czwartek, 20 lipca 2017

Czarna Madonna - Remigiusz Mróz

"Nie chcę, ale muszę" - takie miałam podejście do tej książki ze względu na tematykę, która zarówno mnie fascynuje, jak i przeraża.
I jak było w tym przypadku?
Właśnie tak - strach i fascynacja. PIEKIELNIE dobrze napisany horror, błyskawicznie samo się czyta!!!
To moja pierwsza książka pana Mroza, nie miałam więc uprzedzeń - startowałam z czystą kartą:) I cieszę się bardzo, że to przeczytałam, za jednym zamachem!

Mój znajomy Sebastian, na blogu Okiem na Horror napisał, że to nie jest horror, tylko thriller (patrz TU). 
Z TYM JEDNYM SIĘ NIE ZGADZAM, SEBASTIANIE - co do reszty Twojego świetnego postu(latu) - podpisuję się całą mną!:) 
Czarną Madonnę czytałam jako pełnokrwisty horror o opętaniu przez demona (y), a chwilami czytało się ją trochę jak urban fantasy... oj, raczej urban grozę, czyli lekko i z poczuciem humoru:)

Dodam jeszcze, że nienawidzę, serio - N I E N A W I D Z Ę pseudo opinii osób, które nie miały książki w ręku, a płuczą ją ze ściekami... Serio? Aż takie talenta jasnowidztwa w niektórych z nas drzemią?
Moim zdaniem nigdy nie należy skreślać autora, jakiegokolwiek, po przeczytaniu lub obejrzeniu JEDNEGO tylko dzieła. Miałam parę takich przypadków, gdzie książka akurat była masakrycznie denna, a druga wbiła mnie w fotel (albo w wannę XD).

Dlatego - panie Remigiuszu, nie wiem, jak tam z pana poprzednimi opowieściami (po które nie sięgnę tylko i wyłącznie ze względu na to, że to nie moja tematyka), ale jeśli zamierza pan przerzucić się na grozę - jestem z panem na bank:) Strasznie mi się czytało te fragmenty, opisujące ujawnianie się demona, a w trakcie jednego takiego właśnie wyłączył mi się czytnik - ot, tak sobie... i nie, nie rozładował się - po prostu SIEM WZIĄŁ I WYŁĄCZYŁ (czytałam w ciemnej łazience, tylko czytnik rzucał poświatę lekką).... 

Okeeeeey...

Rewelacyjny horror, przypominający mi podskórnie świetny film Rytuał!
POLECAM rekami i nogami!

P.S. Okładka przepiękna!

MOJA OCENA: 8/10

Położyłem się w łóżku z myślą, że nie pośpię długo. Najwyżej się zdrzemnę, na kilkugodzinny sen nawet nie liczyłem. Przypuszczałem zresztą, że poleżę chwilę i senność zniknie. Myśli w zmęczonym umyśle miały idealne warunki, by błądzić. Moje z pewnością z tego skorzystają.
Zanim się zorientowałem, powieki stały się ciężkie. Odpłynąłem w nicość z błogim poczuciem.
Nie wiem, jak długo spałem. Ani czy spałem w ogóle.

Wiem jedynie, że obudził mnie nieznany głos. Głos, który wypowiadał słowa w obcym języku.

Był chrapliwy, głęboki i stłumiony, jakby dochodził zza grubej bariery.
W rzeczywistości dobywał się jednak z moich ust.

Czułem ślinę spływającą z kącików i nie miałem wątpliwości, że jest czarna. Wylewała się ze mnie jak woda z kipiącego garnka. Była spieniona, robiło jej się coraz więcej, przez co słowa stawały się coraz bardziej zniekształcone.
Nie mogłem się ruszyć, byłem jak przykuty do łóżka. Odór, który unosił się w sypialni, zdawał się nie do wytrzymania. Nie wiedziałem, czy mam otwarte oczy, przed sobą miałem jedynie nieprzenikniony mrok.
Czułem, że moje usta się poruszają, krtań drga. Kolejne słowa wypływały zupełnie niezależnie ode mnie, tak jak czarna ślina.
Potrzebowałem chwili, by je zrozumieć. A zaraz potem pożałowałem, że mi się udało.
Et vidi de mari bestiam ascendentem
Obcy głos dźwięczał ponuro w ciemnej, pustej sypialni. Był złowrogi, mroczny i dudnił w nim niepokojący, nienaturalny podźwięk. Usta same układały się do łacińskich słów.
Słów, które znałem zbyt dobrze.
Habentem capita septem, et cornua decem…
Wiedziałem, które fragmenty Pisma Świętego recytuję. Natychmiast zrozumiałem też dlaczego.

Nagle poczułem, jak coś ściska mnie w klatce piersiowej. Serce zabiło mi jak młotem, przejmujący ból rozszedł się gdzieś pod mostkiem, a potem nagle zamarłem. Usłyszałem cichy syk, który dobywał się z mojego gardła.

Odniosłem wrażenie, że po kilkudziesięciu szybkich, mocnych uderzeniach moje serce się zatrzymało. Sycząc, jakby ktoś przypalał mnie żywcem, poczułem skurcze mięśni na nogach i rękach.
Udało mi się unieść głowę na tyle, by zobaczyć, jak skręcają mi się kończyny. Przywodziły na myśl kurczący się, topiony w wysokiej temperaturze plastik. Po chwili znów znieruchomiałem, nie mogłem już poruszyć głową.

Syk przerodził się w kolejne słowa.

Tym razem wypowiadał je nie jeden obcy głos, ale kilka. Nakładały się na siebie, drgały nieprzyjemnym tembrem i było w nich coś szalonego.
Coś demonicznego.
Et super cornua eius decem diademata… – rozległo się. – Et super capita eius nomina blasphemiæ!

Skurcz pojawił się także w mięśniach twarzy. Czułem, że usta układają mi się w szeroki, upiorny uśmiech, jakby ktoś rozciągał mi na bok kąciki. Głowa zaczęła się obracać, a kark strzelił.
Targnęło mną coś nieokreślonego, coś wypływającego jednocześnie z mojej duszy, z jej najmroczniejszych zakamarków, ale także z zupełnie innego miejsca. Odległego. Miejsca, które powinno być niedostępne.
Zwymiotowałem na łóżko.
Potem szarpnęło moją głową w drugą stronę. Przetoczyłem się kawałek i upadłem na podłogę. Poczułem, że odzyskuję kontrolę nad ciałem. Uczucie było przejściowe, ale wystarczyło, bym zrozumiał, że muszę walczyć.

Przypomniałem sobie o medalionie, który mam na szyi. Powinien mnie bronić, powinien zapewnić mi osłonę przed siłami nieczystymi. Charcząc i plując czarną mazią, starałem się uspokoić chociaż na tyle, by zacząć odmawiać „Zdrowaś Maryjo”.

Naraz przemknęło mi przez głowę, że to bezcelowe. Spojrzałem dziś w oczy Czarnej Madonny, nie dostrzegłem w nich gotowości pomocy. Przeciwnie.

Odzyskałem władzę w rękach i natychmiast chwyciłem za pościel, chcąc się podnieść. Pokryta czarnymi wymiocinami kołdra zsunęła się, a ja znów padłem na podłogę. Wydałem z siebie krzyk, głośny i przeraźliwy, aż zdarłem sobie gardło.
Potem poczułem, że robi mi się mokro. Spojrzałem w dół i zobaczyłem plamę rozlewającą się na spodniach od piżamy. Poczułem, że puszczają mi zwieracze, a moje ciało jakby przedśmiertnie wiotczeje.

Sił miałem coraz mniej, ale coś we mnie narastało. Obcy głos. Nie, nie jeden, znów kilka lub kilkanaście. Wszystkie należały do kogoś innego, nie były echem jednego człowieka. Właściwie nie miały nic wspólnego z człowiekiem. Z niczym, co ludzkie.
Et vidi de mari bestiam ascendentem! – ryknąłem wielogłosem.
Potem nagle znieruchomiałem. Poczułem, że kręgosłup wygina mi się w łuk. Zatrząsłem się, obleciało mnie poczucie przejmującego chłodu. Miałem wrażenie, że przenika każdy cal mojego ciała, wgryza się we mnie i sprawia, że zamarzam od środka.
Zrozumiałem, że tracę przytomność. Zanim to się stało, moje usta znów się poruszyły.
Bestiam ascendentem… – powtórzyły głosy. – Bestiam ascendentem…

                                              ***
Kinga potrząsała mną gorączkowo, krzycząc, żebym się ocknął. Otworzyłem oczy i łapczywie omiotłem wzrokiem pokój, nie mogąc uwierzyć, że jeszcze żyję. Był już ranek, promienie słońca wpadały przez niczym nieprzesłonięte okno.
Nabrałem głęboko tchu, nie rozumiejąc, co się stało. W ustach czułem odrażający smak, nieprzypominający niczego, z czym dotychczas miałbym do czynienia.
– Berg!
– Spokojnie…
– Jezus Maria… – jęknęła. – Co tu się stało?
Sięgnąłem do medalika. Spodziewałem się, że cały czas był na miejscu, tyle że po mojej wizycie na Jasnej Górze z jakiegoś powodu stał się bezużyteczny. Nie mogłem go jednak znaleźć. Nie miałem go na szyi.
– Gdzie medalion? – spytałem.
Kinga patrzyła na mnie, ale jakby mnie nie widziała. Nie dotarło do niej też moje pytanie, czemu chyba nie powinienem się dziwić, bo zadałem je chrapliwym szeptem. Miałem wrażenie, jakbym wrócił prosto z meczu ulubionej drużyny, podczas którego dziewięćdziesiąt minut upłynęło mi na wznoszeniu okrzyków.
Spróbowałem się podnieść, ale każdy mięsień w moim ciele zaprotestował. Znów wystąpiły skurcze, teraz jednak znacznie lżejsze. Kinga wciąż zadawała mi kolejne pytania, ale nie miałem zamiaru udzielać odpowiedzi, których i tak nie usłyszy.
Rozejrzałem się. Sypialnia wyglądała tragicznie, jakby mieszkał tutaj najgorszy element społeczny. Na podłodze rozlała się kałuża moczu i rozwolnionego kału, całe łóżko pokrywała czarna bryja. Smród unoszący się wokół zdawał się sprawiać, że powietrze zgęstniało.
Było mi niedobrze, Kindze zapewne też.
Kiedy skończyła zasypywać mnie pytaniami, nie czekając właściwie na wyjaśnienia, pomogła mi się podnieść. Zaprowadziła mnie do łazienki, upierając się, że wezwie karetkę.
– I? – zapytałem. – Co to da?
– Coś zrobią, jakoś ci pomogą, może podadzą…
– Na to nie ma lekarstwa – przerwałem jej. – Przynajmniej nie takiego, które stworzył człowiek.
Pochyliłem się nad umywalką i przez moment zastanawiałem. Nie wiedziałem nawet, od czego zacząć. Od przepłukania ust? Umycia zębów? Opłukania twarzy? Prysznica? Nic, co bym zrobił, nie oczyściłoby mnie z tego, co do mnie przylgnęło.
– Dasz mi chwilę? – zapytałem.
Popatrzyła na mnie, jakby fakt, że spuści mnie z oka na kilka minut, mógł sprawić, że już mnie nigdy nie zobaczy.
– Berg…
– Spokojnie – powtórzyłem. – Nic się nie dzieje.
Nagle jej wzrok zupełnie się zmienił. W oczach pojawiła się bezbrzeżna, wyraźna złość.

– Nic… – zaczęła, rozkładając bezradnie ręce. – Nic się nie dzieje?!

(...)


Boeing 747 irlandzkich linii lotniczych miał wylądować w Tel Awiwie o trzeciej w nocy. Nigdy nie dotarł na miejsce, a kontakt z maszyną utracono gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Na pokładzie znajdowało się 520 osób, w tym narzeczona Filipa, która miała odbyć pielgrzymkę do Bazyliki Grobu Świętego.

Przez pierwsze godziny Filip wierzy, że samolot się odnajdzie. Nic nie wskazuje na zamach, straż przybrzeżna nie odnajduje wraku, a co jakiś czas do kontroli lotów dociera sygnał z transpondera.

Co stało się z boeingiem? Jaki związek ma jego zniknięcie z podobnymi zdarzeniami?
I jakie znaczenie ma obraz Matki Bożej, nazywany Czarną Madonną?

Pierwsze odpowiedzi każą Filipowi sądzić, że niewiedza naprawdę jest błogosławieństwem.





środa, 19 lipca 2017

Drzewo kłamstw - Frances Hardinge

Wyspa. Rodzina. Naukowiec. Śmierć. Magiczne drzewo. Obsesja.
A w tym wszystkim - mała dziewczynka, kontynuująca obłąkańczą misję ojca. 
Polecam tą ociekającą klimatem magiczną przygodę, której atmosfera troszkę przypomina "7 minut po północy" Patricka Ness'a.

MOJA OCENA: 7/10

"Studium domniemanych zalet drzewa mendacity

Pierwszy raz usłyszałem o tak zwanym drzewie mendacity, kiedy byłem w Chinach w roku 1860. Moja wizyta okazała się źle rozplanowana w czasie i kiedy podróżowałem w okolicach Yunnanu, usłyszałem plotki o niedawnych utarczkach między siłami brytyjskimi i chińskimi. Niepewny tego, gdzie mogę spotkać się z wrogim przyjęciem, poszukałem schronienia w wiosce nad rzeką i czekałem na dalszy rozwój wypadków.

Tam przypadkiem zapoznałem się z panem Hectorem Winterbourne'em, przyrodnikiem jak i ja. Był weteranem wielu wykopalisk i właścicielem fantastycznej kolekcji, miłośnikiem różnego rodzaju dziwactw i wynaturzeń. Zadowolony z okazji do rozmowy z człowiekiem wykształconym i moim ziomkiem, spędziłem na konwersacji z nim większą część wieczoru.

Z olbrzymią swadą mówił o swojej ostatniej obsesji - o roślinie, na którą się natknął, a właściwie o opowieści o niej w dziwacznej legendzie trzy lata wcześniej. Drzewo to miało przypominać pnącze, ale dawać owoce podobne do cytrusowych, i posiadać nadzwyczajne właściwości. Roślina doskonale sobie radzi w ciemności i lubi przytłumione światło, a owoce wydaje tylko wtedy, kiedy karmi się ją kłamstwami. To ostatnie odrzuciłem jako po prostu fantastyczne i byłem zdumiony, kiedy mój współtowarzysz nie podzielał mego sceptycyzmu. Kiedy spytałem go, jak można "karmić" roślinę kłamstwami, powiedział, że trzeba szepnąć drzewu coś fałszywego, a następnie rozgłosić to wszem wobec. Im kłamstwo jest ważniejsze i im większa liczba ludzi postanowi w nie uwierzyć, tym większe będą owoce.

Jeśli ktoś taki owoc zje, otrzyma wiedzę najbardziej tajemną, dotyczącą kwestii bliskich jego sercu.

                                                      ***

Faith była zaskoczona. Czy to jakaś bajka? Dlaczego jej tak racjonalny ojciec napisał coś takiego?

(...)

Książka otrzymała nagrodę Costa Book Award w kategorii literatura dziecięca za 2015 rok.
Nie istnieje nic takiego jak niewinne kłamstwo…
Liście były zimne i trochę lepkie. Nie dałoby się ich pomylić z niczym innym. Widziała dokładne odwzorowanie ich kształtów na ilustracji w dzienniku ojca. To była jego największa tajemnica, jego skarb i odkrycie – Drzewo Kłamstw. Teraz należy do niej. Podróż, której on nie dokończył, rozpościera się przed nią jak horyzont.
Kiedy ojciec dziewczyny ginie w tajemniczych okolicznościach, Faith postanawia dojść do prawdy. Przeszukując jego rzeczy, odkrywa dziwne drzewo. Drzewo, które żywi się kłamstwami i owocuje, ujawniając skrywane sekrety. Nieprawdy wymykają się Faith spod kontroli, dziewczyna odkrywa, że tam, gdzie kłamstwa zwodzą i mamią, słowa prawdy burzą i niszczą.
Urzekająca opowieść o intrygach i tajemnicy.








Król węży - Jeff Zentner

Prosta historia. Bardzo dobrze napisana, samo życie, ujmująca. Polecam:)
Nie tylko dla młodzieży.

MOJA OCENA: 8/10

Dill

Istniały rzeczy, których Dillard Wayne Early Junior bał się bardziej niż rozpoczęcia szkoły w liceum Forrestville High. Niewiele, ale jednak. Na przykład myślenie o przyszłości. Dill nie lubił tego ani trochę. Nie lubił też rozmawiać z matką na temat religii. Nigdy nie czuł się ani szczęśliwy, ani zbawiony. Nie cierpiał też tego błysku rozpoznania, który przemykał po twarzach ludzi na dźwięk jego nazwiska. Następująca później rozmowa też
raczej rzadko sprawiała mu przyjemność.
I szczerze nie lubił odwiedzać swego ojca pastora Dillarda Early’ego Seniora w więzieniu Riverbend. Tym razem celem jego wyprawy do Nashville nie była wizyta u ojca, lecz przez cały czas towarzyszyło mu dręczące poczucie niesprecyzowanego lęku. Nie rozumiał, o co chodzi.

Możliwe, że lęk wywoływała perspektywa rozpoczęcia roku szkolnego, jednakże Dill odczuwał go jakoś inaczej niż w latach ubiegłych. Lęk byłby znacznie większy, gdyby nie perspektywa spotkania z Lydią. Najgorsze dni w jej towarzystwie były i tak lepsze niż najlepsze dni bez niej.

Dill przerwał brzdąkanie na gitarze, pochylił się i zaczął pisać w leżącym przed nim na podłodze tanim zeszycie z dyskontu. Rozpadający się wentylator zawył, przegrywając bitwę z duchotą panującą w pokoju.
Uwagę Dilla przyciągnął przebijający się przez szum pracującego wentylatora dźwięk osy obijającej się o szybę. Podniósł się ze zniszczonej sofy i podszedł do okna, po czym walnął w nie kilka razy, aż otworzyło się z piskiem.
Dill przegonił osę w stronę szpary.

– Nie chcesz tu zostać – mruknął. – Ten dom nie jest dobrym miejscem do umierania. No już. Zmykaj.

Osa przysiadła na parapecie, jeszcze raz rozejrzała się dokoła i pofrunęła na wolność. Dill zatrzasnął okno, niemal wieszając się na nim, by zechciało się zamknąć.

Do pokoju weszła matka ubrana w uniform pokojówki z motelu. Wyglądała na zmęczoną. Zresztą zawsze wyglądała na zmęczoną, a przez to na starszą niż swoje trzydzieści pięć lat.
– Otwarte okno i włączona klimatyzacja? Co ty sobie myślisz? Prąd nie jest za darmo.
Dill odwrócił się w jej stronę.
– Osa.
– Czemu ubrałeś się do wyjścia? Dokądś się wybierasz?
– Do Nashville. – Proszę, nie zadawaj tego pytania, które zamierzasz zadać.
– W odwiedziny do ojca? – Jej głos był pełen nadziei i pretensji zarazem.
– Nie. – Dill odwrócił wzrok.
Matka podeszła bliżej, szukając jego spojrzenia.
– Dlaczego nie?
Dill wciąż unikał jej wzroku.
– Dlatego. Nie po to tam jedziemy.
– Jacy „my”?
– Ja. Lydia. Travis. Jak zwykle.
Podparła się jedną ręką pod bok.
– W takim razie po co tam jedziesz?
– Po ubrania do szkoły.
– Twoje ubrania są w porządku.
– Nieprawda. Robią się za małe. – Dill uniósł chude ramiona. T-shirt podjechał do góry, ukazując płaski brzuch.
– Za co niby chcesz je kupić? – Brwi matki, i tak zmarszczone mocniej niż u większości kobiet w jej wieku, ściągnęły się jeszcze bardziej.
– Za napiwki z noszenia ludziom zakupów do samochodu.
– Darmowy przejazd do Nashville. Powinieneś odwiedzić ojca.
Chcesz powiedzieć: odwiedź ojca albo pożałujesz. Dill wojowniczo uniósł podbródek i spojrzał na matkę.
– Nie chcę. Nie cierpię tego miejsca.
Splotła ramiona na piersi.
– Z założenia ma być nieprzyjemne. To więzienie. Myślisz, że jemu się tam podoba?
Pewnie bardziej niż mnie. Dill wzruszył ramionami i znów popatrzył za okno.
– Wątpię.
– Nie proszę o wiele, Dillard. Byłoby mi miło. I jemu też.
Dill westchnął, ale nic nie odpowiedział. Prosisz o bardzo wiele, niby o nic nie prosząc.
– Jesteś mu to winien. Tylko ty masz dosyć wolnego czasu.

Wiedział, że matka będzie mu suszyć głowę. Jeśli nie odwiedzi ojca, będzie cierpiał znacznie dłużej, niż jeśli od razu się podda. Uczucie lęku w żołądku przybrało na sile.
Matka już zamierzała wymusić na nim bardziej konkretną deklarację, ale w tym momencie na drodze do ich domu pojawiła się oklejona znaczkami toyota prius, by po chwili zatrzymać się przy wtórze pisku opon i dźwięku klaksonu. Dzięki Ci, Boże.
– Muszę lecieć – powiedział Dill. – Miłej pracy. – Uściskał matkę na pożegnanie.
– Dillard.

Szybko wypadł za drzwi, nie dając jej szansy. Kiedy przysłaniając oczy wyszedł na zalane jaskrawym słońcem podwórze, poczuł się, jakby ktoś włożył mu na barki wielki ciężar. Była dopiero dziewiąta trzydzieści, a wilgotne i parne powietrze już atakowało z całych sił – jakby ktoś owinął mu gorący, mokry ręcznik wokół twarzy. Spojrzał na biały obłażący budynek Kalwaryjskiego Kościoła Baptystów. Z przyzwyczajenia zmrużył oczy, by przeczytać napis. BEZ JEZUSA NIE ZAZNASZ SPOKOJU. POZNAJ JEZUSA, ZAZNASZ SPOKOJU.
A jeśli ktoś zna Jezusa, lecz nie może zaznać spokoju? Czy to znaczy, że napis jest błędny, czy też znaczy to, że ten ktoś nie zna Jezusa tak dobrze, jak mu się wydaje? Dill przypuszczał, że z obu tych stwierdzeń można wyciągnąć tylko niezbyt zadowalające wnioski.

Otworzył drzwiczki i wsiadł. Pory na jego ciele natychmiast skurczyły się w lodowatym powietrzu z klimatyzacji.
– Hej, Lydio.
Prędko chwyciła z siedzenia zniszczony egzemplarz Tajemnej historii i rzuciła go na tył.
– Przepraszam za spóźnienie.
– Nieprawda.
– Pewnie, że nie. Ale muszę udawać. Normy, umowa społeczna i tak dalej.
Można było regulować według Lydii zegarki, zawsze spóźniała się dokładnie dwadzieścia minut. I nie dało się jej oszukać, umawiając się dwadzieścia minut przed godziną, o której rzeczywiście chciało się umówić.

W rezultacie spóźniała się czterdzieści minut. Miała szósty zmysł.

Lydia przechyliła się i uściskała Dilla.
– Tak wcześnie, a ty już spocony. Chłopcy są wstrętni.
Czarne oprawki jej okularów otarły się o jego kość policzkową. Zmierzwione szaroniebieskie włosy – w kolorze listopadowego nieba zaciągniętego chmurami – pachniały miodem, figą i wetiwerią. Wciągnął zapach w nozdrza. Przyjemnie zakręciło mu się w głowie. Na wyprawę do Nashville włożyła vintage’ową bluzkę bez rękawów z kraciastej czerwonej bawełny, dżinsowe szorty z podwyższonym stanem i kowbojki. Uwielbiał jej styl – we wszystkich odmianach i odsłonach, a było ich naprawdę wiele.

Zapiął pas, dosłownie na sekundę zanim przyspieszyła tak, że wcisnęło go w fotel.
– Wybacz. Nie dysponuję klimatyzacją, która mogłaby zmienić sierpień w grudzień. – Czasem przez wiele dni z rzędu nie miał okazji poczuć powietrza tak chłodnego jak w samochodzie Lydii, nie licząc chwil, gdy otwierał lodówkę.
Sięgnęła do przodu i nieco przykręciła klimatyzację.
– Uważam, że mój samochód powinien walczyć z globalnym ociepleniem na wszelkie możliwe sposoby.
Dill skierował wylot klimatyzatora na swoją twarz.
– Zastanawiałaś się kiedyś, jakie to dziwne, że Ziemia krąży w czarnej pustce kosmosu, gdzie panuje temperatura wynosząca jakieś tysiąc stopni poniżej zera, a my tu na dole się pocimy?
– Często zastanawiam się, jakie to dziwne, że Ziemia krąży w czarnej pustce kosmosu, a tu na dole żyje sobie taki świr jak ty.
– A dokąd się wybieramy? Opry Mills Mall czy jak?
Lydia rzuciła mu mordercze spojrzenie, po czym znów utkwiła wzrok w drodze, jednocześnie wyciągając rękę w jego stronę.
– Przepraszam, wydawało mi się, że przyjaźnimy się od dziewiątej klasy, a jednak wszystko wskazuje na to, że wcześniej się nie spotkaliśmy. Lydia Blankenship. Z kim mam przyjemność?
Dill skorzystał z okazji, by dotknąć jej dłoni.
– Dillard Early. Być może słyszałaś o moim ojcu, nosi to samo nazwisko.

To był wielki skandal w Forrestville w Tennessee, kiedy pastor Early z Kościoła Uczniów Chrystusa z Widocznymi Znakami trafił do więzienia stanowego – i bynajmniej nie z powodów, których można by się spodziewać.
Wszyscy przypuszczali, że któregoś dnia wpadnie w kłopoty w związku z wężami, grzechotnikami i mokasynami w liczbie dwudziestu siedmiu, które każdej niedzieli poskramiała jego kongregacja. Nikt nie wiedział dokładnie, jakie łamią prawo, ale owe wyczyny wydawały się w jakiś sposób niewątpliwie bezprawne. I rzeczywiście, po jego aresztowaniu stanowy Wydział Ochrony Przyrody skonfiskował węże. Ludzie zapewne przypuszczali również, że pastor wejdzie w konflikt z prawem za nakłanianie swego stadka do picia rozwodnionego kwasu akumulatorowego i strychniny, co stanowiło
kolejną ulubioną praktykę religijną. Ale nie, pastor trafił do więzienia Riverbend za truciznę zupełnie innego rodzaju: mianowicie za posiadanie ponad stu zdjęć przedstawiających nieletnich w jednoznacznie erotycznych sytuacjach.

Lydia przekrzywiła głowę i zmrużyła oczy.
– Dillard Early, hę? Coś mi to mówi. Ale nieważne, będziemy jechać półtorej godziny do Nashville po to tylko, by pójść do Opry Mills Mall i kupić ci takie same szmaty, jakie założą na rozpoczęcie roku Tyson Reed, Logan Walker, Hunter Henry i ich koszmarne dziewczyny.
– Zadałem proste pytanie.
Uniosła palec.
– Głupie pytanie.
– Dziękuję.
Oczy Dilla spoczęły na dłoniach Lydii trzymających kierownicę. Były smukłe, o długich zgrabnych palcach zakończonych pomalowanymi na jaskrawą czerwień paznokciami i ozdobionych całym mnóstwem pierścionków. Jej palce były niebywałe, wręcz agresywnie piękne. Dill uwielbiał patrzeć, jak prowadzi samochód. Jak pisze na klawiaturze. Jak robi cokolwiek rękami.

– Zadzwoniłaś do Travisa, żeby uprzedzić, że się spóźnisz?
– A czy do ciebie zadzwoniłam, żeby uprzedzić, że się spóźnię? – Wzięła prędki zakręt, z piskiem opon.
– Nie.
– Myślisz, że to będzie dla niego niespodzianka?
– Nie-e.
Sierpniowe powietrze było jak parna maligna. Już było słychać te owady – Dill nie miał pojęcia, jak się nazywają – te, które w upalne poranki wydają taki pulsujący grzechotliwy dźwięk, zapowiadając, że w ciągu dnia zrobi się jeszcze goręcej. Nie cykady, chyba nie. Grzechotki. Nazwa dobra jak każda inna.

– Jaki mam dzisiaj limit? – spytała Lydia. Dill posłał jej pytające spojrzenie. Uniosła rękę i potarła palcami. – Dalej, gościu, dawaj, co tam masz.
– Aaa. Pięćdziesiąt dolców. Dasz radę?
Prychnęła.
– Oczywiście, że dam radę.
– Dobra, tylko nic cudacznego.
Lydia znów wyciągnęła rękę w jego stronę – tym razem mocniejszym ruchem, jak karateka rozwalający deskę.
– Nie no, poważnie. Czy my się znamy? Powtórzysz nazwisko?
Dill znowu chwycił jej dłoń. Każdy pretekst dobry.
– Jesteś dzisiaj w świetnym humorze.
– Jestem w humorze na drobną premię. Niewielką. Nie rozpieszczaj mnie za bardzo.
– Gdzie bym śmiał.
– Czy w ciągu tych dwóch lat, kiedy jeździmy razem na zakupy, kiedykolwiek ubrałam cię w coś cudacznego?
– Nie. Znaczy dostawało mi się za ciuchy, ale na pewno i tak by mi się dostało, niezależnie od tego, co bym włożył.
– Właśnie. Ponieważ uczęszczasz do szkoły z ludźmi, którzy nie poznaliby się na świetnym stylu, nawet gdyby ugryzł ich w dupę. Mam pewną wizję.

Tradycyjny rustykalny styl dawnej Ameryki. Kowbojskie koszule z perłowymi zatrzaskami. Dżins. Klasyczne męskie ikoniczne linie. Podczas gdy wszyscy
w Forrestville High rozpaczliwie próbują wyglądać tak, jakby nie mieszkali w Forrestville, my zaakceptujemy i wykorzystamy nasze wiejskie południowe korzenie, konsekwentnie rozwijając styl w duchu: Townes Van Zandt z lat siedemdziesiątych skrzyżowany z Ryanem Adamsem z czasów, gdy grał z Whiskeytown.

– Wszystko zaplanowałaś. – Dill ucieszył się, że Lydia o nim myślała.
Nawet jeśli odgrywał w jej myślach jedynie rolę lepszej wersji manekina.
– A czego się spodziewałeś?
Dill wciągnął w nozdrza zapach samochodu. Waniliowy odświeżacz powietrza, frytki, balsam o zapachu jaśminu, pomarańczy i imbiru, rozgrzany makijaż. Byli już blisko domu Travisa. Mieszkał niedaleko Dilla. Na skrzyżowaniu Lydia zatrzymała samochód, zrobiła selfie komórką i podała ją Dillowi.
– Zrób ze swojego miejsca.
– Jesteś pewna? Twoi fani mogą pomyśleć, że masz przyjaciół.
– Bardzo śmieszne. Strzelaj, a ja będę martwić się resztą.

Minęli jeszcze kilka przecznic i zajechali przed dom Bohannonów. Był biały i zniszczony, miał stary blaszany dach, a przed frontowymi drzwiami leżał stos drewna. Ojciec Travisa męczył się na żwirowym podjeździe, wymieniając świece przy pickupie, na którym widniała z boku odrysowana od szablonu nazwa rodzinnej firmy Bohannon Lumber. Rzucił im przelotne spojrzenie, przytknął złożone dłonie do ust i wrzasnął:
– Travis, masz gości. – Oszczędził tym samym Lydii trąbienia klaksonem.
– Papa Bohannon chyba też jest w świetnym humorze – zauważyła Lydia.
– Z tego, co mówi Travis, papa Bohannon zawsze jest w humorze. Inaczej określa się ten stan mianem bycia totalnym palantem i jest on nieuleczalny.

Po chwili z domu wyszedł Travis. Znaczy, wyczłapał czy jakoś tak – stosowne byłyby wszelkie określenia odnoszące się do niedźwiedzi – w całej krasie, liczącej sześć stóp i sześć cali wzrostu oraz dwieście pięćdziesiąt funtów wagi2. Jego kosmate, kręcone rude włosy i kępkowata nastoletnia broda były mokre po prysznicu. Miał na sobie swoje charakterystyczne wysokie czarne buty robocze, czarne wranglery i workowatą czarną koszulę zapiętą na wszystkie guziki. Na jego szyi wisiał naszyjnik, tandetny cynowy smok trzymający w pysku purpurową kryształową kulę – pamiątka z Festiwalu
Renesansu. Travis zawsze go nosił. W ręku trzymał któryś z tomów serii Bloodfall, tanie wydanie w miękkiej okładce z pozaginanymi rogami – rzecz, bez której również rzadko go widywano.

W połowie drogi przystanął, uniósł palec, obrócił się na pięcie i pobiegł z powrotem do środka, o mało nie przewracając się o własne stopy. Lydia pochyliła się z rękami na kierownicy.
– O nie. Kij – mruknęła. – Zapomniał kija.
Dill jęknął i zakrył twarz dłonią.
– No tak. Kij.
– Dębowy – powiedziała Lydia pompatycznym głosem jakby prosto ze średniowiecza.
– Magiczny kij królów, lordów, czarodziejów i… elfów czy kogoś tam.

Travis ponownie wynurzył się ze środka, tym razem ściskając w dłoniach kij pokryty symbolami i twarzami, które wyrył własnymi niezgrabnymi rękami.
Jego ojciec popatrzył ze zbolałą miną, potrząsnął głową i wrócił do pracy.
Travis otworzył drzwiczki samochodu.
– Hej wam!
– Kij? Poważnie? – zapytała Lydia.
– Zawsze zabieram go w podróż. A gdyby zaszła konieczność obrony własnej? Nashville to niebezpieczne miasto.
– Ta-a. Ale nie z powodu wymachujących kijami rzezimieszków. Teraz noszą oni broń palną. A ta pokona kij w każdej rozgrywce – stwierdziła Lydia.
– Śmiem wątpić, by przyszło nam walczyć na kije w Nashville – dorzucił Dill.
– Ale ja go lubię. Dobrze się czuję, kiedy mam go przy sobie.
Lydia wywróciła oczami i uruchomiła silnik.
– Nieuleczalny przypadek. Dobra, chłopaki, ruszamy. Ostatnie wspólne zakupy z okazji rozpoczęcia szkoły, Panu niech będą dzięki.

Przy tych słowach Dill uświadomił sobie, że lęk ściskający mu żołądek nieprędko ustąpi. A może nie zrobi tego już nigdy. Ostateczny afront? Wątpił, by udało mu się choćby zrobić z tego dobrą piosenkę.

(...)

Ponure, zaściankowe miasteczko na południu Stanów Zjednoczonych. Młodzieńcze życie Dilla nie jest łatwe. Nie dość, że czuje się napiętnowany przez trudną rodzinną sytuację, to dodatkowo w szkole traktowany jest jak odmieniec. Jedynym antidotum na cały ten wszechogarniający jad, jest jego przyjaźń z innymi wyrzutkami Travisem i Lydią. Historia wzlotów i upadków trójki przyjaciół, którzy za wszelką cenę chcą wyrwać się z tego nieprzyjaznego dla nich miejsca. 






wtorek, 18 lipca 2017

Zaspać na Sąd Ostateczny - Tad Williams

I ostatnia (u nas, jak na razie) część romantycznej przygody Anioła w Krainie Szatana, czyli tzw. Piekle:)
Polecam Całą serię!!!

MOJA OCENA: 9/10

Nigdy przedtem nie byłem na rozprawie w Niebie. 

Nie zdarzają się zresztą często.

Ale zaraz, o mądry aniele, powiecie. Jakże to w Niebie mogą się odbywać procesy sądowe?

Dobre pytanie. No bo skoro już ktoś raz się dostał do Krainy Wiecznej Szczęśliwości, to chyba ma załatwione, nie? Gościu przeszedł weryfikację i zaliczyli go do Sprawiedliwych, bo inaczej by się tam nie dostał, prawda? Potem zaś już tylko chwali się Pana – jak więc można podpaść pod niebieskie paragrafy?

No cóż… po pierwsze, jest cały ten gips z wolną wolą. Ludzie i anioły muszą móc popełniać błędy, w przeciwnym razie wszechświat byłby mechanizmem, w którym wszystko jest z góry ustalone i doskonałe. Życie w Niebie najczęściej tak właśnie wygląda: trzoda pogodnych świetlistych stworzeń bytuje w absolutnej harmonii, w bzyczącym szczęściem ulu, z jednym wspólnym celem. Wszyscy jednak wiemy, że w przyrodzie – choćby dany ekosystem działał idealnie – zawsze się znajdzie parę durnych ptaków lecących na północ, gdy cała reszta ucieka przed zimą na południe, czy jakiś rąbnięty łosoś surfujący w dół rzecznych bystrzyn z okrzykiem „Patrzcie, jak zasuwam!”, który co rusz obija się o rozsądniejszych ziomków mozolnie płynących na tarło pod prąd. I nie ma znaczenia, że tacy odmieńcy zamarzają i spadają z nieba gdzieś w tundrę lub zdychają bezpotomnie – liczy się wolna wola. Najwyraźniej zaś my, anioły, jesteśmy tak samo zdolne do kiepskiego panowania nad impulsami jak wszyscy inni. No i stąd się biorą niebieskie sądy i procesy, a mnie właśnie po raz pierwszy czekał udział w takiej imprezie.

Udział to może źle powiedziane. I niezupełnie pierwszy raz; zdarzało mi się już wiedzieć o podobnych sprawach. W raju tak już jest, że wie się o pewnych ważnych wydarzeniach, a nawet można śledzić je uważnie, niekoniecznie w nich uczestnicząc. Trudno to wyjaśnić, jak wiele innych niebiańskich niewytłumaczalnych rzeczy. Powiedzmy, że siedzicie w zatłoczonym barze i trwa mecz ligowy z udziałem lokalnej drużyny: nie trzeba wlepiać gał w telewizor, żeby wiedzieć, co się akurat dzieje na boisku, nie? Dociera to do was na kilkanaście sposobów. No więc ja na zbliżonej zasadzie miałem okazję obserwować parę takich procesów.

Ten jednak miał się zdecydowanie różnić od poprzednich, dlatego załatwiłem sobie doskonałe miejsce: w samym środku pierwszego rzędu. Podsądnego (biedny skrzydlaty skurczybyk…) czekała konfrontacja z najwyższym majestatem niebieskiego prawa i całe Lśniące Miasto pulsowało niecierpliwym oczekiwaniem. Pałac Sprawiedliwości jaśniał od wewnętrznego światła niezliczonych zastępów anielskich; wszystkim zależało, by widzieć to osobiście i z bliska. Zdawało mi się nawet, że nieopodal kręci się mój szef, archanioł Temuel (ksywka „Muł”).

Tłumy Zbawionych, choć w zasadzie pozbawione substancji, przepychały się i potrącały wzajem w ogromnej połyskliwej masie (tego też nie podejmuję się wytłumaczyć). Pojawienie się szacownego trybunału wzbudziło rosnący szmer ekscytacji. Rządek promiennych archanielskich sylwetek reprezentował to, co wielkie i dobre – w paru wypadkach nawet największe i najlepsze – co nasza Trzecia Sfera ma do zaoferowania. Rozpoznałem wszystkie od razu.
– Zebraliśmy się tu pod okiem Najwyższego, aby sprawiedliwości stało się zadość. – Te słowa wypłynęły z kolumny brylantowego światła, której na imię Terencja. Pozostała czwórka sędziów: Karael, Razjel, Anaita i Chamuel, zasiadła w płomiennym milczeniu wokół niej, ustawiona pod sznurek niczym świece na menorze w piąty dzień Chanuki. – Bóg was wszystkich kocha – dodała i obróciła uwagę na mnie. – Aniele adwokacie Doloriel, jesteś oskarżony o spiskowanie przeciwko Niebu tudzież o inne zbrodnie, w tym gniew, pychę, zazdrość oraz chciwość, wszystkie w najokropniejszej postaci. Jeżeli zostaniesz uznany za winnego, będziesz usunięty z Nieba i wrzucony w Czeluść Piekielną, gdzie spędzisz wieczność w męce i rozpaczy. Czy masz jakieś pytania, nim zaczniemy przewód sądowy?

Tak, tak. Z tego właśnie powodu przysługiwało mi tak dobre miejsce w prześwietnej sali. Macie jakieś pytania? Ja też, i to najpewniej takie same, poczynając od „Jak się tu znalazłem?” aż po „Jak się z tego, kurka wodna, wykaraskać?”. Jednakże z przyczyn, które będę wyjaśniał po drodze, nie sądziłem, aby ich zadawanie przyniosło mi cokolwiek dobrego.

– Wysoki Sądzie, zadecydowaliście już, co ze mną zrobicie – powiedziałem z nadzieją, że zabrzmiało to znacznie bardziej hardo i chłodno, niż się w tej chwili czułem. – Darujmy więc sobie te wstępy, bo i tak wiadomo, że najlepsza zabawa będzie przy ogłaszaniu werdyktu.
Ale zaraz, powiecie, może by tak od początku, Bobby Dolar. Jakimże cudem trafiłeś na niebiańską ławę oskarżonych? Jak taka przykrość mogła spotkać jednego z umiłowanych, szanowanych aniołów Pańskich?

Ha, ha. Jasne. Nie żałujcie sobie, kopnijcie leżącego jeszcze raz. Co tam los jego nieśmiertelnej duszy, skoro można mieć z tego trochę beki?
Naprawdę chcecie wiedzieć, jak się znalazłem w tej sytuacji? Wszystko się chyba zaczęło od snu, który mnie nawiedził pewnej nocy.

(...)

Anioł Doloriel – dla przyjaciół Bobby Dolar – jak zwykle ma parę kłopotów. Był już w Piekle, próbując wyciągnąć swą ukochaną ze szponów arcydiabła Eligora, ale nic nie wskórał. Piękna Caz (demonica zresztą, ale miła osóbka) nadal jest więźniem w miejscu wiecznej kary; Bobby’ego jeden po drugim opuszczają i kumple, i infomatorzy; a na dodatek w jego mieszkaniu... straszy. Jakby tego było mało, ktoś wysoko postawiony w niebiańskiej hierarchii dybie na jego życie. Doczesne i wieczne.

Dodajmy do tego rozjuszonych neonazistów, potwory z innego wymiaru i najbrzydszy samochód świata, a sytuacja stanie się wprost beznadziejna. Jak się okazuje, dla Doloriela nie ma ucieczki nawet w Trzeciej Drodze, nielegalnej pozagrobowej alternatywie tandemu Niebo-Piekło.

Bobby Dolar zakasuje rękawy i robi, co się da. Czasu, sił i sprzymierzeńców ma coraz mniej. Czy zdoła ocalić choćby własną skórę (o Caz nie wspominając) i nie wywołać przy tym kataklizmu na miarę Sądu Ostatecznego?


Cykl Bobby Dollar (tom 3)







Szczęśliwa godzina w piekle - Tad Williams

Druga cześć przygody prawie miłosnej Bobby'ego - klimaty identyczne z Jim'em Butcherem! 

Polecam całą serię!!!

MOJA OCENA:9/10

Na każdego chyba człowieka przychodzi w życiu – nawet pozagrobowym, jak w moim wypadku – taka chwila, kiedy nie może nie zadać sobie pytania: Co ja tutaj, psiakrew, robię? Ja miewam je częściej niż większość z was (średnio ze dwa razy w tygodniu), ale nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się to w bardziej dramatycznych okolicznościach. Bo widzicie… właśnie miałem pójść do Piekła. 

Dobrowolnie.

Nazywam się Bobby Dolar, a czasami Doloriel, zależnie od towarzystwa, w jakim się znajduję. Dotarłem w to paskudne miejsce windą. Była to długa, dłuuuga jazda w dół, o której może wam jeszcze opowiem. Miałem też na sobie nie swoje ciało, a całą wiedzę o tych okolicach zaczerpnąłem od pewnego zbuntowanego anioła stróża, który mi to wyszeptał wprost do mózgu we śnie. Nie było tego wiele; właściwie wszystko mógłbym streścić w jednym zdaniu: „Stary, pojęcia najbledszego nie masz, jak tam jest wrednie”. Tak czy owak stałem oto u bram piekielnych, na przyczółku mostu Nerona – bezkształtnego kamiennego przęsła zawieszonego nad otchłanią tak głęboką, że gdyby miejscem akcji była stara poczciwa Ziemia, sięgnęłaby ona na wskroś do antypodów albo i jeszcze dalej. Piekło jednak nie znajduje się na Ziemi, a owa przepaść nie była bezdenna – o, nie! Bo tam, w dole, w najczarniejszej ciemności, kilometry i kilometry pod moimi stopami, działy się naprawdę paskudne rzeczy. Domyślałem się tego po słabych krzykach, jakie stamtąd dobiegały. 
Nie mogłem sobie wyobrazić, jak głośno muszą się ci nieszczęśnicy drzeć, skoro słychać ich aż tutaj… ani też jak straszliwe męki zmuszają ich do takiego wrzasku. Jeszcze nogi na moście nie postawiłem, a już zadawałem sobie pytania, na które nie chciałem znać odpowiedzi.

Na wypadek gdyby jeszcze się wam to wszystko nie wydało dostatecznie dziwaczne, służę inną ciekawą informacją: jestem aniołem. Nie tylko więc zmierzam do najgorszego miejsca, jakie ktokolwiek z was może w życiu (wiecznym) zobaczyć, ale robię to jako wróg i szpieg. Aha, no i pakuję się tam, by ukraść coś jednemu z najpotężniejszych, najokrutniejszych demonów, jakie kiedykolwiek istniały: Eligorowi Jeźdźcowi, arcyksięciu Piekła.
Pytacie: Co? Nie co, tylko kogo. Moją dziewczynę, Caz. To też demonica i najpierw była z nim, a on wciąż ma nad nią władzę.

I jeszcze jedno. Kiedy powiedziałem, żem anioł, toście sobie pewnie zaraz wyobrazili dumnego mściciela ze skrzydłami i z płomienistym mieczem w prawicy. Duży błąd. Jestem z tych aniołów, co żyją sobie na Ziemi, udając ludzi, i pracują jako adwokaci ludzkich dusz. Można powiedzieć, obrońcy z urzędu. Tak że jedyną moją bronią w konflikcie była garść informacji – dość, abym wiedział, że mam poważny problem. Ja kontra arcyksiążę Piekła, na jego terenie… Dobre, nie?

Znajdowałem się w absolutnie największym pomieszczeniu, jakie ktokolwiek widział, jak sądzę. Wszyscy ci średniowieczni artyści malujący to miejsce, choćby obdarzeni najbujniejszą fantazją, nawet się nie zbliżyli do tej skali. Stałem między strzelającymi w górę murami z grubo ciosanego kamienia, po obu stronach niknącymi gdzieś poza zasięgiem wzroku. Miałem wrażenie, że są też lekko zakrzywione, jak gdyby cała ta przestrzeń zamknięta była we wnętrzu cylindra jakiegoś przeogromnego silnika. Gdzieś tam po drugiej stronie mostu wznosiła się zapewne kolejna taka ściana i cel mojej wizyty – stercząca niczym tłok w tym cylindrze nieskończenie wielka wieża: Piekło. Sam most był węższy niż moje wyciągnięte w bok ramiona, najwyżej półtora metra. Niby niemało, tylko że pod tą kamienną kładką nie było nic poza pustką: przepaść sięgająca głębiej niż moja wyobraźnia, nie mówiąc już o wzroku, gdzieś tam żarząca się ogniem piekielnym, którego słabiutki blask uzmysławiał mi, jak długo bym spadał, gdybym postawił krok nie tam, gdzie trzeba.

Wierzcie mi: jak każda zdrowa na umyśle istota wolałbym w tej chwili być gdziekolwiek indziej, nie tutaj – ale, jak później wyjaśnię, musiałem się nieźle napracować, żeby dotrzeć choć do tego miejsca. Dowiedziałem się, jak tu trafić, odszukałem wejście, którego od dawna nikomu nie przychodziło do głowy strzec, załatwiłem sobie nawet przebranie: nowiutkie diabelskie ciało (bo inaczej nie mógłbym się tam swobodnie poruszać, nie?). Z pewnością byłem nieproszonym gościem, ale i za to zdążyłem już zapłacić całkiem sporo.

Zbliżając się do krawędzi, wziąłem głęboki wdech. Powietrze wydawało się aż szorstkie od siarkowego dymu i słabo, lecz wyraźnie wyczuwalnego odoru palonych ciał. Kamyk wyskoczył mi spod buta i wpadł w przepaść. Nie próbowałem nawet nastawić uszu w oczekiwaniu na odgłos upadku, bo byłoby to bezcelowe. Zwlekać z podjęciem budzącego grozę kroku można tylko do czasu, bo z każdą chwilą wycieka z nas odwaga – a ja wszak wiedziałem, że dalej może być tylko gorzej. Jeśli nawet przedostanę się na drugą stronę mostu i jakoś przeszwarcuję przez bramę Piekła, to przecież za nią roi się od stworzeń, które serdecznie nienawidzą aniołów w ogóle, a mnie w szczególności.

Most Nerona jest niemal równie stary jak chrześcijaństwo: zbudowano go specjalnie na przyjęcie tego cesarza, który ponoć grał sobie na lirze, gdy płonął podpalony z jego rozkazu Rzym. Neron nie był może najgorszym z rzymskich imperatorów, ale i tak nieźle sobie nagrabił – ot, choćby przez to, że kazał zamordować własną matkę. Dwukrotnie!
Jego rodzicielka Agrypina była siostrą innego cesarza, jeszcze większego sukinsyna, o którym pewnieście słyszeli: niejakiego Kaliguli. Facet ożenił się z inną ze swych siostrzyczek, ale bzyknął je wszystkie, też zresztą niezłe ziółka. Miarka się w końcu przebrała i Kaligulę zlikwidowała własna straż przyboczna, lecz grzechy Agrypiny poszły w niepamięć; wyszła później za następnego władcę, starego Klaudiusza, i nawet udało się jej namówić go do wydziedziczenia syna z pierwszego małżeństwa i wyznaczenia pasierba – jej Neronka – na następcę tronu. Gdy poczciwina Klaudiusz się zgodził i ogłosił ów fakt urbi et orbi, skłoniła go do błyskawicznej, acz mimowolnej abdykacji, podsuwając mu zatrutą potrawkę z grzybów.

Neron okazał się pojętnym uczniem i wdzięczność za matczyną pomoc w osiągnięciu pozycji najpotężniejszego człowieka na świecie wyraził przez naśladownictwo. Najpierw zlecił spreparowanie statku, którym miała odbyć morską przejażdżkę, aby się na fali przełamał i zatonął. Fachowcy robotę wykonali solidnie, plan jednak zawiódł, gdyż Agrypina, twarda zawodniczka, spokojnie dopłynęła do brzegu. Synalek rad nierad musiał zrezygnować z finezyjnych rozwiązań i zwyczajnie kazał ją pretorianom zabić w letniej willi pod Neapolem, gdzie wypoczywała po trudach wodnego maratonu. Wartości rodzinne w wydaniu rzymskim.
Neron niejedno jeszcze zrobił w życiu świństwo, ze zgładzeniem tysięcy niewinnych chrześcijan na czele, ale wcale nie dlatego w Piekle podjęto na jego cześć specjalną inwestycję inżynieryjną. W kronikach tego nie przeczytacie, ale biedak nie miał pojęcia, że małżeństwo mamusi z Klaudiuszem i zmiana personalna na stanowisku następcy tronu były wynikiem drobnej umowy, jaką Agrypina zawarła z jednym z bardziej wpływowych mieszkańców Piekła, niejakim Ignokulim. Oczywiście ani on, ani nikt inny z piekielnej kamaryli nie miał Neronowi za złe stuknięcia mamy – przeciwnie, nawet im się to podobało. Oczekiwali jednak odeń wypełnienia umowy, ponieważ Piekło miało wobec Rzymu wielkie plany. Cesarz jednak ani myślał honorować podpisany przez Agrypinę cyrograf. Przypuszczalnie nie zdawał sobie sprawy, z jak potężną organizacją zadziera; Rzymianie inaczej widzieli kwestie nadprzyrodzone – Pluton, Hades, Cerbery, Styksy, Pola Elizejskie i takie tam różne. Musiało to wyglądać jak z tym hollywoodzkim producentem z Ojca chrzestnego, który sądził, że don Corleone to taki sobie rzezimieszek, któremu można powiedzieć „spadaj”, a na drugi dzień się obudził z urżniętym końskim łbem w pościeli.

Wkurzyć Piekło to kiepski pomysł. Kariera młodego cesarza błyskawicznie się załamała; ani się obejrzał, jak stracił tron i przyszło mu wiać z miasta w przebraniu, a wkrótce potem popełnił samobójstwo. Ale prawdziwa niespodzianka dopiero go czekała.

Ignokuli, jak większość piekielnych dygnitarzy, jest świetny w chowaniu uraz. Kiedy Neron zjawił się u bram Piekła, odkrył, że specjalnie dla niego zbudowano nowe wejście. Tak jest, ten właśnie most, na który teraz miałem wkroczyć. Tysiąc demonów w galowym rynsztunku rzymskich pretorianów już na niego czekało, aby delikwent miał eleganckie entrée, do jakich przywykł za życia. Wspaniały orszak ruszył za nim rzędem przez przepaść z biciem w bębny i dęciem w trąby, ale kiedy już Neron dotarł na drugą stronę, wszyscy zniknęli jak zjawy, zostawiając go sam na sam z jedyną osobą, która czekała nań z otwartymi ramionami i okrutnym uśmiechem: nieświętej pamięci matulą Agrypiną.
Widok musiał być okropny: pokurczone widmo, ociekające morską wodą i broczące krwią z ran od pretoriańskich mieczy. Neron w mig pojął, że to nie triumfalny wjazd do Rzymu, i chciał prysnąć z powrotem za most, ale drogę zagrodził mu Ignokuli we własnej straszliwej osobie: wielka, drżąca gniewem bryła oczu i zębów.

„Caveat imperator“, rzekł mu ponoć demon na powitanie. Kiepskie kalambury są tam, na dole, uważane za jedną z bardziej wyrafinowanych tortur. Potem Agrypina chwyciła synka krwawymi szponami i z siłą, jakiej nigdy nie miała za życia, powlokła go przez bramę na spotkanie z losem, jaki mu Piekło zgotowało. Z tego, co wiem, siedzi tam do dzisiaj, prawdopodobnie gdzieś na dnie z resztą krzykaczy.
Potem o moście Nerona w zasadzie zapomniano i chyba ja pierwszy miałem znów z niego skorzystać po tych niemal dwóch tysiącach lat – frajer do kwadratu, żywy dowód na to, że nigdy, przenigdy nie należy nadeptywać na odcisk któremuś z dużych chłopców z Piekła. Czy nie sądzicie, że Wszechświat chciał mi w ten sposób coś dać do zrozumienia?

Postawiłem stopę na moście i ruszyłem przed siebie.
Szedłem tak noga za nogą chyba od kilku godzin, kiedy zauważyłem, że dobiegające z dołu wrzaski jakby przybrały na sile. Miałem nadzieję, że to oznaka zbliżania się do środka mostu, choć równie dobrze to diabłom mogła się skończyć przerwa obiadowa. Zerknąłem w otchłań, napinając wszystkie mięśnie, aby zrównoważyć nagły zawrót głowy, nie tyle fizyczny, ile egzystencjalny. Perspektywa zamieniła wydostające się ze szczelin w ścianach płomienie w koncentryczne kręgi ognia niczym na gigantycznej tarczy strzelniczej.

Tuż przy twarzy mignęły mi skórzaste skrzydła jakiegoś stwora i zorientowałem się, jak blisko krawędzi stoję. Cofnąłem się na środek i pomaszerowałem dalej, nadal w kierunku niewłaściwym według wszelkich norm zdrowia psychicznego. Skrzydlate coś znów musnęło mi skórę, ale było za ciemno, żeby to rozpoznać. Nie był to raczej nietoperz, bo te na ogół nie płaczą.
Wiele godzin później rozżarzone kręgi wciąż były prosto pode mną. Kiedy się przekracza piekielną fosę szeroką jak Dakota Południowa, określenie „pośrodku” jest względne, niemniej świadomość oddziaływała dość depresyjnie.

(...)

Bobby Dolar – anioł w ludzkiej skórze, adwokat świeżo rozłączonych z ciałem dusz – ma poważne problemy. Po pierwsze: jego przyjaciel i do niedawna kumpel po fachu podrzucił mu kiedyś trefny fant: złote pióro z archanielskiego skrzydła, dowód nielegalnego układu między którymś z ich przełożonych a jednym z wysoko postawionych diabłów. Po drugie: niejakiemu Eligorowi Jeźdźcowi, arcyksięciu Piekła, za wszelką cenę chcę odzyskać ów rekwizyt, a jeśli tę cenę będzie musiał zapłacić Bobby, jego osobisty wróg, to tym lepiej. Po trzecie: Dolar miał nieszczęście zakochać się w przecudnej Casimirze, zwanej też hrabiną Zimnoręką, która przypadkiem też jest diablicą i do tego kochanką-niewolnicą Eligora. I po czwarte wreszcie, świadomy problemu numer trzy arcydiabeł porwał dziewczynę do najgłębszych kręgów Piekła, zapowiadając Bobby’emu, że nigdy już jej nie ujrzy, jeśli mu nie odda pióra. Czy przy takich kłopotach warto jeszcze wspominać o ścigającym Dolara na Ziemi zawziętym zombie, który poprzysiągł mu śmierć?
Dla gości jak Bobby, weteran zmagań Góry z Dołem, diabeł nie taki straszny, jak go malują. Wystarczy przecież narzucić diablą skórę, przeszwarcować się przez bramy piekielne, rozwikłać tajemnicę złotego pióra i uratować piękną ukochaną… a potem żyć długo – jak to anioł – i szczęśliwie, oglądając się czujnie przez ramię po kres swoich anielskich dni…


Cykl: Bobby Dollar (tom 2)