"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henry Palace. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henry Palace. Pokaż wszystkie posty
Ostatni Policjant Ben H. Winters

Ostatni Policjant Ben H. Winters

Dobre sensacyjne czytadełko /w pozytywnym sensie/ - taki urban kryminał na nieco nietypowym tle.

Czyta się szybko, lekko, łatwo i przyjemnie, dużo się dzieje, cały czas panuje ruch i rotacja wydarzeń. Z powodzeniem można umilić sobie nudne popołudnie odrobiną akcji.

Autor miał oryginalny pomysł na oryginalny kryminał:) 


MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!



CZĘŚĆ PIERWSZA

Miasto wisielców

Wtorek, 20 marca

Rektascensja 19 02 54,5
Deklinacja -34 11 39
Elongacja 78,0

Delta 3,195 j.a.

1.

Spo­glą­dam na agen­ta ubez­pie­cze­nio­we­go, a on gapi się na mnie. Para sza­rych oczu ukry­tych za oku­la­ra­mi w sta­ro­mod­nej szyl­kre­to­wej opra­wie po­wo­du­je, że na­gle do­zna­ję olśnie­nia: cho­le­ra, to wszyst­ko praw­da, a ja na­dal nie wiem, czy je­stem na nią go­to­wy. Oj, chy­ba nie.
Mru­żę po­wie­ki, bio­rę się w garść i po­chy­lam się, by przyj­rzeć się męż­czyź­nie bli­żej. Oczy i oku­la­ry, wą­tła szczę­ka i ły­si­na, na szyi za­ci­śnię­ta pę­tla zro­bio­na z cien­kie­go czar­ne­go pa­ska.
Tak, to praw­da. A może nie? Sam już nie wiem.
Na­bie­ram po­wie­trza do płuc, sku­piam się jesz­cze bar­dziej, by wy­rzu­cić z gło­wy wszyst­kie my­śli nie­do­ty­czą­ce zwłok. Wy­pie­ram nie­mo­żeb­nie brud­ne pod­ło­gi i roc­kand­rol­lo­wy ka­wa­łek są­czą­cy się z ta­nich gło­śni­ków w su­fi­cie.
Ten smród mnie do­bi­ja, wszech­obec­ny i na­praw­dę obrzy­dli­wy odór, jak­by ktoś wy­lał przy­pa­lo­ny olej z fryt­kow­ni­cy w sa­mym środ­ku obo­ry. Jest jesz­cze kil­ka za­wo­dów na tym świe­cie, któ­re lu­dzie na­dal wy­ko­nu­ją z lep­szym lub gor­szym skut­kiem, nie­mniej po­sa­da noc­nej sprzą­tacz­ki w ca­ło­do­bo­wych ba­rach szyb­kiej ob­słu­gi z pew­no­ścią do nich nie na­le­ży. Z tego też po­wo­du agent ubez­pie­cze­nio­wy le­żał so­bie kil­ka dłu­gich go­dzin po­mię­dzy se­de­sem a de­pre­syj­nie sza­rą ścian­ką ka­bi­ny, za­nim po­ste­run­ko­wy Mi­chel­son wpa­ro­wał przy­pad­kiem do tej wła­śnie to­a­le­ty, by od­ce­dzić kar­to­fel­ki.
Mi­chel­son zgło­sił to zda­rze­nie jako kla­sycz­ne 10-54S, co wy­da­je się zro­zu­mia­łe, po­nie­waż mnie też wła­śnie na to wy­glą­da. Jed­no, cze­go na­uczy­łem się ostat­ni­mi cza­sy – cze­go wszy­scy się na­uczy­li­śmy – to że sa­mo­bój­cy wy­bie­ra­ją­cy śmierć przez po­wie­sze­nie rzad­ko kie­dy wy­ko­rzy­stu­ją bel­ki stro­po­we albo haki na ży­ran­do­le. Je­śli pod­cho­dzą do rze­czy po­waż­nie, a dzi­siaj nikt nie trak­tu­je tych spraw lek­ko, naj­czę­ściej uży­wa­ją ga­łek przy drzwiach bądź wie­sza­ków na odzież lub też, jak zro­bił to mój agent ubez­pie­cze­nio­wy, pod­wie­sza­ją się pod wszel­kie po­zio­me ele­men­ty – w tym wy­pad­ku jest to po­ręcz w ka­bi­nie dla nie­peł­no­spraw­nych. Po­tem wy­star­czy osu­nąć się na zie­mię i po­zwo­lić, by gra­wi­ta­cja zro­bi­ła swo­je, za­ci­ska­jąc pę­tlę na szyi i od­ci­na­jąc do­stęp tle­nu.
Po­chy­lam się bar­dziej, a po­nie­waż wciąż ku­cam, mu­szę prze­su­nąć jed­ną nogę, by utrzy­mać rów­no­wa­gę. Chcę zna­leźć od­po­wied­nią po­zy­cję, po­zwa­la­ją­cą mi na kom­for­to­we dzie­le­nie prze­strze­ni z agen­tem ubez­pie­cze­nio­wym i za­ra­zem na unik­nię­cie upad­ku, przez któ­ry zo­sta­wił­bym od­ci­ski pal­ców na miej­scu zda­rze­nia. To mój dzie­wią­ty sa­mo­bój­ca w cią­gu trzech i pół mie­sią­ca, czy­li od chwi­li, gdy zo­sta­łem de­tek­ty­wem. Wciąż jed­nak nie przy­wy­kłem do tego, co śmierć przez udu­sze­nie robi z twa­rzą czło­wie­ka; ten tu­taj też ma oczy wy­ba­łu­szo­ne jak­by z prze­ra­że­nia i po­kry­te czer­wo­ną pa­ję­czy­ną na­czyń krwio­no­śnych, ję­zyk wy­wa­lo­ny na bok, war­gi na­brzmia­łe, za­si­nia­łe w ką­ci­kach.
Opusz­czam po­wie­ki, prze­cie­ram je kłyk­cia­mi i znów spo­glą­dam, pró­bu­jąc wy­obra­zić so­bie, jak mój agent ubez­pie­cze­nio­wy mógł wy­glą­dać za ży­cia. Od razu da się za­uwa­żyć, że nie był za przy­stoj­ny. Cerę miał zie­mi­stą, a twarz lek­ko nie­pro­por­cjo­nal­ną: zbyt mała żu­chwa, zbyt wiel­ki no­chal, oczy za gru­by­mi szkła­mi małe jak ko­ra­li­ki.
Wy­glą­da na to, że czło­wiek ten za­bił się, wy­ko­rzy­stu­jąc dłu­gi czar­ny pa­sek. Je­den ko­niec przy­wią­zał do po­rę­czy, a na dru­gim zro­bił coś w ro­dza­ju pę­tli, któ­ra te­raz wrzy­na się bru­tal­nie w jego jabł­ko Ada­ma.
– Cześć, mło­dy. Kim jest twój nowy przy­ja­ciel?
– Pe­ter An­tho­ny Zell – od­po­wia­dam zni­żo­nym gło­sem, zer­ka­jąc przez ra­mię na Do­tse­tha, któ­ry do­słow­nie przed mo­men­tem otwo­rzył drzwi do ka­bi­ny i szcze­rzy się do mnie z góry, znad ja­skra­we­go kra­cia­ste­go sza­la i kub­ka pa­ru­ją­cej kawy z McDo­nal­da.
– Bia­ły męż­czy­zna. Trzy­dzie­ści osiem lat. Pra­co­wał w ubez­pie­cze­niach.
– Niech zgad­nę – rzu­ca Do­tseth. – Zo­stał po­żar­ty przez re­ki­na. A nie, za­raz, to prze­cież sa­mo­bój­stwo. Mamy do czy­nie­nia z sa­mo­bój­stwem?
– Wszyst­ko na to wska­zu­je.
– Za­szo­ko­wa­łeś mnie! To­tal­nie! – Den­ny Do­tseth jest za­stęp­cą pro­ku­ra­to­ra ge­ne­ral­ne­go, jego oga­rem o srebr­nej grzy­wie i sze­ro­kim, za­wsze ra­do­snym ob­li­czu. – Jezu, tak mi przy­kro, Hank. Chcesz może kawy?
– Nie, dzię­ku­ję panu.
Skła­dam Do­tse­tho­wi ra­port o tym, cze­go się do­wie­dzia­łem, prze­glą­da­jąc za­war­tość zna­le­zio­ne­go w tyl­nej kie­sze­ni ofia­ry czar­ne­go port­fe­la ze sztucz­nej skó­ry. Zell pra­co­wał w fir­mie o na­zwie Mer­ri­mack Life and Fire, któ­rej biu­ra miesz­czą się w Wa­ter West Bu­il­ding przy Eagle Squ­are. W port­fe­lu no­sił plik ska­so­wa­nych bi­le­tów do kina – wszyst­kie da­to­wa­ne na ostat­nie trzy mie­sią­ce – któ­re mó­wi­ły wie­le o jego pra­gnie­niu prze­ży­cia iście mę­skiej przy­go­dy: wzno­wie­nie Wład­cy Pier­ście­ni, dwie ekra­ni­za­cje cy­klu scien­ce fic­tion Di­stant Pale Glim­mers i ja­kiś DC kon­tra Ma­rvel z IMAX-a w Ho­ok­sett. Żad­nych śla­dów ro­dzi­ny, ani jed­ne­go zdję­cia. Osiem­dzie­siąt pięć do­la­rów w dzie­siąt­kach i piąt­kach. No i pra­wo jaz­dy z tu­tej­szym ad­re­sem: 14 Mat­thew Stre­et Exten­sion, Con­cord.
– No tak. Znam tę oko­li­cę. Same ład­ne dom­ki. Rol­ly Le­wis tam miesz­ka.
– Do­stał wpieprz.
– Rol­ly?
– Nie, ofia­ra. Pro­szę spoj­rzeć. – Wra­cam wzro­kiem do opuch­nię­tej twa­rzy agen­ta ubez­pie­cze­nio­we­go i wska­zu­ję na żółk­ną­ce siń­ce w gór­nej czę­ści po­licz­ka. – Ktoś go wal­nął, raz, ale za to moc­no.
– Taaa, ja­sne. Na pew­no.
Do­tseth zie­wa, po czym upi­ja łyk kawy. Pra­wo New Hamp­shi­re od daw­na wy­ma­ga, by za każ­dym ra­zem gdy znaj­du­je­my tru­pa, na miej­sce we­zwa­no tak­że ko­goś z biu­ra pro­ku­ra­to­ra ge­ne­ral­ne­go. Dzię­ki temu, gdy­by oka­za­ło się, że cho­dzi o za­bój­stwo, pro­ku­ra­tu­ra mia­ła­by wgląd w spra­wę od sa­me­go po­cząt­ku. W po­ło­wie stycz­nia prze­pis ten zo­stał jed­nak uchy­lo­ny, sąd sta­no­wy uznał bo­wiem, że może być nad­mier­nie uciąż­li­wy, zwłasz­cza je­śli zwa­żyć na obec­ne oko­licz­no­ści – lu­dzie po­kro­ju Do­tse­tha mu­sie­li jeź­dzić po ca­łym sta­nie, by stać nam za ple­ca­mi na każ­dym miej­scu zbrod­ni, na­wet je­śli nie do­szło tam do żad­ne­go prze­stęp­stwa. Te­raz tyl­ko od nas, do­cho­dze­niow­ców, za­le­ży, czy we­zwie­my pro­ku­ra­to­ra do 10-54S. Ja za­zwy­czaj ro­bię to przy każ­dej oka­zji.
– Co tam jesz­cze sły­chać, mło­dy czło­wie­ku? – za­ga­ja Do­tseth. – Na­dal młó­cisz w ra­cqu­et­bal­la?
– Nie gry­wam w ra­cqu­et­bal­la, pro­szę pana – od­po­wia­dam bez­wied­nie, sku­pia­jąc uwa­gę na mar­twej ofie­rze.
– Nie? To z kim cię po­my­li­łem?
Stu­kam opusz­ką pal­ca wska­zu­ją­ce­go po bro­dzie. Zell był ni­ski, mie­rzył nie wię­cej niż metr sie­dem­dzie­siąt, i miał przy­sa­dzi­stą syl­wet­kę z opon­ką wo­kół pasa. Cho­le­ra, gnę­bi mnie ta spra­wa, po­nie­waż coś mi nie pa­su­je w wy­glą­dzie tego cia­ła, coś jest nie tak z tym do­mnie­ma­nym sa­mo­bój­stwem, ale na­dal nie wiem co.
– Nie ma ko­mór­ki – mru­czę.
– Co?
– Zna­la­złem port­fel, klu­cze, ale te­le­fo­nu nie było.

Do­tseth wzrusza ra­mio­na­mi.
– Pew­nie go wy­rzu­cił. Beth tak zro­bi­ła. Za­sięg mie­li­śmy co­raz czę­ściej w krat­kę, uzna­ła więc, że rów­nie do­brze obej­dzie się bez tego ustroj­stwa.
Ki­wam gło­wą, mam­ro­cząc pod no­sem: „Tak, tak”, ale wciąż spo­glą­dam na Zel­la.
– Nie zo­sta­wił też li­stu.
– Co?
– Nie ma kart­ki z li­stem po­że­gnal­nym.
– Na­praw­dę? – rzu­ca Do­tseth, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi jesz­cze raz. – Pew­nie któ­ryś z kum­pli ją znaj­dzie. Może na­wet szef. – Uśmie­cha się, sior­biąc kawę. – Oni za­wsze zo­sta­wia­ją li­sty. Choć wła­ści­wie, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści, nie mu­szą już tego ro­bić, zga­dza się?
– Ow­szem, pro­szę pana – od­po­wia­dam, gła­dząc pal­ca­mi wąsa. – Tra­fił pan w sed­no.
Ty­dzień temu w Kat­man­du ty­siąc piel­grzy­mów z ca­łej Azji Po­łu­dnio­wo-Wschod­niej rzu­ci­ło się pro­sto w ogień, a ota­cza­ją­cy ich roz­śpie­wa­ni mni­si chwi­lę póź­niej po­szli w ich śla­dy i wma­sze­ro­wa­li pro­sto w sza­le­ją­ce pło­mie­nie sto­su po­grze­bo­we­go. W Eu­ro­pie Środ­ko­wej za­pa­no­wa­ła moda na po­rad­ni­ki DVD: Jak po­praw­nie ob­cią­żyć kie­sze­nie ka­mie­nia­mi, Jak po­praw­nie zmie­szać kok­tajl bar­bi­tu­ra­nów we wła­snym zle­wie. Na Środ­ko­wym Za­cho­dzie USA – w Kan­sas City, St. Lo­uis, Des Mo­ines – pa­nu­je moda na uży­cie bro­ni pal­nej, zde­cy­do­wa­na więk­szość tam­tej­szych sa­mo­bój­ców wy­bie­ra pal­nię­cie ze śru­tów­ki pro­sto w łeb.
U nas, w Con­cord, lu­dzie z ja­kie­goś po­wo­du wy­bie­ra­ją śmierć przez po­wie­sze­nie. Znaj­du­je­my wi­siel­ców w gar­de­ro­bach, szo­pach, nie­wy­koń­czo­nych piw­ni­cach. W pią­tek ty­dzień temu pe­wien wła­ści­ciel skle­pu me­blo­we­go po­sta­no­wił odejść w iście hol­ly­wo­odz­kim sty­lu, przy­wią­zał więc pa­sek od szla­fro­ka do ryn­ny, ta jed­nak pę­kła pod jego cię­ża­rem, przez co spadł na wła­sny ta­ras. Wy­szedł z tej pró­by żywy, za to z po­ła­ma­ny­mi rę­ka­mi i no­ga­mi.
– Tak czy ina­czej to ko­lej­na ludz­ka tra­ge­dia – pod­su­mo­wu­je lek­kim to­nem Do­tseth. – Każ­dy przy­pa­dek jest na swój spo­sób tra­gicz­ny.
Zer­ka ukrad­kiem na ze­ga­rek – jest już go­to­wy do odej­ścia. Ja jed­nak na­dal ku­cam nad zwło­ka­mi, na­dal uważ­nie się przy­glą­dam mar­twe­mu agen­to­wi ubez­pie­cze­nio­we­mu. Pe­ter Zell na ostat­ni dzień ży­cia wy­brał zno­szo­ny brą­zo­wy gar­ni­tur i ja­sno­nie­bie­ską ko­szu­lę. Skar­pe­ty miał zbli­żo­ne­go do sie­bie ko­lo­ru, choć nie do koń­ca. Obie brą­zo­we, z tym że jed­na odro­bi­nę ciem­niej­sza. Moc­no roz­cią­gnię­te zsu­nę­ły mu się aż na kost­ki. Pa­sek oka­la­ją­cy jego kark, czy­li na­rzę­dzie zbrod­ni, jak by po­wie­dzia­ła dok­tor Fen­ton, jest za to praw­dzi­wym maj­stersz­ty­kiem. Lśnią­ca czer­nią skó­ra i li­te­ry B&R wy­tra­wio­ne na zło­tej sprzącz­ce.
– Halo? – rzu­ca Do­tseth, więc spo­glą­dam na nie­go, mru­żąc po­wie­ki. – Masz coś jesz­cze do do­da­nia?
– Nie, pro­szę pana. To wszyst­ko.
– Ro­zu­miem. Miło było, jak za­wsze zresz­tą, mło­dzień­cze.
– Cho­ciaż…
– Tak?
Wsta­ję i od­wra­cam się do nie­go.
– Po­wiedz­my, że za­mie­rzam ko­goś za­mor­do­wać.
Ci­sza. Do­tseth cze­ka roz­ba­wio­ny, do prze­sa­dy cier­pli­wy.
– Po­wiedz­my.
– Do tego miesz­kam w oko­li­cy, w któ­rej co rusz po­peł­nia­ne jest sa­mo­bój­stwo. Dzień w dzień. Toż Con­cord to ist­ne za­głę­bie wi­siel­ców.
– Okay.
– Czy nie by­ło­by roz­sąd­ne, gdy­bym upo­zo­ro­wał sa­mo­bój­stwo mo­jej ofia­ry?
– By­ło­by.
– Czy­li zga­dza się pan ze mną?
– Ge­ne­ral­nie tak. Ale to tu­taj? – Do­tseth wska­zu­je pa­lu­chem na cia­ło, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać. – To było sa­mo­bój­stwo.
Mru­ga do mnie zna­czą­co, po­py­cha drzwi to­a­le­ty i zo­sta­wia mnie sam na sam z Pe­te­rem Zel­lem (...)

***
Samobójstwo czy morderstwo? Smutny przypadek czy zaplanowana zbrodnia? Prywatna tragedia, a może zorganizowana działalność przestępcza? Chcesz wiedzieć, kto zabił? A jakie to ma znaczenie, skoro już za chwilę wszyscy zginiemy. Nie ma odwrotu. Nie ma ucieczki. Nie ma nadziei. Zostało 6 miesięcy, 2 tygodnie i 4 dni. Co zrobisz ze swoim życiem, zanim nastąpi wielkie bum?


"Ostatni policjant" to fascynująca opowieść kryminalna, której akcja rozgrywa się w przededniu totalnej katastrofy. Do Ziemi zbliża się asteroida i nic już nie da się zrobić, by uniknąć zderzenia. Świat pogrąża się w chaosie, następuje niespotykany kryzys ekonomiczny, wojsko wprowadza stan wyjątkowy i patroluje ulice, by powstrzymać armagedon. Szerzy się przestępczość, fanatyzm religijny, panika. I tylko detektyw Hank Palace jak co dnia prowadzi drobiazgowe śledztwo, by poznać prawdę, która nikogo innego już nie obchodzi.

"Ostatni policjant" to pierwsza część trylogii pełnej zbrodni i tajemnic. Czy uda się je poznać przed końcem świata?




 




ZGARNIJ EBOOKA Z



Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger