"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzież. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzież. Pokaż wszystkie posty
Gdy staliśmy się potworami Jennifer Niven

Gdy staliśmy się potworami Jennifer Niven

 "... jak to bywa w każdym zbyt jasnym miejscu, mrok czai się na jego obrzeżach."


Smaczny blurb, intrygująca okładka, klimaty, które kuszą tajemnicą i mrokiem?

Lubię takie zachęty.

Pomysł bardzo skojarzył mi się z serią Króliczek, które uwielbiam za perfekcyjna schizę i troszkę Nocnymi godzinami Marty Bijan i oczywiscie z filmem Nawiedzony, a na bank z atmosferą przypominającą powieści C.G.Drews, więc tym bardziej w radosnych czytelniczych podskokach wskoczyłam sobie na te "warsztaty immersyjne"💪

I co?

Trafiłam na emocjonalny i psychiatryczny escape room, umiejscowiony w naprawdę przepięknie mrocznej i mega rokującej scenerii, która została zaprzepaszczona na rzecz opowieści w stylu: co się stanie, jeśli wariat/ka/ pod pretekstem geniuszu zarządza, zupełnie nielogicznie, bez przyczynowości i skutkowości grupką nieświadomych niczego dzieciaków, zagubionych egzystencjalnie, z większymi ambicjami, niż ich własne kompleksy?

No właśnie: co się stanie?

Stanie się i /pozo/stanie duży niesmak oraz poczucie zmarnowanego czasu na czytanie pseudo filozoficzno-egzystencjalnego bełkotu młodocianych z traumami, którymi kieruje pseudo inteligentna, niestabilna emocjonalnie, otulona z kolei w bełkot literacki, oderwana od rzeczywistości, przez nikogo nie sprawdzona "autorka", która sugeruje tym dzieciakom robienie rzeczy na granicy bezpieczeństwa, której naprawdę nie trzeba było przekraczać, ażeby poznać swoje wnętrze..., co bardzo inteligentnie zauważyła jedna z "ofiar" tej historii:

"Nigdzie nie jest powiedziane, że aby dobrze pisać, trzeba stanąć na środku szosy i ryzykować śmiercią. To lekkomyślność i brawura, która nie ma nic wspólnego ze snuciem opowieści ani z zaufaniem."

...

Narracja nie trzyma uwagi, cudna sceneria leży i czeka na klimat, na który tylko wysila się autorka, a który zostaje zniweczony chaotycznymi monologami i sztucznymi dialogami, bieganiną po zamku i udawaniem, że wszędzie jest groźnie, tajemniczo, ale TERAPEUTYCZNIE i CELOWO...

I choc końcowka nieco rekompensuje tego nerwa i niesmak, to jednak 3/4 bardzo irytujacej zawartości skutecznie zabija ten smak.

Nie wiem, czy polecam.


MOJA OCENA: 5/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

*** 

Ona nie żyje.
Każdy z nas miał powód, by życzyć jej śmierci
Wybrani uczniowie elitarnej szkoły w Nowej Anglii biorą udział w wyjątkowych warsztatach pisarskich prowadzonych przez Meredith Graffam – legendarną autorkę książek, reżyserkę i aktorkę, kobietę równie fascynującą, co tajemniczą.
Przez szesnaście dni, odcięci od świata w posiadłości założyciela szkoły, w mrocznej gęstwinie lasu, nad brzegiem wzburzonego oceanu, będą walczyć o jedyną w swoim rodzaju szansę na spełnienie twórczych marzeń. Każdy z nich pojawił się tu ze swoimi sekretami, gotowy, by zaryzykować wszystko.
Gdy metody Graffam stają się coraz bardziej bezwzględne, rywalizacja wymyka się spod kontroli. Uczestnicy warsztatów przekraczają kolejne granice, ujawniają najmroczniejsze tajemnice i zwracają się przeciwko sobie.
Aż w końcu zwrócą się przeciwko niej...

Wurdalak Robert Ziębiński

Wurdalak Robert Ziębiński

"...strach jest najstarszym sprzymierzeńcem wszystkiego, co chce rządzić człowiekiem."


Ta powieść sprawiła, że poczułam się jak w domu, jakbym oglądała stary film VHS z rozpoznawalnym głosem profesjonalnego lektora i nie przeszkadzało mi to, że Autor od razu rzuca Czytelnika na głęboką wodę, ponieważ jest to kontynuacja historii Czarnego Stawu, miasteczka, w którym rodzą się potwory.

Najpierw był demon ze Stawu, potem była Wiła, a teraz jest rodzina Gorchów i...?

Wurdalak.

Superpotwór w miasteczku, które udaje normalność.

...

Jak to się kończy?

Ano wcale się nie kończy. 

Ostatnie strony zapowiadają prawdziwy początek pandemonium i bynajmniej nie jest to koniec...

"Daliśmy się oszukać złu.

Wywieźć w pole.

Jak dzieci. Ale na Boga, my byliśmy dziećmi."

Fajowato się bawiłam. Świadoma narracja pełna nostalgii i odniesień, o których miałam pojęcie bardzo szybko, trafiała w punkt mojej percepcji. Czułam klimacik, zanim ujawnił on swoje źródła, cofnęłam się ciutkę w czasie i było mega odprężająco.

Bo strasznie nie było.
Było klimatycznie.

"Noc jest przestrzenią tajemnicy. A człowiek jest istotą, która łaknie tajemnicy nawet wtedy, gdy się jej lęka."


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!


***
Po latach ciszy Kamil wraca do pisania – i do przeszłości, którą chciał pogrzebać. Wspomnienie lata 2018 roku, przyjaciół, Czarnego Stawu… i koszmaru, który wtedy powrócił i nigdy nie zasnął

Wurdalak to powieść grozy o strukturze dziennika i pamiętnika – intymna relacja z dorastania na granicy światów: między dniem a nocą, racjonalnością a mitem, dzieciństwem a świadomością śmierci. Autor miesza klimat współczesnego horroru z klasyczną gotycką narracją i elementami słowiańskiego oraz arabskiego folkloru. Zło kiełkuje w szkole, przenika rodzinne domy, wślizguje się w sny – tak jak różowy księżyc Nicka Drake’a, którego melancholijne echo towarzyszy całej książce.

To historia o dojrzewaniu, ale też o tym, że każdy akt odwagi ma swoją cenę.

Wurdalak jest nie tylko powrotem do mitów i upiorów. To także opowieść o świecie, w którym dorośli utracili zdolność widzenia, a tylko dzieci – jeszcze nie do końca uformowane – potrafią dostrzec prawdę.


A rzeka wciąga ją na dno Jihyun Yun

A rzeka wciąga ją na dno Jihyun Yun

 "Siostro, słyszę Cię. Czuję Twoje dłonie, rozgrzebujące ziemię, przeszukujące. 

Odpowiem na Twoje wyzwanie-powrócę."


Było to świetne! Rewelacyjne!

Uwielbiam takie zaskoczenia, kiedy to nastawiam się na lekki soft, a dostaję rasowy mentalny hard z górnej półki, z bardzo piękną, dojrzałą i klimatyczną narracją. Niejeden autor powieści "dla dorosłych czytelników" mógłby się uczyć od tej autorki przekazywania opowieści.

O czym jest ta historia?

Z pozoru normalna rodzina, w której tylko dziewczyny mają pewien dar:"magia stała się ich rodzinnym dziedzictwem, przekazywanym znakiem matki."

Jest to dar przywracania. Przywracania tego, co umarło, do życia.

Zasada jest jedna. Trzeba trzymać się reguł i pamiętać, że "dłoń umarłego to dłoń cierniowa".

Ale zasady są po to, żeby je łamać, prawda?

Szczególnie w imię miłości.

...

Z założenia jest to powieść młodzieżowa, ale w życiu bym nie zaliczyła tego do young adult. 

Jest to prawdziwy horror. 

Horror o opętaniu i to naprawdę strasznym chwilami...

"Opętanie było łatwe. W końcu ciało człowieka jest tylko wodą, drgający na ekosystemem krwi, moczu i śliny."

Opętaniu przez coś, co powróciło, przywołane potrzebą miłości i tęsknoty. Coś, co w założeniu miało być tym, czym było kiedyś.

Ale nie było.

Czy pamięta, KIM było?

"To nie jest moje imię..."

Teraz jest wodnym duchem: duchem przemocy, zmiany, zemsty.

"Ale oto jestem-dziewczyna zrodzona z Ciebie. Martwa, a potem już nie martwa/.../kiedy dokładam zemsty, wrócę do Ciebie: jako duch własnego autorstwa. Będziemy ucztować na każdym człowieku, który pójdzie po moich mokrych śladach do domu."

👀

Bawiłam się rewelacyjnie!

Było obrazowo, strasznie. Założenie przypominało Smętarz dla zwierzaków, a wykonanie The Ring, szczególnie, jeśli chodzi o postać Mirae...

Narastająca atmosfera grozy wprowadzana jest powoli, ale konsekwentnie świetnymi scenami /ta pod latarnią i pierwsze opętanie mega!/

"Któregoś dnia dam Ci odejść..."

Bardzo polecam, oby więcej takich zaskoczeń, w natłoku grafomanii tych czasów, opakowanych w piękne okładki.


MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Rzeka pamięta więcej, niż ktokolwiek chciałby przyznać. A niektórych sekretów nie da się wiecznie zatrzymać pod powierzchnią wody.

Soojin odziedziczyła po przodkach magiczne zdolności. I zawsze trzymała się wpojonej zasady: nie próbuj wskrzeszać niczego większego niż własna dłoń. Do czasu, gdy umarła jej starsza siostra…

Kiedy ciało Mirae zostaje znalezione w rzece przepływającej przez ich małe nadmorskie miasteczko, Soojin łamie wszystkie zakazy. Sięga po magię i przywraca Mirae do życia.

Początkowo siostry są szczęśliwe: nocami wymykają się z domu, ciesząc się, że znów są razem. Jednak życie w ukryciu zaczyna coraz bardziej ciążyć starszej z nich. Mirae z każdym dniem staje się coraz bardziej niespokojna… i coraz bardziej głodna. Za wszelką cenę chce odkryć prawdę, która przed laty zniszczyła ich rodzinę. Kierują nią gniew i niepohamowana żądza zemsty.

Gdy miasteczko nawiedzają gwałtowne ulewy, a następnie dochodzi do serii makabrycznych i niewytłumaczalnych zgonów, Soojin zaczyna rozumieć, że siostra, którą sprowadziła z zaświatów, nie jest sobą.

Poruszająca opowieść o miłości silniejszej niż śmierć. I o cenie, którą trzeba za nią zapłacić.

Grupa Ashley Winstead

Grupa Ashley Winstead

Historia to mikry człowieczek w brązowym garniturze próbujący opisać wnętrze pokoju, do którego nie może wejść. Znam historię. Znajdziesz w niej wiele nazwisk, choć żadne z nich nie należy do nas.


Przede wszystkim? 

Jest to powieść uczciwa. Soczysta, szczera i nie nosząca znamion grafomanii przy takiej objętości, a to już dużo.

Miłosnikom podcastów /co teraz jest bardzo w modzie, zauważyłam/, na bank będzie się podobała, a może nie tylko im?

Ja nie lubię podcastów, a mi się spodobała.

Czego można się spodziewać?

Bardzo dobrze budowanej opowieści, pomimo naprawdę wielorakich osobowości, występujących w tej historii, wielu różnych i odrębnych zbrodni, prawie podcastowego śledztwo, tajemnice, dyskrecji, ukrytych tożsamości, które mają swoje tajemnice i... prawdziwe twarze.

Polecam, nie można się tu nudzić, a sznureczek prowadzi do kłębuszka zaskakującego rozwiązania.


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Internet nauczył, jak tropić morderców. Prawdziwy świat pokazał, czym to grozi.

Wciągający thriller inspirowany głośną zbrodnią w uniwersyteckim miasteczku, która rozpaliła internetowe społeczności true crime. Nowa powieść bestsellerowej Ashley Winstead, autorki "W snach to ja trzymam nóż" oraz "Posłuszna".

Jane Sharp trafia do internetowej społeczności true crime. Dla niej to sposób na poradzenie sobie z żałobą. Dla pozostałych – obsesja. Kiedy dochodzi do brutalnego potrójnego morderstwa studentek, sprawa w ciągu godzin staje się medialną sensacją. Jane i czworo ludzi, których zna wyłącznie z sieci, zauważają szczegóły pomijane w oficjalnych doniesieniach. Zaczynają łączyć fakty i decydują się działać poza forum. Kiedy w Delphine Falls dochodzi do kolejnego morderstwa, łudząco podobnego do poprzedniego, Jane decyduje się pojechać na miejsce. Tam granica między obserwatorką a uczestniczką wydarzeń zaczyna się zacierać. Co naprawdę wydarzyło się w sprawie potrójnego morderstwa studentek – i dlaczego ktoś zrobi wszystko, by prawda nie wyszła na jaw?

Hazelthorn C.G. Drews

Hazelthorn C.G. Drews

 "Dawno, dawno temu drzwi zostały otwarte i z wieży z kości słoniowej wyśliznął się potwór. Ogród nie wszedł w niego, ale raczej się z niego wydostał."


Rozwalił mnie już sam początek: posłowie od autorki... Czekaj, cofinj... Nie od autorki: OD OSOBY AUTORSKIEJ...🙈

Niestety/?/, ja napiszę recenzję jako czytelnik/czka, a nie osoba czytelnicza...💩 Dobrze, że w środku powieści nie było osób zdefiniowanych dziwnie, tylko jednak "osoba autorska" posłużyła się tradycyjną formą narracyjną. 

Widzę tu pewną niekonsekwencję...

Ale ja nie o tym.

...

Sama powieść?

Jeśli chodzi o tematykę i o mroczność, to jest lepsza w tych klimatach, niż jej poprzedniczka.

Jeśli chodzi o wykonanie, jest dokładnie taka sama.

Czyli jaka?

Taka: Nie wpuszczaj lasu.

...

Mroczna baśń.

Chłopiec i ogród.

"Chłopak ulepiony z odmienności, zielonych patyków i okrutnego głodu."

Chłopiec Ogród.

Czy jest jakaś różnica?

Będzie to wiedział każdy, kto wejdzie w świat tej powieści.

Jest bardzo dużo mroku, jest na pewno świetny pomysł: ciężki, duszny, osaczający i baśniowy. Akurat właśnie ten rodzaj opowieści nazwałabym eco horrorem bardziej, niż reklamowaną w tej kategorii średnią powieść o burakach, Beta Vulgaris...

Ale i tak znowu jest trochę ZA BARDZO, jeśli chodzi o słowa i o sugestie. Ale to chyba już taki styl tej "osoby autorskiej"...🙈. Jest na pewno bardziej dojrzale, niż w poprzedniej powieści, chociaż tutaj też jest młodzież, ale już sama opowieść może niekoniecznie jest dla młodszej młodzieży.

"Cała posiadłość Hazelthorn ulega rozkładowi. A on wraz z nią gnije w jej wnętrzach."

Tą powieść polecam zdecydowanie bardziej, jeśli ktoś chce popływać sobie w klimacie grozy i nieoczywistości, brudnej, mokrej, czarnej ziemi, bluszczu i kolców ostrokrzewu, będzie bardzo zadowolony.

"Poniekąd zawsze wiedział, że za murami Hazelthorn kryje się potwór, sekret zarośnięty bluszczem, cykutą i ostrymi końcówkami liści ostrokrzewu."


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Coś jest nie tak z ogrodem…

Evander od dziecka żyje jak cień w odosobnionej posiadłości Hazelthorn pod opieką miliardera Byrona Lennox-Halla. Obowiązują go trzy zasady: nie opuszczać rezydencji, nie wchodzić do ogrodu i unikać Lauriego – wnuka Byrona, który siedem lat temu próbował go zabić, a mimo to pozostaje obiektem fascynacji chłopaka.

Po nagłej śmierci opiekuna Evander wprawdzie dziedziczy majątek, lecz… podejrzewa, że Byron został zamordowany. Laurie może być jedyną osobą, która pomoże mu odkryć prawdę, zanim nowy właściciel Hazelthorn stanie się ofiarą kolejnej zbrodni.

Tymczasem tajemnicza, mroczna przyroda zaczyna wdzierać się do wnętrza rezydencji. Wraz z ujawnianiem rodzinnych sekretów narasta groza… Niebawem ogród upomni się, by go nakarmić.

Mech pod skórą Angelika Sadkowska

Mech pod skórą Angelika Sadkowska

"Mówią, że istnieje bagno, którego nie znajdziesz na żadnej mapie. Nocą przesuwa się jak cień, a o świcie znika, jakby nigdy go nie było. Nazywają je La Mareta. Nie jest zwykłym trzęsawiskiem. Nie tropi przypadkowych wędrowców. Ono wybiera. Słucha serc, węższy w myślach, wyczuwa ciężar grzechów i win, których nikt nie odważył się wyznać. A gdy znajdzie człowieka obciążonego wyrzutami sumienia, sprawia, że ziemia pod jego stopami mięknie, zamienia się w mokradło, a każdy krok Ciągnie go głębiej i głębiej."


Dokładnie tam to się zaczyna. 

Na bagnach. 

Zaczyna się od legendy. Od pomysłu. Od piątki przyjaciół i tej szóstej. Od tajemnicy. Od sekretu. Od milczenia. Od obłędu.


"Piątka Dzieci Truskawkowego Księżyca. 

Cztery żywioły i jeden koniec.

Bo kim innym mogłabym być, jeśli nie tym, co przychodzi po wszystkim?

Oni dawali życie, ruch, płomień, oddech. A ja tylko zbierałam to, co zgaszone, wykruszone, przełamane."


Aster był wodą. 

"Woda zataiła."

Samuel był ziemią. 

"Ziemia pchnęła."

Sol była ogniem. 

"Ogień sprowokował."

Silvan był powietrzem. 

"Powietrze zamarło."

Mirren była życiem. 

"Podała rękę śmierci."

Manon była śmiercią. 

"Śmierć podała rękę życiu."


Zarąbiasta, oniryczna, kolejna warta grzechu powieść ze stajni Wydawnictwo Nocą.

Jestem zachwycona pomysłem, atmosferą, a przede wszystkim narracją, która od razu, zgodnie z założeniem autorki, wprowadziła mnie w świat obłędu na granicy jawy i snu oraz majaków głównej bohaterki!


"Bagno mnie pożera.

Krzyczę, lecz krzyk jest ciszą."


Pomijajac typowo chwilami, ale nielicznymi, młodzieżowe wątki, bo to w końcu powieść głównie dla młodych, ale bez przesady, cała reszta bagiennie wymiata.


"Uderzam o taflę mułu.

Trupi zapach oplata mnie niczym 

wieniec z gnijących liści. 

Bagno szeptem rozdziera skórę.

Wsiąkam. Powoli. Bez oporu.

Już nie czuję zimna, tylko rozpad.

Rozpływam się między warstwami ziemi

jak sen, którego nikt nie pamięta."


Autorka na samym poczatku wyjaśniła, czego oczekiwała po czytelniku, jeśli chodzi o odbiór i to wzięła i osiągnęła!

Klimatem mega czasami przypominała mi ta opowieść przezarąbiastą  Zakochaliśmy się w nadziei i rewelacyjny film Dotyk przeznaczenia.

Bardzo mocno polecam, czyta się grozowo-koszmarkowym jednym tchem! I choć szybciej niż później domyśliłam się, że coś tu jest nie halo /kiedy babcia patrzyła na płot, tak mniej więcej😎/, to jednak zakończenie jest zaskakujące i takie, jak lubię: realistyczne w swym obłędzie.

POLECAM!


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

La Mareta oddycha.

A bagno nigdy nie zapomina.

W noc Truskawkowego Księżyca Manon traci Samuela. Ciało chłopaka zostaje odnalezione w mętnej wodzie i od tej chwili rzeczywistość dziewczyny zaczyna się chwiać – słyszy głosy, widzi niepokojące znaki i czuje obecność, której nie potrafi wyjaśnić. La Mareta milczy, dorośli odwracają wzrok, a prawda grzęźnie w błocie razem z tym, co zapomniane, sprawiając, że miasteczko przestaje być bezpiecznym miejscem.

Czy to trauma po stracie odbiera Manon kontrolę nad własnym umysłem? A może bagno naprawdę pamięta więcej, niż chcieliby dorośli?

Mroczny thriller młodzieżowy o żałobie, winie i granicy między życiem a śmiercią, obłędem a tym, co nigdy nie zostało do końca pogrzebane.


Króliczek Mona Awad

Króliczek Mona Awad

"Witaj na Warsztatach, Króliczku."


Historia z rodzaju tych WTF - kowskich: o czym ja tu w ogóle prze/czytałam? 

Elitarne studia o profilu literacko-artystycznym w nowej Anglii. I ona.

Samantha Heather Mackey.

Dziewczyna, która pomału wpada w sieć. Albo w króliczą norę nierzeczywistości, w której żyją cztery dziewczyny, zachowujące się... arcydziwnie. Jakby żyły w bajce Tima Burtona.

Dlaczego tam wpada? Samotność? Brak akceptacji? Kompleksy? Chęć przynależności? 

Serio?

Nawet do takich dziwadeł jak one?

Dziwadeł albo ekscentryczek. Wariatek albo geniuszy. Morderczychk psychopatek. Czarownic.

Co jest prawdą, a co tylko omamem?

Kiedy kończy się rzeczywistość, a zaczyna rzeźnia?

A może nie ma tu granicy?

"To, co się nam wydaje, czasami odbiega od rzeczywistości. Czyż nie?"

Czy to jest prawdziwa przyjaźń? Czy tylko jakiś eksperyment?

"- Robimy coś bardziej...

- Innowacyjnego.

- Eksperymentalnego.

- Bazującego na kreacji.

- Intertekstualnego"

- Zasadniczo to hybryda."

Tak jak cała ta powieść. To jest hybryda.

A tak naprawdę kim są te creepy dziewczyny z baśni o Alicji w krainie Czarów?

Un/Natural Born Killers.

Czarownice tworzące wybuchające Króliczki, rodzący się chłopcy, którzy w króliczki się zamieniają po to, żeby umrzeć?

...

Jak to jest powoli zanurzać się w szaleństwie? Zatonąć w baśniowej sekcie, która nie ma zahamowań?

"Ich zakrwawione twarze wyrażają tak wiele życzliwości, taką otwartość, która nie pozostawia wątpliwości, że oferują mi swoją przyjaźń."

A tego dowiemy się w drugiej części Króliczka, która już teraz mogę powiedzieć, że jest o niebo lepsza od części pierwszej, nawet z lepszą okładką😎

Do pierwszej części trzeba mieć naprawdę dużo cierpliwości, pomimo tego że intryguje, a końcówka to złoto, ale w części drugiej wszystko samo zachwyca!

Arcyfajnie!

"Prawdziwy świat, moja pani. Jest tam. Wie pani o tym? Kiedyś będzie pani musiała do niego wrócić?"


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Samantha jest outsiderką. Woli spędzać czas w swojej mrocznej wyobraźni niż w towarzystwie ludzi. Studiuje na Warren – w najbardziej nowatorskiej i eksperymentalnej szkole pisania w kraju. Wszystko tutaj wykracza poza gatunek, nie tylko literacko. Gardzi przeintelektualizowaną grupą samozwańczych poetek, składającą się z kilku nieznośnie bogatych dziewcząt, które określają się wzajemnie Króliczkami.

Sytuacja zmienia się, gdy Samantha otrzymuje od Króliczków osobliwe zaproszenie. Zostaje wciągnięta w ich kręgi, porzucając tym samym nie tylko swoje dotychczasowe poglądy, ale i jedyną przyjaciółkę, Avę. Dziewczyna zanurza się coraz głębiej w mglisty i jednocześnie przesłodzony świat Króliczków, zaczynając brać udział w rytualnych warsztatach, a granice rzeczywistości i absurdu zaczynają się zacierać.

Cykl: Króliczek (Awad) (tom 1)

Rozczarowane Marie Vareille

Rozczarowane Marie Vareille

"Ludzie, którzy opowiadają, że przed śmiercią przelatuje ci przed oczami całe twoje życie, najwyraźniej nigdy nie umarli."


Lubię, jak opowieść zaczyna się dobrze. A jeszcze jak jest bardzo dobrze napisana? To już jest całkiem super. A jeszcze jak zaczyna się od narracją nieboszczyka, a właściwie nieboszczki? 

Czadzik.

...

"... zamordowana nastolatka, zabójca, który od 20 lat utrzymuje, że jest niewinny, fakt, że nigdy nie odnaleziono ciała, a wszystko to w pięknych okolicznościach przyrody, czyli nad morzem! Do tego dziennikarka, która osobiście znała ofiarę."


Tak wyglądają ramy tej opowieści. A co jest esencją?

PRZYJAŹŃ.

Jest to opowieść o PRAWDZIWEJ przyjaźni, która zaczęła się od śmierci.

Przyjaźni, która nie miała być, ale jakoś trwała - "...bo to była ona, bo to byłam ja."

Przyjaźni, która zamienia się w nienawiść?

I która kończy się "incydentem w hangarze."


"Zostały tylko dziury i ciemne prostokąty-jedyny wciąż widoczny dowód najpiękniejszej przyjaźni, jaką Fanny kiedykolwiek widziała, a która teraz się skończyła."


Ale wszystko inne dopiero się zaczyna. Bo kiedy jedna przyjaźń się kończy, to zaczynają się inne.

Rozczarowane. 

Angelique, Morgane, Jasmine.


"Przysięga Rozczarowanych: obiecujemy pozostać przyjaciółkami na śmierć i życie, na dobre i na złe, pozostaniemy na zawsze solidarne, niezależnie od sytuacji, i zawsze będziemy się wspierać. Jesteśmy Rozczarowane."


Zajebiste dziewczyny😎💪💓

To, co lubię, czyli opowieść wtedy i teraz, które oczywiście wiele wyjaśniają, a cały dramat rozgrywa się na dwóch płaszczyznach.

A teraz prowokuje do cofnięcia się w przeszłość i finalnego rozwiązania całej sprawy, chociaż ma to swoją cenę, a prawda jest jeszcze bardziej szokująca niż śmierć.

Ale...

"Zawsze jest jakieś wyjście."


Świetnie przedstawione postaci, które żyją. Każda jest inna, a każda opowieść to inny dramat, urzekający swoją szczerością, ale też tajemniczością i pozorną obojętnością, ale też uporem i milczącym dążeniem do celu.

Nie gadaniem.

Action - to kocham.


"Szukam, która będzie mogła mi pomóc

Jestem z pokolenia rozczarowanych."


I KONSEKWENCJE.

SPRAWIEDLIWOŚĆ.

Urzekłą mnie narracja i atmosfera dorastania, dzieciństwa przedstawiona z różnych perspektyw: chwile pełnej radości i dziecięcej niewinności, nostalgiczne wspomnienia pięknie uchwycone swoją niepowtarzalnością i szczęśliwą beztroską.


"Aż dotąd nie tykałyśmy przeszłości. Przysięgi, zwierzenia z tamtych czasów pozostały nietknięte. Była to niepisana zasada: na wojnie Wszystkie chwyty dozwolone, oprócz zbezczeszczenia tych wspomnień. To, co nas łączyło, to pragnienie zachowania jedynych lat prawdziwego szczęścia, jakie zaznałyśmy-lat naszej przyjaźni."


Polecam zanurzyć się w tej świetnej historii, która pokazuje że każdy ma coś do ukrycia i pewne słowa które nie zostały wypowiedziane mogły wiele zmienić...

Autorka wskakuje na półkę ulubiona. Jestem bardzo pod wrażeniem tej powieści - w całości spójnej, mądrej, tragicznej, dramatycznej cudnie napisanej: to jest jedna z najpiękniejszych opowieści o przyjaźni jakie przeczytałam.


"... w naszej historii "my" zawsze było ważniejsze niż "ja."


MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

„Cztery przyjaciółki: Angélique, która – Bóg mi świadkiem – nie była aniołkiem, Morgane – dziś uznano by ją za osobę z „dużym potencjałem”, Jasmine – w gazetach i raportach policyjnych współczująco przedstawiana jako „córka sprzątaczki”, oraz Sarah Leroy. Oczywiście nikomu nie trzeba przedstawiać Sarah Leroy, chyba że ostatnie dwadzieścia lat spędził, hibernując w igloo na Grenlandii”.

Normandia, rok 1990. Zaginięcie piętnastoletniej Sarah Leroy wstrząsnęło nie tylko spokojnym miasteczkiem Bouville-sur-Mer, ale i całą Francją. W każdym domu, w każdym bistro ludzie snuli własne teorie na temat tego, co tak naprawdę się wydarzyło.

Dwadzieścia lat później Fanny, obecnie dziennikarka, powraca do miejsca, gdzie rozegrała się tragedia, która naznaczyła jej młodość. Aby odkryć prawdę skrywaną przez miasteczko, musi stawić czoła własnym demonom. Bo historia Sarah splata się nierozerwalnie z jej własną, a także z losami trzech przyjaciółek, które nazywały siebie „Rozczarowanymi”.

Opowieść pachnąca pierwszymi papierosami i chlorem w lokalnym basenie, przypieczętowana przysięgami wiecznej przyjaźni, pierwszymi imprezami i najgłębszymi tajemnicami.

Listy miłosne do seryjnego mordercy Tasha Coryell

Listy miłosne do seryjnego mordercy Tasha Coryell

"Czy potrafisz dotknąć kobiety, nie odbierając jej życia?"


Właściwie to nie wiem, co ja przeczytałam, a co gorsza: nie mam pojęcia, dlaczego to się tak dobrze i szybko czytało?

Może zadziałała zasada odmóżdżacza?

Jedno mogę napisać: jest to jeden z mniej standardowych thrillerków w tematyce, jakie czytałam i jedna z najbardziej pierdzielniętych bohaterek, z jakimi przyszło mi się witać na stronach powieści różnorakich...

Ale nie będę tu robiła jej psychoanalizy, ponieważ zrobił to... morderca 😎

Czy kobiety naprawdę wolą badbojów?

Ech...

Mówi się, że prawdziwy psychopata jest taki pociągający, dlatego właśnie, że jest  prawdziwy i zawsze daje od siebie 100%.

Prawda.

Tylko w tej powieści problemik to rozwikłania jest następujący: KTO tu JEST prawdziwym, rasowym psycholem?

Odpowiedź zaskakuje, choć do 3/4 tej historii pojawia się parę sugestii.

Bardzo nietypowa forma przeprowadzania śledztwa z pobudek, które są kompletnie inne, niż powinny być 😋

Podsumowując: jeśli ktoś chce czytnąć se thrillerek kryminalny z podcastową i influencerską nutką truecrime, wyzywając co dwie strony rąbniętą główną bohaterkę - idiotkę, która zakochuje się w potencjalnym seryjnym mordercy, co jest fascynującym zjawiskiem... - to ja polecam.


"Tak, będę twoją dziewczyną. Ale musisz obiecać, że mnie nie zabijesz."


Infantylny urok na wnerwie, atmosferka amerykańskich barów szybkiej obsługi i elit, które mają za uszami, bałagan we łbie niektórych ludzi, troszkę inna forma opowieści - to wszystko daje irytujący smaczek.


"Tylko czas miał pokazać, czy William pozwoli mi żyć wystarczająco długo, żebym została jego żoną."


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

*** 

Trzydziestokilkuletnia Hannah pragnie ucieczki od swojej szarej, przygnębiającej codzienności. Samotna, znudzona i nieszczęśliwa, spędza wolny czas na rozmowach z użytkownikami forum internetowego skupiającego się na prawdziwych zbrodniach. Ich obecną obsesję stanowi rozwiązanie sprawy morderstw czterech kobiet, których ciała zostały porzucone w wąwozie pod Atlantą.


Głównym podejrzanym staje się młody, przystojny prawnik o imieniu William. Aresztowany mężczyzna jest powiązany ze wszystkimi ofiarami. Pod wpływem impulsu Hannah wysyła do niego list. Ma to być tylko sposób na wyrzucenie z siebie gniewu i frustracji – przynajmniej do chwili, gdy William odpisuje…

Tak zaczyna się ich korespondencyjny romans. Kiedy William zostaje nieoczekiwanie uniewinniony, natychmiast kontaktuje się z Hannah. Kobieta rzuca się wraz z nim w wir nowego życia. W głębi duszy ma jednak wątpliwości, czy mężczyzna rzeczywiście jest niewinny...

Debiutancka powieść Tashy Coryell to połączenie thrillera, mrocznego romansu i studium psychologicznego, wywracające do góry nogami zasady gry znane z tradycyjnych dreszczowców o grze w kotka i myszkę. To również opowieść o kolektywnej obsesji na punkcie głośnych zbrodni – zwłaszcza tych, których ofiarami są młode, atrakcyjne, białe kobiety – oraz o niepokojącej fascynacji mordercami, zrodzonej z rosnącej popularności true crime.



Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt Grady Hendrix

Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt Grady Hendrix

"Widzicie, uczono nas, że najgorszą rzeczą na świecie jest diabeł, ale byłyśmy za małe, żeby zrozumieć, że są gorsze rzeczy od diabła. Byłyśmy za młode, żeby zrozumieć, że ich praca polegała na przekonywaniu nas, że najnaturalniejszą rzeczą na świecie jest zło i że większość złych rzeczy na świecie jest naturalna."


Nie wiem, czy Hendrix jest następcą Kinga /dla mnie to Nat Cassidy/, jednakże trzeba przyznać z czystym sumieniem, że  jak na razie jest to najlepsza powieść tego autora - dla mnie. Cała reszta była bardzo średnia. 

Od razu zaznaczę, że to nie jest horror.

To fantastyka.

To dramat.

To magia.

Co lepsze- sprawiedliwa magia.


"Czarownica nie przestrzega żadnych zasad i nie robi nic, co nie sprawia jej przyjemności. Czarownica postępuje wedle własnej woli, a jeśli prawo nie służy jej pragnieniom, ignoruje je. "


Magia, która daje nauczkę.


"Nie bój się tego, co czujesz. Nigdy nie zapominaj, co przeszłaś. Pozwól, aby namiętności w tobie wzbierały, zamiast stopniowo gasnąć. Niech naczyniem na te emocje będzie czarownictwo. Niech gniew zapładnia twoje zaklęcia."


Bardzo dobra historia, która wzbudza naprawdę spore emocje, ale nie grozy - no, może grozy, ale innego rodzaju i daje sporą satysfakcję z pewnych super radykalnie sprawiedliwych rozwiązań. Lubię takie uczciwe postawienie sprawy, a nie bawienie się w garniutury, krawaty, białe rękawiczki i moralność, której tu zdecydowanie brakuje na każdej płaszczyźnie.

Nóż się w kieszeni otwiera, ale bynajmniej nie na zbłąkane dziewczęta, które za cenę sprawiedliwości wyrzekają się Boga, odwracają od świata mężczyzn i ślubują wiekuistą lojalność i posłuszeństwo.

Komu?

...


"Kobieta, której nie znamy, książka, której nie rozumiemy i obietnica, że jeśli będziemy ciężko pracowały, to dostaniemy to, czego chcemy?"


Więc dziewczyny: odziejcie się w przestwór i zaczynajcie czytać i liczcie się z konsekwencjami.


"Nie możecie błągać świata o zrobienie tego, co chcecie. Świata nie można ładnie prosić. Trzeba go zmienić. Nagiąć do swojej woli."


Polecam, samo się czytało na jeden kęs. Bardzo dużym plusem jest tu rewelacyjny klimacik, który przesiąka skórę już od pierwszych stroniczek.


MOJA OCENA: 8/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

W ponurym domu, w którym rodzą się niechciane dzieci, sekrety i demony, tylko magia i kobieca siła chroni przed złem

Lato 1970 roku, duszne i lepkie od tajemnic, przynosi piętnastoletniej Nevie nowy rozdział w życiu. Przymusowo wysłana do rygorystycznego ośrodka Wellwood House, przytułku dla „upadłych” dziewcząt na Florydzie, ma jedno zadanie: urodzić dziecko i o wszystkim zapomnieć. Tam, wśród innych nastoletnich przyszłych matek, poznaje dziewczęta o złamanych sercach i niespełnionych marzeniach. Wszystkie trafiły tu, zmuszone do separacji od świata przez własne rodziny i otoczenie. Wszystkie mają milczeć. Ale nie wszystkie zamierzają to robić.

Gdy za sprawą tajemniczej bibliotekarki w ręce Nevy trafia stara księga czarownic, rodzi się coś więcej niż przyjaźń – powstaje krąg. Zaklęcia, szeptane po cichu nocą, mają wyzwalać. Dziewczyny rzucają uroki, łamią zasady i budzą coś, czego świat się boi – kobiecą siłę. Bo w świecie, gdzie najstraszniejsze potwory mają ludzkie twarze i władzę absolutną, czary okazują się najmniej przerażające...

„Geniusz Hendrixa jako autora horrorów polega na umiejętności tworzenia złożonych wątków emocjonalnych. Żadna z jego książek tak doskonale nie uchwyciła ducha czasów, jak Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt. Szokująca i niepokojąca, a jednocześnie piękna i budująca powieść”. „New York Times”

To nie moje imię Megan Lally

To nie moje imię Megan Lally

"Pytasz osobę, która niczego nie pamięta, czy ma pytania... W kwestii życia, którego nie pamięta?


Ciekawie zaczynająca się opowieść, która ma swoją niespieszną, ale klimatyczną akcję. 

Od razu widzi się ekranizację i choć jest to historia chyba bardziej dla młodzieży, to jednak zalatuje tu tajemnicą, poczuciem zagrożenia, niepokojem, małomiasteczkowością, lasami i psychopatą.

To właściwie jest bardzo lekki thrillerek, przez co czyta się dosyć przyjemnie, a przede wszystkim bardzo szybko. Plusik za dość nieoczekiwany twist. Można zerknąć na jedno oko.


MOJA OCENA: 6/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Poznajcie Moondrive Shadows – linię młodzieżowych thrillerów, które wciągają, zaskakują i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Odważycie się po nie sięgnąć? Jednak pamiętajcie – to, co straszne, zawsze kryje się w cieniu…
NIE POWINNA BYŁA MU UFAĆ.
Dziewczyna budzi się na poboczu drogi – samotna, przemarznięta, obolała. Nie pamięta, kim jest ani jak się tam znalazła. Kiedy trafia na komisariat, pojawia się zaniepokojony mężczyzna, który twierdzi, że jest jej ojcem. Ma jej dokumenty, rodzinne zdjęcia, zna każdy szczegół jej życia. Mówi, że dziewczyna nazywa się Mary. Mówi, że jest już bezpieczna.
Ale jeśli to prawda, dlaczego instynkt każe jej uciekać?
W tym samym czasie Drew gorączkowo szuka swojej dziewczyny Loli, która po kłótni wysiadła z jego auta i nigdy nie wróciła. Całe miasteczko, policja i rodzina Loli obwiniają Drew za to, co się stało. Nikt nie zamierza dochodzić prawdy. Nikt poza nim.
Dziewczyna, której tożsamość jest tajemnicą. Chłopak, który rozpaczliwie próbuje odkryć prawdę – zanim będzie za późno… Ten mroczny thriller budzi niepokój, od jakiego nie da się uwolnić. Idealny dla fanów „Przewodnika po zbrodni według grzecznej dziewczynki” i książek Natashy Preston.

Zapadły pałac Marta Kisiel

Zapadły pałac Marta Kisiel

"Dokąd dotrze tą dziwną drogę, przez ten dziwny las?" 


Dziwna szkoła. Za dziwną bramą. W dziwnym lesie.

Trzynaścioro dzieciaków trafia do bardzo specyficznego edukacyjnego Escape Roomu?

W założeniu edukacyjnego - raczej bardziej magicznego, z magicznymi podchodami w magicznym lesie

Zero elektryki. Zero internetu. Nawiedzony pałac jak w gotyckiej powieści. Albo jak w Wednesday.

Pałac kompatybilny z lasem a las kompatybilny z Pałacem.

Zadania, które każdy musi wykonać żeby...

No właśnie - żeby co?

Ale te zadania nie są zwykłe, są magiczne.

PRÓBY.

Baśniowe próby.

BEZWZGLĘDNE PRÓBY.


"Pałac nie chce nas skrzywdzić."


Czy aby na pewno?

Czy to są baśnie Andersena, czy może Braci Grimm?

I kim jest kobieta o kocim oku?

Nie wszystkie trzynaście osób dowie się, czym jest Trupia Główka...

Bo to SZKOŁA wybiera.

...

Świetne ilustracje w środku.

Dobra rozrywka dla dzieciaków: bardzo klimatyczna i bardzo rozgadana dzięki Ofi :)

Nie za bardzo cokolwiek wyjaśnia się w części pierwszej, więc czekam na kolejną część.


MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Szkolny obóz, który zapamiętasz na długo…

Emka Jaroszewska nie dostała się do liceum. Dwa razy. Jej ostatnią deską ratunku jest tajemnicza placówka, która organizuje pięciodniowy obóz rekrutacyjny dla swoich kandydatów. Wydaje się, że wszystko się w końcu ułoży…

Kiedy dziewczyna jest już prawie na miejscu, nagle znika jej mama wraz z samochodem, telefon przestaje działać, czas się zatrzymuje, a Emka orientuje się, że utknęła w środku lasu z grupą innych nastolatków (i jedną dziesięciolatką). Towarzyszy im jedynie stary zapadły pałac.

I gdyby tak przymknąć oko na morderczą grę w ciuciubabkę, dziewczynki zamieniające się w baranki, żaby mogące połknąć człowieka i parę innych, raczej niespotykanych zjawisk, to można by stwierdzić, że to zupełnie normalna wycieczka szkolna. Pytanie tylko, czy uda im się ją przeżyć.

Jak to mówią: do trzech razy sztuka!

Cykl: Trupia Główka (tom 1)

Myszy i koty Gordon Reece

Myszy i koty Gordon Reece

"Wiem, że jestem myszą i ukrywam się tu, w moim małym gniazdku na końcu świata, ale moje mysie życie jest pełne tego, co w życiu najlepsze: sztuki, muzyki, literatury... i miłości.To wprawdzie tylko życie małej myszy, ale dobre życie, bogate, cudowne."


Zaskakująca dobra powieść. Z duszą.

Opowieść o tym, jak ważny jest spokój w życiu i jak ciężko go osiągnąć. Jak ważna jest stabilizacja, jak ważne jest to, żeby żyć sobie po prostu szczęśliwie.

Czy się tak da?

Nie.


"Wpatrując się w niebo, wyobrażałam sobie, że żyje w innych czasach, prostszych, bardziej niewinnych, kiedy ziemia była w wielkim zielonym ogrodem, a okrucieństwo-zadawane cierpienia dla przyjemności -było całkowicie nieznane."


Wokół nas jest pełno patologii, psychopatów i odpadów ludzkich, które powinny zostać zutylizowane ale niestety zawsze się jakoś wcisną w życie, jak karaluchy albo kleszcze, roznosząc tylko syf, chorobę i śmierć.

I wtedy potrzebna jest dezynsekcja. I wtedy masz wybór: albo jesteś kotem albo jesteś myszą.

Bo każdemu się w końcu ulewa...


"Wszyscy-nawet myszy-mamy jakąś granicę tego, ile możemy znieść. Kiedy ta granica zostaje przekroczona, coś w nas pęka."


Opowieść o dziewczynie, która właśnie chciała być zwykła i normalna. Niestety nie dane jej było. Która robiła wszystko to co trzeba było robić w danej sytuacji, która powinna być chroniona a nie ścigana.

Opowieść o świetnej więzi między matką a córką, o świetnym wychowaniu, o poświęceniu, o miłości, o uważnym słuchaniu, o potrzebach, o tym co kiedyś było ważne, a teraz już tego nie ma - o konsekwencjach swoich czynów. O tym, co trzeba zawsze zrobić i o tym, co trzeba zawsze ochronić. 


"Jużem tak głęboko

W krwi zagrzązł, że wstecz iść niepodobieństwo, 

W miejscu zaś grozi mi niebezpieczeństwo;

Trzeba więc dalej brnąć."


Emocjonalna. Nie czyta się jej na pewno płaskomózgiem.

Super klimat, zamknięty wewnątrz dramatu rozgrywającego się w życiu dziewczyny i jej matki, z przygłupio standardowym "tatusiem - mężem", machającym pjutasem i umysłowo upośledzonym - mająym przed oczami wielkie młode cycki - patologiczny standardzik pseudo męskiej dojrzałości.

Mocna, spokojnie relacjonująca pierwszoosobowa narracja, którą bardzo lubię. Niektóre sceny naprawdę w 100% napięciu😬

Czytając tą powieść od razu ma się przed oczami ekranizacje i to taką z Jessicą Lang w starym dobrym stylu...


MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Mieszkałam z mamą pół godziny drogi od miasta.

Niełatwo było znaleźć dom, który spełniałby wszystkie nasze wymagania: stał na wsi, z dala od innych domów, miał trzy sypialnie, ogródek od frontu i z tyłu, był odpowiednio stary (musiał mieć „charakter”) i jednocześnie wyposażony we wszystkie wygody - przede wszystkim centralne ogrzewanie, bo obie nie znosiłyśmy zimna. Okolica musiała być cicha. Dyskretna. W końcu byłyśmy myszami. Nie szukałyśmy domu. Szukałyśmy kryjówki.

Obejrzałyśmy z agentem wiele domów, ale jeśli między drzewami widać było dach sąsiadów albo z oddali dobiegał szum samochodów, wymieniałyśmy porozumiewawcze spojrzenia i skreślałyśmy go z listy. Ale, oczywiście, oglądałyśmy dalej, cierpliwie słuchając oczywistych objaśnień: „To jest główna sypialnia... to druga sypialnia... to łazienka”. Agent wywiózł nas tak daleko, że przerwanie mu wydawało się w jakiś sposób niegrzeczne. Mama nie potrafiła zdobyć się na asertywność wobec tego bezczelnego młodego człowieka z włosami usztywnionymi żelem i ciągle dzwoniącą komórką („Widziałyśmy już dość, dziękuję, Darren, ale nie jesteśmy zainteresowane”) - prędzej poleciałaby na Księżyc. Myszy nigdy nie są niegrzeczne. Ani asertywne. Tak więc spędziłyśmy wiele sobót, oglądając domy, które zupełnie nas nie interesowały. 

Aż w końcu trafiłyśmy do Honeysuckle Cottage. 

Nie był to najładniejszy dom, jaki widziałyśmy - z fasadą z brązowej cegły, małymi oknami, szarym łupkowym dachem i brudnymi od dymu kominami sprawiał wrażenie raczej miejskiego niż wiejskiego - ale stał na takim cudownym pustkowiu. Ze wszystkich stron otaczały go pola uprawne, a najbliższy sąsiad mieszkał w odległości prawie kilometra. Do domu prowadziła tylko jedna droga, wąska i tak kręta, że wyglądała bardziej na jakiś labirynt niż na drogę publiczną. Po raz pierwszy byłyśmy skłonne uwierzyć Darrenowi, kiedy zapewniał, że niewielu kierowców zapuszcza się w tę okolicę, nie chcąc utknąć za powolnymi maszynami rolniczymi. Długi, obsadzony drzewami podjazd, którym zbliżaliśmy się do domu, ostro skręcał w lewo i był pełen wybojów, co utwierdziło nas w przekonaniu, że Honeysuckle Cottage znajduje się zbyt daleko od najbliższej asfaltowej szosy, by mogła nas tu dopaść twarda rzeczywistość. 

I ta cudowna cisza. Zwróciłam na nią uwagę, kiedy tylko wysiadłyśmy z samochodu Darrena tamtego wietrznego styczniowego dnia. Ptaki w koronach drzew nad naszymi głowami umilkły, Darren przestał na chwilę wygłaszać swoje entuzjastyczne pochwały („To wspaniały dom, mówię zupełnie szczerze, sam bym w nim zamieszkał, gdyby tylko było to możliwe”), a ja wsłuchiwałam się w ten najpiękniejszy dźwięk na świecie - to znaczy całkowity brak dźwięku.  

Właściciele, państwo Jenkins, starsze małżeństwo, powitali nas na progu. Oboje mieli siwe włosy, ogorzałe twarze i grube wełniane swetry, w dłoniach trzymali kubki z parującą herbatą i co chwila wybuchali głośnym śmiechem, chociaż nikt nie powiedział niczego dowcipnego. Pan Jenkins wyjaśnił, że muszą przeprowadzić się z powrotem do miasta ze względu na zdrowie jego żony - „słabe serducho”, jak się wyraził - bo gdyby coś się stało na tym „pustkowiu”, mogłoby się źle skończyć. Są załamani, że muszą się przenieść, bo, jak zapewnił, przeżyli w tym domu trzydzieści pięć wspaniałych lat. „Tak, trzydzieści pięć wspaniałych lat”, powtórzyła pani Jenkins, najwyraźniej przyzwyczajona do roli echa swojego męża. 

Zabrali nas na rundkę po domu, jak zwykle pełną niezręcznych sytuacji: zbyt wiele osób tłoczyło się w wąskim korytarzyku i na podeście i zderzało ze sobą we wszystkich drzwiach („Pani pierwsza... Nie, pan pierwszy”). Kiedy tak chodziliśmy od pomieszczenia do pomieszczenia, pan Jenkins przyglądał mi się natrętnie, jakby usiłował dociec, skąd na twarzy młodej dziewczyny z klasy średniej wzięły się te okropne blizny. Ulżyło mi, gdy wreszcie wyszliśmy przez kuchnię do ogrodu za domem, bo mogłam zostać trochę z tyłu i uniknąć świdrującego spojrzenia jego wścibskich niebieskich oczu. 

Pan Jenkins był doświadczonym ogrodnikiem i robił wszystko, aby ten fakt nie umknął naszej uwagi. Dreptałyśmy za nim po ogrodzie, oglądając drzewka owocowe, grządki warzywne i dwie szopy. Były to najlepiej uporządkowane szopy, jakie kiedykolwiek widziałam - każde narzędzie wisiało na osobnym haczyku, nawet rękawice ogrodowe miały swoje kołki, podpisane imionami „Jerry” i „Sue”. Pan Jenkins pokazał nam cuchnącą stertę kompostu, wykrzykując: „Oto moja radość i duma!”, po czym poprowadził nas w stronę rzędu cyprysów, które zasadził wkrótce po tym, jak wraz z żoną wprowadził się do tego domu. Teraz drzewa miały ponad dziesięć metrów wysokości, a kiedy pan Jenkins rozwodził się nad ich zdrową korą, ja niespokojnie próbowałam dojrzeć coś przez gęste gałęzie. Ale za cyprysami ciągnęły się tylko zielone pola. 

Największą dumą pana Jenkinsa był jednak ogródek przed domem. Wokół szerokiego trawnika, przystrzyżonego krótko jak murawa boiska, rosło mnóstwo krzewów i innych roślin, wśród których, mimo że był środek zimy, widniały gdzieniegdzie plamy żywszych kolorów.

- Trzeba zawsze mieć trochę roślin kwitnących zimą i dużo bylin - wyjaśnił mamie pan Jenkins. - Inaczej w zimie nie będzie w ogrodzie żadnych barw. 

Mama, chcąc zmienić temat, mruknęła, że zupełnie nie zna się na ogrodnictwie, lecz pan Jenkins uznał to za zachętę i postanowił natychmiast uzupełnić luki w jej wiedzy. Zaczął od wykładu na temat rodzajów gleby. 

- Tutaj - mówił - mamy glebę kredową. Jest dość sucha, jakby wiecznie spragniona. Wymaga wielu zabiegów, zasilania kompostem, torfem... 

Odeszłam trochę dalej, bo miałam już dość jego gadania. „Opadłe liście... nawozy sztuczne... warstwa wapienia...” Wydawało mi się, że w pewnej chwili powiedział „zaschnięta krew”, ale uznałam, że musiałam się przesłyszeć.

Szłam przed siebie, aż w końcu irytujący głos za moimi plecami przycichł, a tuż przede mną wyrósł duży owalny klomb. Rosnące na nim róże zdawały wznosić do nieba swoje krótko przycięte łodygi w niemym proteście. Klomb, pokaźny kopiec luźnej ziemi, przypominał świeżo wykopany grób.

Rozejrzałam się dookoła i zdałam sobie sprawę, że nie znam nazwy prawie żadnej z otaczających mnie roślin. A skoro chcę zostać pisarką, powinnam coś z tym zrobić. Pisarze zawsze znają nazwy kwiatów i drzew, dzięki temu wydają się tacy mądrzy i autorytatywni. Postanowiłam, że kiedy tylko tu zamieszkamy (bo po wyrazie twarzy mamy poznałam, że to będzie nasz nowy dom), nauczę się nazw wszystkich kwiatów i drzew w tym ogrodzie - i potocznych, i łacińskich.

Kiedy wróciłam do mamy, pan Jenkins nie był już w stanie dłużej zapanować nad ciekawością. 

- A tobie co się stało, moja droga? - spytał, wskazując ruchem głowy moją pokrytą bliznami twarz. 

Mama otoczyła mnie ramieniem i odpowiedziała:

- Shelley miała wypadek. W szkole. 

 

 

2

 

Wlama kupiła Honeysuckle Cottage za pieniądze, które dostała po rozwodzie. Za swoją „mysią” część. Mój ojciec - wierzcie lub nie, prawnik rodzinny - zostawił nas półtora roku wcześniej dla swojej sekretarki, młodszej od niego o nieprawdopodobne trzydzieści lat. Miała lalkowatą twarz i zawsze trochę za głęboki dekolt. (Jest ledwie dziesięć lat starsza ode mnie! Miałabym ją nazywać „nową mamą”?) Rozwód, ze względu na finanse i kwestie związane z „opieką nad dzieckiem”, ciągnął się prawie rok. Tata walczył z mamą tak zaciekle, jakby była jego największym wrogiem, a nie żoną, z którą przeżył osiemnaście lat. Usiłował odebrać jej wszystko, nawet mnie.

Mama stopniowo oddawała pole - zrezygnowała z prawa do części jego emerytury i alimentów na siebie, a nawet zwróciła część prezentów, które dostała od niego, kiedy byli małżeństwem, czego się małostkowo domagał - ale ze mnie nie zamierzała zrezygnować. Sąd uznał, że jako „wyjątkowo inteligentna czternastolatka” jestem w stanie samodzielnie zdecydować, z kim chcę zamieszkać. Ponieważ pragnęłam zostać z mamą, żądania ojca zostały odrzucone. Kiedy zrozumiał, że nie zdoła ukarać mamy za lata poświęceń, odbierając jej mnie, wyemigrował ze swoją Zoe do Hiszpanii. Kochał mnie tak bardzo, że chciał, żebym z nim mieszkała, ale najwyraźniej nie dość mocno, żeby się ze mną przed wyjazdem pożegnać. Od tego czasu nie miałam od niego żadnej wiadomości.

 

Formalności związane z kupnem domu zostały załatwione wyjątkowo szybko i już pod koniec stycznia wprowadziłyśmy się do Honeysuckle Cottage. Był to jeden z tych schizofrenicznych zimowych dni, kiedy ciemne, nisko wiszące chmury nagle ustępują miejsca słońcu tak jasnemu, jakby już zaczęła się wiosna - tylko po to, by za chwilę ze znów pociemniałego nieba lunął deszcz. 

Mężczyźni z firmy przeprowadzkowej, żujący gumę i śmierdzący brudem, krążyli po domu w zabłoconych butach, rzucając raz po raz głośne uwagi, że bardzo chce im się pić i że mogliby „zabić dla kubka herbaty”. Mama posłusznie przyniosła na tacy herbatę z mlekiem, po czym, zgodnie z życzeniem, wsypała do każdego kubka trzy lub cztery łyżeczki cukru. Mężczyźni usiedli na skrzyniach, które mieli wnosić do domu, pili herbatę i palili papierosy. Jeden z nich, widząc, że mama spogląda na brzydkie wgniecenie w ściance pianina, zawołał beztrosko:

- My tego nie zrobili, skarbie. To już takie było. 

Gdy mama uciekła z powrotem do domu (myszy boją się konfrontacji), robotnicy uśmiali się po pachy.

Zmusili ją, żeby im zapłaciła gotówką - także za te pół godziny, które spędzili, pijąc jej herbatę i przedrzeźniając jej „dystyngowany” akcent - i w końcu odjechali, zostawiając niedopałki na trawniku przed domem.

 

Ani trochę nie żałowałam, że musiałyśmy zamienić luksusowy dom w mieście, w którym mieszkałam niemal całe życie, na skromny Honeysuckle Cottage. Tamten dom przestał być moim domem, kiedy zaczęła się procedura rozwodowa. Stał się „rezydencją małżeńską” - cennym składnikiem majątku, o który prawnicy obu stron, niczym dwaj doświadczeni szachiści, toczyli zaciekły bój. „Rezydencja małżeńska” nie może być szczęśliwym domem. 

Zbyt wiele wiązało się z nią wspomnień - tych dobrych i tych złych. Sama nie wiem, które sprawiały mi więcej bólu: tata przebrany za Świętego Mikołaja, kiedy miałam siedem lat, z drżącym złocistym chomikiem w wyciągniętych do mnie, złożonych dłoniach; tata, pijany i agresywny, wściekle kopiący w drzwi, kiedy nadeszła jego kolej, by mnie „mieć” na weekend, a ja nie chciałam z nim pójść; piętnasta rocznica ślubu rodziców, którzy tańczyli w holu wśród swoich przyjaciół przy dźwiękach Wonderful Tonight Erica Claptona; tata trzy lata później, odpychający mamę z taką siłą, że upadła i złamała sobie palec. W tym samym holu...  

Chciałam opuścić „rezydencję małżeńską” z jeszcze jednego powodu, choć nawet przed samą sobą było mi trudno się do niego przyznać. Powodem tym była pokusa, by nadal kochać tatę. Wiem, że ohydnie potraktował mamę i mnie, i naprawdę starałam się go sobie obrzydzić, ale więzy krwi niełatwo zerwać. Wszystko w tym domu przypominało mi o jego jasnych stronach, o tym, jaki potrafił być wspaniały i jak świetnie się razem bawiliśmy. Zbudował dla mnie domek na drzewie, kiedy miałam sześć czy siedem lat; zrobił piękny regał na książki w moim pokoju, gdy zaczęłam szkołę średnią, i przywiózł mi z Londynu oprawną w skórę kolekcję klasyki literatury dziecięcej (to tata zachęcił mnie, żebym została pisarką, tak, właśnie on zasiał to ziarno). W garażu, gdzie ćwiczył i gdzie ciągle jeszcze unosił się lekki zapach jego potu, wisiała stara tarcza do rzutek, w które czasami grywaliśmy razem.

Ale najboleśniej przypominał mi się tata, kiedy spoglądałam w lustro i widziałam jego orzechowe oczy w swojej twarzy. Nigdy nie byłam z tatą tak blisko jak z mamą, ale gdy w chwilach czułości podnosił mnie wysoko do góry, jakby chciał przeze mnie spojrzeć w słońce, to, co nas łączyło, było w pewnym sensie jeszcze lepsze.

Ukrywałam to przed mamą, bo nie chciałam jej ranić. Dopóki jednak mieszkałyśmy w „rezydencji małżeńskiej”, ta zdradziecka myśl nie chciała mnie opuścić, a ilekroć pokłóciłyśmy się o coś, jeszcze przybierała na sile. Miałam nadzieję, że kiedy się przeprowadzimy, to nieprzyjemne poczucie, zawsze kojarzące mi się z koniem trojańskim, stopniowo osłabnie i w końcu całkiem zniknie.

W Honeysuckle Cottage mogłyśmy zacząć wszystko od nowa. Od razu polubiłam kuchnię - ze staroświecką spiżarnią, podłogą z kafli i stołem z surowego sosnowego drewna - bo było w niej ciepło i przytulnie nawet w najbrzydsze deszczowe dni. Polubiłam otwartą na hol jadalnię, w której nawet kiedy zajmowałyśmy się innymi rzeczami, zawsze czułam, że mama jest blisko. Polubiłam palenisko kominka z chropowatego szarego kamienia i jego gzyms z lakierowanego dębu. Polubiłam małe romboidalne okienka naśladujące styl epoki Tudorów i zniszczone drewniane schody - czwarty stopień od góry zawsze skrzypiał, bez względu na to, gdzie postawiło się na nim stopę. Polubiłam swój pokój z belkowanym sufitem i wbudowaną pod oknem ławą, na której spędzałam całe godziny, czytając w najjaśniejszym świetle, jakie znałam. Rankiem rozsuwałam zasłony i patrzyłam na mozaikę żółto-zielonych pól, które ciągnęły się w dal zamiast rzędów identycznych podmiejskich domów z czerwonej cegły z mercedesami albo bmw na podjazdach. Najbardziej jednak podobało mi się to, że mogłam wyciągnąć fotel do ogrodu za domem, a potem siedzieć w nim i obserwować zmienne formacje chmur wysoko na niebie. 

Wpatrując się w niebo, wyobrażałam sobie, że żyję w innych czasach, prostszych, bardziej niewinnych, kiedy ziemia była wielkim zielonym ogrodem, a okrucieństwo - zadawanie cierpienia dla przyjemności - było całkowicie nieznane.

 

 

3

 

Moja mama była tak zdolną i błyskotliwą studentką, że jeszcze przed uzyskaniem dyplomu otrzymała propozycję pracy w największej londyńskiej kancelarii prawniczej. Przyjęła ofertę, ale nie podobało jej się tam. Nie lubiła Londynu - tłumów na ulicach, korków, zatłoczonego metra, wszechobecnych pijanych meneli o nabiegłych krwią twarzach (Londyn to nie jest miejsce dla myszy), więc po czterech latach postanowiła przenieść się na prowincję. Dostała pracę w Everson’s, największej kancelarii w miasteczku, i tam poznała mojego ojca, starszego od niej o zaledwie osiem lat, a już wspólnika. Pół roku później poprosił ją o rękę. 

Często zastanawiałam się - widząc, jak bardzo się różnią i jak zakończyło się ich małżeństwo - dlaczego tata wybrał właśnie ją i dlaczego ona pozwoliła mu się wybrać. Musiała mu się bardzo podobać, bo - na ślubnych zdjęciach widać to wyraźnie - była naprawdę wyjątkowo atrakcyjna z tymi ciemnymi oczami i włosami oraz nieśmiałym uśmiechem, ale jestem pewna, że podbicie serca wstydliwej, trzymającej się na uboczu dziewczyny, która ukończyła studia z pierwszą lokatą i cieszyła się opinią doskonałej prawniczki, uważał za wyzwanie. Może po tym, co spotkało ją w Londynie (raz ktoś włamał się do jej mieszkania, innym razem w biały dzień jakiś mężczyzna wyrwał jej torebkę na ulicy), chciała, żeby zaopiekował się nią ktoś taki jak ojciec, ktoś silny. Może sądziła, że w jakiś magiczny sposób spłynie na nią część jego siły. A może chodziło po prostu o to, że był przystojny i czarujący. Tata zawsze był typem uwodziciela; już jako mała dziewczynka dostrzegałam, jak działał jego uśmiech na kobiety, i bywałam z tego powodu zazdrosna.

Kiedy cztery lata po ślubie rodziców przyszłam na świat, tata uparł się, żeby mama rzuciła pracę i zajęła się domem i mną. Nie chciał, żeby jego córka przechodziła z rąk jednej niańki do drugiej jak jakaś paczka ani żeby wracała po szkole do pustego domu, bo oboje rodzice są w pracy. Mówił, że zarabia na tyle dobrze, żeby utrzymać rodzinę, więc nie muszą pracować oboje. Jego upór nie miał (oczywiście) nic wspólnego z tym, że mama właśnie miała zostać wspólniczką. Nie miał też (oczywiście) nic wspólnego z faktem, że była uważana za najlepszego prawnika w firmie i że przy tak bystrej żonie często czuł się niekompetentny.

Mama posłusznie zrobiła wszystko, czego chciał. On wiedział lepiej; w końcu był starszy, był wspólnikiem, był mężczyzną. Jak mogłaby się sprzeciwić, nawet gdyby chciała? Jak mysz może stawić opór kotu? Rzuciła więc pracę, którą bardzo lubiła, i przez kolejnych czternaście lat dbała o mnie i o dom - gotowała, robiła zakupy, prała i prasowała - a tata stopniowo rozwijał swoją karierę, by w końcu zostać w Everson’s starszym wspólnikiem. 

Kiedy od niej odszedł, miała czterdzieści sześć lat. Jej wiedza prawnicza była przestarzała - zepsuła się jak owoc zostawiony na drzewie. Prawa do wykonywania zawodu nie odnawiała przez czternaście lat.

Jedyną, pracą, jaką udało jej się dostać, było stanowisko asystentki prawniczej w Davis, Goodridge & Blakely, kancelarii mieszczącej się przy jednej z wąskich brudnych uliczek za dworcem kolejowym. Właściciele, wiedząc, że od dawna nie praktykowała, zaoferowali jej jzałośnie ni$ką pensję - „bierz albo nie”, powiedzieli - a mama, oczywiście, musiała się zgodzić. Dostała biurko w ciasnym pomieszczeniu, które dzieliła z dwiema sekretarkami. Tym samym dano jej do zrozumienia, że ma pozycję kolejnej sekretarki, a nie wykształconej prawniczki. 

Szefowie kancelarii szybko się zorientowali, jak bardzo jest kompetentna i jak szybko nadrabia stracony czas. Blakely, niechlujny facet zajmujący się prawem karnym, i Davis, szef działu odszkodowań za uszczerbki na zdrowiu, przekazywali jej coraz więcej najtrudniejszych spraw, z którymi sobie nie radzili. Po roku mama prowadziła najbardziej skomplikowane sprawy przyjęte przez kancelarię, a zarabiała mniej od sekretarek. 

 

Brenda i Sally, które dzieliły z mamą ciasne biuro, uważały, że nasza przeprowadzka do Honeysuckle Cottage jest błędem, i nie wahały się jej o tym powiedzieć. 

- Shelley ma już prawie szesnaście lat - mówiła Brenda. - Będzie chciała spotykać się w mieście z przyjaciółmi. 

- Otóż to - wtórowała jej Sally. - Jeśli choć trochę przypomina moją Lizzie, będzie uprawiała dubbing co weekend, a ty spędzisz całe życie, zawożąc ją i przywożąc z różnych imprez. 

Mama starała się zachowywać prywatność - przynajmniej na tyle, żeby nie urazić Brendy i Sally, które bez cienia wstydu dzieliły się najintymniejszymi szczegółami ze swojego małżeńskiego życia. 

Zarumieniła się więc tylko i wymamrotała, że właściwie nie ma nic przeciwko temu, bo Shelley na pewno nie będzie nadużywała...

- Elisabeth, jesteś za miękka! - przerwały jej Brenda i Sally.  

Ciągle raczyły mamę podobnymi uwagami. „Elisabeth, jesteś za dobra! Jak możesz to znosić? Dlaczego wreszcie się im nie postawisz?” Widziały, jak zaakceptowała podwyżkę w wysokości, którą można było uznać wyłącznie za obraźliwą; jak Davis zrzucał na nią swoje problemy i nie raczył nawet podziękować, gdy je rozwiązywała; jak Blakely regularnie pojawiał się przy jej biurku za pięć piąta i prosił, żeby została dłużej albo „przejrzała te akta podczas weekendu”, bo wiedział, że jest zbyt słaba, żeby odmówić. Rzadko zdarzały się dni, kiedy Brenda i Sally nie miały powodu wykrzyknąć: „Elisabeth, jesteś zdecydowanie za miękka!” 

Nie zdradziła im, rzecz jasna, prawdy o mnie. Nie powiedziała, że nie będzie musiała podwozić mnie do miasta na spotkania z przyjaciółmi, ponieważ ja nie mam przyjaciół. Ani jednego. Nie powiedziała, że znęcano się nade mną tak okrutnie, że musiałam porzucić szkołę i teraz uczę się w domu. Nie powiedziała, że za radą policji szkoła nie zna mojego nowego adresu, aby „zamieszane w sprawę dziewczęta” nie mogły go zdobyć.

 

 

4

 

Zamieszane w sprawę dziewczęta. Ttzy zamieszane w sprawę dziewczęta: Teresa Watson, Emma Townley i Jane Ireson. 

Były moimi najlepszymi przyjaciółkami od zawsze, to znaczy od dnia, kiedy w wieku dziewięciu lat trafiłyśmy do tej samej klasy. Spędzałyśmy razem wszystkie przerwy (skakałyśmy na skakankach, ćwiczyłyśmy na huła-hoo- pie, grałyśmy w klasy i bawiłyśmy się w chowanego) i siadałyśmy przy jednym stole w szkolnej stołówce. Odwiedzałyśmy się w domach podczas weekendów i wakacji. Byłyśmy nierozłączne, stanowiłyśmy mały zamknięty krąg, któremu nadałyśmy nawet nazwę - JETS, od pierwszych liter naszych imion. 

Teraz, patrząc wstecz, widzę wyraźnie, że między mną a pozostałą trójką coś się popsuło na długo przed tym, gdy zaczęły się nade mną znęcać.

W wieku jedenastu, dwunastu, trzynastu lat uchodziłyśmy za typowe grzeczne dziewczynki. Bardzo poważnie podchodziłyśmy do szkolnej nauki - porównywałyśmy oceny z dyktand, z zapałem wypełniałyśmy ćwiczenia, kolorowałyśmy mapki i omawiałyśmy przez telefon trudniejsze zadania domowe. Ja byłam najlepsza w klasie z angielskiego i plastyki; Emma (nazywana Pip- pi Potter ze względu na rude włosy i okrągłe okulary) miała zdolności matematyczne; Jane, najpoważniejsza z nas, grała na wiolonczeli w naszej szkolnej orkiestrze i w orkiestrze szkoły muzycznej, do której chodziła w soboty; Teresa, o pięknych oczach i bujnych blond włosach z rudawym odcieniem, uwielbiała teatr i chciała zostać aktorką. Gadałyśmy na lekcjach, jak większość dzieciaków, ale bałyśmy się nauczycieli - nigdy nie przyszłoby nam do głowy, żeby się im odszczekiwać. Nie pamiętam też, żeby któraś z nas wpadła w jakieś poważniejsze kłopoty. 

Kiedy miałyśmy mniej więcej po czternaście lat, moje przyjaciółki zaczęły się zmieniać. A ja - nie.

Emma zamieniła okulary na szkła kontaktowe i zaczęła nosić fryzurę w stylu punk - włosy bardzo krótko przystrzyżone, z pozostawionym na środku głowy ufar- bowanym na różowo czymś w rodzaju koguciego grzebienia. Jane rzuciła muzykę, przestała interesować się nauką, a włosy ufarbowała na czarno, na czarno też malowała paznokcie. Nabrała kobiecych kształtów i z makijażem mogła uchodzić za osiemnastolatkę. Ciągle łamała szkolny regulamin, ale żadne kary - ani zatrzymywanie po lekcjach, ani zawieszanie w prawach ucznia - nie robiły na niej wrażenia. Odrzucała wszystko, czym jest szkoła, i zachowywała się jak więzień, który liczy dni dzielące go od wyjścia na wolność. 

Ale najbardziej zmieniła się Teresa Watson. Urosła niemal z dnia na dzień i mierzyła teraz ponad metr siedemdziesiąt. Ze słodkiego, pulchnego dziecka przekształciła się w chudego podlotka z wiecznie skrzywioną kanciastą twarzą o wydatnych kościach policzkowych. Zaczęła nosić ubrania, które rażąco naruszały szkolny regulamin - zielone sznurowane martensy do pół łydki, spodnie biodrówki i kuse podkoszulki, spod których wystawał jej blady brzuch. W lewej brwi miała srebrny kolczyk, chociaż wychowawczyni bez przerwy jej powtarzała, że nie powinna przychodzić z nim do szkoły. Zapuściła też włosy i nosiła je gładko przyczesane, z przedziałkiem na środku głowy. W jej zielonych oczach pojawiło się coś twardego, twardego i bezlitosnego. Niemal groźnego. 

Rozmyślając o tym, co wydarzyło się później, uświadomiłam sobie, że wygląd moich przyjaciółek zmienił się mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zaczęły zachowywać się inaczej wobec mnie. Wiele razy zastanawiałam się, czy jedno miało coś wspólnego z drugim. Czy wygląd wpływa na naszą osobowość, czy też to osobowość wpływa na nasz wygląd? Czy to barwy wojenne na ciele sprawiają, że członkowie plemienia stają się wojownikami? Czy też odwrotnie: wojownicy malują ciała barwami wojennymi, by uzewnętrznić swoje okrucieństwo? Czy kot zawsze wygląda jak kot? Czy mysz zawsze wygląda jak mysz?


***


Nie szukałyśmy domu. Szukałyśmy kryjówki. Myszy nie mają domu…
Szesnastoletnia Shelley i jej matka znalazły taki dom z dala od ludzi. Uciekły z Londynu. Zostawiły za sobą strach i koszmarne wspomnienia. Matka - o upokorzeniach i okrucieństwie męża, córka o tym, co spotkało ją z rąk szkolnych koleżanek. Pokorne, ciche, zastraszone zbyt długo znosiły agresję. Tu mają nadzieję wyleczyć psychiczne i fizyczne rany, i cieszyć się bezpiecznym, kojącym życiem.
Ale pewnej nocy ich spokój znów zostaje brutalnie zakłócony. W ich azyl znów wkracza przemoc.
I wtedy w Shelley coś pęka.
Potulna mysz zmienia się w drapieżnika…



Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger