"Logika zaprowadzi Cie z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi Cię wszędzie". Albert Einstein

MNIEJ NIŻ 0 - MINI RECENZJE

MNIEJ NIŻ 0 - TO GŁÓWNE ZAŁOŻENIE TEGO BLOGA!

Moje zdanie i opinia na temat przeczytanej książki nie liczą się tak bardzo, jak sama jej treść.


Dlatego nie pisuję poematów.


Dodaję za to fragment tekstu, żeby każdy miał szansę przez te 5 minut sprawdzić, czy zakocha się w opowieści. Czy też nie.


Zdania są różne. Opinie są różne. Należy zawsze kierować się własnymi, ale najpierw… trzeba je mieć.

A żeby je nabyć, należy CZYTAĆ KSIĄŻKI WŁASNOOCZNIE! :)


Nikogo także nie namawiam do czytania i lubienia tego, co ja czytam i lubię, ani tym bardziej do zakupów. Chodzi o samą przyjemność czytania i zapoznania się z ułamkiem przynajmniej wydawanej literatury.


Jeśli komukolwiek ta forma bloga nie odpowiada – w necie jest milion świetnych blogów, w których można znaleźć recenzje 8-stronicowe, niejednokrotnie lepsze, niż same opisywane w nich powieści:)


Jeśli także komukolwiek nie odpowiada mój gust czytelniczy:


ZAPRASZAM DO POLECANYCH PRZEZE MNIE BLOGÓW! :)

"Szczypta a-społeczności, spojrzenie na świat nieco inne niż reszta tłumu

Statystyki

POlecanki

Góry ofiarowały nam swoje piękno, które podziwiamy z dziecięcą prostotą i szanujemy jak mnisi myśl o bóstwie. Pomimo tego, iż ZAWSZE zast...

Blog Archive

Góry ofiarowały nam swoje piękno, które podziwiamy z dziecięcą prostotą i szanujemy jak mnisi myśl o bóstwie.

Pomimo tego, iż ZAWSZE zastanawiam się, co skłania ludzi do ryzykowania życia i wspinania się na szczyty (nigdy tego nie skumam i mam na ten temat swoje zdanie, nie nadające się do upubliczniania) - ZAWSZE, albo własnie dlatego, skuszę się na kolejną opowieść tego rodzaju.
I co?
I szału nie ma, kolejny raz...
Mnóstwo szczegółów, na których tylko alpiniści się znają. Monotonia opowieści. Dramatyzm, jak dla mnie mało realny i suchy.

Plusem są liczne zdjęcia, ale w sumie to też monotonne - same ośnieżone szczyty, ujęte z różnych perspektyw...
Nie rozumiem tego hobby i nie ujęła mnie ta opowieść.

MOJA OCENA: 5/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

To moja pierwsza książka. Nie zdawałem sobie sprawy, ile z tym się wiąże pracy. Zdarzały się chwile, kiedy zadanie mnie zwyczajnie przerastało, ale podjąłem się go, ponieważ chciałem – w imieniu tych wszystkich, którzy poszli ze mną – dać świadectwo i opowiedzieć o straszliwej przygodzie i o tym, jak zdołaliśmy ją przetrwać tylko dzięki serii nieprawdopodobnych cudów. Wciąż tak na to patrzę.
Annapurna przedstawia działania ludzi w bezlitosnym uścisku natury i mówi o ich cierpieniach, nadziejach i radościach.
Uznałem, że moim obowiązkiem jest szczerze zrelacjonować, co się wydarzyło, i spróbować – na tyle, na ile potrafię – ukazać ludzki aspekt wyprawy oraz oddać tamtą nadzwyczajną emocjonalną atmosferę.
W związku z tym, że leżę w szpitalu i czeka mnie jeszcze długie leczenie, każde słowo tej książki zostało przeze mnie podyktowane.
Podstawę narracji stanowią oczywiście moje wspomnienia. Jeśli przytoczone fakty są obszerne i dokładne, zawdzięczam to dziennikowi wyprawy, który skrupulatnie prowadził Marcel Ichac – ten kluczowy dokument pisany był często na bieżąco, w chwili, gdy coś się działo. Korzystałem, jak tylko mogłem, z prywatnego dziennika Louisa Lachenala, a pozostałe szczegóły uzupełniali wszyscy moi przyjaciele z wyprawy. Annapurna jest zatem dziełem całego zespołu.
Tekst, często bardzo potoczny, poprawił i nadał mu kształt mój brat Gerard Herzog, świadek nie tylko moich najwcześniejszych górskich zachwytów, ale w zasadzie pierwszych życiowych doświadczeń. Gdybym nie mógł polegać na jego wprawnej ręce, gdybym nie ufał jego decyzjom i gdyby nie codzienne słowa zachęty, wątpię, czy kiedykolwiek bym zdołał zakończyć tę pracę.
Nazwisko Roberta Boyera, który tak wiele zrobił dla naszej wyprawy, nie pojawia się w tej książce, a jednak jego przyjaźń i zrozumienie okazały się balsamem w najciemniejszych godzinach.
W Tansen, 11 kwietnia 1950 roku. Stoją, od lewej: Lachenal, Couzy, Schatz, Oudot, Terray, Herzog, Noyelle i Szerpowie – Pansy, Sarke, Adjiba, Aila, Dawa Tondup. Siedzą, od lewej: Rébuffat, Ichac oraz Szerpowie – Phu Tharke, Ang Tharke i Angawa.
Każdy z dziewięciorga członków ekspedycji będzie miał niejeden powód, aby docenić tę relację. Razem wlekliśmy się z mozołem, cieszyliśmy się i cierpieliśmy. Mam płomienne życzenie, aby naszą dziewiątkę, którą połączyło spoglądanie śmierci w oczy, przez całe życie łączyły braterskie więzi.
Przekraczając nasze ograniczenia, sięgając poza granice ludzkiego świata, poznaliśmy coś z jego prawdziwego piękna. W najgorszych chwilach udręki wydawało mi się, że odkryłem głębokie znaczenie istnienia, którego dotychczas nie byłem świadomy. Zrozumiałem, że lepiej być lojalnym niż silnym. Na ciele noszę znamiona naszej gehenny. Zostałem uratowany i zdobyłem wolność. Ta wolność, której nigdy nie stracę, dała mi pewność i spokój spełnionego człowieka. Dała mi rzadką radość kochania tego, czego niegdyś nie doceniałem. Rozpoczęło się dla mnie nowe, wspaniałe życie.
W tej opowieści nie tylko relacjonujemy nasze przygody, ale też dajemy świadectwo; zdarzenia, które wydają się czasem pozbawione sensu, często mają głębokie znaczenie. Nie ma innego uzasadnienia dla l’acte gratuit.

Maurice Herzog
Hôpital américain de Paris

***
Międzynarodową sławę przyniosło mu pierwsze wejście na szczyt Annapurny, dokonane wraz z Louisem Lachenalem w dniu 3 czerwca 1950. Zdobycie Annapurny będące jednocześnie pierwszym wyjściem na ośmiotysięcznik wywołało sensację, przez co Herzog pozostawał najbardziej znanym wspinaczem na świecie do czasu zdobycia Mount Everestu przez Edmunda Hillarego i Tenzinga Norgaya w 1953. Pierwsze wejście na Annapurnę zostało opisane przez Maurice Herzoga w książce zatytułowanej Annapurna.




  

Bardzo dobry, hermetyczny horror - nawiedzony las, klątwy i klaustrofobia.

Młode małżeństwo. Ona w ciąży. Zaplanowana podróż do rodziny.
Niezaplanowany skrót przez las, który okazał się... przedsionkiem do piekła. 

I tu zaczyna się TAJEMNICA.

Gdzie zaginęło młode małżeństwo?
Czy medium rozwiąże tą przerażającą zagadkę???

Polecam - prawdziwa przerażająca perełka!

Okładka tragiczna - to jedyny minus tej książki (zupełnie nie oddaje klimatu opowieści... No, może tylko ta chata w tle;))


MOJA OCENA: 9/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!



Część I


1.Rok 2026 – spotkanie


Kiedy pojawiła się w drzwiach mego domu, na początku nie potraktowałam jej poważnie – kto poważnie potraktowałby około dwunastoletnią dziewczynę? Wieczorem tego samego dnia, traktowałam ją już jednak nad wyraz autentycznie.

Ta dziewczyna, i jej historia, wywarły na mnie tak ogromny wpływ, iż wciąż nie potrafię o niej zapomnieć – a minęło już od tamtej pory kilka miesięcy. Śnię i myślę o niej. Mam ją ciągle przed oczami. Nie wiedząc o tym, stała się ważnym elementem mego życia. Czy każdy, kto napotkał ją na swej drodze, odczuwa to samo co ja? Czy tylko ci, którzy poznali ją głębiej? A ja poznałam – niestety. Nie mam jednak (tak naprawdę nigdy nie miałam, i wiem, że mieć nie będę) odwagi spotkać się z nią ponownie, by porozmawiać. Wyjaśnić pewne fakty. Lepiej ją zrozumieć. Pragnę wymazać ją z pamięci – nie utrwalić.

Zważywszy na jej wiek, nic dziwnego, że nie zadzwoniła wcześniej, aby umówić się na spotkanie – tak, jak robili to wszyscy zainteresowani moimi usługami. Pewnie od razu odłożyłabym słuchawkę, sądząc, że to jakiś kolejny szczeniacki żart. W ogłoszeniach w czasopismach fachowych umieszczam tylko numer telefonu, a z klientami spotykam się wyłącznie w neutralnych miejscach. Nigdy nie mieszam życia zawodowego z osobistym. Taką mam zasadę. W moim fachu inaczej się nie da, jeśli nie chce się postradać zmysłów.

Pierwszym moim pytaniem, jakie zadałam, było więc, skąd zna mój adres. W odpowiedzi wyciągnęła dwa banknoty po sto euro i powiedziała, że jeśli okażę się tym, za kogo się podaję, to dostanę dziesięć razy tyle. Dwa tysiące euro to gaża, jakiej raczej się nie otrzymuje w mojej profesji za jedno zlecenie. Połakomiłam się, kto by odmówił… Potrzebowałam pieniędzy. Interesy nie szły ostatnio zbyt dobrze. Starzy klienci stawali się coraz biedniejsi, a nowych jakoś mi nie przybywało w imponującym tempie. Nic dziwnego, przy konkurencji telefonicznych naciągaczy żaden prawdziwy fachowiec nie ma szans. Zapytałam zatem, co chce, abym zrobiła. Odpowiedziała, abym na dobry początek ubrała się, gdyż czeka nas długa droga. Na wszelki wypadek miałam zabrać ze sobą rzeczy na dwa dni.

Spakowałam zatem standardowy, przy tego typu wyprawach, zestaw podróżny i dosłownie po kilku minutach zameldowałam się do jej dyspozycji. Nieletnia od razu przeszła do rzeczy. Interesowało ją, czego potrzebuję, bym mogła opowiedzieć o zdarzeniach dotyczących pewnych osób, które miały miejsce szesnaście lat temu. Odpowiedziałam, że wystarczą rzeczy osobiste należące do tych ludzi. Najlepiej te, które były „świadkami” interesujących ją zdarzeń – miałam na myśli ubrania, biżuterię, cokolwiek. Bardzo dobrze byłoby, gdyby zaprowadziła mnie również w miejsca bezpośrednio powiązane ze wspomnianymi wydarzeniami. W pomieszczeniu odbiór będzie najmocniejszy. Oznajmiła mi, że z tym nie będzie problemu. Następnie ruszyła klatką schodową w dół. Poszłam za nią – a raczej za gażą, jaką oferowała.

Dziewczyna nie wyróżniała się jakoś szczególnie ubiorem. Niebieskie dżinsy, czarne tenisówki i czerwona sportowa bluza. Urodę miała już jednak nieprzeciętną. Nie powiedziałabym, żeby była jakoś szczególnie piękna; była raczej intrygująca: blada, prawie biała cera (co w kontekście przemijającego bardzo upalnego lata świadczyło, iż unikała słońca jak ognia), proste długie czarne włosy… i te oczy: wielkie, czarne i przenikliwe. Uwielbiam ten typ urody, wyraz twarzy i zachowanie mówiące: wiem więcej, niż ci się wydaje – ale to tajemnica.

Wyszłyśmy przed kamienicę. Poranne wrześniowe słońce oblewało budynki przy Francuskiej. Spojrzałam ponad ich dachy – zapowiadał się piękny dzień. W sam raz na wycieczkę poza Warszawę. Dziewczyna przeszła na drugą stronę ulicy i podeszła do mocno leciwego srebrnego samochodu terenowego. Przywołała mnie gestem ręki i zajęła miejsce od strony pasażera. Dopiero zbliżając się do pojazdu, zauważyłam siedzącego za kierownicą mężczyznę. Nie była więc sama. A czego się, głupia, spodziewałam? Tego, że uda mi się wykorzystać naiwność dzieciaka i załatwię sprawę szybko, bez zbytniego zaangażowania z mojej strony? Nie za taką kwotę – mogłam się spodziewać, że musi za tym stać ktoś jeszcze. Dwa tysiaki na ulicy ot tak sobie nie leżą.

Gdzie jedziemy, zapytałam, zaraz jak tylko usiadłam na tylnym fotelu. Mężczyzna, lustrując mnie w tylnym lusterku, oznajmił, że oni wiedzą gdzie, ale to ja, jeśli rzeczywiście jestem tym, za kogo się podaję, mam ich tam pokierować. Dziewczyna zapytała mnie podejrzliwie, czy coś czuję, dostałam bowiem to, czego chciałam. Nie zrozumiałam. Już miałam zapytać, o co jej chodzi, kiedy nagle przed moimi oczami pojawił się pierwszy, słaby jeszcze obraz. Ten samochód – to on był jednym z portali. Dotknęłam bojaźliwie zagłówka fotela kierowcy. Moja mocodawczyni uspokoiła się, widząc nagłą zmianę w moim zachowaniu – wiedziała, że „podjęłam trop”. Zakomunikowała, iż chcą, abym mówiła im wszystko, czego doświadczam. Każdy wyraz, zdanie i scena były dla nich niezwykle istotne. Posiadali już wiele informacji o interesującej ich sprawie, więc bardzo szybko mieli zweryfikować prawdziwość mojej relacji. Czułam, że mężczyzna, w przeciwieństwie do dziewczyny, był do mnie bardzo sceptycznie nastawiony. To on zapytał mnie chłodno, czy jestem gotowa. Skinęłam głową. Podał mi fotografię, oznajmiając, że to oni: Karol i Amanda Matlak. Przechwyciłam zdjęcie i kiedy tylko objęłam je wzrokiem, obrazy pojawiły się przed moim oczami. Żywe, silne jak nigdy wcześniej. Moje ciało astralne udało się w podróż.

Zaczęłam mówić (...)

***
Wyrusz w przeszywającą ciało i umysł podróż oczami kobiety-medium!

Pomimo że jest ona osobą doświadczoną w tego typu zadaniach, która niejedno przeżyła i widziała, zlecona sprawa okaże się tak niesamowita i nieprawdopodobna, że przerazi nawet ją. Razem podążycie tropem zaginionego przed wielu laty młodego małżeństwa, Karola i Amandy Matlak, bohaterów wierzących w dwa odrębne światy – realny oraz ­nadprzyrodzony.

Osamotnieni, zagubieni i wystraszeni wspólnie z medium przeżyjecie projekcje ich podświadomie zduszonych lęków oraz pragnień. Czyj obraz świata w ostatecznym rachunku wydawać się będzie prawdziwszy? Racjonalizm Karola czy transcendencja Amandy? A przede ­wszystkim – którą wersję wybierzesz TY?


"To miasteczko duchów i zabobonów. Są tu Schody Diabła i Skała Wężowego Jęzora, i Strumień Abbadona, który porwał całą rodzinę podczas potwornej powodzi w 1916 roku. A wyżej, za strumieniem, na skraju miasteczka, rozciąga się obszar zwany Barrowfields, Pola Kurhanów, gdzie z niewyjaśnionych powodów nie rośnie nic poza płożącym się mchem pokrywającym skały i skamieniałe pniaki, które bardziej łatwowierni mieszkańcy biorą za nagrobki z zamierzchłych czasów. Inni mówią, że tysiąc lat temu wielki podmuch wiatru przybył znad gór i wyrwał z gleby drzewa i poniósł ze sobą wszelką dobroć, żeby już nic nie mogło tu znowu wyrosnąć. Niemal wszyscy uważają, że to ziemia przeklęta."

Bardzo magnetyzująca, rasowa, SOCZYSTA i na poziomie lektura o miłości syna do ojca. Głównie. Ale nie tylko. 

Świetny klimat, bardzo dobrze przedstawione uczucia, bardzo obrazowo i wyczerpująco. Cała historia ma swoje wzloty i upadki (pierwsze 3 części rewelacyjne, potem troszkę nudnawy spadek formy), ale generalnie - kawał DOBREJ literatury o życiu, o porażkach i sukcesach, o ulotnych chwilach uniesień i spełnienia. Ale głównie o porażkach raczej...

Polecam.

MOJA OCENA: 8/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!




Prolog

Biurko stoi nietknięte, tak jak je pozostawił. 
Kruk, czy co to tam jest, wciąż wisi na ścianie. Wolfe. Poe. Chopin. Pierwsze wydanie Obcego, z ceną wyciętą z obwoluty, wytartymi krawędziami i przekrzywionym grzbietem. 
Pierwsze wydanie "Spójrz ku domowi, aniele", z autografem autora, które cenił bardziej niż jakąkolwiek inną książkę. 
Pierwsze wydanie Tales of Mystery and Imagination podpisane przez Harry’ego Clarke’a krwistoczerwonym atramentem. 
Biblia Króla Jakuba, w czarnej skórzanej oprawie. 
Trzy świece; kaskady stopionego wosku. 
Butelka absyntu marki Hill’s, pusta. Dwie butelki wódki, puste. Butelka hiszpańskiego wina, również pusta. Zapałki w tekturowej książeczce. Lampa, bez żarówki. Pięćdziesiąt jeden dzienników, gęsto zapisanych. Strona tytułowa nieopublikowanej powieści z adnotacją po łacinie. 
Dziewięć lat nagromadzonego kurzu i garstka zdjęć, które musiały coś dla niego znaczyć. 
Otwieram Obcego, żeby przeczytać dedykację, którą sam napisałem. Przewracam stronę i spoglądam na pierwszy wers książki: „Dzisiaj umarła mama”. 
Zaczynam rozumieć

(...)

A tu fragment, który moim zdaniem, oddaje cały klimat i charakter tej opowieści...


Rankiem słyszysz nieustające pianie koguta, które napływa z odległej doliny. Idziesz samotną gruntową drogą wzdłuż taniego płotu z drutu kolczastego, nierównego, z kołtunami z grzywy czy ogona konia zaczepionymi o kolce; lepka trojeść w rowie, marchew zwyczajna rosnąca wśród wysokiej trawy i koniczyny., a przy drodze stoi drzewo surmii i dzika jabłoń, i dereń starszy od ciebie.
Wieczorem ciemność osiada wcześnie na ziemi, podczas gdy słońce chowa się za górami, a przenikliwy wiatr zrywa się do lotu. Dźwięki ostatnich przejeżdżających samochodów rozpływają się w nicość, a strumień za domem płynie jak woda w klepsydrze. A gdy jesień zostaje zastąpiona przez zimę i niebo jest białe od rana do nocy i pierwszy śnieg zaczyna sypać z bladych niebios, życie i nadzieja są w odwrocie.

Jest smutek w Old Buckram. Bezbarwność, która żyje w dalekich północno - zachodnich górach. Jest bezruch, jakiego nie doznałem w żadnym innym miejscu na świecie. Zawsze tam jest, czając się tuż za fasadą zgiełku i tumultu dnia. A jednak bezruch ten nie niesie ze sobą pocieszenia. Nie jest to senny spokój, który ogarnia świat, gdy ziemia odwraca się od słońca i wszystko, co żywe, znajduje schronienie i ciepło, i sen. Nie, to jest bezruch niepokoju. Przerażająca cisza nicości i samotności.

Z dowolnego miejsca w górach dojrzysz białe mgły wznoszące się i kłębiące nad dolinami; całe rzędy geometrycznie doskonałych choinek pokrywają zbocza wzgórz; niegdyś zielone góry na pierwszym planie przybierają błękitny odcień we wspaniałej oddali. Zobaczysz pozbawione liści drzewa drżące w niewidzialnym zimowym wietrze. Poczujesz zapach dymu drzewnego z tak wielu odległych ognisk. Zobaczysz poryte koleinami drogi i martwą trawę na podwórzach. I zobaczysz stado kruków szukających pożywienia na pozbawionym życia polu. Ale wszystko to zobaczysz w bezruchu.

Jesteś sam w tym miejscu. Każdy, kto przeżył tu więcej niż jedną zimę, wie o tym aż za dobrze. Nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle tu wróciłem. Chyba człowiek nigdy nie może tak do końca opuścić danego miejsca.

(...)
***

Kunsztowna, wielowątkowa opowieść o dojrzewaniu, przywodząca na myśl klasyczne utwory Thomasa Wolfe’a i Williama Styrona. Phillip Lewis to wyrazisty nowy głos w amerykańskiej beletrystyce.

Tuż przed narodzinami Henry’ego Astera jego ojciec – człowiek o wyrafinowanych ambicjach literackich – w towarzystwie młodej ciężarnej żony niechętnie powraca do małego miasteczka w Appalachach, gdzie spędził dzieciństwo oraz młodość, i osiedla się wraz z rodziną w ogromnym, złowieszczym domu ze szkła i żelaza, przycupniętym wysoko na zboczu góry. To tam mały Henry dorasta, godzinami przesiadując w gabinecie swego błyskotliwego ojca. Jednak gdy tragedia wpędza mężczyznę w głęboką depresję i skłania go do odejścia, jego pozbawiony złudzeń syn również ucieka z posępnej rezydencji i latami unika powrotu do rodzinnych stron, zanim zrozumie, że i on musi wrócić do swoich korzeni.













Moja ukochana powieść czasów młodości;)

I choć lepiej ją się czytało, niż obecnie, to jednak należy ona do podstawowej kategorii must read miłośników nie tylko grozy i horroru, ale także fantasy i mystery:)


POLECAM!

MOJA OCENA: 10/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!



Część I - Jack Rusza w drogę

Rozdział pierwszy - Hotel Alhambra

1

Piętnastego września 1981 roku Jack Sawyer stał w miejscu, gdzie woda stykała się z lądem, i z rękami w kieszeniach spoglądał na nieruchomy Atlantyk. Jack miał dwanaście lat i był wysoki jak na swój wiek. Morska bryza zdmuchiwała jego długie włosy znad ładnych, płowych brwi. Stał w tym miejscu, przepełniony niejasnymi i bolesnymi uczuciami, towarzyszącymi mu stale przez ostatnie trzy miesiące - od czasu gdy jego matka zamknęła dom na Rodeo Drive w Los Angeles i po wszystkich problemach związanych z przeprowadzką wynajęła apartament przy Central Park West. Z tego mieszkania uciekli do spokojnego miasteczka letniskowego na wybrzeżu New Hampshire. Ład i porządek znikły z życia Jacka. Jego życie wydawało się tak zmienne i nieopanowane jak wznoszące się przed nim fale. Matka woziła go po świecie, przerzucała z miejsca na miejsce - ale co nią kierowało?

Ona ukrywała się - uciekała.

Chłopiec odwrócił się i rozejrzał po pustej plaży, najpierw w lewo, następnie w prawo. Po lewej znajdowało się wesołe miasteczko Arcadia - park wypoczynkowy, w którym roiło się od ludzi od Dnia Pamięci do Święta Pracy. Teraz było jednak ciche i opustoszałe - jak serce pomiędzy uderzeniami. Stroma kolejka na tle matowej powłoki chmur przypominała ogołocone rusztowanie, pionowe słupy i skośne wsporniki kojarzyły się ze szkicem stworzonym pociągnięciami węgla. Jack miał w miasteczku przyjaciela, Speedy’ego Parkera, ale nie potrafił o nim teraz o nim myśleć. Po prawej stronie stał hotel o dumnej nazwie Alhambra Inn and Gardens - Zajazd i Ogrody Alhambra. Do niego właśnie wracały nieodparcie myśli chłopca. W dzień przyjazdu wydało się mu przez chwilę, że nad urozmaiconym mansardami dwuspadowym dachem dostrzega tęczę - swego rodzaju omen, zapowiedź lepszej przyszłości. Żadnej tęczy jednak nie było. Pochwycony w szpony wiatru kurek obracał się z prawa na lewo i z powrotem. Jack wysiadł z wynajętego samochodu, nie zwracając uwagi na niewypowiedziane pragnienie matki, by zrobił coś z bagażami. Podniósł głowę. Nad kręcącym się mosiężnym kurkiem rozpościerało się tylko martwe niebo.
- Otwórz bagażnik i wyciągnij torby - zawołała do niego matka. - Stara, złamana przez życie aktorka chciałaby się zameldować i pójść na drinka.
- Porządne martini - odparł Jack.
- Powinieneś powiedzieć: “Wcale nie jesteś stara”. - Matka z wysiłkiem wstała z fotela kierowcy.
- Wcale nie jesteś stara.

Spojrzała na niego z iskrą w oku - przebłyskiem dawnej, gotowej urwać diabłu głowę Lily Cavanaugh, po mężu Sawyer, przez dwa dziesięciolecia królowej filmów klasy B. Wyprostowała plecy.
- Będzie nam tu dobrze, Jacky - powiedziała. - Tutaj wszystko się ułoży. To dobre miejsce.
Mewa zatoczyła koło nad dachem hotelu. Przez sekundę Jack miał nieprzyjemne wrażenie, że to kurek zerwał się do lotu.
- Na jakiś czas oderwiemy się od telefonów, prawda?
- Pewnie - odparł Jack.
Matka chciała ukryć się przed wujem Morganem - pragnęła uniknąć dalszych kłótni z partnerem w interesach zmarłego męża. Miała ochotę zaszyć się w łóżku z porządnym martini i naciągnąć sobie pościel na głowę...
Mamo, co się z tobą dzieje?
Wszędzie było za dużo śmierci. Świat w połowie składał się ze śmierci. Mewa zakrzyczała nad ich głowami.
- Andelay, dzieciaku, andelay*[* Zawołanie Speedy’ego Gonzalesa z “Królika Bugsa”.] - powiedziała matka. - Chodźmy do Wielkiego Dobrego Hotelu.
W tym momencie Jack pomyślał: Jeśli naprawdę zrobi się niewesoło, to przynajmniej możemy zawsze liczyć na pomoc wujka Tommy’ego.
Wujek Tommy jednak już nie żył - po prostu wiadomość o jego śmierci wciąż jeszcze do nich nie dotarła.

2

Hotel Alhambra wznosił się nad wodą. Wielki, wiktoriański gmach na gigantycznych granitowych blokach, zdających się zlewać z niskim przylądkiem - granitowym obojczykiem wystającym z paru skąpych mil wybrzeża New Hampshire. Dekoracyjne ogrody po stronie lądu były ledwie widoczne z plaży, gdzie stał Jack; dostrzegało się jedynie ciemnozielony skrawek żywopłotu. Mosiężny kurek sterczał na tle nieba, wskazując zachód-północny zachód. Tablica w holu głosiła, że właśnie tutaj w 1838 roku Północna Konferencja Metodystów urządziła pierwszy z wielkich wieców na rzecz zniesienia niewolnictwa, na którym Daniel Webster wygłosił ognistą, natchnioną przemowę. Według tablicy Webster powiedział: “Wiedzcie od dzisiejszego dnia, że niewolnictwo jako amerykańska instytucja poczęło chorować i wkrótce będzie musiało obumrzeć we wszystkich naszych stanach i terytoriach powierniczych”.

3

Tak oto wyglądał ich przyjazd w minionym tygodniu - tego dnia, w którym skończyły się miesiące udręki w Nowym Jorku. W Arcadia Beach nie było wynajętych przez Morgana Sloata prawników, wyskakujących z samochodów i wymachujących papierami, które trzeba było podpisać, by następnie je złożyć w odpowiednich urzędach. W Arcadia Beach telefony nie wydzwaniały od południa do trzeciej nad ranem (wuj Morgan najwidoczniej zapominał, że mieszkańcy Central Park West nie żyli według kalifornijskiego czasu). W istocie w Arcadia Beach telefony nie dzwoniły w ogóle.
Podczas jazdy do tego niewielkiego miasteczka wypoczynkowego matka cały czas koncentrowała uwagę na drodze. Jack dojrzał na ulicach tylko jedną osobę - starego szaleńca, nieuważnie pchającego chodnikiem pusty wózek na zakupy. Nad nimi rozpościerała się matowa, szara powała - wzbudzające niepokój niebo. W całkowitym odróżnieniu od Nowego Jorku tu słyszało się jedynie miarowy szum wiatru, zawodzącego na opustoszałych ulicach, które wyglądały na zbyt szerokie, ponieważ nie tłoczyły się na nich samochody. Pełno było pustych sklepów z tabliczkami w oknach: OTWARTE TYLKO W WEEKENDY lub jeszcze gorzej: DO ZOBACZENIA W LIPCU! Na ulicy przed Alhambra, ujrzeli sto wolnych miejsc do parkowania, a w sąsiadującej z hotelem herbaciarni Arcadia Tea and Jam Shoppe stały puste stoliki.

A obszarpani, starzy szaleńcy pchali wózki opustoszałymi ulicami (...)

***

Jack Sawyer, dwunastoletni syn chorej na raka aktorki, wyjeżdża wraz z nią z Kalifornii do opustoszałego miasteczka letniskowego w New Hampshire. Jack nie chce dopuścić do świadomości choroby matki. Poznaje starego Murzyna, dozorcę wesołego miasteczka, który ujawnia mu zdumiewającą prawdę. W równoległym do naszego świecie, zwanym Terytoriami, Dwójniczka jego matki, Laura DeLoessian, również jest śmiertelnie chora. Tylko Jack może uratować obydwie kobiety – jeśli pójdzie na drugi koniec kontynentu, gdzie w groźnym, pełnym zła czarnym hotelu znajduje się Talizman o uzdrawiającej mocy. Jack rusza więc na heroiczną wyprawę przeskakując między dwoma światami, przeżywając niesamowite przygody, poznaje wrogów i przyjaciół. Przede wszystkim jednak dorasta i staje się godnym Talizmanu. Jego wyprawa ma jeszcze bardziej doniosłe znaczenie, niż sobie pierwotnie wyobrażał.



Cykl Talizman (tom 1)













Kto chce zostać mecenasem w kręgach grozy?!
Jest AKCJA - czas na REAKCJĘ!

Tomasz Bartosiewicz, autor rewelacyjnej powieści grozy Lichwiarz - zaprasza!

**********************************************************************
Wydajmy razem zbiór opowiadań grozy!

Witam wszystkich! Chciałbym przedstawić Wam swoje najnowsze dzieło - "Siódmą stację"

To zbiór "sześciu i pół" opowiadań grozy upiętych w niecodzienną, elegancką formę ;) Znajdziecie tu opowieści o demonach i szaleństwie, historie spędzające sen z powiek, jak i takie, które sprawią, że będziecie się oglądać za siebie ;)

Niestety nie jestem w stanie wydać tej książki samodzielnie i tu proszę Was o pomoc. Ruszyła kampania crowdfundingowa na platformie Polak Potrafi. Na wspierających czekają intrygujące nagrody od egzemplarza podpisanego własnoręcznie przez autora, przez zamieszczenie nazwiska wspierające w zbiorze, aż po... możliwość wystąpienia w następnym opowiadaniu ;)

Jeśli nie możecie wesprzeć projektu, prosiłbym o udostępnienie tego posta tam, gdzie tylko dacie radę! Każde wsparcie jest na wagę druku!

Czas mamy do 7 lutego 2018 roku. Jeśli do tego dnia nie zbierzemy całej kwoty to wszystko przepadnie. Wy w takim wypadku nie ponosicie ryzyka, bo każda wpłata jest zwracana w razie niepowodzenia kampanii ;)



KLIKNIJ ZDJĘCIE!







"Są takie chwile, gdy ważniejsze jest podjęcie decyzji niż sama decyzja"

Bardzo mocne 8 za bardzo zaskakująco dobry zbiór opowiadań!

Szerokie spektrum - od fantasy, poprzez grozę, horror, sci - fi i humor:) Czuć luz i duży dystans w tych historiach i może dzięki temu czyta się je lekko i z wielką przyjemnością:)
Wieje różnorodnością i klimatem, w każdym opowiadaniu innym i zaskakującym.
I pomimo że nie znoszę opowiadań - te połknęłam z zaskoczeniem i dziką rozkoszą XD

I tylko ta okładka... ZUPEŁNIE nie oddaje klimatu.


Spis treści:
1. Sklepik z zabawkami
2. Wszystko dobre, co się dobrze kończy (MOJE ULUBIONE xd)
3. Póki śmierć nas nie rozłączy
4. Podwójne życie
5. Krąg de Berville’a
6. Fort na wzgórzu
7. W labiryncie
8. Diabeł na rozstajach
9. Zbudź się
10. Posłowie

POLECAM!!!

MOJA OCENA: 8+/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!



Sklepik z zabawkami


Wciąż pamiętam ten dzień, wiele lat temu, kiedy po raz pierwszy ujrzałem pana Kawkę. Był szósty czerwca, sobota. Powietrze rozedrgane od gorąca stało między szarymi monolitami bloków. Wokół Wzgórza Partyzantów ścielił się upajający zapach zdziczałego jaśminowca.
Bawiliśmy się pośród gruzów Dworca Głównego w chowanego, gdy Pablo przybiegł powiedzieć nam, że przed mój blok zajechał obcy.
– Rudy, jakiś obcy stoi pod twoim blokhauzem – oznajmił podekscytowany. – Mus wam go zobaczyć, chłopaki. Ma osła i wóz, a na wozie chyba z tonę fantów.
Wszyscy mieliśmy już dość skwarzącego słońca, poza tym zabawa w chowanego nieco się nam znudziła. Właściwie to byliśmy już na nią za starzy, ale w wojnę rodzice nam się nie pozwalali bawić – jak jednego razu Papa nas przyłapał na strzelaniu z kijków, to tak mi złoił skórę, że przez trzy dni jadałem na stojąco. Poszliśmy więc z Pablem: ja, Szymek, Lewy i Petarda.
Opuściliśmy krzaki porastające ruiny, minęliśmy ciąg walących się kamienic przy Piłsudskiego i skryliśmy się w cieniu rzucanym przez mój blok. Budynek jako jedyny w okolicy nie padł ofiarą bomb i pożarów, tylko na parterze porozbijane szyby szczerzyły z futryn brudne, ostre kły.
Wóz obcego przycupnął na rogu. Zaprzężony osioł skubał jakieś zielsko wyrastające spomiędzy potrzaskanych płyt chodnika. Fura była nieduża, drewniana, z dachem w kształcie kołyski obróconej do góry nogami i czerwonymi drzwiczkami. Na ściance napisano zielonym sprayem: ZABAWKI PANA KAWKI. Pojazd stał po naszej stronie, naprzeciw cukierni, gdzie umieszczony przed wejściem agregat warczał nisko, niby zazdrosny kundel. Po przekątnej, na placyku obok opuszczonej apteki, w dni powszednie parkował beczkowóz.
– Gdzie ten twój obcy? – zapytał Petarda. Jak go znam, już dumał, czyby się nie zakręcić wokół niepilnowanego wehikułu i nie podprowadzić kilku fantów.
– Był tu przed chwilą... o, tam idzie!
Mężczyzna wyłonił się zza rogu. Nieduży był z niego człowieczek, niepozorny, tylko brodę miał długą i gęstą, barwy grafitu. Na głowę nasadził wytarty melonik, na nos okulary w okrągłych oprawkach, takie fikuśne, z podnoszonymi czarnymi szkłami, a w usta wetknął fajkę na długim ustniku. Akurat popatrzył w naszym kierunku i pomachał do nas.
– Faktycznie jakiś dziwny – zauważył Lewy. – Ale osła ma prima sort.
– Ciekawe, co go tu przywiało – włączył się Szymek.
Obcy skończył palić, wystukał resztki z fajki na popękany asfalt. Później ruszył w naszą stronę, a my czekaliśmy, zafascynowani, rozbawieni, przerażeni.
– Cześć, chłopcy – powiedział sklepikarz. Miał ciepły głos. – Nie chce któryś popilnować mojego dobytku i zarobić paru groszy?
Może i nie jestem zbyt lotny – pastor Ebner w chwilach belferskiego zwątpienia twierdził, że widywał martwe gołębie z większym potencjałem poznawczym – ale refleks zawsze miałem przedni. Zgłosiłem się jako pierwszy, a sklepikarz wyszczerzył do mnie żółte zęby.
Tak się to wszystko zaczęło.

***
To nie jest zwyczajny sklepik, nie znajdziesz w nim zabawek reklamowanych w telewizji. W jego ciemnym, dusznym wnętrzu podejrzane typy przemykają chyłkiem, rozmawiają przyciszonymi głosami, a na przypadkowych przybyszy spoglądają spode łba. Rozejrzyj się, skoro tak bardzo chcesz, ale zaufaj mi, nie znajdziesz tutaj gadającej lalki dla swojej siostrzenicy ani klocków Lego dla młodszego brata. Możesz za to trafić na mapę świata, gdzie między Rosją a Niemcami leży tylko placek ziemi niczyjej. Znajdziesz tu miecz pamiętający czasy Celtów i papierzyska gęsto zadrukowane runami na gnomich automatach, i sześciostrzałowy rewolwer, za pomocą którego zabito kiedyś Minotaura. Jest tu akustyczna gitara z łapą diabła odbitą na cienkim drewnie pudła, a także twardy dysk, w którym pomieszkuje wyjątkowo #cenzura# sztuczna inteligencja... Racja, to wcale nie są zabawki. Bo to właśnie taki sklepik – nie sprzedajemy w nim zabawek. My tu sprzedajemy opowieści.






Rewelacyjna powieść, pomysł wampirów energetycznych wprost rozkłada na łopatki!

Jest tu wszystko to, co kocham w pisaninie Simmonsa, a nawet więcej!


Groza. Tajemnica. Zaskoczenie. 

KLIMAT!

Historia zaczyna się w 1942 r. od historii człowieka imieniem Saul Laski, który próbuje przetrwać w obozie zagłady w Chełmnie. Jest zdeterminowany, aby nie dać się porwać złym mocom, ale coś nadprzyrodzonego zmusza go do posłuszeństwa rozkazom Niemców.


Opowieść kontynuuje się sama w 1980 roku, kiedy to odbywa się spotkanie trzech dam - Melanie, Niny i Willi w Charleston w Południowej Karolinie. Omawiają one grę, która wymaga użycia wrodzonej siły, którą one akurat posiadają
Nazywają ją Zdolnością. Służy im ona do przejęcia kontroli nad ludzkimi umysłami. 

"Umiejętności", "Zdolności"...
Nie każdy je posiada.
Nie każdy wie, cóż to takiego.
Można je wykorzystać do całkowitego kontrolowania ludzi z dystansu.
W celu?
Popełnienia jakiegokolwiek czynu - złego lub dobrego.

W tej opowieści jest to czyn zły.

Polecam!

MOJA OCENA: 10/10



PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Prolog

Chełmno

1942

Saul Laski leżał w obozie śmierci wśród umierających i rozmyślał o życiu. Drżąc w ciemności z zimna, przywoływał wspomnienia wiosennego poranka: złote światło muskające grube konary wierzb nad strumieniem, spłachetek białych stokrotek na tyłach kamiennych zabudowań gospodarstwa stryja.

W barakach panowała cisza, z rzadka tylko przerywana chrapliwym kaszlem i ukradkowymi szelestami muzułmanów, żywych trupów, próżno poszukujących odrobiny ciepła w zimnej słomie. Jakiś starzec dostał przeciągłego, spazmatycznego napadu kaszlu zapowiadającego bliski koniec długiej, beznadziejnej walki. Do rana umrze. Nawet jeśli przeżyje noc, nie wyjdzie na poranny apel na śniegu, to zaś znaczyło, że umrze jeszcze przed południem.

Saul skulił się i zasłonił oczy przed światłem reflektora, wciskającym się do środka przez oszronione szyby. Przycisnął się plecami do drewnianego szkieletu pryczy. Drzazgi drapały go po żebrach i kręgosłupie przez cienki materiał koszuli. Nogi zaczęły mu drżeć ze zmęczenia i zimna, nie mógł nad nimi zapanować. Złapał się kurczowo za uda i trzymał tak długo, aż dreszcze ustąpiły.

Przeżyję.

Ta myśl była rozkazem, dyktatem tak głęboko odciśniętym w jego świadomości, że nawet wygłodniałe i owrzodzone ciało nie było w stanie oprzeć się jego sile. Kiedy był dzieckiem, kilka lat wcześniej - całą wieczność wcześniej - jego stryj Mosze obiecał zabrać go na ryby nieopodal swojego domu pod Krakowem. Saul nauczył się wtedy wyobrażać sobie przed snem gładki, owalny kamień, na którym wypisywał dokładną godzinę i minutę, o której zamierzał się obudzić. W wyobraźni wrzucał ów kamień do przejrzystego stawu i patrzył, jak tonie. Zawsze następnego ranka budził się dokładnie o zaplanowanej porze, wypoczęty i rześki; pełną piersią chłonął zimne poranne powietrze i napawał się ciszą przedświtu przez ten krótki czas, zanim przebudzenie jego brata i sióstr zburzyło perfekcyjny nastrój.

Przeżyję.

Zacisnął powieki i patrzył, jak kamień tonie w czystej wodzie. Znów zaczął drżeć na całym ciele i wcisnął się mocniej w nieheblowane deski. Po raz tysięczny spróbował umościć się głębiej w swoim zagłębieniu w słomie. Było lepiej, kiedy dzielił pryczę ze starym panem Szistrukiem i młodym Ibrahimem, ale Ibrahima zastrzelili w kopalni, a pan Szistruk dwa dni temu w kamieniołomie po prostu usiadł i nie wstał - nawet kiedy Gluecks, dowódca straży SS, poszczuł go psem. Staruszek pożegnał się ze współwięźniami wątłym, niemal radosnym machnięciem kościstej ręki pięć sekund przed tym, jak owczarek niemiecki rozszarpał mu gardło.

Przeżyję.

Ta myśl miała w sobie rytm wykraczający daleko poza słowa, poza sam język. Stanowiła kontrapunkt dla wszystkiego, co widział i czego doświadczył podczas pięciu miesięcy obozu. 

Przeżyję. 

Pulsowała światłem i ciepłem, które choć w części równoważyły chłód otchłani, bezdennego dołu, jaki w każdej chwili mógł otworzyć się w nim szeroko i go pochłonąć. Wielki Dół. Widział go na własne oczy. Razem z innymi przysypywał grudami czarnej ziemi ciepłe ciała, niektóre jeszcze nawet się ruszały, jakieś dziecko machało rączką, jakby wierciło się przez sen albo witało się z bliską osobą, która wyszła po nie na dworzec, a oni zrzucali ziemię łopatami i posypywali ciała wapnem z worków tak ciężkich, że nie byli w stanie ich unieść, na skraju dołu siedział esesman, zwiesiwszy nogi swobodnie w głąb Dołu, ręce - białe i miękkie - zaciskał na czarnym metalu pistoletu maszynowego, na chropawym policzku miał przyklejony plaster w miejscu, gdzie zaciął się przy goleniu, zacięcie już się goiło, nagie blade ciała poruszały się słabo, a Saul - z oczami zaczerwienionymi od wapna, którego rozpylony tuman zawisł w powietrzu niczym zimowa mgła - sypał ziemię do Dołu.

Przeżyję.

Skupił się na sile płynącej z tej zapowiedzi i przestał zwracać uwagę na swoje rozedrgane członki. Dwa poziomy wyżej na piętrowej pryczy ktoś szlochał w ciemności. Saul czuł, jak wszy pełzną mu po rękach i nogach w poszukiwaniu źródła dogasającego ciepła.
Zwinął się ciaśniej w kłębek, posłuszny temu samemu imperatywowi, który rządził zachowaniem insektów; zareagował na ten sam bezrozumny, nielogiczny i niepodważalny nakaz trwania.
Kamień tonął coraz głębiej w lazurowej głębi. Balansujący na granicy snu i jawy Saul jeszcze rozróżniał wyrysowane na nim toporne cyfry.

Przeżyję.

Otworzył gwałtownie oczy, gdy kolejna myśl zmroziła go bardziej niż wiatr świszczący w szparach źle oszklonych okien.
Trzeci czwartek miesiąca.
Był prawie pewien, że to jest trzeci czwartek miesiąca, a w trzeci czwartek miesiąca przychodzili oni. Przychodzili, ale nie zawsze. Może tym razem nie przyjdą. Nakrył głowę rękami i jeszcze bardziej skulił się w pozycji płodowej. 

Prawie udało mu się zasnąć, kiedy drzwi baraku otworzyły się z łoskotem. Było ich pięciu - dwóch strażników z Waffen-SS uzbrojonych w pistolety maszynowe, zwykły podoficer wojsk lądowych, porucznik Schaffner i młody Oberst, którego Saul widział po raz pierwszy. Ten ostatni miał bladą, aryjską twarz i blond grzywkę, która opadała mu na czoło.
Snopy światła z latarek ślizgały się po wysokich jak regały piętrowych pryczach. Nikt się nie poruszył. Nocna cisza wydawała się wręcz namacalna, gdy osiemdziesiąt pięć żywych szkieletów wstrzymało oddech. Saul też wstrzymał oddech.
Niemcy weszli na pięć kroków w głąb baraku, poprzedzani falą zimnego powietrza. Ich masywne sylwetki rysowały się wyraźnie na tle otwartych drzwi, skroplone oddechy otaczały ich lodowatą chmurą. Saul prawie całkiem zagrzebał się w resztkach słomy.
- Du! - rozległo się. Promień światła padł na skuloną postać w pasiaku i czapce w paski w głębinach dolnej pryczy, sześć rzędów od Saula. - Komm! Schnell!
Więzień nie zareagował, więc esesmani siłą wywlekli go w przejście pomiędzy pryczami. Saul usłyszał chrobot bosych stóp na deskach podłogi.
- Du, raus!
I jeszcze raz:
- Du!
Naprzeciw potężnych postaci stało już trzech muzułmanów, kruchych i nieważkich jak strachy na wróble. Cała grupa zatrzymała się cztery prycze od Saula, esesmani odwrócili się i skierowali latarki na środkowy poziom prycz. Wyławiane z ciemności czerwone oczy przywodziły na myśl szczury wyzierające z na wpół otwartych trumien.

Przeżyję.

Pierwszy raz zabrzmiało to bardziej jak modlitwa niż rozkaz. Nigdy przedtem nie brali więcej niż czterech z jednego baraku.
- Du.
Człowiek z latarką przesunął się nieco i zaświecił Saulowi w twarz. Saul się nie poruszył. Nie oddychał. Wierzch jego własnej dłoni, zawieszony zaledwie kilka centymetrów nad jego twarzą, wyznaczał w tej chwili granice całego wszechświata. Biała skóra, biała jak u pędraka, obłaziła mu plackami. Włosy na wierzchu dłoni wydawały się całkiem czarne. Wpatrywał się w nie z nabożnym lękiem. W świetle latarki jego ręka stała się niemal przezroczysta, widział kolejne warstwy mięśni, wdzięczny układ ścięgien, niebieskie żyły pulsujące delikatnie w dzikim rytmie bicia serca.
- Du, raus.
Czas zwolnił, zatrzymał się i zawrócił. Całe życie Saula, każda jego sekunda, każda ekstaza i każde banalne, zapomniane popołudnie prowadziły do tej chwili. Tu się przecinały.
Usta Saula rozchyliły się w pozbawionym wesołości uśmiechu. Dawno już postanowił, że nie da się wyprowadzić w mrok; będą musieli zabić go tutaj, na oczach pozostałych. To jedno mógł jeszcze zrobić: narzucić mordercom moment swojej śmierci.

Ogarnął go wielki spokój.

- Schnell!- wrzasnął jeden z esesmanów i razem z drugim doskoczył do niego.
Oślepiony światłem Saul poczuł woń mokrej wełny, w oddechu esesmana rozpoznał słodki aromat alkoholu. Chłodne powietrze owionęło mu twarz. Dostał gęsiej skórki, czekając na dotyk ich szorstkich rąk.
- Nein! - warknął młody Oberst, czarna podobizna człowieka tonąca w powodzi blasku.
- Zurücktreten!
Postąpił krok do przodu, esesmani posłusznie się cofnęli. Dla wpatrzonego w mroczną sylwetkę Saula czas się zatrzymał. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Mgła oddechów zawisła wokół nich w powietrzu.
- Komm! - powiedział półgłosem Oberst. Nie użył rozkazującego tonu, przemówił łagodnie, niemal czule; takim tonem mógłby wołać ulubionego psa albo zachęcać dziecko, by uczyniło pierwszy samodzielny krok. - Komm her!
Saul zgrzytnął zębami i zamknął oczy. Pogryzie ich, kiedy po niego sięgną. Rzuci im się do gardeł. Będzie gryzł, szarpał i rwał żyły i chrząstki, aż będą musieli strzelać, będą musieli otworzyć ogień, będą musieli...
- Komm! - Oberst poklepał się lekko po kolanie.
Saul obnażył zęby w drapieżnym grymasie. Rzuci się na tych jebanych skurwysynów, temu skurwielowi pierwszemu rozszarpie gardło na oczach wszystkich, wyrwie mu, kurwa, bebechy, wypatroszy gnoja...
- Komm!
Wtedy to poczuł. Coś go uderzyło. Żaden z Niemców nie poruszył się nawet o cal, ale coś ze straszliwą siłą uderzyło Saula w nasadę kręgosłupa. Krzyknął. Coś go uderzyło... i weszło w niego.
Uczucie było tak samo bolesne, jakby ktoś wetknął mu nagle żelazny pręt w odbyt - a przecież nikt go nie dotknął. Nikt się do niego nie zbliżył. Krzyknął ponownie, ale jakaś niewidzialna siła zacisnęła jego zęby.
- Komm her, du Jude!
Poczuł to. Coś przemocą wyprostowało mu grzbiet, wprawiło ręce i nogi w spazmatyczne drgawki. Coś było w nim. W środku. Poczuł, jak zaciska mu się na mózgu niczym imadło i ściska, ściska coraz mocniej. Chciał krzyknąć, ale to coś mu nie pozwoliło.
Miotał się na wysypanej słomą pryczy, targany przypadkowymi impulsami nerwowymi.
Zsikał się w spodnie.
Nagle całe jego ciało wyprężyło się i spadł na ziemię. Strażnicy się odsunęli.
- Steh auf!
Plecy Saula wyprostowały się i napięły tak gwałtownie, że mimo woli uklęknął. Jego ręce miotały się i wymachiwały dziko, jak obdarzone własną wolą. Czuł coś w głowie, jakąś lodowatą obecność otuloną ognistą aureolą bólu. Obraz tańczył mu przed oczami.
Wstał.
- Geh!
Usłyszał wybuch śmiechu jednego z esesmanów, poczuł woń wełny i metalu, gdzieś z daleka odbierał dotyk zimnych drzazg pod stopami. Zatoczył się ku wyjściu i rozlewającej się za nim oślepiającej łunie świateł. Oberst spokojnie, bez słowa ruszył za nim, uderzając rękawiczką o udo. Na schodach Saul potknął się i omal nie upadł, lecz podtrzymała go ta sama niewidzialna dłoń, która już wcześniej ścisnęła mu umysł, a teraz rozpaliła wszystkie nerwy ognistymi igłami bólu. Boso, ale nie czując zimna, szedł po śniegu i zmrożonym błocie na czele grupy kierującej się do podstawionej ciężarówki.

Przeżyję, pomyślał Saul Laski, ale magiczny rytm tego słowa został rozdarty na strzępy w obliczu huraganu bezgłośnego, lodowatego śmiechu i woli o wiele potężniejszej niż jego własna (...)


***
Przeszłość
Schwytany w sieć zaplanowanego przez Hitlera „Ostatecznego Rozwiązania” Saul Laski jest jednym z tysięcy skazanych na śmierć w niesławnym obozie zagłady w Chełmnie. Wkrótce jednak wpada w szpony zła o wiele gorszego i starszego niż nazistowskie Niemcy.

Teraźniejszość
Nieliczni wybrańcy posiadają Talent – psychologiczną umiejętność oddziaływania na umysły innych ludzi. Na dorocznych spotkaniach planują nieustającą kampanię rzezi i rozpasania. W tym roku jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem…

Obejmująca parę dziesięcioleci i rozgrywająca się na kilku kontynentach historia zapuszcza się w najmroczniejsze zakamarki historii XX wieku. „Trupia otucha”, stanowiąca jedną z najdoskonalszych prób ożywienia wampirzej legendy, zgłębia naturę ludzkiej skłonności do przemocy i analizuje jej wpływ na naszą przyszłość.







Copyright © Mniej niż 0 - Mini Recenzje | Powered by Blogger
Design by Duan Zhiyan | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com