"A DZIŚ ŻEM SE CZYTŁA/LUKŁA..."

CZYTAJ ZA DARMO!

Statystyki

SZUKAŁKA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Ciemność Paul Kawczak

Ciemność Paul Kawczak

"Historia ta nie jest opowieścią o afrykańckich ofiarach kolonizacji. Tę mogą opowiedzieć ci, którzy ocaleli. Ta historia to opowieść o samobójstwie białego czlowieka w świecie bez Chrystusa; o losach młodego mężczyzny, który przepadł w labiryncie nienawiści i zaślepienia: historia rozczłonkowania i okaleczenia Pierre'a Claesa."


To dosyć ciężka narracja, ale przez wzgląd na mój fanatyzm dotyczący wszelkiego rodzaju wypraw "dżunglowych i dzikich", jakoś specjalnie mi ona nie przeszkadzała, a wręcz w swej surowości dodawała autentyzmu i tak już prawdziwej opowieści o ekspedycji Pierre'a Claesa: geometry, który z rozkazu króla ma wytyczyć północną granicę w Afryce.

Bardzo ciężki kaliber czuć podczas czytania, brnie się jak przez smołę, ale fascynująco w jakiś sposób. Może przez tą narrację obdartą z upiększeń?

Polecam, choć wiem, że nie każdy doczyta i doceni. Mocna, trudna, ambitna lektura.

Radzę najpierw zapoznać się z jak nadłuższym fragmentem powieści przed jej kupnem;-)


MOJA OCENA: 7/10

PRZECZYTAJ FRAGMENT!

TU

***

Pewnego wrześniowego poranka 1890 roku Pierre Claes, belgijski geometra, któremu król Belgów Leopold II zlecił dokonanie rozbioru Afryki, wyrusza z Leopoldville na północ. Misją Claesa jest zmaterializowanie na pustkowiu dokładnej linii tego, co Europa nazywa wówczas postępem. Na pokładzie parowca płynącego w dół rzeki Kongo towarzyszą mu bantuscy robotnicy oraz Xi Xiao, chiński mistrz tatuażu, a zarazem kat specjalizujący się w lingchi – sztuce cięcia i okaleczania ludzkiego ciała. Xi Xiao widzi przyszłość: wie, jaką potwornością jest kolonizacja, i wie, że pokocha geometrę. „Ciemność” to historia okaleczenia.

Wyróżniona licznymi nagrodami książka kanadyjskiego pisarza Paula Kawczaka jest niesamowitą, pełną erotyzmu powieścią przygodową, nawiązującą do „Jądra ciemności” Josepha Conrada. To przesiąknięta realizmem magicznym opera pożądania i bólu, który z północy Europy do serca Afryki spływa jak krwawa łza po obliczu historii.





AUTOR


Rozmowy pod drzewem zapomnienia Alexandra Fuller

Rozmowy pod drzewem zapomnienia Alexandra Fuller

Druga część wspomnień już nie małej Bo. Tym razem książkę poświęciła wspomnieniom rodziców, chyba w rekompensacie matce, która była strasznie obrażona na nią, kiedy wydana została pierwsza część wspomnień - nazywała ją Tą Okropną Książką:)

Niepowtarzalna matka, niepowtarzalny ojciec - tym razem przyglądamy się tej niezwykłej parze. Nie brakuje tu humoru i smutku. Generalnie konwencja tej części jest prawie identyczna, jak poprzedniej, też są zdjęcia, ale jest ona może troszkę bardziej refleksyjna. Rodzice spotykają się z Bo pod Drzewem Zapomnienia, rosnącym przy ich hacjendzie i wspominają... Głównie matka:)


"Powstrzymałam się od przypomnienia, że moja babcia, mama i ciocia Glug trafiły do ośrodków dla psychicznie chorych. Mama i tak zaprzeczyłaby diagnozie, mówiąc: - Dla psychicznie niestabilnych, o to ci chyba chodzi. Nic w tym złego, że czasem się świruje. I nie ma to nic wspólnego z brakiem przytulania, za to wiele z faktem, iż mieliśmy doskonałe pochodzenie, które wiąże się z zaburzeniami równowagi chemicznej organizmu. Jesteśmy jak trudne konie albo szczekliwe psy, to nie nasza wina. Mamy to we krwi."

XD

Polecam - czyta się świetnie!

Teksty matki i jej podejście do życia urzekło mnie już w pierwszej części, chociaż, gdyby ktoś mnie zapytał, czy chciałabym takie życie... :/

MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!

CZĘŚĆ PIERWSZA


Nicola Fuller z Afryki Środkowej uczy się latać

Mkushi, Zambia, około 1986
Nasza mama – Nicola Fuller z Afryki Środkowej, jak od czasu do czasu woli się przedstawiać – chyba od zawsze pragnęła mieć w rodzinie pisarza, nie tylko dlatego, że kocha książki i bardzo chciałaby się w nich pojawiać (lubi także pojawiać się w dużych, drogich kapeluszach), ale również dlatego, że zawsze marzyła o pięknym, romantycznym życiu, a do jego opisu potrzebowała stosunkowo wiarygodnego świadka i kronikarza.
– Przynajmniej nie czytywała ci Szekspira, gdy była z tobą w ciąży – mówi moja siostra. – Mnie to chyba uszkodziło mózg.
– Nie masz uszkodzonego mózgu – odpowiadam.
– Tak twierdzi mama.
– To jej nie słuchaj. Wiesz, jaka jest – dodaję.
– Wiem – mówi Vanessa.
– Na przykład ostatnio opowiada, że z pewnością podmieniono mnie po urodzeniu.
– Poważnie? – Vanessa przechyla głowę tak, jakby chciała się lepiej przyjrzeć moim rysom. – Pokaż mi drugi profil.
– Przestań. – Zakrywam nos.
– No co? Sama zaczęłaś. – Vanessa zapala papierosa. – Nie powinnaś była pisać o mamie tej Okropnej Książki.
Liczę, w ilu kwestiach Vanessa nie ma racji.
– Mówię ci po raz tysięczny: nie jest okropna i nie jest o mamie.
Vanessa spokojnie wydmuchuje dym w niebo.
– Ona twierdzi inaczej. A zresztą, co ja tam wiem. Nie czytałam przecież. I nie zamierzam. Nie potrafię. Mam uszko­­dzony mózg. Zapytaj mamę.
Mama w przedstawieniu teatru w Eldoret. Kenia, około 1963
Siedzimy przed kamiennym domem Vanessy niedaleko miasta Kafue. Moja siostra postanowiła zostać tak zwaną „nieodgadnioną artystką” (bardzo sprytnie). Tworzy tkaniny, grafikę i bogate, tropikalne płótna, na których dominuje chaos, więc trudno krytykować ją za coś konkretnego. Zresztą bez względu na to, co się dzieje, Vanessa wierzy, że wszystko rozwiąże się samo, trzeba tylko czasu i cierpliwości. Na przykład w jej łazience rośnie drzewo, przebijając się przez kryty strzechą dach. Widok to bardzo romantyczny i malowniczy, ale jednocześnie kiepska ochrona przed deszczem i gadami. Vanessa spokojnie tłumaczy:
– Po prostu nie zdejmuj butów, uważnie się rozejrzyj, zanim gdziekolwiek usiądziesz, i nic nie powinno ci się stać.
Reszta domu przylegająca do absurdalnie niepraktycznej łazienki mieści łącznie trzy maleńkie pokoje dla Va­nessy, jej męża i dzieci, ale zbudowano go na czubku kopje[1], daje więc różne możliwości, a wygląda jak szafa z katedralnym sklepieniem. Siedzimy na zewnątrz, gdzie powietrze pachnie liściastym lasem miombo[2], palimy papierosy i przyglądamy się ciepłym światłom dymiących palenisk w kuchniach w otaczającej nas wiosce. Od czasu do czasu słychać psa szczekającego gdzieś przy gospodach na Kafue Road i żołnierzy w pobliskim obozie – krzyczą do siebie, czasem ktoś wystrzeli zbłąkaną kulę. Jest bardzo spokojnie.
– Napij się jeszcze wina – rzuca nagle Vanessa, próbując mnie pocieszyć. – Nigdy nic nie wiadomo, może mama kiedyś ci wybaczy.
Na swoją obronę mam to, że Okropna Książka, której tytułu nie można wymawiać w towarzystwie członków naszej rodziny, nie powstała wyłącznie z mojej inicjatywy. Czułam się zachęcana, a wręcz namawiana do jej napisania przez samą Nicolę Fuller z Afryki Środkowej. Kiedy mama zrozumiała, że moja starsza siostra Vanessa nie zostanie pisarką (ponieważ uparcie odmawiała nauki czytania i pisania), literackie ambicje przeniosła na mnie. Miałam pięć lat, gdy odłożyła na bok matematyczną część paczki, która co tydzień przychodziła z Rodezyjskiej Szkoły Korespon­dencyjnej.
– Posłuchaj, Bobo – tłumaczyła – liczby są nudne. Zawsze możesz komuś zapłacić, by policzył coś za ciebie, ale nie możesz nikomu zapłacić, by za ciebie pisał. A teraz… – Mama urwała i posłała mi jeden z tych swoich nieco przerażających uśmiechów. – O czym więc napiszesz? – Następnie upiła duży łyk herbaty, zrzuciła psy z kolan i zaczęła żyć „życiem wartym wspaniałej literatury”.
Dwanaście lat później przemyślała swoje życie i porównała je do biografii, na których chciała się wzorować, między innymi książek West with the Night [Na zachód z nocą], The Flame Trees of Thika [Ogniste drzewa Thiki] czy Pożegnanie z Afryką. Ogólnie rzecz biorąc, była zadowolona. Rozważając fakty, uznała, że w niektórych dziedzinach przeżyła nawet zbyt wiele (na przykład gdy chodziło o tragedie, wojnę i biedę). W jej portfolio brakowało jednak jednego ważnego elementu: samolotów, które odegrały ważną rolę w życiu literackich wzorów mamy.
– I wtedy zdarzył się cud – opowiada mama – i z nieba spadł mój Czarujący Mały Lankijczyk.
Czarujący Mały Lankijczyk tak naprawdę nie należał do mamy (choć w ich relacji zdarzały się momenty, w których można by tak pomyśleć) i w rodzinie rozgorzała debata, chwilami bardzo ożywiona, czy tak naprawdę był czarujący. Wszyscy zgadzaliśmy się za to, że z pewnością był mały. Nazywał się Vaas i podobno przyjechał do Zambii, by uciec przed cierpieniem i przemocą panującymi w jego ojczyźnie.
– W takim razie u nas poczujesz się jak w domu – oznajmił tata, wywołując tym nerwowe spojrzenie pana Vaasa. Nie dodał już nic więcej i wrócił spokojnie do lektury „­Tygod­nika Farmera”. Ja stanęłam po stronie ojca.
– Jak zawsze – stwierdziła mama.
– Czy ostatni pilot, który u nas mieszkał, nie wleciał przypadkiem w słup energetyczny? – spytałam, nalewając sobie kolejną filiżankę herbaty.
Nie podnosząc wzroku znad gazety, ojciec odpowiedział:
– Obawiam się, że tak.
Pan Vaas wyraźnie przygasł.
– Nie słuchaj ich – wtrąciła mama, energicznie prowadząc pana Vaasa z daleka od werandy, a potem przez swój ogród, gąszcz splątanych bugenwilli i pnączy marakui, rabatek lilii i strelicji, rzędów wrzosów i kaladium rosnących ponad niecierpkami. Sfora psów podążała za nimi krok w krok. – Moja rodzina się nade mną znęca – dodała.
Pan Vaas taktownie poklepał ją po ramieniu, za co został obdarzony szerokim uśmiechem.
– Ty i ja – przewidywała mama – pokażemy im wszystkim, co to prawdziwa odwaga. Będziemy zambijskimi Karen Blixen i Finchem Hattonem.
Pan Vaas z daleka wysyłał mnie i tacie sygnał SOS, mrugając energicznie.
– Jak herbata, Bobo? – spytał tata. – Jeszcze gorąca?
– Diabelnie – odparłam.
Najpierw pan Vaas, a potem mama zniknęli na domowym padoku, na który właśnie wyszły mleczne krowy, chroniąc się przed wieczornymi komarami.
Słyszałam, jak mama śpiewa Sinatrę:
– „Chodź, poleć ze mną, odlećmy, odlećmy stąd. Jeśli chcesz skosztować egzotycznej gorzałki, to jest taki bar w dalekim Bombaju. Chodź, poleć ze mną, odlecimy, odlecimy daleko”.
Tata jest przygłuchy, ponieważ słyszał z bliska zbyt wiele wystrzałów (nie wszystkie z ręki mamy), tym razem nie dotarł więc do niego głos Nicoli Fuller z Afryki Środkowej, ale uznałam, że muszę go ostrzec, iż na horyzoncie pojawił się Sinatra. Tata odłożył gazetę.
– Cóż, powodzenia, panie Hindus – powiedział.
– Lankijczyk – poprawiłam.
Tata zapalił papierosa.
– „Chodź, poleć ze mną – zawodziła mama, a jej głos zdawał się teraz dochodzić od strony stodoły, w której trzymaliśmy tytoń – wylądujemy w Peru”.
Zachęcony nieco zbyt agresywnym entuzjazmem mamy pan Vaas zaparkował swoją wiekową i kiepsko wyposażoną cessnę na pasie startowym przy country clubie w Mkushi (gdzie na korcie tenisowym rosły małe drzewka, a w barze mieszkały nietoperze) i ogłosił, że zamierza zarabiać jako instruktor latania. Jako że w tej opowieści nikt nie umiera, a to śmierć wyostrza pamięć, nie potrafię teraz przypomnieć sobie, kto jeszcze zapisał się na kurs, ale na pewno byli to jeden czy dwóch farmerów i chyba kilka ich żon. Jak w każdej opowieści dotyczącej mamy, postacie drugoplanowe nie są tu istotne.
Mama zabrała się do nauki pilotażu niczym „ptak do latania”, podśpiewywała, choć miała pewne problemy z dokumentami koniecznymi do odbycia w miarę spokojnej podróży.
– Cyfry – wyznała ponuro. – Chyba powinnam była bardziej uważać, kiedy te cholerne zakonnice próbowały nauczyć mnie liczyć.
Nawigacja i określenie ilości paliwa okazały się „­bardzo zagmatwane”. Jednak tak drobny szczegół jak zupełna nie­­umiejętność liczenia dalej niż do dziesięciu na palcach dwóch rąk nie powstrzymał ani mamy, ani pana Vaasa przed spełnieniem marzenia o wzniesieniu się w powietrze w trakcie mglistej, przydymionej zimy i pierwszych kwitnących dni wiosny.
Pewne późne październikowe popołudnie, na które mama zaplanowała pierwsze próby startu i lądowania, zbiegło się z pełnią księżyca. Razem z panem Vaasem zaprowadzili skrzypiącą cessnę na koniec pasa startowego, a skrzydła wibrowały w słabnącym upale długiego dnia. Mama obróciła samolot pod wiatr, stając twarzą w twarz z pełnym, krwisto­czerwonym księżycem na poplamionym dymem niebie. Pan Vaas pomógł jej sprawdzić przyrządy i przez malutkie, brudne okno kokpitu mama spojrzała za siebie, na niewielką blaszaną chatkę, w której czekali pozostali kursanci, podnosząc kciuki i życząc powodzenia.
Samolot potoczył się po pasie, podskakując na starych norach mrówkolwów i wzbudzając kłęby czerwonego kurzu. Podskoczył raz i drugi, po czym wzniósł się w powietrze, najpierw nieco nierówno, a potem już nad czubki drzew ­msasa, których świeże wiosenne liście miały jas­krawo­poma­rań­czowe, czerwone i żółte barwy. Pan Vaas spojrzał na mamę.
– Jak nam idzie, pani Fuller?
Czekający w blaszanej chatce kursanci usłyszeli w radiu najpierw trzaski, a potem głos Nicoli Fuller z Afryki Środkowej, nieco drżący od niezwykłej, szalonej odwagi, dzięki której potrafiła szukać przygody i możliwości tam, gdzie inni widzieli tylko katastrofę i tragedię.
– „Poleć ze mną na księżyc – słychać było jej głos, nie całkiem spokojny, ale wyraźny. – Pozwól mi się bawić między gwiazdami”.
Na moment zapadła cisza. Mama spojrzała na pana Vaasa i uśmiechnęła się niepokojąco. Na czoło mężczyzny wystąpiły kropelki potu.
„A przecież nie tak łatwo wywołać stres u Lankijczyka”, opowiadała później.
– Tylko spokojnie – powiedział pan Vaas.
Przez radio znów dobiegł głos mamy, już donośniejszy:
– „Pozwól mi zobaczyć, jak wygląda wiosna na Marsie i Jowiszu”.
Mały samolot wspinał się coraz wyżej i wyżej, w stronę zachodzącego słońca – wyraźnej, ciemnofioletowej kropki na intensywnie czerwonym niebie. Pan Vaas zaczął gwałtownie gestykulować.
– Wracaj na ziemię, wracamy na ziemię!
Mama chciała przelecieć nad działkiem przeciwlotniczym ustawionym na moście nad Mkushi. Rodezyjczycy wysadzili ten most podczas tak zwanej wojny w buszu (Drugiej Chimurengi), co nawet z perspektywy czasu wydaje się niepotrzebne, ponieważ most był oddalony przynajmniej dzień lub dwa od rodezyjskiej linii frontu, a drogi były, jakie były. Po zakończeniu wojny, podczas spóźnionego i chaotycznego odwetu zambijska armia na stałe ustawiła po północnej stronie mostu artylerię przeciwko siłom obronnym RPA. Biorąc pod uwagę, że RPA jest oddalona o ćwierć kontynentu, a prawdziwe walki (jak zawsze) toczyły się zupełnie gdzie indziej, zambijscy artylerzyści niespecjalnie mieli do czego strzelać. Dlatego też ze zwykłej nudy zdarzało im się po paru piwach celować do wszystkiego, co znalazło się w zasięgu: do krów, drzew eukaliptusa, kurczaków. Wiadomo było, co zrobią, jeśli pojawi się nad nimi niezapowiedziany samolocik.
Pan Vaas stał się nagle bardzo zdecydowany.
– Nie mam pozwolenia na lot nad mostem. Sprowadź samolot na ziemię.
– „Innymi słowy – śpiewała mama – weź mnie za rękę”.
Pan Vaas oznajmił, wpatrując się w mamę:
– Lądujemy. Startujemy. Lądujemy. Startujemy. Trochę potrzęsie. Ale żadnych mostów i żadnego śpiewania, na miłość boską.
Mama spojrzała na Małego Lankijczyka ze smutkiem i wyrzutem.
– Moglibyśmy polecieć do Zairu – zaproponowała. – Jest zaraz za tymi pagórkami.
Pan Vaas wpatrywał się w nią coraz intensywniej.
– Czas wrócić na ziemię – powiedział.
Oczy mamy zaszły mgłą, ale kiwnęła głową.
– Zrozumiałam – odparła.
Później opowiadała, że w tamtej chwili miała już pewność, że nigdy nie poleci samotnie (o czym kiedyś marzyła) nad zambijskim płaskowyżem, nad zboczami i w górę rzeki Luangwy, oglądając uciekające przed samolotem słonie, w świetle rozrzedzonym wysokością i adrenaliną, prosto w idealny blask, jaki pamiętała ze swojego dzieciństwa. „Sprowadziłam samolocik na ziemię, wylądowałam i pożegnałam się z kolejnym marzeniem” – mówiła.
W hołdzie porzuconemu marzeniu mama postawiła na łazienkowej półce trzy tomy Podręcznika pilota, tuż obok Niemieckiego krok po kroku i Podstaw żeglowania.
– Cóż, nie można mieć wszystkiego – mawia.
I znów, okazując typową dla siebie (choć niekonsekwent­ną) wielkoduszność, wybaczyła Małemu Lankijczykowi, nawet kiedy stało się jasne (przynajmniej dla niej), że nie był specjalnie dobrym instruktorem pilotażu.
– Z tego, co wiem, ani jedno z nas nie zdało nawet pisemnej części egzaminu – tłumaczy mama, ale szybko unosi głowę. – Ale przecież leciałam, prawda? Leciałam.
I rzeczywiście, nikt nie może odebrać mamie tego dnia, kiedy poleciała nad czubkami drzew msasa, nad terenem country clubu i z powrotem na pas startowy, mając zachód słońca na ogonie, a potem niespokojnie wylądowała, stając twarzą w twarz z ogromnym, groźnym pełnym księżycem. Śmigło się zatrzymało. Drzwi kokpitu otworzyły. Opadł kurz. Na moment cały świat wstrzymał oddech. A potem, kiedy pan Vaas w fotelu drugiego pilota ocierał brew, Beryl Markham i Karen Blixen zbledli, a uśmiechnięta mama wyłoniła się z kokpitu, układając palce w zwycięską literę V i pokazując się swoim wielbicielom, prawdziwym i wyimaginowanym (...)

***
Ona – dwustuprocentowa Szkotka, przekonana o swych nadprzyrodzonych zdolnościach odziedziczonych po gorącokrwistych Macdonaldach z Highlands. Kochająca zwierzęta, duchy i Afrykę.

On – Anglik do szpiku kości, kierujący się zasadą: „Jeśli nie masz do powiedzenia nic miłego, lepiej w ogóle się nie odzywaj”, niewybaczający braku poczucia humoru i nigdy nieproszący nikogo o pomoc. Afryka była jego religią i bezlitośnie odebrała część duszy.

Spotkali się na lotnisku. Od tego momentu zaczęła się ich wielka wspólna wędrówka naznaczona niemal samobójczym uwielbieniem dla tej ziemi.
Kolejna po "Dziś wieczorem nie schodźmy na psy" książka Alexandry Fuller to pozbawiona sentymentalizmu, szczera i skrząca się czarnym humorem próba zrozumienia rodziców, którzy wybrali tak niezrozumiały dla innych los.







Dziś wieczorem nie schodźmy na psy. Afrykańskie dzieciństwo Alexandra Fuller

Dziś wieczorem nie schodźmy na psy. Afrykańskie dzieciństwo Alexandra Fuller

"Wtedy podjęłam decyzję, by opisać swoje życie takie, jakie było: pełne pasji, cudowne, trudne, męczące, chaotyczne, piękne (...)To opowieść o tym, jak pewna Afrykanka pogodziła się ze skomplikowaną historią swojej rodziny, to historia miłości do tego kontynentu."

Nareszcie coś dobrego.

Świetnie napisane wspomnienia, okraszone mnóstwem zdjęć, które dodatkowo wprowadzają czytelnika w świat autorki.

Opowieść prawdziwa. 

"Dolina symbolizowała szaleństwo tropików tak niebezpieczne dla kruchej psychiki Europejczyka. W ciągu jednej nocy to miejsce mogło doprowadzić człowieka do utraty zmysłów, jeśli był biały i w ciągłych nerwach. Tak jak my."

O ludziach, którzy kochali siebie i kochali zwierzęta. Kochali Afrykę. Biali Afrykanie.
"Przyjechałam do Rodezji w Afryce. Z Derbyshire w Anglii. Miałam dwa lata, byłam zdziwiona i ledwie mówiłam pierwszym, dziecinnym angielskim. Moje płuca zaskoczyło gęste, gorące, wilgotne powietrze."

Czasami smutna. 
"Nikt nigdy nie powiedział wprost, w świetle dnia, że jestem odpowiedzialna za śmierć Oliwii i że ta śmierć sprawiła, iż mama z zabawnej pijaczki zmieniła się w szaloną, smutną pijaczkę, a więc jestem odpowiedzialna także i za jej szaleństwo. Nikt nigdy nie powiedział tego jasno i wskazując palcem. Nie musiał."

Czasami bardzo zabawna. 
"Mama nie zabija także pająków, bo podobno to przynosi pecha. Powtarzam jej: - Wydaje mi się, że większego pecha już i tak nie możemy mieć. - Pomyśl w takim razie, o ile byłoby gorzej, gdybyśmy zaczęli zabijać pająki."

Czasami szokująca. 
"Leżałam na kuchennej podłodze, wrzeszczałam, szarpałam się za szorty i wiłam, czekając, aż umrę od trującego jadu czegoś, co mnie ugryzło."

Napisana bardzo dobrze.  Prostym językiem. 

Moim osobistym minusem były fragmenty historyczne i polityczne /nie jestem fanką tych dziedzin/, ale dla miłośników będzie to dodatkowy atut.

Z pewnością przeczytam pozostałe historie tej autorki.

POLECAM!


MOJA OCENA: 7/10


PRZECZYTAJ FRAGMENT!


Ro­de­zja 1976


Mama mówi:
– Nie za­kra­daj­cie się w nocy do na­sze­go po­ko­ju.
Na chod­ni­kach przy łóż­ku ro­dzi­ców leżą na­ła­do­wa­ne strzel­by. Mama mówi:
– Nie budź­cie nas znie­nac­ka, kie­dy śpi­my.
– Dla­cze­go?
– Bo mo­że­my was po­strze­lić.
– Aha.
– Przez po­mył­kę.
– No do­brze. – Rów­nie praw­do­po­dob­ne jest, że po­strze­lą nas spe­cjal­nie. – Do­brze, nie będę tak ro­bić.
Dla­te­go, je­śli bu­dzę się w nocy i po­trze­bu­ję ro­dzi­ców, wo­łam Va­nes­sę, bo ona nie jest uzbro­jo­na.
– Van! Hej, Van! – szep­czę przez cały po­kój, póki się nie obu­dzi. A po­tem musi za­pa­lić świe­cę i od­pro­wa­dzić mnie do ła­zien­ki, gdzie pół­przy­tom­nie siu­siam przy mi­ga­ją­cym żół­tym świe­tle, pod­czas gdy Van trzy­ma pło­mień wy­so­ko, szu­ka­jąc węży, skor­pio­nów i wiel­kich pa­ją­ków.
Bobo ła­du­je strzel­bę
Mama nie za­bi­ja węży, bo, jak twier­dzi, po­ma­ga­ją tę­pić szczu­ry, choć sama ura­to­wa­ła kie­dyś gniaz­do ma­łych my­szek – wy­nio­sła je ze sto­do­ły i po­zwo­li­ła im ro­snąć w mo­jej sza­fie, gdzie wy­gry­zły dziu­ry w na­szych zi­mo­wych kurt­kach. Mama nie za­bi­ja rów­nież skor­pio­nów, tyl­ko ła­pie je i wy­pusz­cza do ba­se­nu, któ­ry póź­niej ja i Va­nes­sa mu­si­my czy­ścić, za­nim wej­dzie­my po­pły­wać. Wy­rzu­ca­my wte­dy skor­pio­ny tak da­le­ko, jak po­tra­fi­my, na brą­zo­wy, przy­wię­dły traw­nik, prze­ga­nia­my kacz­ki i gęsi, a po­tem za­nu­rza­my się szyb­ko w wo­dzie, mimo że ścia­ny są zie­lo­ne i mięk­kie od dłu­gich glo­nów. Mama nie za­bi­ja tak­że pa­ją­ków, bo po­dob­no to przy­no­si pe­cha.
Po­wta­rzam jej:
– Wy­da­je mi się, że więk­sze­go pe­cha już i tak nie mo­że­my mieć.
– Po­myśl w ta­kim ra­zie, o ile by­ło­by go­rzej, gdy­by­śmy za­czę­li za­bi­jać pa­ją­ki.
Kie­dy siu­siam, nie sta­wiam stóp na pod­ło­dze.
– No po­spiesz się, czło­wie­ku.
– Do­brze już, do­brze.
– Si­kasz jak fon­tan­na.
– Na­praw­dę mi się chcia­ło.
Bar­dzo, bar­dzo dłu­go po­wstrzy­my­wa­łam się przed siu­sia­niem i wy­glą­da­łam przez okno, pró­bu­jąc zgad­nąć, ile cza­su zo­sta­ło do świ­tu. Może zdo­ła­ła­bym wy­trzy­mać do rana. Ale za­uwa­żam, że nie­bo ma ko­lor głę­bo­kiej czer­ni i jest bar­dzo ci­cho, co ozna­cza, że je­ste­śmy do­kład­nie w po­ło­wie mię­dzy za­cho­dem i wscho­dem słoń­ca, w po­rze, kie­dy mil­czą na­wet noc­ne zwie­rzę­ta, któ­re po­dob­nie jak te dzien­ne ro­bią so­bie w środ­ku pra­cy prze­rwę na od­po­czy­nek. Nie sły­szę od­de­chu Va­nes­sy – ona tak­że już moc­no śpi. Tata nie chra­pie ani nie krzy­czy przez sen. Mała wciąż leży w ko­ły­sce, czu­ję jej cie­pły za­pach zwie­rząt­ka z mo­krą pie­lu­chą. Do rana jesz­cze bar­dzo da­le­ko.
Va­nes­sa po­da­je mi świe­cę.
– Te­raz ty je prze­ga­niaj – mówi i sia­da na de­sce.
– Wi­dzisz, też ci się chcia­ło.
– Przez cie­bie.
Przez okno wpa­da go­rą­cy wiatr; dzien­ny żar wal­czy z zim­nym noc­nym po­wie­trzem. Ten wiatr uwię­ził aro­ma­ty po­łu­dnia: moc­ny za­pach szam­ba, zie­lo­ne­go my­dła wy­le­wa­ją­ce­go się z mi­sek na ubi­tą czer­wo­ną zie­mię, dymu drzew­ne­go z ognisk pod­grze­wa­ją­cych wodę i psiej kar­my, czy­li go­to­wa­ne­go mię­sa.
Oma­wia­my kwe­stię spusz­cza­nia wody.
– Nie po­win­ny­śmy jej mar­no­wać. – Na­wet gdy nie ma su­szy, wody nie wol­no mar­no­wać, na wy­pa­dek gdy­by su­sza na­de­szła. Tata za­wsze mówi: „Ha­muj­cie się z pa­pie­rem, dzie­cia­ki. I nie spusz­czaj­cie cią­gle tego cho­ler­ne­go ki­bla. Szam­bo nie wy­trzy­ma”.
– Ale tam są dwa siuś­ki.
– I co z tego? To tyl­ko siuś­ki.
– Agh, sis1, czło­wie­ku, ale ju­tro bę­dzie śmier­dzia­ło. A ty si­ka­łaś i si­ka­łaś.
– To nie moja wina.
– Mo­żesz spu­ścić.
– Ty je­steś wyż­sza.
– Ja przy­trzy­mam świe­cę.
Van wy­so­ko pod­no­si świe­cę. Opusz­czam de­skę klo­ze­to­wą, sta­ję na niej, uno­szę ka­wał drew­na przy­kry­wa­ją­cy zbior­nik i się­gam po łań­cu­szek. Mama przy­kle­iła do po­la­na zdję­cie z ma­ga­zy­nu dla pa­nów: blon­d­wło­sa ko­bie­ta w ską­pym ubra­niu z biu­stem jak kro­wie wy­mio­na wy­gi­na się w bar­dzo dziw­nej po­zy­cji, jak­by bo­la­ły ją ple­cy. Zresz­tą pew­nie ją bolą od cię­ża­ru tych pier­si. Zdję­cie wy­cię­to z ma­ga­zy­nu „Sco­pe”.
Nie wol­no nam czy­tać „Sco­pe”.
– Ale dla­cze­go?
– Po­nie­waż nie je­ste­śmy  t a k i m i  ludź­mi – od­po­wia­da mama.
– Ale prze­cież mamy zdję­cie ze „Sco­pe” w to­a­le­cie.
– To taki żart.
– Aha. – I po chwi­li: – Ale jaki żart?
– Prze­stań wy­py­ty­wać.
Ci­sza.
– W ta­kim ra­zie  j a k i m i  my je­ste­śmy ludź­mi?
– Mamy po­cho­dze­nie – od­po­wia­da zde­cy­do­wa­nie mama.
– Aha. – Tak jak mlecz­ne kro­wy i na­sze wy­jąt­ko­we, dro­gie byki o imio­nach Hu­ma­ni, Jack i Bu­la­wayo.
– A to waż­niej­sze niż pie­nią­dze – do­da­je.
Spo­glą­dam na nią z po­wąt­pie­wa­niem i w za­my­śle­niu.
– Wolę mieć pie­nią­dze niż po­cho­dze­nie – oznaj­miam.
– Każ­dy może mieć pie­nią­dze – mówi mama, jak­by pie­nią­dze le­ża­ły so­bie w to­a­le­tach, na przy­kład w skle­pie spo­żyw­czym w Umta­li.
– Ja2, ale my nie mamy.
Mama wzdy­cha.
– Bobo, pró­bu­ję czy­tać.
– A mo­żesz po­czy­tać mnie?
Mama znów wzdy­cha.
– No do­brze – zga­dza się. – Ale tyl­ko je­den roz­dział.
Kie­dy jed­nak od­ry­wa­my się od Księ­cia i że­bra­ka, jest już pora pod­wie­czor­ku.
Zbior­nik gul­go­cze i pry­ska, a po­tem na dół spły­wa ist­ny wo­do­spad, lek­ko prze­le­wa­jąc się przez musz­lę.
– Sis, czło­wie­ku – mówi Va­nes­sa.
Nig­dy nie wiesz, co cię spo­tka, kie­dy spusz­czasz wodę. Cza­sem zbior­nik cał­kiem od­ma­wia po­słu­szeń­stwa, kie­dy in­dziej za­cho­wu­je się agre­syw­nie i woda ochla­pu­je ci sto­py.
Wra­cam za Va­nes­są do sy­pial­ni. Świa­tło świe­cy pada tak, że idzie­my w cał­ko­wi­tą ciem­ność ośle­pio­ne bla­skiem, nie do­strze­ga­jąc wła­snych stóp. Dla­te­go jed­no­cze­śnie do­sta­je­my gę­siej skór­ki i w tym sa­mym mo­men­cie czu­je­my, jak wło­sy na kar­ku sta­ją nam dęba. Po­zwa­la­my, żeby strach przed wy­ima­gi­no­wa­nym ter­ro­ry­stą nas po­ko­nał. Świe­ca ga­śnie. Bie­gnie­my do po­ko­ju, rzu­ca­my się do łó­żek i pod­wi­ja­my pod sie­bie sto­py. Obie sa­pie­my ner­wo­wo, czu­jąc się jak idiot­ki, i pró­bu­je­my uspo­ko­ić od­dech, jak­by­śmy wca­le się nie bały.
Va­nes­sa mówi:
– Pod two­im łóż­kiem jest ter­ro­ry­sta, wi­dzę go.
– Wca­le nie, jak mo­żesz go wi­dzieć, sko­ro świe­ca zga­sła?
– Stru­ze fact3.
Za­czy­nam pła­kać.
– Rany, prze­cież żar­tu­ję.
Pła­czę co­raz gło­śniej.
– Ci­szej, czło­wie­ku. Obu­dzisz Oli­vię. Obu­dzisz ro­dzi­ców.
To wła­śnie pró­bu­ję zro­bić, ale tak, by mnie nie po­strze­li­li. Chcę, by wszy­scy się obu­dzi­li, za­czę­li ha­ła­so­wać i prze­go­ni­li ter­ro­ry­stę spod mo­je­go łóż­ka.
– Masz – mówi Van. – Je­śli prze­sta­niesz pła­kać, mo­żesz spać z Fre­dem.
Prze­sta­ję pła­kać, Va­nes­sa prze­cho­dzi po go­łej be­to­no­wej pod­ło­dze i przy­no­si mi śpią­ce­go kota zwi­nię­te­go w kłę­bek. Kła­dzie go na po­dusz­ce, a ja wy­cią­gam rękę w stro­nę drżą­ce­go, mru­czą­ce­go cia­ła. Fred od­naj­du­je pła­tek mo­je­go ucha i za­czy­na go ssać. Robi to za­wsze wszyst­kim w ro­dzi­nie. I zmie­nia wło­sy w oko­li­cy uszu w cien­kie, śli­skie, splą­ta­ne pa­sem­ka.
Mama mówi:
– Nic dziw­ne­go, że cią­gle ma­cie ro­ba­ki.
Nie śpię, tyl­ko leżę, przy­tu­la­jąc kota, i cze­kam. Do po­ko­ju wkra­da się afry­kań­ski świt, przy­no­sząc ha­ła­sy zwie­rząt, słu­żą­cych, taty, któ­ry wstał i bu­dzi do ży­cia kasz­lą­cy trak­tor w warsz­ta­cie. Kury ban­tam­ki za­czy­na­ją gda­kać i wy­cią­ga­ją szy­je, wy­grze­bu­jąc się z żer­dzi scho­wa­nych w drze­wach za ła­zien­ką, a po­tem zer­ka­ją na swo­je od­bi­cia w szy­bie. Do po­ko­ju wcho­dzi mama, pach­ną­ca ma­ścią Vick Va­po­Rub, her­ba­tą i cie­płym łóż­kiem, i bie­rze śpią­cą małą na ręce.
Sły­szę, jak na we­ran­dzie July szy­ku­je her­ba­tę, i czu­ję dym pierw­sze­go po­ran­ne­go pa­pie­ro­sa taty. Bio­rę Fre­da na ra­mię i wy­cho­dzę na­pić się moc­nej her­ba­ty bez cu­kru, z odro­bi­ną mle­ka, ta­kiej, jaką lubi mama. Fred do­sta­je mi­secz­kę mle­ka.
– Cześć, kur­czacz­ki – mówi tata, nie pa­trząc na mnie i wciąż pa­ląc. Spo­glą­da na od­le­głe wzgó­rza, gdzie gra­ni­ca mię­dzy Ro­de­zją i Mo­zam­bi­kiem sta­pia się w nie­bie­sko­sza­rą li­nię, wi­docz­ną na­wet w mgli­stym świe­tle wcze­sne­go po­ran­ka.
– Cześć, tato.
– Do­brze spa­łaś?
– Jak za­bi­ta – od­po­wia­dam. – A ty?
Tata coś mru­czy, przy­dep­tu­je nie­do­pa­łek, do­pi­ja her­ba­tę i wkła­da­jąc ka­pe­lusz, wy­cho­dzi na po­dwór­ko, by wy­ko­rzy­stać reszt­ki chłod­ne­go noc­ne­go po­wie­trza, któ­re wkrót­ce zo­sta­nie po­ko­na­ne przez upał dnia (...)


***
Dziś wieczorem nie schodźmy na psy to porywająca opowieść o dzieciństwie spędzonym w Afryce – zniewalająco pięknym, ale i pełnym grozy, beztroskim, choć czasem bolesnym i trudnym. Alexandra Fuller przenikliwie opisuje tamte niespokojne lata i pękającą „bańkę anglocentryzmu”. Z czułością i humorem opowiada losy swojej rodziny, która mimo niechęci do miejscowej ludności, ciężkich warunków życia i niesprzyjającej fortuny nie wyobrażała sobie życia poza Afryką. Choć jest to wspomnienie niespokojnego życia w miejscu często niegościnnym, Fuller potrafi znaleźć śmiech tam, gdzie nie ma z czego się cieszyć.
Książka jest laureatką Winifred Holtby Memorial Prize 2002, była także nominowana do nagrody za debiut przyznawanej przez dziennik „The Guardian”, w 2002 roku uznana została za jedną z najważniejszych książek roku według dziennika „The New York Times”, a w 2003 zdobyła tytuł Książki Roku w kategorii „Literatura faktu” przyznawany przez Amerykańskie Stowarzyszenie Księgarzy w ramach programu Book Sense.
„To nie jest opowieść polityczna ani historia Imperium Brytyjskiego. To opowieść o tym, jak pewna Afrykanka pogodziła się ze skomplikowaną historią swojej rodziny, to historia miłości do tego kontynentu”.
Alexandra Fuller
"Narratorka zawiesza postkolonialną poprawność – podobnie zresztą wszelką inną. Zanim w wieku czternastu lat zje pierwszy posiłek w chacie miejscowej rodziny, unika używania tych samych naczyń co Afrykanie. Na pijaną matkę patrzy z zażenowaniem i bezgraniczną miłością. Niemal umierając z powodu biegunki, przysięga nigdy nie opuścić Afryki. Wcześniej podobne opisy surowego, wycieńczającego, niebezpiecznego, wypełnionego pięknem życia farmerów w koloniach znałam tylko z twórczości Doris Lessing. Wydaje się, że Alexandra Fuller w swej autobiografii jeszcze lepiej panuje nad doświadczeniem własnego życia w czasie rozpadu kolonialnego porządku." Inga Iwasiów
"To nie jest książka, którą czyta się tylko raz, lecz opowieść tak piękna, że można się w niej zagłębiać bez końca." „Newsweek”
"W tym wrażliwym, poruszającym, a nawet można powiedzieć, zachwycającym opisie podróży przez dzieciństwo białej Afrykanki obserwujemy narodziny klasyki…" „Publishers Weekly”
"Afrykę ukazaną w tej znakomitej książce niełatwo zapomnieć. To kontynent węży, lampartów, malarii i ludzkiego szaleństwa, okrutny, a jednocześnie pulsujący życiem — lecz mimo to, choć może właśnie dlatego, idealny, by tam dorastać, przynajmniej wtedy, gdy jest się tak silnym, pełnym pasji, utalentowanym i spostrzegawczym jak Alexandra Fuller." „Chicago Tribune”
"Pasjonujące wspomnienia Fuller pozwalają czytelnikowi zajrzeć w głąb codziennego życia rasistowskiego społeczeństwa w kraju okrutnej polityki, nieznośnego żaru i zapierającego dech w piersiach piękna." „The New York Times”
"Surowa jak niewyprawiona skóra i równie twarda. Wyjątkowo osobisty i bezpośredni charakter tych wspomnień daje im większą siłę, niż mogłyby mieć jakakolwiek socjopolityczna analiza czy interpretacja znawcy." „The Boston Globe”
"Precyzyjny, ostry styl Fuller trzyma czytelnika w skupieniu od pierwszej do ostatniej strony, zmieniając ciekawe życie w literaturę nie do podrobienia. Zawsze szczerze, nigdy krytycznie Fuller kreśli żywy portret swojej matki, budując niezwykłe sceny odsłaniające istotę jej charakteru, nie umniejszając jednak jego złożoności." „The Miami”
"Trudno tę książkę odłożyć i trudno o niej zapomnieć. Styl Fuller jest zwięzły, ale opisuje bogaty kalejdoskop dźwięków i zapachów, mozaikę piękna, przyjemności, tajemnic, szaleństw, zepsucia. To rzecz pełna sprzeczności. Wszystko, czego można chcieć od autobiografii." „Detroit Free Press”











Autor: Sabina Bauman - klik zdjęcie
Copyright © 2014 Mniej niż 0 - Mini Recenzje , Blogger