Egzorcysta William Peter Blatty
"Już wiedział.
Nadchodzi."
Kolejne wznowienie kultowej powieści o opętaniu - właściwie elementarza tej kategorii.
Moim zdaniem ta historia zasługuje na lepszą okładkę, ale przecież nie to się liczy?
O Egzorcyście napisano już wszystko chyba, więc nie napiszę niczego nowego, oprócz tego, że jest to zarąbiasty horror na wysokim poziomie, który NAPRAWDĘ przeraża.
Świetny klimat narastającej grozy, zaburzenie normalności czymś niepojętym i mrożący niepokój odczuwalny jest już od pierwszych stron. Trzeba też docenić fakt, że jak na klasykę ta przerażająca historia - jedna z najbardziej przerażających historii - jest napisana rewelacyjnie przystępnie.
A wiadomo jak to bywa z klasyką.
Więc jeśli ktoś jeszcze nie czytał, a ma odwagę zanurzyć się w prawdziwym koszmarze - nowe wydanie kusi demoniczną treścią.
MOJA OCENA: 9/10
PRZECZYTAJ FRAGMENT!
PROLOG
PÓŁNOCNY IRAK
Na czole starego człowieka pojawiły się krople potu. Mimo nieznośnego upału obejmował filiżankę gorącej, słodkiej herbaty, jakby pragnął się rozgrzać. Nie potrafił zagłuszyć w sobie przeczucia nieuchronnego zła. Przeszywały go zimne dreszcze.
Prace wykopaliskowe były ukończone. Cały teren zbadano dokładnie, warstwa po warstwie; wdarto się do wnętrza ziemi i wydobyto na powierzchnię, a potem załadowano na statki: spinki, naszyjniki, amulety, pokryte ochrą fragmenty kamiennej budowli, dzbany z wypalanej gliny. Nic specjalnego. Asyryjska szkatułka z kości słoniowej. I człowiek. Szczątki człowieka. Kruche wspomnienie kosmicznej męki; kiedyś na widok podobnych obrazów ogarniało go zwątpienie, czy zło rzeczywiście zaczęło się od buntu Lucyfera przeciwko Bogu.
Ale od tamtych dni wiele przeżył. Zapach lukrecji i tamaryszku sprawił, że spojrzał na porośnięte makami wzgórza, na przestrzenie pokryte trawą, na krętą, poszarpaną wstęgę drogi prowadzącą tam, skąd lek brał swój początek. Na północnym zachodzie leżało miasto Mosul; na wschodzie Erbil; na południu Bagdad i Kirkuk, rozpalony piec Nabuchodonozora. Pił herbatę na tarasie przydrożnej kafeterii. Wyciągnął nogi pod stołem i patrzył na poplamione sokiem trawy spodnie koloru Juki i długie skórzane buty. Upił mały łyk. Skończyły się wykopaliska, ale co się zaczęło? Nie potrafił wyzwolić się od tych myśli.
Ktoś zawołał z wnętrza restauracyjki; zmierzał ku niemu ubrany na biało właściciel wzbijając tumany kurzu przydeptanymi wojskowymi butami. Jego cień padł na stolik.
- Kaman chay, chawaga?
Człowiek w khaki potrząsnął przecząco głową; wpatrywał się w buty restauratora: oblepione grubą warstwą suchej gliny, bez sznurowadeł, popękane - odpady materii. „Tworzywo kosmosu”, przemknęła mu przez głowę myśl. Materia, ale obdarzona duchem. Duch i buty były dla niego aspektami czegoś bardziej fundamentalnego. Pierwotnego, nieznanego tworzywa.
Cień przesunął się. Kurd czekał cierpliwie niczym zjawa z przeszłości. Stary człowiek podniósł wzrok i ujrzał przed sobą oczy, wilgotne i wyblakłe jak skorupka jajka oglądana od wewnątrz. Jaskra. Kiedyś nie umiałby miłować tego człowieka.
Wyciągnął portfel, aby poszukać drobnych monet pomiędzy wymiętymi banknotami, starym, wydanym w Iraku prawem jazdy, złamanym na pół plastikowym kalendarzykiem sprzed dwunastu lat. Na odwrocie kalendarzyka widniał napis: „Naszą jałmużnę dla biednych zabieramy w chwili śmierci”. Takie kalendarzyki rozprowadzała misja jezuitów. Zapłacił za herbatę i zostawił napiwek na stoliku pokrytym farbą w kolorze smutku.
Ruszył do dżipa. Odgłos kluczyka przekręcanego w stacyjce zmącił ciszę. Odczekał chwilę spoglądając na szczyty wieżyczek i zdobione dachy Erbilu wyłaniające się w oddali ponad chmurami niby kamienne figury. Nadal miał dreszcze. Coś czekało.
- Allah ma’ak, chawaga.
Zepsute zęby. Uśmiechnięty Kurd żegnał go, machał ręką. Wydobył z siebie odrobinę życzliwości i odpowiedział uśmiechem i skinieniem dłoni. Gdy ponownie spojrzał przed siebie, uśmiech znikł z jego twarzy. Zapalił silnik, ruszył, wziął ostry zakręt i odjechał w kierunku Mosulu. Kurd stał ciągle w tym samym miejscu patrząc za nim, zdziwiony uczuciem pustki, jaka go ogarniała w miarę oddalania się auta. Kim był ten człowiek, który właśnie odjeżdżał? Czym było to, co czuł w jego obecności? Skąd się wzięło to poczucie bezpieczeństwa i spokoju, które teraz opuszczało go wraz ze znikającym w oddali dżipem. Poczuł się dziwnie osamotniony.
Parę minut po szóstej skończyli nużące zajęcie polegające na inwentaryzacji eksponatów. Mosulski konserwator zabytków, Arab o obwisłych policzkach, starannie wpisywał do rejestru ostatnią pozycję. Przerwał na chwilę i zanurzając pióro w kałamarzu spojrzał na przyjaciela. Człowiek w khaki był pogrążony w rozmyślaniach. Stał przy stole trzymając ręce w kieszeniach, jakby zasłuchany w odgłosy przeszłości. Kustosz zamarł w bezruchu obserwując go z zaciekawieniem. Potem wrócił do rejestru; pisał starannie i uważnie. W końcu westchnął, sprawdził godzinę i odłożył pióro. Pociąg do Bagdadu odjeżdżał o ósmej. Kustosz osuszył bibułą zapisaną stronę i zaproponował herbatę.
Stary człowiek potrząsnął głową; jego wzrok uparcie przyciągał jeden z leżących na stole przedmiotów. Arab nieco się speszył. Coś wisiało w powietrzu. Co to było? Wstał i podszedł do starca. Poczuł na szyi zimny powiew, gdy jego przyjaciel niespodziewanie poruszył się i sięgnął po amulet spoczywający pomiędzy innymi drobiazgami. W zamyśleniu ważył go w dłoni. Głowa demona Pazuzu wyrzeźbiona w zielonym kamieniu; uosobienie południowego wiatru. Panował nad chorobami i złym losem. Amulet miał przewiercony otwór: noszono go jako tarczę.
- Zło przeciwko złu - cicho powiedział kustosz wachlując się francuskim czasopismem pokrytym tłustymi plamami. Jego przyjaciel nie poruszył się, nie odpowiedział.
- Czy coś się stało? Starzec milczał.
- Ojcze?
Człowiek w khaki wydawał się nie słyszeć, zajęty amuletem, swoim ostatnim odkryciem. Po chwili usiadł i podniósł zdziwiony wzrok. Czyżby zadawano mu jakieś pytania?
- Nie, nic.
Ciche słowa pożegnania.
Przy drzwiach kustosz z niezwykłą delikatnością ujął dłoń starego człowieka:
- Moje serce ma jedno pragnienie, ojcze: abyś nie odchodził.
Usłyszał wówczas, że jego przyjaciel musi załatwić jeszcze kilka spraw. Nie może zostać. Nie ma czasu.
- Nie, nie o tym myślałem; chciałbym, żeby ojciec nie odjeżdżał do swojego domu.
Stary człowiek patrzył na kąciki ust kustosza, ale wzrok jego błądził gdzieś dalej.
- Do domu - powtórzył. Coś się skończyło.
- Do Stanów - dodał kustosz zastanawiając się, dlaczego to wszystko mówi.
Człowiek w khaki umiał przeniknąć jego najskrytsze myśli; pokochał go bez trudu.
- Do widzenia - wyszeptał, a potem szybko się odwrócił i wyszedł w zapadający zmrok, rozpoczynając podróż do domu; nie potrafił określić, ile czasu zajmie mu powrót.
- Mam nadzieję, że za rok znów się zobaczymy - zawołał Arab, gdy stary człowiek przestępował próg. Ale człowiek w khaki nigdy nie oglądał się za siebie. Kustosz widział, jak przechodził przez wąską uliczkę skręcając za róg, gdzie omal nie zderzył się z rikszą wiozącą korpulentną Arabkę o twarzy przesłoniętej luźnym kwefem. Domyślił się, że spieszy na jakieś sekretne spotkanie. Wkrótce stracił z oczu postać przyjaciela.
Stary człowiek szedł szybkim krokiem. Wydostał się z centrum, dotarł do granic miasta i minął most na rzece Tygrys. W pobliżu ruin zwolnił. Z każdym krokiem niejasne przedtem przeczucie stawało się coraz silniejsze i coraz bardziej przerażające. Musiał jednak wiedzieć. Musiał się przygotować.
Drewniana kładka przerzucona nad bagnistym potokiem Khosr zatrzeszczała pod jego ciężarem. W końcu dotarł do celu, to tutaj: twierdza Niniwa o pięćdziesięciu bramach. Kiedyś opierała się hordom Asyryjczyków. Teraz miasto leżało w gruzach, spowite krwawym oparem przeznaczenia. Powietrze było gęste i nieruchome. Nieznane wyszło mu naprzeciw.
Kurdyjski strażnik wychylił się zza rogu, odbezpieczył karabin i począł biec w jego kierunku. Gdy rozpoznał starca, zatrzymał się, uśmiechnął i kiwając ręką ruszył w swoją stronę.
Stary człowiek wspiął się na kamienne rumowisko. Świątynia Nabu. Świątynia Isztar. Wstrząsały nim dreszcze. Przy pałacu Assurbanipała przystanął; wzrokiem odszukał kamienną figurę stojącą w centrum: rozpostarte skrzydła, szponiaste stopy, guzowaty, sterczący penis, wargi rozciągnięte w szyderczym grymasie. Demon Pazuzu.
Nagle opadło z niego napięcie.
Już wiedział.
To nadchodziło.
Obserwował pokryte pyłem ruiny. Przemykające cienie. Słyszał w oddali ujadanie dzikich psów buszujących po śmietnikach. Tarcza słońca zniknęła już za horyzontem i wokół panowała ciemność, nieco tylko rozpraszana mdłym światłem księżyca. Odwinął rękawy koszuli i zapiął je na nadgarstkach. Od południa powiało chłodem.
Ruszył w stronę miasta; do odjazdu pociągu zostało niewiele czasu. Serce starego człowieka zmroziła pewność, że już wkrótce będzie musiał stawić czoła odwiecznemu wrogowi.
Część I
POCZĄTKI
Rozdział I
Na pewien czas przed burzą pojawiają się na niebie łagodne, małe chmurki, które w nikim nie wzbudzają lęku i nikt nie uważa ich za oznaki nadchodzącej grozy. O tych pierwszych symptomach wobec późniejszych wypadków zapomniano i być może nikt nie łączył ich z tragedią.
Wynajęty dom był czysty i schludny. Zbudowany z czerwonej cegły, obrośnięty bluszczem, mieścił się w Georgetown pod Waszyngtonem. Naprzeciwko ciągnęły się zabudowania Georgetown University; tył domu opierał się na ostrej skarpie, u podnóża której biegła ruchliwa M Street. Opodal płynęła błotnista rzeka Potomak.
Wczesnym rankiem pierwszego kwietnia w domu panowała cisza. Chris MacNeil leżała w łóżku wsparta na łokciu i przeglądała scenariusz na kolejny dzień zdjęciowy. Regan, jej córka, spała w sypialni obok; na dole, w pokoju blisko spiżarni, spali Willi i Karl - małżeństwo w średnim wieku - którzy zajmowali się prowadzeniem domu. Mniej więcej dwadzieścia pięć minut po północy Chris podniosła znad skryptu zdziwiony wzrok. Usłyszała pukanie. Było to niezwykłe: stłumione, głębokie, rytmiczne. Jak tajemniczy szyfr przekazywany z zaświatów.
Śmieszne.
Słuchała przez chwilę. Potem próbowała nie zwracać na to uwagi, ale stukot nie ustawał i nie mogła się skoncentrować. Odłożyła scenariusz.
Jezu, oszaleję!
Wstała, by sprawdzić, co się dzieje. Wyszła na korytarz i rozejrzała się. Miała wrażenie, że dziwny dźwięk dobiega z sypialni Regan.
Co ona tam robi?
Przeszła kilka kroków korytarzem; stukot stał się głośniejszy i szybszy. Kiedy popchnęła drzwi i weszła do pokoju córki, nagle ustał.
Co się dzieje, u licha?
Śliczna jedenastoletnia dziewczynka spała grzecznie, przytulona do pluszowego misia pandy o wielkich oczach, wytartego od ciągłych pieszczot.
Chris zbliżyła się do niej na palcach, pochyliła i szepnęła:
- Rags, nie śpisz?
Regularny oddech. Spokojny. Głęboki.
Chris omiotła pokój spojrzeniem.
Blade, przyciemnione światło z korytarza padało na rysunki Regan, na jej rzeźby i pluszowe zwierzątka.
No dobrze, Rags. Napędziłaś mi stracha. Rozumiem, prima aprilis.
Ale Chris dobrze wiedziała, że tego rodzaju żart nie pasuje do jej córki. Dziecko było z natury nieśmiałe i skryte. W takim razie kto sobie zażartował? A może była tak zmęczona, że przejęła się hałasami w rurach kanalizacyjnych albo centralnego ogrzewania? Kiedyś w Indiach przez kilka godzin wpatrywała się w buddyjskiego mnicha, który ze skrzyżowanymi nogami siedział na ziemi pogrążony w medytacji. W końcu wydało jej się, że mnich lewituje. Być może tak było. Później, opowiadając o tym znajomym, mimowolnie dodawała to „być może”. I być może ten stukot był wytworem jej tak podatnego na fantazję umysłu.
Do cholery! Przecież słyszałam.
Szybko zerknęła na sufit. Tam! Ciche drapanie.
Szczury na poddaszu! No przecież, szczury!
Westchnęła z ulgą. To pewnie to. Długoogoniaste. Tup, tup, tup.
Poczuła nagłe odprężenie. Potem zdała sobie sprawę, że marznie.
Pokój był lodowato zimny.
Sprawdziła okno. Zamknięte. Dotknęła kaloryferów. Gorące!
Co to znaczy?
Zdziwiona podeszła do łóżka i dłonią dotknęła policzka Regan. Był gładki i lekko wilgotny.
Chyba jestem chora.
Spojrzała na córkę, na jej zadarty nosek i piegowatą buzię. Pod wpływem nagłego impulsu pochyliła się nad łóżkiem i pocałowała ją.
- Tak bardzo cię kocham - szepnęła. Potem wróciła do swego pokoju i położyła się do łóżka. Znów zajęła się scenariuszem.
Przez chwilę czytała. Film był komedią muzyczną, adaptacją książki „Pan Smith jedzie do Waszyngtonu”. Dodano do niego wątek o zamieszkach studenckich. Chris grała główną rolę - była nauczycielką psychologii, która trzyma stronę rebeliantów. Zdążyła już to znienawidzieć. To bzdura! Ta scena jest kompletną bzdurą! Choć nie była w tych sprawach biegła, intuicyjnie potrafiła odróżnić slogan od prawdy i przebić się przez wielosłowie, odnajdując ukryty sens. Dlatego właśnie uzasadnienie zamieszek wydało jej się bzdurne. To nie trzymało się kupy. „Co im przyszło do głowy? - zastanawiała się. Konflikt pokoleń? Kretyni; mam dopiero trzydzieści dwa lata. To przecież czysta bzdura, to...!”
Spokojnie. Jeszcze tylko tydzień.
Skończyli zdjęcia studyjne w Hollywood. Zostało tylko kilka scen w miasteczku uniwersyteckim, których kręcenie mieli zacząć tego ranka. Studentów nie było, wyjechali na Wielkanoc.
Poczuła senność. Ciężkie powieki. Odwróciła stronę. Jaka poszarpana. Uśmiechnęła się rozbawiona. Jej brytyjski reżyser, kiedy był zdenerwowany, odrywał trzęsącymi się rękoma kawałki kartki i przeżuwał je tak długo, dopóki nie utworzył z nich w ustach papierowej kuli.
Kochany Burkę.
Westchnęła. Obejrzała z czułością brzeg skryptu. Strony wyglądały jak wygryzione. Przypomniała sobie o szczurach. Te małe skurwiele umieją wybijać rytm. Musi pamiętać, aby rano powiedzieć Karlowi, że trzeba zastawić na nie pułapki. Odprężyła się.
Scenariusz wysuwa się z rąk, ale pozwala, żeby spadł na podłogę. To bzdura. Bzdura. Ręka błądzi w poszukiwaniu wyłącznika światła. Tam. Westchnęła. Przez moment leżała nieruchomo. Prawie zasypiała. Potem jednym ruchem zrzuciła z siebie kołdrę. Okropnie gorąco.
Małe kropelki pary spływają powoli po szybach okna.
Chris śpi. Śni o śmierci. Śmierci ostatecznej, nieodwracalnej. Dzwony. Ale przecież wtedy nic się już nie słyszy. Nic nie widzi. Wszystko rozkłada się w nicość. Nie będzie mnie. Umrę. Nie będzie mnie już na zawsze. Och, tatusiu! Nie pozwól im tego zrobić. Nie pozwól, żeby mnie nie było. Świdrujący dzwonek.
Telefon.
Poderwała się czując, jak okropnie wali jej serce. Sięgnęła do telefonu jeszcze drżąc z przerażenia.
Podniosła słuchawkę; drugi reżyser.
- W garderobie o szóstej, złotko.
- Będę.
- Jak się czujesz?
- Jeśli dam radę dowlec się do łazienki, to dalej może jakoś pójdzie. Zachichotał.
- No, to na razie.
- Dobra. I dziękuję.
Położyła słuchawkę. Przez chwilę siedziała nieporuszona myśląc o swoim śnie. O śnie? Bardziej przypominał jawę. Ta przerażająca wyrazistość. Nagła jasność w głowie. Niebyt. Nieodwracalny. Nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Boże, to niemożliwe!
Myślała intensywnie. Wreszcie pokiwała głową. Ale tak jest.
Poszła do łazienki. Włożyła szlafrok i szybko zeszła do kuchni. Widok skwierczącej na patelni szynki sprowadził ją do rzeczywistości.
- Dzień dobry pani.
Siwowłosa Willie wyciskała sok z pomarańczy. Miała podkrążone oczy, w jej głosie przebijał obcy akcent. Szwajcarski, tak jak u Karla. Chris wytarła dłonie w papierowy ręcznik i podeszła do kuchenki.
- Sama to zrobię, Willie - oznajmiła. Współczująca jak zawsze, dostrzegła zmęczone oczy służącej. Kiedy Willie odwróciła się do zlewu, nalała kawę do filiżanek. Usiadła przy nakrytym stole. Uśmiechnęła się, gdy spojrzała na swój talerz. Purpurowa róża. Regan. Mój aniołek. Często rankiem, kiedy Chris szła na zdjęcia, Regan cichaczem wysuwała się z łóżka, zakradała do kuchni i kładła na jej talerzu kwiat. Potem mrużąc zaspane oczy wracała do siebie. Chris poczuła skruchę: przypomniała sobie, że omal nie nazwała córki Gonerillą. To by dopiero było! Uśmiechnęła się do swoich wspomnień. Wypiła nieco kawy, ale kiedy ponownie spojrzała na różę, nagle posmutniała. Jej duże zielone oczy napełniły się łzami. Przypomniał jej się inny kwiat, synek, Jamie. Umarł dawno temu, kiedy miał trzy latka, a Chris była młodą nieznaną chórzystką na Broadwayu. Przysięgła sobie wtedy, że już nigdy nikomu nie odda się tak bez reszty jak Jamiemu. I jak jego ojcu, Howardowi MacNeil. Odwróciła wzrok od róży i skojarzyła mgiełkę pary nad kawą z koszmarem niedawnego snu. Zapaliła papierosa. Willie podała sok. Chris przypomniała sobie o szczurach.
- Gdzie jest Karl? - zapytała służącą.
- Jestem tutaj, proszę pani.
Cicho niczym kot pojawił się w drzwiach. Gotowy na rozkazy, pełen szacunku, sprawny. Zimny. Zacięcie po goleniu zakleił kawałkiem papierowej chusteczki.
- Słucham - powiedział cicho. Błyszczące oczy. Jastrzębi nos. Łysy. Dobrze zbudowany.
- Słuchaj, Karl! Zalęgły się szczury na poddaszu. Przygotuj kilka pułapek.
- Szczury?
- Przecież mówię.
- Ale poddasze jest czyste.
- W porządku. Więc mamy schludne szczury.
- Nie ma szczurów.
- Karl, słyszałam je w nocy - tłumaczyła cierpliwie Chris powstrzymując irytację.
- Może to coś w rurach - Karl nie ustępował. - A może deski w podłodze.
- A może szczury?! Może jednak kupisz te cholerne pułapki i przestaniesz się spierać.
- Tak jest, proszę pani. - Odwrócił się do drzwi. - Pójdę teraz.
- Nie teraz, Karl! Sklepy jeszcze zamknięte.
- Są zamknięte - powtórzyła za nią Willie strofującym tonem.
- Zobaczę.
Wyszedł.
Chris i Willie wymieniły spojrzenia. Potem Willie pokiwała głową i zajęła się patelnią. Chris uniosła do ust filiżankę. Dziwny człowiek. Było w nim coś, co powodowało, że w jego obecności czuła się nieswojo. Jak to nazwać? Subtelny odcień arogancji? Przekora?
Nie, to coś innego. Coś, co trudno określić. Ci ludzie pracowali u niej prawie od sześciu lat, a Karl ciągle stanowił zagadkę - chodził, oddychał i był niezrozumiały jak hieroglif, bez szemrania wykonywał jej polecenia. Pod tą maską jednak coś żyło, ruszało się; czasami wydawało jej się, że słyszy szmer ukrytego w nim mechanizmu. Zgasiła papierosa. Dobiegł ją odgłos otwieranych drzwi frontowych.
- Sklepy są zamknięte - zamruczała Willie.
Chris zjadła kawałek szynki, potem wróciła do swojego pokoju. Włożyła sweter, spódnicę i marynarkę. Spojrzała w lustro krytycznie oceniając swoje krótkie, rude włosy, których nigdy nie udawało jej się doprowadzić do porządku, i drobną twarz otoczoną niesfornymi kosmykami. Przymknęła oczy i idiotycznie zachichotała. Cześć, maleńka. Czy mogę porozmawiać z twoim mężem? kochankiem? alfonsem? Co? Już jest w przytułku? Czy powinnam zatelefonować? Pokazała sobie język. Zrobiło się jej smutno. Och, Chris, co za życie! Zabrała pudełko z peruką, zeszła na dół i znalazła się na ulicy wysadzanej wysokimi drzewami.
Na chwilę przystanęła przed domem, odetchnęła porannym powietrzem. Spojrzała w prawo; z boku domu stare kamienne schody prowadziły stromo po skarpie aż do M Street. Nieco z tyłu znajdował się górny wjazd do garażu, dawnej zajezdni tramwajowej. Śródziemnomorski dach, rokokowej wieżyczki, stylizowany na antyk cegły. Dom tchnął spokojem. Śmieszna uliczka. Cholera! Zdecyduj się. Kup ten dom. Zacznij żyć! Z dala dobiegł ją dźwięk dzwonów. Odwróciła głowę. To zegar na wieży uniwersytetu. Melancholijny ton odbijał się echem ponad rzeką, poruszał jej zmęczony umysł. Ruszyła do pracy na planie, do tej okropnej zgrai, dekoracji pokrytych sztucznym brudem.
Weszła przez główną bramę do miasteczka uniwersyteckiego i jej nastrój poprawił się, a gdy zbliżyła się do zaimprowizowanych garderób pod murem, prawie zupełnie opuściło ją przygnębienie. Przed ósmą, podczas pierwszych ujęć, była już sobą: rozpoczęła sprzeczkę z powodu scenariusza.
- Słuchaj, Burkę. Rzuć okiem na ten przeklęty kawałek, dobrze?
- O, widzę, że masz nawet skrypt! To bardzo miłe z twojej strony. - Reżyser Burkę Dennings, zawsze zadbany, mrużył lewą powiekę, jakby z niedowierzaniem. Z chirurgiczną wprawą oderwał drżącymi palcami wąski pasek papieru z jej scenariusza. - Chyba sobie pozuję - zażartował.
Stali na placu przed budynkiem administracji; dokoła tłoczyli się aktorzy, operatorzy, technicy, statyści, pomocnicy. Tu i ówdzie na trawniku stali gapie, w większości ludzie z pobliskiego kolegium jezuitów. I mnóstwo dzieci. Znudzony kamerzysta, gdy tylko zobaczył, że Dennings zaczyna, żuć, zabrał się do czytania gazety. Od reżysera lekko zalatywało dżinem.
- Okropnie się cieszę, że ktoś dał ci do przeczytania scenariusz.
Był szczupłym, dobiegającym pięćdziesiątki, dość wątłym mężczyzną o przebiegłej twarzy. Mówił bardzo starannie z czarującym brytyjskim akcentem, tak wytwornym i wyszukanym, że w jego ustach nawet najokropniejsze przekleństwa brzmiały elegancko. Kiedy pił, był zwykle o krok od wywołania skandalu, sam jednak zawsze zachowywał zimną krew.
- No, powiedz mi dziecinko, o co chodzi? Co nie gra?
Nie odpowiadała jej scena, w której dziekan wydziału zwracał się do studentów, chcąc powstrzymać ich od wywołania rozruchów. Chris miała wbiec na schody budynku, strącić dziekanowi z głowy biret i wskazując palcem na budynek uczelni zawołać: „Rozwalmy to!”
- Przecież to nie ma sensu - powiedziała Chris.
- Ależ jest całkiem zrozumiałe - zełgał Dennings.
- Po jaką cholerę oni mają burzyć budynek, Burkę? Po co?
- Podpuszczasz mnie?
- Nie, tylko pytam: po co?
- Bo on tam stoi, kochanie!
- W scenariuszu?
- Nie, na ziemi!
- To nie ma sensu, Burkę. Ona nie mogłaby tak postąpić.
- Mogłaby.
- Nie, nie mogłaby.
- No to może zaskarżymy pisarza? Zdaje się, że jest w Paryżu!
- Ukrywa się?
- Nie. Pieprzy się!
Wypowiedział te słowa z nienaganną dykcją. Jego lisie oczka błyskały figlarnie niby szkiełka rozety ujętej w gotycki łuk twarzy. Chris śmiejąc się oparła głowę na jego ramieniu.
- O, rany, Burkę, jesteś niemożliwy!
- Tak - odrzekł tonem Cezara odmawiającego po trzykroć wieńca.
- W takim razie możemy jechać dalej?
Chris nie słuchała go. Pochwyciła zdziwiony wzrok stojącego nieopodal jezuity. Być może słyszał ich rozmowę. Ciemna twarz o nieregularnych rysach, jak u boksera. Mógł mieć około czterdziestki. W jego oczach czaił się jakiś smutek, może nawet ból, ale mimo to obdarzył Chris ciepłym spojrzeniem. Słyszał na pewno. Uśmiechnął się, spojrzał na zegarek i odszedł.
- Pytałem, czy możemy jechać dalej? Odwróciła się do Denningsa.
- Co? Tak, tak. Oczywiście.
- Dzięki Bogu!
- Nie, poczekaj.
- O, Chryste!
Powróciła do krytyki sceny. Uważała, że powinna ją zakończyć wybiegając z budynku.
- Potem już nic nie trzeba dodawać - powiedziała. - To już niepotrzebne.
- O tak, kochanie - zgodził się szczerze Burkę - ale producent nalega, żebyśmy to zrobili - ciągnął. I nic nie poradzimy, rozumiesz?
- Nie, nie rozumiem.
- Nie, oczywiście, to głupie. Zobacz, następna scena zaczyna się wejściem Jeda, więc producent uważa za konieczne, żebyś wcześniej wyszła.
- Bzdura.
- Oczywiście! Chce mi się rzygać. Flaki się wywracają. Ale posłuchaj, damy mu to nakręcić, a potem polegaj na mnie. Wytnę ten kawałek i będzie dobrze.
Chris zaśmiała się. A potem przystała na propozycję reżysera. Burkę zerknął na producenta, zaborczego egoistę z upodobaniem do wdawania się w zbędne dyskusje. Rozmawiał teraz z kamerzystą. Dennings odetchnął z ulgą.
Czekając, dopóki operatorzy nie ustawią świateł, Chris przyglądała się Denningsowi, który obrzucał przekleństwami jakiegoś niefortunnego asystenta; chłopak wysłuchiwał reżysera z widocznym odprężeniem. Wydawało się, że Dennings rozkoszuje się własnym ekscentryzmem. Kiedy pił - Chris dobrze o tym wiedziała - jego temperament nagle potrafił eksplodować. Czasem o trzeciej nad ranem telefonował do różnych ważniaków i ostro im wygarniał; uwielbiał prowokacje. Chris przypomniała sobie, jak obraził kierownika wytwórni, którego cała wina polegała na tym, że kiedyś zwrócił uwagę na pogniecioną koszulę Denningsa. Dla Burke’go to wystarczyło, zatelefonował o trzeciej w nocy i zwymyślał gościa od gburów, sugerując, że jego ojciec na pewno skończył w domu wariatów. Następnego dnia symulował zanik pamięci i wydawał się bardzo uradowany, kiedy kierownik wytwórni szczegółowo opisywał mu nocny telefon. Ale gdy chciał, pamiętał. Chris pamiętała noc, kiedy w pijanym szale zdemolował biura wytwórni. Później, gdy przedstawiono mu rachunek za straty, poparty zdjęciami, nazwał to bezczelnym fałszerstwem, bo szkody, jego zdaniem, musiały być wiele większe. Chris wiedziała, że Dennings nie był ani alkoholikiem, ani też nie szukał w piciu rozwiązania problemów; pił, bo tego się po nim spodziewano. Żył według krążącej o nim legendy.
„To chyba sposób na nieśmiertelność” - pomyślała.
Odwróciła się i ujrzała jezuitę, który uśmiechnął się przedtem do niej. Przechadzał się w oddali, przygnębiony, z opuszczoną głową. Niczym samotna czarna chmura w oczekiwaniu na deszcz.
Nigdy nie lubiła księży. Troskliwi, niosący zawsze otuchę. Bezpieczni we własnym świecie. A teraz ten...
- Jesteś gotowa, Chris? - zapytał Dennings.
- Tak, gotowa.
- W porządku. Cisza na planie!
- Kręcimy!
Statyści wiwatowali, gdy Chris wbiegła na schody. Dennings patrząc na nią zastanawiał się, o czym teraz myśli. Według niego zbyt szybko ustąpiła. Przeniósł wzrok na pomocnika, który otworzył przed nim usłużnie skrypt, jak podstarzały ministrant podający Biblię kapłanowi podczas uroczystej mszy.
Pracowali w pełnym słońcu. Koło czwartej chmury przesłoniły niebo i asystent reżysera ogłosił koniec zdjęć na ten dzień.
Chris ruszyła do domu. Była zmęczona. Na rogu ulicy 36 i O, dała autograf włoskiemu sprzedawcy warzyw, który zatrzymał ją przed wejściem do sklepu. Napisała swoje nazwisko na brązowej torebce dodając najlepsze życzenia. Zatrzymały ją światła na skrzyżowaniu. Po przeciwnej stronie ulicy wznosił się kościół pod wezwaniem jakiegoś tam świętego. Prowadzony przez jezuitów. Tu właśnie John F. Kennedy, jak słyszała, brał ślub z Jackie i składał przysięgę. Próbowała sobie to wyobrazić: John F. Kennedy pomiędzy wotywnymi świecami w kościele pełnym dewotek, pogrążony w modlitwie: Wierzę, wierzę... w porozumienie z Rosją; Wierzę, wierzę... w Apollo IV w przestworzach; Wierzę... w odkupienie i życie wieczne...
Tak. To właśnie jest zachłanność.
Minęła ją z brzękiem ciężarówka załadowana wilgotnymi, pokrytymi mgiełką, apetycznymi butelkami z piwem.
Przeszła przez skrzyżowanie. Poszła w dół O Street i minęła budynek seminarium. Wyprzedził ją jakiś ksiądz z rękami w kieszeniach ortalionowej kurtki. Młody. Skupiony. Źle ogolony. Skręcił w prawo wchodząc na dziedziniec za kościołem.
Chris zatrzymała się przed wjazdem patrząc zaciekawiona. Wydawało się jej, że ksiądz zmierza ku białej zachrystii. Szklane drzwi zaskrzypiały i ukazał się w nich jeszcze jeden kapłan. Posępny, wyraźnie rozdrażniony. Skinął głową młodemu i spuściwszy wzrok spiesznie podszedł do wrót kościelnych. Ponownie otworzyła się zachrystia. Następny ksiądz. Wygląda jak... To przecież ten. Ten, który się uśmiechnął, kiedy Burkę powiedział „pieprzyć”. Ale teraz był zasmucony, gdy cicho pozdrawiał nowego przybysza i delikatnym, jakby ojcowskim gestem otoczył go ramieniem. Odprowadził go do wrót kościoła.
Chris opuściła głowę, była nieco zdziwiona. O co tu chodzi?
Przyszło jej na myśl, że może jezuici przychodzą w to miejsce do spowiedzi.
Cichy pomruk grzmotu. Podniosła głowę: czy będzie padać?
Żywot wieczny...
Tak, tak, na pewno. Następny wtorek. Gdzieś w oddali błyskawice rozdzierały niebo. Nie dzwoń do nas. To my zatelefonujemy.
Podniosła kołnierz i ruszyła przed siebie. Miała nadzieję, że w końcu lunie.
Niebawem była w domu. Weszła do łazienki. Potem zajrzała do kuchni.
- Cześć, Chris! Jak się masz?
Przy stole siedziała ładna blondynka w wieku około dwudziestu lat. Sharon Spencer. Świeżutka. Pochodziła z Oregonu. Przez ostatnie trzy lata pracowała jako guwernantka Regan i prywatna sekretarka Chris.
- Och, zwykłe zamieszanie.
Chris ciężko opadła na krzesło i sięgnęła po korespondencję.
- Jest coś interesującego?
- A czy interesuje cię kolacja w Białym Domu? W przyszłym tygodniu?
- Nie bardzo. Po co miałabym tam iść?
- Żeby objeść się słodyczami, a potem dostać mdłości.
Chris zachichotała.
- A propos, gdzie jest Regan?
- Bawi się w swoim pokoju.
- Co robi?
- Rzeźbi ptaka. Zdaje się, że to ma być prezent dla ciebie.
- Świetnie. Akurat czegoś takiego potrzebuję - mruknęła Chris. Nalała sobie kawy. - Czy to był żart? Z tą kolacją?
- Nie, oczywiście, że nie. W czwartek.
- Jakieś duże przyjęcie?
- Nie, najwyżej pięć, sześć osób.
- Nie żartuj.
Była zadowolona, ale niezbyt zaskoczona. W jej otoczeniu pojawiali się taksówkarze, poeci, profesorowie, monarchowie. Co oni w niej widzą? Styl? Chris przysiadła na skraju stołu.
- Jak ci idą lekcje?
Sharon zapaliła papierosa marszcząc brwi.
- Znowu kłopoty z matematyką.
- Och, to nawet zabawne.
- Wiem, wiem: to jej ulubiony przedmiot - powiedziała Sharon.
- No tak, ta nowa matematyka. Dobry Boże, nigdy nie wiedziałam, kiedy autobus, który wyjechał...
- Cześć, mamusiu!
Wyciągnięte ramiona. Rude kucyki. Miła, jasna buzia, usiana piegami.
- Cześć, skunksiku!
Radość, Chris mocno przytula małą i głośno całuje w policzek. Nie może powstrzymać nagłej eksplozji miłości:
- Mu, mu, mu, musia! - Całuje ją znowu, odsuwa trochę i obrzuca uważnym spojrzeniem. - Co dzisiaj robiłaś? Coś ciekawego?
- Eee, tam.
- No więc co?
- No, sama wiesz. - Przyciskała kolana do kolan matki, lekko kołysząc się przy tym. - No, oczywiście uczyłam się.
- Aha.
- I malowałam.
- Co namalowałaś?
- No, wiesz, kwiatki. Chyba stokrotki. Ale tylko - różowe. A potem... Och! Ten koń! - Nagle ożywiła się. Jej źrenice rozszerzyły się. - Ten człowiek miał konia. Wiesz, tam w dole rzeki. Byłyśmy na spacerze, mamusiu. A potem przyszedł ten koń. Był piękny. O, mamo! Musisz go zobaczyć. A ten pan pozwolił mi na nim posiedzieć. Ale tylko przez chwilę.
Chris mrugnęła do Sharon za plecami córki.
- Ten sam? - spytała unosząc brew. Kiedy wyjechała do Waszyngtonu na zdjęcia, jej blondwłosa sekretarka, która praktycznie była członkiem rodziny - mieszkała w domu zajmując pokój na piętrze - poznała jeźdźca z pobliskiej stadniny i zależało jej na niekrępującym mieszkaniu. Chris wynajęła dla niej luksusowy apartament w hotelu i nalegała, że będzie go opłacać.
- Ten sam - Sharon uśmiechnęła się.
- To był szary koń-dodała Regan. - Mamo, czy możemy mieć konia? To znaczy, czy mogłybyśmy?
- Zobaczymy, kochanie.
- To kiedy mi go kupisz?
- Jeszcze o tym pomówimy. A gdzie jest ten ptak, którego rzeźbisz?
Regan zamarła na moment. Potem odwróciła się do Sharon z wyrzutem. Na twarzy miała wyraz głębokiego zawodu.
- Wygadałaś! To miała być niespodzianka - odwróciła się do matki.
- To znaczy...?
- Z takim długim, śmiesznym dziobem, jakiego chciałaś.
- O, Rags, to cudowne! Mogę zobaczyć?
- Nie, jeszcze nie. Muszę go pomalować. Kiedy będzie obiad, mamusiu?
- Jesteś głodna?
- Umieram z głodu.
- Ależ nie ma jeszcze piątej. O której był lancz? - zapytała Sharon.
- Koło dwunastej - odpowiedziała dziewczyna.
- A kiedy wracają Willie i Karl? Mieli dziś wolne popołudnie.
- Myślę, że o siódmej - powiedziała Sharon.
- Mamo, czy możemy iść do restauracji? - zapytała Regan. Chris wzięła ją za rękę. Uśmiechając się czule pocałowała małą.
- Biegnij na górę, przebierz się i możemy iść.
- Och, mamusiu, jesteś cudowna! Regan wybiegła z kuchni.
- Kochanie, załóż tę nową sukienkę! - zawołała za nią Chris.
- Chciałabyś mieć znowu jedenaście lat?-spytała Sharon.
- Czy to propozycja?
Chris sięgnęła po pocztę. Bezładnie przerzucała koperty.
- Zgodziłabyś się?
- Z tym całym balastem? Wszystkimi wspomnieniami?
- Oczywiście.
- Żadnych szans.
- Przemyśl to.
- Myślę właśnie - Chris wzięła do ręki skrypt z listem przypiętym do tytułowej strony. Jerris. Jej menażer. - Przecież prosiłam go, żeby przez jakiś czas nie przysyłał nowych tekstów!
- Powinnaś to przeczytać - powiedziała Sharon.
- O, doprawdy?
- Tak. Ja to przeczytałam dziś rano.
- Dobre?
- Fantastyczne.
- I pewnie mam grać pielęgniarkę, która odkrywa, że jest lesbijką, co? ‘- Nie, nie masz niczego grać.
- Cholera, filmy są coraz lepsze! O czym, u diabła, mówisz, Sharon? Co znaczy ten uśmiech?
- Chcą, żebyś reżyserowała!
- Co?!
- Przeczytaj list.
- O rany, Sharon! Chyba żartujesz! Chris pochłaniała słowa: „... nowy scenariusz... tryptyk... studio Sir Stephana Moore’a... angażuje pod warunkiem...”
- Mam zrobić odcinek!
Chris triumfalnie wyrzuciła w górę ramiona, wydając dziki okrzyk radości. Potem przycisnęła list do piersi.
- Och, Steve, jesteś aniołem; pamiętałeś o mnie! Kręcili w Afryce. Z rozkładanych foteli podziwiali krwawy zachód słońca. „Mam już tego dosyć. Aktorstwo to hazard.
Choć lubię to. Czy nie wiesz, jak zrobić, by się nie wycofywać i czuć się dobrze? Reżyseria? No tak, wtedy robi się coś naprawdę własnego. Coś, co żyje. Kiedyś próbowałam, ale nikt tego nie chciał. Dlaczego nie? Och, przecież wiesz, oni myślą, że się do tego nie nadaję”. Ciepłe wspomnienia. Ciepły uśmiech.
Drogi Steve...
- Mamusiu, nie mogę znaleźć sukienki! - krzyczała z piętra Regan.
- Jest w szafie! - zawołała Chris.
- Już szukałam!
- To musi być w drugiej - odkrzyknęła jej Chris. Przez moment przeglądała scenariusz. Pierwszy entuzjazm opadł. - To pewnie do niczego.
- Och, przestań, Chris. To naprawdę dobre.
- I ja mam się bawić w te klocki? Sharon uśmiechnęła się.
- Mamusiu?
- Już idę!
Chris powoli wstała od stołu.
- Masz randkę, Shar?
- Tak.
Chris spojrzała na stos listów.
- Zajmiemy się tym rano. Sharon zbierała się do wyjścia.
- Och, nie. Poczekaj - powiedziała Chris przypominając sobie o czymś. - Jest jeden list, który trzeba wysłać dziś wieczorem.
- Cóż, jeśli trzeba... - Sharon sięgnęła po notes.
- Mamooo!
- Poczekaj, zaraz wrócę - powiedziała Chris. Wychodząc z kuchni dojrzała, że Sharon spogląda na zegarek.
- Chris, już czas na moją medytację - powiedziała.
Chris popatrzyła na nią z ukosa, z niemym wyrzutem. Przez ostatnie sześć miesięcy była świadkiem, jak jej sekretarka staje się wyznawczynią filozofii szukania spokoju. Zaczęło się to jeszcze w Los Angeles: najpierw była autohipnoza, potem buddyjskie mantry. Od ostatnich paru tygodni, kiedy Sharon opuściła swój pokój na piętrze, w domu brakowało monotonnego, ciągłego zaśpiewu: Nam myocho renge kyo. „Po prostu ciągle to powtarzasz, Chris, i wtedy osiągasz spokój myśli”. Mantra rozbrzmiewała nieprzerwanie, godzinami, zwykle wtedy, gdy Chris uczyła się nowej roli. „Możesz włączyć sobie telewizor”, powiedziała kiedyś Sharon, mnie jest wszystko jedno. Mogę śpiewać nawet wtedy, gdy jest hałas; ani trochę mi to nie przeszkadza. Nazywała to medytacją transcendentalną.
- Czy ty naprawdę myślisz, że to może ci pomóc, Sharon?
- zapytała zrezygnowana Chris.
- To mi zapewnia spokój umysłu - odpowiedziała Sharon.
- W porządku - odpowiedziała Chris. Odwróciła się życząc Sharon dobrej nocy. Nie wspomniała już o liście. Wychodząc z kuchni zamruczała pod nosem: Nam myocho renge kyo.
- Powtarzaj to przez piętnaście albo dwadzieścia minut - zawołała za nią Sharon - i, być może, pomoże ci.
Chris przystanęła i przez chwilę zastanawiała się nad ciętą ripostą. Potem machnęła ręką. Weszła po schodach, minęła sypialnię Regan i znalazła się w garderobie. Regan stała na środku pokoju wpatrując się w sufit.
- Co robisz? - zapytała ją Chris rozglądając się za sukienką z niebieskiej wełny. Kupiła ją przed tygodniem i nie pamiętała, gdzie ją powiesiła.
- Dziwne dźwięki - powiedziała Regan.
- Ja też je słyszałam. Mamy gości. Regan spojrzała na nią pytająco:
- Co?
- Wiewiórki, kochanie. Wiewiórki na poddaszu. Jej córka panicznie bała się szczurów, nawet myszy ją przerażały. Poszukiwania sukienki okazały się bezowocne.
- Widzisz, mamo, nie ma jej tutaj.
- Rzeczywiście. Może Willie zabrała ją razem z praniem.
- Zniknęła!
- Włóż w takim razie tę granatową. Też jest ładna.
Wstąpiły do Hot Shoppe. Chris zamówiła sałatkę, a Regan zupę, roladę, pieczonego kurczaka, gorącą czekoladę, jagodowe ciasto i kawę ze śmietanką. „Gdzie ona to mieści?”, zastanawiała się Chris. „W nadgarstkach?” Dziecko było chude jak przecinek.
Przy kawie Chris zapaliła papierosa, a potem wyjrzała przez okno restauracji; rzeka była ciemna i nieruchoma.
- Obiad był bardzo dobry, mamo.
Chris odwróciła się do niej; nagle boleśnie uderzyło ją ogromne podobieństwo małej do Howarda. Tak samo jasna. Popatrzyła na talerz stojący przed Regan.
- Zamierzasz zostawić ten kawałek ciasta? Regan spuściła oczy.
- Najadłam się przedtem cukierków. Chris zaśmiała się gasząc papierosa.
- Chodźmy już.
Były w domu przed siódmą. Willie i Karl już wrócili. Regan pobiegła do swojego pokoju chcąc szybko skończyć rzeźbę ptaka. Chris zajrzała do kuchni, żeby zabrać swój scenariusz. Naburmuszona Willie parzyła kawę; przygotowywała dzbanek. Wyglądała na poirytowaną.
- Dobry wieczór, Willie. Jak było? Dobrze się bawiliście?
- Proszę nie pytać. - Dodała żółtko i szczyptę soli do wrzątku w dzbanku. Okazało się, że byli w kinie. Willie chciała obejrzeć film w Beatlesami, ale Karl uparł się na studyjny obraz o Mozarcie. - Straszne, okropne - wzdychała regulując płomyk gazu. - Co za uparciuch.
- Przykro mi - Chris wsadziła scenariusz pod pachę. - Aha, czy widziałaś może tę sukienkę, którą kupiłam dla Regan w zeszłym tygodniu? Tę niebieską?
- Tak, widziałam ją w garderobie. Dziś rano.
- I gdzie ją położyłaś?
- Ciągle tam jest.
- Może przez przypadek zabrałaś ją razem z praniem?
- Musi tam być.
- W praniu?
- Nie, w garderobie.
- Nie ma, szukałam.
Willie miała coś jeszcze dodać, ale nagle ściągnęła wargi i pochyliła się nad dzbankiem. Do kuchni wszedł Karl.
- Dobry wieczór pani. - Podszedł do zlewu, wziął szklankę i nalał sobie wody.
- Czy zastawiłeś pułapki? - spytała Chris.
- Nie ma żadnych szczurów.
- Pytam, czy zastawiłeś pułapki?
- Oczywiście, ale poddasze jest czyste.
- Powiedz mi, Karl, jak było w kinie?
- Wspaniale. - Jego postać, także jego twarz; były doskonale nieruchome.
Chris podeszła do drzwi nucąc przebój Beatlesów. Po chwili odwróciła się. Jeszcze jeden strzał1
- Czy miałeś jakieś kłopoty z kupieniem pułapek?
- Nie, żadnych.
- O szóstej rano?
- Dostałem je w nocnym sklepie. Jezu!
Chris pozwoliła sobie na luksus długiej kąpieli. Gdy wstąpiła potem do swojej garderoby po szlafrok, znalazła zaginioną sukienkę Regan. Leżała zmięta na podłodze. Chris podniosła ją. Co ona tu robi?
Metka była jeszcze nie oderwana. Przez chwilę Chris zastanawiała się. Przypomniała sobie, że w dniu, kiedy kupiła sukienkę, robiła też sprawunki dla siebie. Na pewno zabrałam wszystko razem.
Chris zaniosła sukienkę do pokoju Regan i powiesiła na wieszaku w szafie. Popatrzyła na ubrania Regan. Milutkie. Tak, Rags, lepiej patrz na to, nie oglądaj się na tatusia, który nigdy nie pisze do ciebie listów.
Wychodząc zawadziła boleśnie stopą o biurko. Och, jak boli! Kiedy podniosła stopę, aby ją rozmasować. Zauważyła, że biurko było przesunięte o prawie pół metra. Nic dziwnego, że się potknęłam; Wilie musiała je przesunąć odkurzając.
Zeszła do gabinetu ze scenariuszem w ręce. W przeciwieństwie do rozległego salonu o wnękowych oknach, gabinet dawał poczucie przytulności. Meble z okuciami, wysoki kominek z cegły, dębowa boazeria. Drobne współczesne akcenty polegały na dostawieniu barku oraz ułożeniu kilku jasnych poduszek i skóry leoparda przed kominkiem. Na niej się wyciągnęła podpierając głowę ramieniem. Jeszcze raz przeczytała list od swojego menażera. „Wiara”, „Nadzieja”, „Miłość”: trzy różne części. Każda z inną obsadą i reżyserem. Jej miała być „Nadzieja”. Ten pomysł spodobał się jej. Także tytuł brzmiał nieźle. Pozornie banalny, ale jakże wymowny. Pewnie potem i tak go zmienią na coś w rodzaju: „Miłość cię nigdy nie zawiedzie”.
Zadźwięczał dzwonek u drzwi. Burkę Dennings. Był samotny, często więc wpadał z wizytą. Chris uśmiechnęła się smutno i pokiwała głową, słysząc jak Burkę arogancko zwraca się do Karla, którego nie znosił i nie przepuszczał żadnej okazji, by go obrazić.
- Cześć! Jest coś do wypicia? - zażądał wchodząc do pokoju i skierował się do barku; zmrużone oczy, ręce wciśnięte do kieszeni wygniecionego prochowca.
Usiadł na stołku barowym. Świadomie prowokujący. Chytre oczka. Wiecznie niespokojne.
- Znowu na trasie? - zapytała Chris.
- Co, u diabła, masz na myśli? - prychnął.
- Zabawnie wyglądasz. - Widziała go już takiego, kiedy pracowali razem na planie w Lozannie. Pierwszej nocy spędzonej w hotelu nad Jeziorem Genewskim Chris nie mogła zasnąć i koło piątej nad ranem wstała z łóżka. Ubrała się i postanowiła zejść do hallu, aby poszukać kawy i towarzystwa. Czekając w korytarzu na windę spojrzała przez okno i zobaczyła reżysera spacerującego sztywnym krokiem nad brzegiem jeziora, z rękami głęboko wciśniętymi w kieszenie płaszcza. Kiedy zjechała do hallu, właśnie wchodził do hotelu. „Żadnego szwaba, żeby się przypieprzyć”, warknął obrzucając ją taksującym spojrzeniem. Potem wszedł do windy i pojechał na górę. Kiedy później ze śmiechem wspominała ten incydent, obruszył się i oskarżył ją o rozpuszczanie plotek, bo przecież ludzie „mogą jej uwierzyć dlatego, że jest gwiazdą”. Powiedział też, że jest „stuknięta i ma omamy”. Potem jednak, aby jej zbytnio nie rozdrażniać uznał, iż „być może, mimo wszystko, kogoś widziała i pomyliła z jego osobą”. Kiedy indziej powiedział: „Ostatecznie, moja praprababcia była Szwajcarką”.
Chris stanęła za barkiem i przypomniała mu o tym zdarzeniu.
- Och, nie bądź głupia - warknął Dennings. - Czasami tak bywa, że cały wieczór muszę się przenudzić na jakimś cholernym zebraniu popijając tylko herbatę.
Chris pochyliła się nad barkiem.
- Czy właśnie wracasz z herbatki?
- Och, daj spokój; sztywniactwo!
- I uwaliłeś się tak na herbatce - powiedziała oschle - z jezuitami?
- Nie, jezuici byli trzeźwi.
- Czy oni nie piją?
- Znowu pleciesz bzdury! - wrzasnął. - Oni ciągną jak smoki. Ale w życiu nie widziałem takich mocnych głów.
- Lepiej zmieńmy temat, Burkę. Regan może usłyszeć.
- A, tak, Regan - szepnął Dennings. - Ale gdzie, u diabła, jest moja szklanka? - spytał nie podnosząc głosu.
- Czy zdradzisz mi, co robiłeś na kościelnej herbatce?
- Umacniałem moje cholerne stosunki. Coś, co ty powinnaś też robić.
Chris podała mu dżin z lodem.
- O rany, jak oni taplają się we własnym szambie - mruknął Burkę i ostrożnie podniósł kieliszek do ust. - Tak, dalej, śmiej się. Tylko to potrafisz - śmiać się i pokazywać tyłek.
- Tylko się uśmiecham.
- No dobrze. Ostatecznie ktoś ich musiał tam zabawiać.
- A ile razy mówiłeś o pieprzeniu?
- Kochanie, to by było nie na miejscu - wypomniał jej spokojnym tonem. - Lepiej powiedz, co u ciebie? Wzruszyła ramionami.
- Co cię gnębi? Śmiało, powiedz.
- Wolę nie.
- Powiedz swojemu wujkowi, dalej.
- Cholera, chyba też się napiję - powiedziała sięgając po szklankę.
- Jasne, to dobre na żołądek. A teraz mów, o co chodzi? Wolno nalewała wódkę.
- Czy myślałeś kiedyś o śmierci?
- Czy ja myślałem o...?
- Śmierci - przerwała mu. - Czy kiedyś o tym myślałeś? Czym ona jest? To znaczy, czym jest naprawdę?
- Nie wiem - odpowiedział niepewnie. - Nie, nigdy o tym nie myślałem. Ale teraz właśnie zacząłem. Po co, u diabła, to powiedziałaś?
- Sama nie wiem - powiedziała miękkim głosem. Wrzuciła kawałek lodu do swojej szklanki i patrzyła w zamyśleniu, jak się topi. - Ale jednak powiedziałam - przyznała przepraszającym tonem. - Wiesz... myślałam o tym dziś rano... taki sen... obudziłam się. Nie wiem. Ale to mnie tak jakoś poruszyło. Czym jest śmierć? Koniec, koniec wszystkiego! Tak jakbym o tym wcześniej nie wiedziała. - Potrząsnęła głową. - O, Jezu! Jak mnie to ruszyło! Czułam się, jakbym spadała z jakiejś cholernej gwiazdy z prędkością milionów mil na godzinę.
- Bzdura. Śmierć to luksus - sapnął Dennings.
- Nie dla mnie, świętoszku.
- No cóż, ty będziesz żyła poprzez swoje dzieci.
- Daj spokój, moje dzieci nie są mną.
- Dzięki Bogu. Jeden taki egzemplarz wystarczy.
- Ależ Burkę, pomyśl o tym! Nie ma cię, na zawsze. To...
- Przesadzasz. Pokaż kawałek tyłka na następnej takiej herbatce, a oni odpuszczą ci wszystkie grzechy. Z brzękiem odstawił szklankę.
- Napijmy się jeszcze.
- Wiesz, nie wiedziałam, że oni piją.
- Bo jesteś głupia.
Jego oczy nabrały dziwnego wyrazu. Czyżby osiągnął stan, z którego nie ma powrotu? Miała wrażenie, że dotknęła jakiejś ukrytej rany, poruszyła nerw w jego ciele. Może rzeczywiście tak było?
- Czy oni chodzą do spowiedzi? - zapytała go.
- A skąd miałbym wiedzieć? - ryknął nagle.
- No, przecież sam miałeś zostać...
- Gdzie ta zasrana szklanka!
- Może byś się napił kawy?
- Nie bądź taka. Chcę się jeszcze napić.
- Napij się kawy.
- Muszę już iść. Jednego na drogę.
- Twoją drogę?
- To wstrętne. Nie lubię być tak urżnięty. Do licha, daj spokój i nalej mi. Przysunął swoją szklankę; napełniła ją.
- Zastanawiam się, czy nie powinnam zaprosić kilku z nich do siebie - powiedziała cicho Chris.
- Zaprosić kogo?
- Któregoś z nich - wzruszyła ramionami. - No wiesz, z księży.
- Oni nie przyjmują zaproszeń. To pieprzone dusigrosze - powiedział ze złością i przełknął kolejny haust dżinu.
- „Oho, zaczyna się wściekać” - pomyślała Chris i szybko zmieniła temat: opowiedziała mu o scenariuszu i o propozycji reżyserowania odcinka.
- To dobrze - mruknął Dennings.
- Mam tremę.
- Głupstwo. Posłuchaj, moja mała, jedyna tajemnica reżyserii polega na tym, aby to wszystko odpowiednio zagmatwać.
Sam nie wiedziałem na początku, jak to się robi, ale, jak widzisz, wyszedłem na swoje. W sumie to dziecinnie proste.
- Burkę, będę z tobą szczera. Teraz dają mi szansę, na którą długo czekałam, ale nie wiem, czy dam sobie radę. To znaczy nie jestem pewna, czy uda mi się odpowiednio poprowadzić tych wszystkich ludzi z obsługi technicznej; obawiam się, że miałabym trudności nawet z przeprowadzeniem przez ulicę własnej babci.
- Nie przejmuj się. Zostaw to kierownikowi produkcji, kamerzystom i sekretarce planu. Ta trójka musi być rzeczywiście dobra, wtedy zrobią wszystko za ciebie. Dla ciebie najważniejsze trzymać w garści aktorów, a ty się do tego nadajesz. Nie potrafisz im powiedzieć, jak mają się ruszać czy mówić, ale przecież potrafisz im to pokazać. Przypomnij sobie Paula Newmana w „Racheli” i przestań histeryzować.
Patrzyła na niego z powątpiewaniem.
- Ale ten cały personel - zamartwiała się. Pijany czy trzeźwy, Dennings był najlepszym reżyserem, jakiego znała. Chciała zasięgnąć jego rady.
- Co na przykład? - zapytał.
Przez prawie godzinę wypytywała go o różne szczegóły techniczne. Mogła to łatwo znaleźć w tekście, ale wczytywanie się w scenariusz było ponad jej siły. Za to rozumiała poszczególne role doskonale. To nie była lektura, w której bohaterowie co innego mówią i co innego robią. Tutaj człowiek stwarzał człowieka.
- Kochanie, wszystko, czego potrzebujesz, to błyskotliwy producent - zaśmiał się obejmując ją. - Myślę o kimś takim, kto będzie wyważał tylko naprawdę zamknięte drzwi.
Stał się naraz czuły i opiekuńczy. Wyglądało na to, że minął niebezpieczny punkt jego upojenia.
- Przepraszam, że przeszkadzam. Czy pani sobie czegoś życzy? - W drzwiach gabinetu stanął Karl.
- O, cześć, Thorndike - zachichotał Dennings. - Czy to może Heinrich? Nigdy nie mogę zapamiętać.
- To jest Karl.
- Och, tak, rzeczywiście. Zapomniałem. Powiedz no. Karl, czy to ty mi opowiedziałeś o swojej współpracy z gestapo? Karl odpowiedział grzecznie:
- Nie, proszę pana. Ja jestem Szwajcarem.
- „Ach, tak -’reżyser udał zaskoczonego. - Więc nigdy nie grałeś w kręgle z Goebbelsem, jak przypuszczam? Lekceważąc zaczepkę Karl odwrócił się do Chris.
- I nigdy nie leciałeś samolotem z Rudolfem Hessem?
- Co mam podać, proszę pani?
- Sama nie wiem. Burkę, chcesz kawy?
- Pieprzę kawę.
Reżyser nagle wstał i chwiejąc się na nogach opuścił gabinet, a potem w ogóle sobie poszedł. Chris pokiwała głową i zwróciła się do Karla: - Wyłącz wszystkie telefony - poleciła.
- Tak, proszę pani. Coś jeszcze?
- Może przynieś mi trochę mineralnej. Gdzie jest Rags?
- Bawi się w pokoju na dole. Czy mam ją zawołać?
- Tak, już pora, żeby się położyła. Albo nie, sama pójdę do niej i obejrzę tego ptaka. I przynieś mi, proszę tę wodę.
- Oczywiście, proszę pani.
- Znów muszę cię przeprosić za Burke’a.
- Nie zwracam na to uwagi.
- Wiem, dlatego właśnie tak go to prowokuje. Chris wyszła na korytarz, minęła hall i otworzyła drzwi do pokoju zabaw.
- Jak się masz, skunksiku! Co robisz? Czy skończyłaś już rzeźbić?
- Tak, popatrz: jest gotowy.
Bawialnia była kolorowa; ściany wyłożone boazerią, sztalugi, obrazki, gramofon, stoliki do gier i stolik do rzeźbienia. Biało-czerwona piłka pozostawiona przez dziesięcioletniego syna poprzednich lokatorów.
- Coś wspaniałego! - zawołała Chris, kiedy córka pokazała jej rzeźbę. Nie była jeszcze zupełnie sucha. Przedstawiała smutnego ptaka pomalowanego w całości na pomarańczowo, prócz dzioba, który był długi i biało-zielony. Na głowie ptak miał przylepiony czub z piór.
- Podoba ci się? - zapytała Regan.
- Oczywiście, kochanie, naprawdę. Czy już go jakoś nazwałaś?
- No...
- Jakie by tu wybrać imię...
- Nie wiem - Regan wzruszyła ramionami.
- Poczekaj, muszę chwilę pomyśleć. - Chris zadumała się przykładając dłoń do ust. - Co byś powiedziała, gdyby go nazwać Głuptak? Hm, co ty na to?
Regan parsknęła śmiechem, ale natychmiast podniosła rękę, by zasłonić ortodontyczne druty na zębach. Skinęła twierdząco głową.
- Tak, Głuptak, to świetne imię. Zostawię go tutaj, żeby wysechł, a potem zaniosę do swojego pokoju.
Kiedy Chris odkładała rzeźbę, rzucił się jej w oczy talerzyk spirytystyczny, tuż obok na stoliku. Zapomniała, że w ogóle go miała. Kiedyś kupiła go w nadziei, że uda jej się poznać ukryte prądy podświadomości. Raz czy dwa bawiła się nim z Sharon, raz z Dennigsem, który zręcznie sterował plastikową planszą. Oczywiście, przekazy z za światów były pełne przekleństw, za które Burkę obwiniał „pieprzone duszyczki”.
- Bawisz się tym?
- Aha.
- A skąd wiesz, jak to się robi?
- To bardzo proste. Mogę ci pokazać - powiedziała Regan.
- Ależ, kochanie, do tego potrzeba dwóch osób.
- Wcale nie, mamusiu. Cały czas robię to sama. Chris przysunęła sobie krzesło.
- Zagrajmy razem, dobrze? Regan zawahała się.
- No, dobrze. - Ułożyła czubki palców na białej planszecie. Gdy Chris wyciągnęła rękę, aby dołączyć swoje palce planszeta odwróciła się nagle wskazując słowo NIE.
Chris lekko uśmiechnęła się.
- Mamo, chyba lepiej, żebym grała sama.
- Czy nie chcesz, żebym bawiła się z tobą?
- Ależ skąd! Chcę! Tylko, że kapitan Howdy powiedział „nie”.
- Jaki kapitan?
- Kapitan Howdy.
- Kochanie, kto to jest kapitan Howdy?
- No, nie wiesz? Ja go pytam, a on mi odpowiada.
- O?
- Tak, jest dla mnie bardzo miły.
Chris starała się ukryć nagłe uczucie niepokoju, które ją ogarnęło. Dziecko bardzo kochało ojca, ale nigdy nie zdradzało jakichkolwiek reakcji na rozwód rodziców. Chris martwiła się, że może Regan płacze po nocach w poduszkę, a ona nic o tym nie wie. Obawiała się, że kiedyś te emocje mogą ujawnić się ze szkodą dla małej. Wymyślony towarzysz zabaw... To nie jest zdrowe zachowanie. Dlaczego Howdy? Od Howarda? Jej ojca? całkiem prawdopodobne.
- Jak to, kochanie, nie mogłaś wymyśleć imienia dla swojego ptaka, a tutaj zaskakujesz mnie kapitanem Howdym. Dlaczego akurat tak go nazwałaś?
- Bo on się tak nazywa - zaśmiała się Regan.
- Kto ci to powiedział?
- On sam, oczywiście.
- Na pewno?
- Na pewno.
- I co ci jeszcze powiedział?
- Wszystko.
- Jak to wszystko?
- No, wszystko.
- Na przykład?
- O, pokażę ci. Zadam mu kilka pytań.
- Dobrze, zrób to.
Regan położyła palce na planszecie, w skupieniu wpatrywała się w blat stolika.
- Kapitanie Howdy, czy nie uważasz, że moja mama jest piękna? Upłynęła sekunda... pięć... dziesięć... dwadzieścia...
- Kapitanie Howdy?
Czas mijał. Chris była zdziwiona. Spodziewała się, że córka sama ustawi planszetę na TAK. Co to znaczy? Podświadoma nienawiść? Och, to bez sensu.
- Kapitanie Howdy, to naprawdę nie jest uprzejmie! - powiedziała Regan.
- Kochanie, może on już poszedł spać.
- Tak myślisz?
- W każdym razie ty już powinnaś być w łóżku.
- Już?
- Tak, tak. Idziemy na górę.
- Ale z niego świntuch - zamruczała Regan idąc z matką po schodach.
Chris ułożyła ją w łóżku i przysiadła na skraju.
- Kochanie, w niedzielę nie pracuję. Co chciałabyś robić?
- A co możemy robić?
Kiedy przyjechały do Waszyngtonu, Chris starała się znaleźć dla niej koleżanki. Znalazła jedną, dwunastolatkę Judy Ale teraz Judy wyjechała z rodzicami na święta i Chris martwiła się, że Regan czuje się osamotniona.
- No, nie wiem - powiedziała Chris. - Cokolwiek; może chcesz pójść do parku, zobaczyć jak kwitną wiśnie? Najładniej wyglądają rankiem. A wieczorem pójdziemy do kina, dobrze.
- Jesteś cudowna, mamusiu!
Regan ucałowała ją, a Chris oddała pocałunki szepcząc z czułością: - Och, Rags, tak bardzo cię kocham.
- Możesz, jeśli chcesz, zabrać z nami pana Denningsa. Chris cofnęła się zaskoczona: - Pana Denningsa?
- Tak, ja nie mam nic przeciwko temu. Chris roześmiała się z wysiłkiem: - Nie, to nie ma sensu Dlaczego miałybyśmy go zabierać?
- Przecież go lubisz.
- Oczywiście, że go lubię. A ty nie?
Regan nie odpowiedziała.
- Kochanie, co się dzieje - dotknęła jej ramienia.
- Ty chcesz wyjść za niego, mamo, prawda? - To nie było pytanie, ale stwierdzenie wypowiedziane pewnym tonem.
Chris wybuchnęła śmiechem. - Ależ dziecko, oczywiście, że nie! O czym ty w ogóle mówisz? Pan Dennings? Co też ci przyszło do głowy?
- Ale lubisz go.
- Lubię także pizzę, a nie zamierzam za nią wychodzić! Kochanie, on jest po prostu przyjacielem, starym dobrym przyjacielem.
- To znaczy, że nie lubisz go tak, jak lubiłaś tatusia?
- Tatusia kocham. I zawsze będę go kochać. Pan Dennings przychodzi do nas tak często, ponieważ jest samotny, to wszystko! Jest moim przyjacielem.
- Ale ja słyszałam...
- Co słyszałaś? Od kogo?
W jej oczach zamigotał błysk niepewności; potem obojętnie wzruszyła ramionami: - Nie wiem, po prostu, pomyślałam sobie.
- To niemądre. Zapomnij o tym.
- Dobrze.
- A teraz zaśnij.
- Czy mogę poczytać? Nie jestem śpiąca.
- Oczywiście. Poczytaj tę nową książkę, dopóki nie poczujesz się senna.
- Dziękuję, mamusiu.
- Dobranoc, kochanie.
- Dobranoc.
Już stojąc w drzwiach Chris posłała córce całusa, a potem zeszła na dół. Dzieciaki! Skąd one biorą te pomysły? Zastanawiała się, czy Regan łączy Denningsa z jej rozwodem. Och, nie, to bzdura. Regan wiedziała tylko, że Chris odeszła. Ale to przecież Howard tego chciał. Miał kompleks niższości wobec żony - gwiazdy. Naturalnie wymyślił inny powód, lecz Regan nic nie wiedziała na ten temat. Och, skończ z amatorską psychoanalizą i postaraj się spędzać z nią więcej czasu.
W gabinecie zajęła się scenariuszem. Gdy była w połowie tekstu, nagle ujrzała przed sobą Regan.
- Co tam, kochanie? Czy coś się stało?
- Te hałasy są naprawdę dziwne, mamusiu.
- W twoim pokoju?
- Przypomina to pukanie. Nie mogę spać. Gdzie, u diabła, podziały się te pułapki!
- Kotku, idź spać do mojego pokoju, a ja sprawdzę, co się dzieje.
Chris zaprowadziła małą do swojej sypialni i położyła do łóżka.
- Czy mogę pooglądać telewizję, zanim zasnę?
- A gdzie jest twoja książka?
- Nie mogę jej znaleźć. Czy mogę oglądać?
- Dobrze, proszę. - Chris włączyła przenośny telewizor.
- Dobrze słyszysz?
- Tak, mamusiu.
- Spróbuj zasnąć.
Chris zgasiła światło i zeszła do hallu. Potem po wąskich schodach wspięła się na poddasze. Otworzyła drzwi i poczęła szukać wyłącznika macając ręką po ścianie. Znalazła kontakt, nacisnęła i przecisnęła się przez niskie drzwi.
Rozejrzała się. Kartonowe pudła pełne wycinków z gazet i starej korespondencji ustawione na podłodze z sosnowych desek. I nic poza tym, prócz sześciu pułapek. Otwartych. Strych był czysty, nawet powietrze przepełniała świeżość. Poczuła chłód; poddasze było nieogrzewane. Żadnych rur. Żadnych kaloryferów. Nawet najmniejszej szczeliny w dachu.
- Tu nic nie ma.
Chris omal nie zemdlała. Dobry Jezu’ Zaparło jej dech w piersiach. Odwróciła się szybko trzymając rękę na trzepoczącym sercu.
- Karl! Nie rób nigdy takich rzeczy! Karl stał na schodach.
- Bardzo przepraszam, ale widzi pani sama. Tutaj jest czysto.
- Tak, jest czysto, dziękuję.
- Może by spróbować z kotem.
- Co?
- Żeby łapał szczury.
Nie czekając na odpowiedź skinął głową i odszedł. Przez chwilę Chris patrzyła za nim. Albo Karl nie ma żadnego poczucia humoru, albo ma tak dziwne, że nie zrozumiała żartu. Nie potrafiła się zdecydować.
Znowu pomyślała o zagadkowych hałasach. Potem popatrzyła na ukośny dach. Ulica była obsadzona drzewami, większość pni oplotło dzikie wino. Konary potężnej lipy dotykały frontowej ściany domu. Może to rzeczywiście wiewiórki? Na pewno. Albo gałęzie. Dobrze. To mogą być gałęzie. Ostatnio noce były wietrzne.
Może by spróbować z kotem?
Przeniosła wzrok na drzwi. Dowcipniś. Nagle uśmiechnęła się do swoich myśli. Zeszła do sypialni Regan, podniosła jakąś rzecz z podłogi i ponownie wspięła się na strych. Gdy potem wróciła do siebie, Regan już spała. Zaniosła dziewczynkę do jej pokoju i ułożyła na łóżku. Wyłączyła telewizor, a później poszła spać.
Do rana panował spokój.
Podczas śniadania Chris jakby od niechcenia oznajmiła Karlowi, że wydawało jej się w nocy, iż słyszy trzask zamykającej się pułapki.
- Może byś poszedł i sprawdził? - powiedziała pijąc kawę i udając, że jest pochłonięta bez reszty poranną gazetą. Karl poszedł na górę.
Chris spotkała go, kiedy wracał wpatrując się bez wyrazu w dużą pluszową mysz. Znalazł ją uwięzioną w pułapce.
Chris mijając go uniosła w zdziwieniu brwi.
- Ktoś jest dowcipny - mruknął Karl. Odniósł zabawkę do pokoju Regan.
- Tak, tak, dzieją się dziwne rzeczy - potwierdziła Chris wchodząc do sypialni. Zdjęła szlafrok i rozpoczęła przygotowania do wyjścia z domu. Tak, mój drogi, może by lepiej spróbować z kotem. Zawsze, gdy się uśmiechała, na jej twarzy pojawiały się dołeczki.
Tego dnia zdjęcia szły dobrze. Rano przyszła na plan Sharon i podczas przerwy załatwiły zaległą korespondencję: list do menażera (musiała myśleć o scenariuszu), potwierdzenie wizyty w Białym Domu, depesza do Howarda przypominająca o telefonie w dniu urodzin Regan, potem telefon do agenta z pytaniem, czy może pozwolić sobie na roczne porzucenie pracy aktorskiej. Na koniec omówiły szczegóły przyjęcia, które zamierzała wydać dwudziestego trzeciego kwietnia.
Wieczorem Chris wzięła Regan do kina, a następnego dnia wybrały się na przejażdżkę, żeby wypróbować nowego jaguara XKE. Pomnik Lincolna. Kapitol. Kwitnące wiśnie. Lancz. A potem za rzekę, na cmentarz Arlington, do Grobu Nieznanego Żołnierza. Regan była poważna, a przy grobie Ken-nedy’ego wyraźnie posmutniała i się zamyśliła. Długo się wpatrywała w wieczny płomień; nagle chwyciła Chris za rękę.
- Mamusiu, dlaczego człowiek musi umrzeć? - zapytała po chwili.
Chris poczuła dreszcz przerażenia. Och, Rags, ty także? Nie, nie! Co mogła jej odpowiedzieć? Okłamać dziecko? Na to nie potrafiła się zdobyć. Spoglądała na córkę wzrokiem zmętniałym od cisnących się do oczu łez. Regan odwróciła się. Czyżby mała odgadła jej własne myśli? Zdarzało się to często. Często... Ale już dawno.
- Kochanie, po prostu ludzie są zmęczeni życiem - powiedziała czule Chris.
- Dlaczego Bóg na to pozwala?
Chris była zmieszana. Jako ateistka, Uważała, że Boga nie ma.
Wpatrywała się w córkę zdziwiona. Nigdy nie mówiła Regan o religii.
- Kto ci opowiedział o Bogu?
- Sharon.
- Ach, tak. - Musi porozmawiać z Sharon.
- Mamusiu, dlaczego Bóg pozwala, aby ludzie umierali?
Widziała oczy córki pełne bólu i postanowiła teraz wyłożyć swoje poglądy. - Widzisz, po pewnym czasie Bóg zaczyna za nami tęsknić i chce, żebyśmy do niego wrócili.
Wtedy Regan zamknęła się w sobie na resztę dnia. Podobnie było w poniedziałek.
Zmiana nastąpiła we wtorek, w dzień urodzin Regan. Chris wzięła ją ze sobą na plan, a kiedy się skończył dzień zdjęciowy, aktorzy i ekipa techniczna odśpiewali małej „Sto lat” i wniesiono tort. Dennings, który jeśli nie pił, był przemiłym człowiekiem, kazał włączyć światła i sfilmował Regan podczas dzielenia ciasta. Powiedział, że to zdjęcia próbne, a potem obiecał, iż zrobi z niej kiedyś gwiazdę. Mała wydawała się całkiem wesoła.
Ale po obiedzie, gdy już obejrzano prezenty, nastrój się popsuł. Ani słowa od Howarda. Chris dzwoniła do Rzymu i portier w hotelu poinformował ją, że pana MacNeil nie ma w pokoju od kilku dni i nie wiadomo, gdzie go szukać. Wypłynął jachtem.
Chris starała się go wytłumaczyć przed Regan.
Regan przytaknęła zawiedziona ale nie chciała już iść do Hot Shoppe na koktail. W milczeniu zeszła na parter do swojej bawialni i pozostała tam do wieczora.
Następnego ranka, kiedy Chris otworzyła oczy, zobaczyła przed sobą na pół rozbudzoną Regan.
- Co się... Co ty tutaj robisz?
- Moje łóżko się trzęsło.
- Bujasz. - Chris pocałowała ją i ściągnęła z niej kołdrę.
- Idź do siebie spać. Jest jeszcze wcześnie.
Ten poranek był początkiem nie kończącej się nocy.
***
Georgetown w Ameryce, lata 70. XX wieku, dwunastoletnia Regan bawi się spirytystyczną tabliczką ouija. Nawiązuje kontakt z bytem przedstawiającym się jako Kapitan Howdy. Wkrótce w jej otoczeniu dochodzi do paranormalnych zjawisk, a dziewczynka przejawia objawy opętania.
Zaniepokojona drastycznymi zmianami w zachowaniu córki oraz niewytłumaczalnymi zdarzeniami Chris MacNeil, uwielbiana gwiazda filmowa, zabiera Regan do lekarza. Ponieważ ani ten, ani kolejni lekarze niczego nie potrafią ustalić, zdesperowana Chris prosi o pomoc znajomego duchownego, przechodzącego poważny kryzys wiary młodego ojca Damiena Karrasa. Ten podejmuje się odprawienia egzorcyzmów. Pomocy udziela mu doświadczony, schorowany ojciec Lankester Merrin, dla którego spotkanie z demonem okazuje się nie być pierwsze. Rozpoczyna się walka o uwolnienie dziewczynki z rąk demona…
