"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Córka zegarmistrza Kate Morton

Córka zegarmistrza Kate Morton

"Ogień trzaskał na palenisku, płomienie świec drżały, a w ciemnościach, w atmosferze rozkosznego lęku i wyznań, narodziło się coś złego."

Ta historia urzeka już od pierwszych słów.
Klimatem.
Stylem.
Narracją.
Niełatwo jest wyczarować taki niesamowity nastrój - przeniosłam się prawie dosłownie w sam środek opisywanych dwóch światów.
Coś zupełnie innego, pięknego - cudowna odskocznia od plastików literackich dnia codziennego.

POLECAM!


MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Ojciec wołał na mnie Birdie, mawiał, że jestem jego małym ptaszkiem. Dla wszystkich byłam jego dzieckiem, córką zegarmistrza. Edward nazywał mnie swoją muzą, przeznaczeniem. Ludzie pamiętają mnie jako złodziejkę, oszustkę, tę, która miała się za lepszą od innych i nie była niewiniątkiem.


Nikt już nie pamięta mojego prawdziwego imienia. I nikt nie wie, co naprawdę stało się tamtego lata.
***

Latem 1862 roku grupa młodych artystów, którym przewodził utalentowany i pełen pasji Edward Radcliffe, przybyła do Birchwood Manor w malowniczym Oxfordshire. Planowali spędzić miesiąc na łonie natury, szukając inspiracji. Ale ich pobyt na prowincji właśnie dobiega końca: jedna z uczestniczek wyprawy została zastrzelona, druga zniknęła – podobnie jak pewna bezcenna pamiątka rodowa – a życie Edwarda Radcliffe’a legło w gruzach.

Ponad 150 lat później Elodie Winslow, młoda archiwistka z Londynu, odnajduje skórzaną torbę, a w niej dwa pozornie niezwiązane ze sobą przedmioty: zdjęcie w kolorze sepii, przedstawiające zniewalająco piękną kobietę w wiktoriańskim stroju, i szkicownik artysty z rysunkiem domu z dwuspadowym dachem, stojącego w zakolu rzeki.

Dlaczego Birchwood Manor wydaje się Elodie tak znajome? Kim jest młoda kobieta na fotografii? Czy kiedykolwiek pozna jej tajemnicę?

Córka zegarmistrza jest historią o skrywanym sekrecie, okrutnym morderstwie, zuchwałej kradzieży, sztuce, miłości i stracie, opowiedzianą głosem Birdie Bell – córki zegarmistrza, która była świadkiem i uczestnikiem tamtych dramatycznych wydarzeń.











Legenda niemej wyspy Vanessa Montfort

Legenda niemej wyspy Vanessa Montfort

"Dotarłem do tego miejsca morzem, na łodzi należącej do położonego na wyspie więzienia. W ruch wprawiała ją załoga złożona z więźniów. Ich biało-beżowe pasiaki sprawiały, że wyglądali jak wyblakłe tygrysy."

Magiczna, dickensowska powieść o... Dickensie. 
O tajemnicy. 
O skarbie. 
O przeznaczeniu. 
O miłości. 

A wszystko na jednej Wyspie Umarłych, pełnej szaleńców i straceńców...

Rewelacyjna, głęboka powieść, czytana jednym tchem - polecam!

MOJA OCENA: 8/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
„Każda wyspa kryje jakąś tajemnicę lub ukryty skarb. Na tej znajdziesz i jedno i drugie”.

Położona na rzece East River niemal na wprost Manhattanu mroczna wyspa Blackwella to miejsce, w którym przebywają osoby odrzucone przez konserwatywne społeczeństwo. Znajdujące się tam więzienie, przytułek, poprawczak oraz zakład psychiatryczny zarządzane są żelazną ręką dyrektora Scraugha i panny Grady – ponurej przełożonej pielęgniarek. Ich podopieczni to przestępcy, prostytutki, sieroty oraz chorzy na ciele i umyśle.

W wieku trzydziestu lat Karol Dickens jest już uznanym pisarzem. W trakcie podróży po Stanach Zjednoczonych otrzymuje tajemniczy list, którego anonimowy autor zaprasza go, by odkrył tajemnice skrywane przez wyspę Blackwella. Tam poznaje młodą i oddaną swej pracy pielęgniarkę Annę Radcliffe, która towarzyszyć mu będzie w niezwykłej przygodzie. 

Pisarz i pielęgniarka wspólnie stawią czoło niebezpiecznym tajemnicom wyspy. A kiedy intrygi i przemoc przybiorą na sile, Dickens postanowi opowiedzieć skazańcom pewną historię, licząc na to, że dzięki niej wyrwie ich z letargu i beznadziei. Snuta przez niego opowieść stanie się podwaliną jednej z jego najsłynniejszej książek – „Opowieści wigilijnej”.





Człowiek, którego prześladował czas Diane Setterfield

Człowiek, którego prześladował czas Diane Setterfield

"Tyk!
Cóż to za upiorny zegar, że tak boleśnie odlicza sekundy?
Tyk!
Cóż za morze czasu między tyknięciami. Każde tyknięcie może być ostatnie.
Tyk!
Nie wolno mu dopuścić, żeby zegar stanął.
Tyk!
Ale jak go nakręcić? Pomacał się po kieszonce na piersi, szukając zegarka... Ale co to takiego? W kieszonce zegarka nie było! Tykanie dochodziło z jego piersi!
Tyk!
A każde tyknięcie może być ostatnie...
Tyk!"

Specyficznie hipnotyzująca opowieść o tajemniczym panu Blacku, śmierci i... krukach.

Bohaterem jest William Bellman, który jako dziesięcioletni chłopiec kruka z procy i to wydarzenie zawarzyło na całym jego życiu, które na początku wydaje się być błogosławione - szczęśliwe małżeństwo z piękną kobietą, ojciec silnych i zdrowych dzieci, sukces w biznesie. 
Jednak...
Wokół niego panoszy się śmierć. Umierają jego znajomi, bliscy, pracownicy. I na każdym pogrzebie męczy go widok pojawiającego się obcego mężczyzny w czerni, uśmiechającego się tylko do niego. 

Kiedy po pewnym czasie dochodzi do konfrontacji, uśmiechnięty nieznajomy ma propozycję dla Williama - tajemniczy układ, o nazwie "Bellman & Black"...

Styl poetycki, troszkę magii narracyjnej w stylu Zafona. Nie wszystkim przypadnie do gustu, bo jest to spokojna, bardzo spokojna opowieść o przemijaniu.

Refleksja i zaduma, a przy tym ciekawość - jak skończy się historia głównego bohatera i jego prześladowcy /?/?


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!



Słyszałem, jak ci, którzy zapewne nie mogą tego wiedzieć, mówili, że w ostatniej chwili całe życie przewija się człowiekowi przed oczami. Jeśli tak jest, to jakiś cynik powiedziałby pewnie, że William Bellman spędził swoje ostatnie chwile, kontemplując od nowa długi ciąg kalkulacji, kontraktów i transakcji, które składały się na jego życie. Ale naprawdę, kiedy zbliżył się do granicy z tamtym miejscem – granicy, do której wcześniej czy później, skręci ścieżka każdego z nas – jego myśli przyciąg­nęli ci, którzy już przeszli na owo nieznane terytorium: jego żona, troje dzieci, wuj, kuzyn i paru przyjaciół z dzieciństwa. Już powspominał drogich zmarłych, ale do śmierci zostało mu jeszcze parę chwil i przyszedł czas na ostatni akt pamięci. Tym, co odgrzebał, po czterdziestu latach spoczynku w wykopalisku umysłu, był kruk.

Pozwólcie, że wyjaśnię:
Will Bellman miał dziesięć lat i cztery dni, a radość urodzin wciąż jeszcze krążyła mu w żyłach. Razem z kolegami biegał po polach między rzeką a lasem, polach, na które z łopotem pikowały kruki, żeby mocno dziobać ziemię w poszukiwaniu larw. Charles był bratem stryjecznym Willa i miał zostać spadkobiercą fabryki Bellmana. Ich ojcowie byli braćmi – i chociaż brzmi to prosto, wcale takie proste nie było. Fred był najstarszym synem piekarza, a jego matka pochodziła z rodziny mleczarzy. Mówiono, że to najlepiej odżywiony chłopiec w Whittingford i rzeczywiście wyglądał, jakby po odstawieniu od piersi karmiono go wyłącznie chlebem i śmietaną. Miał białe zęby, masywną budowę i lubił opowiadać o piekarni, którą w przyszłości poprowadzi. Luke był jedną z latorośli kowala. Niczego nie dostanie w spadku: miał zbyt licznych starszych braci. Jego jasne, miedziane włosy widać byłoby co najmniej na milę, gdyby je mył. Trzymał się na bezpieczną odległość od szkoły. Nie miała dla niego sensu. Jeśli ktoś chce dostać lanie, to w domu też je może dostać. Od domu też trzymał się na bezpieczną odległość, chyba że był wyjątkowo głodny. Kiedy nie mógł wycyganić jedzenia, kradł, bo przecież musiał jeść. Był żarliwie oddany matce Williama, która czasem dawała mu chleb z serem, a raz nawet tuszę kurczaka do oskubania.
Luke i Will prowadzili różne życie, ale na początku tego lata coś ich do siebie przyciągnęło. Wiek. Obaj urodzili się w tym samym miesiącu tego samego roku. Moc symbolicznej rocznicy oddziaływała na nich jak siła fizyczna i z upływem sierpniowych dni nie tylko przyjaźń ciągnęła ich codziennie do żywopłotów i pól. To było współzawodnictwo.
Ścigali się, wspinali na drzewa, wdawali w udawane bitwy i zawody na rękę. Z każdym jardem biegali szybciej, poszerzali horyzonty z każdą zdobytą wyższą gałęzią. Podpuszczali się wzajemnie, nigdy nie odrzucali wyzwań, ryzykowali coraz bardziej. Śmieli się z otarć, siniaki mieli za medale, a blizny za trofea. Co minutę, codziennie, stawiali czoło światu i sobie nawzajem.
W wieku dziesięciu lat i czterech dni Will był zadowolony ze świata i z siebie. Wiedział, że daleko mu do wieku męskiego, ale już nie był małym chłopcem. Przez całe lato, budzony wcześnie kamiennym krakaniem kruków na drzewach za wiejskim domkiem matki, czuł, że wzbierają w nim siły. Wyrósł z kuchni i ogrodu: jego terytorium stały się teraz pola, rzeka i las, niebo należało do niego. Musiał się jeszcze wiele nauczyć, ale wiedział, że przyjdzie mu to z łatwością, jak wszystko w życiu. Kiedy się uczył, cieszył się każdym dniem nowego i radosnego poczucia doskonałości.
– Założę się, że trafię w tego ptaka – powiedział teraz, pokazując odległą gałąź odległego drzewa. Był to jeden z dębów rosnących niedaleko jego domu, stąd było widać wioskę, z ziemi zasłoniętą przez żywopłoty.
– Nie trafisz! – ocenił Luke. Zawołał pozostałych, wspiął się na brzeg i wskazał ręką w dal. – Will mówi, że trafi w tego ptaka!
– Nie trafi! – krzyknęli dwaj inni, ale i tak przybiegli, żeby zobaczyć próbę.
Ptak, kruk albo wrona, siedział na gałęzi w połowie pola, poza zasięgiem procy.
Will wyciągnął procę zza paska i zaczął ostentacyjnie szukać kamienia. Najlepsze pociski do procy wybierało się w mistycznej aurze. Ceniono umiejętność doboru właściwych kamieni, długo rozprawiano, porównując ich rozmiary, gładkość albo szorstkość i kolor. Oczywiście najlepsze były szklane kulki, ale rzadko który chłopak ryzykowałby ich stratę. William w głębi duszy domyślał się, że wszystkie okrągławe gładkie kamienie są tak samo dobre, ale jak każdy chłopak znał wartość mistyfikacji, więc się nie spieszył.
Tymczasem chłopców zainteresowała jego proca. Powierzył ją bratu stryjecznemu, a sam szukał pocisku. Charles z początku trzymał broń niedbale, potem, czując, jak świetnie jest wyważona, przyjrzał się jej dokładniej. Z rączki wystawały dwie odnogi, tworząc kształt litery y, niemal zbyt doskonały, żeby był naturalny. Można przeszukać cały las i nie znaleźć takiego y. Will miał dobre oko.
Fred zaczął oglądać procę razem z nim. Zmarszczył czoło, kąciki ust mu opadły, jakby sprawdzał osełkę źle ubitego masła.
– To nie leszczyna.
Will nie odrywał oczu od ziemi.
– Leszczynę łatwo się tnie. Ale się nie nadaje. – Kiedyś zaostrzył kozik, wspiął się, piłował cierpliwie, żeby wyciąć kształt, który dostrzegł. Czarny bez osiągnął już wiek, w którym stał się mocny, ale był na tyle młody, żeby zachować sprężystość.
Rzemień procy był im dobrze znany: Will wykorzystał stary, wycięty z języka buta, z którego wyrósł. Rządki małych, starannych nacięć pozwalały tak naciągnąć skórę, że tworzyła łożysko na mały pocisk. Ale jeden element procy był całkowicie oryginalny. Tam, gdzie rzemień był przymocowany, Will wystrugał płytkie, szerokie na cal bruzdy. Pośrodku bruzd zawiązane były wąskie paski skóry mocujące rzemień. Ale nad węzłem i pod nim rzemień był owinięty. Leżał równo w bruździe, nad i pod skórzanymi paskami. Charles z podziwem przejechał po nim palcami. Było to zręcznie zrobione, ale Charles nie wiedział dlaczego.
– Po co to jest?
Luke sięgnął ręką i ze znawstwem przejechał palcem po pasku.
– Nie pozwala, żeby rzemień się zsuwał, prawda?
Will wzruszył ramionami.
– Sprawdzam. Jak do tej pory się nie zsuwał.
Aż do dziś chłopcy nie widzieli tak doskonałej procy. Zawsze myśleli, że proce są dobre albo złe z woli bogów, z przypadku, z losu szczęścia. Strzelać z procy, znaczyło ryzykować, pięćdziesiąt do jednego, że się nie trafi. W procy Willa nie było niczego przypadkowego. Była dopracowana, wymodelowana, zaprojektowana.
Luke sprawdził naciąg skórzanych pasków. Były wystarczająco elastyczne, ale nie mógł się powstrzymać, żeby czegoś nie dodać od siebie do tej godnej pozazdroszczenia broni. Splunął na koniuszki palców i czule wtarł wilgoć w skórzane paski.
Will znalazł kamień, który mu odpowiadał, i ze zdziwieniem stwierdził, że ptak jeszcze jest tam, gdzie był. Odebrał i załadował procę. Miał wprawę, dobre oko, pewną dłoń. Dużo ćwiczył.
Ptak był naprawdę za daleko.
Chłopcy uśmiechnęli się i pokręcili głowami, przenosząc uwagę z procy na cel. Przechwałki Willa były niedorzeczne, jakby się z nich naśmiewał. Ale przecież skoncentrowało się w nim dziesięć lat skumulowanych obserwacji, rozwoju, siły i wigoru. Ogłuchł na krzyki kolegów.
Śledził wzrokiem łuk – nieprawdopodobny łuk – między pociskiem a celem, jego umysł obliczał, kalibrował i wydawał polecenia narzędziom. Zmienił ustawienie stóp, równomiernie rozmieścił ciężar, mięśnie nóg, pleców, ramion przygotowały się, palce leciutko zmieniały chwyt na procy, dłonie wyczuwały napięcie. Naciągnął procę.
W chwili kiedy wypuścił kamień – nie tuż przed: w sekundzie, kiedy było już za późno, żeby go zatrzymać – rozpoznał chwilę doskonałości. Chłopiec, proca, kamień. Mózg, oko, ciało. Wiedział, że się uda, pocisk poleciał.
Kamień długo przemierzał przeznaczoną sobie trajektorię. Przynajmniej tak się wydawało. William miał jeszcze czas na nadzieję, że ptak ożyje z łopotem, wzleci nad gałąź. Kamień spadłby nieszkodliwie na ziemię, a granitowy śmiech kruka szydziłby z nich z nieba.
Czarny ptak się nie poruszył.
Kamień dotarł do punktu szczytowego łuku i zaczął opadać. Chłopcy ucichli. William milczał. Wszechświat stanął. Tylko kamień się poruszał.
Jeszcze jest czas, pomyślał William. Mógłbym krzyknąć, wystraszyć ptaka, żeby odfrunął. Ale język nabrzmiał mu w ustach, chwila przeciągała się w czasie, długo, powoli, jak sparaliżowana.
Kamień dotarł do celu.
Czarny ptak spadł (...)



***

Autorka Trzynastej opowieści po 7 latach powraca w wielkim stylu!


Jeden uczynek, jeden ułamek czasu może odmierzać czernią kolejne rozdziały twojego życia...
Chłopiec celuje z procy do kruka. Koledzy patrzą z niedowierzaniem, jak ptak spada na ziemię. Tak po raz pierwszy śmierć wkracza w życie dziesięcioletniego Willa Bellmana. Śmierć, która już go nie opuści…
Na kolejnych pogrzebach będzie się pojawiać tajemniczy człowiek w czerni.
Aż wreszcie zawrze z nim przerażający pakt…

Człowiek, którego prześladował czasto pełna zadumy nad ludzkim losem, metaforyczna opowieść o czasie i pamięci. Hołd dla Edgara Allana Poego, nawiązanie do jednego z najsławniejszych utworów w historii poezji. I refleksja nad konsekwencjami naszych czynów. Wyborów, których człowiek dokonuje niejednokrotnie w konflikcie z siłami dla niego niezrozumiałymi. A kiedy zrozumienie przychodzi, jest już za późno. Bo „cień kruka trwa na straży” ludzkiej duszy…











Moja siostra mieszka na kominku Annabel Pitcher

Moja siostra mieszka na kominku Annabel Pitcher

"Pani psycholog w Londynie stwierdziła, że jestem w fazie wyparcia i nadal odczuwam szok. Powiedziała też, że któregoś dnia dotrze to do mnie, a wtedy będę płakał. Jak widać, jeszcze to nie nastąpiło od prawie pięciu lat, kiedy to dziewiątego września zginęła moja siostra. Rodzice posłali mnie w zeszłym roku do tej kobiety, bo nie mieściło im się w głowie, dlaczego nie płaczę po Rose. Chciałem ich zapytać, czy oni płaczą po kimś, kogo nie pamiętają, jednak ugryzłem się w język. Jakoś nikt nie potrafi tego zrozumieć. Nie pamiętam Rose. Naprawdę."

Świetna, ciepła, ale też pełna bólu opowieść o stracie, której tak naprawdę się nie odczuwa. O trudnej przyjaźni. O uprzedzeniach. O straconych szansach. O sile dziecięcej ufności i kierowaniu się czystym instynktem.

Narratorem jest 10-letni chłopiec, co jest mega atutem:)


Dziesięcioletni Jamie Mathews i jego rodzina - 15-letnia siostra Jas i ojciec alkoholik oraz kot Roger przeprowadzają się z Londynu po tym, jak ich siostra Rose ginie w zamachu bombowym 9 września, w londyńskim parku, a matka Jamiego pięć lat po tragedii ma romans i opuszcza dom na zawsze. 
W swojej nowej, katolickiej szkole, Jamie zaprzyjaźnia się z Sunyą, muzułmanką. Jamie wie, że jego ojciec nie pochwalałby ich przyjaźni, ponieważ nienawidzi muzułmanów i obwinia całą muzułmańską populację za śmierć Rosy.

Czy rodząca się dopiero przyjaźń będzie silniejsza, niż wszelkie zakazy?

Polecam.

MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!



1 

Moja siostra Rose mieszka na kominku. 

A konkretnie, to jej fragmenty. 
Trzy palce, prawy łokieć i rzepka zostały pochowane na cmentarzu w Londynie. 
Mama i tata strasznie się pokłócili, kiedy policja znalazła dziesięć fragmentów ciała. Mama chciała grobu, który mogłaby odwiedzać, a tata życzył sobie kremacji i rozsypania prochów do morza. 
Tak przynajmniej mówiła Jasmine, która pamięta więcej niż ja. 
Gdy to się stało, byłem zaledwie pięcioletnim dzieckiem. Jasmine miała wtedy dziesięć lat i była bliźniaczką Rose. Nadal jest, jak twierdzą rodzice. 
Po pogrzebie przez lata ubierali ją ciągle tak samo - sukienki w kwiatki, sweterki, płaskie buty ze sprzączkami, które Rose tak uwielbiała. To chyba dlatego siedemdziesiąt jeden dni temu mama uciekła z facetem z grupy wsparcia. 
Kiedy na piętnaste urodziny Jas obcięła włosy, przefarbowała się na różowo i założyła sobie kolczyk w nosie, przestała przypominać Rose, i rodzice nie mogli sobie z tym poradzić. 
Każdemu przypadło w udziale pięć fragmentów. Mama włożyła swoje do pięknej białej trumienki i umieściła pod białym nagrobkiem z napisem „Mój Aniołek". Tata dokonał kremacji obojczyka, dwóch żeber, kawałka czaszki i małego palca od nogi, a prochy zamknął w złotej urnie. 
Tak więc każde z rodziców zrobiło po swojemu, ale - co za niespodzianka - żadnego z nich to nie uszczęśliwiło. Mama twierdzi, że cmentarz jest zbyt przygnębiający i wcale tam nie chodzi. Co roku, w rocznicę śmierci mojej siostry, tata próbuje rozsypać prochy i w ostatniej chwili zmienia zdanie. Zawsze coś się musi wydarzyć w momencie, gdy już prawie wysypuje Rose do morza. 
Któregoś roku w Devon, podpłynęła ławica srebrnych ryb, które wyglądały tak, jakby już się nie mogły doczekać pożarcia mojej siostry. A innym razem, w Kornwalii, mewa narobiła na urnę, kiedy tata już prawie ją otwierał. Wybuchnąłem śmiechem, jednak Jas była taka smutna, że szybko przestałem chichotać. 
Wyprowadziliśmy się z Londynu, żeby zostawić to wszystko za sobą. 
Tata znał kogoś, kto z kolei znał osobę, która zadzwoniła do niego w sprawie pracy na budowie w Lake District. W Londynie nie pracował od lat. Mamy recesję, a to oznacza, że w kraju brakuje pieniędzy, więc prawie niczego się nie buduje. Tata dostał pracę w Ambleside, a wtedy sprzedaliśmy mieszkanie, wynajęliśmy domek i zostawiliśmy mamę w stolicy. 
Założyłem się z Jas o całe pięć funtów, że mama przyjdzie pomachać nam na pożegnanie. Jasmine nie domagała się wcale pieniędzy, gdy przegrałem zakład. Po drodze, w samochodzie, zaproponowała, żebyśmy pobawili się w zgadywanie słów, ale nie była w stanie znaleźć niczego na literę R, chociaż Roger siedział mi na kolanach i mruczał głośno, jakby próbował jej podpowiedzieć. 

Tutaj jest zupełnie inaczej. Mamy olbrzymie góry, tak wysokie, że chyba kłują Boga w tyłek, mnóstwo drzew i jest bardzo cicho. Nie ma tu ludzi, stwierdziłem, kiedy znaleźliśmy już nasz domek przy krętej uliczce i wyjrzałem przez okno auta, szukając kogoś, z kim mógłbym się pobawić. Nie ma tu muzułmanów poprawił mnie tata i uśmiechnął się po raz pierwszy tego dnia. 
Wysiedliśmy z Jas z ponurymi minami. 
Nasz domek jest zupełnym przeciwieństwem mieszkania w Finsbury Park. Jest biały, a nie brązowy, duży, a nie mały, stary, a nie nowy. Moim ulubionym przedmiotem w szkole jest plastyka i gdybym miał malować domy w ludzkiej postaci, to nasz byłby zwariowaną staruszką o bezzębnym uśmiechu. Nasze dawne mieszkanie namalowałbym jako poważnego żołnierza, schludnego, wciśniętego w szereg identycznych facetów. 
Mamie by się to spodobało. 
Uczy w szkole plastycznej i jestem pewien, że pokazałaby wszystkim swoim uczniom moje rysunki, jeślibym jej wysłał. Chociaż mama została w Londynie, cieszyłem się, że opuszczamy nasze mieszkanie. Miałem malutki pokoik, lecz rodzice nie pozwoli mi się przeprowadzić do pokoju Rose, bo ona nie żyje i jej rzeczy są święte. Pokój Rose to święte miejsce, James. Nie wchodź tam, James. 
Nie rozumiem, co może być świętego w kupie starych lalek, śmierdzącej różowej kołdrze i łysym pluszowym misiu. Nie czułem żadnej świętości, kiedy któregoś dnia po powrocie ze szkoły zacząłem skakać po łóżku Rose. Jas kazała mi przestać, ale obiecała, że nie powie rodzicom. 
Wysiedliśmy z samochodu, stanęliśmy na drodze i popatrzyliśmy na nasz nowy dom. Słońce zachodziło, góry połyskiwały na pomarańczowo, a w jednym z okien widać było nasze odbicie - tata, Jas i ja z Rogerem na ręku. Przez ułamek sekundy czułem w sobie nadzieję, zupełnie jakby od tej pory wszystko miało wyglądać normalnie. Tata wziął walizkę, wyjął z kieszeni klucz i ruszył ścieżką przez ogród. Jas uśmiechnęła się do mnie, pogłaskała Rogera i poszła za nim. Postawiłem kota na ziemię. Od razu wpełzł pod krzak i tylko ogon mu wystawał, gdy przedzierał się pomiędzy liśćmi. 
No chodź, zawołała moja siostra, odwracając się na ganku. Wyciągnęła do mnie rękę i weszliśmy do środka razem (...)



***


Od tamtego wydarzenia dziesięcioletni Jamie nie płakał ani razu. 

Chłopiec wie, że powinien – przecież Jasmine płakała, i mama, a tacie zdarza się to do dziś. Roger wprawdzie nie uronił ani jednej łzy, ale to w końcu kot, poza tym nie znał Rose aż tak dobrze.
Wszyscy dookoła zapewniali, że czas leczy rany, tylko że to jedno z tych kłamstw powtarzanych przez dorosłych, gdy nie wiedzą, co powiedzieć. Minęło już pięć lat, a jest jeszcze gorzej: tata wciąż pije, mama zniknęła, a Jamie został z pytaniami, na które sam musi sobie odpowiedzieć.
Ta historia to właśnie jego opowieść. To niewyobrażalnie prawdziwa i wzruszająca relacja z wysiłków małego chłopca, próbującego zrozumieć tragedię, która rozbiła jego rodzinę.













Przemytnik słów Natalio Grueso

Przemytnik słów Natalio Grueso

"Nikt nie wie ‌o samotności tyle co ‌ja. Nikt. Ani ‌ten, ‌kto nigdy nie poczuł, ‌czym są ‌zimne stopy obok w łóżku ‌w długie zimowe ‌noce, ‌ani ten, ‌kto nigdy ‌nie poznał czułości ‌palców mydlących ‌włosy, ‌ani gruby dzieciak, ‌z którym ‌nikt nie chce ‌się bawić na przerwie, ‌ani pryszczata dziewczyna ‌w okularach, która przeczytała ‌wszystkie ‌książki z biblioteki ‌na ‌wsi, gdzie ‌spędza wakacje, bo ‌nie ma żadnych ‌koleżanek. Nikt."

Tak, ma sporo magii w sobie ta książka - troszkę klimatów Zafona, troszkę klimatów poetyckich, ale... to z pewnością nie moja bajka.


Sądzę, że miłośnicy tego rodzaju specyficznej sennej narracji i tego rodzaju opowieści będą zachwyceni. Jak dla mnie za dużo takiego chyba odrealnienia i pozorów, że nic się ze sobą nie łączy, kiedy tak naprawdę wspólna nić się snuje. Alegoryczności tam też sporo da się wyczuć, choć chyba namacalnie jej tam nie ma...

Czuje się klimat, ale do zachwytów mi daleko. 

Podobała mi się historia prawie creepy stalkera i Spełniacza marzeń oraz sam pomysł zawodu Księgoterapeuty - chciałabym, żeby taki zawód istniał i był opłacalny XD

Polecam, choć nie każdemu. Miłośnikom książek może:)

MOJA OCENA: 6/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Dla ‌Judit

Nikt nie wie ‌o samotności tyle co ‌ja. Nikt. Ani ‌ten, ‌kto nigdy nie poczuł, ‌czym są ‌zimne stopy obok w łóżku ‌w długie zimowe ‌noce, ‌ani ten, ‌kto nigdy ‌nie poznał czułości ‌palców mydlących ‌włosy, ‌ani gruby dzieciak, ‌z którym ‌nikt nie chce ‌się bawić na przerwie, ‌ani pryszczata dziewczyna ‌w okularach, która przeczytała ‌wszystkie ‌książki z biblioteki ‌na ‌wsi, gdzie ‌spędza wakacje, bo ‌nie ma żadnych ‌koleżanek. Nikt.
Ani staruszek, ‌któremu pielęgniarka ‌w domu opieki ‌ociera ‌ślinę, czekający, że ‌na Boże Narodzenie ‌przyjdzie do niego ‌któreś z trojga jego dzieci. ‌Nikt.
Ani pozbawiony wszelkich ‌nadziei ‌rozbitek na desce pośród ‌nieznanego ‌oceanu, ‌ani skazaniec w celi śmierci ‌czekający na ostateczne porażenie ‌prądem. ‌Nikt.
Nadchodzi moment, w którym ‌samotność staje się tak głęboka, że przenika do kości, niczym wilgoć w zaułkach Wenecji w chłodzie styczniowych poranków, potworne zimno, zżerające człowiekowi wnętrzności, paraliżujące mowę i porażające palce. Zimno przeraźliwe, które nie pozwala oddychać, które zmienia człowiekowi twarz w maskę żałosnego klauna, płaczącego łzami zamarzającymi po chwili na oszronionych rzęsach. A dusza skrzypi, niczym wręgi statku tonącego pośród burzy. I trwoga zapiera dech.
Potem, po wyczerpaniu nadchodzi sen. Ale jest zbyt późno, już nie można spać.
Przyjechałem do Wenecji, bo jest najbardziej melancholijnym i samotnym miastem na świecie. Zajmuję małe mieszkanie w dzielnicy Dorsoduro. I w tym mieszkaniu każdej nocy staje się sprawiedliwość, dzieją się rzeczy, które rzucają wyzwanie rzeczywistości i przeznaczeniu, łagodzą okrutny wyrok skazujący mnie na tę przeklętą samotność.

BURDEL NA DORSODURO


Każdego wieczoru, kiedy słońce chowało się na zachodzie, młoda Japonka o nieśmiałym uśmiechu i oczach koloru miodu siadała przy biurku i otwierała listy, które wrzucono jej do skrzynki. I co wieczór znajdowała tam, w kopertach wypełnionych historiami i wierszami, jakiś skarb, precyzyjne słowo, nieskrępowany liryzm, czystą namiętność.
„Gdybym nie wierzył w ponowne spotkanie, śmierć nadeszłaby zaraz po naszym rozstaniu”.
Jakiż piękny wers napisał, pomyślała. Sądzę, że dziś zostanie moim wybrankiem.
I tak co wieczór, kiedy słońce zachodziło za horyzont, młoda Japonka o nieśmiałym spojrzeniu i oczach koloru miodu wprowadzała odrobinę sprawiedliwości do świata owładniętego chaosem, kroplę buntu przeciw twardym regułom życia, zgodnie z którymi niemal nigdy nie wygrywa ten, kto na to zasługuje.
Nieważne, czy byłeś piękny, czy brzydki, bogaty czy biedny, mężczyzna czy kobieta, roześmiany czy zmartwiony, elegancki czy obdarty, silny czy słaby. Nieważne, czy w nieubłaganej loterii zalet natura była dla ciebie hojna, obdarowała cię wdziękiem i urodą, czy też skazała cię na straszliwy wyrok przeciętności. Tutaj liczyły się tylko słowa, napisany wiersz, uczucie przelane na papier. Takie panowały zasady w świecie młodej Japonki, autor opowieści, któremu udało się ją wzruszyć, był tym wybranym. I tak każdej nocy. Tak po prostu. I Keiko, bo tak miała na imię Japonka, szła do łóżka z wybrankiem.
Każdego wieczoru, kiedy słońce kryło się na zachodzie, pokój, w którym mieszkała Keiko, stawał się burdelem, burdelem na Dorsoduro.
Jest w Wenecji miejsce o nazwie piazzetta del Principe della Follia. Na tym placyku jest kawiarnia, której nielicznymi bywalcami są ludzie ciągle niechcący opuścić tego pięknego, zrujnowanego statku, tonącego centymetr po centymetrze. Niełatwo jest znaleźć to miejsce. Zależnie od tego, skąd idziemy, trzeba minąć kilka mostów albo sotoportego, obejść kanał i wrócić niemal do punktu wyjścia, potem przejść przez podwórze.
Przy trzech małych stolikach i na półtuzinie krzesełek klienci mogą usiąść na świeżym powietrzu w dni, kiedy pozwala na to pogoda. Zazwyczaj docieram tam tuż przed południem, z gazetą pod pachą, w długiej pelerynie, kiedy jest zimno, w białej panamie w upalne dni.
Kelner już nie pyta, co zamawiam. Buon giorno, signore i tak dalej. Zajęło mi to ponad rok, rok psiej wierności, dzień w dzień o tej samej porze, przy tym samym stoliku, ten sam napój. Ale w końcu udało mi się, po kilku minutach stary krzykacz, który szefuje w kawiarni od czasów, kiedy w mieście rządził jeszcze jakiś dawny Dux, pojawia się z doskonale przygotowanym aperitifem, świetnym spritzerem, sami wiecie, trochę aperolu, białe wino, trochę wody sodowej i wermut.
Czas płynie tam powoli, leniwie. Z dala od tabunów turystów pożerających miasto życie na placyku toczy się niczym spokojna rzeka, codzienny nurt leniwie przelewający się korytem nigdy nie ustaje (...)


***

Keiko to urokliwa Japonka, która spędza każdą noc z innym mężczyzną. Wystarczy, że zdoła on poruszyć ją za sprawą własnego wiersza bądź opowieści. Słowa zapalają w niej ogień namiętności i pasji. I tak każdego wieczora Keiko tworzy swój prywatny teatr poezji i rozkoszy. Bruno Labastide to podstarzały i samotny Francuz , który żył z oszukiwania kobiet. Po latach luksusu, hedonizmu i naciągania osiada w Wenecji i tam, w mieście melancholii i dekadencji spotyka fascynującą Japonkę. Bruno, niezwykły bajarz i oszust o urzekającym, rozbrajającym kobiety uśmiechu, nie jest w stanie uzyskać wstępu do jej raju, ponieważ, ku własnemu zaskoczeniu, gdy zbliża się do japońskiej piękności, kończą mu się pomysły na przejmujące opowieści. Mężczyzna spędza całe dnie na poszukiwaniu doskonałej historii.

W książce Natalio Grueso prócz Kaiko i Bruna występują bohaterowie, którzy na długo zawładną myślami czytelników. Jest tam m. in. komentator sportowy Ricardo Kublait, który relacjonuje mecze zgodnie ze swoimi marzeniami a nie rzeczywistością i niszczy karierę, Horacio Ricotta, który przepisuje książki na receptę, podobnie jak lekarz lekarstwa, ale utrzymuje się z pracy konsjerża w biurowcu.

„Przemytnik słów” to subtelna podróż, pełna wzruszeń, marzeń i głębokich uczuć, prowadząca przez Paryż, Wenecję, Buenos Aires, Szanghaj, Gwatemalę, ukazując to, co pozostało z życia barwnych bohaterów – samotność i porażkę. Historie zawarte w tej książce to mieszanka bólu przeplatającego się z miłością. Ta wyjątkowa lektura niesie ze sobą wiele pozornie różnych opowieści, które uzupełniają się niczym elementy skrupulatnie opracowanej układanki, tworząc zadziwiający pejzaż życia. Nastrojowe historie dotykają do żywego i są niczym wędrówka po magicznej krainie uczuć z poruszającym zakończeniem.









Myszoodporna kuchnia Saira Shah

Myszoodporna kuchnia Saira Shah

"Na początku bałem się ją pokochać - mówi Tobias. - Ale nie kochając jej, czułem się jeszcze gorzej. Teraz kocham ją tak mocno, że aż strach - bo wiem, że kiedyś złamie nam serce. Ale przynajmniej czuję, że żyję. To, co mamy, to jest właśnie prawdziwe życie. Nie jest łatwe, ale prawdziwe."

Takie bardzo mocne 6+.
Historia po części oparta na faktach. O zmaganiach z chorobą. O tym, że nie wszystko musi być przyjmowane z uśmiechem. O braku siły. O miłości. Bardzo realna.

"Zasypiamy. We śnie krzyczę na całe gardło, że nie chcę być matką upośledzonego dziecka."

Narracja dobra - trzyma kontakt z czytelnikiem.

Polecam

MOJA OCENA: 6/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!



Bóle przychodzą i odchodzą, jak wzbierające i opadające morskie fale. Nie przypomina to ani trochę orgazmu, wbrew temu, co twierdziła moja newage’owa nauczycielka rodzenia, ale też nie ma nic wspólnego z opowieściami mojej mamy o pękających miednicach i kobietach na granicy obłędu.
Wciągam gaz i powietrze, i tęsknię za widokiem twarzy Tobiasa, za jego szelmowskim urokiem i porozumiewawczym błyskiem w oczach. Mama, kiedy go poznała, stwierdziła, że wygląda jak poczciwy koń. Tobias nie znosi tego porównania, ale mnie bardzo się spodobało.
Wreszcie się zjawia, czarne kędziory jeszcze bardziej rozczochrane niż zwykle, spóźniony na narodziny swojego pierwszego dziecka, cały on. Jego nieświeży wygląd składam na karb długiego wieczoru na mieście. Tobias nie należy do ludzi martwiących się na zapas.
Znajduję chwilę, by pogratulować sobie w myślach, że od początku – odkąd pierwszy raz go ujrzałam – wiedziałam, że będzie idealnym partnerem i ojcem dla mojego dziecka. Wtem rozlega się krzyk położnej: dziecku zamiera tętno. Sala rozbłyska mnóstwem świateł. Zbiegają się ludzie w niebieskich kitlach. Tobias, nieogolony i mokry od potu, woła z płaczem: „Tak, tak, jak uważacie, tylko zróbcie coś!”. Lekarze aplikują mi znieczulenie zewnątrzoponowe i przystępują do cesarskiego cięcia.
Zaciągają zasłonę. Mam wrażenie, jakby w moim brzuchu przestawiano meble. Balansuję na granicy świadomości. Środki przeciwbólowe – te naturalne, wywołane przez poród, i te dużo mocniejsze, wstrzyknięte przez lekarzy – chyba robią swoje, bo po dziewięciu miesiącach nerwów nareszcie ogarnia mnie błogi spokój.
Znów szarpanie.
Ktoś woła: „Dziewczynka!”.
Słyszę głośny płacz: moja córeczka przyszła na świat, jest za zasłoną. Nie widzę jej. Sekundy wloką się jak godziny. Nie mogę się doczekać.
Wreszcie mi ją przynoszą.
Ma duże szare oczy, jedno ciut mniejsze od drugiego. „Nie jest zbyt piękna” – przemyka mi przez myśl. Zaraz potem otwiera mi się w głowie jakaś klapka i już nie potrafię sobie wyobrazić śliczniejszej twarzy niż ta lekko asymetryczna buzia z szarymi oczkami różnej wielkości. Tobias staje u mojego boku, nie może powstrzymać łez szczęścia, dumy i miłości.
To jeden z tych rzadkich momentów doskonałej harmonii, kiedy człowiek nie chce być nigdzie indziej. Przeszłość i przyszłość znikają, istnieje tylko ta chwila.
Wywożą mnie na korytarz. Trzymam córkę przy piersi i myślę sobie, że to dopiero początek. Jest moja, zawsze będzie moja. Mamy całe życie, żeby się poznać. Czuję przypływ miłości, jakiej nie czułam nigdy dotąd; miłości, która promieniuje na maleństwo, na Tobiasa i jeszcze dalej, rozjaśnia cały świat, taka jest wielka.
Widziałam w życiu kilka noworodków i wszystkie drżały, jak gdyby poruszone wspaniałością tego świata i odległością, jaką przebyły. Ale nie ona. Mój mały przybysz z kosmosu jest zupełnie spokojny.
Nagle zaczyna się trząść. Kątem oka widzę zaciśniętą piąstkę wymachującą w powietrzu. Tobias krzyczy: „Coś jest nie tak!”.
Chwyta mnie pierwotny, podskórny lęk: O nie, to koniec. Koniec naszego normalnego życia.
Nadbiegają lekarze i znów czuję się jak na planie „Ostrego dyżuru” (...)


***

Anna i Tobias nie podejrzewają, że zmiana życiowych planów spowodowana narodzinami niepełnosprawnej córki Frei okaże się dla nich początkiem niezwykłej duchowej wędrówki. Przede wszystkim jednak żadne z nich nie spodziewa się tego, jak bardzo Freja samym swoim istnieniem wpłynie na życie wszystkich dookoła.

Anna, Tobias i Freja opuszczają szary Londyn i zamieszkują w Langwedocji, w sypiącym się, pełnym gryzoni wiejskim domu, który jak magnes przyciąga rozmaitych dziwaków. Anna robi wszystko, by jej życie wróciło na właściwe tory, ale im bardziej stara się zapanować nad otoczeniem, tym silniej wszystko sprzysięga się przeciw niej.

W miarę jak z upływem pór roku dojrzewają kolejne owoce i kwiaty – wiśnie, figi, róże damasceńskie – Anna, korzystając z pochodzącego z czasów wojny notesu z przepisami dawnej mieszkanki Les Rajons i bohaterki lokalnego ruchu oporu, mozolnie przerabia je na konfitury i przelewa do słoików na tyle solidnych, by oparły się wszędobylskim gryzoniom.

Myszoodporna kuchnia to ciepła i pełna humoru opowieść, która wzrusza i daje do myślenia, a przede wszystkim pokazuje, że najpiękniejsze rzeczy w życiu bywają również najbardziej pogmatwane.











Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger