"Logika zaprowadzi Cie z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi Cię wszędzie". Albert Einstein

MINIÓWECZKI - MINI RECENZJE

TO GŁÓWNE ZAŁOŻENIE TEGO BLOGA /nazwa zmieniona z Mniej niż 0 - dzięki Joanna M. !XD/

Moje zdanie i opinia na temat przeczytanej książki nie liczą się tak bardzo, jak sama jej treść.


Dlatego nie pisuję poematów.


Dodaję za to fragment tekstu, żeby każdy miał szansę przez te 5 minut sprawdzić, czy zakocha się w opowieści. Czy też nie.


Zdania są różne. Opinie są różne. Należy zawsze kierować się własnymi, ale najpierw… trzeba je mieć.

A żeby je nabyć, należy CZYTAĆ KSIĄŻKI WŁASNOOCZNIE! :)


Nikogo także nie namawiam do czytania i lubienia tego, co ja czytam i lubię, ani tym bardziej do zakupów. Chodzi o samą przyjemność czytania i zapoznania się z ułamkiem przynajmniej wydawanej literatury.


Jeśli komukolwiek ta forma bloga nie odpowiada – w necie jest milion świetnych blogów, w których można znaleźć recenzje 8-stronicowe, niejednokrotnie lepsze, niż same opisywane w nich powieści:)


Jeśli także komukolwiek nie odpowiada mój gust czytelniczy:


ZAPRASZAM DO POLECANYCH PRZEZE MNIE BLOGÓW! :)

"Szczypta a-społeczności, spojrzenie na świat nieco inne niż reszta tłumu

Nie masz czytnika e-book?

Nie masz czytnika e-book?
Kliknij zdjęcia!

InkBOOK

Kindle

Pocketbook Touch

REWELACYJNY PORADNIK dla niezdecydowanych!

POlecanki

Ta książka stoi na równi z Kingiem - nie boje się tego napisać:-)  Tak magicznej podróży do kraju dzieciństwa nie powstydziłby się nawet Mis...

Blog Archive

Polecane Blogosfery:)

Ta książka stoi na równi z Kingiem - nie boje się tego napisać:-) Tak magicznej podróży do kraju dzieciństwa nie powstydziłby się nawet Mistrz K. ;_) 

Pełna magii, dziecięcego spojrzenia na świat, wzruszająca do łez... Wątek kryminalny poboczny, jak dla mnie, naładowanie emocjami i retrospektywna podróż w najlepsze lata naszego życia - bezcenna:-) Tu rzeczywistość miesza się z magią przez duże M i fantazją dzieciństwa...


Narratorem jest czternastoletni Cory Mackenson, błyskotliwy i bardzo wrażliwy chłopak. Historia zaczyna się w momencie, gdy ojciec Cory'ego próbuje uratować kierowcę, którego samochód topi się w jeziorze Saxon. Właśnie tak dowiaduje się, że człowiek ten został pobity na śmierć. Cory próbuje dowiedzieć się, kto zabił tego nieznajomego - to jego misja, która okaże się bardzo niebezpieczna.

MOJA OCENA: 10/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!




Zanim wyruszymy razem w podróż, chcę wam wyjaśnić kilka istotnych rzeczy. Przeżyłem to wszystko. I w tym sęk. Cały problem z narracją w pierwszej osobie polega na tym, że Czytelnik wie, iż narrator nie zginął. Cokolwiek więc mogło mi się przytrafić - i cokolwiek się przytrafiło - możecie być pewni, że uszedłem z życiem, aliści każde z tych doświadczeń mogło mnie uczynić nieco lepszym lub nieco gorszym człowiekiem - sami zadecydujecie jakim.
W paru miejscach zechcecie pewnie powiedzieć: „Hola, skąd on może wiedzieć, że takie a takie wydarzenie miało miejsce albo że dana osoba powiedziała to czy zrobiła tamto, skoro w ogóle go tam nie było?” Odpowiedź jest prosta: później dowiedziałem się wystarczająco dużo, by wypełnić luki W kilku przypadkach zmyśliłem przebieg wydarzeń, a w kilku innych uznałem, że wszystko powinno się było potoczyć właśnie tak, mimo iż w rzeczywistości było inaczej.

Urodziłem się w lipcu 1952 roku. Kiedy piszę te słowa, zbliżam się do czterdziestki.
Ładny wiek, nie sądzicie? Nie jestem już, jak ongiś pisali moi recenzenci, „obiecujący”. Jestem tym, kim jestem. Zacząłem pisać, kiedy jeszcze byłem w szkole średniej, a wymyślać różne historie na długo przedtem, nim w ogóle pojąłem, czym się w istocie zajmuję. Od 1978 roku drukują to, co piszę. Zostałem więc pisarzem. Czy może „autorem”? „Autor powieści kieszonkowych” - śpiewali Beatlesi. Może słowo „pisarz” zarezerwowano dla tych, których książki oprawia się w tłoczoną skórę? Jedno jest pewne: moja skóra sporo przeszła w ciągu tych lat Podobnie jak każdy z moich braci i sióstr w tym naszym wirującym wokół własnej osi domu, doświadczałem zarówno kopniaków, jak i uśmiechów losu. Ja jednak zostałem wyróżniony umiejętnością tworzenia z pojedynczych nitek postaci i światów. A zatem pisarz czy autor?

Może po prostu gawędziarz?

Chciałem przelać owe wspomnienia na papier, gdzie łatwiej je zatrzymać.
Czy wiecie, że wierzę w czary? Urodziłem się i wychowałem pośród czarodziejów; w czarodziejskim mieście i czarownych czasach. O, mało kto zdawał sobie sprawę, że żyliśmy w pajęczynie magii, powiązanej srebrnymi włókienkami przypadku i okoliczności. Ale ja wiedziałem o tym od samego początku. Kiedy miałem dwanaście lat, świat był dla mnie latarnią magiczną, w której zielonym blasku oglądałem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Z wami pewnie było tak samo, tylko już zdążyliście o tym zapomnieć. Widzicie, jestem zdania, że na początku każdy z nas ma czarodziejską moc. Rodzimy się pełni cyklonów, płonących lasów i komet. Rozumiemy śpiew ptaków, umiemy czytać z chmur i dostrzegamy nasze przeznaczenie w ziarnkach piasku. Ale później miejsce w naszych duszach zajmuje nauka. Magia zostaje z nich wyświęcona, wybita, wyprana i wyczesana. Stawia się nas na prostej, utartej ścieżce i mówi o odpowiedzialności. Słyszymy, że jesteśmy już dość duzi. Każe się nam wreszcie dorosnąć, na miłość boską. A wiecie, dlaczego nam to mówią? Bo ludzie, którzy nas pouczają, boją się naszej nieokiełznanej młodości, bo nasza czarodziejska moc sprawia, że czują wstyd i tęsknotę za tym, czemu pozwolili rozsypać się w proch.
Kiedy odejdziesz tak daleko z krainy czarów, nigdy więcej nie będziesz miał do niej wstępu. Może czasem ujrzysz ją przez moment Poznasz ją i przypomnisz ją sobie na ułamek sekundy. Jeśli ludzie płaczą na filmach, to dlatego, że w ciemnym kinie przez krótką chwilę dotykają złotego źródła magii. Potem wychodzą w jaskrawe światło rozsądku i logiki i źródło wysycha, ludzie zaś czują w sercu dziwny smutek i nie wiedzą dlaczego. Kiedy jakaś piosenka poruszy w tobie wspomnienie, kiedy wirujące w promieniu światła pyłki odwrócą twoją uwagę od świata, kiedy nocą słyszysz w oddali stukot kół przejeżdżającego pociągu i zastanawiasz się, dokąd też on zmierza, wykraczasz poza człowieka, którym jesteś, i miejsce, w którym się znajdujesz. Na najkrótszą z krótkich chwil wkraczasz do czarodziejskiego królestwa.

Głęboko w to wierzę.

To, iż z każdym mijającym rokiem oddalamy się od sedna tego, co się w nas zrodziło, jest zwykłą życiową prawdą. Dźwigamy na ramionach coraz więcej ciężarów. Niektóre z nich są pożyteczne, inne mniej. Przydarzają się nam różne rzeczy. Nasi bliscy umierają. Ludzie biorą udział w wypadkach, z których wychodzą kalecy. Z takiej czy innej przyczyny tracą poczucie kierunku. W tym pełnym zwariowanych labiryntów świecie wcale o to nietrudno. Samo życie robi co może, żeby odebrać nam wspomnienie owej magii. A człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy, aż wreszcie pewnego dnia czuje, że coś utracił, ale nie ma pewności co. To tak jak gdybyś puszczał oko do ładnej dziewczyny, a ona odezwałaby się do ciebie „proszę pana”. To siępo prostu zdarza.

Pamięć o tym , kim byłem i gdzie mieszkałem, jest dla mnie bardzo ważna. W znacznej mierze składa się ona na to, kim będę, kiedy moja podróż dobiegnie końca. Potrzebne mi wspomnienie czarów, jeżeli kiedykolwiek zechcę je jeszcze odprawiać. Muszę wiedzieć. Muszę pamiętać. I chcę wam o tym opowiedzieć.

Nazywam się Cory Jay Mackenson. Wychowałem się w miejscowości Zephyr w południowej Alabamie. Nigdy nie było tam za zimno ani za gorąco. Ulice tonęły w cieniu dębów, a wszystkie domy miały ganki i siatki w oknach. W mieście był park, a w nim dwa boiska do baseballu - jedno dla dzieci, a drugie dla dorosłych. Był tam również publiczny basen z błękitną,czystą wodą. Dzieci zawsze nurkowały w najgłębszym miejscu w poszukiwaniu upuszczonych miedziaków. Czwartego Lipca odbywał się festyn, a pod koniec lata - konkurs literacki. Kiedy w 1964 roku skończyłem dwanaście lat, Zephyr miało około tysiąca pięciuset mieszkańców. Była tam kawiarnia „Pod Błyszczącą Gwiazdą”, był skład Woolwortha i mały sklepik spożywczy pod nazwą „Piggly-Wiggly”, a przy drodze numer 10 stał dom, w którym mieszkały sprzedajne dziewczyny. Nie każda rodzina miała odbiornik telewizyjny. W całym hrabstwie obowiązywała prohibicja, co oznacza, iż kwitł tam nielegalny handel alkoholem. Drogi rozchodziły się z miasta na cztery świata strony, a nocą mieszkańcy słyszeli pociąg towarowy do Birmingham, który pozostawiał za sobą zapach spiekanego żelaza. Zephyr miało cztery kościoły, szkołę podstawową i cmentarz na Poulter Hill. W pobliżu było jezioro - tak głębokie, iż całkiem możliwe, że wcale nie miało dna. Moje rodzinne miasto pełne było bohaterów i łotrów; ludzi uczciwych, którzy znali urodę prawdy, i takich, których sama uroda była kłamstwem. Prawdopodobnie niewiele się różniło od waszego miasta.

Ale Zephyr było czarodziejskim miejscem. W blasku księżyca przechadzały się tu duchy. Opuszczały porośnięty trawą cmentarz, stawały na wzgórzu i rozmawiały o dawnych, dobrych czasach, kiedy coca-cola naprawdę miała niepowtarzalny smak i można było odróżnić demokratę od republikanina. Wiem, bo sam je słyszałem. Wiatr wnosił do domów aromat kapryfolium i rodzącej się miłości. Błękitne, postrzępione błyskawice uderzały w ziemię i budziły nienawiść.
Mieliśmy wichury i susze, a przepływająca obok miasta rzeka miała brzydki zwyczaj wylewania z brzegów. Pewnej wiosny, kiedy miałem pięć lat, powódź przyniosła na ulice miasta roje węży. Wtedy niczym czarny huragan z nieba sfrunęły setki sokołów i uniosły węże w śmiercionośnych dziobach, a rzeka cofnęła się do koryta jak zbity pies. Potem jak na głos trąbki zza chmur wymaszerowało słońce, a ze splamionych krwią dachów mego miasta uniosła się para.
Mieliśmy czarną królową, która liczyła sobie sto sześć lat Mieliśmy rewolwerowca, który ocalił życie Wyattowi Earpowi w corralu O.K. Mieliśmy potwora w rzece i tajemnicę w jeziorze. Mieliśmy ducha, grasującego po szosach za kierownicą czarnego sportowego samochodu z płomieniami wymalowanymi na masce. Mieliśmy Gabriela i Lucyfera, i zbója, który powstał z martwych. Mieliśmy najeźdźcę z kosmosu, chłopca o niezawodnym ramieniu i dinozaura, który do woli buszował po Merchants Street To było cudowne miejsce.

Wciąż są we mnie wspomnienia chłopięcych lat, spędzonych w tej zaczarowanej krainie.

Pamiętam.

I to już wszystko, co chciałem wam wyjaśnić.


***
„Magiczne lata” to kronika życia dwunastoletniego Cory'ego Mackensona, mieszkającego w miasteczku Zephyr w Alabamie.


Pewnego marcowego ranka Cory jest świadkiem tajemniczego wypadku: w głąb miejscowego jeziora stacza się samochód z zamkniętymi wewnątrz zmasakrowanymi zwłokami. Prześladowany myślą, że w jego wspaniałym Zephyr ukrywa się morderca, chłopiec postanawia zdemaskować sprawcę zbrodni. Nie dysponuje jednak żadnymi śladami, więc próbuje odnaleźć mordercę, analizując życie i zwyczaje mieszkańców swojego miasteczka.

Ogromną rolę w rozwikłaniu zagadki odegrają sny, które nawiedzają ojca Cory'ego – również świadka wydarzeń, oraz Damę – ponadstuletnią Murzynkę, uważaną przez miejscowych za kogoś w rodzaju czarownicy.

Jednak „Magiczne lata” to nie tylko zajmująca powieść sensacyjna i interesująca powieść grozy, ale także spostrzegawcza, pełna fantazji i uczucia opowieść o życiu 
i dojrzewaniu, umieszczona na tle fascynującego portretu Ameryki lat sześćdziesiątych XX-wieku.

„Magiczne lata” to jedna z tych powieści, do których sięgamy z łezką w oku, aby przypomnieć sobie jak piękne i niezapomniane emocje rodziły się w nas, gdy byliśmy młodzi. Jak wyjątkowy był świat, gdy patrzeliśmy na niego naszymi młodzieńczymi oczami.














Moja rekomendacja - klimaty iście kingowskie TO - wystarczy:-) Bardzo przypomina także Magiczne lata McCammonna.

Świat dzieci, demon, strachy, wakacje - cóż więcej trzeba, dla mnie nic:-)

Akcja osadzona w Illinois, w (oczywiście!XD) małym miasteczku Elm Haven. Już jest dobrze. 5 chłopców. Jeszcze lepiej. Nawiedzona szkoła. CUDOWNIE!

Martwi nauczyciele, gigantyczne robale z ostrymi zębiskami, odwieczne zło, które ma się odrodzić właśnie w tym mieście i własnie w tym czasie!

I tylko ta drużyna jest w stanie ocalić świat!

POLECAM!

MOJA OCENA: 10/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Old Central School stała wciąż prosto, milcząca i tajemnicza. Nieliczne promienie słońca, którym udało się wedrzeć do środka, zawisły w osiemdziesięcioczteroletnich oparach kredowego pyłu. Nad ciemnymi posadzkami i schodami wciąż unosiły się wspomnienia ponad ośmiu dekad pastowania i froterowania, nasączając nieruchome powietrze mahoniowym zapachem trumien. Mury szkoły były tak grube, że zdawały się chłonąć wszystkie dźwięki, wysokie okna natomiast, o szybach zdeformowanych przez grawitację i pokrytych patyną wieku, nadawały wnętrzu zmęczony odcień sepii.

W Old Central czas płynął powoli albo wcale. W korytarzach i na klatkach schodowych rozlegały się odgłosy kroków, dźwięki te jednak były stłumione i nie miały żadnego związku z poruszeniami wśród cieni.
Kamień węgielny pod budynek położono w roku 1876, w tym samym roku, kiedy generał
Custer i jego ludzie zostali zdziesiątkowani nad rzeką Little Bighorn daleko na zachód stąd, w tym samym roku, kiedy w Filadelfii, daleko na wschód stąd, zaprezentowano pierwszy telefon. Old Central School wzniesiono w Illinois, równo w połowie drogi między tymi wydarzeniami, ale z dala od głównego nurtu historii.

Wiosną roku 1960 szkoła przypominała paru wiekowych nauczycieli, którzy w niej pracowali: za starzy, żeby dalej nauczać, lecz zbyt dumni, żeby odejść, trzymający się prosto wyłącznie siłą przyzwyczajenia i uporu. Jałowa jak oschła stara panna, Old Central przez dziesięciolecia pożyczała sobie cudze dzieci.
Dziewczynki bawiły się lalkami w jej salach i korytarzach, a później umierały przy porodach.
Chłopcy biegali korytarzami, siedzieli za karę w gęstniejącym zimowym mroku w opustoszałych salach, a później grzebano ich w mogiłach w miejscach, o których nie słyszeli nawet podczas lekcji geografii: San Juan Hill, Belleau Wood, Okinawa, Omaha Beach, Pork Chop Hill, Inchon.
Kiedyś szkołę otaczały śliczne młode drzewka - w słoneczne majowe i wrześniowe dni wiązy rosnące bliżej budynku rzucały cień na okna sal lekcyjnych na parterze. Jednak z biegiem lat mniejsze drzewa pousychały, większe zaś, otaczające parcelę niczym ogromni strażnicy, straciły na dobre liście i zamieniły się w martwe posągi. Kilka wycięto, ale większość pozostała; cienie ich nagich gałęzi kładły się na trawnikach i boiskach, jakby usiłowały dosięgnąć budynku.

Goście odwiedzający miasteczko Elm Haven, którzy skręcili z Hard Road, minęli dwie przecznice i zobaczyli Old Central, często brali ją omyłkowo za przerośniętą siedzibę sądu lub inny budynek użyteczności publicznej, ze względów ambicjonalnych rozbudowany do absurdalnych rozmiarów. Na co komu potrzebny rozległy dwupiętrowy budynek na ogromnej działce w miasteczku liczącym zaledwie tysiąc ośmiuset mieszkańców? Dopiero chwilę potem dostrzegali boiska i domyślali się, że mają przed sobą szkołę. Bardzo dziwną szkołę: z ozdobną, krytą miedzianą blachą i obrośniętą grynszpanem wieżyczką usadowioną na szczycie czarnego stromego dachu; z neoromańskimi łukami zwieńczającymi niemal czterometrowej wysokości okna; z mnóstwem mniejszych, okrągłych i owalnych okienek sugerujących jakieś absurdalne podobieństwo z katedrą; mansardowe okienka na drugim piętrze; dziwaczne woluty rozrzucone bez ładu i składu po całej fasadzie, nad ukrytymi w wykuszach drzwiami i ślepymi oknami; przede wszystkim zaś ogromną i przez to właśnie najbardziej dziwaczną, i zarazem niepokojącą. Old Central, z trzema kondygnacjami martwych okien, z okapami i mansardami, wysokim dachem i sterczącą wyzywająco wieżyczką. Po prostu dużo za duża jak na tak małe miasteczko.
Jeśli wśród gości znalazłby się ktoś mający choćby jakie takie pojęcie o architekturze, wyłączyłby silnik, wysiadł z samochodu, przez chwilę chłonął z podziwem niezwykły widok, a następnie zrobiłby zdjęcie.
Nawet w tym krótkim czasie uważny obserwator spostrzegłby, że okna przypominają wielkie czarne dziury, jakby miały za zadanie raczej pochłaniać światło niż je przepuszczać, że pseudoromańskie, pseudorokokowe i pseudowłoskie ozdobniki umieszczono na budowli wzniesionej w prostym i często spotykanym stylu architektonicznym, który można by nazwać środkowowschodnim szkolnym gotykiem, oraz że w rezultacie tych zabiegów nie powstał ani piękny gmach, ani nawet architektoniczna ciekawostka, lecz tylko gigantyczna, przytłaczająca masa cegieł i kamieni, zwieńczona wieżyczką zaprojektowaną wedle wszelkiego prawdopodobieństwa przez wariata.
Nieliczni odwiedzający, nie zważając lub ignorując ogarniający ich niepokój, wypytywali miejscowych lub nawet decydowali się na przejażdżkę do Oak Hill, do siedziby miejscowych władz, by poszukać materiałów dotyczących szkoły. Mogli się tam dowiedzieć tylko tego, że Old Central była pierwszą i - jak się okazało - jedyną szkołą zbudowaną przed osiemdziesięcioma pięcioma laty w ramach planu zakładającego wzniesienie w okręgu pięciu takich budowli.

W latach siedemdziesiątych XIX wieku Elm Haven było ludniejsze niż w roku 1960, głównie za sprawą kolei (obecnie nieczynnej) oraz napływu osadników z Chicago, zwabionych śmiałymi planami ambitnych urbanistów. Liczba mieszkańców okręgu zmalała w ciągu niespełna wieku z 28000 do niespełna 12000, wśród których większość stanowili farmerzy. W roku 1875 Elm Haven liczyło sobie 4300 dusz, a sędzia Ashley, milioner stojący za planami rozbudowy miasteczka oraz wzniesienia Old Central, prorokował, że wkrótce stanie się większe od Peorii, w przyszłości zaś będzie rywalizowało z Chicago.
Architekt, którego sędzia Ashley sprowadził ze wschodu, niejaki Solon Spencer Alden, kształcił się pod kierunkiem Henry’ego Hobsona Richardsona i R.M. Hunta. W stworzonym przez siebie architektonicznym koszmarze zdołał zawrzeć najmroczniejsze elementy nadchodzącego neoromantyzmu, pozbawiając go równocześnie dostojeństwa czy choćby pozorów użyteczności, charakterystycznych dla większości budowli wznoszonych w tym stylu.
Sędzia Ashley uparł się - a społeczność miasteczka go poparła - że tak wielka szkoła jest niezbędna, by pomieścić przyszłe pokolenia dzieci, które będą się rodzić w coraz ludniejszym okręgu. W związku z tym w budynku przewidziano miejsce nie tylko dla szkoły podstawowej, ale również dla gimnazjum (sale na drugim piętrze, wykorzystywane szkoły podstawowej, ale również dla gimnazjum (sale na drugim piętrze, wykorzystywane jedynie do pierwszej wojny światowej) oraz dla miejskiej biblioteki, a nawet dla college’u, gdyby zaszła taka potrzeba.
Ani w Creve Coeur County, ani w Elm Haven nigdy nie zaszła potrzeba założenia college’u.

Stojąca przy Broad Avenue rezydencja sędziego Achleya spłonęła do fundamentów w roku 1919, krótko po bankructwie jego syna podczas Wielkiego Kryzysu. Old Central pełniła wyłącznie funkcję szkoły podstawowej i uczęszczało do niej coraz mniej dzieci, w miarę jak ludzie wyprowadzali się z miasteczka, a w innych częściach okręgu wznoszono nowe, nowocześniejsze budynki szkolne.
W pełni wyposażone sale na drugim piętrze stały się całkowicie zbędne w roku 1920, kiedy w Oak Hill otwarto prawdziwą szkołę średnią, zamknięto je więc na głucho, by zarastały pajęczynami i mrokiem. W roku 1939 miejska biblioteka przeniosła się na parter i górne kondygnacje zostały zupełnie puste, spoglądając martwymi oknami na nielicznych uczniów błąkających się po pogrążonych w półmroku korytarzach i zbyt szerokich klatkach schodowych niczym uciekinierzy w ruinach dawno opuszczonego miasta z niewyobrażalnie odległej przeszłości.
Wreszcie, latem roku 1959, nowa rada miejska w porozumieniu z okręgowym kuratorium doszła do wniosku, że Old Central School straciła już rację bytu, że utrzymanie i ogrzewanie tego architektonicznego potwora jest zbyt kosztowne, i że jesienią 1960 roku uczniowie ostatniej klasy przeniosą się do nowego budynku w Oak Hill.
Ale latem 1960, w ostatni dzień nauki, zaledwie na godziny przed odejściem na wieczną emeryturę, Old Central School wciąż stała prosto, pieczołowicie strzegąc swoich tajemnic.

2

Dla siedzącego podczas ostatniej lekcji w szóstej klasie Dale’a Stewarta nie ulegało wątpliwości, że ostatni dzień roku szkolnego był największą torturą wymyśloną przez dorosłych dla dzieci. Czas płynął wolniej niż podczas wizyty w gabinecie dentystycznym, wolniej niż kiedy po awanturze z matką czekał na powrót ojca do domu i wymierzenie kary, wolniej niż...
Tego po prostu nie dało się wytrzymać.
Zegar na ścianie nad ufarbowaną na niebiesko głową Starej Dwudupki wskazywał 14.23.
Kalendarz wiszący na sąsiedniej ścianie informował, że jest środa 1 czerw 1960, ostatni dzień roku szkolnego i zarazem ostatni dzień w brzuszysku Old Central. Dale miał wrażenie, że czas w ogóle przestał płynąć, czuł się jak owad w bursztynie, jak ten pająk w żółtym półprzezroczystym kamyku, który ojciec Cavanaugh pożyczył Mike’owi.
Nie było już n i c do roboty. Po prostu nic. O wpół do drugiej szóstoklasiści oddali wypożyczone podręczniki. Pani Doubbet skrupulatnie wszystkie przeglądała, szukając ewentualnych zniszczeń, chociaż Dale nie miał pojęcia, w jaki sposób mogła odróżnić tegoroczne uszkodzenia od zeszłorocznych i jeszcze dawniejszych... Uporawszy się z tym zadaniem, wśród ławek o przedziwnie pustych blatach, letargicznym tonem poleciła uczniom zająć się lekturą, chociaż wszystkie książki należało zwrócić do biblioteki już w miniony piątek, pod rygorem nieotrzymania świadectwa na koniec roku.
Dale przyniósłby jakąś książkę z domu - na przykład „Tarzana”, którego zostawił po lunchu na kuchennym stole, albo którąś z podwójnych powieści science fiction wydawnictwa ACE - ale chociaż czytał kilka książek tygodniowo, to jakoś nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby traktować szkołę jako miejsce, gdzie można by oddawać się lekturze. W szkole rozwiązywało się testy, słuchało nauczycieli i odpowiadało na tak banalne pytania, że poradziłby sobie z nimi nawet szympans, gdyby choć raz zerknął do podręcznika.

Dale wraz z pozostałymi dwudziestoma siedmioma uczniami siedział więc w upale i wilgoci, podczas gdy za oknami niebo ciemniało od zbliżającej się burzy. W i tak zawsze mrocznym wnętrzu Old Central robiło się coraz ciemniej, wskazówki zegara całkowicie znieruchomiały, ciężka, dusząca atmosfera spowijała wszystko jak koc.
Dale siedział w czwartej ławce w drugim rzędzie z prawej strony. Ze swojego miejsca widział wejście do szatni i ciemny korytarz oraz drzwi do sali, w której jego najlepszy przyjaciel, Mike O’Rourke z piątej klasy, również czekał na koniec roku szkolnego. Mike był rówieśnikiem Dale’a - a nawet o miesiąc starszy - ale musiał powtarzać czwartą klasę, w związku z czym przez minione dwa lata przyjaciół rozdzielała przepaść jednego oddziału.
Mike potraktował nieudaną próbę awansu do piątej klasy z takim samym spokojem jak niemal każdą dotyczącą go sytuację: żartował sobie z tego, w dalszym ciągu przewodził paczce przyjaciół, do której należał Dale, i nie żywił żadnych pretensji do pani Grossaint, okropnej jędzy, która - Dale był tego pewien - zostawiła go na drugi rok z czystej złośliwości.

W klasie siedziało razem z Dale’em kilku jego innych przyjaciół. Jim Harlen zajmował miejsce w pierwszej ławce w pierwszym rzędzie, żeby pani Doubbet mogła mieć go stale na oku. W tej chwili Harlen siedział z głową opartą na rękach i omiatał wzrokiem pomieszczenie, tylko w ten sposób mogąc dać upust kipiącej w nim energii. Pochwyciwszy spojrzenie Dale’a, wykrzywił się paskudnie, jakby zamiast twarzy miał gumową maskę. Pani Dublet chrząknęła znacząco i Harlen natychmiast oklapł.

W rzędzie przy oknie siedzieli Chuck Sperling i Digger Taylor - kolesie, prowodyrzy, klasowi politycy. I palanty. Poza szkołą Dale prawie się z nimi nie spotykał, chyba że podczas treningów i meczów Małej Ligi Baseballowej. Za Diggerem siedział Gerry Daysinger w podartej szarej koszulce. Po lekcjach wszyscy wkładali dżinsy i koszulki, ale tylko najbiedniejsze dzieciaki, takie jak Gerry i bracia Cordie Cooke, przychodzili tak ubrani do szkoły.
Za plecami Gerry’ego siedziała Cordie Cooke z wyrazem bezdennej głupoty na twarzy jak księżyc w pełni. Patrzyła w okno, ale jej bezbarwne oczy zdawały się niczego nie widzieć.
Jak zwykle żuła gumę, lecz z jakiegoś powodu pani Doubbet nigdy tego nie dostrzegała i ani razu nie zwróciła jej uwagi. Gdyby Harlen albo inny klasowy rozrabiaka tak często żuł gumę, pani D. z pewnością postarałaby się o wyrzucenie go ze szkoły, ale w przypadku Cordie Cooke był to stan całkowicie naturalny. Za każdym razem, kiedy Dale na nią patrzył, nasuwało mu się skojarzenie z krową flegmatycznie przeżuwającą trawę na pastwisku.
Zaraz za Cordie, w ostatniej ławce pod oknem, siedziała Michelle Staffney. Trudno było sobie wyobrazić większy kontrast. W zielonej bluzeczce i wyprasowanej brązowej spódniczce Michelle wyglądała jak wyjęta z obrazka. Światło spływało po jej rudych włosach i nawet z takiej odległości Dale widział wyraźnie piegi na jej bladej, niemal przezroczystej skórze.
Niespodziewanie Michelle oderwała wzrok od książki i spojrzała na niego. Nie uśmiechnęła się, ale wystarczyło leciutkie uniesienie brwi, żeby serce w piersi jedenastolatka zaczęło uderzać w szybszym tempie.

Nie wszyscy przyjaciele Dale’a siedzieli w tej sali. Na przykład Kevin Grumbacher chodził do piątej klasy, i słusznie, ponieważ był młodszy od niego o dziewięć miesięcy. Brat Dale’a, Lawrence, uczęszczał do trzeciej klasy, której wychowawczynią była pani Howe.
Siedział tu natomiast (i to jak!) Duane McBride. Dwukrotnie cięższy od następnego pod względem ciężaru tłuściocha, niemal wylewał się z krzesła w środkowym rzędzie. Jak zwykle pisał coś pracowicie w wielkim notesie o grzbiecie spiętym drucianą spiralą. Zmierzwione kasztanowe włosy sterczały mu we wszystkie strony. Co jakiś czas marszczył czoło i bezwiednie poprawiał okulary na nosie, ani na chwilę nie przerywając pisania. Mimo upału miał na sobie tę samą flanelową koszulę i powypychane na kolanach sztruksowe spodnie, w których chodził przez całą zimę. Dale nie pamiętał, żeby Duane kiedykolwiek pokazał się w dżinsach i koszulce, pomimo tego, że grubas był ze wsi. Dale, Mike, Kevin, Jim i większość dzieciaków mieszkała w mieście i, w przeciwieństwie do Duane’a, nie musiała zajmować się gospodarskimi obowiązkami.

Dale poruszył się niespokojnie. Była 14.49. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, przypuszczalnie związanego z rozkładem jazdy autobusów, lekcje kończyły się kwadrans po trzeciej.
Gapił się w wiszący na ścianie portret George’a Washingtona i zastanawiał się po raz dziesięciotysięczny w tym roku, dlaczego dyrekcja postanowiła wystawić na widok publiczny kopię niedokończonego obrazu. Gapił się na sufit znajdujący się ponad cztery metry nad podłogą i na trzymetrowej wysokości okna. Gapił się na ustawione na półkach pudła z książkami i zastanawiał się, jaki los czeka te wszystkie podręczniki. Zostaną wysłane do nowej szkoły? A może spalone? Pewnie to drugie, ponieważ jakoś nie potrafił sobie wyobrazić takich starych, zniszczonych książek z oślimi uszami w nowiutkim budynku, obok którego przejeżdżał z rodzicami samochodem.
Za dziesięć trzecia. Jeszcze dwadzieścia pięć minut do początku lata, do powrotu wolności.
Przeniósł wzrok na panią Dublet. Przezwisko nie miało obraźliwego charakteru, po prostu pani Doubbet od zawsze była panią Dublet, i już. Od trzydziestu ośmiu lat wspólnie z panią Duggan uczyła szóstoklasistów - początkowo równolegle, w sąsiednich salach, a potem, kiedy liczba uczniów znacznie się zmniejszyła, na zmianę. Pani Doubbet zajmowała się naukami społecznymi i przedmiotami humanistycznymi, pani Duggan matematyczno-przyrodniczymi.
Tworzyły komiczny duet pozbawiony odrobiny poczucia humoru: pani Duggan wysoka, chuda i nerwowa, pani Doubbet niska, otyła i flegmatyczna. Miały diametralnie różne głosy i prowadziły niemal identyczne życie - mieszkały po sąsiedzku w starych wiktoriańskich domkach przy Broad Avenue, uczęszczały do tego samego kościoła, wspólnie jeździły na kursy do Peorii i na wakacje na Florydę. Były dwiema niekompletnymi osobowościami, które doskonale się uzupełniały, tworząc jedną, pełną i skończoną.
W ostatnim roku funkcjonowania Old Central, tuż przed świętem Dziękczynienia, pani Duggan poważnie zachorowała. Rak, poinformowała pani O’Rourke matkę Dale’a przyciszonym głosem, sądząc, że chłopcy jej nie usłyszą. Po feriach zimowych pani Duggan nie pojawiła się już w szkole; przysłano zastępstwo, potwierdzając w ten sposób pogłoski o jej poważnej chorobie. Pani Doubbet również musiała przejąć część obowiązków przyjaciółki, ucząc przedmiotów, których serdecznie nie lubiła. „Ale to tylko do powrotu Cory” - powtarzała. Wszystkie wolne chwile poświęcała opiece nad chorą, najpierw w jej różowym domku przy Broad Avenue, a potem w szpitalu, aż wreszcie któregoś dnia pani Dublet nie pojawiła się w szkole i po raz pierwszy od prawie czterdziestu lat ktoś inny poprowadził za nią lekcje. Po korytarzach i boisku błyskawicznie rozeszła się wiadomość, że pani Duggan umarła. Było to w przeddzień Walentynek.
Pogrzeb odbył się w Davenport, w związku z czym nie zjawił się na nim żaden z uczniów.
Nie zjawiliby się nawet wtedy, gdyby panią Duggan pochowano tutaj, w Elm Haven. Dwa dni później pani Doubbet wróciła do swoich obowiązków.

Patrząc na tę wiekową kobietę, Dale poczuł coś w rodzaju współczucia. Pani Doubbet wciąż była gruba, ale teraz tłuszcz wisiał na niej jak zbyt obszerne palto. Zwisające z ramion fałdy skórne trzęsły się i kołysały przy każdym ruchu. Obwiedzione sinymi obwódkami oczy zapadły się w oczodołach. Nauczycielka wpatrywała się w okno z niemal taką samą miną jak Cordie Cooke. Siwe włosy pożółkły przy czaszce, sukienka wyglądała tak, jakby, pomyliła się przy jej zapinaniu. Otaczał ją nieprzyjemny zapach podobny do tego, jaki czuć było od pani Duggan tuż przed Świętami.
Dale westchnął i poprawił się na krześle. 14.52.
W mrocznym korytarzu coś się poruszyło, coś bladego i niemrawego. Wytężywszy wzrok, Dale rozpoznał Tubby’ego Cooke, otyłego, niedorozwiniętego brata Cordie. Tubby zaglądał do sali, usiłując zwrócić na siebie uwagę siostry, a równocześnie nie pokazać się pani Dublet.
Był bez szans: Cordie całkiem zahipnotyzował widok błękitnego nieba za oknem i nie zauważyłaby brata nawet, gdyby cisnął w nią cegłą.
Dale lekko skinął głową Tubby’emu. Duży czwartoklasista w drelichowym kombinezonie pomachał mu palcami, pokazał coś, co z daleka wyglądało jak przepustka do łazienki, i rozpłynął się w cieniu.
Dale ponownie poruszył się na krześle. Tubby od czasu do czasu bawił się z nim i z jego przyjaciółmi, mimo że Cooke’owie mieszkali w obskurnych barakach na palach stojących wzdłuż torów kolejowych w pobliżu elewatora. Tubby był wielki, brzydki, głupi, brudny i przeklinał bardziej niż jakikolwiek czwartoklasista, ale to nie dyskwalifikowało go jako członka gromadki dzieciaków z miasta nazywających się Rowerowym Patrolem. Zwykle jednak trzymał się z dala od Dale’a i jego kumpli.
Ciekawe, co ten głupek kombinuje, pomyślał leniwie Dale, po czym znowu spojrzał na zegar.
Wciąż wskazywał 14.52.
Jak owady w bursztynie (...)

***
Latem 1960 roku ktoś, albo coś prześladuje dzieci w małym miasteczku. Z niedostrojonych odbiorników przemawiają tajemnicze głosy, w ziemi pojawiają się krwawe szczeliny... Dzieci i ich rodzice odkrywają potworności, o których istnieniu nie wiedzieli...




 









"Czarny Anioł wyrósł z korzeni i sfrunął z gałęzi. Jej palce to śmierć, jej włosy są pełne pajęczyn, sen jest jej królestwem."

Do czego można się doczepić?
Do końca. Że nastąpił.

Spełniła wszystkie moje oczekiwania ta powieść. 

Początkowo myślałam, że to Bastion: Next Generation, a Evie Black to nieodrodna córka swego ojca Randalla F. ;) Klimat bardzo podobny do mojej ukochanej (jednej z wielu) i najgrubszej powieści Kinga.
Potem myślałam, że to Zielona Mila w wersji dla pań.

A potem już nic nie myślałam, tylko czytałam. I czytałam. I czytałam. Całe dwa dni. Bez przerwy.

Satysfakcjonująca w 200% - zarówno objętościowo, jak też "zawartościowo".

KOCHAM KINGÓW!

I to przesłanie... u mnie w pigułce:

"Panowie, co będzie z ludzkością za pięćdziesiąt lat, jeśli kobiety się nie przebudzą? A za sto?
Tym razem ciszę przerwał mężczyzna, który rozbeczał się wniebogłosy."

MOJA OCENA: 10/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!
POSTACIE

Miasto Dooling, stolica hrabstwa Dooling

  • Truman „Trume” Mayweather, 26, producent metamfetaminy
  • Tiffany Jones, 28, kuzynka Trumana
  • Linny Mars, 40, dyspozytorka policji
  • Lila Norcross, 45, komendant policji
  • Jared Norcross, 16, uczeń szkoły średniej w Dooling, syn Lili i Clinta
  • Anton Dubcek, 26, właściciel i jedyny pracownik firmy Anton Czyściciel Basenów sp. z o.o.
  • Magda Dubcek, 56, matka Antona
  • Frank Geary, 38, pracownik miejski odpowiedzialny za odławianie bezpańskich zwierząt
  • Elaine Geary, 35, wolontariuszka w sklepie charytatywnym i żona Franka
  • Nana Geary, 11, uczennica gimnazjum w Dooling
  • Stara Essie, 60, bezdomna
  • Terry Coombs, 45, policjant
  • Rita Coombs, 42, żona Terry’ego
  • Roger Elway, 28, policjant
  • Jessica Elway, 28, żona Rogera
  • Platinum Elway, 8 miesięcy, córka Rogera i Jessiki
  • Reed Barrows, 31, policjant
  • Leanne Barrows, 32, żona Reeda
  • Gary Barrows, 2, syn Reeda i Leanne
  • Vern Rangle, 48, policjant
  • Elmore Pearl, 38, policjant
  • Rupe Wittstock, 26, policjant
  • Will Wittstock, 27, policjant
  • Dan „Treater” Treat, 27, policjant
  • Jack Albertson, 61, emerytowany policjant
  • Mick Napolitano, 58, emerytowany policjant
  • Nate McGee, 60, emerytowany policjant
  • Carson „Country Strong” Struthers, 32, były uczestnik turniejów bokserskich z cyklu Golden Gloves
  • JT Wittstock, 64, trener Dooling High School Warriors, szkolnej drużyny futbolu amerykańskiego
  • Dr Garth Flickinger, 52, chirurg plastyczny
  • Fritz Meshaum, 37, mechanik
  • Barry Holden, 47, obrońca publiczny
  • Oscar Silver, 83, sędzia
  • Mary Pak, 16, uczennica szkoły średniej w Dooling
  • Eric Blass, 17, uczeń szkoły średniej w Dooling
  • Curt McLeod, 17, uczeń szkoły średniej w Dooling
  • Kent Daley, 17, uczeń szkoły średniej w Dooling
  • Willy Burke, 75, wolontariusz
  • Dorothy Harper, 80, emerytka
  • Margaret O’Donnell, 72, siostra Gail, emerytka
  • Gail Collins, 68, siostra Margaret, sekretarka w gabinecie dentystycznym
  • pani Ransom, 77, piekarka
  • Molly Ransom, 10, wnuczka pani Ransom
  • Johnny Lee Kronsky, 41, prywatny detektyw
  • Jaime Howland, 44, profesor historii
  • Eve Black, z wyglądu około trzydziestu lat, nieznajoma
  • Więzienie

  • Janice Coates, 57, naczelnik Zakładu Karnego dla Kobiet w Dooling
  • Lawrence „Lore” Hicks, 50, zastępca naczelnika Zakładu Karnego dla Kobiet w Dooling
  • Rand Quigley, 30, strażnik w Zakładzie Karnym dla Kobiet w Dooling
  • Vanessa Lampley, 42, strażniczka w Zakładzie Karnym dla Kobiet w Dooling, w latach 2010 i 2011 mistrzyni Ohio Valley w siłowaniu na rękę w kategorii wiekowej 35–45 lat
  • Millie Olson, 29, strażniczka w Zakładzie Karnym dla Kobiet w Dooling
  • Don Peters, 35, strażnik w Zakładzie Karnym dla Kobiet w Dooling
  • Tig Murphy, 45, strażnik w Zakładzie Karnym dla Kobiet w Dooling
  • Billy Wettermore, 23, strażnik w Zakładzie Karnym dla Kobiet w Dooling
  • Scott Hughes, 19, strażnik w Zakładzie Karnym dla Kobiet w Dooling
  • Blanche McIntyre, 65, sekretarka w Zakładzie Karnym dla Kobiet w Dooling
  • dr Clinton Norcross, 48, psychiatra w Zakładzie Karnym dla Kobiet w Dooling, mąż Lili
  • Jeanette Sorley, 36, Osadzona #4582511‒1, Zakład Karny dla Kobiet w Dooling
  • Ree Dempster, 24, Osadzona #4602597‒2, Zakład Karny dla Kobiet w Dooling
  • Kitty McDavid, 29, Osadzona #4603241‒2, Zakład Karny dla Kobiet w Dooling
  • Angel Fitzroy, 27, Osadzona #4601959‒3, Zakład Karny dla Kobiet w Dooling
  • Maura Dunbarton, 64, Osadzona #4028200‒1, Zakład Karny dla Kobiet w Dooling
  • Kayleigh Rawlings, 40, Osadzona #4521131‒2, Zakład Karny dla Kobiet w Dooling
  • Nell Seeger, 37, Osadzona #4609198‒1, Zakład Karny dla Kobiet w Dooling
  • Celia Frode, 30, Osadzona #4633978‒2, Zakład Karny dla Kobiet w Dooling
  • Claudia „Petarda” Stephenson, 38, Osadzona #4659873‒1, Zakład Karny dla Kobiet w Dooling
  • Inni

  • Lowell „Mały Low” Griner, 35, bandyta
  • Maynard Griner, 35, bandyta
  • Michaela Morgan z domu Coates, 26, reporterka krajowa News America
  • Brat Krwi Jasny Liść (Scott David Winstead Jr.), 60, naczelny pastor Oświeconych
  • Lis pospolity, w wieku 4–6 lat



Evie się śmieje, kiedy ćma ląduje na jej nagim przedramieniu. Delikatnie przesuwa palcem wskazującym po brązowych i szarych falach, które ubarwiają skrzydła owada.
– Cześć, śliczna – mówi. Ćma zrywa się, leci w górę, wyżej i wyżej, aż ginie w skrawku słońca wplątanym w lśniące zielone liście sześć metrów nad korzeniami, wśród których siedzi Evie.
Miedzianoczerwony sznur wypływa z czarnego otworu pośrodku pnia i wije się między płatami kory. Evie nie ufa wężowi. Kiedyś miała z nim kłopoty.
Jej ćma i dziesięć tysięcy innych zrywają się z wierzchołka drzewa szeleszczącą, ciemnobrązową chmurą. Rój przetacza się po niebie w kierunku rachitycznych młodych sosen na drugim końcu łąki. Evie wstaje i idzie za ćmami. Łodygi chrzęszczą pod jej stopami, sięgająca pasa trawa drapie nagą skórę. Kiedy podchodzi do smętnego, mocno przetrzebionego lasu, wychwytuje pierwsze chemiczne zapachy – amoniak, benzen, ropa naftowa, tak wiele innych, dziesięć tysięcy zadraśnięć na jednym kawałku ciała – i porzuca nadzieję, o której nawet nie wiedziała, że ją ma.
Pajęczyny wylewają się ze śladów jej stóp i migoczą w porannym świetle.

ROZDZIAŁ 1
1

Ree spytała Jeanette, czy kiedykolwiek przyglądała się kwadratowi światła, które pada z okna. Jeanette powiedziała, że nie. Ree była na górnej pryczy, Jeanette na dolnej. Czekały na otwarcie celi przed śniadaniem. Kolejny dzień, kolejny poranek.
Wyglądało na to, że towarzyszka Jeanette z celi wnikliwie przeanalizowała zachowanie tego kwadratu. Ree wyjaśniła, że najpierw pojawia się na ścianie naprzeciwko okna, potem zjeżdża niżej i niżej, rozlewa się na blacie biurka i w końcu spływa na podłogę. Jeanette widziała, że w tej chwili był na środku podłogi, jasny jak nie wiadomo co.
– Ree – powiedziała Jeanette – nic mnie nie obchodzi jakiś kwadrat światła.
– A ja mówię, że kwadrat światła nie może cię nie obchodzić! – Ree wydała chrząknięcie, którym wyrażała rozbawienie.
– Niech ci będzie. Cokolwiek to, kurde, znaczy – powiedziała Jeanette, a jej towarzyszka tylko jeszcze trochę pochrząkała.
Ree była w porządku, ale jak małe dziecko bała się ciszy. Siedziała za wyłudzenie kredytu, fałszerstwo i posiadanie narkotyków z zamiarem sprzedaży. Na żadnym z tych pól nie poradziła sobie najlepiej i dlatego wylądowała tutaj.
Jeanette odsiadywała wyrok za nieumyślne spowodowanie śmierci; pewnej zimowej nocy dwa tysiące piątego roku dźgnęła swojego męża, Damiana, śrubokrętem w krocze, a że był wtedy na haju, to tylko siedział na krześle i czekał, aż się wykrwawi. Sama też, oczywiście, była naćpana.
– Patrzyłam na zegar – powiedziała Ree. – Zmierzyłam czas. Światło w dwadzieścia dwie minuty przesuwa się od okna w to miejsce na podłodze.
– Zgłoś to do Księgi Rekordów Guinnessa – skwitowała Jeanette.
– W nocy mi się śniło, że jadłam ciasto czekoladowe z Michelle Obamą i że była wkurzona: „Roztyjesz się od tego, Ree!”. Ale sama też to ciasto wsuwała. – Ree zachrząkała. – Nie. Wcale nie. Zmyślam. Tak naprawdę śniła mi się taka moja nauczycielka. Raz po raz mówiła, że jestem w złej sali, ja tłumaczyłam, że w dobrej, ona odpowiadała, że niech będzie, potem trochę prowadziła lekcję i zaraz znów powtarzała, że jestem w złej sali, ja na to, że nie, że w dobrej, i tak w kółko. Właściwie to było męczące, nic poza tym. A tobie co się śniło, Jeanette?
– Hm… – Jeanette próbowała sobie przypomnieć, ale nie mogła. Po nowych lekach jakby mocniej spała. Wcześniej miewała koszmary o Damianie. Przeważnie wyglądał w nich tak jak tamtego ranka, kiedy już nie żył, a jego skóra przybrała odcień rozmytego niebieskiego atramentu.
Jeanette zapytała kiedyś doktora Norcrossa, czy według niego te sny biorą się z wyrzutów sumienia. Doktor zmrużył oczy i posłał jej to swoje spojrzenie z gatunku „mówisz serio?”, które kiedyś doprowadzało ją do szału, ale które w końcu polubiła, po czym spytał, czy jej zdaniem króliczki mają obwisłe uszka. No dobra, jasne. Zrozumiała aluzję. Zresztą Jeanette nie tęskniła za tymi snami.
– Przykro mi, Ree. Nie mam nic do opowiadania. Nie pamiętam, co mi się śniło.
Buty stukały w cement na korytarzu pierwszego piętra Skrzydła B: ostatnia kontrola przed otwarciem drzwi.
Jeanette zamknęła oczy. Wymyśliła sobie sen. Widziała w nim zniszczone więzienie. Po starych ścianach cel pięły się bujne pnącza, poruszane wiosennym wietrzykiem. Połowa sufitu zniknęła, został tylko sterczący występ nadgryziony zębem czasu. Dwie małe jaszczurki smyrgnęły po stosie zardzewiałego złomu. Motyle kręciły piruety w powietrzu. Intensywne zapachy ziemi i liści przesycały szczątki celi. Bobby stał u jej boku, przy dziurze w ścianie, i patrzył z podziwem. Jego mama była archeologiem. Odkryła to miejsce.
– Myślisz, że wzięliby do teleturnieju kogoś, kto jest notowany?
Wizja pierzchła. Jeanette jęknęła. Cóż, było miło, ale się skończyło. Na prochach żyło się zdecydowanie lepiej. Można było odnaleźć spokój, lekkość. Trzeba doktorowi oddać, co jego; chemia rzeczywiście poprawia życie. Otworzyła oczy.
Ree gapiła się na nią. Więzienie ma niewiele zalet, ale takiej dziewczynie jak Ree może bezpieczniej się żyje za kratami. Tam, w świecie zewnętrznym, pewnie weszłaby pod koła samochodu. Albo sprzedałaby dragi tajniakowi, który pod każdym względem wygląda jak tajniak. Co też zrobiła.
– Co się stało? – spytała Ree.
– Nic. Byłam w raju, to wszystko. A twój rozpuszczony jęzor wyrwał mnie z niego.
– Co?
– Nieważne. Słuchaj, myślę, że powinien być teleturniej, w którym uczestniczyliby tylko notowani. Można by go nazwać Kłam dla nagród.
– Nieźle! Na czym by polegał?
Jeanette usiadła prosto, ziewnęła, wzruszyła ramionami.
– Musiałabym pomyśleć. Wiesz, ustalić regulamin.
Ich dom był taki, jaki był zawsze i jaki zawsze będzie – na wieki wieków, amen. Cela długości dziesięciu kroków, cztery kroki od prycz do drzwi. Ściany gładkie, z cementu koloru owsianki. W wyznaczonym miejscu wisiały zawijające się zdjęcia i pocztówki, przymocowane (choć kogo to w sumie obchodziło) kawałkami zielonej masy klejącej. Pod jedną ścianą stało małe metalowe biurko, pod przeciwległą – niski metalowy regał. Na lewo od drzwi był stalowy sedes; kiedy jedna na nim przykucała, druga odwracała wzrok, żeby wytworzyć choć złudzenie prywatności. W drzwiach, na wysokości oczu, znajdowało się podwójnie szklone okienko, które dawało widok na krótki korytarz biegnący przez Skrzydło B. Każdy centymetr celi, każdy przedmiot – wszystko przesiąknięte było wszechobecnym w więzieniu zapachem potu, pleśni, lizolu.
Wbrew swej woli Jeanette wreszcie zwróciła uwagę na kwadrat słońca między pryczami. Był już prawie przy drzwiach – ale dalej nie zajdzie, prawda? Dopóki klawisz nie przekręci klucza w zamku albo nie otworzy celi z Kabiny, pozostanie tu uwięziony, tak jak one.
– I kto byłby prowadzącym? – dociekała Ree. – Teleturniej musi mieć prowadzącego. No i jakie byłyby te nagrody? Koniecznie jakieś fajne. Szczegóły! Musimy uzgodnić wszystkie szczegóły, Jeanette.
Ree leżała z głową podpartą na dłoni i patrzyła na Jeanette, nawijając na palec swoje ciasno skręcone, tlenione loki. U góry czoła miała bliznę przypominającą ślad od grilla – trzy głębokie równoległe linie. Chociaż Jeanette nie wiedziała, czego pamiątką jest blizna, mogła się domyślić, kto ją zostawił: mężczyzna. Może ojciec, może brat, może chłopak, może facet, którego Ree nie widziała nigdy przedtem i nigdy więcej nie zobaczy. Wśród więźniarek zakładu karnego w Dooling niewiele, mówiąc oględnie, było takich, które wiedziały, co to znaczy coś w życiu wygrać. Za to mnóstwo wiedziało, co to znaczy być ze złym mężczyzną.
Co mogłaś zrobić? Mogłaś użalać się nad sobą. Mogłaś nienawidzić siebie albo wszystkich. Mogłaś się odurzać środkami czystości. Mogłaś robić, co chcesz (w miarę swoich, trzeba przyznać, ograniczonych, możliwości), ale to nie zmieni twojej sytuacji. Następną szansę na zakręcenie wielkim błyszczącym kołem fortuny dostaniesz dopiero na kolejnej rozprawie o zwolnienie warunkowe. Kiedy przyjdzie kolej na nią, Jeanette chciała jak najlepiej się do tego przyłożyć. Musiała myśleć o synu.
Rozbrzmiał donośny szczęk; strażnik w Kabinie otworzył sześćdziesiąt dwa zamki. Była szósta trzydzieści – wszystkie osadzone miały wyjść na poranny apel.
– Nie wiem, Ree. Pomyśl o tym – powiedziała Jeanette. – Ja też pomyślę i potem porozmawiamy.
Zwiesiła nogi z pryczy i wstała (...)

***
W przyszłości tak realistycznej i bliskiej, że mogłaby być współczesnością, coś dziwnego dzieje się z kobietami, które zasypiają: szczelnie owija je zwiewna substancja przypominająca kokon. Gdy ktoś je budzi, gdy obrastający je materiał zostaje naruszony bądź zerwany, uśpione kobiety wpadają w dziką furię i stają się szaleńczo agresywne; śpiąc, przenoszą się do innego świata − świata, w którym panuje harmonia, a konflikty są rzadkością. Tajemnicza Evie jest jednak odporna na błogosławieństwo, bądź klątwę, niezwykłej śpiączki. Czy jest medyczną anomalią, którą należy przebadać? A może demonem, którego trzeba zabić? Porzuceni mężczyźni, zdani na siebie i swoje coraz bardziej prymitywne odruchy, dzielą się na wrogie frakcje, niektórzy pragną zabić Evie, inni ją ocalić. Część wykorzystuje panujący chaos, by zemścić się na starych bądź nowych wrogach. W świecie nagle opanowanym przez mężczyzn wszyscy uciekają się do przemocy.



Osadzona w małym mieście w Appalachach, gdzie największym pracodawcą jest więzienie kobiece, powieść „Śpiące królewny” to dająca do myślenia, nadzwyczajnie wciągająca historia, która dziś wydaje się szczególnie aktualna.








ZGARNIJ EBOOKA Z 


Przeczytałam.
Stwierdzam: to nie jest literatura dla pięknej płci;)
Trzyma poziom, jest akcja, jest strasznawo, ale...
Za dużo męskich klimatów i męskiego podejścia do tematu: broni, terroryzmu, epidemii, wirusów w wydaniu dla dużych chłopców, którzy kochają strzelanki;)
Wydaje mi się, że męska część czytelnicza będzie zachwycona to powieścią;)

Błyskotliwa narracja.

MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!
Od autora

Większość zawartych w tej powieści informacji dotyczących techniki jest zgodna z obecnym stanem wiedzy. Z bardzo nielicznymi wyjątkami sprzęt szpiegowski, systemy komputerowe i broń wykorzystywane przez fikcyjny Wojskowy Departament Nauki są prawdziwe, choć niektóre z tych sprzętów nie są jeszcze dostępne na rynku.

Choroby prionowe, w tym śmiertelna bezsenność rodzinna, również są prawdziwe. Pasożyty i choroby wykorzystywane przez Gen2000 są jednak całkowicie fikcyjne, choć zainspirowane podobnymi patogenami znanymi obecnej nauce.

Wielu ludzi udzieliło mi pomocy, porad i informacji. Wszelkie błędy, jakie jeszcze pozostały, są moją winą. Poza tym dziękuję: Michaelowi Sicilii z Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego; wspaniałej ekipie z Philadelphia Forensic Science Bureau pod kierownictwem głównego inspektora Keitha R. Sadlera i kapitana Daniela Castro; Kenowi Colussi, dowódcy wydziału policji w Lower Makefield; Frankowi Sessie; dr. Bruno Vincentowi z Institut de Pharmacologie Moleculaire et Cellulaire; dr. Kennethowi Storeyowi z Uniwersytetu Carleton; profesorowi Pawłowi P. Liberskiemu z Zakładu Patologii Molekularnej i Neuropatologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi; i dr. Peterowi Lukacsowi.

Część pierwsza

Sztywny
Bohater nie jest odważniejszy od zwykłego człowieka, ale jest odważny pięć minut dłużej.
Ralph Waldo Emerson

Rozdział pierwszy

Jeśli w ciągu tygodnia musiałeś dwa razy zabić tego samego terrorystę, to coś musi być nie tak – z twoimi umiejętnościami albo z twoim światem.
A moim umiejętnościom nie można nic zarzucić.


Rozdział drugi

Ocean City, Maryland, sobota, 27 czerwca, 10:22

Dopadli mnie na plaży. Naprawdę niezła robota. Zostałem otoczony przez trzech facetów – dwaj stanęli z przodu, a jeden wielki z tyłu, dokładnie w chwili, kiedy otwierałem drzwi samochodu. Nie rzucali się w oczy, po prostu trzej masywni goście w szarych garniakach, których nie uszyto na miarę, bardzo pocących się w upale.
Ten na szpicy uniósł swobodnie ręce. Był upalny sobotni poranek, a ja miałem na sobie spodenki kąpielowe i hawajską koszulę w syreny narzuconą na podkoszulek z Tomem Pettym. Do tego japonki i ray-bany. Moja spluwa, z założoną osłoną spustu, pozostała w zamkniętej na klucz skrzynce na narzędzia w bagażniku. Poszedłem na plażę, by sprawdzić, jak w tym roku obrodziły plażowe króliczki. Od czasu strzelaniny miałem wolne, w poniedziałek czekała mnie rozmowa w tej sprawie w wydziale wewnętrznym. 
wolne, w poniedziałek czekała mnie rozmowa w tej sprawie w wydziale wewnętrznym. Sytuacja w magazynie była naprawdę paskudna, więc dostałem przymusowy urlop, żeby wszystko sobie przemyśleć.
Nie spodziewałem się kłopotów, nie powinienem mieć kłopotów, a ci goście otoczyli mnie w sposób, który miał wywołać jak najmniejsze zamieszanie. Sam bym tego lepiej nie zrobił.
– Pan Ledger...?
– Detektyw Ledger – poprawiłem w imię zasad.
Ani śladu uśmiechu na twarzy gościa na szpicy, jedynie minimalne skinienie. Miał głowę jak wiadro.
– Chcielibyśmy, żeby pan z nami poszedł – powiedział.
– Odznaka albo spadajcie.
Wiadrogłowy spiorunował mnie wzrokiem, ale wyciągnął odznakę FBI i uniósł ją. Skończyłem czytać na inicjałach.
– O co chodzi?
– Czy mógłby pan pójść z nami?
– Nie jestem w pracy, panowie, o co chodzi?
Żadnej odpowiedzi.
– Macie świadomość, że za trzy tygodnie mam zacząć szkolenie w Quantico?
Żadnej odpowiedzi.
– Chcecie, żebym pojechał za wami swoim samochodem?
Nie zamierzałem spróbować im się wyślizgnąć, ale moja komórka została w schowku terenówki, a miałem wielką ochotę zadzwonić do porucznika i sprawdzić, o co chodzi. Cała sytuacja wydawała mi się dziwna. Nie niebezpieczna, ale dziwna.
– Nie, po wszystkim odwieziemy pana na miejsce.
– Po czym?
Żadnej odpowiedzi.
Spojrzałem na niego, a później na jego towarzysza. Wyczuwałem za plecami gościa z tyłu. Byli masywni i dobrze zbudowani – nawet kątem oka widziałem, że Wiadrogłowy opiera ciężar na podeszwach stóp i zachowuje doskonałą równowagę.
Drugi facet z przodu przechylił się lekko na prawo. Miał wielkie kostki dłoni, ale żadnych blizn. Raczej boks niż sztuki walki – bokserzy noszą rękawice.
Robili wszystko niemal idealnie, z jednym wyjątkiem – podeszli zbyt blisko mnie. Nie należy podchodzić tak blisko.
Ale wydawali się autentyczni. Trudno jest podrobić ten charakterystyczny wygląd FBI.
– W porządku – powiedziałem (...)
***

Policjant Joe Ledger, mistrz sztuk walki, dawny wojskowy, zdeklarowany brutalny wojownik, jest przerażony. Człowiek, którego zabił przed chwilą, jest tym samym, którego zabił przed tygodniem. Nie spodziewał się zobaczyć go więcej, z pewnością nie żywego, a już na pewno nie jako element procesu rekrutacji do ściśle tajnej rządowej agencji pod nazwą Wojskowy Departament Nauki. Ale Ludzie w departamencie również są przerażeni, gdyż doszły ich wieści o spisku terrorystycznym jak z koszmarnego snu – próbie rozsiania w Ameryce zarazy. Zarazy, która zabija swoje ofiary, a później zmienia je w zombie.


Czasu jest coraz mniej, a Joe udowodnił, że ma umiejętności konieczne, by poprowadzić jeden z ich oddziałów w terenie.

I tak oto rozpoczyna się rozpaczliwa, składająca się z trzech etapów misja – powstrzymać rozprzestrzenianie się epidemii, rozbić odpowiedzialną za nią komórkę terrorystów i odkryć, kto z jego własnych ludzi dał się kupić terrorystom.

Cykl: Joe Ledger (tom 1)






ZGARNIJ EBOOKA Z 


Copyright © Minióweczki - Mini Recenzje | Powered by Blogger
Design by Duan Zhiyan | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com