"Logika zaprowadzi Cie z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi Cię wszędzie". Albert Einstein

"Szczypta a-społeczności, spojrzenie na świat nieco inne niż reszta tłumu

MNIEJ NIŻ 0 - MINI RECENZJE

MNIEJ NIŻ 0 - TO GŁÓWNE ZAŁOŻENIE TEGO BLOGA!

Moje zdanie i opinia na temat przeczytanej książki nie liczą się tak bardzo, jak sama jej treść.

Dlatego nie pisuję poematów.

Dodaję za to fragment tekstu, żeby każdy miał szansę przez te 5 minut sprawdzić, czy zakocha się w opowieści. Czy też nie.

Zdania są różne. Opinie są różne. Należy zawsze kierować się własnymi, ale najpierw… trzeba je mieć.

A żeby je nabyć, należy CZYTAĆ KSIĄŻKI WŁASNOOCZNIE! :)

Nikogo także nie namawiam do czytania i lubienia tego, co ja czytam i lubię, ani tym bardziej do zakupów. Chodzi o samą przyjemność czytania i zapoznania się z ułamkiem przynajmniej wydawanej literatury.

Jeśli komukolwiek ta forma bloga nie odpowiada – w necie jest milion świetnych blogów, w których można znaleźć recenzje 8-stronicowe, niejednokrotnie lepsze, niż same opisywane w nich powieści:)

Jeśli także komukolwiek nie odpowiada mój gust czytelniczy: ZAPRASZAM DO POLECANYCH PRZEZE MNIE BLOGÓW! :)

DARMOWE LEGIMI!

DARMOWE LEGIMI!
Osoby, które aktywują abonament po kliknięciu w ten link /kliknij zdjęcie/, otrzymają aż 30 dni darmowego czytania bez limitu z Legimi (dotyczy to osób nieposiadających wcześniej abonamentu).

GORĄCE


ZAPOWIEDZI!


Inkub Artur Urbanowicz

Statystyki

POlecanki

" W mrocznym pomieszczeniu, które barwiła teraz jedynie noc, westchnąłem, ale nie z ulgą, a z poczuciem, że moje życie jest jak pusta ...

Archiwum bloga

"W mrocznym pomieszczeniu, które barwiła teraz jedynie noc, westchnąłem, ale nie z ulgą, a z poczuciem, że moje życie jest jak pusta kartka. Dokładnie tak pusta jak wnętrze tego pokoju bez mebli. Wszystko muszę zaczynać od początku."

Cy senne koszmary mogą się spełniać?
Czy sen na jawie może zabijać?

Bardzo mocne 7.
Bardzo dobrze napisana historia już od pierwszych stron, co sprawia, że trudno się od niej oderwać.
Pomysł świetny. Mega zaskakujące akcje, szczególnie zakończenia rozdziałów. Trudna do rozkminienia zagadka - o co chodzi? Kto jest kim?


Super klimat małego miasteczka. Dialogi na poziomie. Bardzo ujmujący główny bohater:)

Lubię takie zaskoczenia:)


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


– 1 –

Pamiętam, że był późny marzec tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku, gdy Harold siłą wsadził mnie do samochodu i wywiózł z miasta. Choć mógł, to nie przystawił mi pistoletu do skroni, aby mnie zmusić do tego wyjazdu. Wsiadłem, bo nie miałem wyboru.
Dni zdawały się już dużo cieplejsze, ale nocą wciąż można było wyczuć w powietrzu zapach zimy.
W ciszy, w której jechaliśmy od kilku godzin, słyszałem jedynie warkot silnika spełnionego marzenia Harolda, czyli trzyletniego forda galaxy. Przed oczami miałem huśtający się złoty łańcuszek pod wstecznym lusterkiem. Na pozłacanym medalionie widniała okrągła liczba trzysta, czyli dni, od których Harold nie tknął alkoholu. W moje urodziny miał minąć rok.
Choć zawsze po cichu kibicowałem jego silnej woli, dziś nie mogłem. Nie chciałem z nim rozmawiać i on doskonale o tym wiedział. Dlatego nawet nie próbował zaczynać jakiejkolwiek rozmowy. Kipiała we mnie złość i czułem, że gdy zaczniemy rozmawiać, to znów wybuchnę. Tak czysta wściekłość była nieznanym mi wcześniej uczuciem. Wstydziłem się tych nerwów, które puściły mi kilka godzin wcześniej, gdy dowiedziałem się o naszej przeprowadzce. Walizki i pudła wystawione w korytarzu, a ja z każdym kolejnym krokiem zbliżającym mnie do mieszkania rozpoznawałem coraz więcej moich przedmiotów, które wystawały z kartonów. Myślałem, że to eksmisja, ale to był zwiastun już podjętej decyzji. Decyzji tak nagłej, że nawet nie zdążyłem pożegnać się ze znajomymi. Nie byłem na to gotowy. Dla kogoś tak zżytego ze swoimi ludźmi ta informacja równała się pozytywnemu wynikowi badań na HIV – niczym wyrok, który kończy życie. Ten zawsze spada jak grom z jasnego nieba. Wiem, że przesadzam, ale byłem zły. Nie, nie zły – wściekły, że muszę tak nagle zniknąć i zostawić tyle niedokończonych spraw. Krzyczałem na Harolda, a on, powtarzając mi w kółko, abym się uspokoił, tylko jeszcze bardziej mnie denerwował.
Nie pamiętam momentu, w którym wsiadłem do tego samochodu, ale wiem, że kwadrans później już byliśmy w trasie.
Teraz wszystko się zmieni. Mamy rozpocząć nowe życie i jestem tym przerażony. Chyba każdy na moim miejscu czułby się tak samo. W głębi serca życzyłem sobie, aby był to tylko koszmar, z którego się wybudzę, ale do tej pory tak się nie stało.
Harold wciąż wiózł mnie jak skazańca, a ja już nie miałem ochoty krzyczeć, mówić ani patrzeć na niego. I mimo że minęła druga w nocy, przez te nerwy nie czułem się senny. Myślę, że może to nawet lepiej. Znów przyśniłby mi się jakiś koszmar, a wybudzić się z niego w tym samochodzie nie byłoby niczym przyjemnym.
Od kilku godzin wgapiałem się w mrok za oknem, za którym przemykały skryte w czerni pnie wiecznie zielonych sekwoi. Choć wiedziałem, dokąd zmierzamy, nie miałem pojęcia, gdzie jesteśmy.
Z opowieści Harolda wywnioskowałem, że Iglaste Wzgórza to mieścina jak wszystkie tego typu: denna, nudna dziura, w której każdy zna każdego. Harold nie użył tych słów, to moja subiektywna ocena. Jednak to, dokąd mnie targał, nie było najgorsze – najgorsza była powracająca świadomość tego, że wszystko musiałem zostawić za sobą. Wszystko. I nie mogłem przestać o tym myśleć.
Gdy moje życie towarzyskie umierało z każdym kilometrem, z którym oddalaliśmy się od miasta, życie Harolda nabierało jakiegoś nieokreślonego jeszcze sensu. Wiedziałem, że to dobrze, ale postanowiłem mu tego nie mówić. Przynajmniej nie teraz. Jeszcze sobie pomyśli, że cieszę się z tych zmian, a tak przynajmniej ma wyrzuty sumienia.
Niech ma.
– Długo jeszcze masz zamiar milczeć? – zapytał w końcu, przerywając tę błogą ciszę.
Cisnął mi się na usta docinek z dokładnym czasem wyliczonym co do minuty: „Jutro, za pięć trzy po wpół do czwartej” bądź coś w tym stylu. Zawsze jakaś złośliwość rodziła się w mojej głowie, gdy słyszałem głupie pytanie, a dziś Harold zasługiwał na cały sarkazm, za którym nie przepadał.
Spojrzałem na niego i wiedziałem, że teraz nawet mały przytyk z mojej strony by go usatysfakcjonował. Chciał kontaktu. Ale niczego mu nie miałem zamiaru ułatwiać.
– Jake?
Milczałem.
Z Haroldem szczególnie lubiłem wdawać się w ciężkie dyskusje. I może to dlatego, że zdarzało się czasami, że często nie był mi dłużny. Potrafił ustawić mnie do pionu zabawną i ciętą ripostą. Podobało mi się to tym bardziej, że odkąd przestał pić, zacząłem zauważać, że obaj myślimy podobnie. Nic dziwnego: w końcu był moim ojcem.
Zachowywałem się jak rozwydrzony, naburmuszony bachor, któremu zabrano lizaka albo odmówiono dokładki czekoladowych lodów. Ramiona splecione na piersi, usta w podkówkę, ignorowanie. Naprawdę chciałem tylko tego, aby czuł się osamotniony w tej całej gównianej sytuacji. Na pewno jest ktoś na świecie, kto czuje się jak ja. Ale tutaj byłem sam. Na pewno jest ktoś na świecie, kto czuje się i wygląda teraz podobnie jak ja, jednak tutaj jestem sam. Chciałem, aby Harold to w końcu zrozumiał.
– No dobrze. Nie odzywaj się dalej – powiedział, kopiując moją obrażoną minę. Pewnie gdyby nie musiał trzymać rąk na kierownicy, też zaplótłby je na piersi.
Ignorowałem go dalej.
Droga była prawie prosta. Łagodne zakręty nie wymagały specjalnej ostrożności. W ciemności wydawało się, że prowadzi w sam środek lasu, a lada moment skończy się asfalt, tak jak skończyły się pasy na tej jezdni czy latarnie wiele kilometrów wcześniej. Ot trasa, która prowadzi z punktu A do B, a raczej Z, bo Iglaste Wzgórza to koniec wszystkiego.
– Wiem, że nie chcesz ze mną rozmawiać. Mogę to zrozumieć – nie dawał za wygraną. – Ale wiem też, o czym będziesz chciał posłuchać.
Aż na niego spojrzałem po tych słowach. Jeśli teraz mi coś o niej opowie, to chyba zatańczę z radości. Tak często unikał tego tematu, że już przestałem o nią pytać. Może teraz się w końcu przełamie?
– Po śmierci twojej matki musiałem stąd wyjechać – zaczął. – Wiedziałem, że zbyt wiele będzie mi tutaj o niej przypominać. Nie mógłbym tego znieść. Tamten wyjazd był spontaniczny, narwany i nieprzemyślany. Wiesz, o czym mówię, prawda? Sam się tak zachowujesz.
Zaczął tłumaczyć mi coś, o czym nie chciałem słuchać. Na pewno nie o sobie czy o jego wyborach. Znów czułem się oszukany, gdy zboczył z tematu i nie powiedział nic o mojej mamie. Ale mogłem się przecież tego spodziewać.
– Wiem doskonale, jak bardzo pasowało ci życie w wielkim mieście, ale obiecuję ci, synu, że jak tylko się usamodzielnisz, to możesz wrócić do miasta.
– Będę mógł? Naprawdę? – pytałem ironicznie, bo to wiadome, że gdy tylko zdmuchnę osiemnaście świeczek na moim torcie, pakuję się i wyjeżdżam. Nie będę potrzebował jego pozwolenia.
– Tak – odparł, udając, że nie zauważył mojego prześmiewczego tonu. – Ale jeśli zmienisz zdanie, to załatwię ci pracę na posterunku, a potem zobaczysz, co dalej.
Fuknąłem odruchowo pod nosem i prawie parsknąłem śmiechem, uznając to za żart, ale zobaczyłem szczerość wypisaną na jego twarzy. Chyba dopiero po chwili zrozumiał, że zaraz będzie tej szczerości żałował.
– Powiedz jeszcze, że chciałbyś, abym kiedyś został tutaj jakimś szeryfem – zadrwiłem.
– Jake… Stanowisko zastępcy szeryfa to jedna z lepszych sytuacji, która mnie spotkała. Zostanie szeryfem… to… zwykły fart.
– To katastrofa, a nie fart – skwitowałem, bo tak czułem.
– Nazywaj to, jak chcesz. To był mój awans. Jesteś inteligentnym chłopakiem. Widzisz w ludziach ich emocje i to, o czym myślą. Dasz się lubić, gdy nie masz okresu. A bycie dojrzałym ponad wiek to twoja zaleta. Chyba mogę założyć, że nie powinieneś mieć problemów ze zrozumieniem tej sytuacji, prawda?
Ciekawe, dzięki komu taki jestem. Czyżby nauczyło mnie tego życie z alkoholikiem pod jednym dachem?
– Ja mogę wszystko zrozumieć – powiedziałem.
Mogłem mu jednym zdaniem na temat tego jego egoizmu odebrać radość z wątpliwego sukcesu, ale nie tego chciałem. On mnie znał na wylot i pewnie się domyślał, że zaraz powiem coś w stylu, że każdy może zostać szeryfem w miasteczku, gdzie siedemdziesiąt procent ludzi to starcy, którym śmierć już wyciera swoje buty o wycieraczki. Taka prawda: mieszkańcy Iglastych Wzgórz to ludzie nieznający pojęcia morderstwa czy kradzieży. Pewnie umierają tutaj wyłącznie na starość bądź zawał. Nudna, denna dziura. Czy mogę się mylić? Harold jeszcze nie skończył pakować naszych rzeczy, gdy okazało się, że szeryf, którego zastępcą miał zostać, zmarł w nocy, a on automatycznie awansował na jego stanowisko. Nie mogłem uwierzyć, że tak tłumaczył mi ten pośpiech. Tak, jakby obawiał się, że pod jego nieobecność ktoś dokona serii makabrycznych mordów w tej zapyziałej mieścinie.
Harold wiedział, że praktycznie zniszczył mi marzenia o ukończeniu dobrego technikum i studiach na medycynie, zamieniając je na jakieś podrzędne liceum na zadupiu świata. Miałem prawo się złościć, choć wiedziałem, że będę potrafił to nadrobić, ale obawiałem się, że z tytułem ukończenia szkoły w Iglastych Wzgórzach mogę zapomnieć o przyjęciu na dobrą uczelnię. Mimo wszystko próbować i tak będę, ale wiem, że teraz nie przyjdzie mi to łatwo.
Harold zaczął nucić pod nosem coś, co brzmiało jak „Biały Królik” z marną interpretacją melodii Grace Slick. Mimo to Grace śpiewała już w mojej głowie. Jak w tej piosence, starałem się nic nie robić. Ale i tak czułem się coraz mniejszy pośród wysokich drzew. Musiałem się poddać. Zamknięty w metalowej puszce na kółkach, wciąż uświadamiałem sobie, że nie pozostawiono mi wyboru.
Z jednej strony miałem mu za złe, a z drugiej wiem, że gdyby nie podjął decyzji o tym wyjeździe, w końcu nastałby dzień, w którym sięgnąłby po butelkę. Chyba już zawsze będę miał świadomość tego, że kiedyś może to zrobić.
Mało kto mógłby nazwać Harolda dobrym ojcem. Dawniej był tak nieodpowiedzialny, że gdybym ja w tamtym czasie spakował się i wyjechał z domu, on nawet by tego nie zauważył. A przynajmniej dopóki jego szklanka byłaby pełna.
Mimo tego, że niejeden raz mi się należało, nigdy mnie nie uderzył; świetnie potrafi panować nad emocjami. Tak myślę, że nawet gdyby chciał to zrobić, to często nie miałby na to czasu. Najważniejsze były praca i alkohol. Dopiero gdzieś na końcu jego listy zainteresowań byłem ja. Albo raczej moje życie, o które chorobliwie wypytywał. Ktoś już mi powiedział, że Harold tak okazuje swoje zainteresowanie, ale ja wiem, że powodował nim instynkt samozachowawczy, nie troska o mnie. Gdy ja nie wpadałem w kłopoty, on nie miał problemów. Proste. Egoista.
Umysł alkoholika jest wypłukany z wyższych emocji i empatii. Najważniejsze jest dla niego jedynie jego dobre samopoczucie. Rzadko kiedy myśli o innych. Nawet jeśli z Haroldem było inaczej, ja tego nie czułem.
Nie tylko moimi pytaniami, ale i swoją osobą przypominałem mu o mamie. Tylko dzięki pracy Harold o niej zapominał. Praca stała się jego obsesją. Czasem jednak czułem, że Harold, ten „nowy” Harold, który nagle pojawił się w moim życiu, starał się być lepszy niż swoja poprzednia wersja. Tamten pewnie któregoś dnia zapiłby się na śmierć. Mogłem być zły na niego, ale nie chciałem jego krzywdy. Był moją rodziną i teraz jedyną, najbliższą mi osobą. Tak naprawdę zawsze się o niego bałem. Nie wiem, gdzie bym wylądował, gdyby nie on.
Oprócz słów Grace po głowie krążyło mi dzisiejsze stwierdzenie Harolda, że mógłbym zostać w naszym starym mieszkaniu, a on podsyłałby mi pieniądze na opłaty. Myślałem wtedy, że wierzy w moją samodzielność bardziej niż ja sam. Oczy zaświeciły mi jak pięciozłotówki ze szczęścia, ale wtedy dodał, że nie zrobi tego, bo zna moich znajomych i martwi go to, że znów zacznę ćpać.
Ćpać!
Ten cholernie niesprawiedliwy osąd tylko dolał oliwy do pożaru w moich oczach, gdy wpakowałem torbę do bagażnika. Wtedy zacząłem wrzeszczeć.
Czasem myślę, że Harold nigdy tego nie zrozumie. Nie wierzył, że w ramach szkolnego projektu wraz z kolegami przeprowadziliśmy to doświadczenie na sobie, aby móc szczerze opisać wyniki. To był eksperyment, a tylko pech chciał, że udało się nam otworzyć zamknięte przez nas drzwi i wyszliśmy półnadzy na szkolne korytarze. Nie wiem, który z nas wpadł na pomysł wykrzykiwania propagandowych haseł w stronę naszej despotycznej dyrektorki, ale mogę przystać, że byłem to ja. Szczerze? Niewiele z tego pamiętam.
Nie da się ukryć, że byłem współwinny, ale chciałbym, aby Harold mi bardziej ufał. Koniec końców konsekwencje tego jednorazowego wybryku ciągnęły się za mną już od kilku miesięcy. I choć podczas podróży o tym nie mówił, zastanawiałem się, ile razy jeszcze o tym wspomni w przyszłości. Na szczęście tamta sprawa zakończyła się tylko przymusowymi spotkaniami z psychologiem i nie trafiła do akt. Przekreśliła za to moją szansę na pozostanie w mieście, bo według Harolda zrobiłbym z mieszkania spelunę dla ćpunów.
– Jake?
– Czego?
– Nic nie mówisz.
– A co mam powiedzieć?
– Cokolwiek.
– Cokolwiek.
– Możesz przez chwilę być poważny i skończyć się dąsać?
– A czy ty jesteś w stanie jeszcze zrozumieć, że jest coś poza twoimi życiowymi osiągnięciami? Ja mam osiemnaście lat. Mogłem spróbować pójść na swoje.
– Będziesz miał osiemnaście za parę tygodni – sprostował, prowadząc w skupieniu samochód. – Skończysz szkołę. Wyjedziesz na studia i…
– Możliwe, że nie będę musiał – przerwałem mu.
– Ponieważ?
– Ponieważ pochytasz* mi robotę strażnika. Dobrze zrozumiałem twoją wcześniejszą propozycję?
Harold ciężko westchnął, unosząc przy tym brwi.
– Jake…
– Poważnie. Czy studia są aż tak ważne w tym zawodzie? – zapytałem, ale nie interesowała mnie odpowiedź. – Może za parę tygodni znów będziemy się spontanicznie przeprowadzać. Już dwukrotnie to przerabialiśmy, więc czy naprawdę musimy o tym rozmawiać ponownie?
– Nie musimy. Ale zanim mi przerwałeś, chciałem uświadomić ci tylko, że niektórzy ludzie mogą cię poznawać z racji nazwiska. Postaraj się zaaklimatyzować. To moje rodzinne miasto, więc bądź miły. Nawet jeśli to znaczy, że będziesz musiał udawać.
To chyba będzie jedyny sposób.
– Wiesz co? Jak dobijesz do osiemnastki, to rób, co chcesz. Ale do tego czasu ja za ciebie ręczę. – Pogroził palcem, postukując nim o deskę rozdzielczą.
– Na szczęście to już niedługo.
– Tak. A potem zrobisz, co zechcesz. Dokończysz tutaj szkołę albo wyjedziesz. Mnie to obojętne. Jednak zrobisz to dopiero wtedy, gdy będziesz wolnym, pełnoletnim według prawa chłopakiem, zrozumiałeś? Jak orzeł bielik na górskich stepach, tak i ty będziesz mógł poszybować poza horyzont i nie będę cię zatrzymywał – powiedział, a ja nie przypuszczałem, że stać go na poetyckie metafory. Choć, po prawdzie, było to do bólu banalne porównanie, to jednak zaskakujące w jego przypadku, bo Harold raczej twardo stąpał po ziemi. Był konkretnym facetem, który wierzył jedynie w to, co widzi i co robi.
Patrzyłem na niego i słyszałem w jego głosie, że choć z bólem serca mówił o moim odejściu, ten czterdziestoletni alkoholik wierzył w to, co właśnie powiedział. Mówił prawdę.
– Mówię prawdę.
– Ty? Prawdę? – zapytałem przekornie, bo jak na ironię w kwestii zaufania to on skłamał niezliczoną ilość razy, gdy z głową w kiblu rzygał, obiecując, że przestanie pić. Teraz jednak nie potrzebowałem jego zapewnień. To było dla mnie pewne, że wyniosę się stąd, gdy tylko będę mógł.
– Tak. Mówię prawdę – odparł.
– Pozwolisz mi odejść? Super. Tylko jakim kosztem? Zostaniesz moim wrogiem, gdy odejdę? Znowu się rozpijesz?
– Pozwolę. I nie, nie zostanę twoim wrogiem. To głupie…
– Kamień z serca – oznajmiłem, kładąc rękę na piersi. Po prostu czułem, że chcę czegoś więcej niż pracy strażnika na totalnym zadupiu, na które właśnie jechałem.
– Tak, wyprowadź się, jeśli chcesz mnie zostawić – wyrzucił z siebie Harold przejętym tonem. Ale nie potrafił utrzymać tej udawanej powagi i na jego kamiennej twarzy zaczął rysować się delikatny uśmiech w kąciku ust. Czasem, nie wiedzieć czemu, w żartach robił z siebie ofiarę. Jemu chyba już podświadomie wydaje się, że świat krąży wokół niego. Może próbować, ale nie odwróci kota ogonem i nie wywoła we mnie poczucia winy. Nie teraz.
– Specjalnie to robisz? Wiesz, że nie o ciebie tutaj chodzi, prawda? Pytam szczerze o to, czy nie obrazisz się, gdy odejdę.
– Obaj wiemy, że nigdy tak naprawdę nie odejdziesz. Dlatego nie każ mi się powtarzać. Nie obrażę się. Wiem, że dasz sobie radę. Jak zawsze – powiedział już z pełnym uśmiechem.
Dopiero teraz zrozumiałem, że przez całą podróż bawiła go ta moja złość. Wiedział, że w końcu zacznę mówić. Dał mi tylko czas, którego potrzebowałem. Może nawet wiedział, że sam jestem tego świadomy, że dam sobie potem radę i jakoś się dostosuję. Jednak na pewno wiedział, że nie zrezygnuję z poznania prawdy o mamie. Chciałem tej prawdy. On miał tę świadomość, dlatego już na początku podróży dał mi jasno do zrozumienia, że wszystko mi wyjawi. Jednak wciąż milczał na ten temat. Ale jeśli on mi niczego o niej nie powie, to sam się czegoś dowiem. W końcu jadę tam, gdzie się poznali.
Harold sam wie, że za te wszystkie lata pijaństwa będzie pokutował do końca życia. Dlatego w jakimś stopniu jesteśmy kwita. Denerwuje mnie jedynie, że ma rację, bo dam sobie radę. Musiałem się tego nauczyć, gdy w tamtym okresie wielokrotnie myślałem, że któregoś poranka wstanę i zastanę go martwego w łóżku z pustą butelką whisky na podłodze. Pamiętam nawet, że zdarzyło się to w jednym z moich koszmarów. Płakałem po wybudzeniu. Jednak na szczęście tak było kiedyś: Budziłem się z sennego koszmaru i przeżywałem kolejny. Teraz jest inaczej. Teraz koszmary śnię wyłącznie nocą.
Za oknem słyszałem chrzęst kół sunących po wilgotnym asfalcie. Z mroku wyłonił się znak, ostrzegając o zwierzętach, które mogły wybiec na jezdnię. Był to chyba pierwszy znak od dobrych kilku kilometrów.
– Te znaki powinny być stawiane tutaj dla zwierząt. One chyba będą bardziej zaskoczone obecnością człowieka na tej drodze niż my nimi – rzucił.
Starałem się nie uśmiechnąć, bo było to zabawne stwierdzenie. Harold miał rację, ponieważ nie minęliśmy od dawna żadnego samochodu. Byliśmy jedynymi użytkownikami tej skrytej w lesie drogi. Wiem, że on w głębi duszy cieszył się z przyjazdu tutaj, do miejsca, w którym otrzymał posadę swojego życia. Tutaj poznał moją mamę, Wiktorię. Uważał, że mylę się co do Iglastych Wzgórz. Według niego to miejsce nie było takie złe. Niejednokrotnie powtarzał mi, że przeżył tutaj najlepsze chwile swojej młodości. Choć ludzki mózg w zaskakujący sposób potrafi zablokować traumatyczne wspomnienie, a czasem nawet wymazać je całkowicie z pamięci, to w przypadku Harolda stało się inaczej. On chyba, o dziwo, cieszył się z tego, że jedziemy do miejsca, w którym zmarła moja mama. Zastanawiałem się, jak długo będzie się tak oszukiwał, ale już zaczynałem dostrzegać na jego twarzy ten nieobecny wyraz, który pojawia się wtedy, gdy powracające wspomnienia pochłaniają człowieka.
– Moja mama… tutaj zmarła, tak? – zagaiłem, aby nie odpłynął zbyt daleko. Bądź co bądź chciałem dojechać na miejsce żywy.
– Tak – odparł krótko.
– Powiesz mi w końcu, jak się to stało?
Milczał. Zaskakujące. Pojawiło się to puste spojrzenie, jak zawsze gdy tylko o nią pytałem. Tonął we wspomnieniach, a ja nie pragnąłem niczego więcej, jak wejść mu teraz do głowy. Tak wiele miałem pytań, a on był jak zamknięta księga. Bardzo mnie to irytowało.
– Nigdy mi o niej nie opowiadasz. Dlaczego?
– Po raz setny powtarzam ci, że ciężko mi o niej mówić. Ale uwierz mi, Jake, naprawdę chcę ci o tym wszystkim opowiedzieć. W domu, na spokojnie. Najpierw zamelduję się na posterunku.
„Na spokojnie”? Skoro ty jesteś takim egoistą szukającym spokoju, ja też nim będę. Ale mam w dupie spokój.
– Do cholery! Czy kariera szeryfa może być ważniejsza od studiów, od biologii? Od dziewczyny? Od przyjaciół? Ten cały twój awans… To twoje życie, a nie moje! A jedyna sprawa, która jest dla mnie istotna, jest tematem tabu. Wkurwiasz mnie.
– Język, Jake.
– Nie przerywaj. Wiesz doskonale, że jedynie moja ciekawość trzyma mnie jeszcze w tym samochodzie. A ty wciąż nie chcesz mi nic powiedzieć. Boisz się, że wyskoczę, gdy tylko powiesz mi całą prawdę? Co takiego ukrywasz?
Oczekiwałem, że Harold odpowie. Ale nie zrobił tego. Wiem, że dla niego koszmarem było wieźć na siedzeniu pasażera naburmuszonego nastolatka. I przypuszczam, że może przeze mnie zbrzydła mu ta podróż. Ale tak jak dla niego, tak i dla mnie był to właśnie koszmar. Nie mogłem się z tego cieszyć. Mój psycholog powiedział mi, że nie jestem łatwym dzieckiem, ale pies go nosem trącał. Chcę, aby Harold wiedział, że nie podoba mi się ta cała sytuacja. Może już nawet zaczynał pojmować, jak się czuję. A może nawet zaczynał mieć wyrzuty sumienia, wiedząc, że jego awans kosztował dwa życia: byłego szeryfa i moje. Chciałem, aby to wszystko w końcu zrozumiał. Nie, nie czułem do niego nienawiści – kochałem go, ale naprawdę nie mogłem go teraz znieść.
Aby nie toczyć dalej piany z ust, włączyłem radio, z którego popłynął kryształowy statek.
Blask księżyca ledwo przebijał się przez konary drzew kłaniających się nad drogą. Z góry ten ciemnozielony dywan z iglastych, wysokich sekwoi rozpościerał się po sam horyzont, porastając wzniesienia otaczające dolinę. Gdzieś tam skrywało się miasteczko. Na jego terenie przywitał nas stary, przydrożny, wyrzeźbiony w drewnie znak: IGLASTE WZGÓRZA WITAJĄ.
* W slangu młodzieżowym i mowie potocznej „pochytać” znaczy ‘załatwić coś dla siebie albo kogoś’.

– 2 –

Po dwóch kilometrach mroków i zieleni na końcu drogi zacząłem dostrzegać złotą łunę. Jasna. Zbyt jasna jak na przydrożne latarnie, których i tak nie było jeszcze widać.
Wjechaliśmy na główną ulicę i zobaczyłem coś, czego się nie spodziewałem.
Miasteczko było nieco większe, niż je sobie wyobrażałem. Główna ulica mieniła się złotym, neonowym światłem. Praktycznie na każdym skrzyżowaniu widać było neonowe szyldy: szewc, piekarnia, kwiaciarnia, fryzjer. Sodowe latarnie, choć w równych odstępach oświetlały drogę, tak naprawdę nie były tutaj potrzebne. Pomimo nocy banery wciąż były włączone i ta złota linia światła ciągnęła się prawie dwa kilometry, kończąc się na drugim końcu miasteczka. Na ulicy nie było żywej duszy. Iglaste Wzgórza były pochłonięte przez sen.
Zamrugałem gwałtownie i przetarłem dłonią oczy, które musiały się przyzwyczaić do światła.
– Kiedy się tutaj wprowadziłem, byłem w twoim wieku – zaczął Harold, gdy mijaliśmy skrzyżowania i budynki z cegły. Najwyższe sięgały trzeciego piętra, ale przeważały jednoparterowe o płaskim dachu. Przyglądałem się wszystkiemu, gdy Harold mówił dalej: – Kiedyś mieszkali tutaj dwaj bracia, którzy zajęli się produkcją tych neonów. Burmistrz, któremu komponowały się one idealnie z sodowymi latarniami, podpisywał zgodę każdemu sprzedawcy, aby ten mógł powiesić własny neon. Można powiedzieć, że upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu, bo i wystrój miasteczka był ciekawszy, i rachunki za prąd były wyższe.
– Sprytnie.
– Tak. Ludzie połknęli bakcyla. Masowo zapragnęli świateł. Uważali, że klienci lgną do nich jak ćmy do świecy. Zamawiali najprzeróżniejsze neony: z imionami, czynnościami, zawodami. Licytowali się w pomysłach i czasem były one absurdalne, tak jak ten neon nad domem pogrzebowym. – Wskazał na nazwę „W stronę światła”. Nie wiem, czemu, ale wydało mi się to zabawne. – Posiadanie takiego neonu z początku świadczyło o wysokim statusie i jakości usług, ale z czasem zatarła się wyjątkowość, a unikatowe szyldy stały się powszechne. Jednak jak widzisz, nikt z nich nie zrezygnował. Turystów to nie przyciągnęło, ale przynajmniej zimą miasteczko wygląda bajecznie.
– To dosyć… osobliwe – powiedziałem.
– Tak, to prawda – przytaknął Harold, ale z jakimś mniejszym przekonaniem w głosie. Pomyślałem, że wszechobecne neony jednak nie za bardzo mu się podobały. Ale może tę niechęć wywołały jakieś powracające wspomnienia. Nie wiedziałem, o co chodzi, dopóki nie zobaczyłem, że Harold wgapiał się w budynek na rogu skrzyżowania, do którego właśnie podjeżdżaliśmy.
Był to parterowy bar zbudowany w całości z drewnianych bali. Miał pochyły dach z falistej blachy pomalowanej na ciemny brąz. Na jego krawędzi zamontowano neon. Jako jedyny piękną, choć rażącą, krwistoczerwoną barwą światła znaczył swą obecność. Bar był zamknięty, ale przez duże, przeszklone okna, w których żaluzje były opuszczone do połowy, mogłem dostrzec podświetlony na niebiesko blat barowy i butelki trunków, które zastawiały całą ścianę za ladą.
– Czemu ten neon jest czerwony? – zapytałem.
– Na pewno usłyszysz o tym w szkole – oznajmił, próbując mnie chyba zaintrygować.
– Uwielbiam wsiowe legendy.
Harold delikatnie się uśmiechnął, zamykając na sekundę oczy, po czym westchnął.
– Miejscowe legendy, jak już, Jake. Ale to dosyć paskudna historia. Zapamiętaj.
– Paskudna, wsiowa legenda.
– Proponuję ci, abyś zmienił trochę nastawienie. Ludziom może nie spodobać się to, że obrażasz ich dom.
Przewróciłem oczami, bo wiadomo, że mieszkańcom nie powiedziałbym nic w takim tonie. Wiem, mam niewyparzoną gębę. Moja nauczycielka nazywała mnie przekornie Złotoustym Chłopcem, bo nie raz powiedziałem to, co mi ślina na język przyniosła. Wielokrotnie dostałem za to w pysk. Czasem jednak potrafiłem ugryźć się w język i w rozmowie z mieszkańcami starałbym się trzymać go na wodzy.
– No dobra, postaram się nikogo nie obrazić. Ale to co z tym neonem?
Harold, zamiast mi odpowiedzieć, wychylił się, aby spojrzeć przez moją szybę.
– Tutaj muszę wrócić – oznajmił i wskazał ręką na posterunek, który właśnie minęliśmy. Trupia zieleń świateł zatopionych w co drugiej podstopnicy schodów, jak w kinowej sali, sprawiała, że budynek wyglądał bardziej jak ścieżka prowadząca do kasyna w Las Vegas aniżeli do instytucji państwowej. Miał rację z tą absurdalną chęcią zaznaczenia swojej obecności u mieszkańców, ale to już było niedorzeczne.
Za szklanymi drzwiami posterunku wciąż było jasno i tam zobaczyłem pierwszego żywego człowieka, który nosił na sobie brązowy, policyjny mundur.
– W domu mebli jeszcze nie ma – oznajmił Harold. – Ale przez telefon zamówiłem ci nowy materac. Myślę, że powinien już być.
– Myślisz?
– Tak – przytaknął spokojnie i rozmasował prawe ramię, jakby zakłopotany. Chyba tylko tym gestem wywołał we mnie obawę, że nawet kurierzy mogą nie wiedzieć o istnieniu tego miejsca.
– Przez te neony można by zobaczyć to miasteczko z kosmosu, a pewnie nie ma nawet kodu pocztowego.
– Jake, kurier na pewno tutaj trafi. Nie martw się o to. Myśl pozytywnie. Znajdź w sobie pozytywne emocje. Bądź jak hipisi. Oni wszędzie widzą plusy.
Przypuszczam, że nie chodzi ci o ich wyniki testów na choroby weneryczne.
– To wygląda dosłownie jak totalne zadupie. Wiesz o tym, prawda?
– W słowniku pod słowem „zadupie” powinni wkleić zdjęcie tego miasteczka – zażartował Harold, a ja, o dziwo, zaśmiałem się krótko. Zrozumiałem, że i on w głębi duszy już przesiąkł życiem w metropolii. W końcu minęło prawie osiemnaście lat, odkąd stąd wyjechał. Prawie połowę życia przeżył poza Iglastymi Wzgórzami. Jednak pewnie szybko przypomni sobie, jak być na powrót ich częścią. Ze mną mogło być całkiem inaczej.
– Zawiozę cię do domu, a potem wrócę na posterunek.
Ujmę to tak: wiem, że ten awans to dla niego ważne osiągnięcie. Iglaste Wzgórza to chyba jedyne miejsce, gdzie mógł naprawdę kimś zostać. Dlatego nie dziwiłem się, że tak szybko zdecydował się na przeprowadzkę. Posada szeryfa była faktycznie dla niego wygraną na loterii. Wiem też, że nie powinno się człowieka wciąż oceniać przez pryzmat przeszłości, jeśli nikogo nie zamordował, a Harold raczej nikogo nie zamordował. Zasługiwał na tę szansę, bo choć nie był, to przynajmniej próbował być dobrym ojcem. Wiem, że martwił się, jak sobie tutaj poradzę, i może dlatego wyglądał na poddenerwowanego. Jednak życie nauczyło mnie nie tylko samodzielności, ale i tego, aby dbać o własną skórę. Nie musiał się martwić (...)

***
Siedemnastoletni Jake Hopkins przeprowadza się do Iglastych Wzgórz, które są rodzinnym miasteczkiem jego zmarłej w tajemniczych okolicznościach matki. Chłopak, od dziecka śniąc wyłącznie koszmary, myśli, że gdy odkryje rodzinną tajemnicę, wyleczy się ze swojej przypadłości. Jednak koszmary się nasilają, a Jake zauważa w nich realne zagrożenie nie tylko dla niego, ale i dla ludzi w jego otoczeniu. Szukając prawdy i racjonalnego wyjaśnienia dla niemożliwego, zaczyna powoli popadać w obłęd. Autodestrukcyjny obłęd, który pogłębia tylko pozornie senny klimat Iglastych Wzgórz.


"Zabójstwa te popełnił outsider. Wykorzystuje on naszą współczesną naukę, naszą współczesną medycynę sądową, przeciwko nam, ale jego prawdziwą bronią jest nasza niewiara. Nauczono nas ściśle trzymać się faktów i kiedy te fakty są sprzeczne, czaem go wyczuwamy, ale wzbraniamy się przed podążeniem jego tropem. On wie o tym. Wykorzystuje to."

Boszszsz...
I trzeba stawić czoło faktom, z podniesioną głową.
To jedna z najsłabszych książek Mistrza. Dla mnie.

Najbardziej "poruszyła" mnie /choć to i tak szumnie napisane/ część pierwsza, która jest lekko niepokojącym kryminałem, który nie jest moim ukochanym gatunkiem literackim.

Myślałam, że potem już będzie lepiej...
Nie było.
Tematyka stricte kingowska poleciana została "po łebkach", a zakończenie?
Jeszcze gorsze niż to Pod kopułą. Pięciosekundówka okraszona rozczarowaniem.

W wielkim skrócie? 

Całość to klub dyskusyjny detektywów i policjantów różnego kalibru i różnego wyznania, którego członkowie usilnie, non stop i bez przerw debatują nad tym, czy uwierzyć w coś, w co uwierzyć się nie da... Główkują, kombinują, negują, zaprzeczają, drapią się po głowach... i gadają. 

Ot, i cała akcja.

Włączenie dodatkowo pewnej pani z trylogii Pan Mercrdes jest dla mnie zabiegiem totalnie omyłkowym, ponieważ dla tych, którzy owej trylogii nie tknęli palcem, będzie to tylko pierwiastek zamieszania. I nudy. Dekoncentracji. Tak mi się wydaje. 
Potwór - bo takowy jest, i owszem, jest... groteskowy. Końcowe dialogi wyjaśniające esencję jego żywotności - żenujące. 
Tragedia.

Historia z potencjałem - MOGŁO BYĆ 100% Kinga w Kingu. Ale nie było. Fanom kryminałów będzie się z pewnością podobać tak opowieść z dreszczykiem, ale ja nastawiłam się na czytanie KINGA, nie Cobena...

No cóż...
I tak KOCHAM KINGA!!! 
Pamiętajmy, że jest on już prawie wiekowy staruszkiem. Może gdzieś jeszcze tlą się w nim ogniki grozy...:)))

MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


FRAGMENTU NIE BĘDZIE. MAM DEPRESJĘ...:/


***

Bestialska zbrodnia. Śledztwo pełne znaków zapytania. Stephen King, znajdujący się w szczególnie owocnym okresie twórczości, przedstawia jedną ze swoich najbardziej niepokojących i wciągających opowieści.
W parku miejskim znalezione zostaje zmasakrowane ciało jedenastoletniego chłopca. Naoczni świadkowie i odciski palców nie pozostawiają wątpliwości: sprawcą zbrodni jest jeden z najbardziej lubianych obywateli Flint City. To Terry Maitland, trener drużyn młodzieżowych, nauczyciel angielskiego, mąż i ojciec dwóch córek. Detektyw Ralph Anderson, którego syna Maitland kiedyś trenował, nakazuje przeprowadzić natychmiastowe aresztowanie w świetle jupiterów. Maitland ma wprawdzie alibi, ale Anderson i prokurator okręgowy wkrótce zdobywają kolejny niezbity dowód: ślady DNA. Sprawa wydaje się oczywista.
Kiedy w toku śledztwa zaczynają wychodzić na jaw przerażające szczegóły, porywająca opowieść Kinga wchodzi na wyższe obroty, napięcie narasta, aż staje się niemal nie do zniesienia. Terry Maitland na pozór jest miłym człowiekiem, ale czy ma drugie oblicze? Odpowiedź szokuje – tak jak szokować potrafi tylko Stephen King.










"Niesamowita cisza, jaka panowała przed wtargnięciem bestii, powróciła. Leśne zwierzęta nadal były jak sparaliżowane. Krzyki, parskanie i strzały zdławiły ich głosy. Jean nie wiedział, czy wilkołak wróci, by dokończyć dzieła."

Niewiele jest książek o wilkołakach. Dlatego tej pozycji nie należy omijać.

Jednakże...
Problemem, w moim przypadku, był odbiór.
Narracja, stylizowana na klasykę. 
Nie wiem, czy był to zamierzony sposób na podniesienie atrakcyjności powieści, ale nie powiódł się. 
Jeszcze było to znośne, kiedy dotyczyło opowieści początkowych, ale styl niezbyt się zmieniał nawet w opowieści z 2004 roku...
Ciężko się to czytało i nie pomogło nawet to, że były właśnie dwie opowieści - teraz i kiedyś.


Dwie historie, które dzieli 240 lat, pojawiają się na przemian w kolejnych rozdziałach, ale nigdy się nie przecinają. 

XVIII-wieczna Francja z klasztorami i powozami, łowcami i szlachtą. 
Kilka kobiet i dzieci zostaje zabitych przez nieznaną bestię. Wdowiec Jean Chastel i jego synowie idą na polowanie - chcą otrzymać wyjątkowo wysoką nagrodę. W jednej z pułapek w lesie odkrywają wilkołaka i zostają zaatakowani przez innego wilkołaka. 
Synowie Chastela poznają, co to znaczy klątwa loup-garou...


Europa, czasy współczesne - samotny myśliwy, Eric von Kastell, jest jedną z niewielu osób, które wiedzą, że wciąż istnieją wilkołaki. Śledzi istoty w całej Europie. Jego jedynym celem jest je wytropić i zlikwidować. 
Rodzinna tradycja. Rodzinna klątwa.


Klimatycznie - trochę Wilkołaka /opowieść starsza/, troszkę van Helsinga - całościowo.
Mimo tego warto zerknąć.
Końcówka zapowiada część drugą.
Której nie mogę nigdzie znaleźć.
Czy powstała?


Powstała. Ale w Polsce jeszcze nie została wydana.

MOJA OCENA: 6/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

Potok chlupotał po okrągłych kamieniach, szemrząc monotonnie. Promienie wieczornego słońca sączyły się przez nieliczne szczeliny w gęstym listowiu drzew, rzucając złocisto-czerwone plamy na cieniste poszycie lasu. Owady, brzęcząc, przemykały w gorącym powietrzu w poszukiwaniu pokarmu. Wabił je kuszący zapach. Pachniało wiosną, nowym życiem i rozkładem.
Podniecone muchy pomknęły ku grubej dolnej gałęzi potężnego buka, na której dwa kroki nad ziemią wisiało na grubym łańcuchu cuchnące truchło owcy. Tuż pod nim kołysało się martwe, niezwykle osobliwe stworzenie.
- Czegoś takiego… nigdy nie widziałem - Jean Chastel, mężczyzna po pięćdziesiątce, urodzony leśniczy, ostrożnie zbliżył się i trącił pysk stwora wylotem podwójnej lufy muszkietu. Na gładko ogolonej, kanciastej twarzy malował się strach, niedowierzanie i ogromne skupienie. Osobliwe zwierzę, wiszące na wilczych wnykach, znał tylko z opowieści i z afiszy wędrownych aktorskich trup. Owe historie i towarzyszące im ryciny trudno byłoby nazwać uspokajającymi.
Podobne do wilka zwierzę nie poruszało się.
Jeanowi wydało się, że widzi na grzbiecie czarną pręgę biegnącą od łba aż po cienki ogon. Futro było ciemne, rudawe. Łapy, dwa razy tak duże jak dłoń kobieca, mogłyby robić największe wrażenie, gdyby nie kły…
Zwierzak chciał brawurowym skokiem dopaść ofiarę. Zgubił go ukryty w rozkładającej się owcy hak rzeźniczy. Ostry metalowy czubek wystawał z pełnego zakrzepłej krwi pyska, wyginając wielki łeb ku górze. Sprawiło to, że potężne, zdolne przegryźć kość udową szczęki otwarły się, odsłaniając kły długości środkowego palca.
Jean posłyszał szelest. Nagle znalazł się przy nim jego młodszy syn, Antoine.
- Basior - powiedział, jakby widywał takie stwory codziennie. Mimo że miał już dwadzieścia lat, wyglądał bardzo młodo. Wieku nie przydawała mu nawet krótka, czarna bródka. W przeciwieństwie do ojca nie wydawał się być poruszony odkryciem. Nie bał się.
Kupieckim zmysłem zwietrzył możliwość dobrego interesu. Szczerząc zęby, wyjął nóż myśliwski i wskazał na narządy płciowe kołyszącego się teraz powoli tam i z powrotem stworzenia.
- Za jego jaja dostaniemy od znachora kupę pieniędzy.
Jean, któremu wciąż to wszystko wydawało się nazbyt niesamowite, chwycił syna za ramię i powstrzymał. Na plecach podskoczył mu krótki, biały warkoczyk.
- Nie podchodź! - Patrzył, czekając na drgnięcie zwłok, które świadczyłoby, że stwór wciąż żyje. Basior trwał jednak w bezruchu, więc Jean otwarł dłoń, uwalniając Antoine’a. 
Zostaw mu je. Nim się go pokroi, powinni go obejrzeć uczeni.
Trzask suchej gałęzi zdradził, że zbliża się następny człowiek. Myśliwi z rodziny Chastel byli w komplecie.
- Na Boga! - wyrwało się starszemu synowi. Pierre bardzo przypominał ojca, i to nie tylko zewnętrznie. Wstrząśnięty patrzył na zwierzę. Przeżegnał się. - To bydlę… śmierdzi paskudnie i jest… okropne. - Dokładnie oglądał silne łapy, wielki łeb, potężne szczęki, krzaczastą końcówkę ogona i małe, spiczaste uszy. Jego zwykle tak przyjazna twarz nabrała wyrazu obrzydzenia. - Co to takiego? Wilk z piekła rodem?
Brązowe oczy Jeana przesunęły się po tym, na co od czterech dni na prośbę zaprzyjaźnionego leśnika DeBeauforta polowali w Vivarais. Właściwie on i jego synowie pochodzili z sąsiedniego regionu Gévaudan. Po dwudziestu jeden zabitych owcach, dwóch rozerwanych krowach i jednym martwym pasterzu chłopi zagrozili strąceniem ich znajomka z urzędu. Chastelowie udali się w podróż na południowy wschód Francji, żeby go wesprzeć.
Jean traktował to również jako zabezpieczenie. Gdyby ów z pewnością wściekły wilk nie znajdował już nic tutaj, przeniósłby się zapewne do Gévaudan. Tylko martwy wilk to dobry wilk. Jeśli to w ogóle jest wilk. Stwór, na którego patrzył, nie miał nic wspólnego z żadnym ze zwierząt o szarej sierści, jakie dotychczas widywał.

- Loup-garou - Antoine zachichotał cicho, odpowiadając na pytanie Pierre’a i z uśmiechem odwrócił się do ojca. - Złapaliśmy prawdziwego wilkołaka!
- Myślałem, że one istnieją tylko w bajkach. - Pierre zdjął z głowy trójgraniasty kapelusz, otarł pot z czoła i nasadził nakrycie z powrotem na krótkie, czarne włosy. Jego spojrzenie padło na grubą gałąź, na którą nawinięto łańcuch. Kora i drewno pod nim były jak oheblowane. - Długo walczył - powiedział, wskazując pozostałym ślady tarcia. - Dziękować Bogu, że nie natknęliśmy się na tę bestię podczas polowania. Jedna kulka na pewno by jej nie pokonała. Zęby… - Wzdrygnął się.
Jean rzeczywiście odkrył na ciele bestii cztery zagojone rany po kulach.
- Masz rację. To tłumaczy, czemu celne strzały DeBeauforta były bezskuteczne. Zwykły wilk padłby martwy już po jednym strzale. - Jean dziwił się, gdy doświadczony w myślistwie przyjaciel prosił go o pomoc. - Myślałem, że mój kumpel przesadza.
Antoine podszedł do pnia buka i wziął się za wyciąganie kołka mocującego łańcuch, chcąc opuścić stwora na ziemię.
- Będą nas wielbić jak bohaterów - ucieszył się. - Możemy zażądać godziwej zapłaty.
Kiedy potniemy tę bestię na kawałki i sprzedamy, wpadnie nam niezła sumka.
- Dziewczyny potracą dla ciebie głowy. To przecież chcesz powiedzieć - splunął Pierre. -
Widziałem, jak twoje łapy kleiły się do jednej małej. Posadziłeś ją sobie na kolanach.
Młodszy brat znieruchomiał i pośpiesznie zerknął na ojca. Twarz Jeana spochmurniała.
- Nie, nic nie zrobiłem! - bronił się Antoine. - Pierre mnie nienawidzi, przecież wiesz, ojcze. Chce mnie przed tobą…
Jean podszedł do niego.
- Pierre nie kłamie. - Stanął przed młodszym synem. - W przeciwieństwie do ciebie. Coś tym razem zrobił? Ile miała lat?
- Szesnaście! - odpowiedział Antoine i chciał zająć się łańcuchem, ale ojciec chwycił go za ramię i odwrócił siłą, by spojrzeć mu prosto w twarz. Zielone oczy niedługo wytrzymały spojrzenie gniewnych brązowych. - Dwanaście - wykrztusił z ociąganiem i opuścił głowę. -
Ojcze, nie mogę tego powstrzymać! To jak…
- Świnia! - Jean uderzył go pięścią, trafiając w okolice ust. Antoine zgubił kapelusz i uderzył plecami o zwłoki bestii, które na skutek wstrząsu zaczęły groteskowo przebierać łapami niczym marionetka. Przypominało to taniec. Łańcuch brzęczał, przygrywając melodię.
- Tyle razy już ci mówiłem - ostrzegł syna Jean, opanowując się z trudem. - Kupuj sobie tyle kurew, ile tylko zechcesz, ale nie tykaj niewinnych! Jeśli cię złapią, nie będę cię bronił. -
Odwrócił się gwałtownie. - A teraz opuść tego bydlaka, nim pożrą go robaki.
Antoine przyłożył do stłuczonych ust klapę kurtki, otarł krew z pękniętej wargi i wbił wzrok w brata. Bezgłośnie wypowiedział słowo zdrajca. Chwycił kapelusz, wcisnął go na długie, zmierzwione czarne włosy i poluzował kołek na tyle, żeby móc odwinąć łańcuch.
Cielsko osobliwego zwierzaka uderzyło twardo o ziemię, chmara much wzbiła się w powietrze i odleciała. Już po chwili jednak znów małymi, czarnymi obłoczkami krążyły nad cuchnącym truchłem owcy. Po mięsie pełzały larwy, wwiercały się do jego wnętrza i powoli, ale nieustannie pożerały je.
Chastelowie w milczeniu patrzyli na wilkołaka. Do Jeana i Pierre’a powoli dochodziło, że ta istota naprawdę istnieje. Antoine przyjął istnienie loup-garou do wiadomości już od pierwszego spojrzenia. Teraz uniósł głowę i nasłuchiwał odgłosów lasu.
- Surtout! - zawołał myśliwskiego psa, wielkiego, muskularnego mastifa, który mu wszędzie towarzyszył. - Gdzie ten kundel? - mruknął, wpatrując się w gęste krzaki. - Surtout!
Przerażenie Jeana wreszcie minęło i ustąpiło miejsca ciekawości leśnika, który zobaczył nowy gatunek. Zmarszczył brwi, przyklęknął przy grzbiecie zwierzaka i przesunął palcami po gęstej sierści. Jego biały warkoczyk podskoczył do przodu.
- Jest chudy. Musiał od dawna nic nie jeść.
Pierre stał w odległości kroku i lekko dotykał zwierzaka muszkietem.
- Uważaj, ojcze.
- Nie dowierzasz martwocie? - Antoine podszedł do brata. Całą postawą wyrażał pogardę dla Pierre’a. - Tchórz! Wilkołak jest martwy! - Kopnął zwierzaka w bok. - Zdechł z głodu albo od uduszenia.
Nagle w krzewach rozległ się jakiś trzask. Pierre odwrócił się, kierując lufę w gęste poszycie.
Antoine skrzywił się niechętnie.
- Zdrajca się boi? Bez obaw, Surtout nic ci nie zrobi. On żre tylko małe dzieci. - Chwycił swój muszkiet i skoczył w zarośla. - Zobaczmy, co wytropił. Może młodą dziewkę, która chce się wykąpać w strumieniu?
- Wracaj - zawołał Pierre, ale brat po kilku krokach zniknął w mrocznej zieleni. Jedynie coraz cichszy szelest gałęzi wskazywał, gdzie jest.
- Ileż znaczy sześć lat różnicy… - Pokręcił głową Jean, starając się nie martwić młodszym synem, którego wziął na polowanie tylko dlatego, że ten był znakomitym strzelcem. Antoine zwykle pomieszkiwał jak dzikus razem ze swoimi psami w lesie Ténazeyre. Brakujące mu powagę i rozsądek w dwójnasób posiadał Pierre, który cieszył się sławą dobrego gajowego.
Teraz jednak były sprawy ważniejsze niż szaleństwa Antoine’a. Żądza wiedzy Jeana wciąż nie była zaspokojona. Praca leśnika wymagała, by znał się na zwierzętach. Chciał dokładniej obejrzeć owe nieznane stworzenie i odkryć jego tajemnice, nim zabiorą się za to uczeni. Dotknął łap bestii, rozwarł jedną z nich i zdziwiony przywołał Pierre’a. Wskazał na rozcapierzone pazury.
- Chodź tu i ucz się. Widzisz coś dziwnego?
Pierre zbliżył się z ociąganiem.
- Robaki nie żrą jego przeklętego mięsa?
- Nie o to mi chodzi. Przyjrzyj się dokładniej.
Pierre oparł się na zatkniętej w ziemię kolbie muszkietu i przykucnął obok ojca. Mając go u boku, czuł się pewniej.
- Na Boga, ma pazury jak kot! - wyrwał mu się podniecony okrzyk.
Jean odrzucił warkocz na plecy i podniósł się. Pierre poszedł w jego ślady.
- Musimy powiadomić DeBeauforta. To nie jest sprawa dla urzędników. Trzeba poinformować króla. - Jean nabrał głęboko powietrza. - Antoine, chodź już z tym twoim kundlem! Ruszamy.
Gdy syn nie pokazał się, zawołał go raz jeszcze. I jeszcze.
Nasłuchiwali uważnie. Z gęstwiny nie dochodził jednak żaden dźwięk. Potem coś zaszeleściło; ktoś skradał się w ich kierunku.
- Antoine, dość już tych żartów - odezwał się Pierre. - Ściemnia się, a droga do Langogne nie jest łatwa. Ja… - zamilkł, uciszony uniesioną ręką ojca.
Znów wsłuchali się w milczący las. Zaledwie gdzieniegdzie słońce prześwitywało przez korony drzew. Cienie stały się bardziej mroczne, groźniejsze. Jedynym dźwiękiem było bzyczenie much.
- Co jest, ojcze? - szepnął Pierre, trzymając muszkiet gotowy do strzału.
Jean powoli odciągnął najpierw prawy, potem lewy kurek swojej dwururki. Rozległ się cichy trzask.
- Cicho jak na cmentarzu - odpowiedział. - Nie słychać nawet ptaka ani żadnego innego zwierzęcia. Tu krąży drapieżnik.
Pierre przełknął ślinę, ale wzmagający się strach ścisnął mu gardło. Nie ważył się nawet szepnąć; zamiast tego uniósł muszkiet i celował tam, skąd dobiegały trzaski gałęzi.
Gęsty krzew zadrżał, jego listowie zaszeleściło, na moment przerywając ciszę lasu. Pierre omal nie pociągnął za spust, nie zważając na to, że żartowniś Antoine ukrył się gdzieś w gęstwinie. Trwoga przerosła rozum.

- Nie ważcie się do mnie celować - z zarośli dobiegł mocny, damski głos. - Ja na pewno nie jestem drapieżnikiem. - Spomiędzy drzew wyszła kobieta w czarnym habicie; na lewym łokciu zawiesiła kosz z jagodami i ziołami. Ciemny strój ukazywał jedynie jej sympatyczną, około czterdziestoletnią twarz i dłonie. Reszta ciała była starannie zasłonięta. Szarobrązowe oczy skierowała na broń mężczyzn. - Opuśćcie broń, messieurs! Nie ma powodu, by mi grozić.
Pierre szybko się ukłonił, z przepraszającym wyrazem twarzy opuścił wylot lufy muszkietu i przedstawił się. W odpowiedzi zakonnica podała swoje imię:
- Jestem przeorysza Gregoria z klasztoru świętego Gregoriusa z Tours.
- Nie drapieżnik, ale łowca dusz. - Jean obdarzył szczupłą zakonnicę pogardliwym spojrzeniem. - Czy nie oddaliliście się zbyt daleko od waszego klasztoru? Vivarais to w dzisiejszych czasach nie najlepsza okolica dla niezbrojnych.
- Mam pomoc lepszą od wszelkiego muszkietu. Pan jest moim pasterzem, strzeże mnie na moich ścieżkach - odpowiedziała z uśmiechem… i zamarła w przerażeniu, gdy jej spojrzenie, minąwszy myśliwego, padło na stworzenie leżące na ziemi. Zbladła jak ściana i przeżegnała się.
- Patrzcie, patrzcie. Diabeł wysyła nowe wilki, by pożerały owce Pana - stwierdził Jean. - Sądzicie, że to Bóg ochronił was przed zębami tego głodnego zwierza?
Pierre odchrząknął.
- Wybaczcie memu ojcu jego słowa i nie obawiajcie się, czcigodna przeoryszo. Ten wilk już nic wam nie zrobi.
- Bo my go złapaliśmy. Nie Bóg - dodał Jean.
- Ale z bożą pomocą, dobry człowieku. - Gregoria ku zdumieniu obu mężczyzn podeszła bliżej zwłok, obejrzała je ze wszystkich stron, ponownie się przeżegnała i ucałowała krzyż srebrnego, niezwykle cennego różańca kołyszącego się na jej szyi i opadającego na habit. - Dziwne zwierzę - stwierdziła cicho. - Dobrze, żeście je schwytali. Słyszałam, że przyniosło wiele cierpienia okolicznym mieszkańcom.
- Jak niektórzy księża. - Jean nie przejmował się więcej zakonnicą, która w swojej czarnej szacie wśród pełnej życia zieleni lasu wyglądała jak obcy element. Dziwiło go wprawdzie, że w poszukiwaniu ziół i poziomek oddaliła się tak znacznie od murów swego klasztoru, miał jednak teraz ważniejsze sprawy na głowie.
- Cokolwiek wam uczyniono, nie zrobiłam tego ja. Nie ma powodu traktować mnie wrogo.
Jean chciał coś odpowiedzieć, ale Gregoria mówiła dalej.
- Nie będę już naprzykrzać się wam moją obecnością. Jako że najwyraźniej odeszliście od Boga i Jego świętego Kościoła, pomodlę się za uzdrowienie waszych dusz, byście wrócili na ścieżki Pana.
- Dobrze powiedziane! Nie mam nic wspólnego z Kościołem ani Bogiem. A o zdrowie mojej duszy troszczę się sam i w żadnym razie nie pozostawiam go świętoszkowatym księżulkom ani chciwym klechom! - Choć mały klasztor Benedyktynek cieszył się dobrą sławą wśród prostego ludu i, jak powiadano, pomagał biednym i zbłąkanym, nie było powodu, by oceniał przeoryszę inaczej niż wszystkich innych duchownych. Irytował go jej protekcjonalny i pewny siebie sposób bycia.
Uśmiechnęła się przyjaźnie do Pierre’a, który ukłonił się uprzejmie.
- Niech Pan wam zawsze błogosławi. Uważajcie na siebie, młody człowieku, żeby wilki wam nic nie zrobiły. Gdybyście chcieli się pomodlić, kaplica w Saint Grégoire jest zawsze otwarta. - Skinęła głową i odeszła. - Miłego dnia, messieurs.
- Do diabła z tymi mniszkami - zaklął Jean cicho i odwrócił się w stronę zwłok. - Do diabła z tą całą kościelną hałastrą.
- Matka nie chciałaby, żeby… - zaczął ostrożnie Pierre, jednak po odpychającej postawie ojca poznał, że nie powinien mówić dalej. Od śmierci matki ojciec nie miał wysokiego mniemania o bożej łasce, która jego zdaniem sprzyjała tylko tym, co mieli dość pieniędzy, by kupić sobie jej przychylność w kościelnej skarbonie.
Miał właśnie podejść do ojca, gdy wydało mu się, że kątem oka wśród pni dostrzega jakiś przysadzisty cień.
- Tam coś jest! - Wzniósł do Boga cichą modlitwę, prosząc go, by chronił ich obu, Antoine’a i przeoryszę przed tym, co czai się wokół wśród buczyny.
- To pewnie Surtout - stwierdził ojciec.
Pierre’a ponownie obleciał strach.
- A jeśli ta bestia, którą złapaliśmy, nie była sama? - szepnął.
- To tę drugą też zabijemy - odparł Jean i odbezpieczył muszkiet. Pierre poszedł za jego przykładem. - Nie zapominaj, że gdzieś tu jest Antoine…
Na lewo od nich z zarośli wyskoczył szeroki cień. Krzycząc głośno, rzucił się na obu mężczyzn, zwalił ich z nóg i popchnął na leśne poszycie. Muszkiet Pierre’a rozładował się z grzmotem, wokół rozszedł się zapach palonego prochu. Ponad przestraszone i gniewne krzyki mężczyzn wzbił się… rozbawiony śmiech. Antoine turlał się po bluszczu i trząsł ze śmiechu, aż popłakał się z uciechy i łzy spływały mu po policzkach na krótką bródkę.
- Bonsoir, dzielni leśnicy - wrzasnął. - Czyście ze strachu posrali się w gacie?
Jean skoczył na równe nogi i solidnie zdzielił młodszego syna w ucho.
- Antoine, ty idioto! O mały włos zastrzelilibyśmy cię!
- Dziwię się, że tego nie zrobiliście. Wreszcie moglibyście się mnie pozbyć - zachichotał i wstał, otrzepując kapeluszem kurtkę z brunatnych liści. Wargę miał znów pękniętą od uderzenia. - Wy i reszta. Przecież ludzie cieszyliby się, gdyby trafiła mnie kula. Wiem, co gadają. Odkąd wróciłem z… z mojej podróży, boją się mnie. Czasem zdaje mi się, że tak samo czuje moja rodzina.
- Znalazłeś swojego kundla? - Jean nie odpowiedział na słowa Antoine’a.
- Nie. Pobiegł za jakąś zwierzyną.
Pierre trzymał się na uboczu i milczał. Ładował broń i próbował, mimo drżenia rąk, skończyć tę czynność możliwie jak najszybciej. Ojciec wymagał od nich, by potrafili w ciągu jednej minuty trzykrotnie strzelić, co mogło uratować im życie w obliczu szturmującego rannego odyńca albo żądnej krwi bestii.
Ile kul może wytrzymać taki stwór, nim wyzionie ducha? Nasypał z rożka prochu na panewkę i szybko zacisnął wieczko, gdyż zauważył coś dziwnego.
- Ojcze, czy ten bydlak miał oczy zamknięte, czy otwarte, gdy ściągaliśmy go z drzewa? - spytał ochryple, nie odrywając wzroku od wielkiego łba bestii. Czerń pośród krwiście czerwonej tęczówki zdawała się być skierowana wprost w niego. Źrenica była pełna wściekłości, pełna nienawiści - pełna życia!
Wtedy usłyszeli dudniące warczenie.
- Wilkołak jeszcze żyje! - Antoine przeczołgał się zwinnie po ziemi i chwycił swój muszkiet, który zgubił w trakcie skoku z zarośli. - Wypalę mu między oczy!
Swoim szamotaniem się narobił tyle szumu, że niemal zagłuszył szelest liści. Jednak jeden z Chastelów zachował baczną uwagę.
Pierre zauważył, jak ojciec nagle pobladły jak ściana odwraca się w prawo i dociska do ramienia kolbę muszkietu. Lufa pomknęła w górę i celowała w zarośla, jakby na chybił trafił.
- Co jest? - Pierre odwrócił się… i zesztywniał. Cień wśród drzew to nie był Surtout!
Zobaczył drugą bestię, która na czworakach bezgłośnie podeszła go od tyłu. Gdyby nie czujność ojca, zaskoczyłaby go.
Broń Jeana z trzaskiem wypluła ołowianą kulę w kierunku budzącego grozę napastnika, który w tym samym momencie zasadził się do długiego skoku i z łatwością pokonał odległość sześciu kroków. Trafił w drzewo, odbił się, dopadł krzyczącego z przerażenia Pierre’a i parskając, powalił go na ziemię. Pazury rozszarpały mu kurtkę na wysokości piersi; z pięciu długich zadrapań trysnęła krew.
- Antoine! - krzyknął Jean, zmuszając się do opanowania, żeby oddać celny drugi strzał.
Nie mógł sobie pozwolić na strach. Miał przed sobą bestię. Widział wyraźne podobieństwo do stworzenia, które znaleźli w wilczych wnykach. Jednak ten egzemplarz był mocniej zbudowany i dobrze odżywiony. Pomyślał o czterech otworach od kul i opuściła go odwaga.
Palec wskazujący przesunął się do tyłu, by drugi raz pociągnąć za cyngiel.
- Allez, loup-garou! - Antoine ściągnął uwagę bestii na siebie. Siedział przy schwytanym wilkołaku, przyciskając mu muszkiet do lewego oka. - Chcesz swojego kompana z powrotem? To zostaw mojego brata albo będziesz zbierał mózg tej bestii po całym lesie!
Przejmujący zgrozą łeb powoli odwrócił się w jego stronę. Bestia zdawała się go rozumieć! Wbiła czerwone jak ogień oczy w Antoine’a, rozchyliła wargi, ukazując mężczyznom przerażające kły drapieżnika. Jedną łapą objęła gardło Pierre’a, potem ku osłupieniu myśliwych dźwignęła się na długie tylne łapy, stając się tak wysoka jak człowiek!
Trzymała ofiarę przed sobą w powietrzu, jakby ta nie ważyła więcej niż worek pierza.
- Puść go! - zażądał Antoine, wyciągnął pistolet i wycelował w łeb swojego zakładnika.
Nie przestawał się przy tym uśmiechać. Dla niego zdawała się to być tylko zabawa. - Na pewno potraficie znieść mnóstwo ołowiu w swoich obrzydliwych cielskach, ale bez głowy i wy musicie umrzeć. Mam rację?
Drugi wilkołak z rykiem odrzucił od siebie Pierre’a, który przetoczył się kilkakrotnie i omdlały leżał u stóp ojca. Jego krew sączyła się na leśną ściółkę. Jean nie odważył się schylić i opatrzyć rannego. Zagrożenie wciąż nie minęło.
Za to Antoine, przeciwnie, był bardzo pewny siebie.
- Grzeczny loup-garou - zadrwił. - Wziąłbym cię na domowe zwierzątko. - Oblizał usta, oczy zwęziły mu się w wąskie szparki. - Ale nie spodobałoby się to mojemu ojcu.
- Nie! Nie rób tego - krzyknął Jean, przeczuwając nieszczęście. - Nie drażnij go.
- Przecież uważasz, że dobry wilkołak to martwy wilkołak. - Nie mrugnąwszy nawet okiem, Antoine wystrzelił ładunki z obu luf w łeb leżącego stwora. Wielka czaszka rozprysła się w krwistej chmurze. Samo ciśnienie ładunków miotających wystarczyłoby, żeby rozbić łeb bestii w drzazgi, kule dokonały reszty. Wszystko, co pozostało, to resztki dolnej szczęki i tylny fragment czaszki. Mimo to zwłoki zataczały się jak żywe, przewracały, wstawały, tarzały we własnej krwi, pazury drapały ziemię, szukając wroga. Wkoło latały kurz i liście.
Antoine ze śmiechem odskoczył od zdychającego stworzenia i uniósł pistolet.
Jean przeklinał nieobliczalność swego młodszego syna. Przeczuwał, jak zachowa się oszukany wilkołak. Pociągnął cyngiel, poczuł odrzut na ramieniu i zobaczył unoszącą się białą chmurę pyłu, która przez niekorzystny wiatr zasłoniła mu widok.
Przeraźliwy krzyk Antoine’a powiedział mu, że bestia już dokonuje zemsty. Nie zwlekając, podniósł naładowany muszkiet Pierre’a i pobiegł tam, gdzie po ziemi tarzali się człowiek i budzący grozę stwór.
Jego syn był bardzo silny, mimo to jednak nie zdołał odepchnąć napastnika; również głębokie ciosy sztyletu, którym bronił się Antoine, nie wywierały na bestii żadnego wrażenia.
Jej szpony wbijały się głęboko w skórę przedramienia i przesuwały w stronę gardła młodzieńca.
Jean działał instynktownie. Obawa o syna, nieważne, mniej czy bardziej udanego, pokonała szok i wszelkie paraliżujące uczucia. Z całej siły młócił wilkołaka kolbą po grzbiecie i zmusił go do odstąpienia od Antoine’a. Czerwone oczy zwróciły się ku niemu, szeroko otwarta paszcza była coraz bliżej jego twarzy.
Jean cofnął się biegiem i strzelił do bestii. Zaskomlała i znów, niczym budzący grozę cień, rzuciła się ku niemu. Kiedy przebiegała przez chmurę prochu, Jean wyraźnie dostrzegł na wysokości serca dwa otwory po kulach. Jednak rany już się zamykały!
- Znikaj! - krzyknął w rozpaczy i wbił lufę w uzbrojoną w potężne zęby paszczę. Metal trafił na opór i coś przebił, stwór zagulgotał i rzeczywiście się odsunął.
Niezdecydowany wilkołak stał na tylnych łapach, prezentując się w całej swojej szkaradnej okazałości. Warczał i parskał równocześnie, krótkimi uszami strzygł pionowo ku górze, bił ogonem.
Wtedy w lesie rozległ się huk wystrzału.
Kula przebiła z boku pysk bestii, natychmiast trysnęła z niego czerwona fontanna, obryzgując wilka i Jeana. Wyjąc przeraźliwie, istota odbiła się od ziemi i skoczyła siedem kroków dalej pod osłonę drzew, w zapadającą ciemność.
- Idź do diabła, loup-garou!
Na Antoinie ubranie wisiało w krwawych strzępach. Usiadł na pniu buka, opuścił drżące lewe ramię, dymiący pistolet opadł w dół.
- Idź do diabła - powtórzył cicho. Jego powieki zamrugały i zamknęły się. Stracił
przytomność.
Niesamowita cisza, jaka panowała przed wtargnięciem bestii, powróciła. Leśne zwierzęta nadal były jak sparaliżowane. Krzyki, parskanie i strzały zdławiły ich głosy.
Jean nie wiedział, czy wilkołak wróci, by dokończyć dzieła. Drżącymi palcami naładował wszystkie muszkiety, poczekał kilka chwil, które wlokły się niczym godziny męki. Kiedy nic się nie poruszało, zatroskany zwrócił się ku ciężko rannemu synowi. Owiązał poszarpane ramiona Antoine’a grubą przędzą i owinął je chustą, naprędce wyciętą z jego kurtki. Potem zatroszczył się o Pierre’a. Obaj synowie nie budzili się z omdlenia. Może ich oczy wzbraniały się przed ponownym ujrzeniem bestii. Jean z czułością głaskał twarze swoich dzieci, nie wiedząc, co mógłby robić prócz czekania.
Wiele czasu spędził przycupnięty między nimi, z położoną obok bronią gotową do strzału. Nasłuchiwał upiornej ciszy.
Nie było słychać żadnego dźwięku.
Dopiero potem, gdy dobiegł go brzmiący jak wybawienie krzyk sowy, powoli się odprężył. Rozpalił małe ognisko, które odepchnęło noc między drzewa. Potem odwrócił się ku miejscu, gdzie leżały zwłoki pierwszego wilkołaka.
Jean zesztywniał. W kałuży krwi leżał…
…tułów człowieka! Blask ogniska oświetlał ziejące, wilgotne krawędzie ran; Chastel widział, jak bieleją resztki czaszki. Po śmierci bestia opuściła ciało na oko około sześćdziesięcioletniego mężczyzny.
Leśnik wzdrygnął się. Nie potrafił się przemóc, by zbliżyć się do zwłok. Czy jednak mógł odważyć się na pozostawienie ich tutaj? Kto by mu uwierzył, że ten słaby, stary człowiek był za życia straszliwą bestią? Zebrał się na odwagę i zaciągnął zmarłego do strumienia, wrzucił do ciemnej wody i patrzył, jak zabiera go prąd. Wyrzuci go na brzeg gdzieś dalej, daleko od Vivarais, a jeszcze dalej od Gévaudan. Niech tam spocznie w pokoju.
Wrócił do nieprzytomnych synów. W płomieniach ogniska rozgrzał ostrze myśliwskiego noża, rozchylił krawędzie ran i wypalił obrażenia Pierre’a i Antoine’a rozżarzonym żelazem.
Niech zarodek wilka, czy co tam ich dopadło, sczeźnie od gorąca.
Nikt nie może poznać prawdy o wydarzeniach tej nocy. Rany jego synów pochodziły od wielkiego wilka, tak opowie DeBeaufortowi i wszystkim innym. Zwierzę pasujące do tej historii położy w drodze powrotnej do Gévaudan. Ważne jest tylko jedno. Jak najszybciej opuścić tę przeklętą okolicę, w której grasuje stworzenie przysłane najwyraźniej z piekła.
Wulkany Vivarais muszą prowadzić wprost do królestwa diabła (...)


***

Ritus to odwieczny rytuał walki z mrocznymi siłami. To zasadzka i pościg graniczący z obrzędem mającym zgładzić bestię. To zmaganie człowieczeństwa z wilkołaczym skowytem duszy.


Południowa Francja, rok 1764.
Ludzie żyją w wielkim strachu. W łapach przerażającej bestii, której nie może dopaść żaden myśliwy, giną dzieci i dziewice. Wśród wielu mężczyzn wyruszających na polowanie jest również Jean Chastel i jego dwaj synowie: Pierre i Antoine. Wszyscy trzej skrywają mroczną tajemnicę…
Tymczasem nikt nie domyśla się, że bezlitosna bestia jeszcze dwa wieki później będzie żądała ofiar…, a do walki z nią stanie Eryk von Kastell.

"Ritus" to bestsellerowa powieść autorstwa niemieckiego miłośnika wampirów.
Tym razem Markus Heitz staje oko w oko z wilkołaczą legendą o bestii z Gévaudan.


Cykl: Die Bestie (tom 1)








Copyright © Mniej niż 0 - Mini Recenzje | Powered by Blogger
Design by Duan Zhiyan | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com