieci oddawano bez słowa skargi. Odrętwiałe rodziny rozpaczały w milczeniu, otoczone przez sąsiadów, którzy chcąc ulżyć ich bolesnej stracie, znosili im potem garnki z pożywnymi potrawami.
Zazwyczaj nikt nie łamał zasad.
Lecz nie tym razem.
Najstarszy Gherland zacisnął usta, marszcząc przy tym brwi. Skowyt matki dobiegł jego uszu, jeszcze zanim procesja skręciła w ostatnią ulicę. Mieszkańcy zaczynali się wiercić z zażenowaniem.
Kiedy Rada Starszych dotarła do domu rodziny, jej oczom ukazał się niesłychany widok. W drzwiach powitał ich mężczyzna z podrapaną twarzą, spuchniętą dolną wargą i krwawiącymi łysymi plackami w miejscach, gdzie całymi garściami wyrwano mu włosy z głowy. Usiłował się uśmiechnąć, lecz wtedy jego język odruchowo dotknął dziąsła ze świeżą raną po wybitym zębie. Mężczyzna, zapewne ojciec, zacisnął usta i spróbował się pokłonić.
– Przykro mi, czcigodni – powiedział. – Pojęcia nie mam, co w nią wstąpiło. Zupełnie jakby odjęło jej rozum.
Gdy Starsi weszli do środka, z krokwi ponad ich głowami dobiegły wrzask i wycie kobiety. Lśniące czarne włosy wiły się wokół jej głowy niczym kłębowisko węży. Syknęła jak osaczone zwierzę i splunęła. Jedną ręką i nogą kurczowo trzymała się belki, drugą ręką zaś mocno przyciskała dziecko do piersi.
– WYNOŚCIE SIĘ! – wrzasnęła. – Nie zabierzecie jej. Pluję wam w twarz i przeklinam wasze imiona. Natychmiast opuśćcie mój dom albo wydrapię wam oczy i rzucę je krukom!
Starsi gapili się na nią z rozdziawionymi ustami. Nie wierzyli własnym oczom. Nikt nigdy nie walczył o dziecko przeznaczone na ofiarę. Tak się po prostu nie robiło.
(Tylko Antain zaczął płakać. Postarał się jednak, żeby nikt z dorosłych tego nie zobaczył).
Gherland szybko się zastanowił i przybrał dobrotliwy wyraz twarzy. Wyciągnął w stronę matki otwarte dłonie na dowód, że nie chce jej wyrządzić żadnej krzywdy. Uśmiechnął się, choć zęby miał zaciśnięte. O mało nie wyzionął ducha od całej tej życzliwości.
– Ależ to nie my ją zabieramy, moja nieszczęsna, zagubiona córko – przemówił tak cierpliwie, jak tylko potrafił. – Zabiera ją Wiedźma. My jedynie robimy to, co nam kazano.

Niczym rozwścieczona niedźwiedzica, kobieta wydała z głębi piersi głuchy, gardłowy dźwięk.
Gherland położył dłoń na ramieniu zakłopotanego męża i delikatnie je ścisnął.
– Wygląda na to, dobry człowieku, że macie rację: waszej żonie istotnie odjęło rozum. – Starannie ukrywał gniew za fasadą troski. – Rzadki to przypadek, rzecz jasna, lecz nie bez precedensu. Musimy odpowiedzieć współczuciem. Trzeba jej opieki, nie kary.
– ŁŻESZ – rzuciła kobieta z pogardą. Dziecko zaniosło się płaczem i kobieta wspięła się jeszcze wyżej, zapierając się stopami o równoległe krokwie i przyciskając plecy do stromizny dachu. Ustawiła się tak, by nie mogli jej dosięgnąć, i zaczęła karmić dziecko. Natychmiast się uspokoiło. – Jeżeli ją zabierzecie – warknęła – odnajdę ją. Odnajdę i odzyskam. Przekonacie się.
– I stawisz czoło Wiedźmie? – zaśmiał się Gherland. – Całkiem sama? Och, biedna, zagubiona duszyczko. – Jego słowa ociekały słodyczą, lecz twarz pałała gniewem. – Rozpacz odebrała ci zmysły. Wstrząs obrócił nieszczęsny umysł w strzępy. Nieważne. Uleczymy cię, biedactwo, jak tylko potrafimy. Straże!
Pstryknął palcami i do izby wbiegły uzbrojone strażniczki. Była to specjalna jednostka, przysłana jak zawsze przez Siostry Gwiazdy. Na plecach miały łuki i kołczany, u boków zaś ostre miecze. Ich długie włosy, zaplecione w warkocze, sięgały bioder – było to świadectwo wielu lat kontemplacji i szkolenia bojowego na szczycie Wieży. Na widok ich kamiennych twarzy nawet Starsi, pomimo swej władzy i pozycji, schodzili im z drogi. Siostry były potęgą, która budziła lęk. Nikt nie ważył się z nimi igrać.
– Wydrzyjcie dziecko z objęć tej kobiety i odprowadźcie nieszczęśnicę do Wieży – rozkazał Gherland. Spojrzał gniewnie na uczepioną krokwi matkę, której twarz pobladła. – Siostry Gwiazdy wiedzą, jak sobie radzić z niesprawnymi umysłami, moja córko. Jestem pewien, że to prawie wcale nie boli.
Straże działały sprawnie, spokojnie i bez cienia litości. Matka nie miała żadnych szans. W ciągu kilku chwil została skrępowana i wyniesiona. Jej skowyt niósł się echem po milczącym mieście, po czym urwał się nagle, kiedy wielkie drewniane drzwi Wieży zatrzasnęły się z hukiem, więżąc kobietę w środku.
A co się tyczy dziecka, to gdy tylko znalazło się w objęciach Najstarszego, przez krótką chwilę płakało, po czym skupiło uwagę na jego twarzy, trzęsącej się, pomarszczonej i pobrużdżonej. Spojrzenie dziewczynki – niewzruszone, sceptyczne, intensywne – sprawiało, że Gherland nie potrafił odwrócić od niej wzroku. Pukle i oczy miała czarne. Świetlista skóra przypominała wypolerowany bursztyn. Pośrodku czoła dziewczynki widniało znamię w kształcie półksiężyca. Jej matka miała podobne. Mądrość ludowa głosiła, że tacy ludzie są wyjątkowi. Gherland z zasady nie znosił mądrości ludowych, a już z pewnością nie znosił, kiedy mieszkańcom Protektoratu wydawało się, że są kimś lepszym niż w rzeczywistości. Zachmurzył się jeszcze bardziej i nachylił nad małą, marszcząc brwi. Dziecko wysunęło język.
„Cóż za okropny bachor”, pomyślał Gherland.
– Czcigodni – przemówił z całym dostojeństwem, jakie zdołał z siebie wykrzesać – już czas. – I dokładnie w tej samej chwili na szatach Gherlanda rozkwitła wielka, ciepła, mokra plama. Udał, że niczego nie zauważył, lecz w środku kipiał ze złości.
Dziewczynka zrobiła to celowo. Był o tym przekonany. Cóż za odrażający dzieciak.
Procesja jak zwykle sunęła powoli, posępnie i ciągnęła się w nieskończoność. Gherland z trudem panował nad zniecierpliwieniem. Lecz gdy tylko bramy Protektoratu zamknęły się za nimi i mieszkańcy razem ze smutnym potomstwem powrócili do swych burych, ciasnych domów, Starsi natychmiast przyspieszyli kroku.
– Ale wuju, dlaczego biegniemy? – zapytał Antain.
– Milcz, chłopcze! – syknął Gherland. – I nie zwalniaj!
Nikt nie lubił przebywać w lesie, z dala od Drogi. Nawet Starsi. Nawet Gherland. Obszar bezpośrednio przylegający do murów był dość bezpieczny. W teorii. Ale każdy znał kogoś, kto przez przypadek zawędrował za daleko. I wpadł do leja. Lub wszedł do błotnistej kipieli i stracił większość skóry. Albo zapuścił się w głąb kotliny, gdzie powietrze było trujące, i nigdy nie powrócił. W lesie roiło się od niebezpieczeństw.
Podążyli krętą ścieżką do niewielkiej kotliny, wokół której rosło pięć wiekowych drzew, znanych jako Służebnice Wiedźmy. Albo sześć. „Czy nie było ich pięć?” Gherland uważnie przypatrzył się drzewom, policzył je raz jeszcze i potrząsnął głową. Sześć. Nieważne. Las działał mu na nerwy. Koniec końców te drzewa były niemal tak stare jak świat.
Ziemia wewnątrz kręgu była miękka i pokryta mchem. Starsi położyli na niej dziecko, uciekając od niego wzrokiem, po czym odwrócili się i już mieli czym prędzej odejść, kiedy najmłodszy z nich odchrząknął.
– Czyli... Po prostu ją tu zostawiamy? – zapytał Antain. – Tak to się robi?
– Tak, siostrzeńcze – odparł Gherland. – Tak to się robi. – Naraz poczuł na ramionach ciężar zmęczenia, niczym jarzmo, i pochylił się, osłabiony.
Antain uszczypnął się w szyję w nerwowym odruchu, od którego nie potrafił się uwolnić.
– Nie powinniśmy zaczekać, aż zjawi się Wiedźma?
Zapadła niezręczna cisza.
– Że co proszę? – zapytał Raspin, najbardziej zgrzybiały ze Starszych.
– Cóż, z pewnością... – Antain urwał. – Z pewnością powinniśmy zaczekać na Wiedźmę – dokończył cicho. – Co się z nami stanie, jeśli dzikie zwierzęta zjawią się pierwsze i porwą dziecko?
Pozostali Starsi spojrzeli na Najstarszego, zaciskając mocno wargi.
– Na szczęście, siostrzeńcze – rzekł Gherland pospiesznie, wskazując chłopcu drogę powrotną – nigdy nie zetknęliśmy się z podobnym problemem.
– Ale... – Antain uszczypnął się ponownie, tym razem tak mocno, że na jego szyi został ślad.
– Żadne ale – uciął Gherland. Położył dłoń na plecach chłopca i pomaszerował wydeptaną ścieżką.
Jeden za drugim Starsi odchodzili, pozostawiając dziecko samemu sobie.
Odchodzili – wszyscy z wyjątkiem Antaina – nie z pytaniem, czy dziecko zostanie pożarte przez dzikie zwierzęta, lecz raczej ze świadomością, że na pewno tak właśnie się stanie.
Odchodzili pewni jednego: nie ma żadnej wiedźmy. I nigdy nie było. Istniał jedynie niebezpieczny las i Droga, i życie, którym Starsi cieszyli się od wielu pokoleń. Wiedźma – czy raczej wiara w nią – była dla ludzi przerażonych, posłusznych, uległych, którzy żyli w oparach smutku, żalu, paraliżującego zmysły i otępiającego umysł. Z punktu widzenia Starszych i ich niczym nieskrępowanych rządów był to nad wyraz wygodny układ. Wygodny i oczywiście nieprzyjemny, ale cóż począć.
Wędrując przez las, słyszeli płacz dziecka, wkrótce jednak zagłuszył go bulgot Moczarów, ptasi śpiew i skrzypienie okolicznych drzew. Każdy Starszy czuł absolutną pewność, że dziewczynka nie dożyje poranka i że nigdy więcej jej nie usłyszą, nie zobaczą, nie poświęcą jej choćby jednej myśli.
Sądzili, że odeszła na zawsze.
Rzecz jasna, byli w błędzie (...)
***

Bestseller „New York Timesa”, nagrodzony prestiżowym Medalem Johna Nebery’ego za wybitny wkład w amerykańską literaturę dziecięcą.


Od wieków mieszkańcy Protektoratu wierzą, że pobliski las zamieszkuje okrutna wiedźma, której gniew obłaskawić może tylko najmłodszy mieszkaniec osady złożony w ofierze złej czarownicy. Co roku pozostawiają więc w lesie niemowlę, licząc na to, że danina z niewinnego życia powstrzyma wiedźmę przed terroryzowaniem ich miasta.

Ale Xan jest dobra. Dom w leśnym zaciszu dzieli z mądrym potworem Glerkiem i maleńkim smokiem Fyrianem o wielobarwnych skrzydłach. Ratuje ona porzucone dzieci i oddaje w opiekę rodzinom po drugiej stronie lasu, karmiąc niemowlęta blaskiem gwiazd. Jednemu z nich przypadkowo daje jednak do wypicia blask księżyca, napełniając je magią o niewyobrażalnej mocy. Xan postanawia sama wychować tę niezwykłą dziewczynkę. Kiedy zbliżają się trzynaste urodziny Luny, jej moc przybiera na sile...

Mnożące się dokoła złowrogie znaki wzmagają strach mieszkańców Protektoratu. Jeden z nich postanawia zabić wiedźmę, by uwolnić swój lud od trwającego od lat terroru. Do czego doprowadzić może wiara w zabobony? Jak niebezpieczna jest moc, którą posiadła Luna i jak potoczą się losy Xan, Glerka oraz Fyriana, którzy stali się rodziną dziewczynki?





Zaklęcie na wiatr Paulina Kuzawińska

Zaklęcie na wiatr Paulina Kuzawińska

"Ale nocą morze stawało się straszne. Jeśli było pochmurnie, woda i niebo zlewały się w jedną, bezkresną masę ciemności. Dookoła nie było widać żadnego światła. Na pokładzie robiło się cicho. Szum fal zmieniał się w złowrogi ryk, w kakofonie splątanych bałwanów, skrywających pod powierzchnią świat bez dna, zmieniający ludzi w topielców. Świat bez głosów i bez powietrza, w którym milczy się już na zawsze. Świat, który nie został stworzony dla ludzi."

Bardzo mocne 6.
Początek bardzo średni i całe szczęście, że dość szybko rozkręciła się opowieść, bo poczułam się zniechęcona.

Potem już było coraz lepiej:)

Bardzo dobra historia fantasy o piratach, magach, królach i smokach, z czego tych ostatnich są śladowe ilości, ale to może dlatego, że coś czuje się nosem 2 część...?
Z pewnością przeczytam;)

Polecam, choć narracja mogłaby być ciutkę lepsza i chwilami mniej przegadana;)

MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

1.
Wieczorna mgła zaczynała wypełzać z namorzynów. Gasiła krwisty odblask fal, które barwiło słońce ginące za horyzontem. Gwinto Gerk, siedzący na dziobie łodzi, zasępił się na ten widok. Morze, choć leniwie spokojne, przypominało dziś krew i płomień, a skłębione korzenie namorzynów chowające się pod powierzchnią były bardzo zdradliwe. Jak wszyscy ludzie morza Gwinto był człowiekiem przesądnym. Jego los nieraz już zależał od kaprysu żywiołów – nic więc dziwnego, że wypatrywał w nich znaków przyszłości. Tego wieczora miał dodatkowe powody do ponurych przeczuć. Dwóch wioślarzy właśnie wiodło go ku zatoce, w której osiem lat temu niemal stracił życie.
Uważał, że ocalenie było mu wówczas pisane. Miał bowiem do spełnienia ważną misję. Misję, która stała się sensem jego życia. Teraz, gdy pierwszy raz od dawna miał zejść na znajomy ląd, Gwinto spieszył spłacić zadawniony dług wobec swojego wybawcy. A także, na co liczył nawet jeszcze bardziej, ubić interes.
Wsłuchiwał się w miarowe, wprawne chlupotanie wioseł, w cichnący świergot moczarowych ptaków i w szmer drzew od strony brzegu. Wciągał głęboko jego zapach: woń mułu, ryb, wieczornych dymów i zroszonych traw. To wszystko sprawiało, że lekkie rozrzewnienie spłynęło mu na pierś. Inaczej zapamiętał to miasteczko, kiedy był w nim ostatnim razem, osiem lat temu. Teraz było cichsze. Mroczniejsze. W pewien sposób wymarłe. Domy rybaków wzniesione na palach nie rozbrzmiewały śmiechem, nad wodą nie niosły się tony skocznej muzyki. Jedno z takich drewnianych domostw, dość okazałe i obszerne, należało kiedyś do jego rodziny. To było dawno. Nieopodal, w podobnej siedzibie, mieszkał ktoś, komu Gwinto chciał złożyć wizytę.
Łódź sunęła skrajem namorzynów, tnąc cicho powierzchnię wody i gęstniejącą mgłę. Wreszcie dziób osiadł miękko w wilgotnym piasku, pobielonym plamkami drobnych muszelek. Było tutaj bezpiecznie: w cieniu brzegowych skał, z których szczelin wichry dobywały dziwne jęki, będące źródłem wiary mieszkańców, że miejsce jest nawiedzone. Od nagłych wirów, które tworzyły się u ujścia rzeki, chroniły zarośla.
– Warras, zostań przy łodzi. Tiko pójdzie ze mną.
Mężczyźni wyjmowali z dna czółna nieforemny tobół. Gwinto zarzucił go sobie na plecy i podążył kołyszącym krokiem w stronę leżących nad ziemnymi wałami, okolonych częstokołem zagród. Przeglądały się one w jednej z odnóg Vissli, tworzących pobliską deltę.
Dwaj mężczyźni przeszli po kamiennym mostku, przecinającym jeden z licznych, wijących się kanałów, i podążyli pnącą się dalej ścieżką. Widzieli kilku rybaków oraz wyłaniających się z mgły drobnych myśliwych, którzy na noc zastawiali sidła na moczarach, gdzie budziły się teraz roje błędnych ogników. Ktoś grał w domu na liturii. Z daleka, ponad przyciszonymi głosami wieczornej krzątaniny, powrotów do domu, powitań i przygotowywanych oraz spożywanych kolacji, płynęła nucona wysokim głosem pieśń.
Gwinto Gerk zatrzymał się przed wysoką furtą zagrody, której szukał. Pociągnął za koniec zwisającego z ogrodzenia sznura, który rozkołysał cynowy dzwonek. Brzęczącym uderzeniom towarzyszyło szczekanie biegających wzdłuż płotu psów – raczej podekscytowane i radosne niż groźne.
– Kto? – odezwał się zza furty młody głos. Do kogokolwiek należał, ten ktoś zbliżył się cicho jak duch. Pytanie było zadane zdecydowanym, prawie podejrzliwym tonem.
– Gwinto Gerk, do usług. Przychodzę do Ravaela.

***
Gwinto Gerk to wilk morski, który zbiegł z rodzinnego miasta lata temu. Kiedy nagle powraca do domu, wszyscy przeczuwają kłopoty. Tylko Arion widzi w wujku bohatera, a w jego opowieściach spełnienie marzeń.
Kiedy Gwinto wyrusza w dalszą podróż, pozostawia szkatułę pełną drogocennych kryształów i tajemniczą księgę oprawioną w skórę morskiego węża. Jego tropem rusza mag o srebrnych oczach, który nie cofnie się przed niczym, aby go dopaść…
Jaką tajemnicę skrywa morze? Co łączy królewskiego maga i zwykłego żeglarza? Czy zemsta warta jest każdej ceny? Arion wyrusza wbrew swej woli w podróż na kraniec świata, gdzie ma nadzieję znaleźć odpowiedzi na te pytania.




Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger