Lokatorka Freida McFadden
"Nie martwcie się. Oboje na to zasłużyli"
Kolejna powieść tej autorki, chyba jak do tej pory najsłabsza, jaką czytałam, ale nie czytałam ich dużo, więc odniesienie słabe. Za to najbardziej zabawna.
Do momentu.
Wszystko tu jest przerośnięte: główny bohater, którego ego jest przerośnięte od niego samego razy milion i lekko zajeżdża podejrzanym smrodkiem przeszłości, jego skretyniała prawie idealna narzeczona, która na wszystko reaguje mokrymi oczami pełnymi łez, jak jelonek Bambi. No i oczywiście tytułowa lokatorka, która od razu okazuje się podejrzana, dlatego obligatoryjnie wypada z kręgu podejrzanych na wstępie.
Czy słusznie?
...
I czasami, aż się chciało powiedzieć za głównym bohaterem: "Dobra, dość tej błazenady", ale i tak czytało to się lekko. Trzeba przyznać, że pióro autorki ma tę lekką moc.
Mam też wrażenie, że ona sama bardzo dobrze się bawiła, pisząc tę opowieść z punktu widzenia faceta. I potraktowała to z przymrużeniem oka.
Ja też to tak potraktowałam i bawiłam się tak samo dobrze, jak autorka, choć nie nazwałabym tego thrillerem.
Przeczytane, zapomniane?
Nie do końca.
Najbardziej kuriozalna przerośnięta scena pogrzebu złotej rybki, jaką czytałam, w której uczestniczyli przypomnę dorośli ludzie, oraz Quillizabeth: jedyna postać, która mogłaby mi się przyśnić w nocy 😎
Czytajcie na własne ryzyko.
MOJA OCENA: 6/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!
***
