Król smutek Joe Hill
"Nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek trafi na dobry horror o potworze."
Dokładnie. Zgadzam się ze słowami Króla Smutek.
Czy tutaj trafiłam na dobry horror o potworze?
Nie.
Czy był to w ogóle horror?
Nie był.
A zapowiadało się nieźle:
"Stworzenie przywołane z Długiej Ciemności, coś w rodzaju demona. Nie... to smok. Enoch Crane nazywa go różnie: durnym robalem, przebiegłym wężem, zbrojnym diabłem. Ale myślę, że opisuje zwykłego smoka, kogoś z rodzaju Smauga. Spłodzonego przez Ojca Zniszczenia, najstarszego i najpotężniejszego ze smoków."
Niestety, to była tylko zapowiedź czegoś mrocznego i na tej zapowiedzi szybko się skończyło.
Dla mnie.
...
"There something wrong with this" book...- jakby to prawie powiedziała pani Stanton z Czerwonej Róży.
...
Wydawało mi się, że coś jest nie tak z tłumaczeniem, ale potem jednak okazało się, że to nie o tłumaczenie chodzi, tylko o całą historię. Niby było wszystko okej, a jednak nie mogłam się do końca wczuć w tą opowieść. Czołgałam się straszliwie do samego końca...
To, co miało potencjał być mroczne, mroczne nie było: bardziej kojarzyło się z fantasy, a ten rodzaj literatury, choćby nie wiem, jak mroczny, nadal pozostaje fantasy. Było parę świetnych motywów, świetnych momentów, super zaczętych wątków, które mogłyby się rozwinąć w zupełnie innym kierunku i byłoby to MEGA, ale...
Król Smutek nie do końca był straszny. Zostało obdarty, moim zdaniem ze swojego potencjału i bardziej przypominał starszego, trochę bardziej złego brata Mushu z Mulan, o ile taki by istniał.
Jedyną postacią, która miała "jaja" i bardzo pasowała do scenariusza, na który się nastawiłam w bardziej mroczną stronę, był Colin:
"Wprowadziliśmy istotę z legend, z innego wymiaru, do naszego prawdziwego świata. Rozbiliśmy rzeczywistość, jakby była szybą, w którą cisnęliśmy kamieniem. Dla mnie noc, kiedy przyzwaliśmy Króla, jest najważniejszym doświadczeniem w życiu. Najbardziej znaczącym."
Taaa, on zdawał sobie z potencjału, na który ja miałam ochotę, a którego nie dostałam: skończył się on w momencie, w którym się zaczął i w którym Król Smutek wypowiedział pierwsze zdanie...
Marudząc dalej: mogłoby być też o połowę krócej. Jasne, opowieść można przegadać, tak jak to na przykład nie raz robił Stephen King, ale tam jakoś nie miałam wrażenia, że to jest zapchajhistoria o niczym i o wszystkim, jak w Gumbo, choć Gumbo jest smaczne, bo wszystkie składniki są proporcjonalnie dobrane i doprawione.
Jak jest tu?
Kwestia smaku.
Mi nie podeszło.
...
Oczywiście w generalnym rozrachunku, pomijając moje oczekiwania, które zamieniły się w rozczarowanie, starając się obiektywnie spojrzeć na całość, choć oczywiście jest to niemożliwe: jest to długa opowieść na dłuuuuuugie jesienne wieczory, w której nie należy nastawiać się na stricte horror oraz na to, że Joe Hill tworzy tak, jak Stephen King.
Bo tak nie jest.
P.S. I nadal czuję nosem, że NOS4A2 napisał sam King, a nie Joe😎, bo jak na razie CIĄGLE jest to "jego" najlepsza powieść, jaka powstała do tej pory.
MOJA OCENA: 6/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!