"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty
Quicksilver Dean Koontz

Quicksilver Dean Koontz

"U celu podróży czekało na mnie życie pełne przygód, skąpane zarówno w ciemności, jak i w świetle, często wstrząsane strachem, ale o promienione też wielką radością, pełne tajemnic i objawień /.../"


Stary nowy Koontz w starym dobrym stylu. Jeśli się pamięta stare dobre powieści autora właśnie, to nie będzie rozczarowania.

Jest lekko, przyjemnie, tajemniczo, kosmicznie, ale w komiksowo-filmowy sposób.

Troszke tak, jakby sie oglądało Gremlinsy, troszkę Inwazji porywaczy ciał, panów w ciemnych garniturach i duuużo szaraków 👽

Obca rasa kontra magnetyzm, kosmiczne moce i strażnicy, którzy stregą świat przed złem, które dopiero nadchodzi.

I "tym razem będzie to zło większe niż kiedykolwiek wcześniej."

Było lekko, przyjemnie, wcale nie strasznie, ale grozowo i nastrojowo, tak z lat 80-tych, czyli czadzik.


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU



***

JEGO POCHODZENIE JEST ZAGADKĄ. JEGO PRZEZNACZENIE – BUDZI GROZĘ. Autor bestsellerów i mistrz suspensu Dean Koontz zabiera czytelników w pełną niespodzianek, ekscytującą podróż w towarzystwie niezwykłego bohatera, który ściga swoją tajemniczą przeszłość. „Gniew zawsze musi być tarczą, nigdy bronią. Miłość jest jedynym drewnianym kołkiem, który trafia prosto w serce zła”.


Troll film 2022

Troll film 2022

Niestety, nie bardzo przyłączam się do tych ogólnych zachwytów nad tym filmem, których tak do końca nie rozumiem.

No jest to taka norweska wersja King konga, ale zdecydowanie nie w takim formacie i nie z takim rozmachem ukazana. Jest parę scen z trollem, ale niewiele, a szkoda, bo troll wizualnie ok.

Moim zdaniem to bajka dla dzieci troszkę takich większych.

Obejrzane i już zapomniane...

Dostępność na Netflix.


MOJA OCENA: 5/10

ZOBACZ TRAILER!

TU

***

Po tysiącletnim uwięzieniu głęboko w górze Dovre budzi się gigantyczny stwór, który niszcząc wszystko na swojej drodze, zbliża się do Oslo. Jak powstrzymać coś, co dotychczas istniało jedynie w norweskich baśniach i legendach?

Washington Black Esi Edugyan

Washington Black Esi Edugyan

"Ten, kto jest własnością drugiego, bardzo szybko uczy się spojrzeń swojego pana. To, co dojrzałem w oczach tego człowieka, przeraziło mnie. Należałem do niego tak jak wszyscy ci, pośród których żyłem; był panem nie tylko naszego życia, lecz także śmierci – i aż za bardzo go to radowało."

Spodziewałam się trochę czegoś innego - więcej magii i fantazji - sądząc po okładce.

Dostałam dramat o niewolnictwie, przyjaźni i dobrym sercu.
Dostałam przygodę, z cierpką posypką, obdartą z uroku.
Dostałam historię o marzeniach, zupełnie różnych, które nie zawsze się spełniają.

Czy mi się podobało?

Tak, chociaż nie aż tak, jak myślałam. Może, gdybym się nie nastawiała na coś innego - ponownie - byłoby lepiej.

Polecam jednakże, narracja wciągająca, do pewnego momentu, potem troszkę przynudzania, a końcówki chyba nie skumałam, no chyba, że nie należy w niej się doszukiwać drugiego dna.

MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Finalistka Nagrody Bookera, jedna z ulubionych książek Baracka Obamy.


Eduygan stworzyła wspaniałą powieść przygodową, z fantazją i wrażliwością opisując losy swojego młodego, aspirującego do lepszego życia bohatera.

11-letni Wash - George Washington Black – niewolnik z plantacji trzciny cukrowej na Barbadosie jest przerażony, gdy zostaje wybrany na służącego przez brata swojego pana, lecz później ze zdziwieniem przekonuje się, że Christopher Wilde to miłośnik przyrody, badacz, wynalazca i abolicjonista. Z czasem – mimo przepaści, która ich dzieli – obaj zaczynają dostrzegać w sobie człowieczeństwo.

Gdy ktoś nieoczekiwanie ginie i za głowę Washa zostaje wyznaczona nagroda, obaj muszą wszystko rzucić i salwować się ucieczką. Powieść, której akcja rozgrywa się na obszarze ciągnącym się od Karaibów po mroźną Arktykę i od Londynu po Maroko, opowiada o odnajdywaniu siebie i zdradzie, o miłości i przebaczeniu oraz o życiu, które runęło i na nowo się odrodziło.





AUTOR
↓



Cykl Podróż na koniec świata Nicholas Gannon

Cykl Podróż na koniec świata Nicholas Gannon

"Gdy coś uwielbiasz ponad wszystko, mały kąsek nigdy nie starcza. Chcesz więcej. Tak to już jest na tym świecie."

Bardzo dobra, klimatem przypominająca ciutkę Serię Niefortunnych Zdarzeń dwutomowa historia dla dzieciaków, spragnionych niesamowitej, fantastycznej przygody, okraszona świetnymi ilustracjami.

Polecam!

Cykl: 


1. Podróż na koniec świata

2. Klątwa Helmsleyów


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Podróż na koniec świata

Archer B. Helmsley wychował się w domu pełnym pamiątek z licznych podróży babci i dziadka – słynnych odkrywców. Zna w tym domu dosłownie każdy zakamarek. Bo odkąd dziadkowie zaginęli na górze lodowej, mama pozwala mu wychodzić tylko do szkoły. Archer, podobnie jak dziadkowie, także łaknie przygód i marzy o mrożących krew w żyłach wyprawach. Ale jak ma coś przeżyć, kiedy nie może nawet przekroczyć progu własnego domu? Na szczęście są przyjaciele. Adelajda L. Belmont ma na koncie wiele przygód i drewnianą nogę w miejscu własnej, którą – według relacji dziewczynki – zjadł krokodyl. Oliver Glub, miłośnik łakoci, pamięta zaś o najdrobniejszych szczegółach, dzięki czemu Archer nie musi się o nie troszczyć. Archer, Adelajda i Oliver mają plan. Już wkrótce wyrwą się w świat ze swego sennego miasteczka. To bardzo dobry plan, a w każdym razie nie najgorszy. Tyle tylko, że w życiu rzadko wszystko idzie zgodnie z planem.

Klątwa Helmsleyów

Witaj w świecie, gdzie możliwa jest fantastyczna podróż na sam jego koniec… i do wielu innych miejsc! Archer Helmsley ponad dwa długie miesiące spędził w szkole z internatem. Teraz wraca do domu na ferie zimowe – w samą porę, by nareszcie spotkać się z dziadkami, słynnymi odkrywcami, którzy przed dwoma laty zaginęli na górze lodowej. Po mieście krążą jednak plotki. Czy dziadkowie Archera zmyślili historię z górą lodową? Archer jest pewien, że nie; że mówią prawdę. Żeby ratować ich reputację, będzie musiał stawić czoło wielu przeciwnościom.


Klątwa Helmsleyów to zarazem odrębna historia i ciąg dalszy Podróży na koniec świata. Utrzymana w tradycji Roalda Dahla, Lemony Snicket i Briana Selznika, ta ponadczasowa opowieść skrzy się przepiękną grafiką, sarkastycznym humorem i urzekającą galerią postaci, dowodząc przy tym, jak ekscytujące może być odkrywanie nieznanego i poszukiwanie przygód na swoim własnym podwórku.







AUTOR
↓



Opowieści wigilijne. Nawiedzony dom Charles Dickens

Opowieści wigilijne. Nawiedzony dom Charles Dickens

Siedem historii, które niekoniecznie mają cokolwiek wspólnego z Wigilią. 
Są ogólne wartości, krzywda ludzka, cierpienie, ale i radości. Jest cudna, klasyczna i chwilami ciężka w odbiorze narracja. Jest groza, jest przygoda, jest kryminał i romans.
Rysunki dopełniają klimatu.
Gratka dla miłośników klasyki.

Spis opowiadań

1. Wrak Złotej Mary - o rozbitkach, ocalałych z katastrofy morskiej.

2. Katusze gromadki angielskich jeńców - o dzielnym kapitanie, nieustraszonej kobiecie, niewoli i piratach.

3. Nawiedzony dom - o nawiedzonym domu, grupce przyjaciół i duchu.

4. Wieści z morza - o pewnym kapitanie i małej wiosce.

5. Bezimienny bagaż - o tajemniczy bagażu i jego fascynującej zawartości.

6. Ziemia Toma Tiddlera - o pewnej znanej grze dla dzieci.

7. Bezdroże - o pewnej kobiecie i tajemnicach, które chciała poznać.

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

Niewyczerpana skarbnica wciąż żywych przypowieści o świętach jako czasie dobroci, wybaczenia i miłosierdzia.


Czwarty już tom Opowieści wigilijnych dopełnia prezentację utworów świątecznych. Są one, rzecz jasna, mniej zwarte niż „książki wigilijne”, gdyż stanowią tylko fragment tytułowego przedsięwzięcia. Pierwsze cztery (Wrak Złotej Mary, Katusze gromadki angielskich jeńców, Nawiedzony dom i Wieść z morza) są utrzymane w tradycyjnym stylu Dickensa, natomiast Ziemia Toma Tiddlera oraz Bezimienny bagaż zaskakują nowatorstwem formalnym. Katusze angielskich jeńców pisane były wspólnie z Wilkie Collinsem, podobnie jak opublikowane w roku 1867 Bezdroże, noszące wyraźny ślad tego, iż równolegle przygotowywane były dwie formy tego utworu: narracyjna i sceniczna.

Cykl: Opowieści wigilijne (tom 4)



AUTOR
↓


Pisklak Zuzanna Orlińska

Pisklak Zuzanna Orlińska

"Autor zszywa swoją opowieść z maleńkich kawałeczków rzeczywistości, używając nici wyobraźni."

Bardzo dobra opowieść, nie tylko dla pokolenia pisklaków;) Prawdziwa, i właśnie dlatego smutna, w swej prawdzie, ale i pełna nadziei.
Z nutką prawdziwej przygody, tajemnicy, a nawet historii!
Pełna buzujących emocji. Pełna przyjaźni. I rozczarowań. Ale też nadziei.

Polecam - jedna z lepszych lektur ostatnio w tej kategorii.

Świetna okładka.

MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***

To najtrudniejsze lato w niedługim jeszcze życiu Klary. Na świat przychodzi jej ciężko chory brat, bezbronny jak pisklę, które wypadło z gniazda, ojciec i matka są pogrążeni w rozpaczy, a do ruin pobliskiego domu wprowadzają się dwaj tajemniczy chłopcy opuszczeni przez rodziców. Czy w chwili próby dziewczyna będzie umiała dokonać właściwego wyboru?


Ta poruszająca powieść o dojrzewaniu – do miłości, lecz także do odpowiedzialności i odwagi – została wyróżniona w 20. edycji Ogólnopolskiej Nagrody im. Kornela Makuszyńskiego.

"To mądra opowieść o przyspieszonym dojrzewaniu bohaterki, która znalazła się w sytuacji zmuszającej ją zarówno do podjęcia śmiałych decyzji, jak również - co tutaj jest ważniejsze - do postawienia zasadniczych pytań, jakie zadaje sobie każdy człowiek: o życie i śmierć, odwagę, odpowiedzialność, prawdę, miłość, przeszłość i przyszłość.Powieść Zuzanny Orlińskiej zasługuje na baczną i uważną lekturę, powinna być zarekomendowana kilkunastoletnim czytelnikom oraz ich rodzicom i nauczycielom." 

Krzysztof Biedrzycki, UJ



AUTOR
↓



Smocze kły Michael Crichton

Smocze kły Michael Crichton

Tak czekałam i tak się ZAWIODŁAM.
Nuuuuuuudy. Flaki z olejem. Narracja chaotyczna, totalnie nie trzymała mojej uwagi. Nie wiem, czy to pisał autor...
Historia powinna być fascynująca, a jest bez ducha. BEZ DUCHA. Bez klimatu. Bez płynności. Chaotyczność i NUDA.

Nie polecam.

MOJA OCENA: 3/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!






***

Jest rok 1876. Wojownicze indiańskie plemiona wciąż zamieszkują zachodnie tereny Ameryki, choć na fali gorączki złota w tamtejszym krajobrazie zaczynają wyrastać miasta bezprawia. W tej scenerii dwaj paleontolodzy przetrząsają Dziki Zachód w poszukiwaniu szczątków dinozaurów, jednocześnie wzajemnie oszukując się i sabotując swoją pracę w rywalizacji, którą nazwano wojną o kości.

W takim zdradliwym otoczeniu porusza się William Johnson, student Yale, który tu odkryje siłę swojego charakteru i zmierzy się z najgroźniejszymi przeciwnikami.










Zima pośród lodów Juliusz Verne

Zima pośród lodów Juliusz Verne

"Lajtowa" wersja Terroru Simmonsa, bez pierwiastka mystery, za to z klasyczną narracją i klasycznym podejściem do grozy:)
Czyta się szybko, choć chwilkami nużąco, jak to zazwyczaj chwilkami bywa z klasyką.


MOJA OCENA: 6/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU!



***

W porcie Dunkierki Jean Cornbutte czeka na powrót swojego syna, Louisa, kapitana La Jeune Hardie, który wyruszył na wyprawę na Daleką Północ. Ale po przybyciu statek bije czarną flagę: Louis zniknął podczas bohaterskiej akcji ratunkowej. Odmawiając pokonywania tej straty, Jean Cornbutte, wspomagany przez narzeczoną Ludwika, organizuje wyprawę pomocy: w towarzystwie nieustraszonych żeglarzy wyruszają na Grenlandię w poszukiwaniu zaginionych.








Celwony Klólik Lissa Evans

Celwony Klólik Lissa Evans

"Dzień ten nadszedł, choć powoli,
wkrótce ktoś nas z pęt wyzwoli!
Nieznani goście z dalekich krajów
przepowiednię naszą zaraz poznają.

Gdy naszą krainę srogi gniew spęta,
gdy odbiorą nam słodycze, a nawet święta,
gdy znikną radość, zabawa i żarty,
a kolor z każdego zostanie starty,
czworo dzielnych nieznajomych
przed nieszczęściem nas uchroni.

Podejdźcie, nieznajomi, pieczęć złamcie.
I tajemnice pradawne poznajcie.
Słuchajcie uważnie wierszyka prostego,
by wiedzieć, jak klątwę zdjąć z kraju naszego.

Szukajcie zaginionego przedmiotu,
a gdy mieć go będziecie,
dzwońcie do słuchacza,
który wie wszystko na świecie.
Potem odrzućcie słowa i wiersze,
które Blopki pisały jako pierwsze.
Spójrzcie na ich kolory raz jeszcze
i inne słowa do opisu weźcie.
A wespół nowe wady, zalety i wnioski
odpowiedzią będą na wszystkie troski.

Na koniec jedno z was ma sprawiedliwie
dokonać najtrudniejszej rzeczy możliwie,
a kiedy to zrobi – nie wcześniej, jak wiecie –

drogę do domu wnet odnajdziecie."

Świetny pomysł, prawie jak z Alicji w Krainie Czarów:) Rewelacyjne dialogi prowadzone wierszem - świetna lektura z morałem dla młodszych czytelników, obdarzonych wyobraźnią:)))
Żeby za moich czasów były takie opowieści...
POLECAM!

MOJA OCENA: 8/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!



ROZDZIAŁ 1

To było najzwyklejsze w świecie popołudnie, ale – jak się później okazało – każdy jego szczegół miał znaczenie. Każdy stał się ważny.
– Blopki! – Od strony sypialni, którą zajmowała Misia, dochodziły głośne jęki. – Pocytaj mi o Blopkach!
– Za chwilkę – odparła Funia. – Miałaś wypić mleko.
– Ale jest ciepłe i ma kozuch, i jest całe obzydliwe.
– No dobrze, potem ci poczytam.
Funia (lat dziesięć i pół) się pakowała. Za niecałe trzydzieści sześć godzin razem z mamą i Misią, jej młodszą siostrą (lat cztery), miały wyjechać na wakacje. Zapowiadało się bajecznie. Takich wspaniałych wakacji Funia nie miała od dawna, więc chciała się porządnie przygotować. Przy okazji zamierzała wypróbować zaawansowaną technikę oszczędnego pakowania, którą widziała w programie telewizyjnym o alpinistach. Trzeba było zwinąć każde ubranie tak, by przypominało małą parówkę, później zabezpieczyć je gumką, a na koniec wszystkie parówki upychało się ciasno w torbie, jedną obok drugiej, jak patyczki. Funia chciała zmieścić całą garderobę na wyjazd w małym plecaczku, w którym zwykle nosiła do szkoły drugie śniadanie. Zdecydowała się na taki eksperyment, bo po pierwsze, to było wyzwanie, a po drugie, wiedziała, że bagaż mamy będzie się składać (jak zwykle) z mnóstwa przypadkowych toreb, bo przecież Misia nigdzie się nie rusza bez tony zabawek. Bawi się nimi najwyżej przez pięć sekund, by później, rzecz jasna, stracić całkowicie zainteresowanie.
– Pocytaj mi o Blopkach. Plooooosę.
– Znowu Blopki? Nie ma mowy. Poproś mamę.
– Przykro mi, Funiu, ale nic z tego. Nie mogę! – zawołała mama z dużego pokoju. – Muszę do jutra skończyć kapelusz dla klientki. To matka panny młodej, bardzo wymagająca osoba.
Funia jęknęła, lecz w końcu wstała.
W części pokoju, którą zajmowała jej siostra, panował potworny bałagan. Kiedy Funia przedzierała się przez zagraconą podłogę w stronę łóżka, nagle usłyszała głośny pisk.
– Ej! Wlazłaś na Sonię! – wrzasnęła Misia.
– Bo ją zostawiłaś na podłodze – odparła zirytowana Funia. Schyliła się, żeby podnieść Sonię, fioletowego słonika w różowej spódniczce, z długimi różowymi rzęsami i różową czupryną.
– Ona spała – wyjaśniła Misia. – Celwony Klólik kazał wsystkim zabawkom wceśnie iść spać, bo były niegzecne.
– Aha – odparła Funia.
Kiedy spojrzała na podłogę, okazało się, że faktycznie wszystkie misie i lalki leżały poukładane w rządki jak w sypialni z magazynu o wnętrzach. Nawet wózek dla lalek stał z boku przykryty kocykiem. Obok Funia zauważyła nawet srebrny autobus z różowymi kołami, który pod zderzakiem miał małą poduszeczkę. W łóżku Misi, jak zwykle, leżał tylko Celwony Klólik.
– No dobrze – westchnęła Funia. Rzuciła na łóżko fioletowego słonia, a sama usiadła obok. – Czy to koniecznie musi być ta książka? Czytałyśmy ją już z osiem milionów razy.
– Musi.
– W takim razie może wystarczy, jak przeczytam ci tylko dwie strony?
– Nie.
– Pięć stron?
– Maaaamoooo! Funia jest niedobla!
– Proszę cię, kochanie, przeczytaj jej całą bajkę. Nie jest taka długa! – zawołała mama. W jej głosie słychać było zmęczenie.
Funia się skrzywiła, lecz otworzyła Krainę Blopków i zaczęła czytać znajome wersy nie wiadomo już który raz.

Blopki mieszkają daleko za morzem,A każdy z Blopków w innym jest kolorze.Żółte, Zielone, Niebieskie, Różowe,Szare, Fioletowe i Pomarańczowe.

Na pierwszym obrazku można było zobaczyć grupkę zadowolonych Blopków. Każdy był w innym kolorze, jak głosił wierszyk, ale wszystkie przypominały kształtem małe kosze na śmieci z okrągłymi oczami i krótkimi łapkami. Stworzonka promieniowały idiotyczną wręcz radością. Funia przewróciła kartkę i czytała dalej, monotonnym, znudzonym i urywanym głosem:

Żółte są nieśmiałe, a Niebieskie silne,Szare zaś rozsądne są i nieomylne.Zielone odważne, Różowe kochane,A Pomarańczowe? Te są roztrzepane!Za to na historii krainy BlopkowejZnają się najlepiej tylko Fioletowe.

– Ale cytaj ładnie, z ucuciem – domagała się Misia, która, gdyby tylko chciała, z pewnością potrafiłaby poprawnie wymówić głoski „cz” i „r”. W ogóle się jednak nie starała, ponieważ lubiła, kiedy ludzie się nad nią rozczulali i powtarzali: „Ojejku, jaka słodka!”. Funia czytała dalej, wkładając w to odrobinę więcej serca:

Wiele ma talentów Blopkowa drużyna,Dzięki nim marzenia swe spełniać zaczyna.Wspólnym wysiłkiem wszystkich rąk,Póki nie wymknie im się bąk.

– Wcale nie było żadnego bąka! – krzyknęła rozzłoszczona Misia. – Tam jest napisane: „Póki nie wymknie im się błąd”.
– Skoro znasz to na pamięć, nie muszę już chyba czytać?
– Ale Celwony Klólik też chce posłuchać.
– Czyżby? – Funia spojrzała na Celwonego Klólika, który przycupnął obok Misi. Był wielki i zrobiony z czerwonego aksamitu. Miał duże sztywne uszy, długie wiotkie łapy i malutkie czarne ślepka. Był ulubioną zabawką Misi. Dwa i pół roku temu dziewczynki znalazły go na wystawie w sklepie z używaną odzieżą. To było tydzień po śmierci ich taty. Kiedy Misia zauważyła królika, popędziła do sklepu, chwyciła go w ramiona i za nic nie chciała wypuścić. Stał się jej ukochaną przytulanką. Funia – być może przez okropne wspomnienia z tamtego tygodnia – nigdy nie polubiła tej zabawki. Większość pluszaków (tak przynajmniej podpowiadało Funi doświadczenie) albo się uśmiechała, albo była smutna, ale Celwony Klólik miał wymalowany na pyszczku koszmarny próżny grymas, jak przemądrzały dzieciak, który wie, że jest pupilkiem nauczycielki i nigdy, przenigdy nie zostanie ukarany. Dziewczynka odwróciła głowę, by nie patrzeć na zabawkę, po czym przewróciła stronę książki i zobaczyła ilustrację, na której gromadka Blopków stała i drapała się po głowach.
– O, a tutaj jest o tym, jak próbują wymyślić, co kupić na urodziny Królowi Blopków – oznajmiła z udawanym zainteresowaniem. – Ciekawe, co wymyślą. Kolację dla dwojga w eleganckiej restauracji? Spersonalizowaną tablicę rejestracyjną?
– Cytaj.
– Może weekend w spa?
– Plooosę – powiedziała Misia, kładąc siostrze rączkę na ramieniu. – Plosę, cytaj.
A jako że Misia była naprawdę uroczym dzieckiem (kiedy się nie popisywała, nie jęczała, nie marudziła ani nie upierała), Funia przestała się wygłupiać i doczytała książeczkę do samego końca.
Po raz nie wiadomo już który.
Na dwudziestu denerwujących stronach opisano historyjkę o tym, jak Blopki zorganizowały zabawę w chowanego – to miał być prezent-niespodzianka dla Króla. Później wyprawiono przyjęcie – wielki piknik, a kiedy słońce chowało się za drzewami w kształcie lizaków, Blopki odśpiewały na zakończenie swą ckliwą pioseneczkę:

To my, Blopki, Blopki kolorowe!Niebieskie, Zielone, Różowe i Szare,Żółte, Fioletowe i Pomarańczowe,Zawsze współpracować gotowe!

Funia zerknęła na ostatni obrazek w książeczce. Przedstawiał nieduży tłumek Blopków, które stały na szczycie pagórka i wpatrywały się w księżyc. Jakiś czas temu jej siostrzyczka dorysowała wąsy wszystkim fioletowym stworkom.
Misia już zasypiała. Funia przykryła siostrę kołdrą, odłożyła książkę na szafkę nocną, na której leżało już mnóstwo szpargałów. W jednej chwili szybkim ruchem chwyciła jednak Krainę Blopków z powrotem – wśród najróżniejszych śmieci leżał przewrócony kartonik z sokiem, a sok pomarańczowy wylewał się właśnie na stolik. Funia momentalnie podniosła kartonik i zaczęła się rozglądać za czymś, czym mogłaby wytrzeć sok. Jej wzrok padł na Celwonego Klólika. Jego uśmieszek nigdy jeszcze nie był tak irytujący. Zanim Funia zdążyła się opamiętać, chwyciła zabawkę za uszy i przyłożyła do pomarańczowej kałuży.
Rezultat był zaskakujący: Celwony Klólik zadziałał jak gigantyczna gąbka. Kałuża kurczyła się, aż wreszcie zniknęła bez śladu. Na czerwonym futerku nie było widać nawet plamy po soku. Funia poczuła ulgę połączoną z wyrzutami sumienia. Upewniła się, że Misia głęboko śpi, po czym posadziła Celwonego Klólika na kaloryferze i wróciła do pakowania.
Wybierały się na wakacje pełne przygód. Mama i Misia miały zamiar odpoczywać i pluskać się w małym baseniku, Funia zaś planowała nauczyć się pływać kajakiem, nurkować, wspinać się, używając liny lub nawet bez niej, orientować się w terenie, chodzić po jaskiniach i jeździć gokartem. Dziewczynka wyjęła teraz z szuflady stary podkoszulek i zaczęła go ciasno zwijać. Musiała wygospodarować tyle miejsca, żeby w plecaku zmieściły się jeszcze płetwy, które obiecała jej kupić mama.
Nazajutrz po południu miało się jednak wydarzyć coś okropnego (...)



***

Boisz się, że nie znajdziesz drogi do domu? Uwierz, że wszystko zawsze dobrze się kończy, a z pomocą przyjaciół można pokonać największy strach.

Funia ma dziesięć lat i właśnie spakowała plecak na najwspanialsze wakacje, jakie tylko można sobie wymarzyć.

Nic z tego. Pechowym splotem okoliczności trafiła do bardzo dziwnego świata. Zamiast mamy i siostry, z którymi miała spędzić lato, ma trzech mało fajnych towarzyszy. Dwaj są naprawdę szczególni, a trzeci… Cóż, trzeci to koszmarny kuzynek Graham.

Niedobrze. Bo Funia ma do spełnienia pewną misję. Musi stawić czoło okrutnemu dyktatorowi oraz trzem tysiącom Blopków.

Najgorsze, że to wszystko jej wina!

Ale nie bójcie się za bardzo! Sytuacja, co prawda, wygląda na poważną, ale na szczęście ta historia jest też bardzo zabawna, ciepła i wzruszająca. Najlepiej czytać ją razem z mamą, tatą i rodzeństwem (także tym, które jeszcze nieco sepleni). Wtedy frajda jest największa. Naplawdę! (dopowiada Misia, czteroletnia siostra Funi, właścicielka pluszowego Celwonego Klólika. Mozecie jej wiezyć)






Brama piekieł Bill Schutt, J.R. Finch

Brama piekieł Bill Schutt, J.R. Finch

"Myślę, że Brama Piekieł jest najbardziej przeklętym miejscem, jakie kiedykolwiek odwiedziłem, i chętnie zapłaciłbym dziesięć funtów, żeby go nie widzieć. George Bernard Shaw"

Bardzo ciekawy pomysł, ale narracja nie przekazuje właściwie klimatu, jaki powinien panować w tego rodzaju opowieści. Ni to horror, ni to historia, ni to fakty...
Za duża mieszanka.

Mogłoby być o wiele lepiej, ponieważ jest groza. I tajemnica. I... istoty. Pachnące gardenią. 

Desmodus draculae.
"Widma. Tak w bazie nazwano niewidzialnych wrogów, którzy atakowali japońskich i niemieckich żołnierzy. Miejscowi robotnicy mieli dla nich własną nazwę: chupacabra (...) Kiedy pozwolisz chupacabrze zamieszkać w swojej głowie, nigdy już nie będziesz tym samym człowiekiem."

Przesłanie niezłe.
"Cywilizacja (...) Interesująca idea, gówniane wykonanie."

MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


PROLOG

Biała Krew i Czarna Biblia

Bóg nie ma władzy nad przeszłością, Co najwyżej okrywa ją zasłoną zapomnienia.
Pliniusz Starszy
Okolice rzeki Tykicz Gniły, Ukraina
Front sowiecko-niemiecki
16 lutego 1944
Wczesna odwilż.
Tak to się zaczęło.
Jak na to miejsce, o tej porze roku powietrze było wyjątkowo wilgotne. Ciężki mróz, który zazwyczaj nadchodził koło grudnia i nie odpuszczał aż do marca, tamtego roku w ogóle się nie pojawił. Lodowata woda w rzece, zwykle niemrawa, płynęła wartko niczym rwący potok.
Lekki wiatr zwiewał włosy na oczy Wiktora. Odsuwając je na bok, na chwilę się zatrzymał, by podziwiać widok. Okolica była piękna, można by nawet powiedzieć, że spokojna, gdyby zignorować pewne fakty, takie jak rozjechane gąsienicami czołgów błoto wymieszane z mokrym śniegiem albo nieustający szum silników i zapach czarnych spalin.
Siwy koń juczny odwrócił łeb do Wiktora i przygryzł metalowe wędzidło, obśliniając je przy tym.
– Jesteś głodny, Sasza – mruknął. – Ja też.
Poluzował uzdę i z kieszeni kurtki wyjął pół garści ziarna, które koń zjadł łapczywie, a na koniec szturchnął nosem ramię chłopca.
– Nie ma więcej – rzekł Wiktor, z przesadą wzruszając ramionami.
Sasza, mały konik rasy wiatka, niewiele większy od osła, pochodził z euroazjatyckich stepów. Wiktor znał te konie niemal przez całe swe siedemnastoletnie życie. Były rosyjską odpowiedzią na drogi, na których zapadało się po kolana w błocie. Tak naprawdę tylko kartografowie nazywali je drogami. Ten niezrównany koń, nie dość, że silny, był też nienarowisty, spokojny, choć ciągnął sanie załadowane mocno ponad miarę. Już od trzech dni Wiktor nie spuszczał drewnianych skrzyń z oczu, a w nocy spał na nich. Wiedział, że choć wiele skrzyń, które jego rodacy ciągnęli przez to błocko, zawierało amunicję czy broń, on transportował tylko szufle i kilofy.
Ale są tak samo ważne jak broń, przypomniał sobie. Może nawet ważniejsze.
Wiktor się nie mylił, choć podobnie jak pozostali nie miał zielonego pojęcia na temat szczegółów ich zadania. I jak wielu jego rodaków otrzymywał wyłącznie rozkazy „Iść naprzód” i „Zabić ich wszystkich”. Szczerze mówiąc, nigdy jeszcze nie widział choćby jednego Niemca, lecz ostatnio coraz częściej zastanawiał się, jak by zareagował, gdyby jakiegoś spotkał. Mimowolnie zadrżał na tę myśl i zabrał się do wyciągania rzepa z końskiego kłębu.
Stojąc tak i pocieszając Saszę, Wiktor nie zdawał sobie sprawy, że był jednym z niemal pół miliona żołnierzy, którzy zdążali w tamtą stronę prawie z całego obszaru Rosji. Zbierali się wzdłuż granicy frontu rozciągniętego na ponad trzysta dwadzieścia kilometrów. Dowódcy mieli nadzieję rozbić, i to bezpowrotnie, ostatnią niemiecką ofensywę na Wschodzie. Z pomocą miejscowych partyzantów i przy sprzyjających warunkach pogodowych siły sowieckie stopniowo, ale skutecznie spychały armię Hitlera przez Rosję na Ukrainę. Tylko generałowie wiedzieli, że około sześćdziesięciu pięciu tysięcy niemieckich żołnierzy znalazło się w okrążeniu na terenie, który klinem wbijał się głęboko w strefę zajmowaną przez Rosjan. Dla historyków jest to kocioł pod Korsuniem lub kocioł pod Czerkasami. Dla tych, którzy znaleźli się w pułapce, dla tych, którzy przeżyli, pozostanie na zawsze Bramą Piekieł.
W owym klinie gołoledź, błoto i topniejący śnieg unieruchomiły inwazję nieprzyjacielską, wcześniej nie do zatrzymania. W końcu Luftwaffe zrzuciła swoim rodakom żywność i amunicję, lecz na nieszczęście dla Niemców pomoc wylądowała w zajmowanej przez Rosjan strefie. Sprzęt padał, możliwości komunikowania się były coraz bardziej ograniczone, choć nękani kłopotami Niemcy dowiedzieli się jednak, że to ich „niedostatecznie oświetlony” punkt zrzutu odpowiadał za błąd Luftwaffe. Siły Osi nie miały pojęcia, że 24 Dywizja Pancerna po wyczerpującej wędrówce na północ, idąc z odsieczą okrążonym oddziałom niemieckim, nigdy nawet się do nich nie zbliżyła. Zamiast tego, o dziwo, w pewnym momencie zawróciła, zresztą zgodnie z bezpośrednim rozkazem Adolfa Hitlera. Niemcy w kotle czerkaskim zrozumieli, że jedyną szansą na przeżycie jest przerwanie okrążenia, ale w tym momencie nawet to zostało odłożone w czasie.
Tymczasem Rosjanie nieustannie wzmacniali swoje pozycje, szykując klasyczny atak oskrzydlający. Historycy rosyjscy twierdzą, że siły rosyjskie liczyły tam wówczas dwieście tysięcy żołnierzy. Wysokie dowództwo niemieckie uważało, że Rosjan było dwukrotnie więcej – i przez jakąś chwilę rzeczywiście tak było.
Wiktor poklepał grzbiet konia, a potem ściągnął cugle. Gdybym dłużej tak mocno ciągnął, nadawałbyś się tylko do zjedzenia, pomyślał.
Bezskutecznie próbował odsunąć tę myśl, aż jego uwagę odwrócił osobliwy dźwięk. W strefie wojennej głośne huki nie były niczym niezwykłym, ale tym razem wydawało się, jakby gdzieś w oddali eksplodowało niebo.
Kilka sekund później dźwięk się powtórzył i był jeszcze głośniejszy. Gdzieś nad głową, jak grzmot… w bezchmurny dzień. Wiktor poczuł falę uderzeniową, zdało mu się, że żebra drgają jak dwanaście par kamertonów.
Potem zapadła cisza. Śmiertelna cisza.
Pojazdy stanęły, ludzie się zatrzymali. Tak jak po wielokroć w przeszłości i w rozmaitych okolicznościach, ci cierpiący na nerwicę frontową i ci niedoświadczeni spojrzeli na oficerów i starszych żołnierzy, czekając na wyjaśnienia. Rekruci odwrócili się z nadzieją do weteranów, którzy przeżyli blitzkrieg i oblężenie Stalingradu, gdzie głód, zimno i nieustające bombardowanie zabiły milion rodaków. Byli pewni, że ci twardzi i zaprawieni w bojach żołnierze powiedzą im, co się właśnie stało.
Ale nawet oni nigdy jeszcze nie słyszeli podobnego dźwięku. Nikt czegoś takiego nie słyszał.
To był huk lecącego z ponaddźwiękową prędkością obiektu, który zaczął zwalniać.
W rosyjskich szeregach dało się wyczuć konsternację połączoną z lękiem. Setki żołnierzy porzuciły swoje zajęcia, by bacznie spojrzeć na niebo, osłaniając oczy przed oślepiającym słońcem. Ci o najlepszym wzroku dojrzeli słaby metaliczny błysk mknący po niebie z nienaturalną prędkością. Niektórzy instynktownie unieśli broń, ale wtedy samolot – czy cokolwiek to było – zniknął z widoku.
Aleksiej Karasew był sierżantem sztabowym Armii Czerwonej, ale z trzema złotymi wojennymi paskami cieszył się wśród żołnierzy tak wielkim szacunkiem, jakby był generałem. Karasew wydmuchał chmurę dymu z cygara, które przypominało zmumifikowany palec. To nie może być artyleria, pomyślał, wiedząc, że według ostatniego raportu niemieckie jednostki pancerne znajdowały się ponad sto kilometrów dalej. Nie brzmiało też jak artyleria, dodał w duchu.
– Kurwa mać! – zaklął sierżant. – Ruszać naprzód!
Ale gdzieś z przodu powstało zamieszanie. Co znowu, pomyślał, ruszając w stronę samochodu transportowego, który zatrzymał się na drodze. Karasew wiedział, że wyczerpani żołnierze wykorzystają każdy pretekst, by złapać kilka chwil odpoczynku, a niektórzy, gdyby im na to pozwolić, rozłożyliby się w tej brei i już tak zostali.
Samochód był amerykański, niedawno je tu dostarczono. Dodge, tak na nie mówili. Kierowcą pojazdu z plandeką była młoda Rosjanka, która właśnie wyglądała przez otwarte drzwi szoferki i z podnieceniem wskazywała na niebo. Szpakowaty sierżant dopiero teraz zauważył, że była atrakcyjna. Miała długie czarne włosy, które opadały na grubo watowaną kurtkę.
Silnik dodge’a zgasł, a żołnierze, którzy zgromadzili się w pobliżu, powiedli wzrokiem za kobiecym palcem i gapili się na niebo.
– Tam! Tam! – wołała.
Kilku mężczyzn stało bez ruchu, inni, dojrzawszy młodą żołnierkę, wspinali się na palcach i wyciągali szyje. Jeden z nowych opiekunów dziewczyny wystrzelił w powietrze, a inni poszli w jego ślady.
Sierżant Karasew widział, że celują w dwa spadochrony, które pojawiły się nad nimi, dwa białe koła z czerwonym znakiem, nieczytelnym na niebieskim niebie.
Znów ktoś strzelił, tym razem w dalszej części konwoju. Pokazało się też więcej spadochronów – Karasew doliczył się sześciu – i padły kolejne strzały.
Wracając wzrokiem do najbliższych spadochronów, Karasew nie dojrzał tam żadnych ludzi. Zamiast tego widział czarne kanistry.
Zrzut zaopatrzenia? – dociekał w duchu. Kolejny spartaczony zrzut Luftwaffe? Zaraz potem pojawiła się inna myśl, która bardzo go zaniepokoiła. Kanistry wydawały się za małe, by zmieścić sensowną ilość jedzenia czy paliwa.
Świst kolejnego strzału przeciął poranne powietrze, przyciągając uwagę sierżanta. Nie dość, że durnie marnowali amunicję, to jeszcze ostrzegali wroga.
– Kto rozkazał strzelać? – warknął, ale coś nie pozwalało mu spuszczać oczu z nieba, choć kark zaczynał już boleć. – Niech was szlag! Dość…
Pojemniki zawieszone pod dwoma spadochronami równocześnie eksplodowały.
Rozległ się radosny krzyk, kilku strzelców odwróciło się w stronę żołnierki, czekając na jej pochwałę czy choćby uśmiech. Jednak strzały lub wybuchające kanistry, albo jedno i drugie, mocno ją wystraszyły. Schowała się w szoferce i zamknęła okno.
Karasew nie myślał o dziewczynie, tylko o precyzji i zasięgu karabinu mosin, w który wyposażeni byli jego ludzie. Kontenery znajdowały się bardzo wysoko nad ziemią, kiedy eksplodowały. O wiele za wysoko.
Żołnierze też musieli to sobie uświadomić, bo Karasew zobaczył niepokój także na ich twarzach. Ponownie spojrzał w niebo, ale nic tam nie zostało poza zniszczonymi spadochronami, z których jeden już spadł w pobliżu konwoju. Dwóch żołnierzy zaczęło się tam przedzierać przez gruby mokry śnieg, a sierżant nie zdążył ich zatrzymać.
Dotarli do spadochronu mocno zdyszani, choć wylądował niespełna sto kroków przed nimi. Na swój sposób był dziwnie piękny, taki śnieżnobiały i szkarłatny na tle błota.
– Draja, ten jedwab jest bezcenny.
– I jest nasz. Łap go, zanim gdzieś odleci.
Draja i jego przyjaciel Mariusz chwycili spadochron i rozciągnęli go między sobą.
– Zwariowałeś, Draja. Nie pozwolą nam go zatrzymać.
– Ot i żal…
Ale zapomnieli o żalu, gdy tylko ujrzeli wymalowany na jedwabiu symbol. Było to czerwone koło, a w nim czarna swastyka. Ale to nie wszystko, bowiem koło znajdowało się w czymś, co kojarzyło się z dziwaczną i szeroko rozdziawioną jamą ustną szkieletu.
Mariusz puścił spadochron, jakby go ukłuł, a w tej samej chwili pod wpływem wiatru materiał uniósł się i przykleił do twarzy Drai. Jedwab trzepotał z cichym przerażającym jękiem.
Pożre mnie! – pomyślał Draja, w gwałtownej szamotaninie próbując uwolnić się od spadochronu. Nie myślał logicznie, działał instynktownie ogarnięty paniką.
Sierżant nie widział, co się dzieje z Drają i Mariuszem, bo zajęło go inne zdarzenie. Nieźle już podstarzały żołnierz o azjatyckich rysach, który chcąc się ogrzać, oparł się o kratownicę samochodu, piskliwie krzyknął, kiedy Tytania włączyła silnik.
– Szeregowy! – warknął Karasew, a ten natychmiast podniósł wzrok. – Jak chcecie bronić ojczyzny z gównem w gaciach?
Skarcony żołnierz bardzo się zmieszał, sierżant też poczuł się głupio, zupełnie jakby wrzasnął w twarz własnemu ojcu. Dopiero teraz dotarło do niego, jaki chudy jest ten szeregowy, co można było dostrzec mimo grubych ubrań. Wydawał się raczej ptakiem niż człowiekiem, tak potwornie był niedożywiony. A jednak wziął się w garść i jako ochotnik poszedł na front. Sierżant skinął mu głową, a potem zawołał do dwóch żołnierzy, którzy pobiegli do spadochronu. Idioci szamotali się jak wściekli, zupełnie jakby to spadochron wygrywał tę potyczkę.
– Przynieście go tu! – wrzasnął sierżant. – Durnie, co wy wyprawiacie?! Szarpiecie się, jakby wasze życie od tego zależało. Wracać mi tu z tym!
Karasew znów przeniósł wzrok na starego piechura i nie widział, że żołnierze od spadochronu poddali się i usiedli w śniegu. Tym razem zwrócił się do szeregowca łagodnie. Na jego policzku dostrzegł ślady szrapnela nazywane „niemieckim pocałunkiem”, żołnierz stracił też kilka palców, pewnie na skutek odmrożenia.
– Chodźmy, szeregowy.
Jednak zamiast go posłuchać, stary Azjata stał w miejscu, lekko przekrzywił głowę i popatrywał pytająco na sierżanta.
Co teraz? – pomyślał bezradnie Karasew. Te żółtki, żółci Ruscy. Wprost nie do wiary, ile jest tych cholernych dialektów.
– Gdzie są tłumacze, kiedy są potrzebni? Chodź, idziemy! – powiedział tak stanowczo i z takim szacunkiem, jak tylko potrafił, ale słowa i gesty wydawały się próżne.
Stary żołnierz powoli uniósł rękę i wskazał na Karasewa drżącym palcem. Miał taki wyraz twarzy, że sierżanta ciarki przeszły i nagle poczuł, że ledwie trzyma się na nogach. Spojrzał po sobie i zobaczył, że białe watowane spodnie i kurtkę pokrywa żółty nalot.
– Co jest…? – Dotknął drobnoziarnistej jak piasek substancji. Pachnie jak kwiaty, pomyślał, spoglądając w niebo. Potem spojrzał na szeregowca, którego ubranie pokrył taki sam nalot, a z nosa ciekła strużka krwi.
Sierżant pociągnął nosem, a gdy poczuł smak miedzi, już wiedział, że też krwawi. Wytarł nos rękawem i skrzywił się na widok dużej plamy krwi.
Na moment światem Karasewa zawładnęła kompletna cisza. Silniki milczały, żołnierze nie przeklinali ani się nie kłócili, zupełnie jakby ktoś wlał mu do uszu wosk. Jedynym dźwiękiem było głośne walenie własnego serca. To dziwne odczucie minęło tak nagle, jak się pojawiło, a Karasew aż się wzdrygnął, gdy jego świat nagle stał się pełen dźwięków.
Jakieś czterdzieści kroków dalej zaprzęgowy koń stanął dęba i wywrócił wyładowane skrzyniami sanie.
– Spokój, Sasza, spokój! – wołał młody furman, ale koń przewrócił oczami, a potem wydał zdumiewająco ludzki krzyk, który przeraził chłopaka i tych wszystkich, którzy go usłyszeli. Furman próbował uspokoić zwierzę, lecz w nagrodę koń prychnął mu prosto w twarz. Gdy otarł oczy, zamarł z przerażenia. Nie rozumiał, co się stało, nie mógł wydobyć z siebie głosu.
Jego twarz i ręce całe były we krwi. Zszokowany i oniemiały cofnął się w samą porę, by nie zostać przygniecionym przez konia, który padł, plując krwią. Rozległ się trzask pękających końskich żeber. Zdychające zwierzę uderzyło łbem w jedną, potem w drugą stronę, a z nozdrzy tryskała krew i różowa tkanka.
Sierżant Karasew odwrócił się. Napędzała go konieczność działania w kryzysowej sytuacji, poczuł przypływ energii… szeroko otworzył oczy… zobaczył pozostałych żołnierzy… i zacisnął powieki. Wszyscy krwawili z nosów i ust, dosłownie wszyscy. Nie! – zadudniło mu w głowie.
Zaalarmował go szum silnika, więc obrócił się w tamtą stronę. Czołg T-34 ni stąd, ni zowąd zmienił kierunek, jadąc z otwartą przepustnicą. Kilku żołnierzy uskoczyło, schodząc mu z drogi, a po chwili czołg walnął w bok dodge’a, który wywrócił się, a czołg, nie zwalniając, przejechał po nim. Szoferka została dokumentnie zmiażdżona, i to tak dokładnie, że nikt nie wcisnąłby tam nawet palca. Sierżant wiedział, że dziewczyna zginęła, nim zdała sobie sprawę, co się dzieje.
Miała szczęście.
Gdziekolwiek spojrzał, ludzie chwiali się, potykali, krwawili ze wszystkich naturalnych otworów. Dla wielu ostatnim świadomym gestem było coś, czego nigdy wcześniej nie ośmieliliby się zrobić w obecności innych ludzi. Drżącymi palcami nakreślili na sobie potrójny znak krzyża: czoło… wargi… klatka piersiowa.
Wzdłuż drogi, osiem kilometrów na północ i osiem na południe, gdziekolwiek pojawiał się zapach kwiatów, śnieg kradł ciepło świeżej krwi i topił się. Pole, na którym stał sierżant Karasew, nagle zaczęło śmierdzieć jak podłoga w rzeźni.
Pozbawiony tlenu układ nerwowy Karasewa przestawał funkcjonować, ciałem wstrząsały fale konwulsji, układ naczyniowy zamienił się w krwotoczny labirynt. Krew, która powinna popłynąć do mózgu, wlewała się do jelit, które pęczniały, aż pod wpływem rosnącego ciśnienia wypchnęły ją do żołądka. Karasew zwymiotował ogromną ilość krwi na buty, kolana ugięły się, runął na ziemię.
Kiedy tak leżał, płacząc i po omacku dotykając błota, dotarło do niego, że struny głosowe zwiotczały, a mięśnie wokół ust odrętwiały i nie podlegały już jego kontroli.
Moje wargi umarły, a ja muszę się modlić, pomyślał z rozpaczą.
Przez czerwony filtr, bo jego łzy były krwawe, patrzył na pole bitwy. Tym ostatnim, co świadomie odnotował, był jęk dziesięciu tysięcy umierających ludzi (...)
***
Jest rok 1944, trwa wojna w Europie i na Pacyfiku. 


W brazylijskiej głuszy amerykański wywiad wojskowy natrafia na szokujące znalezisko. Pośrodku malarycznych mokradeł tkwi porzucona japońska łódź podwodna, największa, jaką kiedykolwiek wyprodukowano. Kiedy wysłany na miejsce oddział komandosów przepada bez śladu, armia zleca zbadanie sprawy kapitanowi R.J. MacCready’emu, wybitnie utalentowanemu i wszechstronnemu naukowcowi.
W trudno dostępnym, zasnutym wieczną mgłą wąwozie MacCready znajduje tajna bazę i odkrywa szczegóły diabolicznego planu. Państwa Osi pracują nad bronią biologiczną, która ma unicestwić aliantów i zakończyć wojnę. Jednak to nie jedyne zagrożenie – w na pozór rajskiej dżungli czai się zło, które powoli, ale skutecznie niszczy wszystko wokół. Stawką w grze jest zagłada świata, jaki znamy.

Cykl: R.J. MacCready (tom 1)







Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger